Między akordami - Emilia Kolosa  - ebook
NOWOŚĆ

Między akordami ebook

Kolosa Emilia

1,0

26 osób interesuje się tą książką

Opis

„Narkotyki najpierw wydawały się jedynie opcją, potem rutyną – a na końcu koniecznością”.

 

Alice Keys wyjeżdża do Hexham, by zerwać z nałogiem i zapomnieć o przeszłości. Los stawia na jej drodze Adeline Evans – dziewczynę, która nie radzi sobie z dorosłością. Tworzy się między nimi szczególna więź, zwłaszcza że Alice widzi w młodszej przyjaciółce odbicie siebie sprzed lat.

Dawnego życia nie da się jednak tak po prostu zostawić za sobą, zwłaszcza jeśli odchodząc, porzuciło się ukochanych ludzi. Zespół Chainfire od lat był dla niej jak rodzina, to z nim dzieliła najpiękniejsze i najtrudniejsze chwile. Gdy przyjaciele z przeszłości znów wkraczają do świata Alice, dziewczyna musi zdecydować, czy na pewno zamknęła za sobą ten rozdział.

Powrót do świata muzyki, narkotyków i mężczyzny, którego kochała każdą komórką swojego ciała, może pomóc odzyskać jej radość lub na zawsze pogrążyć w rozpaczy. I jak w świecie show-biznesu odnajdzie się Adeline? Czy podąży śladami przyjaciółki i pogubi się w nim jak ona?

 

Historia o wielkiej miłości, przyjaźni, muzyce oraz radzeniu sobie z nałogiem i traumami.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 540

Rok wydania: 2025

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
1,0 (1 ocena)
0
0
0
0
1
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
eediii
(edytowany)

Nie polecam

Początek ciekawie się zapowiadał , im dalej było coraz gorzej , ogólnie książka bardzo słaba i nudna.Nie polecam 👎
00



Między akordami

Emilia Kolosa

Ostrzeżenie

Ta książka porusza trudne i wymagające tematy, które mogą wywołać dyskomfort u wrażliwych czytelników. Znajdują się w niej wątki dotyczące myśli samobójczych, zażywania narkotyków, przemocy psychicznej i fizycznej, toksycznego związku między głównymi bohaterami, a także bycia świadkiem samobójstwa. Opisano tu również trudne relacje rodzinne, ucieczkę z domu oraz bezdomność z wyboru.

Jeśli którykolwiek z tych tematów budzi w Was niepokój, prosimy o świadome podejście do lektury i troskę o własne granice emocjonalne. W razie potrzeby nie wahajcie się sięgnąć po pomoc. Na kolejnej stronie znajdziecie listę organizacji, które oferują wsparcie w takich kryzysach.

Pamiętajcie – nie jesteście sami.

Telefon Zaufania dla Dzieci i Młodzieży prowadzony jest przez Fundację „Dajemy Dzieciom Siłę”. Umożliwia rozmowę o problemach takich jak przemoc domowa, problemy emocjonalne czy myśli samobójcze.Kontakt: 116 111

Dziecięcy Telefon Zaufania Rzecznika Praw Dziecka oferuje pomoc w sytuacjach związanych z przemocą, cyberprzemocą, problemami emocjonalnymi czy uzależnieniami.Kontakt: 800 12 12 12

Ogólnopolski Telefon Zaufania – Narkomania to bezpłatna, anonimowa pomoc dla osób borykających się z problemami dotyczącymi narkotyków i narkomanii.Kontakt: 800 199 990

Ogólnopolski Telefon dla Ofiar Przemocy w Rodzinie „Niebieska Linia” oferujewsparcie i informacje o możliwościach uzyskania pomocy najbliżej miejsca zamieszkania.Kontakt: 800 120 002

Całodobowa Linia Wsparcia to bezpłatna i anonimowa pomoc dla osób w stanie kryzysu psychicznego, w tym z myślami samobójczymi.Kontakt: 800 702 222

Antydepresyjny Telefon Zaufania oferuje pomoc dla osób cierpiących na depresję i inne zaburzenia nastroju.Kontakt: 22 484 88 01

Telefon Pogadania to bezpłatna linia wsparcia emocjonalnego i wsparcia psychicznego dla osób potrzebujących rozmowy.Kontakt: 800 212 005

Telefon Wsparcia dla Osób po Stracie Bliskich to bezpłatna pomoc dla ludzi w żałobie.Kontakt: 800 108 108

Prolog

Wciąż pamiętam zapach minionego lata. Wilgoć w powietrzu, ciężkim od nadchodzącej burzy, mieszała się z wonią soli i dymem papierosowym, który przesiąkał skórę i włosy. Gorący asfalt oddawał ciepło po całym dniu, a słodko-cierpki aromat taniego alkoholu z plastikowych kubków i palonego zioła oraz ostry smród potu przepychającego się tłumu przyprawiały o mdłości. Głośniki pompowały pulsujący bas wprost do moich żył. Wszystko zdawało się płynąć, rozmyte i jednocześnie ostre jak nigdy wcześniej. Znajoma dłoń, ciepła i silna, przyciskała mnie do zmiętej koszuli, od której czułam męskie perfumy. Mocne, wyrafinowane, o ciężkiej drzewno-piżmowej nucie połączonej z bergamotką. Creed Aventus – wszędzie bym je rozpoznała. Z każdej strony byłam otoczona przez ich woń, która pieściła niemal tak, jak dłonie tak desperacko walczące teraz o moje życie.

– Nie odpływaj, Ace! – usłyszałam krzyk. – Patrz na mnie!

Oparłam czoło na znajomym ramieniu, a świat wokół zniknął w wirze świateł, zapachów i obezwładniającego poczucia, że wszystko, absolutnie wszystko, spada mi na głowę. Przez mgłę otumanienia dotarł do mnie nowy dźwięk – ostry, przeszywający, jakby niepasujący do reszty. Chciałam się odciąć, wrócić do bezpiecznego ciepła dotyku znajomych dłoni, ale nie dałam rady. Czerwone światła przebiły się przez zamknięte powieki, rozlewając się po wszystkim dookoła i barwiąc szkarłatem widziany świat.

Nie rejestrowałam już gęstego tłumu, tylko ręce – obce, niechciane, a jednak dotykające mojego ciała. Słowa – urywane, niezrozumiałe – odbijały się od świadomości, jakbym została zamknięta w wielkim słoju. Czyjaś twarz zawisła nade mną, światła błyskały raz po raz. Wytyczały rytm bicia serca, które zdawało się uderzać tak mocno, że jego huk słyszałam w uszach. Zaczęłam się dusić, a powietrze miało smak stali. Czułam chłód pod plecami – ziemię? Nie, ale podłoże było gładkie i zimne. Straciłam kontrolę nad ciałem. Odno­siłam wrażenie, że już nie należy do mnie. Łomot walącego serca powoli cichł, aż w końcu nie słyszałam nic. Przez czerń przebił się jakiś obcy głos:

– Tracimy ją!

Rozdział 1

It’s time to say goodbye, to the life we once knew.

Somewhere I Belong – Linkin Park

Alice

Autobus szarpnął, co wyrwało mnie z drzemki. To mój przystanek, którego o mało nie przegapiłam. Prędko chwyciłam bagaż i wybiegłam z pojazdu niemal w ostatniej chwili. Stanąwszy na szarym chodniku, wyciągnęłam rączkę walizki – zbyt dużej jak na to, co faktycznie miałam ze sobą. Moje życie zmieściło się w tym jednym bagażu, a mimo to ciążyło mi jak cholera.

Ziewnęłam szeroko i ruszyłam uliczkami Hexham, wyczuwając w powietrzu lekki zapach pieczonego chleba. Było wcześnie rano. Słońce ledwie wychylało się zza dachów, rzucając długie cienie na brukowaną ulicę. Murowane budynki, ciasno przylegające do siebie, zdawały się identyczne – szare, z odpadającym tynkiem.

Skręciłam w wąską uliczkę, gdzie szeregówki miały niskie okna oprawione w ciemne drewno, a na parapetach stały pelargonie. Na drzwiach widniały namalowane ręcznie numery – każdy inny, jakby ktoś specjalnie się starał, żeby wyglądały wyjątkowo. Przeszłam przez kamienny most, którego niewyraźne odbicie widziałam w lustrze wody. Rzeka Tyne płynęła leniwie, co pasowało do tempa, w jakim żyło się w tym niewielkim mieście.

Lokum, które wynajęłam, znajdowało się na końcu tej martwej, wilgotnej ulicy. Pierwsze piętro, drzwi po lewej. Pamiętałam to z wiadomości od właściciela, do którego przez kilka ostatnich dni nie udało mi się dodzwonić, bo wiecznie nie odbierał. Liczyłam, że nie zrobił mnie w konia i ostatecznie nie pocałuję klamki.

Dotarłam do drzwi. Klucze miały być pod wycieraczką. Sprawdziłam, ale ich nie znalazłam. Może skrzynka na listy? Tam też nic. Szarpnęłam parę razy za klamkę, ale było zamknięte. Zirytowana wyjęłam telefon. Oparłam się o drzwi i zadzwoniłam do właściciela. Znów to uporczywe pikanie i żadnej odpowiedzi. Ponowiłam połączenie, ale wtedy zwróciły moją uwagę dźwięki wewnątrz mieszkania – czyjeś kroki. Wreszcie skrzydło otworzyło się powoli. W progu stanęła dziewczyna o jasnych włosach związanych w luźny koczek. Wyglądała, jakby właśnie obudziła się z drzemki. Miała na sobie zbyt dużą bluzę i jeszcze większą niechęć wypisaną na twarzy.

– Coś się stało? – zapytała z dozą ostrożności.

– Nie wiem – odpowiedziałam, starając się powstrzymać irytację. – Wynajęłam to mieszkanie. Jesteś właścicielką?

Dziewczyna zatrzepotała długimi rzęsami.

– Ach, nie. Sama wprowadziłam się kilka dni temu.

– Kilka dni?! – syknęłam. Raz jeszcze chwyciłam za telefon i wybrałam odpowiedni numer. Brak odzewu. – Cholera!

