Moja zguba - Monika Sławik - ebook
NOWOŚĆ

Moja zguba ebook

Sławik Monika

5,0

76 osób interesuje się tą książką

Opis

Skye i Darcy po serii traumatycznych wydarzeń ruszają do Szkocji… Choć bardziej właściwe byłoby stwierdzenie: uciekają. Skye wierzy, że właśnie tam odnajdzie swoją mamę. Jej idealnie dopracowany plan nie zakładał jednak towarzystwa Darcy’ego – chłopaka, którego zraniła i który żywi przez to do niej nienawiść. Dlaczego więc mężczyzna nie odpuści i po prostu jej nie zostawi? Czy naprawdę chodzi wyłącznie o złożoną babci obietnicę, według której ma dopilnować, by Skye była bezpieczna?

Darcy jest pewien jednego – ta dziewczyna stała się jego rodziną i nieważne, co się wydarzy, nie może jej zostawić. Skye za to robi wszystko, żeby go od siebie odepchnąć, zwłaszcza gdy na jaw wychodzą nowe, bolesne tajemnice. Na domiar złego do ich podróży dołącza Ryle Weller – wróg Darcy’ego, który zakochał się w jego Chmurce.

Cała trójka angażuje się w poszukiwania mamy Skye. Nie mija wiele czasu, kiedy odkrywają szokującą prawdę na temat kobiety. Wkrótce potem w nadmorskiej szkockiej wiosce dziewczyna odnajduje rodzinę… Rodzinę skrywającą mnóstwo sekretów, o której istnieniu nie miała pojęcia.

Czy Skye powinna wracać do przeszłości, skoro prawda może na zawsze zmienić jej życie… a nawet narazić je na niebezpieczeństwo?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 593

Rok wydania: 2025

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (2 oceny)
2
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
SANNICNIK
(edytowany)

Nie oderwiesz się od lektury

złamane i naprawione.... Ta część jest inna. Bardziej bolesna. Monika sprawia że nawet moje zatwardziałe serce pękło. Wzruszenie, smutek, żal, wkurzenia to tylko część tego co tu można znaleźć. Tak Skay monetami mnie irytuje swoimi ucieczkami. Ale to jej system obronny, jedyny jaki zna. Darcy, nasz glodenku, nie dość że futrzany sosik to jeszcze on. Wierny, oddany, kochający ? A może to pozory ? Pogmatwane rodzinne sekrety, podróż która jest inna niż wszyscy myślą. Nie mogę przetrawić iż to koniec tej historii. Dla mnie to dom. Ta książka na długo będzie bliska dla mnie. Nie mogłam doczekać się tej części. I absolutnie nie żałuję ani sekundy z nią spędzonej. Witch's_Sandra_Library 💜
00



Moja zguba

Monika Sławik

Rozdział 1

Darcy

Jedziemy już szóstą godzinę, a ona nadal się nie rusza. Nie śpi. To wiem na pewno, bo za każdym razem, gdy na nią zerkam, widzę, że wlepia wzrok w szybę. Mam wrażenie, że nawet nie mruga.

– Zaraz będziemy na miejscu – oznajmiam, przez co Skye podskakuje na siedzeniu spłoszona i patrzy na mnie wielkimi oczami, jakby zapomniała o mojej obecności.

– O-okej – odpowiada ochryple i znowu przenosi spojrzenie za szybę.

Nawet w słabym świetle ulicznych lamp mam idealny widok na jej policzek, na którym widnieje zadrapanie zadane przez mojego ojca. Zanim ruszyliśmy w drogę, zmusiłem ją do przemycia rany, ale nie mogłem się temu przyglądać. Groziłoby to tym, że wróciłbym do domu babci i dobiłbym tego potwora za to, co zrobił Skye.

Gravy, jakby jakimś cudem przeczuwał, że się zbliżamy do miejsca docelowego, zaczyna skomleć, a gdy parkuję, rzuca się na drzwi i je drapie. Wysiadam z auta i zapinam mu smycz, a później przyglądam się neonowemu szyldowi: „East Glasgow Hotel”. To Skye zarezerwowała go kilka dni temu na pięć nocy i zrobiła to z myślą, że przyjedzie tutaj z Ryle’em.

Z cholernym Ryle’em Wellerem.

Słyszę, jak dziewczyna wysiada z samochodu, ale się do niej nie odwracam.

– Weźmiesz Gravy’ego? – pytam. – Pójdę się dowiedzieć, czy możemy przenocować tutaj z psem.

Skye podchodzi i sięga po smycz. Muska palcami moją dłoń, przez co natychmiast cofa się jak oparzona, a mnie każdy włosek jeży się na skórze jak naelektryzowany.

Niemal jęczę z frustracji.

Tęsknię za nią – za jej dotykiem, bliskością, za naszymi rozmowami i, cholera jasna, nawet za naszymi przekomarzankami.

Ale to już należy do przeszłości.

No bo jak moglibyśmy wrócić do tego, co między nami było? Wiedziałem, że Skye ma sekrety, i akceptowałem, że nie wszystkie mi od razu wyjawi. Kiedy jednak się dowiedziałem, że zataiła przede mną decyzję babci… To jedna tajemnica za dużo.

Ta dziewczyna wkradła się do mojego życia i idealnie się w nie wpasowała. Stała się dla mnie rodziną, a potem sprawiła, że oddałem jej całe serce. Kocham ją i wątpię, czy coś kiedykolwiek będzie w stanie to zmienić. Jednak mimo to, kiedy na nią patrzę, jedyne, o czym potrafię myśleć, to fakt, że babcia odeszła wcześniej, niż to było konieczne, a Skye mogła temu zapobiec.

Nie umiem jej nie obwiniać i nienawidzę się za to. Mogę żyć z tą świadomością wyłącznie dlatego, że siebie obwiniam znacznie bardziej.

Bo przecież babcia nie podjęła decyzji o wcześniejszym zaprzestaniu leczenia z dnia na dzień. Może gdybym był obecny w jej codzienności, nie poddałaby się i chciałaby nadal żyć? Nie musiałem się wyprowadzać po tym, jak wywaliłem z domu ojca. Mogłem z nią zostać. Wiedziałem, że babcia źle znosi samotność – w końcu dlatego przeprowadziliśmy się do niej po śmierci dziadka. Doskonale o tym wiedziałem, a mimo to zignorowałem poczucie winy i egoistycznie porzuciłem wszystko, co kojarzyło mi się z moją pojebaną przeszłością.

Mam nadzieję, że ojciec zdechł. Mam nadzieję, że uderzył się w głowę wystarczająco mocno, by już nigdy się nie obudzić. Żałuję tylko, że we wszystko została wplątana Skye. Mogłem sam go zabić. Mogłem pozbyć się go już dawno…

Z zamyślenia wyrywa mnie rażące światło jarzeniówki, które niemal oślepia, kiedy wchodzę do hotelu. Recepcja jest mała i gołym okiem widać, że to jeden z typowych tanich hoteli przy autostradzie, gdzie każdy zatrzymuje się maksymalnie na jedną noc, by rano ruszyć dalej przed siebie.

Przy biurku recepcyjnym nikogo nie zastaję, więc możliwe, że nie uda mi się zameldować w tak wczesnych godzinach. Rozglądam się po blacie i dostrzegam dzwonek. Wciskam go dwa razy, a kiedy nikt nie przychodzi, zaczynam przestępować z nogi na nogę.

– Już idę! – krzyczy nagle ktoś z wyraźnym szkockim akcentem. Chwilę później zza jednych drzwi umieszczonych w niewielkim holu wychodzi kobieta w średnim wieku. Ma na sobie pognieciony uniform z logiem hotelu. – Przepraszam najmocniej, że tyle to trwało. W czym mogę panu pomóc? – pyta i się uśmiecha.

Nie odwzajemniam gestu, więc jej uśmiech przeradza się w grymas zawstydzenia, a policzki lekko czerwienią.

– Mam rezerwację na nazwisko Murray – mówię ochryple, a kobieta wystukuje coś w komputerze.

– Tak, zgadza się. Pokój jest gotowy – oznajmia, po czym sięga do szuflady, gdzie ułożone są klucze. Bierze jeden z zieloną zawieszką i kładzie go na blacie przede mną. – Proszę kierować się na czwarte piętro, po lewej stronie jest winda… – tłumaczy, ale wchodzę jej w słowo:

– Mamy ze sobą psa. Czy to będzie problem?

Kobieta unosi brew i znowu przegląda coś w komputerze.

– Nie widzę żadnej informacji o zwierzęciu przy rezerwacji… Mamy jednak specjalne pokoje przeznaczone dla gości z pupilami. Mogę spróbować przenieść państwa do takiego, jeśli tylko będzie wolny. Ale wymaga to dodatkowej opłaty.

– Bardzo proszę sprawdzić dostępność. – Tym razem udaje mi się chyba wygiąć usta w coś na wzór uśmiechu, bo kobieta się rozpromienia.

Chwilę stukania umalowanymi paznokciami w klawiaturę później recepcjonistka wydaje radosny odgłos i oznajmia:

– Wygląda na to, że to pana szczęśliwy dzień, bo został nam ostatni pokój z opcją z pupilem. – Jej czoło się marszczy, gdy coś doczytuje. – Niestety jednak ma on inne ułożenie. Zamiast dwóch osobnych łóżek jest w nim jedno, podwójne. Musiałby pan też dopłacić po dwadzieścia funtów za każdą noc, a z uwagi na zwierzaka wymagamy wpłaty z góry.

– Proszę ulokować nas właśnie tam – oznajmiam, a następnie sięgam do kieszeni i podaję kobiecie kartę kredytową.

Po dokonaniu płatności i podpisaniu jakichś dokumentów związanych z odpowiedzialnością za wynajem lokum z psem recepcjonistka podaje mi nowy klucz i instruuje, jak dotrzeć do pokoju. Potem się ze mną żegna i znowu znika za tymi samymi drzwiami, zza których wcześniej przyszła.

Kiedy wychodzę na zewnątrz, nie dostrzegam nigdzie Skye i Gravy’ego, przez co czuję ukłucie paniki. Podbiegam do samochodu, ale w środku również ich nie znajduję.

– Skye?! – wołam, rozglądając się po okolicy, a potem słyszę ciche: „Tutaj”, dochodzące z niewielkiego lasku na samym końcu parkingu.

– Chciałam się z nim kawałek przejść – mówi, kiedy wychodzi spomiędzy drzew ze smyczą oplecioną wokół ręki i Gravym u boku. Zbliżają się i stają kilka kroków przede mną, Skye unika mojego wzroku. – Chyba tego potrzebował po tylu godzinach podróży – dodaje.

Zauważam, że dłonie jej drżą, i zastanawiam się, czy to ma coś wspólnego z chłodnym wiatrem, czy raczej z tym, że po jakichś sześciu godzinach w końcu wywiązała się między nami rozmowa. Skye zawsze robi się zimno w niekomfortowych dla niej sytuacjach.

– Zmieniłem nam pokój na taki, w którym można przebywać z psem – oznajmiam, po czym wręczam jej klucz.

