Gwiazda Scarlet - Joanna Chwistek - ebook
NOWOŚĆ

Gwiazda Scarlet ebook

Joanna Chwistek

4,8

965 osób interesuje się tą książką

Opis

Dwudziestodwuletnia Scarlet Stanford zamierzała rozpocząć studia od razu po zakończeniu liceum. Niestety choroba mamy pokrzyżowała jej plany. Dziewczyna musiała zrezygnować z marzeń i szybko otrzeć łzy. Zaczęła pracować jako modelka oraz ilustratorka książeczek dla dzieci, nie spodziewając się, że jedno zlecenie dla firmy jubilerskiej zmieni jej życie w koszmar. 

 

Scarlet zostaje oskarżona o kradzież biżuterii wartej majątek. Dziewczynę zaczyna przytłaczać widmo odbycia kary oraz obawa, co stanie się z jej mamą, kiedy zamkną ją za kratkami. 

 

Lorcan O’Connel – trzydziestoczteroletni właściciel firmy, prężnie działającej w sektorze jubilerskim – odnajduje skradziony naszyjnik w walizce jednej z modelek. 

Mężczyzna proponuje Scarlet układ. Nie zawiadomi policji, jeśli ona zgodzi się pomóc mu zbliżyć się do Leonarda Stanforda, jej ojca. 

 

Wydaje się, że reguły gry, na którą godzi się dziewczyna, są proste, szybko się jednak przekonuje, że nic nie jest tak oczywiste, jak sądziła. 

 

Książka zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej osiemnastego roku życia.                                           Opis pochodzi od Wydawcy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 391

Rok wydania: 2025

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,8 (26 ocen)
22
2
2
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
u1703

Nie oderwiesz się od lektury

Super. A już myślałam, że żadna ,kolejna książka autorki ,nie dorówna "Danielle". Cieszę się, że się pomyliłam.
11



Copyright © for the text by Joanna Chwistek

Copyright © for this edition by Wydawnictwo NieZwykłe, Oświęcim 2025

All rights reserved · Wszystkie prawa zastrzeżone

Redakcja: Alicja Chybińska

Korekta: Karina Przybylik, Agnieszka Zwolan, Natalia Szoppa

Skład i łamanie: Paulina Romanek

Oprawa graficzna książki: Paulina Klimek

ISBN 978-83-8418-297-0 · Wydawnictwo NieZwykłe · Oświęcim 2025

Grupa Wydawnicza Dariusz Marszałek

Fragment

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

14

15

16

17

18

19

20

21

22

23

24

25

26

27

28

29

30

31

32

33

Epilog

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

1

Scarlet

– Zamglony wzrok, lekko rozchylone usta, Scarlet! Tak, dokładnie tak, dziecinko!

Nie musiałam zbytnio się starać, mój wzrok okazał się zamglony, ponieważ na dzisiejszą sesję dostałam zbyt małe szpilki, w których stałam już niemal od godziny, czekając, aż fotograf Colby skończy te katusze. Niestety się na to nie zanosiło.

I niektórzy mieli czelność, aby twierdzić, że modelki były rozkapryszone. Jasne. Przeważnie nie miałyśmy nic do gadania i musiałyśmy prosić nawet o możliwość zaczerpnięcia tchu.

– Głowa lekko w lewo… Tak, dobrze… Podbródek nieco w dół. Świetnie!

– Zaraz się przebieramy. – Z boku usłyszałam głos Nancy. – Czerwień, rozumiesz?

Dostałam kontrakt na naprawdę świetne zlecenie, w sensie dobrze płatne. Podbijająca światowy rynek firma zajmująca się tworzeniem ponadczasowej biżuterii wybrała agencję Nancy do najnowszej kampanii reklamowej. Ze stu najlepszych modelek postawiono właśnie na mnie i pięć innych dziewczyn, abyśmy wystrojone w diamenty i rubiny stały się jej twarzami.

Bez wątpienia właściciel firmy istniejącej na rynku od pokoleń mógł sobie pozwolić na zaangażowanie do tego projektu światowej sławy gwiazd, ale ponoć nie taki był jego plan.

– Skup się, Scarlet – upomniał Colby, kiedy na chwilę odpłynęłam myślami. – Masz w tej chwili na sobie kolię wartą osiem milionów dolarów.

– Wiem, czuję jej ciężar od dłuższego czasu – mruknęłam, krzywiąc się lekko.

Ubrana w białą suknię do ziemi, uczesana w elegancki, klasyczny kok, wykonywałam polecenia jak rasowy piesek, chcąc spełnić oczekiwania Nancy i fotografa.

Podobno sam właściciel kręcił się po wnętrzach luksusowego pałacu, gdzie odbywała się sesja, ja jednak nie miałam jeszcze okazji go spotkać, chociaż nawet jeśli tak by się stało, tobym go nie rozpoznała. Nie miałam pojęcia, jak wyglądał Lorcan O’Connel ani ile mógł mieć lat, ponieważ wbrew pozorom nie interesowałam się modą, a tym bardziej światem świecidełek, i nie śledziłam plotkarskich magazynów. Interesowało mnie coś zupełnie innego, w swoich kręgach doskonale wiedziałam nawet, jak wyglądali przeciętni graficy i ilustratorzy, a w krainie mody przebywałam tylko po to, by zarabiać pieniądze.

– Ułóż dłoń nieco niżej barku. – Padło polecenie, które natychmiast wykonałam. – Palce środkowy i wskazujący niech delikatnie muskają brzeg kolii, o dobrze, właśnie tak.

Colby zrobił kolejną serię zdjęć w tym samym ułożeniu, a następnie polecił, abym usiadła na wielkim tronie, co też zrobiłam.

Luksus aż bił po oczach i chociaż od dwóch dni spałyśmy tu w gościnnych pokojach, to jednak chciałabym wrócić do siebie. Wolałam swoje ciasne, ale przytulne mieszkanko od tych molochów.

Jutro powinnam znaleźć się w domu, a wtedy po szybkim prysznicu, by zmyć z siebie trud podróży, wskoczę w auto i pojadę do mamy, której nie widziałam dokładnie od sześciu dni.

– Mamy to – stwierdził ze słyszalną w głosie satysfakcją fotograf. – Czas na przebieranki, widzimy się za piętnaście minut.

– Napij się, odpocznij – poleciła Nancy, pojawiając się obok. – Przyjdę za chwilę i pomogę ci się przebrać, dobrze?

– Jasne – zgodziłam się i ruszyłam w stronę ogromnego pokoju, który na czas sesji służył nam za garderobę.

Zdjęcia odbywały się etapowo, część dziewczyn miała przylecieć jutro, podczas gdy ja już kończyłam robotę.

Kiedy znalazłam się na miejscu, z ulgą zrzuciłam ciasne buty, żywiąc nadzieję, że te nie będą pasowały do czerwonej sukni. Ulga okazała się tak niesamowita, że z mojej piersi wydarło się pełne bólu westchnienie.

W chwili, gdy na stoliku zobaczyłam wodę w karafce, poczułam ogromne pragnienie. Niestety, tym razem nie mogłam go zaspokoić. Nie wymagałam cudów, nie stawiałam wygórowanych oczekiwań, Nancy jednak dobrze wiedziała, że potrzebuję wody butelkowanej, zakręconej i nietkniętej przez nikogo.

Przewracając oczami i mrucząc sama do siebie, ruszyłam w stronę sporego wyjścia prowadzącego na korytarz, by na własną rękę poszukać czegoś do picia albo znaleźć kogoś, kto mógłby to zrobić.

Gdy tylko uchyliłam drzwi, natychmiast usłyszałam kroki. Wychyliłam się lekko, a następnie zauważyłam mężczyznę.

– Przepraszam! – krzyknęłam za nim, licząc, że wskaże mi miejsce, gdzie mogłabym znaleźć coś, co ugasi pragnienie.

Nawet z takiej odległości zauważyłam, że facet był postawny i dość wysoki, ale kiedy powoli, bardzo powoli, odwrócił się w moją stronę, poczułam dziwne uderzenie adrenaliny.

Gdy skrzyżowaliśmy spojrzenia, poczułam niepokój. Poczucie, że powinnam odwrócić wzrok, stało się wręcz dominujące. Ale nie zrobiłam tego.

Obcy miał na sobie zwykłą białą koszulkę, krótkie spodenki i czarne trampki, a ciemne włosy ułożył na bok. Mimo tak zwyczajnego ubrania coś w jego postawie wyraźnie ostrzegało, czerwona lampka zaświeciła się w mojej głowie, wysyłając sygnał ostrzegawczy.