– Może pomyliłaś adres?

– Niemożliwe – wściekałam się. – To dwa przez dwa Wood­bine Terrace, Hexham w Northumberland.

– Zgadza się.

– To są chyba jakieś żarty. Wystawił mnie? – Zdenerwowana znów ponowiłam połączenie.

– Co robisz? Dzwonisz do właściciela? Daruj sobie, nie odbierze. Mówił, że wyjeżdża do Niemiec w interesach – odparła. – To pewnie jakaś głupia pomyłka.

– Świetnie – parsknęłam ze złością. – Ten facet chyba sobie żartuje. Przejechałam pół Anglii, żeby się tu dostać. Przelałam zaliczkę i co? Mam teraz spać pod mostem?

Dziewczyna przyglądała mi się przez chwilę, po czym odsunęła od drzwi, robiąc przejście.

– Wejdź. Nie stój tak w progu.

Posłuchałam jej. Mieszkanie powitało mnie zapachem czegoś starego i lekko zatęchłego, jakby dawno tu nie wietrzono. Podłogi były wyłożone drewnianymi panelami, gdzieniegdzie całkiem wytartymi od użytkowania. W kuchni znajdowały się niedopasowane szafki, każda w innym kolorze, jakby zostały zebrane z różnych kompletów. Na stole zastałam stertę kubków i talerzy, a na blacie zaschnięte resztki jedzenia z poprzedniego dnia.

Ściany w salonie ozdobiono tapetą w kwiatowe wzory, której płaty w niektórych miejscach odchodziły, odsłaniając żółtawy tynk. Na środku stał duży stół. Stary, ale solidny, z kilkoma przysuniętymi do blatu krzesłami.

Kiedy spojrzałam na dziewczynę, która mnie ugościła, ta uśmiechnęła się przepraszająco.

– Wiem, że to nie apartament w Londynie, ale nie jest najgorzej. – Wyprostowała się nagle jak do odpowiedzi. –  Wybacz, nie przedstawiłam się. Mam na imię Adeline. Jak tak o tym myślę, właściciel mówił, że będzie szukał kogoś do drugiego pokoju. Może to właśnie ty miałaś go zająć?

– Umawiałam się na całe mieszkanie dla siebie.

– To co teraz?

– Nie wiem. – Z rezygnacją spojrzałam na telefon. – Naprawdę nie mam pojęcia, co zrobić.

– Chodź, pokażę ci ten wolny pokój. – Ruszyła na lewą stronę korytarza.

Podążyłam za nią, choć wciąż czułam rozrywającą złość i frustrację.

Pokój był mały i prosty, z podłogą pokrytą starymi deskami, które skrzypiały pod stopami. Ściany nosiły ślady upływu czasu. Farba w niektórych miejscach odchodziła, odsłaniając poprzednie kolory. Naprzeciw drzwi znajdowało się wąskie okno, które wychodziło na ulicę. Przy ścianie stały łóżko z meta­lową ramą, biurko oraz mała szafa – wszystko zniszczone i lekko odrapane.

– Wiem, słabo to wygląda, jednak tylko tyle mogę ci zaproponować – kontynuowała Adeline. – To niezręczne, ale… może da się jakoś rozwiązać tę sytuację?

Wzięłam głęboki oddech, by opanować gniew.

– Będę musiała porozmawiać z właścicielem. To jakaś totalna pomyłka.

Dziewczyna westchnęła i wsparła się dłonią o framugę.

– Pewnie tak. Ale na razie… może po prostu napijemy się herbaty? Nie jestem najgorszą współlokatorką, słowo.

Byłam wzburzona. Chciałam się kłócić, udowodnić swoją rację, jednak wiedziałam, że nie mam innego wyjścia jak zwyczajnie odpuścić i na spokojnie to jakoś rozwiązać. Przecież nie mogłam nocować na ulicy. A dziewczyna była tu pierwsza, więc nie wyrzucę jej z mieszkania – choć ta złośliwa myśl przemknęła mi przez głowę.

– Herbata nie zmieni tego, że zostałam oszukana – burknęłam. – Ale chętnie napiję się czegoś ciepłego.

Wróciłyśmy do kuchni, gdzie Adeline zaczęła przeglądać szafki w poszukiwaniu czystych kubków. Zauważyłam, że porusza się dość nieporadnie, jakby nie wprowadziła się do tego lokum kilka dni temu, tylko wczoraj. Przez cały ten czas oceniałam ją spojrzeniem. Wydawała się młoda, sporo młodsza niż ja, i wyraźnie nienauczona prowadzenia domu. Całkiem ładna tleniona blondynka, dość niska oraz drobna, co łatwo było stwierdzić mimo za dużej bluzy.

– Mam zieloną herbatę i… – zerknęła na mnie przez ramię – coś, co wygląda jak earl grey. Którą chcesz?

– Czarną – odparłam bez entuzjazmu i zaplotłam przed sobą ramiona, bo wciąż próbowałam poskładać myśli.

– Mówisz, że jechałaś przez pół Anglii? Skąd dokładnie? – spytała, nalewając przy tym wody do czajnika.

– Z Blackpool.

– Rzeczywiście kawał drogi. Ale wiesz, może to nie takie złe? Znaczy… zawsze raźniej mieć kogoś do pogadania, prawda?

Nie odpowiedziałam od razu. Optymizm dziewczyny był dla mnie zbyt natarczywy, a ja nie za bardzo miałam ochotę na jej towarzystwo. Adeline nie wydawała się jednak zniechęcona moim milczeniem.

– Nie przejmuj się tak – mruknęła pokrzepiająco. – Damy radę. W ogóle jak masz na imię? Chyba mi nie powiedziałaś.

– Alice. Alice Keys.

– Keys? Jak ta Alicia Keys? – Zamrugała zaskoczona i zażartowała: – Może się znacie?

Spojrzałam na nią z politowaniem, a ta odchrząknęła i usiadła na blacie kuchennym. Jej nogi nie dosięgały podłogi. Machała nimi, delikatnie stukając piętami o szafkę.

– Ja nazywam się Adeline Evans. – Uśmiechnęła się szeroko. – Miło cię poznać, Alice. Cieszę się, że zostaniemy współlokatorkami.

– Nie zostaniemy. To tymczasowe wyjście. Umówiłam się z właścicielem na całe mieszkanie. Obiecywał, że wszystko będzie gotowe, a ja uwierzyłam, choć nie mogłam się do niego dodzwonić przez kilka dni. Idiotka. Powinnam mieć tu ciszę, spokój i przestrzeń do pracy.

– Pracujesz zdalnie? – zapytała z zaciekawieniem.

– Piszę.

– Och! Poważnie? A co takiego?

– Różnie. Dorabiam nawet jako copywriter… a przynajmniej próbuję.

– Tak? I jak ci idzie? Ja zaczęłam studia na Newcastle College.

– Newcastle College? To kawał drogi od Hexham.

– Ale tu mają tańsze mieszkania. – Wzruszyła ramionami. – Studiuję zaocznie i weekendami dojeżdżam. Poza tym tutaj mieszka mój chłopak. Dzięki temu, że jestem na miejscu, możemy się częściej spotykać.

– Ale… – zaczęłam podejrzliwie – chyba on nie mieszka z tobą, co?

– Nie. Mówił, że to byłoby kłopotliwe. Powiedz mi, w Black­pool też mieszkałaś sama?

– Tak – skłamałam, nie chcąc się zagłębiać w tłumaczenia.

– Ja nigdy nie miałam lokum na wyłączność. Myślałam, że to świetne rozwiązanie, ale… – Urwała, kiedy dobiegł nas dźwięk gotującej się wody.

Adeline zeskoczyła z blatu i od razu zaczęła szykować herbatę. Przyjrzałam się jej z uwagą. Wydawała się szczera i rzeczywiście ucieszyła się na wizję wspólnego mieszkania. Chyba była samotna, bo przez to gadulstwo sprawiała wrażenie, jakby dawno nie doświadczyła towarzystwa. Trochę współczułam dziewczynie, bo wyglądała jak biedny porzucony szczeniak w tej za dużej różowej bluzie i z jasnymi kosmykami sterczącymi wokół okrągłej twarzy. Miała ciekawe oczy – ciemnobrązowe, które mocno kontrastowały z kolorem włosów.

Podeszła bliżej i z niezmywalnym uśmiechem podała mi kubek parującej herbaty.

– Słodzisz?

– Nie. A skoro już mamy być współlokatorkami, to przynajmniej ustalmy jakieś zasady – oznajmiłam, odstawiwszy kubek na blat. – Po pierwsze, potrzebuję ciszy, kiedy pracuję. Więc żadnych imprez, muzyki na cały regulator i tłumów ludzi w mieszkaniu.

– Czyli zostaniesz tutaj? – zapytała, uśmiechając się szeroko. – Ależ to…

– Po drugie – przerwałam jej – sprzątamy na bieżąco. Nie mam zamiaru zbierać twoich rzeczy ani patrzeć na stosy naczyń w zlewie.

Adeline uniosła dłonie w obronnym geście.

– Spokojnie, nie jestem bałaganiarą.

Zmierzyłam ją wzrokiem, przełykając wiele kąśliwych słów na temat stanu mieszkania, który był najlepszym dowodem na to, że nie mówi prawdy.

– I ostatnia rzecz. – Nachyliłam się lekko w jej stronę. – Jeśli uda ci się skontaktować z właścicielem, chcę o tym wiedzieć. Mam z nim sporo do obgadania.

– Oczywiście – odpowiedziała. – Dam ci znać!

Westchnęłam cicho i przeczesałam palcami ciemne włosy. Jeszcze nie wiedziałam, co myśleć o tej sytuacji, ale przynajmniej miałam dach nad głową. Na razie musiało mi to wystarczyć, choć nie tak wyobrażałam sobie życie, które zamierzałam wieść w Hexham. W głowie wciąż układałam plan rozmowy z właścicielem, gdy tylko uda mi się z nim skontaktować. W tej chwili to mieszkanie – i ta niechciana współlo­katorka – były dla mnie wszystkim, co miałam, więc nie mogłam tego odrzucać.