Podchodzę do auta, biorę z niego nasze torby i prowadzę dziewczynę z Gravym do środka. Zmierzamy na drugie piętro, aż wreszcie stajemy przed drzwiami numer sto trzydzieści trzy. Skye przekręca zamek i przekracza próg, ale nagle cofa się o krok.

– To jakaś pomyłka – mówi. – Pokój miał być…

– Tylko taka opcja była dostępna – tłumaczę.

Kiwa głową i przełyka głośno ślinę, a potem niepewnie rusza przed siebie. Zamykam za nami drzwi i spuszczam Gravy’ego ze smyczy. Ten natychmiast zaczyna obwąchiwać swoje nowe, hotelowe legowisko, a Skye podchodzi do okna i wygląda przez nie, znowu gdzieś odpływając.

– Chcesz iść pierwsza pod prysznic? – pytam, na co dziewczyna kręci głową. Dlatego wyciągam wszystkie potrzebne rzeczy z torby i ruszam do łazienki.

Pokój ma bardzo podstawowe wyposażenie, ale jest czysty. Ustawiam niską temperaturę wody, by trochę się orzeźwić po długich godzinach jazdy, i szybko się myję, a kiedy kończę, burczy mi w brzuchu. Przypominam sobie, że nie jadłem nic od poprzedniego ranka, i idę o zakład, że Skye również jest głodna.

Wychodzę z łazienki i zastaję dziewczynę w tym samym miejscu. Tyle że teraz zamiast stać przy oknie, kuli się na przysuniętym do niego fotelu.

– Pójdę po coś do jedzenia. Na dole były jakieś automaty z przekąskami – mówię, lecz ona mi nie odpowiada. Podchodzę do niej i dostrzegam, że śpi.

Ściągam narzutę z łóżka i okrywam nią Skye. Mam wrażenie, że się spina, jakby to ją obudziło, ale nie otwiera oczu, więc może mi się wydawało? Tak cicho, jak mogę, zapinam na smycz Gravy’ego, żeby po drodze po jedzenie wziąć go na załatwienie potrzeb przed snem. Z automatu w holu biorę kilka zbożowych batonów, dwie butelki wody i colę. Kiedy wychodzimy przed hotel na mały skrawek trawy, spuszczam Gravy’ego ze smyczy. Wzdrygam się od chłodu, który nieprzyjemnie szczypie mnie w palce, i wpycham ręce do kieszeni dżinsów. Podczas pakowania się nie pomyślałem o tym, że przecież jesień w Szkocji jest znacznie zimniejsza niż w naszych rejonach, i zabrałem same koszulki i tylko jedną, stanowczo zbyt cienką kurtkę. Jeśli zostaniemy tu dłużej lub pojedziemy bardziej na północ, będę musiał się zaopatrzyć w coś cieplejszego…

A to mi przypomina, że z samego rana muszę dać znać Jaxowi, że nie wiem, kiedy wrócę do pracy, i że będzie musiał znaleźć kogoś na zastępstwo. Powinienem też ustalić ze Skye, co robimy dalej. Jak planuje odnaleźć mamę? Gdzie i kiedy chce następnie wyruszyć? Pamiętam, jak mi opowiadała, że jej rodzina pochodzi z okolic szkockiej wyspy, którą zainspirowane jest jej imię, zatem pewnie tam będzie chciała zacząć… Co chce jednak robić przez te kilka dni w Glasgow?

Na myśl, że zaplanowała wszystko razem z pieprzonym Ryle’em Wellerem, który pewnie znałby odpowiedź na każde z tych pytań, od razu robi mi się gorąco. Ten typ idealnie wyczekał moment, w którym Skye została sama, zaczaił się na nią, a potem…

Tylko że to ja wyrzuciłem ją z domu. To przeze mnie musiała szukać noclegu, praktycznie pchnąłem ją w ramiona tego dupka… I pewnie powinienem się z tego cieszyć, prawda? Powinienem pozwolić, żeby teraz Ryle zajmował się problemami i tajemnicami Skye. Powinienem im pozwolić jechać na tę głupią wyprawę we dwoje i wrócić do swojego życia bez tej dziewczyny obok. W końcu przecież mnie oszukała. Z kogoś, za kogo byłbym gotowy poświęcić własne życie, stała się kolejną osobą, która mnie zawiodła. Szkoda tylko, że utrata zaufania automatycznie nie wiąże się z utratą uczuć. Szkoda, że nienawiść, którą czuję do Skye, może iść w parze z miłością, która ani trochę nie osłabła, przez co sprawiła, że nie mogłem pozwolić, by ta dziewczyna ruszyła do obcego kraju z innym kolesiem. A zwłaszcza z pieprzonym Wellerem, prawdopodobnie chcącym wykorzystać jej wrażliwy stan.

Niezależnie jednak od wszystkiego, nie zamierzam się znowu do niej zbliżyć. Pomogę Skye odnaleźć rodzinę i odejdę, a wtedy ona o mnie zapomni. Tego właśnie pragnę.

Dlaczego więc tak ogromnie nieznośna jest świadomość tego, że to do Ryle’a udała się po pomoc, a nie do mnie? Dlaczego tak po prostu uwierzyła, że nie chcę mieć z nią nic do czynienia, i odeszła bez mrugnięcia okiem? Jak mogła tak zwyczajnie wszystko przekreślić po tym, co razem przeszliśmy? Jak mogła chcieć wyjechać i zostawić mnie chwilę po tym, jak ostatnia osoba, którą nazywałem rodziną, odeszła?

Czy naprawdę odtrąciłem ją tak skutecznie, że była gotowa kompletnie usunąć się z mojego życia? Czy może chciała uciec – przed sobą, tym, co zrobiła, i przed dopuszczeniem do świadomości tego, że mojej babci już nie ma?

Wołam Gravy’ego i z głową pełną sprzecznych myśli wracam do pokoju. Otwieram cicho drzwi, ale zapominam, że są strasznie ciężkie, dlatego zanim zdążę zareagować, zatrzaskują się z niemiłosiernie głośnym hukiem, od którego Skye z krzykiem zrywa się z fotela. Niemal od razu upada na dywanową wykładzinę – albo potknęła się o mebel, albo nogi odmówiły jej posłuszeństwa – a potem kuli się i oplata ramionami kolana, chowając w nich głowę. Rzucam trzymane w dłoniach przekąski na łóżko i podbiegam do niej. Wyciągam ręce, by jej pomóc, ale zdumiony szybko je cofam, kiedy dostrzegam, jak bardzo cała drży. Skye wreszcie unosi głowę i na mnie patrzy, a ja w burzowych oczach zauważam wzbierające łzy i przerażenie, jakiego nie widziałem u tej dziewczyny nigdy wcześniej. Jest w kompletnej rozsypce, dławi się od duszonych łez. Usta mi się rozchylają, gdy nagle sobie uświadamiam, co stanowi źródło jej reakcji.

Kilka godzin temu ktoś ją napadł.

Nie, nie ktoś. Mój ojciec. I doskonale wiem, że jestem do niego podobny – wszyscy, ku mojej męce, powtarzali mi to od dziecka.

– Tak mi przykro, Skye – wyrywa mi się niekontrolowanie, tylko trochę głośniej od szeptu.

Nienawiść do dziewczyny i pretensje o skrywanie przede mną sekretów na moment wyparowują. Nagle Skye znowu jest w moich oczach skrzywdzoną, przepełnioną cierpieniem dziewczyną, którą chcę wziąć w ramiona i której pragnę obiecać, że nigdy już nie pozwolę, by ktoś ją tak przeraził.

Lecz kiedy sięgam do niej rękami, ona się odsuwa i powoli wstaje o własnych siłach. Woli wesprzeć się na fotelu, niż skorzystać z mojej pomocy.

Czy to dlatego, że w tym momencie przypominam swojego ojca? Czy może stałem się ostatnią osobą, od której chciałaby dostać wsparcie?

Podnoszę się, wypuszczając głośno powietrze, które w pewnym momencie zacząłem wstrzymywać, i robię krok w tył. Chcę dać Skye przestrzeń, bo wyraźnie tego potrzebuje. Rozgląda się dookoła w popłochu, jakby chciała się upewnić, że nie ma tu nikogo poza nami, a później kuca przy torbie i wyciąga z niej jakieś rzeczy.

– Pójdę się umyć – szepcze i wymija mnie, a potem zamyka się w łazience.

Ściągam koszulkę i zostaję jedynie w luźnych spodniach od piżamy, a potem kładę się w łóżku. Gravy próbuje ułożyć się po drugiej stronie, ale od razu go spycham. Rzuca mi urażone spojrzenie, lecz posłusznie wraca na legowisko, które wyraźnie mu nie odpowiada. Jutro muszę przynieść mu z samochodu jego własne, razem z resztą naszych rzeczy.

Skye spędza pod prysznicem dobre pół godziny, aż para zaczyna przedostawać się do pokoju przez szparę na dole drzwi. Gdy w końcu wychodzi ubrana w grubą bluzę i legginsy, patrzę na nią skołowany.

– Nie wzięłaś piżamy? – pytam.

– Wzięłam, po prostu mi zimno.

Obserwuję, jak przestępuje z nogi na nogę, wahając się przed wejściem do łóżka, jakbyśmy nigdy wcześniej ze sobą nie spali – więc odgarniam dla niej kołdrę.

– Chodź. Jest całkiem wygodnie.

Skye przytakuje. Kładzie się obok i podsuwa pościel pod samą brodę, a ja zdaję sobie sprawę z tego, że nie kłamała – drży tak bardzo, że razem z jej ciałem trzęsie się całe łóżko. Odwracam się do niej i pytam:

– Hej, co się dzieje?

Nie patrzy mi w oczy ani nie odpowiada, słyszę jedynie, jak jej zęby o siebie uderzają. Nie myślę za wiele i przyciągam ją, a potem przytulam do rozgrzanego torsu. Skye nie protestuje, tylko jeszcze mocniej się we mnie wtula. Szczelnie oplatam nas kołdrą i zaczynam pocierać lodowate ramiona dziewczyny.

Mija kilka minut, gdy Skye w końcu przestaje się trząść i wyrównuje oddech. Zasnęła, ale ja jeszcze długo nie mogę zamknąć oczu. Za każdym razem gdy próbuję, widzę przerażone burzowe spojrzenie na zmianę z nieruchomym ciałem ojca.

Skye

Kiedy otwieram oczy, Darcy’ego nie ma obok. Rozglądam się dookoła w poszukiwaniu jakiejś kartki, bo w podobnych sytuacjach zawsze zostawiał mi notatkę, by poinformować, gdzie jest.

Ale to było kiedyś, zanim… zanim odeszła Lilly. Teraz nigdzie nie odnajduję żadnego liściku ani nic podobnego, mimo że na stoliku leżą notes z logiem hotelu i długopis do kompletu. Nie ma też Gravy’ego ani kurtki Darcy’ego. Pewnie poszli na spacer.