Pierwsze wrażenie mogło sugerować, że niewiele tu znaczył, może tu pracował, ale kiedy przyjrzałam mu się chwilę dłużej, wszystko w nim aż krzyczało, że bardzo się pomyliłam w powierzchownej ocenie.

– W czym mogę pomóc? – Wydawało mi się, że w jego głosie usłyszałam nutkę drwiny, ale postanowiłam to zbagatelizować, bo od gapienia się na niego jeszcze bardziej zaschło mi w gardle.

Orli nos, niemal kwadratowa linia żuchwy i pełne usta sprawiały, że z pewnością każdej kobiecie odbijało na jego widok, ale to oczy nieznajomego zrobiły na mnie największe wrażenie.

W mroku korytarza wydawały się wręcz czarne, przenikliwe, oceniające, lecz nie w sposób, w jaki mężczyzna przygląda się kobiecie… Utrzymywanie kontaktu wzrokowego z tym facetem zakrawało na coś w rodzaju śmiertelnie niebezpiecznej gry.

– Gdzie mogłabym znaleźć coś do picia? – zapytałam, ignorując to dziwne i obce uczucie, rozsadzające mi klatkę piersiową i sprawiające, że bicie własnego serca zagłuszało mi wszystko inne.

Uniósł brew w zdziwieniu, a następnie nachylił się nieco, popychając masywne drzwi. Do moich nozdrzy dotarł przyjemny i pobudzający zapach, lecz nie mogłam go z niczym skojarzyć. Oceaniczna bryza w połączeniu ze świerkowym lasem i coś ostrego, piżmowego, męskiego…

– Na stoliku – poinformował, wskazując dłonią wnętrze pomieszczenia.

– Wolałabym butelkowaną wodę albo cokolwiek innego. Coś, co wcześniej nie zostało otwarte.

– Boisz się zarazków? – Przechylił lekko głowę, jakby nie drwił, lecz naprawdę zainteresował się powodem moich „fanaberii”.

– Mniej więcej – mruknęłam, nieco zakłopotana.

Mężczyzna powinien odejść albo cokolwiek powiedzieć, lecz on przesunął spojrzeniem po kolii na mojej szyi, a następnie skupił wzrok na twarzy. Przez dłuższą chwilę go nie odwrócił, nawet nie mrugnął, patrząc mi w oczy.

I po raz pierwszy w życiu nie czułam zakłopotania na tak ostentacyjne zainteresowanie, ale coś zupełnie innego. Ciekawość.

– Zaraz ktoś przyniesie wodę. Butelkowaną. Zakręconą.

– Dziękuję… – Przesunęłam dłonią po szyi, odnosząc dziwne wrażenie, że to jeszcze nie wszystko, co chciał powiedzieć.

Powietrze zrobiło się cięższe, coś zamigotało w jego spojrzeniu, a następnie na ustach mężczyzny pojawił się dziwny uśmiech, który – przysięgam – nie miał nic wspólnego z wesołością.

Bez słowa odwrócił się na pięcie i odszedł, zostawiając mnie samą w drzwiach. Ale dotrzymał słowa. Wydawało mi się, że minęło jedynie kilka sekund, kiedy usłyszałam kroki, a obok mnie pojawiła się dziewczyna z ośmioma zakręconymi butelkami wody.

***

– Wyprostuj się – poleciła Nancy, zapinając zamek sukienki na moich plecach. – Już prawie gotowe, jeszcze zmiana biżuterii.

Nie minęło kilka minut, jak do pomieszczenia weszły dwie kobiety, jedna z nich w dłoniach trzymała czarną walizkę, oraz trzech ochroniarzy pilnujących zawartości bagażu.

Pracownica odpowiedzialna za wizualną oprawę całego wydarzenia najpierw przez kilkanaście długich sekund mierzyła mnie wzrokiem, a następnie otworzyła walizkę, próbując dokonać odpowiedniego wyboru.

Tym razem moją szyję ozdobił delikatny łańcuszek, na którym zawisła zawieszka wykonana z różowych diamentów, oraz niewielkie kolczyki do kompletu i subtelna bransoletka.

Zdawałam sobie sprawę z faktu, że znów miałam na sobie coś wartego setki tysięcy dolarów, a może nawet więcej. Dlatego po całej posiadłości kręciła się ochrona, a biżuterię chowano w sejfie i wyciągano ją tylko w ich obecności.

Kiedy w końcu ja i Nancy zostałyśmy same, kobieta podała mi czarne szpilki, dzięki Bogu w moim rozmiarze.

– Lorcan O’Connel planuje na dzisiejszy wieczór kolację – odezwała się moja agentka, ale to, o co poprosiła, wprawiło mnie w otępienie. – I chciałabym, abyś na niej została.

Kompletnie zbita z tropu spojrzałam jej w twarz. Nie, nie powinna czegoś takiego wymagać, doskonale wiedziała, jakie miałam podejście do tych spraw, przecież pracowałyśmy razem od kilku lat. Tylko dzięki niej podniosłam się pierwszy raz po tym, co stało się z mamą, a drugi, kiedy to wszystko się wydarzyło…

– Wiesz, że nie mogę. – Starałam się, aby mój głos brzmiał pewnie, niezachwianie. Mogłam dla niej zrobić wszystko i robiłam, jeśli mnie prosiła, ale nie to.

– Nie wiem, czy masz świadomość, kim jest ten facet oraz jakie ma wpływy – próbowała mnie przekonać, ściszywszy głos do szeptu. – Posiada kopalnie diamentów, tysiące salonów jubilerskich na całym świecie, światowej sławy gwiazdy robią u niego zakupy i…

– Nie – przerwałam jej, tym razem ostrzej. – I nie obchodzi mnie, co on ma. Nie pojawię się na tej kolacji.

– Zależy mi na kolejnych zleceniach, na trwałej współpracy – syknęła, mocno zaciskając pięści.

– I myślisz, że moja obecność ci to zapewni? – prychnęłam cicho. – Z jakiego powodu to takie ważne, co? Jest nas tu sporo, Nancy. Przyjdą wszyscy oprócz mnie i nikt nawet nie zauważy.

Powieka drgnęła jej lekko i wiedziałam, że Nancy się wściekła, ale nic nie mogłam na to poradzić. W chwili, kiedy zrozumiała, że nie zmienię zdania, odetchnęła ciężko, a następnie wskazała mi dłonią drzwi.

– Idziemy – rzuciła, ruszając w stronę wyjścia.

Żadna kolacja ani jakiekolwiek kontakty nie powstrzymają mnie przed powrotem do domu. Nigdy.

2

Scarlet

Każdy człowiek był skorupą, która w swoim wnętrzu skrywała coś niepowtarzalnego i unikalnego. Niektóre skorupy z wierzchu wyglądały na istne dzieła sztuki, natomiast w środku stanowiły godny pożałowania widok. Zdarzało się również tak, że te z pozoru zwyczajne, niepowalające na kolana urodą, skrywały głębię i moc zdolną rozświetlić najczarniejsze dni.

Moja mama jednak pozostawała idealnym przykładem na to, że piękno mogło skrywać równie urodziwe wnętrze. Kiedyś, bo teraz w niczym nie przypominała już tej olśniewającej i pogodnej kobiety, próżno też było szukać w jej oczach dawnego blasku.

Jej skóra przybrała dziwny szarawy odcień, a niemal prześwitujące przez nią kości jasno pokazywały, jak bardzo straciła na wadze.

Podczas moich ostatnich wakacji w domu, gdy jak zwykle wróciłam z porannego biegania, zastałam ją nieprzytomną, leżącą na dywanie w salonie naszego domu. Oddychała, i w tamtej chwili to było dla mnie najważniejsze, los jednak spłatał mi potężnego figla, bo fakt, że jej serce nadal pompowało krew, niewiele zmieniał. Jenna przeszła rozległy udar i już nigdy nie odzyskała dawnej sprawności i oszałamiającego blasku, którym emanowała, a on koił i uspokajał mnie nawet w najczarniejsze dni.

Lekarze nie dawali jej najmniejszych szans na przeżycie, ale nadal tu była, blisko, a jednak tak bardzo daleko. To, co wydarzyło się później, jawiło mi się jak największy koszmar, coś, po czym zbierałam się kilka dobrych miesięcy, a może nawet lat.