***

Pół dnia próbowałam rozpakować walizkę, gryząc się tym, co zaszło. Zrezygnowana usiadłam na łóżku i rozejrzałam się po pokoju. Stare biurko nadawało się do pracy, niewielka szafa mogła wystarczyć, by pomieścić moje rzeczy, ale ogólny wygląd pomieszczenia bardzo mnie przytłaczał. Kremowe ściany, gdzieniegdzie zabrudzone i popękane, wyglądały gorzej niż w moim rodzinnym domu, a można by rzec, że wychowałam się bardziej w melinie niż w luksusie. W pomieszczeniu czuć było wilgoć, więc otworzyłam okna na oścież. W twarz uderzyło mnie chłodne powietrze z zewnątrz, które nieco otrzeźwiło skołatane nerwy. Zapadał już zmierzch. Blask pobliskiej latarni sprawił, że lekko zmrużyłam oczy. Poczułam, że jestem zmęczona. Wokół panowała cisza, przerywana jedynie szumem ulicy i czasem jakimś odgłosem z kuchni.

Zaczerpnęłam świeżego powietrza i odwróciłam się, by raz jeszcze rzucić okiem na pomieszczenie. Pomyślałam o drobnych zmianach – może nowa narzuta na łóżko, kilka roślin na parapet, lampki, żeby dodać ciepła i przytulności temu miejscu? Pokój potrzebował nieco charakteru. Czegoś, co uczyni go bardziej moim. Zawsze marzyłam o biblioteczce, ale… Nie. Przecież nie zamierzałam tu zostać.

Zerknęłam na stojącą w kącie walizkę. Choć zdążyłam ją już właściwie opróżnić, coś mnie tknęło, by do niej podejść. Otworzyłam ją i niepewnie wyciągnęłam rękę po leżący na dnie smartfon. Było to stare, nieużywane urządzenie, bo teraz korzystałam z nowej komórki.

Czarne etui, na którym widniał czerwony napis Chainfire. Podniosłam telefon, wściekając się na siebie, że nie potrafię go zwyczajnie wyrzucić – a wiedziałam, że powinnam. Przytrzymałam kciukiem przycisk zasilania. Ekran rozbłysnął i niemal od razu pojawiły się powiadomienia. Pokój wypełniły pikające dźwięki wiadomości i nieodebranych połączeń. Ostatnie – dwie godziny temu. Wcześniejsze z wczoraj, przedwczoraj, sprzed pięciu dni, tygodnia, dwóch tygodni. Zapisane SMS-y niemal zapchały skrzynkę. Wszędzie jako nadawca widniał Chris Vega.

Wiedziałam, co chce mi powiedzieć. Patrzyłam na ekran, czując, jak ściska mnie w gardle. Nie dlatego, że mężczyzna próbował dowiedzieć się, gdzie jestem, ale dlatego, że ich wszystkich zostawiłam, a oni stanowili moją rodzinę. Zacisnęłam dłoń na telefonie, gdy ta zaczęła drżeć. Chciałam roztrzaskać komórkę o ścianę, bo mogła ona zdradzić miejsce mojego pobytu, jednak nie potrafiłam tego zrobić. Zamiast tego ją wyłączyłam i wrzuciłam z powrotem do walizki. Z impetem zamknęłam pokrywę, wsunęłam bagaż pod łóżko i wyprostowałam się, próbując przy tym uspokoić oddech.

Choć przez chwilę miałam ochotę wyjść z pokoju, wiedziałam, że znowu trafię na Adeline. Dziewczyna była bardzo miła, ale jej gadulstwo – nieco męczące. Cały czas mnie zaczepiała. Rzucała luźne uwagi o rzeczach, które nie działały w mieszkaniu, czy o otwartym do późnych godzin sklepie na rogu – nic, co byłoby w jakimkolwiek stopniu istotne. Nie chciałam tego słuchać. Już wolałam posiedzieć tu w ciszy. Miałam serdecznie dość tego dnia.

Zgasiłam światło, po czym położyłam się do łóżka i nakryłam kołdrą niemal pod sam nos. Pościel, choć czysta, pachniała obco, jakby ktoś przyniósł ją z lumpeksu. Za każdym razem, kiedy się poruszyłam, słyszałam skrzypnięcie metalowej ramy. Krzywiłam się na ten nieprzyjemny dźwięk. Pokój w półmroku wyglądał inaczej. Blade światło latarni ulicznej wpadało przez niedosunięte zasłony, rysując na ścianach nieregularne cienie, które zdawały się hipnotyzować.

Zamknęłam oczy i próbowałam zasnąć, ale myśli nie dawały mi spokoju. W głowie przewijały się obrazy z Black­pool – te, o których chciałam zapomnieć. Musiałam wierzyć, że zrobiłam krok w dobrą stronę, bo nie miałam już drogi powrotnej.

Będzie dobrze, powtarzałam sobie w duchu. Wszystko wymaga czasu.

Rozdział 2

I walk a lonely road, the only one that I have ever known.

Boulevard of Broken Dreams – Green Day

Adeline

Ta noc była inna, spokojniejsza, bo wiedziałam, że ktoś znajduje się tuż za ścianą. Nie znałam tej kobiety, ale coś w jej zachowaniu sprawiało, że czułam do niej dziwną sympatię. Wydawała się doświadczona, pewna siebie, jakby potrafiła zapanować nad chaosem tego miejsca i wszystkimi drobnymi problemami, które przytłaczały mnie, odkąd tu zamieszkałam. Po raz pierwszy od wielu dni nie czułam się taka samotna. Nie płakałam zamknięta w tych czterech ścianach, rozmyślając, czy podjęłam dobrą decyzję, gdy opuściłam dom.

Przytuliłam się mocniej do poduszki i zerknęłam na ścianę. Wyobrażałam sobie Alice leżącą w swoim pokoju. Ciekawe, czy już spała… A może leżała ze smartfonem w dłoni, bo też nie mogła zasnąć? Co by zrobiła, gdybym zapukała do drzwi i spytała, czy wszystko w porządku? Nie, to byłoby dziwne. Przecież ledwie się znałyśmy.

Przewróciłam się na drugi bok i wzięłam do ręki telefon. Spojrzałam na ekran – żadnej wiadomości. Richard milczał od kilku dni. Próbowałam to sobie tłumaczyć na różne sposoby. Może był zajęty? Może nie wiedział, co napisać? A może… Może po prostu nie chciał? Zacisnęłam zęby i odpędziłam tę ostatnią myśl. Wolałam w to nie wierzyć. Nie miał przecież powodu, by się na mnie gniewać.

Westchnęłam ciężko i odłożyłam urządzenie na szafkę nocną. Przez chwilę patrzyłam na sufit, licząc rysy, które tworzyły abstrakcyjne wzory, gdy przez okno wpadało światło księżyca. Niespodziewanie usłyszałam dźwięk – delikatne skrzypnięcie podłogi. Może to tylko stary dom dawał o sobie znać, ale coś sprawiło, że usiadłam na łóżku.

Kolejny niepokojący odgłos wyciągnął mnie z pościeli. Na palcach podeszłam do drzwi i uchyliłam skrzydło. W holu było całkiem ciemno, więc nie mogłam dostrzec źródła hałasu. Znowu coś usłyszałam – tym razem kroki. Niemal krzyknęłam, kiedy poczułam pchnięcie i ktoś zamknął mi usta pocałunkiem.

– Richard – szepnęłam, gdy oderwał wargi od moich, a ja rozpoznałam jego zapach.

– Nareszcie – wymruczał, chwytając mnie przy tym w talii i przyciągając bliżej.

Wsunął dłonie pod moją koszulę nocną, jeszcze zanim zdążyłam pomyśleć, co zrobić.

– Nie teraz – wyszeptałam. – Tu jest…

– Ćśśś…

W pierwszym odruchu próbowałam go powstrzymać, ale gdy chwycił pierś i zacisnął palce na nabrzmiałym sutku, prędko zaprzestałam walki. Wiedziałam, że to nie miejsce ani czas na chwile czułości, jednak nie potrafiłam powiedzieć „nie”. Miałam tylko nadzieję, że Alice nas nie usłyszy.

Chwyciłam za klamkę i popchnęłam drzwi, a te zamknęły się z cichym kliknięciem. Poddałam się pieszczotom i oparłam o ścianę, czując, jak zimna powierzchnia kontrastuje z żarem dotyku ukochanego.

– Richard… – sapnęłam, ale przerwał mi pocałunkiem. Głębokim, niecierpliwym, który prawie pozbawił mnie tchu.

Jego dłoń wsunęła się pod bieliznę, podczas gdy druga cały czas pieściła sutek. Czułam na żebrach ciepłą skórę przedramienia mężczyzny i mogłam jedynie zamknąć oczy, pozwalając mu prowadzić. Mój oddech stawał się szybszy, nierówny, kiedy włożył palce do gorącego wnętrza. Przygryzłam wargę, gdy poczułam błogość.

Serce waliło mi w piersi. Słyszałam cichy szelest ubrań, które lądowały na podłodze, i ciężki, wywołujący łaskotanie na uchu oddech Richarda. Przyciągnął mnie do swojego gorącego ciała i zmusił, bym położyła się na łóżku. Ukochany ściągnął mi majtki i posiadł gwałtownie, nawet nie sprawdzając, czy jestem na to gotowa. Każdy dotyk wydawał się bardzo intensywny, niemal bolesny i niemożliwy do zignorowania. Mężczyzna obejmował moją talię z taką siłą, że prawie nie mogłam się ruszyć. Szeptał coś, ale słowa ginęły w głośnym oddechu, kiedy poruszał się coraz szybciej do przodu i do tyłu. Zostałam przygnieciona do pościeli, praktycznie pozbawiona możliwości swobodnego nabierania powietrza, jednak nie waży­łam się na słowa skargi. Bałam się, że rozzłoszczę Richarda. Że zacznie krzyczeć albo wyjdzie z mieszkania i znowu nie zobaczę go przez kilka dni, może nawet tygodni. A przecież przyjechałam tu dla niego. Pragnęłam, by mnie kochał – bez względu na wszystko.

