Moje dni w antykwariacie Morisaki - Yagisawa Satoshi - ebook + książka
BESTSELLER

Moje dni w antykwariacie Morisaki ebook

Yagisawa Satoshi

4,0

34 osoby interesują się tą książką

Opis

Czy da się przeżyć życie, nie angażując się w sprawy innych i nie mówiąc o tym, co się naprawdę czuje? I nie czytając książek? Takako prawie by się to udało…

Po zerwaniu z superprzystojnym Hideakim, z którym łączyła nadzieje na przyszłość, rzuciła pracę i zamierzała przespać resztę życia. Nie pozwolił jej na to wujek Satoru – przyjaciel z jej lat dziecięcych, który teraz jawi się jej jako nieudacznik. No bo kim może być porzucony przez żonę właściciel zatęchłego antykwariatu? Okazuje się jednak, że wujek ma wielu przyjaciół (równie wścibskich jak on), a jego sklep jest ceniony przez znawców literatury. Czy dzielnica pełna książek i jego mieszkańcy odmienią życie Takako? I czy Takako znajdzie w sobie siłę, aby pomóc innym?

Powieść Moje dni w antykwariacie Morisaki aż się skrzy od dowcipu, a przy tym dotyka najgłębszych potrzeb człowieka – bycia kochanym i rozumianym.

Satoshi Yagisawa – ur. się w Chiba w Japonii w 1977 r. Skończył Uniwersytet Nihon. Moje dni w antykwariacie Morisaki to jego debiut w świecie literackim. Za książkę otrzymał Nagrodę Literacką Chiyoda, powieść doczekała się również ekranizacji. Kontynuacja książki ukazała się dwa lata później. Prawa do obu publikacji sprzedano do kilkunastu państw.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 143

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,0 (530 ocen)
199
183
115
29
4
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
asuszek

Całkiem niezła

Feel good story po japońsku. Nic bardzo porywającego literacko czy fabularnie, ale czyta się to znakomicie i aż szkoda, że ta opowieść nie jest poglebiona. A tak jest to literacki odpowiednik relaksującego filmu, poznasz z przyjemnością ale po paru tygodniach nie będziesz pamietal, że taką książkę w ogóle czytaleś
70
marzenalamparska

Nie oderwiesz się od lektury

urocza opowieść o ludziach, ich uczuciach i antykwariacie
20
magdala36

Nie oderwiesz się od lektury

Piękna opowieść o miłości, nie tylko do książek, która daje siłę, odmienia. Ale też potrzebie bycia kochanym.
20
Karaszda

Dobrze spędzony czas

Pierwsza połowa bardzo dobra - smutno-ciepła opowieść o młodej kobiecie, próbującej się odnaleźć na nowo wśród książek. Taka książka o książce dla książkar. W drugiej części akcja trochę się rozjeżdża i z przytulnej scenerii fabuła nabiera nieco większego rozmachu. Wyszło trochę nierówno, bo za utratą tego ciepła autor nie dorzucił żadnej innej wartości dodanej do historii, która mogłaby to zrównoważyć. Z drugiej strony, to pozornie nielogiczne i umiarkowanie autodestrukcyjne działania niektórych osób zdają się być leitmotivem.
10
AnnHi

Nie oderwiesz się od lektury

Piękna i prosta historia o tym co jest w życiu ważne i o tym jak sobie nie radzić z problemami :)
10

Popularność




Satoshi Yagisawa

Moje dniw antykwariacieMorisaki

Satoshi Yagisawa

Moje dniw antykwariacieMorisaki

Z japońskiego przełożył

Dariusz Latoś

Żyłam w antykwariacie Morisaki od początku lata do wczesnej wiosny.

Mieszkałam przez ten czas zakopana wśród książek w wolnym pokoju na piętrze – nie dość, że ciasnym i ciemnym, to jeszcze wiecznie zawilgoconym i zawsze pełnym ciężkiego zapachu starego papieru.

Mimo wszystko do dzisiaj nie wyrzuciłam z pamięci chwil, które tam spędziłam.

Dlaczego? Bo właśnie temu miejscu zawdzięczam impuls do rozpoczęcia prawdziwego życia. Gdyby nie tamte dni, na pewno byłoby ono bezbarwne, jednostajne i samotne.