Wstaję powoli i wyciągam z torby ubrania, a następnie przebieram się w dżinsy i sweter. Włączam telewizor i wchodzę na program informacyjny, by sprawdzić dokładną godzinę. Jest chwilę po pierwszej po południu, a według planu za godzinę muszę stawić się na umówionym jeszcze z Anglii spotkaniu z detektywem. Wyciągam z torby laptopa, żeby sprawdzić maile i się upewnić, że detektyw Holt nie odwołał spotkania. Najchętniej bym do niego zadzwoniła, ale nadal nie kupiłam sobie nowego telefonu po tym, jak ojciec Darcy’ego roztrzaskał mi ten, który miałam…

Na samą myśl przed oczami staje mi blada twarz mężczyzny, otoczona wylewającą się spod jego ciała krwią.

Wzdrygam się i przełykam ślinę. Mój wzrok podąża do hotelowego telefonu stacjonarnego. Pewnie połączenie z niego będzie kosztowało krocie, ale trudno. Sięgam po słuchawkę, dzwonię do detektywa i potwierdzam nasze spotkanie, a później zwlekam chwilę i wystukuję z pamięci numer Ryle’a. Mylę się pięć razy, zanim udaje mi się do niego dodzwonić.

– Halo? – odbiera wyraźnie zaspany.

Dla niego dzisiejsza noc pewnie też nie była zbyt łatwa.

– To ja – chrypię.

– Skye? Dlaczego dzwonisz z zastrzeżonego numeru?

– To telefon stacjonarny w hotelu.

– Tylko mi nie mów, że… Jesteś… jesteś w Szkocji?

Na brzmienie smutku w jego głosie coś ściska mnie za gardło. Obiecałam mu, że wybierzemy się tu razem, a tymczasem zostawiłam go i jeszcze zmusiłam do zajęcia się bałaganem, którego sama narobiłam…

– Tak, przyjechaliśmy w nocy. – Odchrząkuję cicho, by doprowadzić głos do porządku. – Wiesz może… – Urywam, bo szukam odpowiednich słów. – Wiesz, co z… z…

– Ojciec Darcy’ego jest w szpitalu, stan stabilny. Nie wiem na razie zbyt wiele, ale…

– Żyje? – wtrącam zdumiona.

Nic nie poradzę na to, że w moim głosie pobrzmiewa nadzieja. Byłam przekonana, że go zabiłam i że stał się kolejną osobą, którą doprowadziłam do śmierci.

Ale on żyje.

– Jest w śpiączce – dodaje Ryle, co nieco studzi mój entuzjazm. – Dowiem się więcej i postaram się jakoś z tobą skontaktować, ale Skye, nie powinniście wyjeżdżać do Szkocji.

– Wiem. Obiecałam, że przyjedziemy tu razem…

– Nie o to chodzi. Policja wszczęła śledztwo, bo w kącie na podłodze w holu znaleźli resztki roztrzaskanego telefonu. Należał do ciebie, prawda?

Moje serce staje.

– Tak, rozbiłam go, gdy Henry się włamał i Lilly… Tamtego dnia, kiedy Lilly umarła.

Ryle wypuszcza głośno powietrze. Mogę się założyć, że z frustracji właśnie przeczesuje sobie włosy.

– Miejmy nadzieję, że nie uda się im pobrać odcisków i połączyć ciebie z tym urządzeniem. W innej sytuacji łatwo byłoby zwalić to na fakt, że przecież tam mieszkałaś. Ale jeśli się dowiedzą, do kogo należał ten telefon, potraktują jego szczątki jako oznakę walki, a później do nich dotrze, że chwilę po tym zdarzeniu wyjechałaś z kraju razem z wnukiem swojej podopiecznej… To tylko moje domysły, jednak na pierwszy rzut oka to nie wygląda zbyt dobrze, Skye. Zanim znaleźli twoją komórkę, sądzili, że Henry po prostu się włamał i przewrócił, bo był pijany, ale teraz chcą to lepiej sprawdzić.

Moje palce zaciskają się mocniej na słuchawce.

– Dowiedzą się, że to ja.

– Albo Darcy. Albo uznają, że działaliście w zmowie. – Milknie i znowu ciężko wzdycha, po czym dodaje: – Mam kumpli w policji, będę śledził sprawę, ale nie kontaktuj się ze mną, dobrze? Sam wymyślę, jak przekazać ci następne wieści, lepiej, żeby nikt się nie dowiedział, że ze sobą rozmawiamy.

– J-jasne – odpowiadam drżącym ze stresu głosem. – Myślisz, że Darcy naprawdę może mieć przeze mnie kłopoty? – pytam niemal szeptem i zerkam na drzwi.

– Nie wiem, Skye. Ten wyjazd na pewno nie działa na waszą korzyść.

– Dziękuję, że mi… nam pomagasz. To wiele dla mnie znaczy.

– Nie dziękuj, bo oprócz ustalenia, co się dzieje, niewiele będę mógł zrobić.

Zapada między nami cisza, ale żadne z nas się nie rozłącza.

– Jak się czujesz? – pyta nagle ledwo słyszalnie.

– Normalnie – odpowiadam tylko i już chcę się z nim pożegnać, gdy mówi:

– Wiesz, że nie powinnaś się o to obwiniać, prawda? To on cię zaatakował. Broniłaś się. Nawet gdyby umarł, to…

– Muszę kończyć, przepraszam – wtrącam i nim zdąży coś odeprzeć, odkładam słuchawkę, a to przerywa połączenie.

Wstaję od biurka i wyciągam z torby kosmetyczkę. Nakładam makijaż zakrywający bliznę, a później przepakowuję najważniejsze rzeczy do torebki. Drzwi zamykają się na zatrzask, więc żeby je otworzyć z zewnątrz, będę potrzebować klucza, a z tego, co wiem, dostaliśmy do pokoju tylko jeden, który Darcy zostawił na biurku.

Przestępuję z nogi na nogę. Jeśli wróci, a mnie nie będzie, nie da rady wejść do środka… Mimo to biorę klucz z biurka i wychodzę. Idę na parter i zanim wyjdę z hotelu, daję jeszcze znać recepcjonistce, żeby wpuściła Darcy’ego do środka, bo prawdopodobnie się miniemy. Kobieta na szczęście nie ma z tym problemu. Co więcej – zdaje się już kojarzyć chłopaka jako „tego z tym słodkim golden retrieverem”. Wzdrygam się na jej świergocący ton, ale zdobywam się na uprzejmy uśmiech i proszę, by zamówiła mi taksówkę. W tym czasie odszukuję w portfelu kartkę z zapisanym adresem kawiarni w centrum Glasgow.

Chwilę później, w towarzystwie deszczu, jadę już ze starszym mężczyzną, który na szczęście nie kwapi się do rozmowy. Wlepiam tępy wzrok w mglisty widok za szybą, ale myślami jestem w tak odległym miejscu, że nawet nie rejestruję, jak dostajemy się z autostrady do ciasnego centrum miasta. Taksówkarz zatrzymuje się pod lokalem o nazwie Coffee Heaven, a ja płacę i umawiam się z nim, by przyjechał tu po mnie za około godzinę.

Kiedy kierowca odjeżdża, zostaję sama w całkiem obcym mieście, przed obcą kawiarnią kilka minut przed spotkaniem z obcym mężczyzną. Stres już całkiem przejmuje nade mną kontrolę – do tego stopnia, że lekko chwieję się na nogach, a moje plecy i ramiona przechodzi lodowaty dreszcz.

W końcu jednak się zmuszam, by wejść do środka, bo inaczej ulewa zaraz kompletnie rozpuści mój makijaż, a ostatnie, czego chcę, to mierzyć się z tym wszystkim z mocno widoczną blizną biegnącą przez pół twarzy.

Od razu odnajduję wzrokiem detektywa Holta. Nigdy co prawda go nie widziałam – jeśli nie liczyć miniaturowego zdjęcia przy jego adresie mailowym, bo większość dotychczasowych rozmów odbyliśmy właśnie w ten sposób – ale jest tu jedyną osobą w garniturze, podczas gdy pozostali wydają się studentami mniej więcej w moim wieku. W dodatku na stoliku, przy którym siedzi mężczyzna, są rozłożone teczki i dokumenty. Przy kasie zamawiam kawę, a potem podchodzę do detektywa i cicho chrząkam, zanim mówię:

– Dzień dobry, nazywam się Skye Murray.

Unosi na mnie wzrok i się uśmiecha, po czym wstaje, podaje mi rękę i odsuwa krzesło. Siadam naprzeciwko niego, a w tym samym momencie kelnerka przynosi moją kawę i kładzie ją wśród rozłożonych papierów.

– Miło mi panią wreszcie poznać, panno Murray. Może przejdziemy na ty? Możesz mówić do mnie Jon.

– Jasne – odpowiadam tylko, a mój głos nieprzyjemnie skrzeczy przy tym krótkim słowie.

– W takim razie do rzeczy – mówi i po upiciu łyku swojej kawy podaje mi teczkę z naklejoną kartką z moim nazwiskiem. – Tutaj znajdują się wszystkie informacje, które udało mi się do tej pory zebrać. Niestety nie jest tego zbyt wiele, ale ustaliłem parę ważnych faktów.

Otwieram teczkę i szybko przeglądam wszystkie dokumenty. Nie potrafię się jednak skupić na tym, na co patrzę. Na szczęście detektyw kontynuuje:

– Trudno było mi natrafić na cokolwiek związanego z twoją matką, co byłoby datowane na później niż kilkanaście lat temu, ale w końcu odkryłem dlaczego. Margaret nie nosi już nazwiska twojej babci, wyszła za mąż prawdopodobnie niedługo po tym, jak straciłaś z nią kontakt. Według moich ustaleń obecne nazwisko twojej matki brzmi: MacLaren. A to z kolei nasuwa wniosek, że jej małżonek jest rodowitym Szkotem…

– Zaraz… – wtrącam, zanim zdąży pociągnąć dalej swój wywód. – Moja mama ma męża? To pewne?

Mężczyzna przytakuje.

– W dokumentach znajdziesz kopię aktu małżeństwa. Jej mąż ma na imię Mark. Niewiele udało mi się o nim jednak dowiedzieć. Oprócz podstawowych danych ustaliłem jedynie, że posiada firmę w okolicach, z których pochodzi twoja rodzina.

– Czy znasz dane tej firmy?

– Niestety dokładny adres ani nazwa nie zostały nigdzie podane. Wiem jedynie, że jest to biznes zajmujący się zakwaterowaniem. Może to być pensjonat, Airbnb albo mieszkanie na wynajem… sporo tego typu rzeczy w tamtych okolicach.

Ramiona opadają mi z rozczarowania.

– Dziękuję – mówię mimo wszystko.

Uśmiecha się z lekkim smutkiem.

– Niestety nie mam ci nic więcej do przekazania, mimo że naprawdę bym chciał. Zalecałbym ci się udać do Kyle of Lochalsh i tam rozpocząć poszukiwania, popytać mieszkańców, pokazać im zdjęcie mamy. To mała społeczność, ludzie w takich miejscach znają siebie nawzajem. – Chrząka cicho, kiedy nie odpowiadam, i dodaje: – Jeśli takie będzie twoje życzenie, mogę zająć się tym sam w twoim imieniu.