Zacisnęłam dłonie na jego ramionach, starając się znaleźć punkt oparcia w tym szaleństwie. Każdy kolejny ruch zdawał się przesuwać granicę między rozsądkiem a kompletnym zatra­ceniem. W głowie miałam chaos – myśli przeskakiwały między rozgoryczeniem a potrzebą bliskości, którą rozpaczliwie pragnęłam zaspokoić.

Kiedy mężczyzna napiął wszystkie mięśnie i zastygł, wiedziałam, że właśnie doszedł. Opadł na mnie, przygniatając mocniej do łóżka. Słyszałam, jak ciężko oddycha, kiedy lekko zarośniętą szczęką jeździł po moim odsłoniętym ramieniu.

Po chwili się podniósł. Rozciągnął leniwie mięśnie, poruszając barkami, i sięgnął po spodnie. Dopiero teraz zapalił światło, a ja skuliłam się odruchowo, by osłonić ciało. Bez słowa obserwowałam, jak zapina spodnie i poprawia pasek. Nie patrzył na mnie. Wyglądał, jakby odpłynął gdzieś myślami.

Niespodziewanie wyszedł z pokoju, zapewne udał się do kuchni. Czuł się tu jak u siebie, o wiele swobodniej niż ja sama. Pospiesznie naciągnęłam majtki i poprawiłam koszulę nocną. Pobiegłam za nim.

– Dlaczego się nie odzywałeś? – zapytałam niepewnie. – Myślałam…

– Miałem sporo na głowie – przerwał mi obojętnym tonem.

Przestąpiłam nerwowo z nogi na nogę. Nie wiedziałam, co powiedzieć. Słowa Richarda zawisły w powietrzu, a ich znaczenie było aż nazbyt jasne.

Miał sporo na głowie.

No tak. Żonę, obowiązki. Inne życie, które zawsze pozostawało poza moim zasięgiem.

Wyciągnął ze zlewu brudny kubek, umył go i sięgnął po czajnik. Nalał do niego wody, a następnie włączył. Z górnej szafki wyjął sypaną kawę, którą kiedyś kupiłam specjalnie dla niego.

– I dlatego nie mogłeś nawet napisać? – wydusiłam w końcu z wyrzutem.

– Zmieniłem telefon i gdzieś zapodział mi się twój numer – mruknął, czekając na zagotowanie się wody.

– Telefon? Ale…

– Co tu się wyrabia?! – dobiegł nas krzyk tuż po tym, kiedy drzwi do pokoju Alice otworzyły się z impetem. – Czy wy wiecie, która godzina?!

Przez chwilę przyglądałam się kobiecie bez słowa. Miała potargane włosy, a wyraz twarzy jednoznacznie świadczył o irytacji. Była w samych szortach oraz bokserce, dzięki czemu spostrzegłam, jaka jest smukła i zgrabna, co w połączeniu z jej wzrostem sprawiało, że przypominała modelkę. W moich oczach wydawała się nieprzyzwoicie piękna. Ileż bym dała, by mieć taką urodę – jasnobłękitne oczy, tak mocno kontrastujące z prawie czarnymi włosami.

– Hej, mówię do was – burknęła ostro Alice. – Niektórzy tu próbują spać.

Poczułam, jak moja twarz płonie ze wstydu. Spojrzałam na Richarda, a ten odwrócił się leniwie z kubkiem świeżo zrobionej kawy. Ocenił wzrokiem dziewczynę i prychnął pogardliwie, jakby całe zamieszanie w ogóle go nie dotyczyło.

– Nie wiedziałem, że ktoś jeszcze tu mieszka – powiedział nonszalancko. – Na przyszłość będę o tym pamiętać.

Alice zmrużyła oczy i skrzyżowała ramiona na piersi.

– Miło wiedzieć, że goście czują się tu jak u siebie – warknęła i obrzuciła mnie karcącym spojrzeniem. – Co do naszych zasad, takich sytuacji również nie będę tolerowała. Nie mieszkasz tu sama, Adeline. Żeby mi to było ostatni raz.

Odwróciła się na pięcie i z hukiem zamknęła za sobą drzwi.

Richard tylko wzruszył ramionami, ale ja czułam, jak gniew i zażenowanie dziewczyny przenikają mnie na wskroś. Było mi tak strasznie wstyd.

– Co to za baba? – zapytał.

– To Alice. Moja… współlokatorka. Przyjechała dziś rano.

Prychnął, oparł się o kuchenkę i przyjrzał mi z rozbawieniem.

– Miałaś mieszkać sama.

– To chyba tymczasowe – wyjaśniłam. – Właściciel trochę namieszał.

– Namieszał? – rzucił szyderczo i upił ostrożnie kilka łyków gorącej kawy. – To niech to odkręci. Ta tutaj nie wygląda na kogoś, z kim można się dogadać. Co za charakterek.

– Nie. Jest w porządku, tylko… – Pokręciłam głową. – Wkurzyła się, bo nie dajemy jej spać.

Ukochany zaśmiał się pod nosem. Odstawił kubek i ujął mnie za biodra, by przyciągnąć bliżej. Jego dłonie przesunęły się po moich plecach, aż zamarły na karku.

– To jej problem, nie nasz. – Pochylił się, żeby pocałować szyję.

Chciałam zaprotestować, przypomnieć, że Alice jest tuż za ścianą, ale dotyk mężczyzny zbyt skutecznie odciągał myśli od czegokolwiek innego. Błogość otulała mnie jak miękki koc, przez co miękły mi nogi. Przymknęłam oczy, pozwalając sobie na chwilę zapomnienia. Usta Richarda sunęły po skórze, co wywoływało przyjemny dreszcz.

– Może zostaniesz na noc? – wyszeptałam niemal błagalnie.

Uniósł głowę i spojrzał na mnie z mieszaniną rozbawienia oraz politowania.

– Wiesz, że nie mogę – odpowiedział, gładząc moją twarz. – Ale dzięki za klucze, miło było tu przyjść i cię zobaczyć.

Poczułam ukłucie gdzieś głęboko, choć wiedziałam, że nie mógł tak po prostu zostać. Richard zawsze zostawiał mnie z takim wrażeniem – jakbym była tylko chwilową ucieczką. Czymś, co można odłożyć, gdy nadejdzie pora wracać do rzeczywistości.

– Może następnym razem – rzucił jeszcze, po czym ucałował lekko moje czoło. – Do zobaczenia.

Odwrócił się, włożył buty, a potem wyszedł na zewnątrz. Siedziałam chwilę nieruchomo, słuchając oddalających się kroków, aż w końcu zebrałam się na odwagę, by zamknąć za nim drzwi na klucz i wrócić do swojego pokoju.

Przekraczając próg, poczułam unoszący się w powietrzu zapach Richarda – mieszankę jego wody kolońskiej i czegoś jeszcze, co zawsze kojarzyłam tylko z nim. Wydawało się, że ta woń osiadła dosłownie wszędzie – na poduszce, na mojej skórze, na pościeli. Zamknęłam za sobą drzwi i oparłam się o nie plecami, czując, że zbiera mi się na płacz.

Nabrałam powietrza i wróciłam do łóżka. Przeciągnęłam dłonią po prześcieradle, jakbym odruchowo szukała śladu po obecności ukochanego. Tkanina była ciepła tam, gdzie jeszcze przed chwilą leżeliśmy. Pogładziłam ją opuszkami palców w czułej pieszczocie.

Nie mogłam się powstrzymać od zadawania w myślach tych okrutnych pytań… Czy Richard wróci teraz do żony? Czy powita ją pocałunkiem? Zapewni o swojej miłości i uda, że ciężko pracował, zamiast przyznać, iż mnie odwiedził?

Zacisnęłam dłonie na krawędziach łóżka, czując przypływ gniewu – na ukochanego, na siebie, na całą tę sytuację, w którą tak głupio się wplątałam. A potem złość ustąpiła miejsca czemuś znacznie gorszemu. Przyszedł wstyd. Wstyd, że tak bardzo pozwalałam temu mężczyźnie na kontrolowanie mojego życia i że tak łapczywie chwytałam każdy ochłap, jaki mi rzucał. Że tak niewiele wymagałam w zamian za swoje poświęcenie.

Leżąc na plecach, wpatrywałam się w sufit. Łzy napłynęły mi do oczu, ale nie pozwoliłam im spłynąć. Nie chciałam znowu płakać. Nie chciałam być tą dziewczyną, która kuli się w kącie i prosi o więcej, podczas gdy facet odchodzi, nie oglądając się za siebie. A jednak dotychczas to robiłam. Pozwalałam sobie na to wszystko, bo tak bardzo bałam się zostać tu całkiem sama.

Przewróciłam się na bok, podciągnęłam kolana pod brodę i objęłam je ramionami.

Musisz to przerwać, pomyślałam. Musisz przestać. Ale jak?

***

Zapach burgerów roznosił się po mieszkaniu. Wiedziałam, że po wczorajszej nocy wpadłam w niezłe kłopoty, i musiałam coś zrobić, żeby załagodzić sytuację. Nie umiałam gotować – w zasadzie w ogóle najchętniej trzymałabym się z daleka od kuchni – dlatego postanowiłam zamówić coś dla siebie i Alice na śniadanie.

Ustawiłam talerze z burgerami na stole, przygotowałam też czyste serwetki, które położyłam obok przy sztućcach. Kiedy usłyszałam za sobą kroki, serce zaczęło mi szybciej bić. Nabrałam powietrza, próbując dodać sobie otuchy.

– Dzień dobry! – Z wymuszonym uśmiechem odwróciłam się do kobiety. – Śniadanie gotowe.

Posłała mi zimne spojrzenie, na co przeszedł mnie nieprzyjemny dreszcz. Jej bardzo jasne niebieskie oczy zdawały się skute lodem. Wzrok miała przeszywający, niemal dosłownie czuło się jego chłód na skórze.

Przełknęłam nerwowo ślinę.

– Tylko nie mów, że nie jesteś głodna – dodałam ze skruchą.

– Nie jestem – przyznała. – Ale oddam życie za choć odrobinę kawy.

– Ach! Już robię!