Ważne i bliskie mojemu sercu miejsce, którego nigdy nie zapomnę – tym właśnie jest dla mnie antykwariat Morisaki. Wszystkie związane z nim wspomnienia wciąż stają mi przed oczami zupełnie wyraźne.

Wszystko zaczęło się od gromu z jasnego nieba. To zresztą mało powiedziane – chyba nigdy nie zdziwię się równie mocno, co wtedy, nawet gdyby z chmur zamiast deszczu zaczęły lecieć żaby.

Tamtego dnia Hideaki, mój chłopak, z którym spotykałam się od roku, stwierdził nagle:

– Biorę ślub.

Znaki zapytania od razu wypełniły mi głowę. Zrozumiałabym, gdyby powiedział: „Weźmy ślub”. „Chcę wziąć ślub” też by uszło. Ale: „Biorę ślub”? Dziwny i zupełnie błędny dobór słów, przecież małżeństwo to umowa zawierana na podstawie wspólnej decyzji dwóch osób. I jeszcze ten lekki ton. Mówił od niechcenia, jakby wspominał, że znalazł na ulicy stujenówkę.

Był piątkowy wieczór w połowie czerwca. Jedliśmy kolację w naszym ulubionym miejscu – włoskiej restauracji na najwyższym piętrze hotelu w Shinjuku, skąd rozciągał się piękny widok na rozświetlone neonami miasto.

Z Hideakim, trzy lata starszym ode mnie, pracowaliśmy w tej samej firmie. Wzdychałam do niego po kryjomu od pierwszego dnia. Nie musiał nawet robić nic szczególnego – serce podskakiwało mi w piersi jak na trampolinie za sprawą samej jego obecności. Dlatego też tamtego wieczoru, gdy po długiej przerwie spotkaliśmy się wreszcie we dwoje, popijałam wino w doskonałym humorze.

Do czasu.

– Słucham? – zapytałam bez namysłu.

Myślałam, że się przesłyszałam, ale on powtórzył zupełnie niewzruszony:

– No, ślub biorę. W przyszłym roku.

– Ale z kim?

– Z moją dziewczyną.

Że co? Przechyliłam głowę w pytającym geście.

– Czyli?

Jak odpowiedział? Otóż bez śladu zażenowania podał imię kobiety z innego działu naszej firmy. Zaczęła pracę w tym samym czasie co ja, ale na tym kończyły się podobieństwa – była tak urocza, że nawet ja sama najchętniej przytuliłabym ją z całych sił, a przecież nie jestem facetem.

W porównaniu wypadałam co najmniej blado – należę do tych raczej wyższych i mam przeciętną urodę. Nie potrafi­łam zrozumieć, co nim kierowało. Po co brał się za mnie, skoro chodził już z dziewczyną jak z obrazka?

Okazało się, że był z nią od dwóch i pół roku. Czyli dłużej niż ze mną. Oczywiście nie wiedziałam, że ma kogoś jeszcze, niczego nie podejrzewałam – taka myśl nigdy nie przyszła mi nawet do głowy. Owszem, w pracy trzymaliśmy nasz związek w tajemnicy, ale uznałam, że Hideaki zwyczajnie woli uniknąć niezręcznej atmosfery w biurze. Myliłam się – nie byłam nawet jego pierwszym wyborem, tylko zwykłą dziewczyną do zabawy. To kwestia mojej naiwności czy to jednak z nim było coś nie tak?

W każdym razie poznali już nawzajem swoich rodziców, a zaręczyny mieli załatwić w przyszłym miesiącu. Kręciło mi się w głowie. Czułam, jakbym miała wewnątrz czaszki potężny świątynny dzwon i mnicha, który bije w niego bez litości.

– Upiera się, że ceremonię najlepiej wyprawić w czerwcu. Tylko że skoro tak, to w tym roku już nie zdążymy, nie? No i dlatego…

Słowa płynęły z jego ust, a ja słuchałam ich oszołomiona. Na koniec wymamrotałam tylko: „Gratuluję”. Sama się zdziwiłam.

– Dzięki. Wiesz, Takako, jakby co, będziemy się mogli jeszcze czasem spotykać. – Hideaki wyszczerzył zęby w swoim typowym, zupełnie beztroskim uśmiechu sportowca.

