Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
376 osób interesuje się tą książką
Dwudziestoczteroletnia Adeline Thompson bardzo szybko poznała smak życia w luksusie. Wszystko jednak miało swoją cenę, a ta dla młodej kobiety okazała się zdecydowanie zbyt wysoka. W wieku dwudziestu jeden lat poślubiła magnata hotelowego, by ratować upadającą firmę rodziców. Nowa rzeczywistość zamknęła ją w złotej klatce i pokazała, czym jest samotność.
Benjamin Darby dotkliwie doświadczył wielu porażek. Rozwiązaniem problemów w jego biznesie budowlanym ma być intratny kontrakt.
Kiedy pewnego dnia ta dwójka wpada na siebie na ulicy, wystarczy zaledwie parę spojrzeń i uśmiechów, by poczuli do siebie silne przyciąganie. Nawet nie przypuszczają, że połączy ich więź, która będzie pogłębiała się z każdym kolejnym wysłanym SMS-em.
Jak wielkie jest zaskoczenie Benjamina, gdy ponownie spotyka Adeline, lecz tym razem widzi ją u boku swojego potencjalnego kontrahenta – George’a Thompsona.
Książka zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej szesnastego roku życia. Opis pochodzi od Wydawcy.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 541
Rok wydania: 2025
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Copyright © for the text by Anna Falatyn
Copyright © for this edition by Wydawnictwo NieZwykłe, Oświęcim 2025
All rights reserved · Wszystkie prawa zastrzeżone
Redakcja: Anna Strączyńska
Korekta: Karina Przybylik, Martyna Góralewska, Martyna Janc
Skład i łamanie: Paulina Romanek
Oprawa graficzna książki: Weronika Szulecka
ISBN 978-83-8418-299-4 · Wydawnictwo NieZwykłe · Oświęcim 2025
Grupa Wydawnicza Dariusz Marszałek
Od Autora
Część I
Prolog
Rozdział 1
Rozdział 2
Rozdział 3
Rozdział 4
Rozdział 5
Rozdział 6
Rozdział 7
Rozdział 8
Rozdział 9
Rozdział 10
Rozdział 11
Rozdział 12
Rozdział 13
Rozdział 14
Rozdział 15
Rozdział 16
Rozdział 17
Rozdział 18
Rozdział 19
Rozdział 20
Rozdział 21
Rozdział 22
Rozdział 23
Rozdział 24
Rozdział 25
Rozdział 26
Rozdział 27
Rozdział 28
Rozdział 29
Rozdział 30
Rozdział 31
Rozdział 32
Rozdział 33
Rozdział 34
Rozdział 35
Rozdział 36
Rozdział 37
Rozdział 38
Rozdział 39
Rozdział 40
Rozdział 41
Rozdział 42
Rozdział 43
Rozdział 44
Rozdział 45
Rozdział 46
Część II
Rozdział 1
Rozdział 2
Rozdział 3
Rozdział 4
Rozdział 5
Rozdział 6
Rozdział 7
Rozdział 8
Rozdział 9
Rozdział 10
Rozdział 11
Rozdział 12
Rozdział 13
Rozdział 14
Rozdział 15
Rozdział 16
Rozdział 17
Rozdział 18
Rozdział 19
Rozdział 20
Rozdział 21
Rozdział 22
Rozdział 23
Rozdział 24
Rozdział 25
Rozdział 26
Epilog
Przypisy
Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.
Dla mnie, bo to napisałam.
I dla moich czytelników, bo długo czekali na tę pozycję,
przy okazji wysłuchując mojego marudzenia…
Nie powtarzajmy tego.
W tej części pojawiają się spoilery do innej mojej serii pod tytułem „Prawniczka Camorry”. Nie wpłyną one jednak na odbiór.
Odkąd trzy lata temu wyszłam za mąż, byłam praktycznie wszędzie. Zwiedziłam najpiękniejsze miasta Ameryki i Europy. Bywałam na największych pokazach mody. Ubierałam się u najsłynniejszych projektantów. Jadałam najbardziej wymyślne potrawy w najdroższych restauracjach. Spędzałam urlop w najdroższych kurortach, na najpiękniejszych wyspach. Prapremiery kasowych filmów? Nie ma sprawy. Afterparty z gwiazdami? Żaden problem.
Mamy domy w Miami, Waszyngtonie, Chicago, Nowym Jorku, Londynie, Mediolanie, Paryżu, Madrycie… Długo by wymieniać.W związku z pracą mojego męża i jego zobowiązaniami biznesowymi w każdym mieście spędzamy parę miesięcy w roku. Ale to też nie jest problem, gdyż mogę skorzystać z prywatnego odrzutowca i polecieć tam, dokąd zapragnę.
Oczywiście, jeśli mąż wyrazi na to zgodę…
Mogę wszystko…
Mogę wszystko, jeśli mąż wyrazi na to zgodę.
To on decyduje, w co się ubieram, co jem, co mówię, co myślę, dokąd wychodzę, z kim wychodzę… Moim obowiązkiem jest zaspokajanie jego potrzeb, trwanie przy jego boku… oraz milczenie… Moim obowiązkiem jest przede wszystkim milczenie.
Nie powinnam się odzywać, bo nie mam nic do powiedzenia. Muszę tylko ładnie wyglądać na kolacjach biznesowych i wśród znajomych. Mam dumnie reprezentować firmę. Mam nie przynosić wstydu i być kartą przetargową tam, gdzie zwykłe negocjacje nie dają rezultatu.
Nie jestem dwudziestoparoletnią kobietą.
Nie jestem kobietą.
Nie jestem człowiekiem.
Jestem ciałem, na które ktoś wkłada ubrania od projektantów.
Jestem po prostu żoną mojego męża.
Moje pasje są takie, na jakie pozwala środowisko i mąż, czyli modne.Moje marzenia są takie, by pasowały do środowiska i do męża, czyli modne.Ja jestem taka, bym pasowała do środowiska i męża, czyli nijaka.Nie powinnam mieć nic wspólnego z wielkim biznesem, a jednak tkwię w samym jego środku jak niewolnik. Stałam się naocznym świadkiem koszmaru. Niemym obserwatorem mrocznej strony wielkiego biznesu i wielkich pieniędzy.
Ale milczę… Tak jak mi nakazano.
Dama musi przecież pozostać damą, podczas gdy zwierzęta wychodzą na żer.
~ La Tulipe Rouge
Adeline napisała ostatnie zdanie, po czym nacisnęła przycisk „Udostępnij”. Tekst był bardzo krótki, więc po paru minutach na ekranie laptopa zaczęły migać wiadomości od obserwujących ją użytkowników. Przesuwała po nich wzrokiem, z każdą sekundą wpadając w coraz większą trwogę.
Rzeczywiście była tak niewdzięczna, jak pisali? Rzeczywiście wybrzydzała i użalała się nad sobą?
Może powinna usunąć ten tekst i zapomnieć o zamianie uczuć w literki… To był głupi pomysł… Bardzo głupi pomysł… Nie powinna szukać ujścia dla myśli… Nie powinna samodzielnie myśleć… Nie powinna…
To nie skończy się dobrze, ale czy mogło być jeszcze gorzej…?
User123:Seks z mężem to chyba mały problem z porównaniu z tym co ma. Pewnie jest przystojny to można przecierpieć :D
Cindy21:Ma wszystko i jeszcze wybrzydza. Debilka
Candy44:Rozkładanie nóg to chyba niewielka strata, jak na takie luksusy
KillerQueen:Zamień się, ja nie będę wybrzydzać. Mąż może mi wybierać sukienki
RebelQueen:Jak jest przystojny, to co to za problem?
User653992901:Przesada
Wix%:Ale super, też bym chciała mieć takie życie
Roxy78:Oddałabym wszystko, żeby mieć takie życie!
Trix3:Zazdroszczę
FemmeFatale12:To jakiś pamiętnik księżniczki?
Blaze$$:Niech odda męża, ja się nim chętnie zajmę i popławię się w tych luksusach
Iron1234:Mogę milczeć za takie życie. Nie muszę nawet z nim gadać XD
Nobody69:To historia jakiejś luksusowej prostytutki?
NoName00:Pierdol się, szmato
User13456987654:Musisz dobrze ciągnąć, suko. Pewnie masz wprawę. Mąż zadowolony? Kupi nową sukienkę?
VickyNY:Będzie dobre fantazjowanie. Ciekawe, ile z tej historyjki jest prawdą, pewnie te miasta to widziała na mapie
Nat67:Znowu jakaś napalona trzynastka opisuje swoje fantazje XD
DKN:To jakaś symulacja? Albo eksperyment społeczny?
Nie, to nie eksperyment społeczny, pomyślała Adeline. To po prostu moje życie.
Chicago
Wczesna wiosna
Wiosna zawitała do Chicago bardzo szybko, bo już na początku kwietnia. Nawet zdradliwa wiosenna temperatura tym razem nie robiła niespodzianek i utrzymywała się na przyjemnym dla ciała i umysłu pułapie.
Benjamin zatrzymał się przed przejściem dla pieszych wśród wielu innych osób zmierzających o tej godzinie do pracy. Sam nie wiedział, dlaczego akurat dzisiaj postanowił udać się pieszo do biura. Ostatnio kompletnie nie miał czasu na ruch, gdyż ślęczał nad projektami i kontraktami. Może chciał zaczerpnąć świeżego powietrza, ponieważ spacery odbywał jedynie na budowach lub kolejnych inwestycjach, a może po prostu pragnął na chwilę wyrwać się z pułapki ścian biura i mieszkania. Minione miesiące były dla mężczyzny nieustannym stresem, szarpaniną nerwów i intensywnym wysiłkiem związanym z kolejnymi komplikacjami w firmie i na rynku budowlanym.
