Miłosny układ - Hogle Sarah - ebook + książka

Miłosny układ ebook

Hogle Sarah

4,1

22 osoby interesują się tą książką

Opis

Mistrzowska komedia romantyczna, iskrząca się złośliwym humorem, zabawna i prawdziwa.

Kiedy twój najgorszy wróg jest jednocześnie twoim narzeczonym...

Naomi i Nicholas są parą idealną. Wkrótce ma się odbyć ich wystawne, eleganckie wesele. Tymczasem... mają siebie serdecznie dość.

Niestety osoba, która wycofa się pierwsza, będzie musiała także pokryć niebotyczne koszty niedoszłego wesela. Kiedy Naomi orientuje się, że nie tylko ona udaje szczęście na myśl o wspólnej przyszłości, oboje rozpoczynają wojnę podjazdową: uciekają się do sztuczek, złośliwych kawałów i różnych podstępów, byle tylko dokuczyć drugiemu i zmusić go do zerwania. Wszystkie chwyty są dozwolone.

Okazuje się jednak, że gdy nie mają już nic do stracenia, nareszcie mogą być sobą. Co więcej, tak doskonale bawią się, dręcząc się nawzajem, że cała sytuacja zaczyna nabierać zupełnie innego charakteru…

„Przekonujący obraz sytuacji, w której fałsz i udawanie doprowadzają do kryzysu między parą zakochanych. Inteligentna i dowcipna ilustracja zasady, że nad udanym związkiem należy pracować, a sednem każdej relacji uczuciowej jest szczerość wobec siebie i partnera”.

Samantha Young

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 399

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,1 (693 oceny)
318
221
102
43
9
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Unwantedxhost

Nie oderwiesz się od lektury

Jeżu kolczasty! No uwielbiam! Początkowo miałam ochotę bohaterów udusić, ale to jak to wszystko się rozwija, tak naturalnie, niewymuszenie… ich w końcu nie da się nie lubić, ba nie da się ich nie kochać! Są niesamowici, pozytywni, szaleni, trochę pogubieni, idealnie nieidealni - takich lubię najbardziej, bo wydają się po prostu prawdziwi. To idealna lektura na wieczór, lekka, przyjemna, zabawna, ale, co najważniejsze, prawdziwa, bo coś takiego naprawdę może się wydarzyć, a to czynią ją tym lepszą. A co jest najlepszą rekomendacją w moim odczuciu? Zamierzam ją kupić!
przeczytane1995

Nie oderwiesz się od lektury

Tego się nie spodziewałam. Myślałam, że ta historia rozwinie się zupełnie inaczej. I zostałam pozytywnie zaskoczona. Z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że to moja ulubiona książkowa komedia romantyczna. Uwielbiam zarówno Naomi jak i Nicholasa. Są świetnymi postaciami, w szczególności w momencie kiedy postanawiają się nienawidzić. Na pewno wrócę do niej nie raz i będę się z nią bawić tak samo dobrze jak za pierwszym razem.
61
wissienka

Z braku laku…

niestety głębokie rozczarowanie. nuda, dłużyzna i niedojrzałość bohaterów. na plus morał, który można wyczytać z tej historii
40
Agnieszka498

Nie polecam

Niewiarygodne, że jednak skończyłam tę książkę. To, jak bardzo dziecinna i toksyczna jest główna bohaterka (a jednocześnie egoistyczna) jest momentami dla mnie niepojęte. Poza tym wieje nudą. Deborah, aka szurnięta teściowa (inaczej: upgrade na diabła Emily Gilmore z "Gilmore Girls"), jest przerysowana. Inne postaci mają osobowość płaską jak płaskostopie. Nicholas i nasza cudna bohaterka klasycznie nie potrafią ze sobą porozmawiać. Klasyk klasyków z półki z klasykami jeżeli chodzi o romanse. Ni z gruchy, ni z pietruchy zmieniają się o 180 stopni i spijają sobie z dzióbków. No nic tylko wierzyć, że tak zachowują się ludzie koło trzydziestki. Czasami romanse potrafią być przyjemne, nawet momentami wiarygodne. No!, chociaż zabawnie. W przypadku tej książki ja nie znalazłam niczego takiego.
30
maadzia95