Oraz za odpowiednią dopłatą, a obecnie muszę liczyć się z pieniędzmi… Mimo to dopytuję:

– Na razie dziękuję, ale czy jeśli znowu utknęłabym w martwym punkcie, mogę liczyć na twoją pomoc?

– Oczywiście. Masz do mnie kontakt, w każdej chwili możesz napisać lub zadzwonić. Postaram się coś zaradzić, jeśli przekażesz mi jakieś nowe wieści.

Rozmawiamy parę minut o tym, jakie informacje udało się nam do tej pory zgromadzić, by wszystko podsumować, a potem płacę detektywowi umówioną kwotę i w ramach małego napiwku kupuję mu kolejną kawę, tym razem na wynos.

Kiedy mężczyzna wychodzi, ja jeszcze przez chwile zostaje przy stoliku, aby dokończyć swój napój i przejrzeć dokumenty. Liczyłam, że może uda mu sie zdobyć jakieś aktualne zdjęcie mamy, ale nic z tego.

Dałabym wiele, by zobaczyć, jak teraz wygląda. Pamiętam jedynie jej złociste włosy, oczy wielkie i pełne ciekawości świata jak u dziecka i to, że często nosiła stroje w kwiatowe wzory…

Nagle mój wzrok pada na datę urodzenia zapisaną na kopii aktu małżeńskiego. Według tego zapisu mama ma teraz trzydzieści sześć lat, a to oznacza… To oznacza, że urodziła mnie, gdy miała zaledwie szesnaście.

Czy to możliwe? Jak mogłabym tego nie wiedzieć? Ojciec przecież jest dużo, dużo starszy… To w ogóle legalne?

– Czy mogę podać coś jeszcze? – słyszę nad sobą głos kelnerki, ale jestem w stanie jedynie pokręcić głową.

Drżącymi dłońmi zbieram dokumenty do teczki i wciskam ją pod pachę. Gdy wychodzę przed kawiarnię, deszcz pada jeszcze mocniej i powoli zaczyna się ściemniać. Ludzie chowają się w budynkach, by uciec przed ulewą, a ja stoję pod małym daszkiem z bólem głowy, który staje się coraz bardziej uciążliwy. Sięgam do torebki i z jednej z przegródek wyciągam tabletki przeciwbólowe. Wysypuję dwie na rękę i wrzucam je sobie do ust, a następnie przełykam i odkasłuję, bo niemal się nimi dławię. Zrywam się, gdy słyszę klakson, i dostrzegam, że po przeciwnej stronie ulicy zaparkowała moja taksówka. Rozglądam się w lewo i prawo, a potem biegnę w jej kierunku.

W drodze powrotnej opieram głowę o szybę i przymykam powieki w obawie, że pulsowanie w skroniach uaktywni moją chorobę lokomocyjną, przez co niemal zasypiam. Do rzeczywistości przywołuje mnie dopiero chrząkanie taksówkarza. Płacę mężczyźnie, a on bez słowa wręcza mi wizytówkę. W razie czego chowam ją do portfela.

Wychodzę na deszcz i dostrzegam na parkingu samochód Darcy’ego, którego nie było, gdy wychodziłam z hotelu. Szybkim krokiem ruszam do wejścia, mijam opuszczoną recepcję i wspinam się po schodach na drugie piętro. Zamiast użyć klucza do pokoju, pukam dwa razy w drzwi, a one niemal od razu się otwierają.

Darcy ma szeroko otwarte oczy, a jego włosy zdają się potargane.

– Gdzie ty, do cholery, byłaś, co? I dlaczego masz wyłączony telefon?

Ignoruję drugie pytanie i odpowiadam jedynie na to pierwsze:

– Widziałam się z detektywem.

Omijam chłopaka i witam się z Gravym, a Darcy zatrzaskuje za mną drzwi.

– Dlaczego nie powiedziałaś, jakie masz plany? Martwiłem się, że coś się stało albo że…

– To ty wyszedłeś bez słowa – wtrącam po odwróceniu się do niego. – Poza tym nie muszę ci się meldować.

– Musisz, bo jesteśmy tu razem, sami. Jesteśmy za siebie odpowie…

– Nie – wchodzę mu ponownie w słowo. Coś w moim wnętrzu pęka. – Nie jesteśmy za siebie odpowiedzialni. Jestem dorosła i planowałam ten wyjazd od dawna. Nie musiałeś tu ze mną przyjeżdżać, to była twoja decyzja. A to, że tu jesteś, nie uprawnia cię do kontrolowania mnie i odgrywania roli opiekuna.

Dlaczego te tabletki w ogóle nie działają? Słowo daję, że głowa zaraz mi eksploduje.

Darcy zbliża się ze zmrużonymi oczami.

– Nie, Skye, nie planowałaś przyjechać tutaj sama. Planowałaś przyjechać tu z pieprzonym Ryle’em Wellerem – krzyczy niemal.

– A co cię to w ogóle obchodzi, co? – odpieram i oplatam się ramionami. – Jeszcze niedawno miałeś mnie kompletnie gdzieś. Powinieneś wrócić do tego stanu i już dziś wyjechać do Anglii.

– Nie mogę tego zrobić – mówi.

Stoi teraz tak blisko, że czuję, jak jego gorący oddech owiewa moje zmarznięte policzki.

– A to niby dlaczego? – Karcę się w myślach za to, że mój głos lekko się załamał przy ostatniej sylabie.

Darcy uważnie skanuje mnie wzrokiem. Nie umiem odczytać jego emocji, ale kiedy wypowiada następne słowa, czuję mdłości.

– Przysiągłem babci, że nie pozwolę ci pojechać do Szkocji samej i że osobiście zadbam o twoje bezpieczeństwo. Nie zamierzam łamać danego jej słowa. I nieważne, jak bardzo będziesz chciała mnie odtrącić, tym razem ci się nie uda.

Tym razem… Bo już wcześniej tego dokonałam.

Coś ściska mi klatkę piersiową. Walczę z odruchem, który każe mi się złapać za to miejsce.

Dopiero teraz zdaję sobie sprawę z tego, jaka byłam naiwna. Do tej pory podświadomie cały czas sądziłam, że Darcy przyjechał do Szkocji, bo może wciąż coś do mnie czuje. Tymczasem on zrobił to ze względu na obietnicę złożoną Lilly.

Nie powinnam się dziwić, prawda? Dla nas już nie ma nadziei.

I sama o to zadbałam.

Darcy

Pięć dni później

– Jesteś pewna, że nie chcesz jechać ze mną? – pytam po raz trzeci.

Skye potakuje.

– Dokończę w tym czasie pakowanie. Nie musisz się spieszyć.

Wzdycham i kiwam głową, a potem biorę torbę, którą przygotowałem z samego rana, i wychodzę.

W ciągu ostatnich kilku dni Skye nie odchodziła od laptopa. Nie liczę jej spotkania z detektywem oraz dwóch wyjść do restauracji hotelowej, choć niemal musiałem ją do nich zmusić. Nie chciała nawet iść na spacer z Gravym, jakby bała się wystawić nogę poza swoją bezpieczną bańkę, którą stał się ten klaustrofobiczny pokój.

Chciałbym wiedzieć, co kłębiło się w myślach tej dziewczyny, gdy przesiadywała całe dnie na fotelu pod oknem, patrząc tępo przed siebie albo grzebiąc z frustracją w laptopie. Nie łudzę się jednak, że by mi o tym powiedziała, nawet gdybym miał odwagę zapytać.

Przez ostatnie dni zamieniliśmy raptem kilka słów. Nawet mi nie zdradziła, co przekazał jej detektyw, a jedynie dzień po ich spotkaniu oznajmiła, że wybiera się do jakiejś miejscowości o dziwnej nazwie leżącej na północy Szkocji. I tak, oczywiście planowała dotrzeć tam sama – pociągami, autobusami albo autostopem – co od razu wybiłem jej z głowy i zamiast tego oznajmiłem, że zamierzam tam z nią pojechać. Zaskoczyło mnie, że się ze mną nie kłóciła, ale jej obojętna reakcja wcale nie była pocieszająca. Zawsze kiedy gdzieś wychodzę, mam wrażenie, że po powrocie nie zastanę Skye w pokoju, a już zwłaszcza dziś, na kilka godzin przed wymeldowaniem się i wyruszeniem w dalszą trasę, nie mogę się wyzbyć tego dziwnego poczucia. Boję się, że ucieknie. Znowu. Mimo to idę na parking i ruszam do samochodu, a później podjeżdżam do najbliższego marketu. Według nawigacji w pobliżu chatki, do której się dzisiaj przenosimy, nie ma żadnego większego sklepu, więc żeby być pewnym, że niczego nam nie zabraknie, postanowiłem już teraz kupić najważniejsze rzeczy.

Kiedy zatrzymuję się na parkingu, dzwonię jeszcze do szefa i w końcu składam oficjalną rezygnację z pracy, by już dłużej z tym nie zwlekać. Nie mogę go trzymać w niepewności co do daty powrotu, bo po wszystkich zmianach pub radzi sobie tak dobrze jak nigdy. Aby to podtrzymać, Jax musi jak najszybciej zacząć rozglądać się za kimś na moje miejsce, bo sami nie dadzą sobie rady. Powinienem też pomyśleć, co z moim nowym mieszkaniem w Cambridge. Według umowy jestem zobowiązany poinformować agencję o tym, że nie będzie mnie w nim dłużej niż miesiąc… No i leki na bezsenność i koszmary. Muszę wymyślić, jak zdobyć receptę na większą dawkę, bo obecna już przestaje się sprawdzać. To z kolei wiąże się ze znalezieniem nowego lekarza i liczeniem na to, że będzie mógł przetransferować moją kartotekę z dotychczasowej przychodni – ostatnie, czego teraz chcę, to jeszcze raz przechodzić przez proces diagnozy zaburzeń snu.

Nie mam na to ani ochoty, ani siły. Potrzebuję po prostu silniejszych leków albo jakiegokolwiek innego sposobu, który magicznie sprawi, że przestanę każdej nocy śnić o tym, jak mój ojciec krzywdzi Skye. Po tym, jak ją zaatakował, moje miejsce w towarzyszących mi od lat nocnych horrorach zajęła właśnie ona, a leki nie potrafią zablokować tych przerażających obrazów. Wolałem, kiedy to ja występowałem jako ofiara. Oddałbym wiele, by wrócić do tamtej wersji, nawet jeśli tabletki już nigdy nie miałyby zadziałać.

Moja wyobraźnia za dobrze poradziła sobie z wykreowaniem Skye bezbronnej i przerażonej w rękach potwora, ale najgorszą torturą w tym wszystkim jest fakt, że mogę się jedynie przyglądać, jak ojciec robi jej to samo, co robił mnie. Może wszechświat, Bóg czy cokolwiek innego próbuje mnie ukarać za to, że nigdzie go nie zgłosiłem? Jaka jest szansa, że ten facet skrzywdził kogoś jeszcze? Może nawet inne dziecko? Jestem tchórzem i egoistą. Gdyby babcia znała całą prawdę, byłaby mną rozczarowana. A jeśli to ona z zaświatów zsyła mi te nowe koszmary? Możliwe, że na nie zasłużyłem.