– Stary, mam dość – rzucił do telefonu. – Kluczowy etap realizacji i co się dzieje? Wysypuje się kolejny podwykonawca. Nie wiem, czy kiedykolwiek uda się skończyć to zlecenie. Zaraz wpadną mi kary umowne, a to tylko jebany sześciopiętrowy apartamentowiec. Budowałem drapacze chmur, a przerasta mnie jakieś gówno. Dodatkowo te negocjacje z firmą Thompsona nie są na moje nerwy. Od dwóch miesięcy chodzę tak napięty, że jeszcze chwila i dostanę zapaści. Na sto procent mam już wrzody żołądka. W ciągu ostatniego roku dwa razy uniknąłem bankructwa, jak tak dalej pójdzie, osiwieję. – Przeczesał palcami włosy.
– Budownictwo to gówno – podsumował William lekko ochrypłym głosem. – I nie licz, że zrobię ci gastroskopię.
– A ty co? Masz kaca, że ledwo mówisz?
– Praktycznie całą noc nie spałem – sapnął.
– Uroki rodzicielstwa – podsumował Ben. – Chyba jednak wolę nieprzespane noce z powodu zerwanych kontraktów, braku surowców i negocjacji z Thompsonem.
– Co z nim nie tak? – Will ziewnął.
– To trzydziestoparoletni gówniarz, który przejął firmę ojca. Koleś ma potężną sieć hoteli w Europie i Azji, głównie w Chinach, co nie jest łatwe, bo tam dominuje jedna marka, poza tym to Chiny. Monopol i te sprawy. Thompson zapragnął opanować Amerykę i prześcignąć Marriotta oraz Hiltona. Jeśli uda mi się podpisać z nim kontrakt, będę ustawiony do końca życia.
– Czyli wcale nie tak długo, biorąc pod uwagę, że w każdej chwili mogą ci pęknąć wrzody, dostaniesz krwotoku na środku ulicy i zadepczą cię przechodnie. – Will sprawnie sprowadził przyjaciela na ziemię. – Zatrzyma się nad tobą tylko staruszka o lasce, żeby wyciągnąć ci z kieszeni portfel, a bezdomni rozkradną ci buty, zegarek i marynarkę.
Benjamin przystanął i rozejrzał się wkoło. Przed oczami mężczyzny mignęła wizualizacja słów Williama. Wzdrygnął się na samą myśl, że mogłoby go spotkać coś takiego.
– Dzięki, William – fuknął. – Kocham cię.
– Ja ciebie też.
Po drugiej stronie dało się wychwycić lekkie zamieszanie i głośne utyskiwanie Willa. Ben odniósł wrażenie, że kumplowi wypadł telefon.
– Co się tam dzieje? Co robisz? – Odsunął komórkę od ucha i spojrzał na ekran, by sprawdzić, czy połączenie nie zostało zerwane.
– Nic – odburknął Will. – Sytuacja kryzysowa. Scarlett zwymiotowała mi na marynarkę.
Ben ścisnął palcami nasadę nosa.
– Wykapana matka – stwierdził rozbawiony.
– Śmieszne. W tej rodzinie każdemu ulewa się na moje ciuchy, niezależnie od tego, czy ten ktoś ma dziewięć miesięcy, czy tak jak moja żona prawie trzydziestkę.
– Właśnie, jak się czuje Audrey?
– Różnie. Raz jest lepiej, raz gorzej. Są takie dni, że wydaje mi się, że rok terapii poszedł na marne, ale to silna babka. Kończę, stary. Muszę się przebrać, a jestem już spóźniony. Pilnuj wrzodów i uważaj na staruszki.
– Trzymaj się, tatusiu.
Ben zakończył połączenie i jeszcze chwilę sprawdzał coś w telefonie, przez co kompletnie stracił kontrolę nad tym, dokąd idzie i co stoi na jego drodze.
Zanim zdążył zareagować, zderzył się z czymś miękkim.
Najpierw ujrzał przed sobą ogromny bukiet czerwonych tulipanów, a następnie piękną twarz. Kobieta wypuściła wiązankę na chodnik i nerwowymi ruchami zaczęła przecierać mokrą sukienkę. Na kremowym materiale wyraźnie odznaczała się brązowa plama.
Ben poczuł intensywny zapach gorącej czekolady, który mieszał się z wonią świeżych kwiatów i ciężkich ekskluzywnych perfum, ale te, o dziwo, pasowały do urody drobnej brunetki.
Lekko kręcone przy końcówkach włosy opadały na jej ramiona, a pełne usta podkreślała czerwona pomadka. Dziewczyna przypominała modelkę z okładek włoskich czasopism modowych.
– Przepraszam – pisnęła. – Nie zauważyłam pana, to przez ten bukiet. – Co rusz spoglądała na sukienkę i na koszulę Bena, by się upewnić, że mężczyzna nie ucierpiał.
– To ja przepraszam. – Otrząsnął się z dziwnego otępienia. – Przecież to ja zniszczyłem pani sukienkę. – Profilaktycznie spojrzał na swoją koszulę. – Zagapiłem się.
– To ja stałam jak słup soli na środku chodnika. – Brunetka podrapała się po głowie. – Starałam się określić, gdzie jestem, ale chyba się zgubiłam – przyznała nieśmiało.
– Nie jest pani stąd? – podjął temat.
– Wróciłam do Chicago po paru latach i ciężko mi się odnaleźć w mieście, wiele się zmieniło. – Rozejrzała się z dostrzegalną nostalgią.
– I otwiera pani kwiaciarnię? – Zerknął na pokaźny bukiet kwiatów, który w dalszym ciągu leżał na chodniku. Schylił się, podniósł go, po czym wręczył nieznajomej, przy okazji wyciągając z jej dłoni pusty papierowy kubek po czekoladzie. – Pomogę pani, z tego raczej już nic nie będzie.
– Nie, nie. Nie otwieram kwiaciarni, chociaż to byłoby całkiem fajne doświadczenie. – Uśmiechnęła się subtelnie i najwyraźniej zawstydzona rozmową poprawiła palcami grzywkę. – Po prostu uwielbiam tulipany.
– Wiosną całe North Michigan Avenue porastają tulipany. Spodoba się pani.
– Muszę się tam wybrać, oczywiście, jeśli uda mi się odnaleźć drogę. – Zaśmiała się serdecznie, na co Ben też się uśmiechnął.
– Mogę jakoś pomóc? – zaproponował.
– Nie, dziękuję, nie będę pana zatrzymywać – odmówiła.
– Tak, jasne. To moja wizytówka – zreflektował się, wyciągając z kieszeni marynarki wizytówkę – proszę oddać sukienkę do pralni, pokryję koszty, a jeśli nie da się jej uratować – zawahał się – to tym bardziej proszę wysłać mi rachunek.
– To nie jest konieczne, ale miło z pana strony. – Z gracją chwyciła wizytówkę między palce. – A to dla pana. – Wyjęła z bukietu jeden kwiat. – Proszę, może przyniesie panu dzisiaj szczęście. Miłego dnia.
– Miłego dnia. – Zaskoczony spojrzał na tulipana, a następnie na odchodzącą kobietę. – A mogę chociaż wiedzieć, jak ma pani na imię?
Dziewczyna odwróciła się przez ramię, znów poprawiła palcami grzywkę, a kwiaty przycisnęła mocniej do piersi.
– Adeline.
– Miłego dnia, Adeline.
Benjamin znowu zerknął na tulipan, następnie na pusty kubek po czekoladzie, a potem ponownie na ponętną sylwetkę znikającą wśród przechodniów. Pomyślał, że dzisiejszy spacer okazał się trafną decyzją. A będzie jeszcze lepszą, gdy kobieta skontaktuje się z nim w sprawie uregulowania rachunku.
Po niespełna kwadransie dotarł do siedziby swojej firmy. Tam przywitały go zduszony zgiełk, nakładające się na siebie rozmowy i brzęczenie telefonów. Od razu rozbolała go głowa.
Przeszedł przez najbardziej aktywną część biura, gdzie tak naprawdę toczyło się całe życie firmy budowlanej. Nieokiełznany chaos, sterty papierów, projektów, faktur. Dziesiątki ludzi kontrolujących ceny surowców, realizację zadań, składających lub odbierających zamówienia.
– Panie Darby. – Za plecami mężczyzny rozbrzmiał głos człowieka odpowiedzialnego za jeden z większych projektów.
Benjamin przystanął.
– Chyba nie chcę wiedzieć – jęknął, spoglądając błagalnie w sufit.
– Chyba musisz. – Obok niego jak spod ziemi wyrósł Jimmy Clark, wieloletni wspólnik i partner biznesowy. – Zbieraj się na budowę, kawę wypijesz po drodze, chociaż może nie być ci potrzebna. Zaraz będziesz miał ciśnienie dwieście.
– Niech zgadnę. – Benjamin przetarł twarz. – Ten wieżowiec przy East Wacker Drive?
Jimmy niechętnie przytaknął.
– Budowa wieżowca w najbardziej zatłoczonej dzielnicy miasta to koszmar, szczególnie gdy miasto co chwilę przypierdala się do inwestycji – wyrokował. – Niby tylko czterdzieści pięter, a idzie gorzej niż ten stupiętrowy gigant w Los Angeles. A to co? – Wskazał palcem na tulipan w ręku Bena.
– Kwiatek, nie widać? – Benjamin uniósł dłoń, przypominając sobie o prezencie od przepięknej Adeline, po czym wszedł do swojego gabinetu. Odłożył kwiat na biurko i pośpiesznie odpalił laptopa.
– Co im nie pasuje? – dopytał Darby.
– Od dwóch dni trwa betonowanie zbrojeń. – Jimmy ściągnął z krzesła projekty, a potem na nim przysiadł. Gabinet Bena też był jak jeden wielki plac budowy.
– No i? – Palec Bena zawisł nad klawiaturą laptopa. – Zamiast betonu wylali kisiel?
– No i zabetonowali również fragment, który nie powinien być zabetonowany.
– Kurwa. – Ben opadł na fotel i ucisnął palcami skronie. – Co za pierdolone zjeby.
– Najlepiej byłoby pogonić podwykonawcę, ale…
– Ale to kolejne opóźnienia i koszty – dokończył za Jimmy’ego. – Ja pierdolę – fuknął, uderzając najbliższą teczką o blat biurka. – Trzeba było otworzyć cukiernię. Dobra. – Wypuścił powietrze, nadymając przy tym wargi, i przeciągnął dłonią po gładko ogolonym policzku. – Jedziemy.