Straciłam mamę i choć teoretycznie nadal żyła, nie miałam jej obok. Szybko się okazało, że jej pobyt w szpitalu przekraczał nasze możliwości finansowe, a właściwie moje możliwości, bo zostałam sama jak palec. O rozpoczęciu studiów nie mogło być mowy, otrzymane stypendium i tak w całości nie pokrywało czesnego…

Liczyłam na pomoc ojca, bo choć nie okazał zaangażowania w moje wychowanie, to płacił alimenty, czasami dorzucał się do wakacji i zapłacił za moją operację wyrostka, kiedy wylądowałam w szpitalu. Sporadycznie także jadaliśmy razem kolacje albo widywaliśmy się gdzieś na mieście, aby wszyscy mogli dostrzec, że jest odpowiedzialnym facetem.

Pojawiłam się na świecie w wyniku wpadki. Moja mama nie miała pojęcia, że jest tą drugą, że Leonardo Stanford ma żonę i syna. Kiedy wyszło na jaw, że jest w ciąży, ojciec kazał jej ją usunąć, na co się nie zgodziła i co ostatecznie zakończyło ich relację, która od tamtej pory ograniczała się tylko do przelewów.

Gdy dostałam ogromny rachunek za szpital, a nad moją głową pojawiły się kolejne ciemne chmury w postaci zapewnienia opieki mamie, poprosiłam Stanforda o pomoc w pokryciu choć części rachunków, zapewniając, że zrezygnuję z nauki i poszukam pracy. Kategorycznie odmówił, argumentując, że Jenna to nie jego problem i moim także nie będzie, jeżeli po prostu zostawię ją w szpitalu. Wręcz mnie do tego namawiał, kusił wizją studiów i zagroził, że jeśli ich nie rozpocznę, nie dostanę alimentów. Tak więc zostałam z tym wszystkim sama.

Przecież nie mogłam prosić o pomoc sąsiadów, a mimo wszystko jeden z nich, Dustin, wyciągnął do mnie pomocną dłoń. Oboje jednak szybko zrozumieliśmy, że to, co mężczyzna mógł mi zaoferować, to kropla w morzu potrzeb, ponieważ mama wymagała specjalistycznej opieki w ośrodku, na który kompletnie nie było mnie stać.

Natomiast zawsze mogłam liczyć na tego faceta, czy w dzień, czy w nocy miałam możliwość pójść do jego domu kamienną ścieżką lub zwyczajnie zadzwonić. Sąsiad prowadził warsztat samochodowy znajdujący się na podwórku jego domu, miał dwadzieścia osiem lat i wprowadził się obok niespełna trzy lata temu. Jak się okazało, po bolesnym rozstaniu z dziewczyną postanowił zmienić wszystko w swoim życiu. Sprzedał dom w Chicago i zdecydował się zacząć od zera w Nowym Jorku.

Kiedy się dowiedziałam, że Dustin planował nawet sprzedać zabytkowe auto po swoim dziadku, aby mi pomóc, kategorycznie odmówiłam. Wiedziałam, że nadszedł najwyższy czas, aby wziąć sprawy w swoje ręce. I zrobiłam to.

Odnalazłam numer do kobiety, która kilka miesięcy wcześniej zaczepiła mnie i mamę w centrum handlowym i dała mi zaproszenie na sesję zdjęciową, ponieważ twierdziła, że widzi we mnie potencjał, a właściwie to w mojej twarzy i ciele. Chwilę zajęło mi wzięcie się w garść i wykonanie połączenia.

Teraz, kiedy siedziałam przy łóżku mamy, wiedziałam, że podjęłam słuszną decyzję, nawet jeśli przyszło mi za to zapłacić najwyższą cenę. Jenna znajdowała się w bezpiecznym miejscu i pod najlepszą opieką.

Od mojej ostatniej rozmowy z mamą minęły cztery lata. Od czterdziestu ośmiu miesięcy ani razu nie odzyskała przytomności, nie spojrzała na mnie jak kiedyś ani nie posłała żadnego uśmiechu.

Dzięki Nancy, mojej agentce, uregulowałam rachunek za szpital, ratując w ten sposób nasz rodzinny dom. Kobieta na początek pożyczyła mi niezbędną sumę, a ja miałam to odpracować. Na szczęście lawinowo pojawiały się kolejne zlecenia oraz kontrakty i bardzo szybko zdołałam pokryć koszty pobytu mamy w ośrodku. I to tak naprawdę okazało się jedynym powodem, dla którego trzymałam się jeszcze tego zajęcia. Przez obecną sytuację musiałam zrezygnować z marzeń o studiach, o normalnym i beztroskim życiu. W pewnym momencie jednak znalazłam ukojenie w rysowaniu, wróciłam do tego i dzięki Nancy także zaczęłam rozwijać się w tym kierunku. Zostałam ilustratorką bajek dla dzieci, a ta praca sprawiała mi szalenie wiele radości. Szkoda jedynie, że nie okazała się tak dochodowym zajęciem, jak modeling.

Drzwi skrzypnęły, tym samym wyrywając mnie z zamyślenia. Przechyliłam głowę na bok, chcąc wiedzieć, kto zakłócał moją cotygodniową wizytę u mamy. I nie zdziwiłam się, widząc doktora Smitha. To on zajmował się mamą od dnia, kiedy ją tu przewieziono.

– Jak się masz, Scarlet? – zapytał, podchodząc.

Nigdy nie miałam żadnych zastrzeżeń co do pracy personelu placówki, nawet jeśli stan zdrowia Jenny nie poprawił się ani trochę, to i tak wiedziałam, że znalazła się w możliwie najlepszych rękach. Od początku mówiono, że nie będzie łatwo, że szanse są praktycznie zerowe, ponieważ mózg doznał rozległych i nieodwracalnych uszkodzeń. Mimo wszystko zawsze wierzyłam i nadal paliła się we mnie iskierka nadziei…

– W porządku – odezwałam się po chwili, uśmiechając się lekko. – Jak się czuje mama?

Mężczyzna stanął po przeciwnej stronie łóżka, a następnie zajął drugie krzesło, wpatrując się w jeden z ekranów monitorujących funkcje życiowe.

– Bez zmian. – Odchrząknął, przecierając dłońmi zmęczoną twarz. – Zakażenie bakteryjne, z którym mieliśmy problem w zeszłym tygodniu, odeszło w zapomnienie.

– Cudownie – oznajmiłam, wyraźnie zadowolona. – Doktorze, czy ona…

Nie pozwolił mi dokończyć, kręcąc głową.

– Nic się nie zmieniło, drogie dziecko. – Smutek w jego głosie sprawił, że po moim kręgosłupie przebiegł dreszcz.

Cóż, nadzieja zawsze umiera ostatnia, a w tym ośrodku spotkało mnie tak wiele rozczarowań, jak w żadnym innym miejscu na ziemi.

– Jenna nie reaguje, czasami otwiera oczy, ale to odruch. Potrzeba cudu, aby wróciła do siebie, Scarlet. Przykro mi.

Spuściłam wzrok i wlepiłam go w swoje dłonie. Co tydzień słyszałam to samo, a jednak nie potrafiłam porzucić wiary, przestać się modlić o ten cud i czekać, aż mama się obudzi. I co tydzień przeżywałam ten sam zawód i żal, którego nie potrafiłam powstrzymać mimo upływu tak wielu lat.

– Ma silne serce – kontynuował lekarz. – Jednakże…

Gdyby nie ono, mamy już dawno zabrakłoby wśród żywych.

– O co chodzi? – Spojrzałam w twarz doktora, przekonana, że jest coś, o czym chciałby ze mną pomówić.

– W związku z tym, że wszystko drożeje, energia, leki, ogólnie życie, właściciel ośrodka podjął decyzję, aby podnieść ceny. Chciałem cię o tym poinformować.

– Ile wynosi podwyżka? – zapytałam cicho, zastanawiając się, jak poważne okażą się te zmiany.

– Tysiąc dolarów – padła szybka odpowiedź.

Przełknęłam. Tego nie przewidziałam w swoim bingo na ten tydzień.

– Dobrze. Mam rozumieć, że te zmiany wchodzą w życie od przyszłego miesiąca, tak?

– Właśnie.

Spojrzałam na mamę leżącą na wielkim łóżku. Jasne włosy, niegdyś tak piękne i gęste, teraz stały się pozbawione blasku, a większą ich część pokrywała siwizna. Nie oddychała sama, robił to za nią respirator, i choćbym nie wiem jak chciała, nie potrafiłabym zapewnić jej właściwej opieki w domu.