Dzisiejszej nocy też miałem straszny sen. Urwał się w momencie, gdy błagająca o pomoc Skye została rzucona na łóżko. Pamiętam, że próbowałem krzyczeć, próbowałem się ruszyć i zrobić cokolwiek… I właśnie wtedy otworzyłem oczy. Nie jestem pewny, czy najpierw zostałem obudzony przez własny krzyk, czy przez dotyk ust Skye.

Pocałowała mnie.

Trzymany przez nocny terror musiałem pewnie wierzgać nogami i rękoma po łóżku, a ona pocałowała mnie, bym mógł się wyrwać ze snu. Kiedy się odsunęła, zobaczyłem zarys jej twarzy oraz błyszczące w ciemności oczy i wtedy coś się ze mną stało. Ująłem policzki dziewczyny w dłonie i przyciągnąłem ją z powrotem do siebie.

Gdyby Skye nagle nie wstała i nie wybiegła do łazienki, zrobilibyśmy to. Znowu wykorzystałbym ją w momencie słabości. Wykorzystałbym jej litość, strach, poczucie winy i żal, by zająć nią swoje pojebane myśli.

Do dziś nie mogę wybaczyć sobie naszego ostatniego seksu – na szybko, na poboczu, w samochodzie, kiedy w obojgu nas szalały emocje, w dodatku nie te, które powinny; nie te, które pamiętam z naszego pierwszego razu. Byliśmy źli, rozgoryczeni. Cierpieliśmy, a ja to wykorzystałem. To wtedy Skye postanowiła się jeszcze bardziej ode mnie odciąć. W pewien sposób może właśnie na to liczyłem, bo sam nie miałem odwagi jej ostatecznie odtrącić. A przecież musiałem, prawda? Pozwoliła, by babcia zrezygnowała z leczenia. Podpisała dokumenty, które skazały ją na śmierć. Musiała zniknąć z mojego życia. A kiedy tamtej nocy się ze mną żegnała, poczułem, że ona również tego chciała.

Pewnie to wtedy zdecydowała, że musi wyjechać. Może wróciła zapłakana do Ryle’a i mu się ze wszystkiego zwierzyła, a on, niczym cholerny rycerz na białym koniu, zaproponował jej towarzystwo w podróży.

Możliwe, że nie powinienem się mieszać. W końcu obiecałem babci, że nie pozwolę dziewczynie jechać do Szkocji samej, a przecież miała Ryle’a. Nie musiałem w to ingerować. Mogłem ją zostawić w jego ramionach i odejść. Pozwolić, by on rozkochał w sobie Skye i pomógł jej o mnie zapomnieć. Powinienem był to zrobić, a tymczasem tylko przeciągam nieuniknione.

Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że kiedyś kompletnie ją stracę. Nawet jeśli udałoby mi się jej wybaczyć i nawet jeśli ona wybaczyłaby mnie, to znam tę dziewczynę na tyle, żeby wiedzieć, że prędzej czy później kolejne sekrety nas rozdzielą. Ona nadal ma ich wiele, wiem to. Po tych kilku miesiącach naszej znajomości perfekcyjnie umiem dostrzec, kiedy coś skrywa. Zdradza ją jedna rzecz – za każdym razem, gdy ma jakąś tajemnicę i zauważa, że ktoś zbliża się do odkrycia prawdy, ucieka: najpierw przed rozmową, patrzeniem w oczy i całym zewnętrznym światem, a potem pakuje swoją zniszczoną bordową torbę i znika bez pożegnania.

I właśnie dlatego część mnie jest przekonana, że nie zastanę Skye w hotelu, kiedy wrócę. Na samą myśl o jej ucieczce i o tym, że już nigdy więcej miałbym jej nie zobaczyć, czuję mdłości i strach. I nic nie umiem na to poradzić.

Nienawidzę tej dziewczyny. Nienawidzę, nienawidzę, nienawidzę. Ostatnio powtarzam sobie to w głowie jak mantrę, licząc, że stanie się rzeczywistością.

Skye stała się moją zgubą… Ale dziś, kiedy przerwała koszmar, przypomniała mi, że stanowi dla mnie coś jeszcze – ta dziewczyna jest moim ocaleniem.

Tylko ona potrafi sprawić, że przeszłość nie ma znaczenia. Tylko ona potrafi odebrać koszmarom kontrolę, jaką nade mną sprawują. Tylko ona mi została. Jest na tym świecie jedyną osobą, na której mi zależy, dla której zrobiłbym wszystko.

Wyjdziemy z tego, postanawiam w myślach i zaskakuję tym samego siebie. Czas podobno leczy rany, ale nam wystarczy, żeby je jedynie trochę zasklepił.

Oboje potrafimy żyć z bliznami.

Rozdział 2

Skye

Kiedy tylko Darcy wychodzi, wyciągam spod łóżka torbę i kładę ją na materacu, a następnie byle jak wrzucam do niej wszystkie rzeczy. Staram się w tym czasie ignorować wzrok Gravy’ego, bo przysięgam, że ten pies naprawdę robi miny, jakby był człowiekiem, a najlepiej wychodzą mu te surowo oceniające.

Będę za nim tęsknić.

Do torebki wkładam rzeczy, które muszę mieć pod ręką, łącznie z wydrukowanymi jeszcze w Anglii mapkami miasta i zaznaczonymi na nich sklepami, gdzie mogę kupić używany telefon. Nie uda mi się dotrzeć na północ bez połączenia z internetem, a już zwłaszcza przy mojej słabej orientacji terenowej i bez GPS-u. Muszę też wybrać z konta jak najwięcej gotówki, bo nie wiem, czy tam, gdzie się udaję, będę mogła swobodnie używać karty. Gdy wszystko jest już gotowe, przebieram się w najcieplejsze ciuchy, jakie obecnie mam, chociaż i tak z pewnością będę w nich marznąć.

Nagle rozlega się pukanie do drzwi, a ja nieruchomieję.

Darcy nie zdążyłby tak szybko wrócić, a nawet jeśli, to po prostu użyłby klucza, który ze sobą zabrał, żeby wejść do środka. To nie może być też obsługa dobijająca się, by posprzątać pokój, bo możemy w nim być jeszcze dobre pięć godzin.

Pukanie się ponawia. Tym razem Gravy nie wytrzymuje i zaczyna szczekać. Próbuję go uspokoić, ale jaki w tym sens? Ktokolwiek tam jest, właśnie dostał dowód na to, że przebywam w środku, zwłaszcza że w hotelu nie można zostawiać zwierzaków bez nadzoru.

Przełykam ślinę, która staje mi w gardle, i podchodzę do drzwi. Naciskam powoli klamkę, lecz nie zdejmuję łańcucha zabezpieczającego. Rozchylam usta w zdumieniu, kiedy w niewielkiej szparze zamiast pokojówki hotelowej dostrzegam dobrze mi znaną poszarpaną blond fryzurę i błękitne oczy.

– Ryle!? – wykrzykuję i sięgam do łańcucha, by w pełni otworzyć chłopakowi drzwi.

Jego twarz rozpromienia się na mój widok, a ja rzucam mu się w ramiona.

– Cześć, mała – mówi wyraźnie zmęczonym głosem.

– Co ty tu robisz? – pytam, przesuwając się, żeby mógł wejść, a potem zamykam drzwi.

Ryle rozgląda się po pomieszczeniu. Zatrzymuje na chwilę wzrok na łóżku, a później na mojej torbie, którą postawiłam przy drzwiach.

– Liczyłem na to, że cię tu znajdę albo że przynajmniej uda mi się dowiedzieć, gdzie ruszyliście dalej.

Marszczę czoło i po chwili mnie olśniewa:

– Znasz mój plan.

– Cóż, parę dni temu to był jeszcze nasz plan – zauważa słusznie, a potem zerka za mnie i unosi brew. – Tylko z tego, co pamiętam, nasz pokój miał mieć dwa osobne łóżka. Bardzo się przy tym upierałaś.

– Musieliśmy go zmienić na taki, który można wynająć z psem.

– Och – mówi, a następnie w końcu podąża wzrokiem do Gravy’ego, który patrzy na niego wrogo z legowiska. – Hej, sierściuchu.

Gravy odpowiada mu cichym warknięciem. Nie zdziwiłabym się, gdyby Darcy specjalnie wytresował swojego psa tak, by profilaktycznie nie lubił jasnookich blondynów.

– Co tutaj robisz, Ryle? – pytam znowu, gdy chłopak rozwala się na łóżku.

– Nie miałem jak się z tobą skontaktować. No i nadal chcę ruszyć na naszą wycieczkę. Spotkałaś się już z Holtem?

Przełykam ślinę i siadam na brzegu materaca, a Ryle podnosi się i obejmuje mnie ramieniem. Zazwyczaj przeszkadza mi jego potrzeba ciągłej bliskości, ale teraz przyjmuję to z wdzięcznością. Opowiadam mu o tym, czego się dowiedziałam od detektywa, a kiedy kończę, do moich oczu napływają łzy. Nie mam pojęcia, skąd w ogóle się biorą. Nie są to ani łzy smutku, ani szczęścia. Nie mają też nic wspólnego ze zmartwieniami czy ulgą.

Ogromne zmęczenie – to właśnie teraz czuję, uświadamiam sobie po dłuższej chwili.

– Ryle, a co z… – Kręcę głową, bo pojawiają się w niej obrazy, które odpychałam przez ostatnie kilka dni, jakby to miało całkiem je wymazać.

– Pozostaje w śpiączce, ale jego stan jest ciągle stabilny. Na razie kompletnie zawieszono śledztwo ze względu na brak poszlak. Odcisków palców albo nie udało się pobrać, albo nie połączyli ich z tobą, bo nigdy ich nie oddawałaś. Nie udało im się w żaden inny sposób namierzyć właściciela telefonu, a ja dodatkowo zasugerowałem kumplowi, który zajmował się tą sprawą, że Lilly Grace używała podobnego modelu i mógł jej wypaść z dłoni, kiedy straciła przytomność. Ustalili w końcu, że to całe zajście z Henrym było zwykłym włamaniem z próbą kradzieży, a jego upadek określili jako spowodowany stanem upojenia. Miał prawie pięć promili alkoholu we krwi.

Przełykam ślinę i się mu przyglądam.

– Okłamałeś policję… żeby mnie kryć?

– Nie do końca – odpowiada i posyła mi krótki, łobuzerski uśmiech. – Rzuciłem jedynie luźną sugestię – dodaje, a późnej nieco poważnieje. – Mam zresztą wrażenie, że tylko czekali, aż stanie się coś, przez co będą mogli z czystym sumieniem porzucić śledztwo. Nikt się nie interesował Henrym, nikt nawet nie zabiegał o ustalenie prawdy, a on sam był dobrze znany w okolicy z różnych rozrób Dopóki się nie obudzi i nie zacznie opowiadać swojej wersji, jesteś bezpieczna. Chociaż z tego, co wiem, lekarze nie dają mu sporej szansy na odzyskanie świadomości, a nawet jeśli tak się stanie, prawdopodobnie Henry nie będzie nic pamiętał.