Dobrze spędzony czas

Naomi i Nicholas tworzą szczęśliwą parę. Z pozoru. Za trzy miesiące ma odbyć się ich bajkowy ślub, w pełni zorganizowany przez matkę mężczyzny. Do Naomi dociera, że Nicholas nie jest tym, z kim chciałaby spędzić resztę życia. Maminsynek nigdy nie stanął w obronie kobiety, kiedy była obrażana przez jego rodzicielkę. Nie miała prawa głosu przy wyborze ślubnych dekoracji. Mogła zapomnieć o wymarzonej sukni. Przez cały okres narzeczeństwa zatraciła gdzieś całą siebie. Właściwie od początku związku pokazywała taką wersję Naomi, jaką Nicholas chciałby ujrzeć. Kiedy kobieta budzi się z tego marazmu, ma jeden cel — odnaleźć dawną siebie. Wie, że nie chce wychodzić za Nicholasa, jednakże pojawia się pewien problem... Kto odwoła ślub, ten ponosi wszelkie koszty z nim związane. Praca dziewczyny nie przynosi jej dużych zarobków, przez co nie może pozwolić sobie na taki czyn. Postanawia zniechęcić Nicholasa do siebie. Wtedy okazuje się, że mężczyzna zdaje sobie ze wszystkiego sprawę. Dostrzegał, że...
30

Popularność



Podobne


Tytuł oryginału: You Deserve Each Other

Projekt okładki: Katarzyna Konior/bluemango.pl

Redaktor prowadzący: Aleksandra Janecka

Redakcja: Dorota Kielczyk

Redakcja techniczna i skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Barbara Milanowska (Lingventa)

© 2020 by Sarah Hogle

This edition published by arrangement with G.P. Putnam’s Sons, an imprint of Penguin Publishing Group, a division of Penguin Random House LLC

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2022

© for the Polish translation by Magdalena Sommer

ISBN 978-83-287-2019-0

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Wydanie I

Warszawa 2022

fragment

Mojemu mężowi Marcusowi i naszym dzieciom.

Jesteście moją ostoją.

Prolog

Czuję, że dziś mnie pocałuje.

Chyba umrę, jeśli tego nie zrobi. To nasza druga randka; siedzimy w aucie w kinie samochodowym i udajemy, że oglądamy film, ukradkiem zerkając na siebie. Film trwa dwie godziny i pięć minut. Minęła już godzina i pięćdziesiąt pięć minut bez pocałunku. Nie chcę wyjść na desperatkę, ale nie dlatego wklepałam w jedną trzecią ciała balsam rozświetlający, żeby teraz nie poplamić mu koszuli ani trochę. Jeśli mój plan się powiedzie, to po wszystkim facet wróci do domu na miękkich nogach z potarganymi włosami i taką ilością lśniącego kosmetyku na ubraniu, że będzie odbijać się w światłach przejeżdżających samochodów. Moje feromony przylgną do niego na cały tydzień bez względu na to, jak dokładnie będzie się szorować.

Całkiem śmiało dawałam mu do zrozumienia, czego chcę, starając się przyciągnąć jego uwagę do moich ust – oblizywałam je, skubałam i dotykałam ich palcami. Przeczytałam takie porady w magazynie „Cosmopolitan”. Opalizujący błyszczyk, opracowany w laboratoriach w celu przyciągania męskich warg, powinien być równie skuteczny jak rozłożony ogon pawia. Nicholas ze swoimi prymitywnymi instynktami nie będzie w stanie mi się oprzeć. Niestety błyszczyk przyciąga także moje włosy, przez co ciągle mam w ustach nieprzyjemny posmak supermocnego lakieru. Ale cóż, czasem trzeba poświęcić się dla urody. Lewą rękę położyłam na siedzeniu wnętrzem dłoni do góry, żeby stworzyć wrażenie maksymalnej dostępności, w razie gdyby zapragnął ją ująć i już jej nie wypuścić.

Powoli tracę nadzieję, kiedy widzę, jak na mnie spogląda i od razu odwraca wzrok. Może jest typem faceta, który jeździ do kina samochodowego, żeby faktycznie oglądać filmy. Chociaż nie podoba mi się ta myśl, muszę rozważyć opcję, że po prostu nie czuje tego co ja. Już nieraz jakiś wygadany czaruś odwoził mnie do domu, tylko cmoknął na dobranoc, a później ignorował, choć wcześniej sądziłam, że wszystko zmierza w najlepszym kierunku.