Nie zarabiałam mało, jednakże kolejna podwyżka cen podcięła mi skrzydła. Planowałam w najbliższym czasie porzucić modeling i skupić się na ilustracjach, lecz one nie zapewniały tak wysokich dochodów. Miałam odłożoną pewną sumę, bo zdawałam sobie sprawę z faktu, że z pensji rysowniczki nie zapłacę za ośrodek i nie utrzymam siebie. Ta podwyżka uświadomiła mi, że nici z moich marzeń i planów. Przynajmniej na razie. Musiałam zyskać pewność, że nawet w razie przestoju czy jakiejś kontuzji poradzę sobie przez jakiś czas.

– Planujemy także poszerzyć naszą ofertę o muzykoterapię. – Smith uśmiechnął się lekko, jakby ogromny kamień spadł mu z serca.

Przecież musiał wiedzieć, że tysiąc dolarów nie sprawiłby, że zabrałabym mamę do innego, gorszego ośrodka.

– To świetnie.

Słyszałam o tej formie pomocy, o jej zbawiennym wpływie na chorych.

– To dodatkowy koszt, sto dolarów tygodniowo.

– Jasne, nie ma problemu.

Z całych sił chciałam uwolnić się od swojego teraźniejszego życia i rozpocząć nowe, lecz najwyraźniej wszystko to musi poczekać na lepszy czas. Koniecznością okazało się odłożenie większej sumy pieniędzy.

– Pójdę już. – Doktor powoli podniósł się z krzesła, zerkając na jeden z monitorów, a następnie zaczął majstrować coś przy kroplówce mamy. – Spokojnego wieczoru, Scarlet.

– Wzajemnie – odpowiedziałam, a kiedy mężczyzna opuścił pomieszczenie, wróciłam spojrzeniem do Jenny.

Życie było tak cholernie niesprawiedliwe.

3

Scarlet

Mimo letnich upałów w powietrzu dało się już wyczuć nadchodzące zmiany. Unoszący się wieczorami zapach wilgoci i chłód zwiastowały nadejście jesieni. Lada chwila liście na drzewach zmienią kolor, tworząc barwną aleję, a wszystkie letnie rzeczy trafią do szafy, gdzie spokojnie poczekają na następny sezon.

Uwielbiałam ten czas, kiedy razem z mamą robiłam porządki w naszym ogrodzie. Zbierałyśmy liście i orzechy, a także dynie. Na tyłach domu miałyśmy niewielki warzywniak, który zupełnie wystarczał na nasze skromne potrzeby. Kiedy mama zachorowała, nie miałam już czasu ani chęci na jakiekolwiek prace, a zwłaszcza te wykonywane wcześniej wspólnie.

Kiedy z samego rana wyszłam na taras z kubkiem kawy, przywitał mnie śpiew ptaków i wilgoć, która sprawiła, że szczelniej okryłam się szlafrokiem.

Z lewej strony dobiegł mnie hałas wyraźnie mówiący o tym, że Dustin już rozpoczął dzień w warsztacie.

W liceum prowadziłam normalne życie nastolatki, przepełnione spotkaniami i imprezami. Miałam mnóstwo znajomych i byłam pewna, że cokolwiek się stanie, w tej kwestii niewiele się zmieni. Westchnęłam, zdając sobie sprawę, jak bardzo się myliłam.

Miałam trzy przyjaciółki, które poszły na studia, kiedy ja musiałam zmienić priorytety. Przysięgałyśmy sobie, że bez względu na wszystko zawsze będziemy się trzymać razem. Życie jednak zweryfikowało te plany i z żadną z nich nie miałam już kontaktu. Może za sprawą tego, że każda poszła inną drogą, ja walczyłam, by utrzymać się na powierzchni, one wyjechały do Los Angeles, studiowały, bawiły się. Stopniowo coraz mniej rozmawiałyśmy, rzadziej pojawiały się też wiadomości, aż w końcu nadszedł dzień, kiedy wszystko ucichło. Próbowałam się z nimi kontaktować, jasne, z tym że za każdym razem napotykałam mur w postaci sesji albo imprezy, czy też nowej miłości. I w końcu też dałam sobie spokój, chociaż to odrzucenie sprawiło mi ogromny ból.

Teraz mogłam liczyć jedynie na swoich sąsiadów, Dustina mieszkającego po prawej stronie i Andreę, która wprowadziła się do domu po lewej trzy lata temu. Stanowiliśmy zgrane trio, nawet jeśli oboje byli ode mnie trochę starsi.

Kiedy się poznałyśmy, kobieta spodziewała się dziecka, a lada chwila mały Brian skończy trzy latka. Gdy wyjeżdżałam, oni doglądali mojego domu, a ja odwdzięczałam się, pilnując chłopca albo robiąc Dustinowi zakupy.

– O czym tak myślisz?

Uśmiechając się lekko, odwróciłam się w stronę domu sąsiada, skąd dochodziło wołanie.

Mężczyzna stał przy płocie, również z parującym kubkiem, a na jego lewym policzku dostrzegłam czarną smugę.

– O jesieni – odparłam. Wyglądało na to, że porannej kawy nie wypiję samotnie.

– U ciebie czy u mnie? – Mrugnął do mnie łobuzersko.

– U mnie.

Dustin na chwilę zniknął mi z oczu, aby po kilku sekundach pojawić się w moim ogrodzie. Bez słowa rozsiadł się na werandzie, a ja zajęłam miejsce naprzeciwko niego.

– Widziałem cię wczoraj, gdy późnym wieczorem wróciłaś do domu. Wyglądałaś na zmęczoną.

– Od razu z lotniska pojechałam do mamy – wyjaśniłam, odstawiając kubek na szklany blat stołu.

– Jak ona się czuje?

Cieszyłam się, kiedy ktoś o nią pytał, że się nią interesował. Najbardziej obawiałam się tego, że zostanie zapomniana, chociaż nadal żyła.

– Na szczęście zakażenie bakteryjne to już historia, lekarzom udało się opanować sytuację.

– Dzięki Bogu. – Mężczyzna serio wyglądał, jakby z piersi spadł mu ogromny ciężar, a moje serce zabiło mocniej.

– W ośrodku rozpoczną się też zajęcia z muzykoterapii i mama weźmie w nich udział – dodałam.

– Świetna sprawa, Scarlet – podchwycił, poprawiając się na krześle. – Czytałem o tym. Podobno ma zbawienny wpływ na chorych, zapewne przyniesie jakieś efekty.

– Mama miała już setki podobnych zajęć – przypomniałam ze smutkiem. – I żadne z nich nie wniosło niczego nowego. Nie łudzę się, ale zrobię wszystko, co w mojej mocy, żeby zapewnić jej jak najlepszą opiekę i skorzystam z każdej okazji, chwycę się wszystkiego, jeśli istnieje chociaż cień szansy.

Mężczyzna spuścił wzrok na swoje dłonie, jakby nie potrafił dłużej patrzeć mi w oczy. Wiedziałam jednak, że wynika to z faktu, że nie mógł znieść cudzego nieszczęścia, bo Dustin taki właśnie był.

– A jak w pracy? – odezwał się po chwili, ponownie odnajdując moje spojrzenie.

– W porządku. – Wzruszyłam lekko ramionami. – Godziny zdjęciowe wleką się w nieskończoność, Colby jak zwykle marudzi na oświetlenie, a Nancy pilnuje, aby wszystko trzymało się kupy. Nie mam pojęcia, jakim cudem, ale wkręciła nas w projekt znanej firmy jubilerskiej i najwyraźniej liczy, że to długofalowa współpraca.

– Dobrze ci się pracowało przy tym projekcie? – zapytał cicho, a ja doskonale wiedziałam, co miał na myśli.

Bo Dustin znał szczegóły tego, co się stało. Tylko jemu mogłam ufać. I w tamtym czasie potrzebowałam obok siebie kogoś, kto wyciągnąłby mnie z tej czarnej otchłani bez dna.

– Tak, wszystko w porządku – zapewniłam szybko, doskonale zdając sobie sprawę, że się martwił.

– W radiu słyszałem, że zaginął jakiś naszyjnik, ale nie potrafię dokładnie powiedzieć, co, gdzie i kiedy, bo akurat włączyła się sprężarka. Wiesz coś o tym?

– Nie, nic mi na ten temat nie wiadomo – odparłam zgodnie z prawdą. Zresztą nasz kraj nie należał do najbezpieczniejszych, ciągle głośno było o napadach, rabunkach i zabójstwach.