Kolejny dzień, kolejny problem, ale Benjamin powinien wpisać to do swojego harmonogramu. Tak prezentowały się realia świata budowlanki. Jeden był zależny od drugiego, upadek jednej firmy mógł być początkiem końca drugiej. W ostatnim czasie dwóch deweloperów ogłosiło bankructwo, ciągnąc za sobą firmę Bena. Przybywające faktury, opóźnienia w płatnościach lub ich brak, zaległości w materiałach, pozrywane łańcuchy dostaw – wszystko to doprowadziło Benjamina na skraj biznesowej przepaści. Co prawda udało im się wyjść z największego kryzysu, lecz to nie oznaczało jeszcze, że powrócą do czasów świetności, zwłaszcza że komercyjny rynek budowlany stawał się coraz bardziej kapryśny. Po okresie pandemii duża część pomieszczeń w biurowcach stała pusta, generując straty, i nikt nie palił się do kolejnych inwestycji.
Ben miał jednak w rękawie asa, dzięki któremu jeszcze trzymał się na powierzchni i mógł w dalszym ciągu dyktować warunki na rynku. Tym asem były potężne udziały w jednej z większych firm produkujących stal, co w branży budowlanej oznaczało wygraną na loterii.
– Jest coś jeszcze – zatrzymał go Jimmy, ale tym razem rozsiadł się triumfalnie na krześle, a jego mina wskazywała na dobre wieści.
Ben w oczekiwaniu pochylił się nad biurkiem.
– Thompson jest w mieście, podobno przeniósł się na czas dogrywania kontraktu i wszystkich formalności. Chcą się spotkać, ale nie są w stanie na razie ustalić terminu.
– Są nami zainteresowani? – Ben niekontrolowanie przysiadł.
Jimmy ospale kiwnął głową dla potwierdzenia swoich słów.
– Serio? – Zacisnął zęby.
– Nie podniecaj się. – Wspólnik ostudził zapał. – To jeszcze nic pewnego. Najgorsze przed nami.
Ben uśmiechnął się pod nosem, a jego spojrzenie padło na kwiat leżący na biurku. Podniósł go i zaczął obracać w palcach.
Chyba jednak przyniosłaś mi szczęście, Adeline.
Tego samego dnia
Adeline pośpiesznie przemierzała zatłoczoną chicagowską ulicę, co jakiś czas nerwowo zerkając na zegarek. Musiała jak najszybciej dotrzeć na miejsce umówionego spotkania. Kilka minut spóźnienia mogłoby spowodować istną katastrofę.
Wyrzucała sobie, że zbyt późno wyszła z kawiarni, potem spędziła kolejne parę minut na rozmowie z nieznajomym mężczyzną. Musiała jednak przyznać, że akurat ten czas nie był stracony. Nieznajomy był naprawdę uroczy, jeśli w taki sposób można określić dojrzałego, przystojnego faceta.
Adeline rzadko spotykała tak uprzejmych mężczyzn. A już na pewno nikt nie bywał uprzejmy, gdy prawie oblało się go gorącą czekoladą. Pomyślała, że uprzejmość i dobre maniery ujawniały się tylko w przypadku, gdy ktoś dowiadywał się o pieniądzach, jakie posiadał jej mąż. Wtedy największy cham potrafił posłać uroczy uśmiech i prawić wyszukane komplementy.
Taki był brutalny świat biznesu – tu wszystko robiło się po coś, tu nie istniały przyjaźnie ani znajomości. Chodziło wyłącznie o szmal i pozycję. A dziewczyna obracała się w tym świecie od urodzenia. Doświadczała mniejszej lub większej obłudy, widywała upadki i wzloty. Przypatrywała się, jak ludzie zamieniają się w potwory, a fałsz i dążenie po trupach do celu były na porządku dziennym.
Mimo wszechobecnego zepsucia Adeline uwielbiała analizować poznanych ludzi, nawet jeśli pojawiali się w jej życiu przelotem, jak na przykład kasjerka w sklepie, kelnerka w kawiarni czy choćby zwykły przechodzień. Dopisywała do określonej twarzy historię danej osoby, kreśliła cechy charakteru, wymyślała, czym ten ktoś mógłby się zajmować. W tamtym mężczyźnie dostrzegła kogoś z pozycją, kogoś ważnego, ale raczej nieprzywiązującego do tego wagi. Ludzie z pozycją nie spacerują chodnikami, a rozbijają się drogimi samochodami, prowadzonymi przez prywatnych szoferów. Tak jak ona…
W efekcie nie miało to najmniejszego znaczenia, gdyż najprawdopodobniej nigdy więcej go nie spotka, tak jak wielu innych ludzi, którym zakładała w swojej głowie profile psychologiczne. To był osobliwy sposób na umilenie sobie życia, na znalezienie zajęcia wśród pustych czterech ścian apartamentowców. Swoje spostrzeżenia przelewała później na papier i tworzyła mały dziennik.
Gdyby ktoś przyjrzał się temu z boku, pomyślałby, że Adeline jest niezrównoważona. Ona jednak po prostu czuła się cholernie samotna, a luksusowe wnętrza, wystawne kolacje i ekskluzywne wyjazdy za nic nie rekompensowały tej samotności.
Fascynowali ją ludzie zmierzający do pracy. Fascynowali ją ludzie wpadający rano do kawiarni na szybką kawę i kanapkę. Możliwe, że było też na odwrót: tych „przyziemnych” nęciły prywatne odrzutowce, jachty i mieszkania w najdroższych i najwyższych budynkach świata.
Adeline zamieniłaby ten blichtr na możliwość wyrażania swoich myśli, gdyż jako młoda kobieta w wielkim świecie biznesu nie miała nic do powiedzenia. Wymagano od niej jedynie świetnej prezencji, ogłady i pięknego uśmiechu.
W końcu udało jej się dotrzeć na skrzyżowanie dwóch ulic. Chwilę po tym obok kobiety zatrzymał się elegancki bentley, do którego wsiadła bez zastanowienia.
– Zdążyłam. – Opadła na miękkie siedzenie i położyła obok siebie bukiet tulipanów.
– Jak się bawiłaś? – Kierowca spojrzał na nią we wstecznym lusterku. – Wydajesz się podekscytowana.
– Dobrze. Wypiłam dwie czekolady, trochę pospacerowałam. Znalazłam też antykwariat, co prawda jest otwarty tylko przez trzy godziny dziennie, ale mam zamiar wybrać się tam następnym razem – wyrzuciła z siebie na jednym wydechu jak rozemocjonowane dziecko po dniu pełnym atrakcji.
– Twojej sukience najwyraźniej też smakowała czekolada. – Uśmiechnął się czule.
Kobieta spojrzała w dół.
– Wpadłam na kogoś na ulicy – wytłumaczyła. – Na szczęście jemu nic się nie stało, ale chciał opłacić pralnię, chociaż to była moja wina. To miłe z jego strony, nie sądzisz? – Przypomniała sobie o wizytówce ukrytej w jednej z bocznych kieszeni torebki. Musi ją wyrzucić.
– Dla mnie to naturalne, ale ciebie zawsze cieszyły takie drobne gesty.
– Po prostu wyrzucę tę sukienkę. Nie ma sensu jej prać, poza tym jeszcze ktoś mógłby zauważyć i dociekać, skąd ta plama. – Pokiwała głową dla potwierdzenia zasadności tej decyzji. – Dziękuję, że zgodziłeś się mnie tu przywieźć. Mam nadzieję, że nie będziesz miał z tego powodu żadnych problemów – zmarkotniała.
– Adele – zwrócił się do niej pieszczotliwie – znam cię, odkąd skończyłaś trzy lata. Jestem twoim kierowcą – podkreślił – a nie kierowcą twojego męża czy teściowej. – Włączył się do ruchu. – Chcę zdążyć przed wizytą Lindy, żebyś to ty nie musiała się tłumaczyć z wyjścia.
Westchnęła ciężko na wspomnienie Lindy.
Linda Thompson – szanowna matka jej szanownego małżonka. Kobieta wyrafinowana, elegancka, szykowna. Zimna jak lód. Szorstka niczym papier ścierny. Arystokratka, a przynajmniej za taką się miała, choć w jej żyłach z pewnością nie płynęła błękitna krew. Kobieta była zdolna poświęcić wszystko, by jej pozycja nie została zachwiana, a majątek nie spadł poniżej siedmiocyfrowej kwoty. Jej ulubionym zajęciem – poza zakupami, spotkaniami w gronie równie bogatych „przyjaciółek”, wypadami do spa, aranżowaniem wnętrz na chłodne, martwe lochy – było sprawowanie pieczy nad swoim jedynym synem oraz musztrowanie Adeline. Brak ambitniejszych zajęć w życiu powodował, że Linda bardzo chętnie odwiedzała George’a w różnych zakątkach świata. Przy okazji kontrolowała, czy młoda synowa trzyma fason i spełnia jej wymogi wobec idealnej żony.
– Ciągle mam wrażenie, że robię coś złego. Czuję się jak nastolatka, która ucieka z domu, bo ma szlaban na wychodzenie, ale gdyby nie te „ucieczki” już dawno bym zwariowała.
– A nie jest tak? Zrobili z ciebie niewolnika, który bywa na przyjęciach, kolacjach i oficjalnych wyjściach. Ale to moje zdanie – zakończył swój wywód.
– Dobrze, że mam ciebie. – Uśmiechnęła się niemrawo, bawiąc się palcami. – Gdyby nie ty, już w ogóle nie miałabym z kim porozmawiać.
– Jestem jedynie twoim kierowcą – przypomniał.
– Wiesz, że nigdy tak nie myślałam. – Chciała przesunąć się na siedzeniu do przodu, lecz pas bezpieczeństwa zastopował ją w miejscu. – Jesteś jak moja rodzina.
Dziewczyna znała Davida właściwie od zawsze. Pracował dla jej rodziny jeszcze za czasów świetności ojca Adeline. Ona jednak zawsze traktowała go bardziej jak przyjaciela i jedynego powiernika niż jak pracownika. Dlatego po ślubie nie widziała innej opcji jak poprosić, by zaprzyjaźniony kierowca został z nią i towarzyszył w wojażach po całym globie.