Wtedy to dostrzegam: znak, że opłaciło się przez cały wieczór wyciągać włosy z ust. Znak ma formę papierka po miętówce tkwiącego w otworze na napoje. Delikatnie wciągam powietrze nosem i – kurczę – tak, zdecydowanie czuję woń olejku wintergreen. Zapuszczam żurawia i okazuje się, że jest lepiej, niż sądziłam. Dwa papierki! Podwoił wysiłki! Nikt nie bierze dwóch miętówek naraz, jeżeli nie zamierza czegoś zdziałać.

Rany, ale on przystojny. Chyba zwabiłam go tu jakimś podstępem. Podoba mi się w nim dosłownie wszystko. Nie odczekał trzech dni po pierwszej randce, żeby się odezwać. Jego SMS-y są napisane bez błędów. Dotąd nie dostałam niechcianego zdjęcia penisa. Mam ochotę zarezerwować salę na nasze wesele.

– Naomi? – odzywa się Nicholas, a ja trzepoczę rzęsami.

– Tak?

Uśmiecha się. Ma niesamowicie czarujący uśmiech, trudno go nie odwzajemnić.

– Słyszałaś, co mówiłem?

Odpowiedź brzmi: „Nie, nie słyszałam”, bo cały czas jestem zajęta podziwianiem jego profilu, o wiele za mocno zadurzona jak na tak wczesny etap naszego… Nie mogę tego nawet nazwać związkiem. To dopiero druga randka. Naomi, opamiętaj się.

– Często tak się zamyślasz? – pyta z ciekawością.

Czuję, że się czerwienię.

– Tak. Wybacz. Czasem nie słyszę nawet, jak ktoś do mnie mówi.

Uśmiecha się jeszcze szerzej.

– Jesteś urocza.

Naprawdę uważa, że jestem urocza? Serce mi trzepocze. Nabieram nadziei. W duchu dziękuję sztucznym rzęsom i wydekoltowanej (lecz eleganckiej) bluzce.

– Powiedziałem, że film już się skończył. – Nicholas przygląda mi się z przechyloną głową.

Gwałtownie kieruję wzrok w stronę ekranu. Ma rację. Nie mam pojęcia, jakie było zakończenie, ba, nie potrafiłabym opowiedzieć fabuły nawet w najbardziej ogólnym zarysie. Chyba jakieś romansidło, ale czy to ważne? Znacznie bardziej interesuje mnie romans kiełkujący tu, w samochodzie. Parking opustoszał. Mamy na tyle dużo prywatności, że moja wyobraźnia zaczyna szaleć. Może dojść dosłownie do wszystkiego. Jesteśmy tu tylko my i…

Różowy sweterek schludnie złożony na tylnym siedzeniu z całą pewnością należy do kobiety, lecz tą kobietą nie jestem ja.

Ściska mnie w żołądku. Nicholas patrzy w ślad za moim wzrokiem.

– To mojej matki – wyjaśnia prędko.

Nie jestem pewna. Przekonałaby mnie chyba tylko dołączona kartka urodzinowa z jego podpisem i dopiskiem: „Kocham Cię, mamo!”. Chyba zemdleję.

– Cudownie – mówię, boleśnie świadoma tego, jak blisko siebie i jednocześnie daleko od całego świata jesteśmy w jego samochodzie. Dygoczę z niepewności; mój wzrok przyciągają zmięte papierki po miętówkach. Film się skończył, więc na co ten facet jeszcze czeka? – Dziękuję, że mnie tu zabrałeś.

Dzisiaj nie ma już wielu takich miejsc. Pewnie najwyżej dwa na Środkowym Zachodzie. Jeszcze rzadsze są takie, które działają przez cały rok. Na szczęście dali nam gratis elektryczny grzejnik, by zrekompensować szaleństwo tej rozrywki w styczniu. Siedzimy opatuleni kilkoma kocami; jest nawet zaskakująco przytulnie jak na zimową randkę.

– W całym stanie zostało tylko osiem kin samochodowych – informuje Nicholas.

Jestem pod wrażeniem, że potrafi na poczekaniu przywołać takie dane.

– Głodna? Wiem, że niedaleko jest miejsce, gdzie sprzedają mrożony jogurt. Najlepszy na świecie.