Jego dalsze słowa słyszę jak przez grubą ścianę. Zaciskam mocno powieki, a mimo to kolejne łzy wydostają się spomiędzy nich i obficie zaczynają płynąć po policzkach. Nie wydaję z siebie żadnego dźwięku, więc Ryle dopiero po chwili się orientuje, w jak wielkiej rozsypce jestem.

– Och, mała – szepcze, przyciskając mnie do siebie jeszcze mocniej.

Pozwalam mu się tulić i kołysać, ale to sprawia, że wszystkie emocje, które dusiłam w sobie od pięciu dni, się uwalniają. Rozklejam się na dobre.

– Co tu się, do kurwy nędzy, dzieje?

Na dźwięk głosu Darcy’ego odsuwamy się od siebie jak oparzeni.

Darcy

To nie może się dziać naprawdę. Jakim cudem on się tu znalazł? Po jaką cholerę tu przyjechał? Co robi z moją Skye w naszym łóżku?

Podchodzę do Ryle’a pieprzonego Wellera szybkim krokiem, a on staje na prostych nogach i się napina, gotowy do konfrontacji. Mam ochotę się na niego rzucić, uderzyć go tyle razy, ile tylko potrzebuję, by pozbyć się mętliku w głowie… A wtedy między nami staje Skye i kładzie dłoń na moim torsie, co mnie powstrzymuje. Przenoszę na nią wzrok i gdy dostrzegam zapłakaną twarz, zaczerwienione oczy…

Dlaczego jest w takim stanie? Co takiego powiedział jej ten dupek, że…

I nagle się domyślam.

– Zdechł – stwierdzam obojętnym tonem, a Skye się krzywi. Śmieję się i wlepiam wzrok w stopy, po czym dodaję: – Pieprzony psychopata w końcu wrócił tam, skąd pochodzi, a jego zakrapiane alkoholem cielsko smaży się w piekle.

Nigdy nie byłem wierzący, lecz teraz wizja piekła, które pochłania wszystkich złych ludzi, wydaje mi się nader satysfakcjonująca – nawet jeśli kiedyś prawdopodobnie również tam skończę.

– Jeśli masz na myśli swojego ojca, to nie – odpowiada mi Ryle i skutecznie psuje tę błogą chwilę. – Żyje, ale jest w śpiączce.

Przenoszę wzrok na chłopaka i przekrzywiam głowę.

– Jesteś pewny? – pytam, a on patrzy na mnie, jakby coś było ze mną nie tak. Ja jednak mam to w dupie.

– Tak, jestem, kurwa, pewny.

Marszczę brwi i znowu patrzę na Skye. Nie mogę znieść jej cierpienia i strachu, dlatego biorę brodę dziewczyny pomiędzy dwa palce i unoszę głowę tak, by spojrzała mi prosto w oczy. Gdy pochmurne tęczówki odnajdują moje, mówię:

– Obiecuję, że niezależnie, czy ten dupek przeżyje, czy nie, nic ci już nie zrobi, jasne? Nigdy na to nie pozwolę, prędzej sam go zabiję. Z wielką, kurwa, przyjemnością.

Ból wypisany wcześniej na jej twarzy w mgnieniu oka ustępuje miejsca przerażeniu. Skye kręci głową i łapie mnie za nadgarstki, by je od siebie odciągnąć.

– Proszę, nie mów tak – szepcze.

Nie odpowiadam. Cokolwiek Skye dostrzega w mojej minie, sprawia, że w końcu się odsuwa.

– Naprawdę nie powinieneś tak mówić, zwłaszcza przy niej – rzuca zza jej pleców Ryle, tym samym mi przypomina, że miałem mu przecież przywalić.

– A ciebie nie powinno tu być – odpieram zamiast tego, żeby zachować resztki spokoju.

– Możesz przestać? To Ryle miał ze mną przyjechać, pamiętasz? On, a nie ty! – wypala nagle Skye i zaczyna przechadzać się po pokoju, który teraz wydaje się nieco klaustrofobiczny.

Zerkam na jej torbę leżącą pod drzwiami, a potem obrzucam wzrokiem gotową do wyjścia dziewczynę i parskam.

– Pokrzyżowałem wam plany? – pytam i czuję na sobie ich pytające spojrzenia, więc dodaję: – Widzę, że już się spakowałaś. Wróciłem zbyt wcześnie, żeby udało ci się czmychnąć z nim bez słowa?

– Skye nie miała pojęcia, że tu będę – odpowiada dupek, a ja się mu przyglądam i stwierdzam, że nie wydaje się kłamać.

– Wiesz co, Darcy? Masz rację, mogłeś wrócić trochę później – rzuca Skye i znowu do mnie podchodzi. Strach i zdenerwowanie wymalowane wcześniej na jej twarzy zastępuje gniew. – Gdybyś dał nam jeszcze trochę czasu, to pewnie udałoby nam się w spokoju pogadać i ruszyć w dalszą drogę.

Oddech więźnie mi w płucach, mimo to po chwili wypalam:

– Jesteś tchórzem. Ciągle uciekasz.

Wybucha głośnym, zakrawającym na histerię śmiechem, a po jej policzkach spływają świeże łzy. Staje zaraz przede mną i zadziera głowę, by spojrzeć mi prosto w oczy.

– Nie uciekam, po prostu próbuję ruszyć dalej, a ty ciągle mnie śledzisz, niczym cień, którego nie można się pozbyć. I po co? Po co tu przyjechałeś?

Przełykam ślinę, która z trudem przechodzi przez zaciśnięte gardło.

– Mówiłem ci. Obiecałem babci, że z tobą pojadę.

Jej twarz wykrzywia się w nieodgadnionym dla mnie wyrazie.

– Gdyby Lilly wiedziała, że Ryle będzie mi towarzyszyć, z pewnością byłaby spokojna. Nie jesteś tu potrzebny. Spełniłeś swoją obietnicę, a teraz możesz wracać do Anglii.

Słowa Skye trafiają we mnie tak, jakby zasadziła mi sierpowego.

Nagle czuję silną dłoń na ramieniu i ostatkiem silnej woli powstrzymuję się przed tym, żeby się nie odwrócić i wreszcie nie przyłożyć Wellerowi.

– Powinieneś dać jej trochę przestrzeni. Oboje wiele ostatnio przeszliście. Będę miał ją na oku, obiecuję – mówi.

Pieprzyć silną wolę.

Odwracam się i walę pięścią Ryle’a prosto w szczękę.

– Darcy! – wykrzykuje Skye i do niego podbiega.

Chłopak świdruje mnie lodowatym spojrzeniem, ale nie wytrzymuje długo w tej niemej walce, bo krzywi się, gdy dziewczyna sięga do jego policzka, i przymyka na kilka sekund powieki. Czuję pulsowanie w ręce, którą go uderzyłem, lecz nie towarzyszy temu ból, a szum w uszach mi podpowiada, że to pewnie zasługa adrenaliny.

Skye ma rację, Ryle ma rację – nie muszę tu być, nie jestem potrzebny. Nie mam żadnego rozsądnego powodu, by ruszać z tą dziewczyną w głąb kraju. Powinienem mieć ją gdzieś. Skye chciała uciec – czy sama, czy z nim… Jakie to ma znaczenie? Planowała tak po prostu, bez pożegnania, wyjechać i nigdy więcej się do mnie nie odezwać. Znowu.

Być może zasłużyłem na takie traktowanie, ale to nie znaczy, że jej na to pozwolę.

– Pójdę zanieść twoje rzeczy do auta i oddać klucz do pokoju. Spotkamy się na parkingu – oznajmiam.

Nie czekam na odpowiedź, tylko zapinam Gravy’emu smycz i biorę torbę Skye, a potem wychodzę. Szybko załatwiam formalności w recepcji i opuszczam hotel. Mimo że od samochodu dzieli mnie parę kroków, przemakam, zanim zdążę do niego dotrzeć.

– Hop – mówię, otwierając tylne drzwi psu, a gdy on usadawia się na swoim miejscu, zapinam go, po czym siadam za kierownicą i zerkam na zegar na desce rozdzielczej. Nie spuszczam go z oczu przez piętnaście minut, aż w końcu widzę Skye wychodzącą z hotelu. Zamiast jednak iść w moją stronę, ona podąża za Ryle’em… do jego niebieskiego forda. Jakim cudem ten stary grat w ogóle tu dojechał?

Nie wsiadaj, Skye. Tylko nie wsiadaj do tego wozu…, powtarzam sobie w myślach z dłonią na klamce, gotowy, żeby wybiec i siłą ją tu zaciągnąć. Kiedy dziewczyna staje na palcach, by dać Ryle’owi całusa w policzek, mocno zaciskam na kierownicy palce drugiej ręki i zduszam przekleństwo, które mam na końcu języka. Oddycham jednak z ulgą, gdy Weller wsiada do auta, a ona rusza w moim kierunku szybkim krokiem, po czym otwiera drzwi po stronie pasażera i zajmuje miejsce. Milczymy chwilę, a kiedy jej przyspieszony oddech zaczyna się normować, Skye opada na fotel i obniża się na nim ze splecionymi przed sobą ramionami.

– Wyduś to – ponaglam, widząc, że coś wyraźnie ją dręczy.

– Dałam Ryle’owi adres chatki w Kyle of Lochalsh. Dołączy tam do nas.

Odwracam się do niej i mrugam kilka razy. Mam nadzieję, że tylko się ze mną droczy. Skye jednak bardzo rzadko robi sobie żarty.

– Nie ma mowy – mówię tylko i odpalam silnik. – Ryle nie jest zaproszony.

Przełyka ślinę i oznajmia:

– Obiecałam mu. On też ma powód, żeby wynieść się z Godmanchester.

– I akurat musi jechać z nami? Nie może, nie wiem, wykupić sobie wakacji na Majorce?

Dziewczyna odwraca głowę, wlepia wzrok w coś za szybą po swojej stronie i oznajmia:

– Ryle bardzo mi pomógł po tym, jak wyprowadziłam się od Lilly, oraz po jej śmierci. Razem zaplanowaliśmy ten wyjazd i nadal chcę, żeby był jego częścią.

Spuszczam głowę.

Zacząłem żałować tego, że wyrzuciłem Skye z domu już w momencie, kiedy zatrzasnęła za sobą drzwi. Byłem zbyt głupi i uparty, a moje ego okazało się zbyt wybujałe, by zachować się inaczej, ale… naprawdę nie wiedziałem, co o tym wszystkim myśleć. Potrzebowałem tego czasu na przemyślenie informacji na temat zdrowia babci. Gdy kazałem Skye się wynieść, nie myślałem, że ona kompletnie zniknie z mojego życia, a tymczasem dla niej to było jasne. Od razu założyła, że już nigdy nie będzie między nami tak samo.

