Wydawca: Powergraph Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 309 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Michu oraz Wszechgalaktyczny Sylwester - Robert Starzec

Najbardziej szalony i odjechany rajd po kosmosie, jaki można sobie wyobrazić! Michu, nastolatek z planety Ziemia i Włam, nastolatek z planety Bardzo Wesołych i Rozkosznych Wielbicieli Wielkich Imprez z Naciskiem na Sylwestra ruszają na poszukiwania zagubionych rodziców Włama. Ich przygody na planetach: Internautów, Zombich, Tlenowców, Gończych i Marzeń wcisną Cię w kanapę! Uwaga – mocno niepoprawne!

Opinie o ebooku Michu oraz Wszechgalaktyczny Sylwester - Robert Starzec

Fragment ebooka Michu oraz Wszechgalaktyczny Sylwester - Robert Starzec

Robert Starzec

Michu oraz Wszechgalaktyczny Sylwester

Warszawa 2013
Robert Starzec Michu oraz Wszechgalaktyczny Sylwester ISBN: 978-83-61187-90-5 Wydawca: Powergraph ul. Cegłowska 16/2 01-803 Warszawa tel. 22 834 18 25 e-mail: powergraph@powergraph.plwww.powergraph.pl Copyright © 2007-2013 by Robert Starzec Copyright © 2009-2013 by Powergraph Copyright © 2007-2013 for the cover by Rafał Kosik & Tomasz Łaz Wszelkie prawa zastrzeżone. All rights reserved. ILUSTRACJA NA OKŁADCE: Tomasz Łaz REDAKCJA: Kasia Sienkiewicz-Kosik, Alicja Bobrowicz KOREKTA: Joanna Mika, Iwona SękulskaWyłączna dystrybucja: Firma Księgarska Olesiejuk Sp. z o.o. Sp.j. ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Mazowiecki tel. 22 721 30 00 / 11
Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer

Roz­dział pierw­szy

W grud­niu po połu­dniu Michał Stru­miń­ski, zwany Michem, zoba­czył dru­gie Słońce i to odmie­niło jego życie. Słońce numer dwa miało uśmiech i dwoje czar­nych weso­łych oczu pośrodku jaśnie­ją­cej tar­czy.

Trwała ostat­nia próba szkol­nego chóru przed nowo­rocz­nym wystę­pem, zor­ga­ni­zo­wana w popło­chu przez magi­stra Ste­fana Romanka. Michu, który podob­nie jak nauczy­ciel muzyki Roma­nek – był głu­chy niczym pień i kom­plet­nie pozba­wiony głosu – zja­wił się wyłącz­nie po to, by na dzień przed syl­we­strem zoba­czyć Kle­men­tynę. Kle­men­tyna śpie­wała w pierw­szym rzę­dzie pośrodku, Michu stał z boku i jeśli się nieco wychy­lił, mógł podzi­wiać jej pro­fil z zadar­tym noskiem w roli głów­nej.

Próba odby­wała się w sali gim­na­stycz­nej, pod obrę­czą od kosza, na pospiesz­nie pousta­wia­nych skrzy­niach. Michu zer­kał na Kle­men­tynę, usi­łu­jąc sku­pić się na magi­strze Romanku, który ryt­micz­nie machał roz­pro­sto­wa­nymi dłońmi i można by nawet pomy­śleć, że trzyma mię­dzy nimi cegłę, któ­rej nikt nie widzi. Nie­ustan­nie wodził oczyma po chó­rzy­stach. Wła­śnie zatrzy­mał wzrok na Michu i oce­nił go prze­lot­nie, lecz surowo. Zmarsz­czone brwi wska­zy­wały, że magi­strowi Roman­kowi nie podoba się ani waga Micha – dzie­sięć kilo za dużo ani sprana i zmal­tre­to­wana bluza z groź­nym lor­dem Vade­rem i napi­sem STAR WARS.