Mężczyzna upił spory łyk kawy, a następnie podniósł się z miejsca, by się rozciągnąć. Oprócz tego, że roztaczał wokół siebie tę aurę ciepła, posiadał umięśnione ciało, całkiem atrakcyjną twarz i jasne gęste włosy. W okolicy kręciło się kilka kobiet, które chciałyby go sobie przywłaszczyć, lecz on nie wykazywał zainteresowania niczym więcej niż seksem bez zobowiązań. Mimo upływu lat nie potrafił zaufać tak jak kiedyś i z tego, co mówił, żadna kobieta nie wzbudziła w nim chęci, aby zaryzykował.

– Powinienem już iść. – Pokręcił głową, aby zniwelować napięcie w karku. – Do wieczora muszę skończyć samochód, a sporo pracy przede mną.

– Potrzebujesz czegoś? – zapytałam, również podnosząc się z miejsca. – Ogarnę się i pojadę do sklepu, a później zajrzę do Andrei i Briana.

– Trzy piwa. – Mrugnął do mnie. – Te co zawsze – dodał, ruszając w stronę ogrodzenia. – I mleko.

– Jasne, szefie, robi się.

Jego cichy śmiech słyszałam jeszcze po tym, jak zniknął mi z oczu.

***

Siedziałam na kanapie w salonie sąsiadki, trzymając w ramionach jej synka, który zasnął w trakcie, kiedy opowiadałam mu bajkę. Wcześniej byliśmy w ogrodzie, gdzie graliśmy w piłkę oraz huśtałam go na huśtawce zawieszonej przez Dustina na jednej z wysokich gałęzi rozłożystego drzewa.

Chłopiec miał jasne włoski i rysy twarzy swojej matki.

– Możesz odłożyć go na kanapę – zaproponowała kobieta, na co lekko pokręciłam głową.

– Jest w porządku – zapewniłam, nie chcąc przestawać tulić malucha. Przyjemnie było słyszeć lekki oddech oraz czuć ciężar i ciepło małego ciałka.

Wiedziałam, że się nie obudzi, nawet jeśli zaczniemy rozmawiać. Zajmowałam się nim tak wiele razy, że znałam jego nawyki.

Andrea wychowywała chłopca sama, rozeszła się z jego ojcem, jeszcze będąc w ciąży. Jak się okazało, facet okazał się dupkiem i miał problemy z różnego rodzaju używkami. Trwali w związku przez pięć lat, ale kiedy się dowiedzieli, że zostaną rodzicami, wszystko jeszcze bardziej się skomplikowało. Jak wspominała, jej partner nie chciał dziecka i nalegał na aborcję.

– Dostałam kolejne zlecenia i naprawdę czuję, że wychodzimy na prostą.

– Cudownie, ogromnie się cieszę.

Zerknęłam na chłopca, aby się upewnić, że twardo śpi, a następnie na jego matkę, która zaczęła składać zalegające na fotelu świeże pranie.

Wiedziałam, że wynajmowanie domu w tej okolicy do najtańszych nie należało, lecz dla dobra chłopca jego matka postanowiła zrobić wszystko, aby nie wychowywał się w dusznym centrum. Z tego, co mówiła, pomagał jej brat pracujący jako inżynier w Seattle.

Moja sąsiadka miała niesamowity dar, który ogromnie doceniałam i czasami sama korzystałam z jej usług. Andrei wystarczył kawałek materiału, aby wyczarowała z niego coś niesamowitego i niepowtarzalnego. Jej początki okazały się trudne, ale z każdym zadowolonym klientem przybywał kolejny i również polecał jej ubrania dalej.

Miałam zaszczyt również zarekomendować moją przyjaciółkę koleżankom z branży. Nawet Nancy zamówiła u niej kilka garsonek oraz sukienek i planowała kolejne zakupy.

– A u ciebie w porządku? – Troska w jej głosie sprawiła, że wykrzywiłam wargi w lekkim uśmiechu.

– Tak, w porządku.

Kiedy tylko pojawiłam się w jej drzwiach, od razu zapytała o mamę. No a później Brian wpadł z piskiem w moje ramiona i na rozmowy nie miałyśmy już czasu.

– Umówiłam się z kimś – wypaliła nagle, a ja zamarłam, kompletnie zaskoczona, ale równocześnie uradowana. Na jej policzkach wykwitł lekki rumieniec i speszona odwróciła wzrok.

– Z kim? – zaciekawiłam się, podekscytowana. – Opowiadaj!

– To… kurier – wydusiła, na co zatkałam dłonią usta, drugą ręką mocniej przyciskając do siebie ciałko chłopca.

– Ten blondyn?

– Ten odbierający moje zamówienia – potwierdziła. – Zaprosił mnie na kolację. Dzisiaj.

– Mam wolne, zostanę z Brianem – zaproponowałam szybko.

– Nie chcę robić kłopotu i…

– To żaden kłopot – parsknęłam. – Mały uwielbia u mnie spać, dodatkowo oszczędzisz na opiekunce. No i mnie ufasz najbardziej. No i na wypadek, gdyby ta randka zakończyła się śniadaniem, najlepiej, jeśli młody zostanie u mnie, prawda?

Andrea na tę sugestię zaczerwieniła się aż po cebulki włosów, a ja zaśmiałam się cicho. Liczyłam, że się rozerwie, że facet okaże się w porządku i miło spędzą czas.

– Dziękuję, Scarlet, wyjdę z domu ze spokojną głową. Wierzę, że to wypali… Może to dziwnie zabrzmi, ale mam dość samotności. Chciałabym kogoś dla siebie i Briana, kogoś, kto pokocha nas oboje, kto zechce zostać kimś ważnym także dla mojego syna. Dziecku przyda się męski wzorzec.

Nie chciałam nawet myśleć o chwili, w której chłopiec zapyta o swojego ojca. Co wtedy zrobi Andrea? Powie, że ich nie chciał? Że nigdy nawet nie pragnął zobaczyć własnego syna?

– Rozumiem. – Powoli skinęłam głową. – I mam pomysł. Gdy tylko Brian się obudzi, zabiorę go do siebie, abyś mogła w spokoju przygotować się do swojej pierwszej randki od… Jezu, od wielu lat!

– Jesteś aniołem – szepnęła pełnym wdzięczności głosem.

Nie miała pojęcia, jak bardzo się myliła.

4

Scarlet

Jak przystało na idealnego sąsiada, wieczorem Dustin wpadł do mnie, aby pomóc w opiece nad chłopcem, chociaż wcale tego nie potrzebowałam. Ja i Brian bawiliśmy się świetnie, chociaż w moim ogrodzie brakowało udogodnień i atrakcji dla dzieci.

Jakoś koło ósmej zerkaliśmy we trójkę przez okno i patrzyliśmy, jak Andrea wyrusza na swoją pierwszą od lat randkę.

– Mama – szepnął mały, wskazując palcem na zewnątrz.

– Mama pojechała na zakupy. – Mrugnęłam do chłopca, uśmiechając się lekko. – A ty śpisz u mnie, tak?

– Tak. – Pokiwał głową, szczerząc się.

To nie było nasze pierwsze nocowanie, czasami brałam młodego do siebie, kiedy Andrea miała nawał pracy, a ja wolne. Podejrzewałam, jak czasochłonne i pełne wysiłku musiało być samotne wychowywanie dziecka.

Jakiś czas temu miałam nadzieję, że Andrea i Dustin zostaną parą, w końcu oboje okazali się świetnymi i zwyczajnie dobrymi ludźmi, to jednak nie wypaliło. Lubili się, owszem, ale nie czuli do siebie niczego więcej niż sympatii. Patrząc teraz na sąsiada, który odebrał z moich rąk chłopca i zaczął kręcić się z nim po kuchni, zyskałam jedynie pewność, że stałby się wspaniałym ojcem.

Cóż, trudno. Przyjaciółka miała teraz swojego kuriera.

– Podobno ten mały chodzi spać o ósmej. – Mężczyzna zajął miejsce na krześle przy stole, a następnie usadził sobie Briana na kolanach. – Co się stało, że jeszcze nie śpisz, co?

– Bajka – przypomniał, wskazując na mnie palcem.

Chwilę wcześniej skończyliśmy jeść kolację przygotowaną wspólnymi siłami z Dustinem. Mój podopieczny nie wyglądał na sennego, wręcz przeciwnie.

– Chyba twój telefon dzwoni.

Po dzwonku poznałam, że to ten służbowy. Zostawiłam go w sypialni na górze, nie planowałam używać go podczas opieki nad chłopcem. Jakiś czas temu postanowiłam zadbać o swoją prywatność i odpoczynek, więc zakupiłam drugi smartfon, którego używałam tylko w dni robocze i to w określonych godzinach. Jeśli dzwoniła moja agentka, to musiała poczekać do rana.