Miała go na wyłączność i to nie dlatego, że mężczyzna znał niemal każdy jej sekret i wybryk. W pełni mu ufała i zawsze mogła na niego liczyć. Pięćdziesięcioletni David był dla Adele jak ojciec, gdy biologicznego ojca zbyt pochłaniała firma.
– À propos rodziny, zamierzasz odwiedzić rodziców? – zagadnął, wyrywając kobietę z zadumy.
– Tak. – Podniosła głowę, a jej spojrzenie ponownie spotkało się z czujnym wzrokiem kierowcy. – Odwlekałam to, ale będę musiała. Boję się spotkania z matką, a jeszcze bardziej z Susan.
– Nie musisz, oni i tak…
– Zrobię to jeszcze dzisiaj – weszła mu w zdanie. – Pojedziemy po południu, dobrze? – W sekundę podjęła odważną decyzję.
– Oczywiście, przecież wiesz, że jestem na każde twoje skinienie. Powinniśmy dotrzeć za kwadrans. Jakie plany ma twój mąż? Podpisał już umowy?
– Wiesz, jaki jest George. – Położyła na kolanach bukiet tulipanów i zaczęła układać kwiaty, by zająć czymś dłonie. – Lubi przedstawienia. Tak naprawdę budowa tych hoteli w Chicago jest dla niego bardziej zabawą niż faktycznym zyskiem – oceniła.
– Ta sieć jest już na takim etapie wzrostu, że niedługo hotele będą stały nawet w mniejszych miejscowościach – dodał David.
– I ma ambicje, żeby prześcignąć Hiltona lub Marriotta. W gruncie rzeczy cieszę się, że wybrał Chicago. Chyba tęskniłam za tym miastem. I jest zdecydowanie lepsze niż Malediwy. Dobrze, że spędziliśmy tam tylko dwa miesiące. – Wykrzywiła wargi na samo wspomnienie.
– Ludzie oddaliby życie za dwa miesiące na Malediwach.
– Oddałabym życie za normalne życie – odbiła piłeczkę.
– Wiem, Adele. Doskonale wiem.
– Ale jest, jak jest. – Uderzyła otwartą dłonią o siedzenie. – Przynajmniej od czasu do czasu mogę uciec ze swojego zamku i spędzić trochę czasu wśród śmiertelników – zażartowała, lecz w jej głosie można było wyczuć nutę rozżalenia.
David zatrzymał samochód na światłach, dzięki czemu Adeline mogła przez moment podziwiać przęsła mostu i wijącą się pod nim rzekę.
– Mogę wychodzić do restauracji z gwiazdkami Michelin. Do ekskluzywnych butików, czyli wszędzie tam, gdzie można pochwalić się zasobnością portfela i prestiżem – wymieniała już z mniejszym entuzjazmem, a z każdym wypowiedzianym słowem głos kobiety stawał się coraz bardziej matowy. – Komfortowa rutyna. Obżeranie się tłustą pizzą w sieciówce to byłaby potwarz dla mojego męża. Byłeś kiedyś na piwie w barze?
– Jasne – potwierdził.
– A ja nigdy, i raczej nigdy nie będę. Wracając do interesów George’a, wiem, że od pół roku negocjuje z paroma firmami budowlanymi. Obecnie ma na oku sześć, które teraz pozabijają się o jego względy. Zapewne będzie jak zawsze: kolacje, badanie gruntu, poddawanie testom. Takie igrzyska śmierci w branży budowlanej – ironizowała, na co David parsknął niewymuszonym śmiechem.
– A ty udajesz, że nic nie wiesz – podsumował.
– Wiem więcej, niż im się wydaje, ale swoją wiedzę, a przede wszystkim zdanie, zachowam dla siebie. Przecież jestem głupiutką dziewczynką, która ma ładnie wyglądać – stwierdziła krytycznie, uciekając spojrzeniem na boczną, przyciemnianą szybę.
Głupiutką dziewczynką, która zaakceptowała reguły gry, a mimo to od czasu do czasu próbuje uciec od przydzielonej jej roli.
Adeline przywołała w myślach moment, gdy dowiedziała się, że musi wyjść za mąż. Miała wtedy dwadzieścia lat i wydawało jej się, że takie rzeczy dzieją się tylko w książkach lub filmach.
– Dlaczego akurat ona? – Brzmiały słowa ojca.
– Bo jest piękna, zjawiskowa, umie się zachować, a przede wszystkim potrafi się podporządkować i nie ma własnego zdania. A wy potrzebujecie pieniędzy. To transakcja wiązana, nic więcej.
To handel ludźmi w dwudziestym pierwszym wieku. To aranżowane małżeństwo dla prestiżu. To oddanie swojej córki, by ratować majątek…
Nic więcej…
Adeline wjechała windą na najwyższe piętro drapacza chmur, wprost do apartamentu zakupionego przez George’a na okoliczność pobytu w Chicago.
Takie miejsca stanowiły swoiste odzwierciedlenie porządku społecznego. Na samej górze znajdowali się najbogatsi i uprzywilejowani, na dole zaś reszta społeczeństwa utrzymywała na barkach ciężar życia tych wyżej. Ci wielcy nie istnieliby bez tych maluczkich, ale na to nikt nie zwracał uwagi.
Kobieta włożyła kwiaty do wazonu, po czym ustawiła go na stole w kuchni, choć tak naprawdę nie wiedziała, w jakim celu w ich domach znajdowały się kuchnie. Od czasu do czasu używali ekspresu do kawy i czajnika. Nie korzystali z reszty sprzętów, zazwyczaj jadali na mieście lub posiłki dostarczała im obsługa.
Kwiaty tchnęły w to miejsce odrobinę życia. Stanowiły jedyny kolorowy element wśród luksusowych stonowanych mebli. To tak, jakby malarz nagle uderzył pędzlem umoczonym w czerwonej farbie w szary obraz.
Pośpiesznie udała się do garderoby, by przebrać się z poplamionej sukienki. Nie liczyła na rychły powrót męża, bardziej obawiała się przedwczesnej wizyty zaborczej teściowej.
George praktycznie cały dzień przebywał poza domem. Brylował na spotkaniach, rozbijał się po restauracjach. Prowadził biznes, a tak naprawdę spijał gęstą śmietankę po dokonaniach ojca. Stary Thompson był wygą, jeśli chodzi o branżę hotelarską. W końcu jednak postanowił się wycofać i wszystko oddał synowi.
Kobieta przysiadła na łóżku i wyciągnęła z torebki wizytówkę z zamiarem wyrzucenia jej. Zanim jednak to zrobiła, dokładnie przestudiowała treść. Imię, nazwisko, numer telefonu – nic poza tym. Po cichu liczyła, że odkryje, czym zajmuje się nieznajomy, wtedy umiejscowienie go na mapie jej fikcyjnych znajomości okazałoby się bardzo proste.
– Benjamin – odczytała na głos. – Ładne imię, pasuje ci. – Uśmiechnęła się pod nosem.
Bardzo często powracała do prozaicznych sytuacji i dopisywała do nich swój scenariusz. Gdyby była bohaterką romantycznego filmu czy książki, właśnie teraz powinna do niego napisać pod pretekstem zniszczonej sukienki. W napięciu i z wypiekami na policzkach oczekiwałaby na odpowiedź, a potem dniami i nocami potajemnie wymieniałaby z nim wiadomości.
Natychmiast skarciła się za wybieganie myślami w rejony tak niebezpieczne, czasami zakrawające o śmieszność, lecz był to jej jedyny sposób na utrzymanie się przy zdrowych zmysłach w tym pustym, bezwartościowym życiu.
Mimo to zrobiła coś nieoczekiwanego: sięgnęła po telefon i zapisała numer Benjamina jako „pralnia”.
Harmider przy drzwiach zasygnalizował przybycie Lindy. Prowadzona przez kobietę rozmowa zdradziła, że nie była sama.
Adeline domyśliła się, że teściowa przyszła z asystentką i z tego względu nie zabawi tu zbyt długo.
Dziewczyna poczuła ulgę.
Wygładziła eleganckie spodnie, poprawiła długie włosy, następnie wyszła na spotkanie ze swoim koszmarem.
– Dzień dobry – przywitała się uprzejmie, na co teściowa jedynie skinęła głową.
– Przyleciały twoje sukienki – zakomunikowała, wskazując dłonią w kierunku asystentki, która wprowadzała do apartamentu mobilny stojak na ubrania.
– Dziękuję, że się tym zajęłaś. – Adeline splotła dłonie z tyłu pleców i przybrała wycofaną pozę.
Linda zawsze ją onieśmielała. W gruncie rzeczy onieśmielała ją większość ludzi.
Asystentka zajęła się rozpakowywaniem kreacji z worków ochronnych, natomiast Linda wymieniała poszczególnych projektantów, którzy z radością i dumą stworzyli te – jak je określała – małe dzieła sztuki.
Adeline nie słuchała. I tak będzie musiała nosić te ubrania, niezależnie od tego, jaki dom mody je uszył.
– Przymierz. – Sucha komenda wyrwała kobietę z transu.
Bez zwłoki wykonała polecenie. Przyjęła od asystentki wieszak z bordową, długą suknią, a następnie zniknęła w drugim pomieszczeniu.
Gdy wróciła po paru minutach, na jej twarzy rysowało się zakłopotanie.
– Nie dam rady zapiąć zamka. Jest za ciasna. – Ściszyła zawstydzony głos.
– Jak to jest za ciasna? – Linda nie kryła oburzenia. – Dove, sprawdź to – poleciła asystentce. Sama nie miała zamiaru skalać sobie rąk takim zajęciem.
Dove niemal w podskokach znalazła się obok Adeline i zaczęła majstrować przy zamku.
– Jest za mała. – Asystentka potwierdziła przypuszczenia.
– Jak jest za mała, skoro wzięliśmy dokładne wymiary? Nie ma mowy o pomyłce. – Nagle oczy Lindy zrobiły się wielkie niczym spodki. – Przytyłaś. – Oskarżycielski ton był dla Adeline jak policzek. – Jak można tyle przytyć przez dwa miesiące?