Natychmiast włączyłam czajnik, sięgnęłam do szafki i właśnie miałam chwycić szklany słoik, kiedy Alice mnie ubiegła i zabrała go spod mojej ręki. To nie takie trudne, zważywszy na fakt, że była prawie o głowę wyższa.

– Nie musisz mi usługiwać – stwierdziła.

– Ale ja… chciałam być miła. Wiem, że wczoraj wyszło niezręcznie. Naprawdę przepraszam. To się więcej nie powtórzy.

Dziewczyna uniosła brew, a na jej twarzy pojawił się wyraz, który nie do końca potrafiłam odczytać. Może była to irytacja, a może coś w rodzaju kpiny? Nie wiedziałam, ale poczułam się bardzo źle.

Sięgnęła po łyżeczkę i nasypała do kubka dwie łyżki sproszkowanej kawy.

– Tak, było niezręcznie. Ludzie zazwyczaj starają się nie budzić innych w środku nocy – mówiła, wlewając wrzątek do naczynia. – Zwłaszcza jeśli mieszkają z kimś, kogo ledwo znają.

Zacisnęłam usta, czując, jak na twarz wpełza mi rumieniec.

– Przepraszam. Masz prawo być zła. Richard… On po prostu… – Zawahałam się. – Nie wiedziałam, że przyjdzie.

– To ten, za którym przygnało cię do Hexham?

– Tak.

– Odważnie. Słyszałam, o czym rozmawialiście. To typ faceta, który myśli, że wszystko mu wolno, a ty na to pozwalasz. Uważaj na niego. Znam takich kolesi.

Te słowa ugodziły mnie w czuły punkt. Wiedziałam, że ma rację, ale nie chciałam tego przyznać. Gdy obie usiadłyśmy przy stole, przesunęłam talerz z burgerem w stronę Alice, starając się jakoś odciągnąć jej uwagę od mojej czerwonej twarzy.

– Chciałam, żebyś miała coś dobrego na początek dnia – powiedziałam cicho. – Po prostu… próbuję jakoś naprawić złe wrażenie.

Alice się zawahała. Wstrzymałam oddech, czekając na reakcję.

– Wiesz, że nie musisz tego robić? – dopytała.

– Ale chcę! Po prostu czuję, że zasłużyłaś na przeprosiny.

Jej oczy przewiercały mnie niemal na wylot. Gdy dziewczyna patrzyła tak zupełnie nieskrępowana, nie wiedziałam, gdzie mam uciec wzrokiem.

– Nie chcę się wtrącać… – Podniosła burgera, a ja poczułam chwilową ulgę, kiedy zaczęła jeść. – Ale ten facet, który tu był, wygląda na dużo starszego od ciebie.

Zesztywniałam na moment, po czym zaczęłam bawić się skrawkiem serwetki.

– Nie… nie do końca – odparłam cicho, mając nadzieję, że nie będzie drążyć tematu.

– Nie do końca? – powtórzyła, unosząc brew. Jej ton nie wydawał się oskarżycielski, tylko raczej troskliwy, co mnie zaskoczyło.

– Wiem, jak to wygląda. Ale to bardziej skomplikowane.

Alice odłożyła burgera. Oparła się o krzesło i skrzyżowała ramiona.

– Jest żonaty?

To było jak siarczysty policzek, który sprawił, że do oczu napłynęły mi łzy. Podniosłam na nią wzrok, ale zaraz spuściłam go z powrotem na stół. Czułam, jak po mojej twarzy rozlewa się ciepło. Nie mogłam odpowiedzieć. Słowa uwięzły mi w gardle, a ja jedynie potrząsnęłam głową, choć sama nie wiedziałam, co to ma znaczyć.

– Adeline… – powiedziała łagodniej, ale z wyczuwalną w głosie nutą rozczarowania. – Jeśli jest żonaty, to…

– Nie chcę o tym mówić! – przerwałam jej, podnosząc głos bardziej, niż zamierzałam. Po chwili odetchnęłam i dodałam ciszej: – Po prostu to nie jest takie proste, jak się wydaje.

Alice milczała, a mnie ogarniał coraz większy wstyd. Wiedziałam, co sobie myśli. Sama miałabym podobne zdanie, gdyby sytuacja dotyczyła kogoś innego. Ale tkwiłam w tym po uszy i nie umiałam z tego wybrnąć. Co powinnam zrobić? Wrócić do rodziców? Za nic w świecie nie mogłam do tego dopuścić. Nie chciałam. A bez Richarda bym sobie nie poradziła.

– W porządku – westchnęła w końcu dziewczyna i sięgnęła po kubek świeżo zaparzonej kawy. – W sumie to nie moja sprawa. Mam tylko nadzieję, że wiesz, co robisz.

Nie odpowiedziałam, jedynie spuściłam wzrok, zbyt zawstydzona, żeby spojrzeć jej w oczy. Wiedziałam, że nie rozumie. Nikt by nie zrozumiał. Moje życie było poplątaną siecią kłamstw, samotności i strachu. Wyłącznie ja mogłam ją rozplątać… jeśli w ogóle ktokolwiek był w stanie.

– Dziękuję za śniadanie – rzuciła po chwili Alice.

Patrzyłam, jak znika w swoim pokoju i zamyka za sobą drzwi. W kuchni nagle zrobiło się cicho, a ja poczułam się jak dziecko, które właśnie zostało skarcone. Tak jak wtedy, kiedy pewnego lata postanowiłam postawić się matce.

Miałam szesnaście lat i pierwszy raz odnosiłam wrażenie, że komuś naprawdę na mnie zależy. Nathaniel był chłopcem z sąsiedztwa i nawet teraz bez problemu mogłam przywołać obraz jego rozczochranych ciemnych włosów. Pamiętam też, że nosił sprane koszulki zespołów, których nazw wtedy jeszcze nie znałam.

Od jakiegoś czasu widywaliśmy się ukradkiem, kiedy tylko udawało mi się umknąć przed czujnym wzrokiem matki. Wspominałam, jak za każdym razem, gdy się spotykaliśmy, rozciągał usta w uśmiechu, czym sprawiał, że motyle łaskotały mnie w brzuchu.

Tamtego dnia wymknęłam się z domu późnym popołudniem. Rodzice myśleli, że siedzę w swoim pokoju i czytam, bo musiałam przygotować się do egzaminów. Ja jednak otworzyłam okno, zsunęłam się na dach garażu i dalej po rynnie prześlizgnęłam na trawnik. Wiedziałam, że jeśli mnie przyłapią, zmienią moje życie w piekło. Bałam się – a właściwie byłam przerażona – ale tak bardzo pragnęłam zobaczyć Nathaniela. Pognałam tylną furtką, by dostać się na skraj rosnącego nieopodal lasu. To tam na mnie czekał.

– Myślałem, że nie przyjdziesz – rzucił na mój widok i wsunął dłonie do kieszeni. – Zaimponowałaś mi.

– Czemu? – zdziwiłam się szczerze.

– Bo nigdy nie robisz nic, co mogłoby się nie spodobać twojej mamie.

Dobrze pamiętam, jak zadziałały na mnie te słowa, ale miał rację. Byłam dobrą córką – posłuszną, grzeczną, zawsze spełniającą oczekiwania – a taka nie powinna wymykać się z domu. Wiedziałam, że źle zrobiłam, jednak mama nie zgodziłaby się na spotkanie z Nate’em. Jej zdaniem byłam za młoda, by zostawać z chłopcami sam na sam, ale ja nie potrafiłam się z tym pogodzić.

Spacerowaliśmy więc z Nathanielem po lesie i śmialiśmy się z byle czego. A potem… mnie pocałował. Delikatnie, nieśmiało, jakby się bał, że jeśli zrobi to w nieodpowiedni sposób, ucieknę – ale ja nie zamierzałam tak postąpić. Ten jeden drobny, może niemal niewinny gest sprawił, że poczułam się dorosła. To przekorne zachowanie uzmysłowiło mi, że mogę być sobą – wbrew temu, co mówi mama.

Tego popołudnia wracałam do domu z bijącym dziko sercem i policzkami rozpalonymi bardziej niż od letniego upału. Wskoczyłam do środka przez okno, cicho je za sobą zamknęłam i oparłam się o parapet, próbując uspokoić oddech.

Byłam szczęśliwa. Naprawdę szczęśliwa.

Wtedy drzwi otworzyły się gwałtownie, a w progu zobaczyłam mamę.

– Gdzie byłaś? – rzuciła ostrym tonem. – Jak w ogóle wyszłaś z pokoju?

– Cały czas tu byłam – skłamałam, czując, jak serce podchodzi mi do gardła. – Przysięgam.

Podeszła bliżej. Spojrzała na mnie badawczo, po czym przejechała dłonią po moich włosach. Wyciągnęła z nich zielony listek.

– Nie kłam. Wyszłaś na zewnątrz.

Przełknęłam ślinę.

– Okno było otwarte – próbowałam się bronić. – To pewnie wiatr…

Nie uwierzyła, widziałam to w jej oczach, ale nic nie powiedziała. Po prostu opuściła pokój, zostawiając mnie samą. Brak nagany nie był jednak powodem do radości, bo już następnego dnia zamontowano w moim oknie zamek, co okazało się bardziej wymowne niż jakiekolwiek słowa. Mama przecież nie mogła stracić nade mną kontroli.

Teraz, choć byłam dorosła i wyrwałam się z nadopiekuńczych szponów rodzicielki wciąż czułam na sobie jej taksujący wzrok, przez co cały czas doszukiwałam się u innych oceny tego, co robię.

W końcu podniosłam się i zaczęłam sprzątać stół, chociaż myślami wciąż krążyłam wokół rozmowy z Alice. Z każdą chwilą coraz bardziej wątpiłam, że mam jakąkolwiek kontrolę nad swoim życiem.

Rozdział 3

When we were young, the future was so bright.

The old neighborhood was so alive.