Nie przepadam za mrożonym jogurtem (szczególnie przy niskiej temperaturze). Postanawiam jednak nie oponować. Nie znamy się zbyt dobrze, ale jeśli chcę, aby doszło do trzeciej randki, muszę sprawiać wrażenie niezbyt wymagającej. Wyluzowana Naomi, z którą można miło spędzić czas i zdecydowanie fajnie się całować. Może pocałuje mnie po mrożonym jogurcie. I może rozepnie też swoją koszulę.

– Brzmi super!

Zamiast zapiąć pas i ruszyć, Nicholas zwleka. Manipuluje przy radiu, aż z trzasków wydobywa się skoczna piosenka w stylu indie, You Say It Too. Dociera do mnie, że stał się tak małomówny nie dlatego, że nie jest mną zainteresowany, lecz z nerwów, co trochę dziwi, bo dotychczas emanował niezmierną pewnością siebie. Czuję napięcie w powietrzu, mój puls przyspiesza, gdy czekam na to, co zaraz się wydarzy. Krew w żyłach szumi rytmicznie: tak! tak! tak!

– Jesteś piękna – wyznaje Nicholas z powagą, odwracając się do mnie.

W oczach ma niepewność, przygryza policzek. Zdumiewające, że z nas dwojga to on jest bardziej spięty. Serce zamiera mi na moment, gdy Nicholas nachyla się centymetr bliżej. I bliżej. Rozchyla wargi, jego wzrok pada na moje usta i w tej chwili najzwyczajniej zapominam o wszystkich mężczyznach, z którymi umawiałam się do tej pory. Przyćmił tamte wspomnienia całkowicie. Jest inteligent­ny, czarujący i absolutnie idealny dla mnie.

Serce podchodzi mi do gardła. Nicholas muska moje włosy, unosi moją twarz ku swojej. Pokonuje ostatni dystans między naszymi ustami i świat rozjarza się jak spadająca gwiazda, po całym ciele rozchodzi się zachwyt, oczekiwanie i uczucie, że wszystko jest takie jak powinno. Całujemy się, i tak jak przewidywałam – już po mnie.

Co za magiczny, niesamowity wieczór.

Rozdział 1

Rok i dziewięć miesięcy później

Co za wstrętny, beznadziejny dzień. Krople deszczu uderzają o przednią szybę równie beznadziejnego samochodu mojego kolegi z pracy. Pachnie w nim zimnymi frytkami z McDonalda i sosnowymi gałązkami. Leon bębni palcami o kierownicę i nachyla się lekko do przodu, żeby cokolwiek dojrzeć. Wycieraczki pracują na maksa, ale deszcz jest tak gwałtowny, jakby rozdarło się niebo i wylewało na nas cały ocean.

– Jeszcze raz dzięki za podwiezienie.

– Nie ma sprawy, polecam się na przyszłość.

Zaciskam wargi i wdycham aromat sosny. Teraz zapach odświeżacza, który rozpylił we wnętrzu, zanim wsiadłam, będzie mi towarzyszył do końca dnia. Nie znam Leona zbyt dobrze – całkiem możliwe, że wozi w bagażniku zwłoki, a odświeżaczem próbuje zamaskować ich odór.

– Ale leje – burczę pod nosem.

Dzisiaj nie mogłam zabrać się z Brandy, bo siostra wpadła po nią wcześniej. Zach przyjechał motocyklem i założę się, że teraz tego żałuje. Melissa niby zaoferowała, że mnie podwiezie, wyraźnie jednak miała nadzieję, że odmówię, co też zrobiłam. Mam do siebie żal za to, że nadal chciałabym, by mnie lubiła. Stała się dla mnie niemiła, odkąd poznałam ją z przyjacielem swojego narzeczonego, a tamten okazał się dziwkarzem. Uważa, że ja i Nicholas od samego początku wiedzieliśmy, co to za typ, i celowo zniszczyliśmy jej zaufanie do mężczyzn.

– Tak. Podobno ma padać cały tydzień.

– Pechowo dla dzieciaków w Halloween.