Gdybym była bohaterką melodramatu, pewnie właśnie wtedy wstałabym i chlusnęła mu winem w twarz, ale nieste­ty – od zawsze kiepsko mi szło wyrażanie emocji. Tak już miałam, że sama nie wiedziałam nawet, co czuję, póki nie przemyślałam po fakcie wszystkiego na spokojnie. A dzwon bijący mi w głowie wcale nie pomagał.

Pożegnałam się z nim półprzytomna i wróciłam sama do mieszkania. Kiedy trochę ochłonęłam, rozpacz ogarnęła mnie z porażającą szybkością. Nie wściekłość, tylko właśnie przytłaczająca rozpacz, tak gwałtowna i wyraźna, że czułam niemal, jakbym mogła jej dotknąć.

Zaczęłam płakać, łzy płynęły bez przerwy. Wcale nie chciały przestać. Nawet nie zapaliłam światła, po prostu osunęłam się na podłogę na środku pokoju i szlochałam. „Gdyby zamiast łez ciekła ropa, byłabym bogata” – pomyślałam głupio i od tej głupoty jeszcze mocniej zaniosłam się płaczem.

„Niech mi ktoś pomoże” – błagałam z całego serca, ale nie potrafiłam wymówić tych słów na głos. Mogłam tylko płakać.

Nie była to ostatnia z okropnych rzeczy, jakie mnie czekały – przeciwnie, dopiero pierwsza z wielu.

Pracowaliśmy w jednym dziale, więc, chcąc nie chcąc, musiałam go widywać. Traktował mnie tak jak wcześniej i było mi przez to jeszcze trudniej. Mało tego, często wpadałam na jego narzeczoną w kuchni czy na stołówce, a ona – doskonale zdając sobie sprawę z całej sytuacji, a może nie wiedząc nic o mnie i Hideakim – za każdym razem witała mnie z oślepiającym uśmiechem.

Wkrótce mój żołądek przestał przyjmować pokarm, nie spałam po nocach. Chudłam w oczach. Próbowałam jakoś ratować się makijażem, ale i tak byłam blada jak trup. W pracy po kilka razy na dzień nagle zaczynały mi lecieć łzy, biegłam wtedy do łazienki i płakałam w kabinie tak, żeby nikt nie usłyszał.

Po dwóch tygodniach stwierdziłam, że nie wytrzymam już dłużej ani fizycznie, ani psychicznie. Złożyłam wypowiedzenie.

Ostatniego dnia Hideaki powiedział mi wesołym tonem: – Ale pójdziemy jeszcze kiedyś coś razem zjeść, dobra?

Straciłam i związek, i pracę, w dodatku naraz. Czułam się, jakby ktoś nagle wystrzelił mnie w kosmos i zostawił tam samą.

Pochodzę z Kiusiu, gdzie skończyłam studia, a potem przyjechałam pracować do Tokio. Znałam głównie osoby z biura. Jestem nieśmiała i nie najlepiej odnajduję się w kontaktach międzyludzkich, dlatego nie miałam tu żadnych bliskich przyjaciół.

Jak się nad tym zastanowić, całe moje dotychczasowe dwudziestopięcioletnie życie upłynęło pod znakiem słowa „dość”. Urodziłam się w dość zamożnej rodzinie, skończyłam dość dobry uniwersytet, przyjęli mnie do dość dobrej firmy… Sądziłam, że już zawsze będzie tak samo, i całkiem podobała mi się ta myśl. Może i nie szczyt marzeń, ale też nie samo dno – taką widziałam dla siebie przyszłość.

Dlatego spotkanie z Hideakim było dla mnie czymś niezwyk­łym. Zawsze biernie akceptowałam to, co przynosiło życie, nie walczyłam o swoje. Fakt, że zaczęłam się umawiać z męż­czyzną, w którym byłam zakochana po uszy, wydawał się wręcz cudem – i dlatego przeżywałam teraz niepojęty wstrząs, z którym zupełnie nie potrafiłam sobie poradzić.

Koniec końców wybrałam bardzo prostą strategię przetrwania – sen. Sama się dziwiłam, jak bardzo byłam śpiąca. Kładłam się w pościeli i od razu zasypiałam, mój organizm działał tak zapewne po to, bym mogła uciec przed rzeczywistością. Spałam jak zabita przez kilka dni.