The Kids Aren’t Alright – The Offspring

Alice

Poranek w Hexham powitał mnie ciszą i świeżym powietrzem przesiąkniętym zapachem mokrych kamieni po deszczowej nocy. Wąskie uliczki, otoczone z dwóch stron szeregówkami, miały w sobie coś nostalgicznego. Szłam powoli, bez celu, patrząc na witryny sklepów, małe kawiarnie i przechodniów. Musiałam się przejść. Zaczerpnąć tchu i chwilę pomyśleć. Byłam tu obca, jednak w tym momencie to mi odpowiadało. Anonimowość dawała swobodę, której dawno nie czułam.

Przez cały czas zastanawiałam się nad tym, co zastałam w nocy. Nie znałam za dobrze tej dziewczyny, ale już widziałam, że jest łatwowierna i nie umie stawiać granic. Zaklęłam w duchu. Byłam zła na nią za to, że się nie szanuje, i na siebie za to, że mi to przeszkadza.

Co mnie obchodzą jej decyzje? Jest dorosła, sama je podejmuje!, łajałam się w duchu, ale jednocześnie nie mogłam przestać myśleć, że ktoś taki jak Richard ją niszczy i wykorzystuje naiwność dziewczyny.

Kiedy stanęłam na moście, popatrzyłam na wąską rzekę poniżej. Od leniwie płynącej wody odbijało się blade światło słońca.

Czy Adeline w ogóle zdaje sobie sprawę, w co się wpakowała? A może po prostu nie wie, że zasługuje na coś lepszego?

Westchnęłam i starałam się odsunąć te myśli. Nie mogłam być jej wybawczynią, ale wyraźnie widziałam, że jest zagubiona. Jak ktoś, kto wszedł do zbyt głębokiej wody i boi się przyznać, że nie umie pływać.

Ruszyłam dalej, analizując zachowanie Adeline. Sprawiała wrażenie, jakby nie do końca rozumiała, w co się wplątała, albo nie wiedziała, że ma prawo powiedzieć „dość”. A może relacja z Richardem była dla niej wszystkim, czym jej zdaniem powinna być miłość – nawet jeśli to iluzja.

Zatrzymałam się nagle, zauważywszy coś na jednej z witryn. Był to różowy kubek z uroczym, karykaturalnym świńskim ryjkiem na froncie. Wyglądał absurdalnie, ale od razu mi się spodobał. Uśmiechnęłam się pod nosem i weszłam do sklepu.

W środku było przytulnie. Półki wypełniono różnorodnymi drobiazgami, a pachniało tam kawą i świeżo zadrukowanym papierem. Poprosiłam o dwa świnkowe kubki – jeden dla Adeline, drugi dla siebie. Sprzedawczyni zapakowała je w kolorowe pudełka, a ja się zastanawiałam, czy dziewczynie spodoba się prezent. Czułam, że idealnie do niej pasuje, patrząc na jej styl ubierania i bałagan, który wokół siebie robiła.

Trzymając torbę z zakupami, wyszłam na zewnątrz. Ruszyłam uliczkami Hexham, a po drodze wyciągnęłam telefon i próbowałam się dodzwonić do właściciela mieszkania. Po raz kolejny usłyszałam tylko monotonne sygnały. Mężczyzna nie odebrał. Westchnęłam ciężko i schowałam urządzenie do kieszeni. Utknęłam – zapłaciłam za trzy miesiące z góry, a to były oszczędności, które odkładałam przez długi czas. Gdybym teraz zrezygnowała, byłoby to jak wyrzucenie tych pieniędzy w błoto, na co zwyczajnie nie mogłam sobie pozwolić.

Skierowałam się do marketu, gdzie kupiłam podstawowe produkty spożywcze: pieczywo, warzywa, kilka konserw i paczkę makaronu. Dodałam do tego herbatę i butelkę mleka, a potem zatrzymałam się w dziale z tekstyliami. Tam znalazłam miękki, szary koc, który idealnie pasował do łóżka w moim pokoju – wciąż jeszcze pachnącego obcością.

Nim podeszłam do kasy, wyciągnęłam telefon i otworzyłam aplikację banku, by sprawdzić stan konta. Postanowiłam, że po powrocie do domu dokładnie przyjrzę się wszystkim wydatkom, ale już teraz wiedziałam, że szybko zacznie mi brakować funduszy na podstawowe potrzeby.

Idąc z torbami w stronę mieszkania, głowiłam się, jak wybrnąć z tej sytuacji. Praca jako copywriter przynosiła pieniądze, jednak zlecenia bywały nieregularne. Zdarzały się tygodnie, kiedy miałam pełne ręce roboty, ale też takie, gdy nie dostawałam nic. Zleceniodawcy byli kapryśni, płatności często opóźnione, a ja potrzebowałam funduszy, tym bardziej że wydałam już wszystkie swoje oszczędności. Musiałam jeść, płacić rachunki i w ciągu trzech następnych miesięcy zebrać środki na kolejną opłatę za wynajem. Może powinnam poszukać czegoś innego? Jakiejś pracy na miejscu, nawet tymczasowej? Na pewno znalazłabym coś, co mogłabym robić. W sklepie, knajpie… Gdziekolwiek.

Przełknęłam dumę i zaczęłam rozważać te opcje. Może nie byłoby to spełnienie marzeń, ale przynajmniej zapewniłoby regu­larne dochody. Myśląc o tym, dotarłam do mieszkania. Weszłam do środka i zabrałam się do rozpakowywania zakupów.

Gdy wyjmowałam z torby ostatnie rzeczy, usłyszałam delikatny skrzyp zawiasów. Popatrzyłam w tamtą stronę i dostrzegłam Adeline. Stała w uchylonych drzwiach, ledwie wystawiając głowę. Kiedy nasze spojrzenia się spotkały, wyraźnie się speszyła i cofnęła do pokoju. Westchnęłam z rezygnacją.

– Adeline, chodź tu na chwilę! – zawołałam stanowczo.

Drzwi uchyliły się ponownie. Tym razem dziewczyna przez nie wyszła, choć z wyrazem niepewności na twarzy. Unikała mojego wzroku, jakby się bała, że za chwilę ją skarcę.

– Tak? – zapytała cicho.

– To dla ciebie. – Wręczyłam Adeline kolorowe pudełko.

Spojrzała na mnie zdziwiona, a potem rozpakowała prezent. Jej oczy rozbłysły, a usta rozciągnęły się w szczerym uśmiechu.

– Jest cudowny, Alice! – wykrzyknęła, obracając kubek w dłoniach. – To najśmieszniejsza i najsłodsza rzecz, jaką kiedykolwiek dostałam!

Nie zdążyłam zareagować, zanim się rzuciła, by mnie przytulić. Zamarłam, a moment później niezręcznie odwzajemniłam uścisk. Jej entuzjazm był zaraźliwy. Pachniała wanilią i owocowym szamponem. Jak żywa muffinka.

– Naprawdę dziękuję – mruknęła w moją bluzkę.

– Kupiłam dwa. – Odsunęłam ją od siebie. – Zobacz.

Sięgnęłam po drugie pudełko, które stało na blacie, i zaprezentowałam różowe, porcelanowe naczynie.

– Niesamowite! Te kubki powinny być naszymi talizmanami, żeby przypominały, że zawsze możemy liczyć na siebie nawzajem.

– Że co? Adeline, to tylko kubek – odparłam, próbując ukryć lekkie rozbawienie.

– Nie, nie tylko. Dla mnie ma znaczenie! – upierała się z szerokim uśmiechem.

Jej szczęście wydawało się niemal namacalne, a ja poczułam, że może właśnie tego było mi potrzeba – kogoś, kto znajdzie radość w małych rzeczach, kiedy ja nie zawsze umiałam.

– Napijmy się herbaty! Będziemy świetnie wyglądać, popijając razem z tych świnek.

– Nie tak szybko. Musimy zrobić tu generalny porządek, zanim to miejsce całkiem zarośnie. Ten twój „talizman” też nie umyje się przecież sam.

Adeline otworzyła usta, ale ostatecznie tylko westchnęła i skinęła głową. Postanowiłam tego nie komentować – widziałam, że nie chce sprzątać, ja jednak nie zamierzałam przebywać w takim syfie.

Porządki zaczęłyśmy od salonu. Adeline zbierała swoje porozrzucane rzeczy – magazyny, ubrania, kubki, które zostawiała gdzie popadnie. Miałam ochotę zapytać, jakim cudem jedna osoba mogła zrobić taki bałagan, ale ugryzłam się w język. Skupiałam się na swoim zadaniu, zbierając śmieci i układając to, co jeszcze nadawało się do użytku.

Kiedy przeszłyśmy do kuchni, całkiem załamałam ręce.

– Adeline, czy naprawdę nigdy nie przyszło ci do głowy, żeby po sobie posprzątać? – Wskazałam stertę brudnych naczyń wystającą ze zlewu.

Dziewczyna zacisnęła usta i nie odpowiedziała. Bez słowa zaczęła zmywać, a ja zabrałam się do segregowania jedzenia na półkach. Wyciągałam zepsute produkty i układałam te, które były jeszcze dobre. Praca szła powoli, ale przynajmniej w ciszy, bo Adeline chyba straciła ochotę na rozmowę.

W łazience to ja przejęłam inicjatywę – wyszorowałam wannę i umywalkę, podczas gdy współlokatorka wytarła lustro oraz ustawiła kosmetyki na półkach. Przy okazji odkryłyśmy kilka pustych opakowań, które wyrzuciłyśmy, by zrobić miejsce na moje rzeczy.

W końcu, gdy udało nam się uprzątnąć większość mieszkania, usiadłam na chwilę przy stole. Adeline wyglądała na zmęczoną.

– To było… – zaczęła, ale przerwała, szukając odpowiednich słów. – Intensywne. Nie pamiętam, kiedy ostatnio tak się zmęczyłam.

– Może dlatego, że nigdy nie sprzątałaś – zakpiłam.

– Och, dzięki za przypomnienie – westchnęła teatralnie. – Może po prostu nie miałam do tego motywacji?

– Motywacji? A bałagan po sufit to nie jest wystarczająca motywacja?

Zaśmiała się krótko, odchylając głowę do tyłu, i rozparła na krześle.

– Może miałam nadzieję, że samo się posprząta? Albo że ktoś to zrobi za mnie? – Spojrzała w moją stronę z szelmowskim uśmiechem.