Leon przez moment na mnie spogląda, potem znów przenosi wzrok na drogę. Albo na cokolwiek, co może tam dostrzec. Szczerze mówiąc, nie wiem, jakim cudem w ogóle posuwa się naprzód, bo ja zupełnie nic nie widzę. Równie dobrze moglibyśmy brnąć przez pole. Jest koniec października, a na dworze pięć stopni. W zeszłym tygodniu nosiłam szorty. Tydzień wcześniej było już tak zimno, jak by miał spaść śnieg. Jesień w Wisconsin to prawdziwy kalejdoskop.

– Będziecie rozdawać słodycze? – pyta Leon.

Odpowiedź powinna być oczywista. Uwielbiam słodycze i lubię dzieci, szczególnie małych łobuziaków, którzy mnie bawią. Poza tym kocham jesień. Przez cały miesiąc maluję powieki lśniącym miedzianym cieniem z mojej palety, próbując odtworzyć barwę promieni zachodzącego słońca, ukośnie padających nad polem pełnym dojrzałych dyń.

Podłogę w sypialni zaściełają grube swetry, w których czuję się jak marynarz, do tego kozaki i szale. W każdym posiłku wyczuwa się posmak dyni. Jeśli akurat nie jem dyni, to wdycham jej zapach jak narkoman, zastawiając każdą wolną przestrzeń świeczkami o smakowitych zapachach: szarlotki, ciasta dyniowego, dyni z jabłkami.

Moje poczucie estetyki jest potwornie banalne, ale nie mam z tego powodu żadnych wyrzutów sumienia. Częściowo wzięło się stąd, że wizażystka podczas konsultacji przy stoisku z kosmetykami przekonała mnie, że uosabiam jesienny typ urody z moimi złocistymi oczami i długimi, prostymi kasztanowymi włosami. Myślę jednak, że tę porę roku mam we krwi, bo uwielbiam kolorowe liście, lubię czapki i przepadam za dynią. Wiem, że byłabym taka również przy neutralnej kolorystyce makijażu.

Mimo to akurat tym razem nie mam ochoty rozdawać słodyczy na Halloween. Nawet nie ozdobiłam domu, co zawsze było moim ulubionym jesiennym zajęciem. Chyba spędzę wieczór samotnie, w dresie, gapiąc się na beznadziejne programy w telewizji, podczas gdy Nicholas będzie grał z kolegą w strzelanki. A może położymy się do łóżka przed dziewiątą, po tym jak już rozdamy rozczarowanym przebierańcom tanie podróżne szczoteczki do zębów i nici dentystyczne.

– Może – odpowiadam w końcu, bo jest mi wszystko jedno, co będę robić.

Równie dobrze mogłabym siedzieć w kolejce górskiej albo przygotowywać listę zakupów. Na myśl o tych czynnościach czuję identyczny entuzjazm. To przygnębiające, ale jeszcze bardziej dołuje mnie fakt, że nie zamierzam nic z tym zrobić.

– Chętnie rozdawałbym słodycze, gdybym mieszkał w mniej odludnej okolicy – odpowiada Leon. – Ale do mnie nikt nie dociera.

W Morris nie ma gwarnych, pełnych ludzi ulic. Nasze miasteczko jest tak małe, że ledwie je widać na mapie Wisconsin. Mamy tylko dwa sygnalizatory uliczne.

Omiatają nas światła samochodów, a spod ich kół trys­kają fontanny wody, co przywodzi na myśl Morze Czerwone rozstępujące się przed Mojżeszem. Gdybym ja siedziała za kierownicą, z pewnością już dawno temu zjechałabym na parking, żeby przeczekać ulewę. Ale Leon kompletnie się nie przejmuje. Zastanawiam się, czy z takim samym pogodnym wyrazem twarzy ćwiartuje zwłoki, a krwawe szczątki zsuwa z deski do krojenia do bagażnika.

Naturalnie nigdy nie dał mi najmniejszego powodu do niepokoju. Właściwie powinnam uprzejmie zagadnąć, gdzie mieszka, czy coś w tym rodzaju, ale pilnie śledzę szmaragdowe cyfry na jego zegarku elektronicznym. Zastanawiam się, czy Nicholas wrócił, i chwytam się desperac­kiej nadziei, że jeszcze nie. Graciarnia otwiera się o dziesiątej rano, a zamyka o szóstej po południu, codziennie poza sobotami, kiedy jest otwarta od jedenastej do siódmej.