— Ciii­cha noc! Świę­ę­ęta noc! — Michu wył naj­ład­niej, jak umiał, żału­jąc, że w zgiełku, który two­rzy, nie sły­szy per­li­stego śpiewu Kle­men­tyny. Roma­nek zgro­mił go wzro­kiem, więc Michu zamilkł i tylko ruszał ustami. Wie­dział już świet­nie, że ani ta próba, ani przed­ostatni dzień grud­nia nie będą nale­żeć do uda­nych. Odpu­ścił sobie śpiew. Posta­no­wił zająć się czymś bez­sen­sow­nym. Obser­wo­wał chwilę uczniów, któ­rzy naj­wy­raź­niej nie mieli ochoty na dodat­kowe kilka godzin wycia w pustej szkole. Spoj­rzał na Kle­men­tynę i prze­niósł wzrok za okno.

Gapił się na zaśnie­żone boisko, czarne drzewa bez jed­nego listka, zmar­z­nięte ptaki i śnieżne cza­peczki na słup­kach ogro­dze­nia. Tu i ówdzie spod śniegu wysta­wały resztki liści. Dalej pędziły samo­chody. Pogoda jak na gru­dzień była ładna, tylko parę chmu­rek przy­sła­niało niebo, słońce wisiało nisko, jakby od nie­chce­nia. I wła­śnie od sło­necz­nej tar­czy odłą­czył się bliź­nia­czy kształt, z zawrotną pręd­ko­ścią mknąc w kie­runku szkoły. Michu zamarł, pomy­ślał bowiem, że to rakieta pędzi co sił, by zro­bić porzą­dek z całym tym bała­ga­nem. Chciał ostrzec resztę, ale nie zdo­łał wydu­sić nawet pisku. Patrzył więc, jak okrąg powięk­sza się i nabiera wyra­zi­sto­ści. Leciał tuż nad blo­kami, emi­tu­jąc inten­sywne żółte świa­tło. Michu zmru­żył oczy i dostrzegł, że ta rakieta, dru­gie Słońce, Bóg wie co, ma zupeł­nie wyraźny, czarny uśmiech. Nie­mal szcze­rzy się z zado­wo­le­nia. Dwie czarne plamy przy­po­mi­nały oczy i Michu mógłby przy­siąc, że jedno mru­gnęło.

Uśmiech­nięte Słońce leciało wprost na szkolę, by zatrzy­mać się płyn­nie i zawi­snąć nad boiskiem. Teraz Michu mógł już oce­nić jego roz­miary – miało wiel­kość mniej wię­cej domku jed­no­ro­dzin­nego i kształt kuli. Być może z tyłu znaj­do­wał się sil­nik albo coś podob­nego, jeśli oczy­wi­ście lata­jące Słońca potrze­bują sil­ników. Michu zapo­mniał, jak się nazywa. Ner­wowo grze­bał po kie­sze­niach w poszu­ki­wa­niu komórki z apa­ra­tem, nabrał powie­trza i prze­ry­wa­jąc kolę­do­wa­nie, wrza­snął:

— UFO! Ludzie! UFO przy­le­ciało!

Nie­stety, zło­śliwa i tajem­ni­cza siła kie­ru­jąca wszyst­kimi nie­zi­den­ty­fi­ko­wa­nymi świa­tłami na nie­bie, a nawet nad boiskiem szkol­nym, pode­rwała sło­neczko ku górze, nim kto­kol­wiek odwró­cił głowę. Pojazd zerwał się bez ostrze­że­nia, zmie­niony w smugę pomknął po sko­sie i prze­padł, jakby go ni­gdy nie było. Trzy­dzie­ści zacie­ka­wio­nych twa­rzy gapiło się na puste boisko. A trzy­dzie­sta pierw­sza, ta nauczy­ciel­ska, była wście­kła.

Naj­pierw zaśmiał się tylny rząd, chó­rem basów w inten­syw­nym sta­dium muta­cji, potem zapisz­czały dziew­czyny, a nim zdo­łał­byś kla­snąć, cała sala gim­na­styczna recho­tała, ile wle­zie. Michu zaś pozo­stał z roz­dzia­wio­nymi ustami i pal­cem wycią­gnię­tym w kie­runku obo­jęt­nego nieba. Ucznio­wie bili o uda otwar­tymi dłońmi, ktoś się zakrztu­sił, ktoś znów beczał jak koza. Michu już opu­ścił rękę, rozej­rzał się zdez­o­rien­to­wany i z prze­ra­że­niem stwier­dził, że śmieje się także Kle­men­tyna. Tro­chę ina­czej niż pozo­stali, tak pół­gęb­kiem. Ale się śmieje.