– Ale to tylko sześć funtów – zapiszczała.
– Nie tylko, a aż sześć funtów. Wystarczyły, żebyś miała problem z wciśnięciem się w ubrania. – Z pogardą wskazała palcem na synową, po czym wykonała dłonią dziwny, jakby zbywający gest.
– Po prostu od początku te wymiary były na styk – tłumaczyła Adeline, ale w starciu z teściową nie miała najmniejszych szans.
Wiedziała, że przytyła przez czekoladę i tłustą chicagowską pizzę, którą skrycie uwielbiała.
– Schudnę – zadeklarowała. – Schudnę i będą pasować.
– Kontroluj to, bo znowu… – Linda urwała z przekąsem i skupiła wzrok na dekolcie synowej. – Myślałaś nad operacją powiększenia piersi?
Pod wpływem tych słów dziewczyna zmieszana zasłoniła ręką biust i spuściła wzrok na posadzkę.
– Dove, idziemy – zarządziła Linda. – Muszę spotkać się z synem, mam nadzieję, że będzie miał czas.
Adeline ruszyła za nimi, zdeterminowana, by pożegnać kobiety, lecz te kompletnie nie zwróciły na nią uwagi.
Po ich wyjściu w powietrzu jeszcze przez długi czas unosił się zapach duszących perfum i obłudy.
Zmęczona przysiadła na sofie i powędrowała wzrokiem na nowe sukienki. Ich widok w mig przypomniał o dodatkowych funtach. Na pewno sobie z tym poradzi. Ludzie mierzą się z większymi problemami.
Charakterystyczne piknięcie w telefonie przypomniało kobiecie o tabletce.
Pobiegła do sypialni, z szafki nocnej wyciągnęła książkę, a z niej blister tabletek antykoncepcyjnych. Bez zastanowienia połknęła jedną z nich. Pilnowała tego co do sekundy. Obawiała się, że nawet minuta opóźnienia może spowodować, że tabletka nie zadziała tak, jak powinna. Zapewne hormony stały się kolejną przyczyną wzrostu wagi.
Robiła to, gdyż George naciskał na dziecko. Twierdził, że po trzech latach małżeństwa tak trzeba, że to będzie dobrze wyglądać.
Adeline w tej kwestii nie miała nic do gadania. Po prostu wyznaczono jej zadanie do realizacji. Nie widziała innego wyjścia niż potajemne łykanie leków. Oszukiwała męża od czterech miesięcy i nie wiedziała, ile jeszcze zdoła pociągnąć tę farsę. Jak na razie niepowodzenia można było zrzucić na karb ciągłych podróży, zmian stref klimatycznych czy czasowych oraz stres. Sytuacja stanie się krytyczna, gdy George zdecyduje się wysłać ją do lekarza.
Znalazła też sposób na unikanie, a właściwie przesunięcie w czasie, seksu z mężem: udawała, że ma miesiączkę. Dla uwiarygodnienia swojego stanu używała barwnika spożywczego do plamienia podpasek oraz tamponów. To jednak również nie będzie mogło trwać wiecznie. George’a zapewne w końcu zainteresuje częstotliwość pojawiania się miesiączki.
Życie Adeline nie było jej życiem, a listą zadań wyznaczanych przez innych, spisem obowiązków i oczekiwań. Natomiast ona coraz ciaśniej otulała się kłamstwami, brnęła w nie, przy okazji kreując własny wyimaginowany i zdecydowanie lepszy świat.
Siedziba firmy Benjamina
Tego samego dnia
Późne popołudnie
– Zespoły zajmujące się realizacją budowy wieżowca przy East Wacker Drive. Za kwadrans w sali konferencyjnej. Wszyscy bez wyjątku! – Donośny głos Benjamina przedarł się przez szumy rozmów i irytujące dźwięki natarczywie dzwoniących telefonów.
Większość pracowników przerwała wykonywane czynności i powędrowała wzrokiem za prezesem.
– Jak ktoś jest na zwolnieniu lub urlopie, to go ściągnijcie! – Mężczyzna prężnym krokiem przemierzył najbardziej obleganą i jednocześnie najbardziej „żywą” część biura, następnie stanął przy windzie i nerwowo nacisnął przycisk przywołania.
Za nim szedł Jimmy, który nonszalancko trzymał dłonie w kieszeniach spodni, uśmiechając się chytrze pod nosem.
Panowie w milczeniu wjechali na piętro, gdzie mieściły się ich gabinety. Pokonali długi korytarz i znaleźli się przed drzwiami biura Benjamina.
– Powinieneś zatrudnić asystentkę albo chociaż sekretarkę, wtedy może nie musiałbyś się wydzierać na pół Chicago, że chcesz kogoś widzieć. – Jimmy zamknął za sobą drzwi.
– Asystentka i ja? – Zerknął na kumpla przez ramię, rozpinając guziki koszuli. Jak zwykle musiał się czymś upaprać na budowie. Na podobne sytuacje miał przygotowaną w swoim gabinecie garderobę. – To brzmi jak wstęp do pornola.
Jimmy odchylił głowę i zaniósł się ochrypłym śmiechem.
– Cóż za seksualizacja zawodu asystentki. Nie sprowadzaj…
– Sprowadzić to ja muszę wszystkich na ziemię – wszedł mu w słowo – bo jak tak dalej pójdzie, znowu będziemy płacić kary, a co gorsza mierzyć się z miastem albo prokuratorem. – Wyszarpał koszulę ze spodni, zsunął ją z siebie, po czym odrzucił na fotel.
Całe jego ramię pokrywały tatuaże. Rysunki ciągnęły się niemal od nadgarstka aż po bark. Z jednej strony wchodziły na obojczyk i kawałek piersi, natomiast na plecach na łopatkę.
– Na szczęście nie doszło do tragedii, a to da się jeszcze odkręcić. – Jimmy próbował nieudolnie załagodzić sytuację, jednak zdawał sobie sprawę z konsekwencji, jakie może nieść za sobą ten błąd.
– Pochwalasz to? – W oczach mężczyzny pojawił się wyrzut.
– Nie pochwalam zaniedbań, zwłaszcza przy tak kluczowych sprawach.
– Później to ja muszę jeździć na budowy, to ja muszę wszystko kontrolować i najlepiej by było, gdybym jeszcze sam wykańczał projekty, spotykał się z kontrahentami, inwestorami.
– Tak było na początku, nie pamiętasz? Wszystko robiliśmy we dwóch.
– Te czasy niby minęły, a jednak jest jeszcze gorzej. – Ben zgrzytnął zębami, chaotycznymi ruchami wciągając na siebie koszulkę polo.
– Właśnie, i tak musisz wszystko robić sam, a na dodatek kontrolować innych. – Wzruszył ramionami.
– Nie tak miało być. Powinienem siedzieć za biurkiem, kręcić się na krześle i popijać kawę. – Benjamin skrzywił się zniesmaczony swoim losem i wadami prezesury.
– Niestety kawa stale jest zimna – zaszydził Jimmy. – Ale czasami lubię popatrzeć na miny kierowników budowy i inżynierów, gdy sam prezes wpada im na budowę.
– Anomalia. Prezes wychodzi z gabinetu i jedzie na budowę, żeby uwalić się betonem. – Z odrazą wskazał palcem na swoją koszulę.
– Dobrze, że nie w garniturze i pod krawatem. Chciałbym to zobaczyć.
– Idziesz ze mną? – Ben ruszył przodem, zdeterminowany, by jak najszybciej wyjaśnić palące kwestie i mieć to za sobą.
Jimmy wystawił dłonie w poddańczym geście.
– Nie lubię kadrowych przepychanek – wymigał się – wolę brudzić się w smarze i betonie. – Klepnął Bena poufale w plecy, jakby chciał dodać mu otuchy. – Poza tym za pół godziny mam spotkanie w sprawie zakupu nowych maszyn.
Ben posłał mu pytające spojrzenie.
– Nie przejmuj się tym – uspokoił – nic się nie dzieje, to moja działka.
Pod wpływem tego zapewnienia odetchnął z ulgą.
Benjamin zajmował się kontrahentami, inwestorami, ogólnie pracował z ludźmi oraz projektami, natomiast Jimmy przejął obszar zaopatrzenia, dystrybucji, maszyn i praktycznie całej „brudnej” roboty.
W sali konferencyjnej siedzieli już wezwani pracownicy, którzy wymieniali między sobą spanikowane spojrzenia.
Ben bez słowa rzucił na środek stołu projekty.
– Wieżowiec przy East Wacker Drive to pieprzona katastrofa. – Włożył dłonie w kieszenie ciemnych spodni i stanął u szczytu stołu. – Najpierw potyczki z miastem, potem z inwestorem, potem znowu z miastem, w międzyczasie nawalili podwykonawcy, brakuje nam jeszcze trzęsienia ziemi, wybuchu wulkanu i odkrycia złoży ropy naftowej. Ale wszystko przed nami. – Uśmiechnął się sztucznie. – Czterdzieści pięter, a problemów, jakbyśmy budowali schody do nieba.
W tym samym momencie otworzyły się drzwi i do sali wślizgnęła się filigranowa blondynka. Kobieta posłała Benjaminowi pytające spojrzenie, następnie zerknęła na plany rozrzucone na blacie, wzdrygnęła się i w ciszy zajęła miejsce.
– Mieliście wstępne plany, wytyczne od inwestora – kontynuował niezrażony. Z każdym wypowiedzianym słowem jego głos stawał się coraz bardziej nieprzyjemny.
– Zatwierdziłeś ten projekt – zarzucił mu ktoś z zebranych.