Pewnego wieczoru – chyba mijał wtedy miesiąc od mojego zwolnienia – obudziłam się i zauważyłam, że ktoś zostawił wiadomość na poczcie głosowej. Dawno nie sprawdzałam komórki. Numer na ekranie nic mi nie mówił, ale stwierdziłam, że nie zaszkodzi odsłuchać.

– Hej, hej! – rozległ się nagle wesoły głos. – Takako, co sły­chać? To ja, Satoru. Dzwonię z księgarni. Odezwij się, dobrze? Może być później. Oj, mam klienta. Do usłyszenia.

Zrobiłam zdziwioną minę. Satoru? Nie miałam zielonego pojęcia, kto to mógł być. Ale powiedział „Takako”, więc raczej nie pomylił numeru… I jaka znowu księgarnia?

Obracałam to słowo w myślach przez dobrą chwilę, zanim wreszcie mnie olśniło.

Satoru, no tak: wujek Satoru! Dawno temu słyszałam od mamy, że odziedziczył księgarnię w Jinbōchō, którą założył pradziadek. Nie rozmawiałam z nim od prawie dziesięciu lat, ostatni raz widzieliśmy się, kiedy chodziłam do pierwszej klasy liceum, ale nie było wątpliwości – ten głos należał właśnie do wujka.

Dreszcz przebiegł mi po plecach. Miałam złe przeczucia. Inicjatywa musiała wyjść od mojej mamy, nikomu innemu nie mówiłam o rozstaniu i zwolnieniu z pracy. Pewnie poprosiła wujka o pomoc, bo się o mnie martwiła. A skoro tak, na pewno nie dzwonił z niczym sensownym.

Przyznam szczerze – nie przepadałam za Satoru. Był trochę odklejony od rzeczywistości, nigdy nie wiedziałam, co na­prawdę myśli. Zawsze zachowywał się wedle własnego uznania, do tego często śmiał się w nieodpowiednich momentach jak jakiś dziwak, nie lubiłam tego.

Co innego kiedyś. Jako dziecko wprost go uwielbiałam, a kiedy mama zabierała mnie w odwiedziny do dziadków w Tokio, Satoru zawsze pozwalał mi bawić się z nim w jego pokoju. Natomiast gdy weszłam w okres dojrzewania, wujek okropnie mnie drażnił swoim nietypowym usposobieniem, zaczęłam go unikać. Na dodatek narobił w rodzinie zamieszania, bo nagle wziął ślub, choć nie znalazł przecież stałej pracy.

W miarę możliwości starałam się nie mieć z nim nic wspólnego, dlatego nawet po przeprowadzce do Tokio ani razu nie przyszło mi do głowy, by go odwiedzić.

Następnego dnia, co prawda niechętnie, ale jednak oddzwoniłam – bo wiedziałam, że jeśli tego nie zrobię, mama wścieknie się tak, jakby ją diabeł opętał. Wujek miał dwadzieścia kilka lat, kiedy ja zaczynałam podstawówkę, więc teraz musiał być już dobrze po czterdziestce.

Odebrał po pierwszym sygnale.

– Księgarnia Morisaki, w czym mogę pomóc?

– To ja. Takako.

– O! Ooo! – Zaczął nagle wołać, a ja czym prędzej odsunęłam telefon od ucha. Entuzjazm rozpierał go jak dawniej. – Kopę lat! Jak tam, u ciebie wszystko dobrze?

– Powiedzmy.

– Słyszałem, że mieszkasz w Tokio, ale jakoś ani razu do mnie nie wpadłaś, co?

– Przepraszam, miałam dużo pracy – zmyśliłam wymówkę bez wielkiego przekonania.

– Ale teraz nie masz już wcale, prawda? – Od razu przeszedł do sedna.

Zaniemówiłam. No tak, akurat od niego nie ma co wymagać taktu. Mówił i mówił bez końca, jak to niby przypominają mu się dawne czasy, aż nagle wypalił:

– Wiesz co, tak sobie myślałem… Jeśli na razie nie masz ochoty szukać sobie nowej roboty, to może zamieszkaj tutaj?

– Słucham?

Ta propozycja zupełnie zbiła mnie z tropu, a wujek szedł za ciosem i ciągnął dalej:

– Pewnie wykładasz ładny pieniądz na czynsz i rachunki, co? A u mnie miałabyś za darmo. Choć nie ukrywam, przydałaby mi się drobna pomoc w księgarni.