Nicholas, który pracuje jako dentysta w klinice „Uśmiechnij się” przy głównej ulicy miasteczka, Langley, którą właśnie przejeżdżamy, wychodzi z pracy o szóstej. Zazwyczaj udaje mi się zdążyć do domu przed nim, bo najpierw jedzie do rodziców podać matce kawę, przeczytać jej jakieś niezrozumiałe urzędowe pismo lub wykonać inne zadanie zlecone mu przez rodzicielkę danego dnia. Jeśli ta kobieta nie widzi syna dłużej niż dwadzieścia cztery godziny, jej system operacyjny pada.

Tego dnia rano odkryłam, że mam kapeć w jednym kole. Gapiąc się na sflaczałą oponę, przeniosłam się myślami do pewnego dnia przed rokiem, gdy Nicholas oświadczył, że powinien nauczyć mnie zmieniać koła. Urażona poinformowałam, że od lat umiem to robić. Jestem nowoczesną, odpowiedzialną, samodzielną kobietą. Nie potrzebuję mężczyzny, żeby pomagał mi przy samochodzie.

Sęk w tym, że w rzeczywistości nie mam pojęcia, jak zmienić koło. Pogoda tego ranka była przyjemna i nie zanosiło się na deszcz, więc postanowiłam wybrać się do pracy bez samochodu. Właśnie przez to znalazłam się teraz w aucie Leona w kłopotliwej sytuacji. Za żadne skarby nie mogłam wracać do domu pieszo. Nie w kaszmirowym swetrze.

Drobne kłamstewko o oponach zaczęło dalej żyć własnym życiem, gdy ojciec Nicholasa, człowiek o żałosnych, przestarzałych poglądach, wygłosił pewnego razu uwagę, że kobiety nie potrafią wymieniać oleju.

– Że co? – zareagowałam. – Zawsze sama zmieniam olej.

Powiedziałam tak ze względu na swoje feministyczne poglądy. Trudno mnie chyba za to winić. Potem zaczęłam się chełpić, że nawet zdarzyło mi się własnoręcznie wymieniać amortyzatory i klocki hamulcowe i nigdy w życiu nie korzystałam przy tym z pomocy fachowca. Wiem, że Nicholas usiłuje przyłapać mnie na ściemie za każdym razem, gdy trzeba coś zrobić przy moim samochodzie. Na szczęście zgrywam specjalistkę od motoryzacji tylko wtedy, gdy jest w pracy. Nigdy więc nie miał okazji obserwować mnie w akcji. Niczym przestępca przemykam do warsztatu Dave’a i płacę gotówką. To przyzwoity facet. Obiecał, że nigdy mnie nie wyda i pozwoli, abym przypisywała sobie owoce jego pracy.

Mijane zabudowania w ulewnym deszczu wyglądają jak chłodne, błękitnawe smugi. Kiedy przejeżdżamy obok impresjonistycznego budynku, w którym mieści się klinika dentystyczna, modlę się w duchu, żeby Nicholas jakimś cudem nie dostrzegł mnie siedzącej obok kierowcy w obcym samochodzie. Jeżeli zauważy, że nie wzięłam dzisiaj auta do pracy, na pewno zapyta dlaczego. Nie mam żadnej racjonalnej wymówki. Wtedy odkryje moje kłamstwa, a jego pełna satysfakcji mina oznaczająca „a nie mówiłem” wkurzy mnie tak, że wyskoczą mi pryszcze na całej twarzy. Nie powinien więc nawet nabrać podejrzenia, że nie radzę sobie zbyt dobrze z narzędziami. Samo założenie, że nie potrafię wymieniać nieszczelnych przewodów, płynów czy robić innych napraw przy samochodzie, jest seksistowskie. Nicholas powinien być przekonany, że wszystkie moje zmyślenia są prawdą.

Marzę, żeby Leon jechał szybciej, chociaż jezdnia jest śliska i raczej wolałabym nie zginąć w samochodzie, który pachnie tak, jakby miał pod maską cały las. Zastanawiam się, jak poprosić kolegę o to, żeby naraził się na śmiertelne niebezpieczeństwo, abym tylko zdążyła przed powrotem Nicholasa obejrzeć na YouTubie filmiki instruktażowe. Czy chęć utrzymania swojego ukochanego w złudnym przekonaniu jest warta ryzyka poślizgu i wjechania do rowu? Zdecydowanie tak. Nie po to upieram się przy swoim od tak dawna, by wszystko miał zrujnować jakiś przelotny deszcz.