– Nie jesteś księżniczką z bajki, Adeline. Nie ma magicznych wróżek od sprzątania.

– A szkoda. Gdyby były, mogłabym się skupić na czymś bardziej… interesującym. – Przeciągnęła się, jakby podkreślając, że wolałaby poleniuchować.

Zamilkłyśmy na chwilę i rozglądałyśmy się po świeżo uporządkowanej kuchni. Było coś dziwnie kojącego w tym widoku – przestrzeń, która jeszcze kilka godzin temu przypominała pobojowisko, teraz nabrała blasku.

– Wiesz… – zaczęła cicho Adeline, bawiąc się brzegiem serwetki. – Czasem mam wrażenie, że jestem kompletnie bezużyteczna. Że gdyby nie rodzice i ich pieniądze, nie potrafiłabym sobie poradzić.

Zaskoczyła mnie tą szczerością. Zmieszałam się, bo nie wiedziałam, co mogłabym odpowiedzieć. Nim miałam szansę się odezwać, kontynuowała:

– Patrzę na ciebie, Alice, i widzę kogoś, kto ogarnia swoje życie. Wiesz, co robić, jak sobie radzić. Ja… czuję, że ciągle stoję w miejscu.

– To nieprawda – odparłam po chwili. – Każdy ma swoje tempo. Fakt, że dziś sprzątnęłaś mieszkanie, to mały, ale ważny krok. Poza tym jesteś młodsza. Masz jeszcze czas, żeby siebie odnaleźć.

Adeline pokiwała głową, jakby chciała w to uwierzyć, jednak nie do końca była przekonana.

– A ty? Jak się czujesz po przeprowadzce? – zapytała nagle, zmieniając temat. – Nie tęsknisz za… No wiesz, swoim domem?

– Nie. Nie mam za czym.

– Naprawdę? Nie ma nikogo, za kim tęsknisz? – odparła ostrożnie.

Nie odpowiedziałam od razu. W mojej głowie pojawił się obraz, który starałam się ignorować – szczupła sylwetka, jasne oczy, głos odbijający się jeszcze czasem echem w myślach. Tęskniłam, chociaż wiedziałam, że nie powinnam.

– Może jest – powiedziałam wymijająco. – Ale to nie znaczy, że chcę tę osobę zobaczyć.

Adeline pokiwała głową, jakby zrozumiała. Choć wydawało się, że tak naprawdę nie ma pojęcia, o czym mówię, nie naciskała więcej. Zamiast tego sięgnęła po świnkowy kubek, który stał na stole, i zaczęła obracać go w dłoniach.

– Wiesz, czasem bardzo tęsknię za mamą – przyznała cicho. – A mimo to teraz jest mi lepiej. A potem znowu cała się sypię i chciałabym wrócić do domu. I tak w kółko, jakbym sama nie wiedziała, czego chcę.

– Bo jesteś młoda. Niektóre rzeczy po prostu trzeba przeżyć.

Adeline uniosła wzrok.

– Brzmisz jak moja mama – powiedziała z wyrzutem. – Z tą różnicą, że ona zawsze daje mi gotowe rozwiązania, a ty tylko rzucasz mądrościami. Jakby to miało cokolwiek ułatwić.

– Z czasem zrozumiesz – westchnęłam. – W każdym razie dzięki za pomoc w sprzątaniu. Jeśli mogę ci coś podpowiedzieć, to wiedz, że porządkowanie przestrzeni wokoło przypomina trochę układanie życia. Jeśli nie radzisz sobie z tym chaosem, zacznij od małych rzeczy. Może z czasem będzie ci to przychodziło coraz łatwiej.

Adeline spojrzała na mnie i uśmiechnęła się lekko. Skinęła głową i zaproponowała herbatę, która stała się małym toastem po trudach sprzątania. W końcu trzeba było wypróbować te nasze „talizmany”.

Adeline

Siedziałam na kanapie, wpatrując się w ekran telefonu. Przeglądałam aplikację z muzyką, a myślami wciąż wracałam do tego, co powiedziała Alice.

Porządkowanie przestrzeni wokoło przypomina trochę układanie życia – te słowa krążyły mi w głowie.

Czy to możliwe, żeby coś tak banalnego jak sprzątanie było czymś więcej? Jakimś krokiem w stronę ogarnięcia tego chaosu, który od dawna panował w moim życiu?

Uniosłam wzrok i spojrzałam na krzątającą się w kuchni Alice. Coś kroiła, a zapach gotowanego obiadu roznosił się po mieszkaniu i sprawił, że zaburczało mi w brzuchu.

Z westchnieniem włączyłam ulubioną piosenkę Chainfire. Uwielbiałam ich mocne brzmienie. Zwłaszcza utwór Keep the Fire Alive przypadł mi do gustu. Blaze miał niesamowity głos, a do tego był taki przystojny. W śpiewie wokalisty było tyle bólu i rozgoryczenia, że każdy kawałek chwytał za serce.

Dynamiczny rytm oraz uderzenia basów wypełniły przestrzeń, a ja wsłuchałam się w słowa, które znałam na pamięć:

Love bloomed in the grime that night

Under a streetlamp’s harsh, unyielding light

Where shadows danced with tears that fell

Your touch was warm, though life felt cold as hell

A promise whispered, soft and low

The taste of words we both outgrow1

– Wyłącz to! – Krzyk Alice przeszył mnie na wskroś.

– C-co? – wyjąkałam zdezorientowana.

– Powiedziałam, żebyś to wyłączyła!

Zawahałam się, czując wzbierające poczucie winy, choć nie miałam pojęcia, co zrobiłam źle. Drżącymi palcami zatrzymałam piosenkę i odłożyłam telefon na bok.

Alice odwróciła się z powrotem do kuchenki, ale jej ruchy były bardziej nerwowe niż przedtem. Gwałtownie wrzuciła garnek do zlewu, a później szatkowała wściekle warzywa nożem.

– P-przepraszam, jeśli cię z-zdenerwowałam – wydukałam. Chciałam zrozumieć to zachowanie.

Nie odpowiedziała, ale zamarła na moje słowa. Chwilę później głośno wypuściła powietrze i oparła się dłońmi o rant blatu.

– To nie twoja wina – przyznała w końcu, choć ton jej głosu sugerował coś zupełnie innego. – Po prostu… ta piosenka źle mi się kojarzy.

Skinęłam głową, choć nie do końca rozumiałam, o co chodzi. Zaczęłam się zastanawiać, co za wspomnienie wywołało u dziewczyny taką reakcję.

– Ale chodzi o Chainfire czy o ten konkretny kawałek?

– Po prostu nie słuchaj tego przy mnie – odparła sucho.

– Wiesz, jeśli chcesz, mogę po prostu użyć słuchawek – zaproponowałam nieśmiało, próbując załagodzić sytuację.

Alice spojrzała na mnie przez ramię. Przez moment wydawało mi się, że zamierza coś powiedzieć, ale ostatecznie tylko mlasnęła i wróciła do szykowania obiadu. Chciałam zapytać, o co chodzi, jednak nie zrobiłam tego, ponieważ sprawiała wrażenie osoby, która niechętnie o sobie opowiada. Wolałam nie naciskać, bo – pamiętając, jak mówiła, że nie tęskni za domem – obawiałam się, że mają z tym związek jakieś trudne wspomnienia. Alice z pewnością naprawdę dużo przeszła w życiu. Coś – albo ktoś – musiało ją bardzo skrzywdzić. Może dlatego była taka praktyczna, zawsze na wszystko przygotowana.

Przez chwilę trwałyśmy w niezręcznej ciszy. W końcu wstałam, podeszłam do blatu i oparłam się o niego, obserwując przy tym, jak dziewczyna zręcznie kroi warzywa na desce.

– Co gotujesz? – zapytałam, by jakoś zmienić temat.

– Ryż z warzywami i kurczakiem. Nic specjalnego – odpowiedziała chłodno, choć jej ruchy stały się nieco mniej nerwowe.

– Brzmi dobrze. Mogę pomóc? – odparłam, choć nie byłam pewna, czy nie skończyłoby się to katastrofą.

Alice spojrzała na mnie z lekko uniesioną brwią, ale nie odrzuciła oferty. Wskazała nożem miskę.

– Możesz obrać i pokroić cebulę. Jak sobie poradzisz, dam ci coś jeszcze.

Chwyciłam nóż i zabrałam się do pracy. Czułam się trochę jak uczennica pod czujnym okiem wymagającego nauczyciela, ale jednocześnie to zajęcie pozwalało mi oderwać myśli od wcześniejszego incydentu. Nawet jeśli moja współlokatorka wciąż była zdystansowana, ja przynajmniej starałam się zrobić cokolwiek, żeby poprawić atmosferę.

Kiedy skończyłyśmy gotować, usiadłyśmy razem przy stole. Jedzenie było proste, ale smaczne. Mimo swojego chłodnego sposobu bycia Alice potrafiła też zadbać o miły nastrój podczas posiłku, bo zdobyła się na niezobowiązującą rozmowę. Zastanawiałam się, czy kiedyś miała kogoś, kto doceniał te wysiłki. Wydawała się trudna do rozszyfrowania, a jej reakcja na muzykę Chainfire sprawiła, że w mojej głowie pojawiło się wiele pytań. Dziewczyna zdawała się tak pewna siebie, tak poukładana – zupełne przeciwieństwo mnie – a jednak miałam wrażenie, że wcale nie różnimy się aż tak bardzo.

Alice

Leżałam w ciemności, przytulając się do szarego koca, który kupiłam dziś rano w markecie. Starałam się uspokoić myśli. Mimo zmęczenia sen nie nadchodził. W głowie wciąż dźwięczały słowa piosenki, którą Adeline dzisiaj puściła. Nie mogłam ich zignorować, tak samo jak bolesnego ukłucia w piersi.

Joy.