— Dosyć! — ryk­nął Ste­fan Roma­nek i śmie­chy natych­miast uci­chły. Nauczy­ciel już zmie­rzał w stronę stru­chla­łego Micha, poły sza­rej mary­narki łopo­tały groź­nie, brzmiał zło­wiesz­czy krok pół­bu­tów, a za gru­bymi szkłami w pla­sty­ko­wych opraw­kach oczy pło­nęły zim­nym ogniem. Michu się sku­lił.

— Pro­szę, pro­szę, jak nam wesoło — Roma­nek zaczął, a każde jego słowo ocie­kało iro­nią. Wykrzy­wiał pocią­głą twarz, która, nie wie­dzieć czemu, sko­ja­rzyła się Michowi z oży­wio­nym kawał­kiem drewna.

— Prze­cież muzyka, zwłasz­cza kolędy i pie­śni patrio­tyczne, są nudne, że aż pro­szą się o roz­ru­sza­nie. Co prawda pamię­tam czasy, kiedy mło­dzież jakimś nad­ludz­kim wysił­kiem woli umiała śpie­wać kil­ka­dzie­siąt minut bez wygłu­pia­nia się, ale teraz, jak na cie­bie patrzę, to wspo­mnie­nie wydaje mi się snem. Też chciał­bym się obu­dzić, pomy­ślał zaraz Michu.

— Cały czas czy­tam i sły­szę, Stru­miń­ski, że wy, mło­dzi, macie za dużo luzu, że nie ma kto się wami zająć, bo rodzice w pracy, a bab­cia na wsi. A nawet gdyby miesz­kała w mie­ście, nie zna­leź­li­by­ście z nią wspól­nego języka. A ja myślę, że wam się po pro­stu w gło­wach prze­wraca od tych fil­mów fan­ta­stycz­nych, któ­rymi kar­mi­cie się od rana do nocy. I myślę sobie, Stru­miń­ski, że cie­szył­byś się, gdy­bym zaczął tutaj opo­wia­dać o zie­lo­nych ludzi­kach.

O sza­rych, chciał powie­dzieć Michu, ale ugryzł się w język. W uszach wciąż sły­szał echo rechotu chóru i wybi­ja­jący się zeń dźwięczny śmiech Kle­men­tyny.

— Ja ci się przy­glą­dam, Stru­miń­ski, przez dłuż­szy czas i widzę, że jak dalej pój­dziesz w tym kie­runku, to daleko nie zawę­dru­jesz. Ty myślisz, że dasz radę zdać do liceum, na stu­dia, zostać magi­strem? — wypro­sto­wał się z god­no­ścią i popra­wił oku­lary. Prze­je­chał pal­cem po bro­dzie i dodał zaczep­nie:

— Ale może ja się mylę i robię ci krzywdę. Powiedz mi, Stru­miń­ski, jak wyglą­dało to UFO?

Michu wes­tchnął, nabrał powie­trza, a że nic innego nie przy­szło mu do głowy, posta­no­wił powie­dzieć prawdę. Gdy opi­sy­wał z deta­lami, jak od wiel­kiego Słońca, które wszy­scy znamy, odrywa się dru­gie, maleń­kie, po sali gim­na­stycz­nej prze­szedł wesoły szmer. Roma­nek słu­chał z uwagą, więc Michu opi­sy­wał kie­ru­nek lotu, tempo, nie­osią­galne nawet dla rakiety, i zaczął opo­wia­dać o uśmie­chu z przodu pojazdu, powo­du­jąc kolejny wybuch weso­ło­ści. Tym razem Roma­nek pozwo­lił kla­sie śmiać się do woli. Michu zawie­sił głos, a w duchu przy­znał, że gdyby ktoś inny mówił takie rze­czy, sam tur­lałby się po pod­ło­dze.

— No dobrze — Roma­nek pocze­kał cier­pli­wie aż wszy­scy ucichną. — W takim razie może nam powiesz, gdzie to UFO jest teraz?

Z ust Micha wydo­było się sap­nię­cie, czuł, że tonie, woda zalewa już oczy, a ląd daleko. Spoj­rzał na nauczy­ciela, poszu­ku­jąc ratunku lub cho­ciaż furtki, którą zdo­łałby się wymknąć. Prawda go pogrą­żała, ale wybrał ją ponow­nie.