Zapytałam, jaka konkretnie – okazało się, że prowadzi interes w pojedynkę, ale dokucza mu kręgosłup i musi chodzić na zabiegi, więc potrzebuje kogoś, kto otwierałby rano sklep. Wujek mieszkał w domu na przedmieściach, w Kunitachi, dlatego poza godzinami pracy miałabym całą księgarnię dla siebie i sto procent prywatności. Na piętrze było normalne mieszkanie z łazienką i toaletą. Mieszkano tam jeszcze kilka lat wcześniej.

Zastanowiłam się przez moment. Rzeczywiście, nie mogłam tak dalej trwać. Oszczędności nie starczyłoby na długo. Tylko że nie chciałam, by ktoś wtrącał się w moje sprawy.

– Ale nie chcę robić problemu… – Próbowałam jakoś odmówić.

– Problemu? Skąd! – Wujek ani myślał się wycofać. – Akurat ciebie bardzo chętnie ugoszczę.

„A ciocia się zgadza?” – chciałam zapytać, ale w ostatniej chwili ugryzłam się w język.

Zapomniałam. Momoko, jego żona, kilka lat wcześniej wyszła z domu i już nie wróciła.

Ta sprawa bardzo poruszyła całą naszą rodzinę. Satoru podobno okropnie przeżył tę sytuację, moja mama strasznie się bała, że jego organizm tego nie wytrzyma.

Oczywiście było mi wtedy żal wujka. Czułam też pewien dziwny dysonans – po ślubie wydawali się szczęśliwie zakochani, a ciocia Momoko była serdeczną, ciepłą osobą, zupełnie nie sprawiała wrażenia kogoś, kto nagle znika bez wieści.

– Czyli postanowione? – dopytywał, tak jakbym się zgodziła, kiedy ja po prostu nie potrafiłam się wysłowić.

– Ale… Nie miałabym co zrobić z moimi rzeczami. – Mimo wszystko nie dawałam za wygraną, na co Satoru stwierdził, żebym wysłała je do niego, bo ma w domu dużo wolnego miejsca, a do księgarni przyniosła tylko to, co najpotrzebniejsze. Wyglądało na to, że pomyślał o wszystkim.

– Tak będzie dla ciebie najlepiej. Zaufaj mi.

Jak niby miałam zaufać komuś, kogo nie widziałam od dziesięciu lat?

– Przygotuję pokój na twój przyjazd – powiedział, nie cze­kając nawet na odpowiedź, a potem rzucił tylko, że ma klienta, pożegnał się i odłożył słuchawkę.

Słuchałam dźwięku przerwanego połączenia, zbyt zdumiona, żeby się ruszyć.

Dwa tygodnie później znalazłam się na stacji Jinbōchō.

Jak do tego wszystkiego doszło? Moje życie nagle zaczęło zmieniać się z prędkością, od której kręciło mi się w głowie, nie potrafiłam za nim nadążyć.

Po tamtej rozmowie z wujkiem zadzwoniłam do mamy. Postawiła sprawę jasno:

– Masz dwie opcje. Przeprowadzasz się do Satoru albo z powrotem do nas.

Niechętnie wybrałam opcję numer jeden. Doskonale wiedziałam, co się stanie, jeśli wrócę na Kiusiu – rodzice zaraz zapiszą mnie do agencji matrymonialnej, żebym znalazła sobie męża, i już nigdy nie wrócę do Tokio. Poddać się teraz, po tym, ile trudności musiałam pokonać, by wyjechać do stolicy? Nie ma mowy. To tak, jakbym przyznała się do porażki.

Dawno nie byłam na zewnątrz, trochę chwiałam się na nogach. Jakoś dałam radę dojechać pociągiem na miejsce, a kiedy wyszłam z metra na powierzchnię, nagle zaatakowały mnie upalne promienie słońca. Pogoda zdążyła się zupełnie zmienić w ciągu tych dni, które przespałam. Słońce błyszczało w górze oślepiająco jak rozpalone oczy nastoletniego chłopca. A przecież gdy składałam wypowiedzenie, lato wydawało się takie odległe. Poczułam się, jakby nawet pory roku mnie zdradziły. Zrobiło mi się trochę przykro.

Byłam w Jinbōchō pierwszy raz. Wcześniej nie miałam okazji, bo dziadkowie mieszkali w Kunitachi. Stanęłam przed przejściem dla pieszych i rozejrzałam się na dobry początek.