– Zatwierdziłem ten projekt łącznie z jakimiś dziesięcioma innymi osobami, począwszy od konstruktorów, architektów, inżynierów – urwał, potęgując tym niemą reprymendę – nawet sam Chrystus go zatwierdzał. – Wykrzywił wargi. – W ostatniej fazie wyeliminowaliśmy jeden element i co się wydarzyło? Wykonawcy dostali projekt właśnie z tym jednym elementem! – Uderzył otwartą dłonią w stół z taką siłą, że dwie osoby siedzące najbliżej niego aż podskoczyły na swoich miejscach. – Wszystko toczyło się dobrze, dopóki nie doszło do betonowania zbrojeń. Myśleliśmy, że to problem nieogarniętej ekipy, ale co się okazało? – Rozłożył ramiona na boki i zaczął spacerować od ściany do ściany. – To nie ekipa tylko, kurwa, my. Wiecie, że za takie błędy jest kryminał?! A gdyby to był błąd decydujący o całej konstrukcji?!
W pomieszczeniu zaległa głucha cisza. Każdy siedział ze spuszczoną głową i gapił się na blat albo na swoje dłonie schowane pod stołem.
– Nora – zwrócił się do spóźnionej blondynki. – Twój zespół zajmował się przekazaniem ostatecznej wersji projektu.
Nora milczała.
– Odpowiedzialność zbiorowa? – Ledwo zauważalnie kiwnął głową. – Nienawidzę, ale chyba to będzie konieczne.
– Nie będzie. Wiem, co się stało – przyznała markotnie. – Pomyliłam projekty.
– Słucham. – Oparł pięści na blacie i lekko pochylił ciało w wyczekującej pozie.
– Pomyliłam projekty – powtórzyła, zaciskając dłonie w pięści.
Wszyscy jak na komendę wypuścili wstrzymywane powietrze, tak że w sali konferencyjnej rozległ się przeciągły świst.
– Powinienem udać, że się przesłyszałem. – Ben potarł obolały kark, a na jego twarzy rysował się grymas niezadowolenia, choć z całych sił starał się dusić w sobie negatywne emocje.
– Nie, nie przesłyszałeś się. – Wyprostowała się na krześle. – Pomyliłam projekty, wysłałam ten sprzed poprawek. Wszystko było zrobione poprawnie, to ja nawaliłam przy ostatnim kroku.
– Tak po prostu? – Przełknął wściekłość. – Mówisz mi o tym tak po prostu? – Ściągnął brwi, jakby nie dowierzał w to, co usłyszał.
– Chciałeś wiedzieć, więc odpowiadam. Biorę winę na siebie.
– Bierzesz winę na siebie – skrzyżował ramiona na piersi, przez co napięły się jego barki – i idziesz na budowę kuć beton? Czy może pokryjesz koszty opóźnień, wytłumaczysz się przed nadzorem budowlanym? Zniwelujesz koszty pracowników? Staniesz przed sądem? – Wymieniał protekcjonalnym tonem. – Powinienem jednak zastosować odpowiedzialność zbiorową – pod wpływem gwałtownego ruchu głowy kosmyk jasnobrązowych włosów osunął mu się na czoło – i was zwolnić. – Wściekle przesunął palcem po dziesięciu osobach zebranych przy stole. – Wszystkich bez wyjątku. To ma być dla was ostrzeżenie, nie budujemy tutaj domków jednorodzinnych dla pana Smitha. Jak kogoś to przerasta, może zrezygnować, chociaż wydawało mi się, że zatrudniam ludzi, którzy znają się na rzeczy. Możemy się pośmiać przy kawie czy napić na firmowych imprezach, możemy zjeść razem pieprzony lunch, ale podczas pracy wymagam zaangażowania i kompetencji. Zwłaszcza – podkreślił, podnosząc głos – jeśli chodzi o tak poważne projekty. Jestem rozczarowany. Możecie iść.
Pracownicy pośpiesznie podnieśli się z miejsc i ruszyli do wyjścia, jakby mieli jedynie parę sekund na ucieczkę.
– Nora, ty zostań – zatrzymał ją, zanim zdążyła wstać.
Odczekał, aż za ostatnią osobą zamkną się drzwi, następnie wbił w Norę spojrzenie pełne pretensji, ale też rozczarowania jej postawą.
– Co ty wyrabiasz? – mruknął.
– Przeprosiłam, to się więcej nie powtórzy – próbowała go zbyć.
– Oczywiście, że się nie powtórzy, bo zwolnię cię przy kolejnej takiej wpadce – ostrzegł. – Myślę, że…
– Myślę, że się na mnie wyżywasz. – Otwarcie wytoczyła zarzuty.
– Co ty opowiadasz?
– Wyżywasz się na mnie za to, że ze sobą spaliśmy.
Benjamin przysiadł na stole, nie spuszczając skołowanego wzroku ze swojej pracownicy.
– To było rok temu i nie zatrudniam cię tutaj, bo ze sobą spaliśmy. Wydawało mi się, że masz kompetencje, ale najwyraźniej mi się wydawało. Przyznaję, z perspektywy czasu to był błąd. – Ucisnął palcami kąciki oczu i westchnął ciężko.
– Świetnie, uważasz, że jestem twoim błędem? – obruszyła się.
– Nie odwracaj kota ogonem – fuknął z irytacją. – Nie ty, tylko fakt, że poszliśmy do łóżka. To nie powinno się wydarzyć.
– Ale się wydarzyło. I to parę razy – przypomniała butnie.
– Zamierzasz mnie tym szantażować? Może od razu polecisz do kadr? Śmiało. – Zachęcająco wskazał jej drzwi. – Tak nie może dalej być. To nie pierwsza twoja wpadka, a każda kolejna jest poważniejsza. Jesteś niezorganizowana, nieprzytomna…
– Wiesz, że mam małe dziecko i masę problemów. – Próbowała się bronić.
– Nie ty jedna. Rozumiem, że ci ciężko, ale dziecko nie zwalnia z odpowiedzialności w pracy. Wiele razy ci pobłażałem i wiele razy pomagałem – przypomniał zachrypniętym głosem. Nienawidził takich rozmów. Miał wrażenie, że za każdym razem mięknie. – Mogłaś tu przychodzić z dzieckiem, mogłaś wychodzić wcześniej, mogłaś…
– Sugerujesz, że miałam specjalne względy? – zaatakowała.
Benjamin jęknął głośno, po czym błagalnie spojrzał w sufit. Najchętniej wyrzuciłby ją za drzwi, ale to kompletnie nie było w jego stylu.
– Nora, kończyłem za ciebie niektóre projekty, bo nie miałaś do tego głowy, bo twoje dziecko było chore, bo ty byłaś chora, bo byłaś wyczerpana albo kolejny raz użerałaś się z ojcem dziecka. Nie mogę ci wiecznie pomagać, podczas gdy ty będziesz ciągle coś zawalać i liczyć na cud. Lubię cię, ale to moja firma, moje nazwisko i moje problemy. Nie mogę sobie pozwolić na kolejny krach. Przecież zdajesz sobie sprawę, jakie są obostrzenia na budowach komercyjnych, przy drapaczach chmur… Za niedopatrzenia grozi kryminał. Mam za ciebie pójść siedzieć?
– Myślałam, że pomagasz mi ze względu na – przełknęła ślinę – na nas…
– Na jakich nas? – Zamrugał zdziwiony. – Po prostu ze sobą spaliśmy, przecież ci nic nie obiecywałem. Pomagałem ci, bo cię lubię i z czystej ludzkiej dobroci.
Kobieta zacisnęła usta w wąską linię. Nie miała zamiaru skomentować tej uwagi.
– Od kiedy wiesz, że poszedł zły projekt? – drążył, lecz tym razem jego głos miał w sobie aż nadto rezygnacji i zmęczenia.
– Usłyszałam, że pojechaliście na budowę, bo są jakieś problemy. Wtedy wszystko przeanalizowałam…
– I zorientowałaś się, że wysłałaś zły projekt – dokończył.
Skinęła głową.
Ben usiadł za stołem i schował twarz w dłoniach. Tkwił w takiej pozie przez dobrą minutę, jakby się zastanawiał, co dalej zrobić. W końcu przetarł piekące oczy i splótł przed sobą palce.
– Za dużo mnie kosztujesz – poinformował z rezerwą. – Za dużo pieniędzy, zdrowia, nerwów i cierpliwości. Zgłoś się do kadr, wypełnij wniosek o urlop. Odpocznij. Jeśli uda nam się podpisać umowę z Thompsonem, ty i twój zespół nie będziecie brać udziału w tym przedsięwzięciu – podjął decyzję.
– Ale…
– Nie ma „ale”, Nora. Skończyłem. Nie mamy sobie nic więcej do powiedzenia. Wyjdź – rzucił opryskliwie.
Nora zamaszystym krokiem opuściła pomieszczenie i trzasnęła za sobą drzwiami.
Benjamin skrzywił się na ten dźwięk.
Przez długie minuty wpatrywał się w ścianę, analizując sytuację i swoje zachowanie. Był za miękki. Zdecydowanie był za miękki. Zbyt otwarty, zbyt przyjazny, zbyt kontaktowy, zbyt lekkoduszny, zbyt szybko zyskiwał zaufanie ludzi i obdarzał ich tym zaufaniem. Powinien wyrzucić wszystkich na zbity pysk, powinien pociągnąć ich do odpowiedzialności, a nie brać jej na siebie.
Na dodatek przez swoją naturę nieustannie pakował się w dziwne relacje z ludźmi. Najczęściej z kobietami, które na pewnym etapie znajomości zaczynały robić się niebezpiecznie roszczeniowe. Dlatego od pewnego czasu nie przyznawał się przed nikim, czym się zajmuje, ani jaki jest stan jego konta. Co prawda nie dysponował realnymi milionami, wszystko wpakował w firmę, jednak nie narzekał na brak gotówki. Aczkolwiek w wieku czterdziestu lat nie zamierzał znów uciekać przed bankructwem, wypłacać odszkodowań ani pokrywać kosztów nieudanych związków, bo okazał się za lekkomyślny i ufny, by się przed tym zabezpieczyć.
Samochód wjechał na teren pokaźnej posiadłości ulokowanej w miejscowości oddalonej o trzydzieści minut drogi od Chicago. Naperville ściągało w swoje progi zamożne osoby, które chciały uciec od zgiełku miasta, a jednocześnie pozostać jak najbliżej centrum i serca wydarzeń.