— Wyko­nało manewr i pole­ciało za szkołę. Ni­gdy nie widzia­łem, żeby coś star­to­wało z takim przy­spie­sze­niem — dodał cicho. Tym razem klasa ryk­nęła jak na zawo­ła­nie. Po twa­rzy Micha prze­szedł skurcz, poczuł samotną łzę krą­żącą pod powieką. Ale jak ma się trzy­na­ście lat, recho­tać można do woli. Pła­kać nie wypada. Kle­men­tyna patrzyła na niego z mie­sza­niną zdzi­wie­nia i stra­chu.

— Jak cie­bie słu­cham, to myślę sobie, że ta cała ufo­lo­gia powinna być zaka­zana. Powiedz mi, ile trzeba fil­mów zoba­czyć, by z prze­ko­na­niem wypo­wia­dać takie bzdury? — Ktoś zachi­cho­tał, inny par­sk­nął wesoło. Roma­nek nachy­lił się nad Michem. — Potrak­tuj to jako lek­cję, Stru­miń­ski, bo nikt nie chce dla cie­bie niczego złego. To tylko twoja klasa. Jak będziesz brnął w to sza­leń­stwo, ludzie będą śmiali się gło­śniej i czę­ściej. Myśla­łem na początku, że robisz sobie żarty, ale ty naprawdę masz tylko kosmi­tów w gło­wie.

Jak echo, przez salę prze­szła ostat­nia już fala usłuż­nego śmie­chu. Roma­nek wró­cił przed chó­rzy­stów, pro­stu­jąc plecy i odgi­na­jąc głowę. Michu poczuł, że, wbrew gru­dniowi, strasz­li­wie się poci. Otarł czoło, zer­k­nął jesz­cze raz za okno, w próż­nej nadziei, że ratu­nek przyj­dzie stam­tąd. Słońce stało samot­nie na nie­bie, a zamiast lata­ją­cego pojazdu, nad szkołą śmi­gnęła ogłu­piała kawka. Być może magi­ster Roma­nek chciał wró­cić do dyry­go­wa­nia albo kon­ty­nu­ować wykład o szko­dli­wo­ści wiary w pojazdy mar­sjań­skie, jed­nak dał sobie spo­kój. Oklapł, wes­tchnął.

— No i byłoby tego dobrego — powie­dział. — Wypocz­nij­cie sobie i weso­łego Nowego Roku. Tobie też, Stru­miń­ski. Myślę, że jesz­cze sobie poroz­ma­wiamy.

I nie zaszczy­ca­jąc nikogo spoj­rze­niem, z dosto­jeń­stwem czło­wieka, który zgłę­bił tajem­nice gwiazd, opu­ścił salę. Za nim ruszyli chó­rzy­ści, szczę­śliwi i po czę­ści wdzięczni Michowi, że swym wygłu­pem skró­cił próbę. Pierwsi ucznio­wie już tło­czyli się przed drzwiami. Michowi ni­gdzie się nie spie­szyło. Cała radość, zwią­zana z szansą ujrze­nia Kle­men­tyny, ulot­niła się bez śladu.

Przyj­rzał się swo­jemu odbi­ciu w oknie: ot, zwy­kły chło­pak, może troszkę za klo­co­waty, o mię­si­stej twa­rzy i lekko zadar­tym nosie, ze śla­dami trą­dziku na sze­ro­kim czole. Naj­prost­sze jeansy na świe­cie, bez żad­nych prze­bar­wień i fabrycz­nych prze­tarć, i ta nie­szczę­sna bluza… – zmru­żył oczy. Mógłby kupić sobie nową, ta jest już za mała i łok­cie się starły. Wes­tchnął. Zarzu­cił na ramię woj­skowy ple­cak w kształ­cie kostki i, myśląc o śmie­chu Kle­men­tyny, jako ostatni melan­cho­lij­nie opu­ścił salę.