Po chwili z salonu dobiegł mnie dźwięk dzwonka.

– Co jest? – mruknęłam, krzywiąc się lekko.

Ruszyłam w stronę telefonu, wziąwszy pod uwagę, że mogła dzwonić Andrea, aby się upewnić, że wszystko u nas w porządku. Fakt, że nie minęła dłuższa chwila, od kiedy wyszła, niewiele zmieniał. Zawsze była na miejscu albo gdzieś w pobliżu na zakupach i musiałam zrozumieć jej obawy.

Kiedy zerknęłam na ekran i zobaczyłam, że to Nancy, bez zastanowienia ściszyłam dzwonek, a następnie wróciłam do kuchni.

– To Andrea? – zagadnął Dustin, próbując odebrać z rąk chłopca widelec pozostawiony przez przypadek na stole.

– Nie, moja agentka – wyjaśniłam, krzywiąc się lekko.

– Może to coś ważnego? Przecież zna zasady.

Jeszcze raczkowałam w modelingu, gdy te nagłe telefony zaczęły mi ciążyć. Podobnie rzecz miała się z mediami społecznościowymi. Nieustannie je śledziłam, chcąc wiedzieć, jak mnie odbierano. Trwało to kilkanaście miesięcy, podczas których źle sypiałam, nie miałam apetytu ani energii. Andrea pierwsza dostrzegła zmianę w moim zachowaniu i bladość cery. Wspólnie doszłyśmy do wniosku, że powinnam odpuścić i wprowadzić zmiany. Więc to zrobiłam.

Z internetu korzystałam raz dziennie przez kilka minut, a w weekendy i w godzinach wieczornych nie odbierałam już połączeń i nie odpisywałam na wiadomości, o czym Nancy doskonale wiedziała.

– O cokolwiek chodzi, poczeka do jutra – postanowiłam, nie chcąc burzyć swojej rutyny. – Muszę wykąpać Briana.

– Pomogę ci – zaproponował mężczyzna, wstając z miejsca. – Niedługo muszę lecieć. Umówiłem się z kumplami w pubie.

– Jasne, jakoś sobie poradzimy. – Mrugnęłam do niego.

Podczas gdy ja rozbierałam chłopca, Dustin zajął się napuszczeniem wody do wanny i zrobieniem odpowiedniej ilości piany, którą maluch uwielbiał.

Kiedy pozbyłam się brudnej po kolacji bluzki z czerwonym samochodem, Brian złapał mnie za policzki i sprzedał mokrego całusa prosto w nos.

– Bajki. – Błysnął ząbkami w uśmiechu.

– Po myciu. – Lekko pogładziłam jego jasne włoski.

Kąpiel okazała się pełną przygód przeprawą. Brzdąc świetnie się bawił, zalewając nas i łazienkę wodą. Piszczał przy tym tak radośnie, że nie miałam serca mu przerywać.

– Powinniśmy założyć własny biznes. Domowe przedszkole czy coś w ten deseń – oznajmił Dustin, wycierając wielką kałużę w okolicy umywalki.

– Trzech takich łobuzów wystarczyłoby, abyśmy zwinęli interes w ciągu tygodnia. – Zaśmiałam się cicho, myjąc chłopcu plecy. Przez przypadek dotknęłam wrażliwego miejsca w okolicy żeber, na co maluch zapiszczał, a po sekundzie zaniósł się głośnym śmiechem.

– Racja – przyznał, a następnie odłożył mopa. – Podam ci ręcznik, czas go wyciągać.

– Nieee – zaprotestował Brian.

– Włożymy piżamkę, umyjemy ząbki i odprowadzimy Dustina do drzwi, a potem poczytamy bajki – przekonywałam go i w końcu się zgodził, choć bardzo niechętnie.

Kiedy zabierałam go do siebie na noc, Andrea za każdym razem przygotowywała w wielkiej torbie ogrom ciuchów, przyborów toaletowych i zabawek. Sama brałam ze sobą tyle rzeczy na kilkudniowy wyjazd, ale w moim przypadku sprawa wyglądała nieco inaczej. Nie istniała konieczność, abym przebierała się po każdym posiłku.

– Nie chcę myć zębów – buntował się młody, kiedy uporaliśmy się już z ubieraniem.

– Ja też za tym nie przepadam – wtrącił Dustin, ratując mnie z opresji. – Ale trzeba to robić, aby nie mieć dziur, wiesz? – Łagodny ton jego głosu sprawił, że chłopiec przyjrzał mu się uważniej. – Jeśli zęby są brudne, pojawiają się tam bakterie, a później zaczyna boleć, łapiesz, mały?

Brian pokiwał szybko głową.

– A ból zębów to nic fajnego.

Chłopiec nie wyglądał na zachwyconego, ale całe szczęście umył zęby przy drobnej pomocy.

Wykorzystałam chwilę, gdy zostali sami, aby wziąć szybki prysznic i również przygotować się do snu.

– Teraz odprowadzimy Dustina do drzwi i ruszamy z bajkami – oznajmiłam, biorąc psotnika na ręce.

Brian objął mnie za szyję, wtulając twarz w moje ramię, a ja poczułam dziwne ukłucie w okolicy serca.

– Bądźcie grzeczni – polecił sąsiad, żartobliwie grożąc nam palcem.

– Jasne, będziemy – zapewniłam szybko.

Po tym, jak mężczyzna wyszedł, zamknęłam drzwi, a następnie udałam się na górę. Ułożyłam chłopca w wielkim łóżku i zajęłam miejsce tuż obok. Tulił ulubionego misia, wplątując paluszki w moje włosy i owijając sobie je wokół ręki. Tak właśnie zasypiał, a ja uwielbiałam ten kontakt. Drapałam go po pleckach, wiedząc, jak bardzo to uwielbiał, i opowiadałam bajkę, wymyśloną na potrzeby tego wieczoru, o dzielnym psie, który pomógł zbłąkanemu kotkowi.

– Chcę psa – szepnął sennym głosem, przerywając mi opowieść. – Małego i brązowego.

Brian często poruszał ten temat i czułam, że Andrea lada chwila zmięknie i spełni prośbę synka.

– Musiałbyś go karmić i dbać o niego, wiesz o tym, prawda?

– I będę – odparł z taką pewnością, że aż mnie to rozczuliło.

Kontynuowałam historię ściszonym głosem, widząc, że chłopiec próbował zawzięcie walczyć z sennością. Po kilku sekundach jednak zamknął oczy, a ja przerwałam i czekałam, aż zapadnie w głębszy sen.

Musiałam dokończyć kilka ilustracji do książeczki o chłopcu bojącym się iść do przedszkola, więc gdy tylko się upewnię, że Brian zasnął głęboko, zejdę na dół i zajmę się pracą. Miałam do dyspozycji elektroniczną nianię, więc zobaczę każdy ruch szkraba, jeśli ten się obudzi.

Zanim opuściłam sypialnię, zrobiłam barykadę z poduszek, aby mieć pewność, że maluch nie spadnie z łóżka. Zostawiłam też uchylone drzwi od łazienki, aby nikła poświata otulała pomieszczenie. Elektroniczną nianię ustawiłam tuż obok komputera i już po chwili wzięłam się do nadrabiania zaległości.

5

Scarlet

Miałam świadomość, że na uczelni nauczyłabym się licznych technik rysowania, poznałabym inne możliwości, fakty jednak okazały się takie, że marzenia o studiach musiały poczekać. Być może kiedyś uda mi się je zrealizować, ale nie teraz, kiedy tak wiele miałam na głowie.

Radziłam sobie z tym wszystkim tak, jak potrafiłam, i z całą pewnością mogłam stwierdzić, że mama byłaby ze mnie dumna. Wychowała mnie najlepiej, jak umiała, w pojedynkę, praktycznie wcale nie mogąc liczyć na ojca ani jego bliskich, którzy nie uważali mnie za pełnoprawnego członka rodziny.

To, co umiałam, zawdzięczałam kursom, na które odkładałam długie miesiące, oraz różnym warsztatom doskonalącym technikę oraz otwierającym oczy na wiele możliwości i rozwiązań dotyczących rysunków dla najmłodszych.

Właśnie pracowałam nad dwiema książkami, a w jednej z nich głównym bohaterem był mały psiak imieniem Duff. Opowieść niosła za sobą cudowne przesłanie, a mianowicie poruszała temat wyśmiewania czy szydzenia z innych. To zjawisko wśród dzieci nadal było zdecydowanie zbyt powszechne.