Podnoszę z podłogi kubek po kawie na wynos i obracam go w palcach.

– Dunkin’ Donuts? Brandy nie może się dowiedzieć.

Siostra Brandy prowadzi kawiarnię Blue Tulip, a Brandy jest jej ambasadorką w Graciarni, dlatego nie pozwala nikomu pić kawy z sieciówek.

Leon śmieje się pod nosem.

– Wiem. Muszę kryć się z tym jak z nieprzyzwoitym sekretem. Ale w Dunkin’ Donuts serwują lepszą kawę, poza tym muszę też brać pod uwagę ich nazwę. W końcu podobnie się nazywam, a to do czegoś zobowiązuje.

– Masz na nazwisko Donuts? – pytam jak kompletna kretynka, zanim zdaję sobie sprawę z gafy.

– Naomi, proszę cię… Duncan. – Leon posyła mi spojrzenie mówiące „chyba żartujesz”.

Fakt, powinnam zapamiętać taki detal, skoro od lutego pracujemy razem w Graciarni, która nie jest typowym sklepem ze starociami. To rodzinny sklepik z mydłem i powidłem, w którym można kupić dosłownie wszystko. Leon wykazuje się większym taktem (jest zdecydowanie lepiej wychowany niż ja) i nie ciągnie tematu. A ja mam ochotę otworzyć drzwi i wyskoczyć w biegu, ale się opanowuję. Na zewnątrz trwa oberwanie chmury, więc złocisto-miedziany puder rozświetlający spłynąłby mi po policzkach. Przy tak słabej widoczności pewnie od razu wpadłabym pod samochód i zginęła pod kołami. Moja czarno-biała fotografia zaręczynowa ukazałaby się w gazecie z dopiskiem, że zamiast kwiatów rodzina narzeczonego prosi o datki na fundację ofiarującą książeczki na temat higieny jamy ustnej szkołom w biednych dzielnicach.

Przez chwilę zżymam się wewnętrznie, bo zapewne właśnie tak by to wyglądało, i przekornie dochodzę do wniosku, że jednak wolę kwiaty.

Nareszcie wjeżdżamy na moją ulicę. Odpinam pas, wskazując biały domek, przed którym stoją zaparkowane obok siebie: mój stary niezawodny saturn i złociste maserati, stanowiące kompletne przeciwieństwo tego pierwszego auta.

Niech to szlag! Nicholas już w domu.

Z dzisiejszą pocztą i ze skórzaną saszetką pod pachą otwiera drzwi wejściowe. Ten jeden raz, zamiast po pracy skakać wokół swojej matki, przyjeżdża prosto do domu! Rzucam okiem na swój samochód i z przejęcia gwałtownie nabieram powietrza do płuc; opona jest tak sflaczała, że pojazd przechylił się na jedną stronę. Musiałby stać się cud, żeby Nicholas tego nie zauważył. Saturn prezentuje się żałośnie przy jego szpanerskim wozie, który tak bardzo rzuca się w oczy w naszym miasteczku, że wszyscy wiedzą, kto siedzi za kierownicą, gdy przejeżdża na pełnym gazie przez światła w chwili, kiedy zmieniają się na czerwone.

Z kolei samochód Leona to istny potwór Frankenstei­na, poskładany z rozmaitych japońskich części. Karoseria w większości jest w matowym szaroniebieskim kolorze, tylko drzwi od strony kierowcy są czerwone i się nie domykają. Stukały przez całą drogę. Pewnie to ten dźwięk nasunął mi wizję związanej i zakneblowanej ofiary w bagażniku. Biedny Leon. Wiem, że podobno należy uważać właśnie na te ciche i spokojne typy, ale zawsze był dla mnie miły i nie zasłużył sobie na takie podejrzenia. Prawdopodobnie jednak nie jest Kubą Rozpruwaczem.

– Do zobaczenia wieczorem – mówi teraz.