Adeline przez dobrych kilka minut wpatrywała się w kamienne kolumny w antycznym stylu zdobiące wejście do domu jej rodziców. To miejsce na zawsze pozostanie w jej pamięci, choćby z tego względu, że tu się wychowała i mieszkała praktycznie przez całe życie. Niemniej rodzinny dom nie kojarzył się dziewczynie z niczym innym niż przepychem, marmurowymi podłogami i bibelotami rodem ze słynnych rosyjskich willi czy katalogów dla gustownych inaczej. Przez ostatnie trzy lata bywała tu niezwykle rzadko. Teraz, gdy zatrzymała się w Chicago na dłużej, nie powinna ignorować rodziców i siostry.
Drzwi otworzyła pomoc domowa, z której matka korzystała przy każdej nadarzającej się okazji.
– Mamo. – Po wejściu Adeline uśmiechnęła się na widok eleganckiej kobiety.
Greta, jako Francuzka i wyznawczyni mitycznego chic parisien, oprócz niebanalnej urody prezentowała nienaganny styl i klasę. Setki zabiegów kosmetycznych powodowały, że Adeline nie dałaby matce więcej niż czterdzieści lat, choć ta już dawno przekroczyła pięćdziesiątkę.
– Córciu. – W pierwszej chwili na twarzy matki pojawiło się zdziwienie. – Tak dawno cię nie było. Wyglądasz na zmęczoną. – Uważnie zlustrowała twarz Adeline. – Jakieś sińce pod oczami? – Przejechała palcami po długich włosach dziewczyny, następnie odsunęła ją od siebie na długość ramion i przyjrzała się kreacji, marszcząc przy tym nos w kompletnie niearystokratyczny sposób.
– O co chodzi? – zapytała Adeline.
– To Prada z zeszłej wiosennej kolekcji? – Fachowym okiem oceniła jej strój.
– Nie wiem, mamo. – Uśmiechnęła się kwaśno. – Możliwe.
– Nie rób tak, nie noś zeszłorocznych kolekcji, to źle wygląda – skarciła.
Adeline zamrugała. W dalszym ciągu takie uwagi powodowały nieprzyjemny skurcz w żołądku.
– Dobrze – przytaknęła posłusznie, żeby nie zagłębiać się w ten temat, ale znała matkę na tyle dobrze, by wiedzieć, że nie będzie miała wyjścia.
Greta zbyt ceniła sobie styl, by przejść nad tym modowym faux pas do porządku dziennego. Nie widziały się rok, a jedyne, co miała do powiedzenia, to uwagi odnośnie do stroju i kondycji cery.
– Zaskoczyła mnie twoja decyzja o powrocie do Chicago. – Poprowadziła córkę do przestronnego salonu.
– Jakby ci to powiedzieć, mamo. – Adeline nieśmiało przysiadła na fotelu. Analizowała, czy może sobie pozwolić na taką zuchwałość i zbezcześcić drogie meble sukienką z poprzedniej kolekcji. – Jak większość rzeczy, tak i ta nie była moją decyzją. – Jej wypowiedź była podszyta kąśliwą aluzją, której matka i tak nie zdołałaby zrozumieć. – George jest tu w interesach. Musiałam z nim przyjechać. Wszędzie z nim jeżdżę. Jestem jak podręczny bagaż.
Matka machnęła zbywająco ręką.
– Ale widzę, że u was wszystko w porządku. Jak ojciec i… – zawahała się dziewczyna – Susan – ściszyła głos, wymawiając imię siostry.
– Obydwoje bez zmian. – Matka wyprostowała się na swoim miejscu. – Ojciec pracuje. A Susan… Nieważne, możesz do niej pójść. Szkoda, że nie zadzwoniłaś, córciu, miałabym dla ciebie więcej czasu. Właśnie wychodzę.
– Nie przejmuj się tym, mamo, poradzę sobie. Pójdę do Susan.
– Oczywiście, że sobie poradzisz. – Greta spojrzała na córkę z nietypową dla siebie czułością. – Jesteś już dorosła. Dojrzała kobieta, żona, niedługo sama zostaniesz matką.
Adeline zignorowała tę mało subtelną sugestię.
– Następnym razem po prostu daj znać, pójdziemy na jakiś obiad. Opowiesz mi, jak tam w wielkim świecie. – Matka ucałowała ją w policzek w powietrzu.
– Jasne.
– Ojciec pewnie wróci późno z firmy, więc…
– Zajrzę do Susan – przerwała jej wywód.
– Pielęgniarka przyjdzie za pół godziny – zakomunikowała na koniec.
Adeline odprowadziła matkę wzrokiem, a gdy ta zniknęła z pola widzenia, zlustrowała ściany. Greta co sezon wymieniała wszystkie meble i sprzęty, żeby dopasować się do panujących trendów. W głębi duszy dziewczyna współczuła matce i uważała, że pod pewnymi względami są bardzo do siebie podobne. Łączyła je samotność.
Ojciec związał swój los zawodowy z nieruchomościami i branżą hotelarską. Prowadził też sieć hoteli. Może nie był tak znany jak rodzina Thompsonów, ale liczył się w branży. Na wszystkich jednak przychodzi czas i wszystko ma swoją cenę.
Zawirowania na rynku, bezlitosna konkurencja spowodowały, że interesy zaczęły podupadać, wydatki przekraczały przychody. Ostateczny cios zadał wypadek samochodowy, w którym uczestniczyli ojciec i siostra Adeline. Anthony przez rok walczył o powrót do sprawności. Susan do dziś nie wybudziła się ze śpiączki. Do tego matka płacząca nad swoją porcelaną, marmurami i biżuterią. Nad koleżankami mogącymi się od niej odwrócić, gdy stan konta spadnie poniżej określonej kwoty. I w środku tego cyrku młodziutka, dwudziestoletnia Adeline, która kończyła szkołę baletową i marzyła o stawianiu kolejnych kroków w kierunku tańca.
Niestety kosztowne leczenie, rehabilitacja, utrzymanie domu, zachcianek matki i ogólnej pozycji społecznej wymusiły drastyczne zmiany w stylu życia.
Jedno spotkanie zmieniło wszystko. Jedna jakże znamienna wizyta przesądziła o losie Adeline. Thompsonowie i Fosterowie znali się dość dobrze, jak to rodziny obracające się w tej samej branży, ale nikt nie przypuszczał, że ta znajomość ma tak silne fundamenty. W gruncie rzeczy nie chodziło o więzi czy przyjaźń, a o czysty biznes. Rodzina Thompsonów zaproponowała wykupienie sieci przy jednoczesnym zachowaniu względnej autonomii. Ojciec mógł sprawować pozorną władzę, nadzorować, kontrolować, ogólnie udawać, że pracuje. Spłacili długi, odsunęli wierzycieli, opłacili leczenie i rehabilitację. Dzięki temu matka zachowała dom i swoją pieprzoną porcelanę. Potrzebowali jednak weksla, a tym wekslem miała być Adeline. Młoda, piękna, obyta w środowisku, posłuszna, dobrze wychowana – idealna kandydatka dla syna Thompsona, który właśnie wkraczał na rynek.
Rodzice nie mrugnęli, wsuwając Adeline na palec pierścionek zaręczynowy. Przecież córce nie będzie działa się krzywda. Przecież trafi do zamożnej, znanej rodziny. Przecież będzie kąpała się w pieniądzach. Uwiązali ją na łańcuchu, nie zwracając uwagi na to, że sami stali się utrzymankami.
Adeline wiedziała, że gdyby nie ona, jej rodzina trafiłaby pod most, a Susan nie miałaby prywatnej opieki. Kobieta stała się gwarantem utrzymania płynności finansowej rodziny i dobrobytu, na jaki zasługiwali.
Niepewnie weszła na piętro, gdzie mieścił się pokój Susan zaadaptowany na salę szpitalną. Profesjonalny sprzęt, pielęgniarki i opieka medyczna praktycznie dwadzieścia cztery godziny na dobę – wszystko wymagało pieniędzy.
Starsza o cztery lata siostra najprawdopodobniej nigdy nie wybudzi się ze śpiączki, a nawet jeśli, będzie ją czekała mozolna droga do odzyskania sprawności. Mozolna droga wyłożona pieniędzmi.
Wszystko ciągle sprowadzało się do jednego mianownika – do pieniędzy.
Adeline zawsze stresowały „odwiedziny” u siostry. Przerażał ją jej stan i męczyły wyrzuty sumienia, że tak rzadko bywa u kobiety.
Po cichu, z dużą rezerwą weszła do pokoju. Nie potrafiła wyzbyć się tego bezwarunkowego odruchu. Do sypialni przez odsłonięte zasłony przedzierały się promienie słoneczne, a uchylone okno zapewniało przyjemny przewiew. Susan po prostu leżała. Nieruchoma. Blada. Praktycznie bez życia.
– Hej, Susan. – Adeline powoli przysiadła na fotelu obok łóżka.
Na stoliku leżał stos książek. Wiedziała, że matka w wolnych chwilach czyta Susan.
– Jestem w Chicago od dwóch tygodni. Cieszę się, że wróciłam, cieszę się, że mogłam do ciebie przyjść. – Odetchnęła głęboko. Cholernie się denerwowała. – Na zewnątrz mamy piękną wiosnę. Przyniosę ci tulipany. Też je lubiłaś. Może kupię ci jakąś bardziej radosną pościel. – Spojrzała na kołdrę. – Może pastele albo wściekły róż? – Na jej ustach pojawił się blady uśmiech. – Nie wiem, ile zostanę w Chicago. Pewnie do momentu, gdy mój mąż nie dogra kontraktów i nie ruszy z budową. Nie poznałaś go. Może to i mała strata. George jest… miły. – Wzruszyła ramionami. – Nie powinnam narzekać. Bywa gorzej, prawda? – Ścisnęła dłoń siostry, po czym uniosła ją i spojrzała na paznokcie. – Pomaluję ci paznokcie. Krwistoczerwony. Zawsze malowałaś je na taki kolor.