Kiedy usłyszałam pukanie do drzwi, zdumiona zerknęłam na zegarek. Dochodziła dziesiąta. Wstając, skrzywiłam się lekko, rozumiejąc już, że randka Andrei z jakiegoś powodu nie wypaliła. Zdecydowanie pora była za wczesna na powroty. Ruszyłam do drzwi, zamknąwszy laptopa, gotowa poświęcić resztę wieczoru na pocieszanie sąsiadki.

– Nie mów mi, że… – Urwałam w pół słowa, gdy się okazało, że za drzwiami nie stała przyjaciółka, lecz wysoki ciemnowłosy mężczyzna.

Utkwiłam wzrok dokładnie tuż nad kołnierzykiem śnieżnobiałej koszuli.

Przełknęłam ślinę.

– Pan do mnie? – wydukałam, kompletnie zaskoczona, a wtedy zza jego pleców wyszedł drugi facet. – Panowie – poprawiłam się szybko, niepewnie zerkając w stronę domu Dustina, chociaż sąsiad z pewnością już dawno wyszedł do pubu.

Drugi przybysz wydawał się zupełnym przeciwieństwem swojego towarzysza, miał jasne włosy i zielone oczy.

Spokojnie, Scarlet.

Próbowałam się uspokoić, ponieważ żaden z nich nie wyglądał jak przestępca, wręcz przeciwnie. Z racji wykonywanego zawodu potrafiłam rozpoznać najlepszej jakości materiały, a to, co obaj mieli na sobie, z pewnością pochodziło z najwyższej półki.

Ten, który stał tuż przede mną, wydawał mi się znajomy, ale w półmroku ganku oświetlanego jedynie jedną lampką trudno było stwierdzić. Kiedy jednak postąpił krok do przodu, zrozumiałam już, kogo miałam przed sobą. To ten facet załatwił mi wodę w pałacu…

– Możemy wejść? – zapytał spokojnie, wbijając we mnie natarczywe spojrzenie.

W tym samym momencie połączyłam wizytę mężczyzny z telefonem od agentki, którego nie odebrałam ani nie oddzwoniłam.

– Jest już późno – zauważyłam, nie planując wpuszczać obcych do domu zwłaszcza teraz, kiedy Brian spał na górze.

– Wolisz rozmawiać w obecności policji? – zagadnął, na co zamarłam.

– Policji? – wydukałam.

– W prasie aż huczy o zaginięciu kolii, a ty miałaś ją na sobie podczas zdjęć, więc albo mnie wpuścisz, albo zawiadomię służby, a te z pewnością ściągną tu za sobą wszystkich pismaków. Więc jak będzie, panno Stanford?

Otworzyłam szerzej drzwi, dając przybyszom wyraźny sygnał, aby weszli do środka. Drugi z mężczyzn rzucił mi zaciekawione spojrzenie, a następnie ruszył za swoim kompanem.

Obaj przeszli prosto do salonu, jakby doskonale wiedzieli, gdzie się znajduje. Niemal natychmiast po domu rozszedł się zapach perfum, mocnych, korzennych, niemal wypalających ślad, pozostawiających osad na ścianach…

Dopiero teraz zrozumiałam, że padło moje prawdziwe nazwisko. Znała je jedynie moja agentka, ponieważ w branży posługiwałam się pseudonimem, który brzmiał Scarlet Singh…

– Kim jesteście? Skąd znacie moje personalia i adres? – zapytałam, wchodząc za nimi do pokoju dziennego.

– Siadaj – polecił mi facet od wody, a następnie stanął przy stole, na którym znajdował się mój komputer.

– Chcę wiedzieć…

– Siadaj – powtórzył tym razem ostrzej.

Posłuchałam, opadając na żółty fotel stojący tuż obok kanapy.

– Nie wiesz, kim jestem – bardziej stwierdził, niż spytał.

– Nie mam pojęcia, kim obaj jesteście i jaki związek ma wasza obecność tutaj z zaginięciem kolii.

Nawet jeśli mnie podejrzewali, to z pewnością dało się szybko wyjaśnić, ponieważ nie miałam z tym nic wspólnego. Nigdy niczego nie ukradłam ani sobie nie przywłaszczyłam, nawet kiedy jadłam góra cztery razy w tygodniu i miałam wrażenie, że umieram z głodu…

– Sprawdzamy różne tropy – odezwał się blondyn, który także nie usiadł, ale stanął obok przejścia prowadzącego do kuchni. – Dlatego tu jesteśmy.

– Dlaczego nie policja? – zapytałam szybko i głośno przełknęłam ślinę.

W każdej sekundzie tej skandalicznej sytuacji czułam na sobie czujne spojrzenie ciemnowłosego mężczyzny, niemal wypalające dziurę w mojej skórze. Z każdą chwilą strach przybierał na sile, utrudniając oddychanie.

– Uwierz mi, nie chcesz załatwiać tego przez policję – stwierdził blondyn.

– Kim jesteście? – powtórzyłam pytanie, kierując je w stronę nieznajomego stojącego przy oknie, ponieważ odnosiłam nieodparte wrażenie, iż to on jest osobą decyzyjną.

– Lorcan O’Connel – odezwał się lekko schrypniętym głosem. – To do mnie należy zaginiona kolia.

Co się musiało wydarzyć, aby osobiście pofatygował się do mnie właściciel? Dlaczego nie powiedział, kim jest, gdy załatwił mi wodę?

Co tu się, u diabła, działo?

– Przykro mi, ale nie mam pojęcia, gdzie jest pańska kolia – odezwałam się, kiedy cisza przedłużała się w nieskończoność. – Na górze śpi dziecko, więc jeśli panowie pozwolą…

– A może to ty pozwolisz, że coś ci pokażę – mruknął Lorcan, sięgając do kieszeni garniturowych spodni po smartfon. – Podejdź.

Bez wahania ani jakichkolwiek oporów wykonałam polecenie, przekonana, że jeśli tego nie zrobię, ten facet posunie się do naprawdę okropnych rzeczy.

Już po chwili skierował ekran w moją stronę, a w jego centralnym punkcie znajdowała się czerwona kropka. To wskazywało na jakąś nawigację, plan, a ja po kilku sekundach zrozumiałam, że mam przed oczami szkic własnego domu wykonany z ogromną dokładnością…

– Ta kropka to nie ja. – O’Connel rozwiał moje wątpliwości. – Do każdej sztuki biżuterii o wartości przekraczającej pół miliona, która znika z zasięgu mojego wzroku, kazałem zamontować mikroskopijny chip, aby w każdej minucie dnia i nocy wiedzieć, gdzie się znajduje.

Przełknęłam głośno ślinę, unosząc spojrzenie i napotykając jego wzrok. Na dłuższy moment zatrzymał oczy na moich ustach, a mnie dreszcz przebiegł wzdłuż kręgosłupa.

– Nie ukradłam kolii – zapewniłam z mocą, starając się powstrzymać drżenie głosu.

– Według informacji moja własność znajduje się w tym domu – oznajmił ostrym tonem. – I albo pozwolisz, abym ją odebrał, albo wpadniesz w poważne kłopoty, dziewczyno.

Nie miałam pojęcia, co robić, do kogo zadzwonić, czy prosić o pomoc… Sprawa już wydawała mi się beznadziejna, chociaż ta aplikacja mogła być zmyłką, pytanie tylko, po co…

Przed oczami stanęła mi wizja utraty pracy oraz dobrego imienia. Żaden rozsądny człowiek mnie nie zatrudni. Będę skończona.

– Nie mam nic do ukrycia – oznajmiłam, dumnie unosząc podbródek.

Przecież nie zrobiłam nic złego! Nie ukradłam biżuterii.

– W takim razie pozwolisz. – Skłonił się lekko, wręcz prześmiewczo, a następnie oddał telefon swojemu towarzyszowi.

Blondyn odwrócił się ze smartfonem kilka razy, aż w końcu ruszył w stronę wyjścia do garażu. Planowałam udać się za nim, aby mieć pod kontrolą to, co robił w moim domu, czy nie planował mi czegoś podłożyć.

Ktoś chciał mnie wrobić, ale nie miałam pojęcia, kto i w jakim celu… Od razu do głowy przyszła mi myśl, że może to jedna z dziewczyn postanowiła się mnie pozbyć w obawie przed utratą pozycji…

Niespokojnie zerknęłam w stronę schodów, kiedy przechodziliśmy obok nich, mając nadzieję, że Brian się nie obudzi. Jego pojawienie się na dole mogłoby skomplikować wiele spraw.