W piątki Brandy zazwyczaj urządza wieczory gier planszowych. Zaprasza Zacha, Melissę, Leona i mnie. Oczywiście niezmiennie z naszymi drugimi połówkami. Nicholas jednak nigdy nie bywa ze mną ani na planszówkowych spotkaniach u Brandy, ani na grillu u Zacha, ani na turniejach minigolfa z Melissą. W ogóle mi to nie przeszkadza. Może w tym czasie robić, co chce, z własnymi znajomymi, których właściwie nieszczególnie lubi, ale i tak widuje się z nimi, bo w wieku trzydziestu dwóch lat trudno znaleźć nowych.

Kiedy jestem w połowie drogi do drzwi, Leon niespodziewanie woła:

– Cześć, Nicholas!

Zdezorientowany Nicholas macha w odpowiedzi. Moi znajomi z pracy z reguły go ignorują, i z wzajemnością.

– Cześć?

– Przyjdziesz dzisiaj? – pyta Leon.

Prycham drwiąco, bo Nicholas przecież nigdy się u Brandy nie zjawia. Nikt tam go nie lubi. Cały czas siedziałby naburmuszony i niemiły, co odebrałoby mi całą przyjemność z gry. Gdyby przyszedł, moi przyjaciele (nadal zaliczam do nich Melissę, chociaż pewnie nie byłaby z tego zadowolona, ale ja mam nadzieję, że kiedyś znowu stanie się dla mnie miła) pewnie zauważyliby, że nie zachowujemy się jak zakochane papużki nierozłączki, co próbuję pokazać na Instagramie. W pewnym sensie odpowiada mi to, że Nicholas unika moich znajomych i nie zbliża się do nich na tyle, by mogli uważniej mu się przyjrzeć. Świadomość, że nasz związek widziany z zewnątrz budzi zazdrość, to jedyne, co nas jeszcze trzyma przy sobie, choć tak naprawdę wcale nie ma czego zazdrościć.

– Czemu się śmiejesz? – pyta Nicholas z urazą.

– Nigdy nie chodzisz na wieczory planszówek. – Co mu przyszło do głowy?? – Odwracam się i krzyczę do Leona: – Nicholas jest zajęty!

– Szkoda! – odkrzykuje. – Wiesz, że zawsze możesz wpaść, jak zmienią ci się plany.

Nicholas wpatruje się we mnie zmrużonymi oczami i odpowiada bardzo głośno:

– Wiesz co? W takim razie chyba wpadnę.

Leon macha radośnie, co stoi w całkowitej sprzeczności z moją reakcją, którą staram się prędko zatuszować.

– Super! Do zobaczenia, Naomi – woła jeszcze, po czym odjeżdża.

Najprostszy zwrot grzecznościowy – „Do zobaczenia, Naomi” – sprawił, że przyszła mi do głowy dziwna myśl.

Od bardzo dawna nikt nie widział prawdziwej mnie, bo tak wiele ukrywam. Rzeczywistej mnie, osoby, która żyje od dwudziestu ośmiu lat, a przez dwadzieścia sześć nawet nie wiedziała o istnieniu Nicholasa Rose. Powoli pozbywałam się tych cech osobowości, które charakteryzują Westfieldów, tak by mogła powstać Naomi Rose. Prawie pani Rose. Przez blisko dwa lata byłam sobą tylko połowicznie, ale ostatnio odnoszę wrażenie, że i ta połowa zanika.

Kiedy ktoś wypowiada moje imię z życzliwością w głosie, czuję się jak dziewczyna, którą byłam kiedyś. W tym krótkim czasie, który upływa do chwili, gdy samochód Leo­na znika na końcu ulicy, znowu jestem Naomi Westfield.

– Wcale nie chcesz, żebym z tobą poszedł – mówi Nicholas oskarżycielsko.

– No co ty? Nie wygłupiaj się. Oczywiście, że chcę.

Posyłam swój najradośniejszy uśmiech. Aby był przekonujący, powinien sięgnąć też oczu. Prawdziwy uśmiech. Za każdym razem, gdy tak się uśmiecham, wyobrażam sobie, że widzę Nicholasa we wstecznym lusterku samochodu, gdy na pełnym gazie wyjeżdżam z Morris, by nigdy więcej go nie zobaczyć.

* * *

koniec darmowego fragmentuzapraszamy do zakupu pełnej wersji

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

ul. Sienna 73

00-833 Warszawa

tel. +4822 6211775

e-mail: [email protected]

Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl

Wersja elektroniczna: MAGRAF s.c., Bydgoszcz