Jego imię wyskoczyło z zakamarków pamięci niczym niepro­szony gość. Nienawidziłam tego, jak brzmi w mojej głowie. Gdy usłyszałam dziś tekst tamtego utworu – napisane przeze mnie słowa, które powstały z bólu dzieciństwa – poczułam się dotknięta. Opowiadał osobistą historię, którą powinni znać tylko moi najbliżsi. Joy zamienił ten wiersz w część swojego repertuaru, ale ta piosenka nigdy nie powinna wyjść poza ściany naszego garażu.

Nie mogłam pojąć, dlaczego to zrobił. Za mało namieszał mi w życiu? Chciał coś udowodnić? A może wynikało to ze zwykłego lenistwa? Nie miało to teraz znaczenia, bo i tak wszystko sprowadzało się do jednego – tych słów nigdy nie chciałam usłyszeć z ust innych ludzi.

Przewróciłam się na bok i wbiłam wzrok w cień na ścianie. Miałam świadomość, że wiersze, które pisałam, zawsze trafiały do Joya. Często przekuwał je w teksty do swoich kawałków, które stawały się hitami znanymi na całym świecie. Ale z tym miało być inaczej. Powinien być tylko mój. Gdybym dalej należała do zespołu, nie pozwoliłabym go użyć.

Joy zrobił to z zemsty, że zniknęłam?

A może nie?

Może chciał mi w ten sposób coś przekazać? To nowy utwór, nie słyszałam go wcześniej. Ten singiel musiał powstać w ciągu ostatniego roku.

Myśląc o tym, przypomniałam sobie dzień, kiedy napisałam te słowa.

Miałam wtedy ledwie siedemnaście lat. Pamiętałam, jakby to było wczoraj.

Ojciec jak zwykle pił, a ja starałam się to ignorować, odrabiając lekcje. Nie byłam dobrą uczennicą, często zawalałam sprawdziany, ale nigdy nie kiblowałam. Pragnęłam tylko skończyć szkołę, stać się w końcu pełnoletnia i żyć z chłopakami, tak jak zawsze marzyłam. Zostało mi tak niewiele, by wreszcie marzenia mogły się ziścić.

Spojrzałam przez okno. Lało jak z cebra. Uderzające o szybę krople zagłuszyły dźwięk toczącej się po podłodze butelki. Zerknęłam na ojca, który stanął mi nad głową.

– Idź do Alberta po dwie flaszki – rzucił ochrypłym głosem i kopnął tę, którą właśnie opróżnił. – Powiedz, że na krechę. Oddam mu.

Wróciłam do odrabiania lekcji.

– Sam se idź.

Szturchnął mnie, a ja odepchnęłam jego rękę.

– Nie widzisz, co robię?! – wrzasnęłam.

– Powiedziałem, że masz iść. Później to skończysz. – Podniósł jedną z książek, obejrzał ją i rzucił na blat biurka. – Słyszysz? Rusz dupę.

– Nie.

– Nie wkurwiaj mnie! – Szarpnął moje ramię. – Powiedziałem: rusz dupę.

Zostałam popchnięta tak mocno, że aż spadłam z krzesła. Wściekłam się nie na żarty.

– Mam dość! – wykrzyknęłam, zanim zdążyłam się powstrzymać. – Nienawidzę cię! Jesteś nic niewartym pijakiem! A żebyś zdechł jak matka!

Podniosłam się prędko i chciałam zejść mu z oczu, ale ten chwycił mnie za bluzkę, po czym pchnął na regał. Mebel się zachwiał, przez co stojący na jednej z półek wazon spadł z trzaskiem na podłogę. Skuliłam się, bo oberwałam w głowę.

– Ty mała szmato! Jak śmiesz!

– P-przepraszam… – wydukałam, widząc, jak ojciec bierze kabel od lampy. – Już pójdę, przepraszam! Błagam, nie!

Ale on nie słuchał. Zamachnął się, a ja nie zdążyłam zareago­wać. Zarejestrowałam świst powietrza, a później bolesne smagnięcie, które rozcięło mi skórę na policzku. Zgięłam się wpół, próbując zasłonić rękami, ale on uderzał dalej.

Pamiętałam ból pleców i ramion. Wiedziałam, że krzyczałam i błagałam, żeby ojciec przestał, jednak słowa niknęły w jego wrzaskach, kiedy wyzywał mnie, kopał oraz walił kablem gdzie popadnie. Po jakimś czasie po prostu przestałam walczyć, zwinęłam się w kłębek na podłodze i czekałam, aż to się skończy. Nie myślałam o bólu ani o tym, jak będę wyglądać po takim laniu. Zwyczajnie pragnęłam tylko przetrwać, by się stąd wydostać. To nie pierwszy raz, gdy mnie bił. Jakże go nienawidziłam…

Kiedy w końcu sobie poszedł, wybiegłam z domu jedynie w tym, co miałam na sobie. Ubrania i włosy prędko mi przemokły w strugach deszczu. Dygotałam z zimna, ale to paradoksalnie przynosiło mi ulgę. Gasiło ogień w miejscach, gdzie skóra paliła po uderzeniach kablem. Byłam taka wściekła i rozgoryczona, że pozwalam na coś takiego. Mój dom już dawno nie jest miejscem, w którym mogę czuć się bezpiecznie – o ile kiedykolwiek tak było.

Przysiadłam w końcu na ławce na dworcu. Cała aż dygotałam z zimna. Skóra pulsowała tępym bólem, a policzki piekły od łez. Nie wiedziałam, co robić ani dokąd iść. Byłam pewna, że zostanę tu na zawsze – choćbym miała umrzeć w tym zapomnianym miejscu, nigdy już nie wrócę do ojca.

– Ace? – Znajomy głos wyrwał mnie z otępienia.

Uniosłam głowę, a wtedy przed sobą zobaczyłam Joya. Jego rozczochrane jasne włosy i zniszczoną skórzaną kurtkę rozpoznałabym nawet w całkowitej ciemności. Podświadomie przyszłam na dworzec, bo ukochany często się tu kręcił. Tak naprawdę chciałam zostać przez niego odnaleziona.

Nie odpowiedziałam, tylko się skuliłam, a on podszedł bliżej i bez zbędnych komentarzy po prostu zdjął z ramion kurtkę. Okrył mnie nią i usiadł obok. Jego ubranie pachniało dymem papierosowym, ale w tamtej chwili wydawało mi się to najpiękniejszą wonią na świecie. Niosła za sobą obietnicę, że teraz będę bezpieczna.

– Nie patrz tak – burknęłam, kiedy dotknął mojego zranionego policzka.

Nie zareagował. Po prostu objął mnie ramieniem i ucałował przemoczone włosy. Siedzieliśmy w milczeniu, słuchając, jak deszcz dudni w metalowy daszek nad naszymi głowami, a ja starałam się uspokoić.

– Wiesz, Ace – zaczął nagle – myślę, że kiedyś trafimy na szczyt. Obiecuję ci to.

Spojrzałam na niego z niedowierzaniem.

 – Chyba śnisz – fuknęłam, ale to była piękna wizja.

Rozciągnął usta w typowym dla siebie, przekornym uśmiechu.

– Po to są sny, prawda? Nikt nie zabroni nam marzyć.

– No nie… – przyznałam.

I choć wydawało mi się to zwykłym, pustym frazesem, coś sprawiło, że zaczęłam wierzyć w te słowa. Tamtej nocy straciłam wszystko, ale przy tym chłopaku czułam, że świat właśnie padł mi do stóp.

Teraz jednak, kiedy patrzyłam wstecz, wiedziałam, że Joy też uciekał. To nie mój wybawca. Przynajmniej nie do końca. Był równie zagubiony jak ja, tylko lepiej to ukrywał. Tamtej nocy, na tej starej ławce, dał mi złudne poczucie bezpieczeństwa, którego tak bardzo wtedy potrzebowałam.

Nie mogłam sobie pozwolić, by wrócić na dłużej do tamtych czasów. Do tamtej wersji siebie, która była słaba, zagubiona i łatwa do zmanipulowania. Wtedy prawie mnie to zniszczyło. A dzisiaj, słuchając słów tej piosenki, czułam, jak tamten gniew i ból powracają.

Próbując uspokoić oddech, zacisnęłam dłonie na kocu. Musiałam być silna. Przeszłość nie miała prawa mnie prześladować, nawet jeśli zostawiła blizny, które nigdy nie znikną. Czułam jednak tę pulsującą potrzebę, te piekielne dreszcze, które zawsze towarzyszą głodowi. Było to jak rwący ból rozprzestrzeniający się po całym ciele. Każdy mięsień drżał, każda kość bolała, a w głowie miałam jeden wielki chaos. To jak wewnętrzny krzyk, nie do wytrzymania, jakby ktoś ciągle wrzeszczał mi do ucha. Mdłości, bezsenność, nieustanne zmęczenie, a jednocześnie niemożność usiedzenia na miejscu – to wszystko sprawiało, że życie stawało się nie do zniesienia.

Nienawidziłam rodziców za ich alkoholizm, a sama wpadłam w gorsze uzależnienie. Ja również byłam beznadziejnym człowiekiem. Zamknęłam oczy, próbując zapanować nad cha­osem w głowie, ale tęsknota za Joyem, który kojarzył mi się z nałogiem, była jak nieustający ból w klatce piersiowej. Czasem myślałam, że nie ma dla mnie ratunku, że nigdy się od niego nie uwolnię, jednak próbowałam. Walczyłam, choć przypominało to wspinaczkę bez końca. To było piekło na ziemi, a ja byłam więźniem wspomnień. Każda myśl o Joyu rozdzierała na pół. Brakowało mi jego głosu, dotyku, ciepła. Nienawidziłam siebie za to. On nigdy nie zdawał sobie sprawy, ile dla mnie znaczy. Może ja sama nie do końca to rozumiałam. Ale wiedziałam jedno – chyba nigdy nie wyplenię go ze swoich myśli.

1 Miłość zakwitła w brudzie tamtej nocy

Pod latarni surowym, nieugiętym blaskiem

Gdzie cienie tańczyły ze spływającymi łzami

Twój dotyk był ciepły, choć życie cholernie zimne

Obietnica wyszeptana, cicho, łagodnie

Smak słów, z których oboje wyrośliśmy

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Ostrzeżenie

Prolog

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Cover

Title page

Table of Contents

Text