Mogłem to lepiej rozegrać. Mogłem okazać jej większe zrozumienie. Przecież wiedziałem, że tak naprawdę nie dała rady odmówić babci, gdy ta poprosiła ją o zatajenie wszystkiego przede mną. Wiem, że łączyło je wiele, ta dziewczyna pokochała Lilly jak własną rodzinę, nie mam co do tego wątpliwości. Mogę się założyć, że sekret, który przede mną skrywała, ją wykańczał… Sama zmagała się z myślą, że babcia zaraz odejdzie, a ja w dodatku odebrałem im obu możliwość spędzenia ostatnich chwil razem, możliwość pożegnania…

Jestem dupkiem. A jeśli piekło naprawdę istnieje, mam nadzieję, że właśnie tam skończę. Błagam jedynie o miejscówkę z dala od mojego starego.

– Jedźmy więc, bo już nie mogę się doczekać, aż zacznę dzielić dom z tym idiotą – mówię, a potem wyjeżdżam z parkingu i kieruję się przed siebie. W lusterku widzę, jak niebieski ford rusza za nami.

Skye

Milczymy niemal całe cztery godziny drogi do Kyle of Lochalsh. Nasza ostatnia rozmowa skończyła się w momencie, gdy zaraz po ruszeniu zapytałam Darcy’ego, dlaczego zapłacił za hotel, a konkretniej wtedy, kiedy oznajmił, że jeśli nadal będę się upierać, by oddać mu te pieniądze, wysadzi mnie pośrodku niczego. Postanowiłam porzucić ten temat, przynajmniej na razie.

Ryle’a zgubiliśmy po paru minutach, co pewnie było zamierzone. Sama przyłapałam Darcy’ego na tym, że przekracza prędkość albo korzysta z objazdów. Nagle znacząco zwalnia, a ja wyglądam przez okno i wpatruję się chwilę w pogrążony w niemal kompletnej ciemności krajobraz. Nie mam pojęcia, kiedy autostrada przerodziła się w wąskie, strome drogi. To jednak mi podpowiada, że jesteśmy już bardzo blisko.

Północ Szkocji jest pełna dzikich, surowych terenów, o których swego czasu sporo czytałam i które jak przez gęstą mgłę pamiętam z wczesnego dzieciństwa. Tereny te nieraz nawiedzały mnie w snach – tych mrocznych, tajemniczych i niepokojących.

– Muszę zatankować – oznajmia Darcy, skręcając na małą stację przy drodze. – Mogłabyś wyprowadzić w tym czasie Gravy’ego? Tylko się nie oddalaj.

– Okej – odpowiadam.

Wychodzę z samochodu i zapinam psiaka na smycz, a następnie ruszam do skwerku z paroma drzewami na tyłach stacji. Trafiła nam się wyjątkowo jak na ten rejon bezwietrzna pogoda – do tego stopnia, że gałęzie nawet nie drgną. Coś w tym fakcie sprawia, że przez mój kręgosłup przebiega dreszcz. Nieprzyjemne wrażenie potęguje to, że od dobrych trzydziestu minut nie minęliśmy żadnego innego samochodu. Cisza i pustka w okolicy są wręcz przytłaczające. Dlatego gdy tylko Gravy załatwia swoje potrzeby, wracam do środka.

Przez szyby stacji widzę, że Darcy wybiera jakieś rzeczy z półki, i łapię się na myśleniu, że ktokolwiek pracuje w tym miejscu jak z horroru, musi mieć nerwy ze stali. A może to ze mną jest coś nie tak? Pewnie w świetle dnia wcale nie jest tutaj tak mrocznie i niepokojąco. Może to po prostu rozszalała wyobraźnia tworzy w głowie bezsensowne scenariusze, by poradzić sobie w ten sposób z faktem, że wracam do miejsca, gdzie moje życie zaczęło się sypać.

Zrywam się nagle, a serce niemal wyskakuje mi z piersi, gdy w samochodzie rozbrzmiewa wibracja. Zerkam na ekran przymocowanego do uchwytu telefonu Darcy’ego i marszczę czoło, gdy dostrzegam na nim: „Dupek Weller”. Nie zwlekając, naciskam zieloną słuchawkę.

– Ryle? – pytam niepewnie.

– O, hej – odpowiada, a w jego głosie słyszę jeszcze większe niż wcześniej zmęczenie.

– Kiedy zdążyliście się wymienić z Darcym numerami?

– Jakiś czas temu, za zasługą Lilly – odpowiada.

Na brzmienie imienia kobiety czuję ukłucie w sercu. Odkąd odeszła, często właśnie tak reaguję, kiedy ktoś o niej wspomina.

– Mam mały problem – kontynuuje chłopak. – Do celu zostało mi jakieś czterdzieści minut, ale mój samochód postanowił się właśnie przegrzać. Nie ruszę dalej.

– Cholera – rzucam, a później zerkam na Darcy’ego, który właśnie zmierza w kierunku auta. – Wyślij mi lokalizację, zaraz po ciebie przyjedziemy.

– Dzięki, Skye.

Rozłączam się, a kiedy Darcy zajmuje miejsce, od razu zauważa, że coś jest nie tak.

– Co się stało?

– Samochód Ryle’a się zepsuł. Musimy po niego podjechać – mówię, na co chłopak prycha.

– Ani trochę mnie to nie dziwi – stwierdza. – Nikt go nie zmuszał, żeby tutaj jechał. Niech wraca do domu autostopem.

– Nie możemy go tak zostawić – upieram się. Nie liczę jednak, że coś wskóram.

Darcy nienawidzi Ryle’a, a ja nie mogę zmuszać go do tego, by po niego pojechał. Może powinnam po prostu poszukać jakiejś pomocy drogowej?

– Dobra – rzuca nagle Darcy, a ja patrzę na niego zdumiona i jednocześnie czuję ulgę. Ta jednak wyparowuje, gdy chłopak dodaje: – Podrzucę Gravy’ego i ciebie do chatki, a potem pojadę po Wellera.

– Nie ma mowy – protestuję. – Jadę z tobą. Jeśli zostaniecie sami w jednym samochodzie, to się pozabijacie.

– Nie ma sensu, żebyś ze mną jechała. Poza tym nie chcę już męczyć Gravy’ego, a wiem, że nie będzie chciał zostać sam w zupełnie obcym miejscu.

Skubię skórkę przy paznokciu, nie wiedząc, co robić. Tylko jaki tak naprawdę mam wybór?

– Obiecaj, że będziesz miły… – zaczynam, a kiedy próbuje mi przerwać, szybko dodaję: – Albo chociaż neutralny.

Przytakuje niechętnie, burcząc coś pod nosem, a następnie ruszamy dalej.

Niecałe piętnaście minut później parkujemy przed ceglano-drewnianym domkiem, który otaczają wysokie drzewa i ciemność rozpraszana jedynie przez światła samochodu. Wysiadamy i oboje przystajemy, by obejrzeć budynek.

– Czy tobie też przypomina on dom z horrorów? – pyta po chwili Darcy.

– Teraz, gdy to powiedziałeś, już tak. Dzięki – odpieram, po czym przełykam ślinę.

– Nie martw się. Ma same dobre opinie. No i ma też zamontowany alarm. Będziesz tu bezpieczna.

Patrzę na niego, ale on unika mojego wzroku.

– Chodźmy więc – mówię, chwytając mocniej smycz i ucho bordowej torby.

Darcy bierze pozostałe rzeczy i otwiera kodem skrytkę przy drzwiach, z której zabiera klucze. Kiedy wchodzimy do środka, uderza nas zapach sosny podszyty jakąś chemiczną wonią – prawdopodobnie to odświeżacz powietrza. Zapalam światło i rozglądam się po niewielkim salonie z aneksem kuchennym i okrągłym stołem przy oknie. Zaraz po lewej znajduje się łazienka, a kawałek dalej – schody na piętro.

– Na górze są dwie sypialnie i dodatkowa łazienka przyłączona do jednej z nich – oznajmia Darcy, a potem ściąga buty i rusza na piętro z naszymi bagażami w dłoniach. Nawet nie wiem, kiedy wyjął mi z ręki ucho mojej torby.

Nie idę za nim. Zamiast tego postanawiam bardziej poeksplorować dół. Kuchnia, mimo że niewielka, okazuje się naprawdę dobrze wyposażona. Są w niej wszystkie naczynia, ściereczki, ręczniki papierowe, patelnie, garnki… Zauważam nawet ekspres do kawy oraz kilka podstawowych produktów, takich jak olej, cukier, kawa i herbata. Nagle dociera do mnie, że to właśnie w tym miejscu spędzę następne…

No właśnie, jak długo tu będziemy? Na razie Darcy wynajął dom na dwa tygodnie, ale nie mam pojęcia, czy to wystarczająco dużo czasu, by udało mi się czegokolwiek dowiedzieć. Tak czy inaczej, spędzę tu co najmniej pół miesiąca, z Darcym i Ryle’em u boku, chyba że któryś postanowi wrócić do Anglii. Myślę, że tych dwóch będzie miało dość siebie nawzajem po jednym dniu wspólnego mieszkania.

Słyszę, jak Darcy zbiega po schodach, więc się odwracam i splatam ręce za sobą. Czuję się nagle wyjątkowo niezręcznie – jestem z nim sam na sam w tym domu na jakimś kompletnym odludziu, jakby poza nami nie istniał nikt inny.

– Wszystko okej? – pyta, bo jak zwykle nie umyka mu żadna, nawet najmniejsza zmiana w moim zachowaniu. – Możesz zrobić przemeblowanie, jeśli coś ci nie pasuje. Albo możemy zmienić to miejsce na jakieś inne.

Kręcę głową.

– Jest w porządku – mówię ochryple, a potem, by go nieco pospieszyć, dodaję: – Powinieneś dostać SMS-em lokalizację Ryle’a.

Zaciska na chwilę usta i porusza szczęką, jakby zgrzytał zębami.

Okej, zmieniam swoje stanowisko – obstawiam, że ci faceci nie wytrzymają ze sobą nawet godziny wspólnego mieszkania. Albo zamordują się gdzieś w drodze.

– Gdyby coś było nie tak, to dzwoń do mnie, dobrze? – odpowiada tylko, zapinając z powrotem kurtkę.

Przytakuję i nie przyznaję się do tego, że nie mam telefonu, bo coś mi podpowiada, że wtedy nie zostawiłby mnie samej. Obietnica złożona Lilly by mu na to nie pozwoliła.

– Dziękuję. – Próbuję się uśmiechnąć, ale mam wrażenie, że moje wargi nie potrafią już wykonać tego gestu.

Kąciki ust Darcy’ego lekko się unoszą, ale jego uśmiech również nie przypomina tego, który tak uwielbiam i dobrze znam – daleko mu do szczerego, nie towarzyszy mu również to wyjątkowe spojrzenie. Mimo to przyjemne ciepło rozlewa się po moim ciele.Wiem, że mnie nienawidzi, lecz teraz, w tym właśnie momencie, pierwszy raz od – mam wrażenie – wieczności, Darcy chciał się do mnie uśmiechnąć. I to mi na razie wystarczy.