Coś tu nie pasowało.

Wzdłuż alei (wujek wspominał, że to Yasukuni-dōri) stały księgarnie. Całe mnóstwo księgarń, i po jednej, i po drugiej stronie.

Przecież zwykle wystarcza jedna na ulicę. A tutaj? Książki sprzedawano w większości ze stojących rzędem budynków. Były duże, przyciągające wzrok oddziały znanych sieci, takich jak Sanseidō czy Shosen, ale najbardziej wyróżniały się małe antykwariaty. Muszę przyznać, że robiły wrażenie, stojąc tak jeden obok drugiego. Trochę dalej, przy drodze w kierunku Suidōbashi, stało kilka wielkich biurowców, co tylko pogłębiało dziwaczne odczucia, jakie wywoływała u mnie ta okolica.

Przeszłam przez skrzyżowanie pełne ubranych w garnitury pracowników okolicznych firm, którzy mieli akurat przerwę na lunch, i ruszyłam wzdłuż alei zapełnionej księgarniami. Po chwili zgodnie z instrukcjami wujka skręciłam w mniejszą ulicę zwaną Sakura-dōri. Tam też roiło się od antykwariatów, tak jakby wcale nie było w tym nic dziwnego. „Raj używanych książek” – pomyślałam w duchu.

Szłam w palącym słońcu, zastanawiając się, jak mam znaleźć księgarnię wujka, kiedy nagle zauważyłam, że przed jednym z budynków ktoś macha w moją stronę z wielkim entuzjazmem. Był to drobny jak chłopiec chudy mężczyzna z rozczochranymi włosami i okularami w grubych czarnych oprawkach. Miał na sobie kraciastą koszulę z krótkim rękawem, luźne spodnie i sandały. Pamiętałam go.

– Cześć! Tak myślałem, że to ty, Takako! – powiedział wujek Satoru z szerokim uśmiechem.

Podeszłam bliżej. Bardzo się postarzał – wokół powiek miał głębokie zmarszczki, których nie dałoby się ukryć, nawet gdyby chciał, a jego cera, dawniej idealnie blada niczym u nieszczęśliwej dziewczynki, pokryła się zadziwiającą liczbą przebarwień. Jego oczy skryte za szkłami okularów nadal lśniły jednak dziwnym blaskiem, jak u dziecka.

– Czekał tu na mnie wujek przez cały czas?

– Akurat pomyślałem, że niedługo powinnaś być. W końcu mamy tu same antykwariaty, prawda? Byłby problem, gdybyś zabłądziła, więc stwierdziłem, że poczekam na zewnątrz. Rozglądałem się za dziewczynką w mundurku szkolnym, a tu proszę, ale wydoroślałaś!

To raczej oczywiste. Ostatni raz widzieliśmy się niemal dekadę temu, kiedy uczyłam się jeszcze w liceum i przyjechałam do Tokio na pierwszą rocznicę śmierci dziadka. Natomiast wujek… Był dokładnie taki, jakim go zapamiętałam. Przekroczył czterdziestkę, ale jego zachowanie nie zmieniło się ani odrobinę. Gdybym miała wskazać słowo, z którym miał najmniej wspólnego, bez wątpienia postawiłabym na „powagę”. Jako nastolatka byłam bardzo wrażliwa na punkcie zachowywania dystansu wobec innych – ten niefrasobliwy luz wujka nie mieścił mi się w głowie i powodował ogromny dyskomfort.

Uciekłam wzrokiem od Satoru, który cały czas bacznie mi się przyglądał, i spojrzałam na witrynę.

– Czyli tak wygląda księgarnia, którą założył pradziadek…

Szyld głosił: „Antykwariat Morisaki – literatura przedwojenna”. Patrzyłam na to miejsce z pewnym wzruszeniem. Nie na myśl o pradziadku, bo nie było mi dane go poznać, ale przez sam fakt, że sklep działał już trzecie pokolenie. Moim zdaniem to naprawdę coś.

Mieścił się w drewnianym, jednopiętrowym budynku. Na oko mógł mieć około trzydziestu lat, miejscami wyglądał na więcej. Za szybami było widać wnętrze szczelnie wypełnione książkami.