Gdy Adeline wróciła do apartamentu, słońce znikało już za horyzontem. Spędziła z siostrą ponad dwie godziny, malując jej paznokcie, mówiąc do niej i czesząc jej włosy. Czuła się, jakby bawiła się lalką, która i tak nie rozumie, a co najgorsze nigdy nie odpowie.
W holu przywitał ją rozbawiony głos męża. Najwyraźniej George rozmawiał z kimś przez telefon. Zastanawiała się, z jakiego powodu pojawił się wcześniej, niż miał to w zwyczaju. Zwykle nie wracał do domu przed dziewiątą.
Przez chwilę skupiła się na nim. Przystojny, zawsze elegancko ubrany, przedsiębiorczy, inteligentny. Lista zalet nie była jednak dłuższa niż lista wad, a tu królowało swoiste uzależnienie od matki i jej humorków.
George wyglądał na zadowolonego z prowadzonej rozmowy. Wymieniał z rozmówcą uwagi na temat jakiegoś miejsca. Prowadził zwyczajny telefoniczny small talk, ale sposób, w jaki to robił, przyprawiał Adeline o ból żołądka. Z nią nigdy tak nie rozmawiał…
Kobieta nie odczuwała zazdrości albo nie umiała nazwać tego stanu. Nie wierzyła również w to, że mąż ją kocha. Wiedziała, że na co dzień otacza się pięknymi, ponętnymi i ambitnymi kobietami. A ona… ona była tylko małą Adeline. Młodszą o dziewięć lat, niedojrzałą, infantylną Adeline.
– Hej. – Uśmiechnęła się do mężczyzny, gdy zakończył połączenie i w końcu ją dostrzegł. – Byłam u rodziców.
– Świetnie. – Znów podniósł wzrok znad ekranu telefonu i spojrzał na nią przelotnie. – Co u nich?
– Wszystko dobrze. Wychodzisz?
– Tak, jestem umówiony na kolację – rzucił od niechcenia, następnie odłożył komórkę i zaczął poprawiać mankiety białej koszuli.
– Nie powinnam pójść z tobą? – Splotła ręce z tyłu pleców, z nadzieją czekając na werdykt.
– To prywatne spotkanie – zbył ją.
– Rozumiem. – Przygryzła wnętrze policzka. – Czyli nie jestem ci dzisiaj potrzebna? – Wycofała się jak odprawiona pokojówka.
– Tylko byś się męczyła. – Na ustach mężczyzny pojawił się cień wymuszonego uśmiechu. – Wiesz, jak nudnawe są te spotkania. Nic, co mogłoby cię zainteresować.
– Ty mnie interesujesz, więc…
– Adeline. – Wciągnął powietrze. – Jestem umówiony ze znajomymi. Niebawem i tak mamy serię oficjalnych spotkań z potencjalnymi wykonawcami, trochę rozmów biznesowych, jeszcze zdążysz zabłysnąć w towarzystwie. Zamów sobie kolację, pooglądaj jakieś babskie programy, zrób sobie maseczkę.
– Tak zrobię – przytaknęła, ze smutkiem obserwując, jak George wciąga na barki marynarkę i wychodzi.
Zgodnie z sugestią męża wzięła prysznic, a potem nałożyła na włosy i twarz drogie kosmetyki. Ubrała się w jedwabną piżamę oraz pasujący szlafrok z tej samej tkaniny. Przez moment rozważała telefon do obsługi i poproszenie ich o przygotowanie czegoś do jedzenia, lecz szybko porzuciła ten pomysł, gdy przypomniała sobie o niepasujących sukniach.
Wyciągnęła z jednej z szuflad laptopa, który kosztował więcej niż kilka pensji przeciętnego mieszkańca Chicago, i zalogowała się na bloga. Pisanie tego osobliwego pamiętnika było jej sposobem na oderwanie się od rzeczywistości, zabicie czasu oraz wyrzucenie z siebie niepokornych myśli. Z kim bowiem miała się nimi podzielić?
Czasami żałuję, że urodziłam się w tej rodzinie. Gdybym miała możliwość, wybrałabym jakąkolwiek inną.
Jednak po chwili te myśli znikają. Zdaję sobie sprawę, że należy cieszyć się z tego, co się ma, i być wdzięcznym za każdy kolejny dzień.
Zaczęła powściągliwie. Za każdym razem musiała uważać, by nie powiedzieć zbyt wiele. Nie chciała zdradzić swojej tożsamości.
Na początku chciałam, żeby G. mnie zauważył, żeby był, doceniał, spędzał ze mną czas. Zabiegałam o jego względy. Chciałam poczuć motylki w brzuchu, cieszyć się na jego widok, tęsknić, umieć z nim rozmawiać, a przede wszystkim mieć o czym rozmawiać.Ja miałam, on już niekoniecznie. Chciałam wiedzieć jak najwięcej o jego branży i o ludziach z nią związanych, chciałam znać kondycję firmy, problemy i bolączki.
Chciałam wiedzieć wszystko o wszystkich, żeby mieć z nim o czym rozmawiać, żeby móc swobodnie poruszać się w towarzystwie, w którym przyszło mi przebywać.
Udało mi się. Czasami wydaje mi się, że z obecną wiedzą mogłabym poprowadzić niejedną firmę.
Niestety, nie taka była moja rola.
Naiwna…
Byłam naiwna, bo ślepo wierzyłam w dobre zakończenie tej historii. Żyłam w przeświadczeniu, że w książkach i filmach aranżowane małżeństwa mają happy end. On zakochuje się w niej, ona w nim i żyją pięknym życiem z dala od jadu innych.
Chciałam z przykrego obowiązku stworzyć własną bajkę z dobrym zakończeniem.
Piękne, prawda?
Za piękne. Za naiwne.
Trwałam w tej ślepocie dwa lata. W końcu dotarło do mnie, że życie to nie film ani książka. Zrozumiałam, że ON nigdy się we mnie nie zakocha, że jestem dla niego tylko biznesem, elementem wystroju.
Jestem tu po to, by G. mógł pochwalić się młodszą partnerką, by przypieczętować umowę między naszymi rodzinami.
Po trzech latach małżeństwa w jego obecności nie odczuwam niczego poza niepokojem, pogłębiającą się nieśmiałością i przykrym poczuciem obowiązku. Ale tak trzeba.
Dzięki temu związkowi moja rodzina ma to, czego potrzebuje. Nie mogłabym im tego odmówić. Wychowali mnie, dali mi wykształcenie, dom, zapewnili wszystko… Musiałam im się odwdzięczyć.
Taka jest przecież kolej rzeczy: najpierw rodzice zajmują się dzieckiem, potem, gdy dziecko dorasta, spłaca swój dług.
Nie mogłam zawieść ze względu na siostrę. Nie mogłam uciec ze względu na matkę i jej potrzebę dołączenia do elity. Nie mogłam odpuścić ze względu na ojca i jego ambicje.Nie byłam typem buntowniczki, może dlatego wybrano mnie na żonę dla G.Oni nie potrzebowali synowej skandalistki, która będzie świecić tyłkiem na pierwszych stronach brukowców. A ja przecież zawsze postępowałam zgodnie z etykietą i zasadami dobrego wychowania.
Matka postarała się o to, bym odróżniała od siebie piętnaście rodzajów widelców, dziesiątki kieliszków. Wpoiła mi ogładę i powściągliwość, a zabrała radość i kontrolowane szaleństwo.
Moje szaleństwa ograniczają się do potajemnych przechadzek ulicami miast, w których w danej chwili przebywam.
Ale dzisiaj wydarzyło się coś szalonego. Pewnie powiecie, że to żadne szaleństwo, a bardziej coś śmiesznego, nawet żałosnego z mojej strony. Spotkałam na ulicy pewnego mężczyznę i nie mogę przestać o nim myśleć. Naprawdę dziwne!
Wierzycie w przeznaczanie? Ja w takich sytuacjach ciągle doszukuję się ukrytego dna.
Mam jego numer.Przez myśl przeszło mi, żeby do niego napisać, ale po co? Czego właściwie mogę od niego chcieć? Porozmawiać? Zapytać, co u niego?Przecież się nie znamy. Po prostu minęliśmy się na ulicy i wymieniliśmy ze sobą parę uprzejmości!
Może zainteresowałam się nim dlatego, że był dla mnie miły?
W głowie ułożyłam już setki historii na jego temat. Zastanawiałam się, ile ma lat, gdzie pracuje, co lubi jeść…
Ma ładny uśmiech. Naprawdę ładny. Taki szczery i bezpretensjonalny. Niewymuszony.
Chciałabym go kiedyś jeszcze raz spotkać. Tak po prostu, bez ukrytego podtekstu.
~ La Tulipe Rouge
Postawiła kropkę i przez parę minut przyglądała się migającym komentarzom.
Nobody69:Tu się przyda dobry psychiatra XD
User9824242: To tak na serio, czy ona z nas robi kretynów?
Caroline^: Napisz do niego :D Dobra zdrada zawsze się przyda
MandyS.:Ja wierzę w przeznaczenie i wierzę w to, że każdy na tym świecie ma gdzieś swoją drugą połówkę. Jedni ją znajdują, a drudzy nie
FemmeFatale12: Czyli żyjesz w aranżowanym małżeństwie? Jak to się odbywa?
Nobody69:Dziewczynie serio się poprzewracało w głowie od nadmiaru bogactwa. Zamiast teraz szaleć na zakupach, to wydziwia
Candy44:No i co z tego, że cię nie kocha? Nie kocha, ale ma kasę. Zawsze możesz zrobić skok w bok
Roxy78:Stalkujesz ludzi na ulicy? Jesteś normalna?
User123: Tak, to jest żałosne i ty też jesteś żałosna
Sweetandsour90:Napisz do niego! Co ci zależy? Może odpisze i będzie jak w twoich filmach i książkach. Jeśli nie napiszesz, nie będziesz wiedziała, co i jak
Blaze$$:Pewnie jesteś brzydka, tłusta i nie masz życia. Siedzisz za komputerem i się obżerasz
Darcy:A mężulek wie, że ma puszczalską żonę, na dodatek mitomankę?
XinX:To pewnie jakaś dwunastolatka z wybujałą wyobraźnią. Takie są najgorsze