– Będę się zbierał – stwierdza, ale się nie rusza. Przygląda mi się, a ja na jego twarzy dostrzegam konflikt uczuć.

Nagle robi kilka szybkich kroków w moją stronę i nim się orientuję, jakie ma zamiary… całuje mnie w czubek głowy.

– Proszę, bądź tu, gdy wrócę – szepcze i nie czeka, aż mu odpowiem, tylko wychodzi, a ja zostaję z rozdziawionymi ustami.

Ten rollercoaster, w którym znalazła się nasza relacja, mnie wykończy – tego jestem pewna.

Podchodzę do okna i patrzę, jak Darcy odjeżdża, a potem stoję jeszcze chwilę przyklejona do szyby i staram się uspokoić swoje rozszalałe serce.

To nic nie znaczy. To nic nie znaczy. To nic nie znaczy.

W końcu zmuszam się do tego, żeby się ruszyć. Idę do kuchni, rozpakowuję torbę z rzeczami Gravy’ego i nasypuję mu porządną porcję karmy do miski. W salonie, przy niewielkim kominku, kładę jego legowisko, po czym wchodzę na piętro… i nagle przystaję.

Zbliżam się do drzwi po prawej i je uchylam. W środku znajduje się jedno podwójne łóżko. Na ten widok przełykam ślinę. Później sprawdzam drugi pokój, który okazuje się wierną kopią tego pierwszego, tylko ma jeszcze przyłączoną łazienkę z prysznicem.

Są tutaj dwie sypialnie… a nas będzie troje. Tego nie przemyślałam, kiedy proponowałam Ryle’owi zamieszkanie z nami.

Jakim cudem ta sytuacja właśnie stała się jeszcze bardziej niedorzeczna?

Nagle dostrzegam, że moje rzeczy znajdują się obok rzeczy Darcy’ego, przy łóżku w sypialni z łazienką. A więc zdecydował za mnie.

No i gdzie ja mam spać? O ile w hotelu byliśmy skazani na jedno łóżko, to tutaj… będzie o wiele bardziej niezręcznie. I to nie tylko z powodu tego, co dzieje się między mną a Darcym, ale także przez to, co wydarzyło się między mną a Ryle’em.

Jeśli Darcy się dowie, że przespałam się z jego wrogiem… jestem pewna, że już nigdy go nie zobaczę.

Darcy

Robię to dla Skye, nie dla tego idioty.

Muszę sobie to ciągle powtarzać, bo godzina jazdy w zmęczeniu, by pomóc kolesiowi chcącemu dobrać się do dziewczyny, którą kocham, daje mi naprawdę dużo okazji, żeby się rozmyślić. Jakimś jednak cudem udaje mi się tego nie zrobić. Gdy dostrzegam niebieskiego pick-upa zaparkowanego na poboczu i opartego o niego Ryle’a, hamuję gwałtownie i zatrzymuję się obok. Na ustach Wellera pojawia się uśmiech, ale kiedy widzi, że jestem sam, ten gest od razu wyparowuje.

– Gdzie…

– Została w domu – przerywam mu. – Co z wozem?

– Silnik się przegrzał. Prawdopodobnie poszła uszczelka głowicy.

Unoszę brew.

– To kosztowna naprawa.

Mruży powieki.

– Wiem – odpiera. – Ale nie mogę się go pozbyć, jeśli to mi próbujesz zasugerować. To wóz mojego ojca.

– To co chcesz z nim zrobić?

– Już znalazłem jakiegoś mechanika, który jutro rano weźmie go do swojego warsztatu na lawecie i zobaczy, co da się zrobić. – Unosi rękę, by mnie uciszyć, gdy otwieram usta. – Wiem, że dla ciebie to nie jest tego warte, i nie spodziewam się, że to zrozumiesz, ale ja muszę go naprawić i tyle. Oszczędź sobie komentarze – dodaje.

– Chciałem powiedzieć, żebyś wsiadł do mojego auta, bo jedyne, o czym teraz marzę, to prysznic i sen. Nie obchodzi mnie, co zrobisz ze swoim wozem, tylko to, jak szybko mogę znaleźć się w łóżku.

Razem ze Skye, kusi, by dopowiedzieć, ale nie chcę zabrzmieć jak próbujący oznaczyć teren samiec alfa z przerośniętym ego… Mimo że w pewien sposób właśnie nim jestem.

Nie czekam na Ryle’a, tylko siadam z powrotem za kierownicą i odpalam silnik. Patrzę, jak Weller jeszcze raz się upewnia, że jego samochód jest zamknięty, a później zabiera z paki dwie torby i ładuje je do mojego bagażnika. Kiedy zajmuje fotel pasażera i trzaska mocno drzwiami, krzywię się i głośno klnę.

– Mógłbyś być ostrożniejszy? – pytam, po czym ruszam z miejsca. – Nic dziwnego, że twoje auto padło, jeśli właśnie tak je traktowałeś.

Ryle prycha.

– Ale z ciebie gbur. Nie wiem, co Skye w tobie widzi – stwierdza. – I nie wiem, jakim cudem możesz być spokrewniony z Lilly.

Słowo daję, że zaraz wyrwę kierownicę i wcisnę mu ją przez głowę.

– Myślałem, że skończyłeś z rzucaniem głupich tekstów w moją stronę mniej więcej wtedy, kiedy cię przerosłem i zacząłeś się mnie bać – mówię, z satysfakcją wspominając moment powrotu do szkoły po wakacjach, podczas których miałem nastoletni skok rozwojowy i urosłem z dwie stopy.

To, że inne dzieciaki przestały urządzać sobie ze mnie swoje centrum rozrywki, było jedyną dobrą rzeczą, która przydarzyła mi się w tamtym okresie. Nie cieszyłem się tym momentem za długo, bo niecałe trzy miesiące później, niedługo przed świętami, zmarła mama i wszystko inne przestało mieć znaczenie.

Potrząsam lekko głową i włączam radio, by zagłuszyć myśli. Odzywa się prowadzący jakiejś lokalnej stacji – jego akcent jest tak silny, że muszę się mocno skupić, by wiedzieć, o czym mówi. Im dalej na północ Szkocji, tym mowa mieszkańców staje się dla mnie mniej zrozumiała. Zauważyłem to już wtedy, gdy płaciłem za paliwo, ale właśnie teraz pojąłem, że…

Jestem w Szkocji. Spędzę tu najbliższe kilka tygodni… ze Skye.

No i z Wellerem. Chociaż obstawiam, że on akurat szybko odpuści sobie tę wycieczkę. Sam o to zadbam.

Może uda mi się w jakiś sposób zdobyć kontakt do mechanika, którego znalazł, by zaproponować mu małą łapówkę za jak najszybsze zakończenie prac nad autem? Dopóki jego wóz nie będzie sprawny, Ryle będzie się nas trzymał niczym wrzód na tyłku i nawet moje próby wykurzenia go stąd pewnie na niewiele się zdadzą. Mam nadzieję, że ten mechanik poradzi sobie z zadaniem. I że Skye nie będzie chciała zatrzymać Wellera przy sobie, bo wtedy…

– Przepraszam za to – słyszę nagle i mrugam kilka razy.

Kompletnie odleciałem myślami.

– Co powiedziałeś? – pytam pewny, że się przesłyszałem.

– Byłem idiotą w szkole, Darcy. Nadal nim jestem, ale nie możemy się tak ciągle zachowywać, nie przy Skye. Naprawdę bardzo przeżywa śmierć Lilly. Musisz zrozumieć, że w pewnym sensie twoja babcia stała się dla nas wszystkich rodziną, zwłaszcza dla Skye, która nie miała nikogo. A teraz zostaliśmy jej tylko my i jedyne, co potrafimy, to skakać sobie do gardeł.

– Bardzo zwinnie wpisałeś się w naszą grupę, co? Byłeś z nimi zawsze, gdy ja nie mogłem, perfekcyjnie wiedziałeś, kiedy pojawić się niczym rycerz na białym koniu. Sądzisz, że naprawdę uwierzę w twoje niby szczere i dobre intencje? I w to, że przez cały ten czas nie chciałeś, by Skye była twoja?

– Wiem, że trudno ci tego słuchać, ale pomagałem Lilly długo przed tym, zanim pojawiła się u niej Skye. To, co narodziło się między tą dziewczyną a mną, to zupełnie inna historia.

Hamuję nagle i zjeżdżam na pobocze.

– Nic was nie łączy. Coś ci się ubzdurało – cedzę przez zęby i z całych sił staram się trzymać dłonie na kierownicy, bo wiem, że jeśli je oderwę, poprawię mu siniaka, który już zaczął wykwitać na jego twarzy.

Ryle głośno się śmieje.

– Jesteś niemożliwy. Sam ją wepchnąłeś w moje ramiona, idioto. Ty ją wyrzuciłeś z domu. I nie masz zielonego pojęcia, co wydarzyło się między nami od momentu, kiedy zapłakana stanęła pod moimi drzwiami i poprosiła o przenocowanie.

Serce mi zamiera, oddech się urywa, a oczami wyobraźni widzę tę scenę. Widzę załamaną Skye, jej wielkie, ponure niebieskie oczy, wiecznie trzęsące się z zimna ramiona…

Robi mi się niedobrze. Odpinam pas i wysiadam z auta. Przechodzę kilka kroków, a następnie zginam się wpół, opieram ręce na udach i próbuję zmusić płuca do normalnej pracy. W tej chwili jednak odnoszę wrażenie, że już nigdy w pełni nie zaczerpnę powietrza. Nie zasługuję na to.

Zostawiłem babcię. Straciłem tyle czasu… A potem odebrałem jej Skye. Odebrałem ją Skye… Wyrzuciłem tę dziewczynę z jedynego miejsca, w którym czuła się jak w domu.

To jednak ona okłamała mnie jako pierwsza. To przez nią babcia zmarła wcześniej, niż to było konieczne… Ale też przeze mnie, bo przecież mi również nie udało się przekonać tej upartej kobiety, żeby walczyła dalej. Decyzję o przerwaniu leczenia musiała podjąć już dawno, i to zapewne samotność, na którą ją skazałem, stanowiła jeden z decydujących czynników w tej kwestii – o to mogę się założyć.

Może tak naprawdę nie nienawidzę Skye? Może tak naprawdę nienawidzę wyłącznie samego siebie, a obarczam winą ją, bo staram się zagłuszyć własne sumienie i żałobę. Mogłem tak wiele zrobić inaczej…

A teraz wszystko na nic. Babcia odeszła, a Skye i ja już nigdy sobie nie zaufamy. Powinienem zniknąć i pozwolić jej zostać z panem dupkiem, bo najwidoczniej stałem się tak podłym człowiekiem, że nawet Ryle pieprzony Weller – koleś, który w liceum z premedytacją łamał serce tuzinom dziewczyn; koleś, który ze słabszych urządzał sobie worki treningowe – okazał się dla niej lepszym wyborem.

– Wracaj do auta, Dar – słyszę zza pleców. – Ja poprowadzę.