– Pierwotnie, czyli jeszcze w Taishō1, mieściła się przy Suzuran-dōri, ale tamten budynek oczywiście nie przetrwał do dzisiaj. Można powiedzieć, że ten tutaj to Antykwariat Morisaki II.

– Aha…

– No, śmiało, śmiało. – Wujek niemal wyrwał mi z ręki bagaże i zaprosił do środka.

Natychmiast uderzył mnie zatęchły zapach starego papieru.

– Ale czuć pleśnią… – mruknęłam bez zastanowienia.

– Wolałbym: „Powietrze wilgotne niczym o poranku po ulewnym deszczu” – poprawił mnie ze śmiechem.

Książki wypełniały każdy skrawek przestrzeni. Wszystko w tym ciemnym, małym pomieszczeniu na około osiem mat2 było przesiąknięte aurą lat siedemdziesiątych. Na ustawionych w równych odstępach regałach stały ściśnięte wydania kieszonkowe i twarde oprawy, a dzieła zebrane i inne duże formaty w stosach pod ścianami. Za niewielką ladą z kasą także piętrzyły się książki. Nie miałam wątpliwości – w razie trzęsienia ziemi wszystkie runą jak lawina i pogrzebią mnie pod sobą.

– Ile egzemplarzy tu jest? – zapytałam trochę zbita z tropu.

– Niech się zastanowię… Jakieś sześć tysięcy, tak mniej więcej.

– Sześć tysięcy?! – Aż pisnęłam ze zdumienia.

– To malutka księgarnia, więcej by się nie zmieściło.

– A o co chodzi z tą „literaturą przedwojenną”? Nie ma tu nowości?

– Nie, specjalizuję się w japońskich autorach od końcówki XIX wieku do wybuchu II wojny światowej. Zresztą sama zobacz.

Przebiegłam wzrokiem po grzbietach ustawionych na półkach książek. Dojrzałam kilka znajomych nazwisk – Ryūnosuke Akutagawę, Sōsekiego Natsume czy Ōgaia Moriego – ale o zdecydowanej większości nigdy nawet nie słyszałam. Zresztą tę trójkę znałam tylko dlatego, że musiałam ich czytać w szkole.

– Niesamowita kolekcja jak na taki krótki okres – powiedziałam, na co wujek zareagował uśmiechem.

– Prawie wszystkie księgarnie w okolicy mają jakąś specjalizację. Jedne sprzedają tylko książki naukowe, inne wyłącznie dramaty. Niektóre są zupełnie niszowe, na przykład takie ze starymi pocztówkami i zdjęciami. To w końcu największa dzielnica antykwaryczna na świecie.

– Na świecie? Naprawdę?

– Tak. Już w okresie Meiji3 literaci i inni inteligenci chętnie bywali w Jinbōchō, ówcześnie było to jedno z centrów kulturalnych. A księgarń tu tyle, bo w okolicy zakładano wtedy wiele uczelni i szkół, dlatego jak grzyby po deszczu wyrastały też sklepy z podręcznikami i książkami naukowymi. No i potem już poszło.

– Miejsce z historią…

– Owszem, i ta historia nadal trwa. Wiesz, że Ōgai Mori czy Jun’ichirō Tanizaki osadzili tu akcję niektórych swoich dzieł? Mało tego, odwiedza nas też wielu turystów z zagranicy.

Wujek mówił z dumą, tak jakby opowiadał o sobie.

– Niby mieszkam w Tokio już parę lat, a nie miałam o tym wszystkim pojęcia – stwierdziłam z autentycznym podziwem.

Mówiąc całkiem szczerze, byłam też pod wrażeniem wujka. Szczegółowo wyjaśnił mi sprawę, choć zadałam tylko proste pytanie. Myślałam, że skoro nie znalazł sobie porządnej pracy na etacie, to musiał się po prostu obijać, a tu proszę – miał naprawdę sporą wiedzę. Nie pamiętałam za dobrze, ale coś mi świtało, że kiedy jako mała dziewczynka odwiedzałam wujka w jego pokoju, było tam pełno grubych książek o historii i filozofii.

– Koniecznie zrób sobie spacer po okolicy, roi się tu od ciekawych miejsc. No, ale to przy następnej okazji. Chodź, pokażę ci twój pokój. Piętro co prawda robi za magazyn, ale znajdzie się jeszcze sporo miejsca.