– Norman – rzucił ostrzegawczo O’Connel, dzięki czemu poznałam imię drugiego faceta.

Obaj zatrzymali się tuż przed moją walizką, którą odłożyłam na bok zaraz po powrocie, planując rozpakowanie jej w niedalekiej przyszłości albo pozostawienie jej tak do następnego wyjazdu. Nie znajdowało się w niej wiele rzeczy, a te i tak były czyste, ponieważ praniem zajmował się hotel.

– To niemożliwe – szepnęłam, postępując krok do przodu, aby wyraźnie zobaczyć, że czerwony punkcik zaczął dosłownie szaleć na ekranie.

Wszystko działo się jak w zwolnionym tempie, a ja odniosłam wrażenie, że oglądam jakiś kiepski film, choć z całych sił pragnęłam go wyłączyć.

Norman oddał telefon Lorcanowi, a następnie kucnął i zaczął rozpinać mój bagaż, na co zbliżyłam się do niego.

– To naruszenie mojej prywatności – zaprotestowałam, chcąc dodać, że zrobili to już, wchodząc do domu, ale O’Connel przerwał mi chłodnym głosem:

– Mam wezwać policję, Scarlet?

– Przysięgam, nie zrobiłam tego!

Wydawało mi się, że zobaczyłam w jego oczach błysk zrozumienia i nawet coś w rodzaju współczucia, ale szybko przybrał kamienną maskę, a ta zmieniła się w lekki uśmiech, który z radością nie miał nic wspólnego.

To musiała być jakaś gra, a ja ani trochę nie chciałam brać w niej udziału.

– A co my tu mamy – mruknął Norman, podnosząc się.

Poczułam, że moje serce zwalnia, a następnie rusza w szaleńczym galopie, powodując szum w uszach i zawroty głowy, a mimo tych niedogodności doskonale widziałam, co mężczyzna trzymał w dłoni.

Kolia z milionem diamentów zwisała z jego palców, a ja czułam, że grunt usuwa mi się spod nóg.

– To niemożliwe – szepnęłam cicho, opierając się o ścianę i szukając jakiejkolwiek stabilizacji, czegoś, co pomoże utrzymać mi się w pionie.

Miałam na sobie to arcydzieło podczas kilkugodzinnej sesji w pałacu. Biżuteria drapała i okazała się zbyt ciężka, ale nie wypowiedziałam ani słowa skargi, wykonując swoją pracę.

– Niemożliwe, a jednak – burknął ochroniarz, podając towarzyszowi biżuterię.

Kręciło mi się w głowie, nie mogłam nabrać tchu, nie miałam pojęcia, co się właśnie wydarzyło, chociaż doskonale zdawałam sobie sprawę z konsekwencji tego, co się działo. Oczami wyobraźni widziałam już proces oraz wieloletnią karę więzienia.

Lorcan najwidoczniej bezbłędnie odczytał moje myśli. Oddał kolię Normanowi, a następnie skinął nieznacznie głową, na co mężczyzna minął nas bez słowa, a po chwili usłyszałam trzask frontowych drzwi.

Nawet w tych okolicznościach mojej uwadze nie umknął fakt, że prezes Trochilusa może nie należał do najprzystojniejszych facetów, jakich widziałam, ale jednego nie dało mu się odmówić: tej aury, która niemal oplatała delikatną mgiełką moje ciało i zmuszała do posłuszeństwa. Nie potrafiłam oderwać od niego wzroku, straciłam zdolność poruszania, czekając na to, co miał do powiedzenia. Z pewnością O’Connel ustawiał do pionu ludzi samym spojrzeniem. Ostre rysy twarzy nadawały mu surowości i sprawiały wrażenie, jakby czaiło się w nim coś z dzikiego zwierzęcia Z pewnością Lorcan był nieobliczalny i musiałam wziąć to pod uwagę.

– Co teraz? – wydusiłam z trudem. – Nie zrobiłam tego – dodałam z mocą, ale on jedynie wykrzywił twarz w lekkim grymasie przypominającym uśmiech.

Postąpił kilka kroków i stanął dosłownie kilka cali ode mnie. Zerknęłam w dół i zarejestrowałam, że moje bose stopy niemal stykały się z jego skórzanymi butami.

– W mojej karierze to nie pierwsza kradzież – wyjaśnił, przyglądając się srebrnym kuleczkom w moich uszach.

– Nie zrobiłam tego – powtórzyłam z naciskiem. – Nie mam pojęcia, jak to się tam znalazło.

– Wiesz, ile lat więzienia grozi za kradzież tak cennego przedmiotu? – odezwał się spokojnie, na co skinęłam głową, chociaż nie miałam zielonego pojęcia.

Nie interesowałam się karami za kradzieże, ponieważ nie miałam nigdy w planach żadnej się dopuścić!

– Dlaczego nie zostałaś na kolacji?

Drgnęłam niespokojnie na to pytanie.

– Nie mogłam, miałam inne zobowiązania – wyjaśniłam, nie do końca rozumiejąc, co miała do rzeczy owa kolacja. – Ktoś mnie próbuje wrobić, nie zrobiłam tego, przysięgam. Nigdy niczego nie ukradłam, nie jestem taka i…

Urwałam, kiedy mężczyzna przyłożył palec wskazujący do moich ust, nakazując milczenie. Górował nade mną w spowitym mrokiem korytarzu i chociaż czułam dreszcze przebiegające po całym ciele, to jednak nie czułam obawy, że mógłby mi coś zrobić.

– Fakty są takie, że moja kolia znajdowała się w twojej walizce. Jak to wytłumaczysz?

Przygryzłam dolną wargę, czując, że znalazłam się w bardzo kiepskiej sytuacji.

– Ktoś musiał mi to podrzucić, nie ma innej możliwości.

Jeśli mnie zamkną, jeśli zostanę pozbawiona możliwości zarobku, co stanie się z mamą? Kto zapłaci za jej pobyt w ośrodku i wszystkie terapie? Z pewnością nie ojciec, nie istniała taka opcja.

– Mógłbym teraz wezwać policję, a ty z pewnością trafiłabyś do aresztu, ale nie muszę tego robić – odezwał się po chwili, wsadzając dłonie do kieszeni garniturowych spodni.

Żyłam na tym świecie wystarczająco długo, aby wiedzieć, że chciał czegoś w zamian, i obojętnie, co to takiego, ze względu na mamę dam mu wszystko, czego zażąda. Gdyby nie ona, mogłabym podjąć ryzyko i walczyć o sprawiedliwość, chociaż wszystkie dowody świadczyły przeciwko mnie, ale w sytuacji, kiedy ode mnie i mojej pracy zależało jej zdrowie, nie mogłam ryzykować walki o swój honor.

– Nie musisz – powtórzyłam głucho.

– Teraz, kiedy dziecko twojej sąsiadki śpi na górze, okoliczności nie sprzyjają rozmowie.

– To prawda – wydukałam, czując szok na myśl, skąd wiedział, że to nie moje dziecko. Przy drzwiach wspominałam jedynie o fakcie, że maluch śpi piętro wyżej, nic więcej.

Mężczyzna wyciągnął wizytówkę z kieszeni spodni, a następnie mi ją podał.

– Porozmawiamy jutro w południe w moim gabinecie. Nie spóźnij się – rzucił jeszcze na odchodnym, a następnie ruszył do wyjścia, pozostawiając mnie w kompletnym osłupieniu.

Kiedy drzwi frontowe zamknęły się za nim, osunęłam się po ścianie, zakrywając twarz dłońmi.

Lorcan O’Connel odszedł, nie wzywając policji. Teraz byłam bezpieczna, ale co stanie się jutro? Z pewnością oczekiwał czegoś w zamian, pytanie tylko, czego.

Biorąc pod uwagę pozycję tego faceta, seks raczej odpadał. Nie sądziłam, aby oszalał na moim punkcie do tego stopnia, żeby proponować numerek za puszczenie w niepamięć całej sprawy. A jeśli to on podłożył mi kolię?

Nie, to niemożliwe. Z pewnością te wszystkie modelki same rzucały mu się pod nogi i nie chodziło im zapewne o same korzyści materialne, ale o niego, gościa o niezbyt przyjemnej twarzy, ale pociągającym ciele, pięknych oczach, w których czaiła się obietnica wielu emocji…

Spojrzałam na wizytówkę, rozumiejąc, że nie miałam innego wyjścia, jak się tam pojawić i dowiedzieć, czego tak naprawdę chciał ode mnie Lorcan O’Connel…