Dziew­czyna cze­kała na kory­ta­rzu i Michu, już roz­pę­dzony, omal jej nie sta­ra­no­wał. Uniósł dło­nie w prze­pra­sza­ją­cym geście, a Kle­men­tyna uśmiech­nęła się słabo. Jej war­ko­czyki były aż do obłędu kasz­ta­nowe, oczy ciemne i cie­płe. Miała na sobie sukienkę na szel­kach nało­żoną na jeansy. Z bli­ska widział na jej kształt­nym nosku ledwo widoczne piegi. Michu od wrze­śnia czy­nił pod­chody, zasta­na­wia­jąc się, jak tu zaga­dać, by nie wyjść na dur­nia, i teraz nie wie­dział już, czy zwa­rio­wać ze szczę­ścia, czy zwy­mio­to­wać z ner­wów.

Kle­men­tyna poja­wiła się w szkole we wrze­śniu i trzy­mała się na ubo­czu, co Michowi bar­dzo się podo­bało. Przy­je­chała z małej miej­sco­wo­ści, Gru­dzią­dza albo Otwocka, jej ojciec był kucha­rzem i goto­wał dla samych waż­nia­ków, a matka uczyła w liceum. Michu nie wie­dział, w któ­rym, ale zamie­rzał zda­wać do niego, jeśli Kle­men­tyna rów­nież tam by się wybie­rała.

Stali w pustym już kory­ta­rzu, białe ściany zda­wały się zaci­skać wokół prze­ra­żo­nego Micha. Za oknem kole­dzy i kole­żanki pędzili ku wol­no­ści.

— Hej — powie­działa Kle­men­tyna, a Michu ski­nął głową. Przy­gry­zła wargę, wyraź­nie zakło­po­tana.

— Nie powin­nam nabi­jać się z cie­bie — wyznała.

— E tam — odpo­wie­dział Michu. Wła­ści­wie to jej prze­rwał, bo otwie­rała już usta do następ­nego zda­nia.

— Nie powin­nam, ale może był powód. — Stała oparta o ścianę, a ple­cak bujał się mię­dzy jej nogami. — W mojej poprzed­niej szkole mia­łam kolegę. Był nawet tro­chę do cie­bie podobny, bystry, bar­dzo faj­nie z nim się gadało.

Michu mecha­nicz­nie ski­nął głową. Oczy mu się świe­ciły. Kle­men­tyna natych­miast spo­waż­niała.

— Zaczęło się od Gwiezd­nych wojen — wska­zała na Michową bluzę. — Oglą­dał je w nie­skoń­czo­ność, potem doszły inne filmy, zaczął prze­sia­dy­wać na necie, kolek­cjo­no­wać pisma o UFO, zamó­wił sobie nawet pla­kat na alle­gro, iden­tyczny jak ten, który miał Fox Mul­der.

— Mul­der? — powtó­rzył Michu, zdzi­wiony, że Kle­men­tyna wie, kto to. Nie wyglą­dała na taką, co inte­re­suje się ame­ry­kań­skimi seria­lami o zja­wi­skach nad­przy­ro­dzo­nych.

— No, Mul­der. On chciał być wła­śnie jak Mul­der, a kiedy się spo­ty­ka­li­śmy… — zła­pała powie­trze. Przez twarz Micha prze­szedł skurcz. — Kiedy się spo­ty­ka­li­śmy, to gadał tylko o zna­kach na nie­bie, rysun­kach indiań­skich i innych tajem­ni­cach, trzy­ma­nych przed świa­tem w ukry­ciu. Mówi­łam mu, pro­si­łam, może coś innego, może gdzieś pój­dziemy, może na spa­cer. To szli­śmy, a on tylko gapił się w niebo.

Mówiła coraz szyb­ciej, a Michu wytrzesz­czał oczy.

— W końcu nie dało się z nim roz­ma­wiać o niczym innym, nic tylko ślady i kosmiczne statki. I tak wła­śnie jest, Michał. Roma­nek może się cze­pia, ale ma tro­chę racji. Jak pyta­łam Krzyśka o cokol­wiek, to scho­dził na swój temat. Wresz­cie mówię mu, czemu po pro­stu nie kupimy sobie po lune­cie albo posie­dzimy u niego i nie pooglą­damy zdjęć kosmi­tów. Bar­dzo się ucie­szył i powie­dział, żebym przy­szła, bo ma trzy giga zdjęć wyso­kiej jako­ści. — Łzy napły­nęły jej do oczu. — No i nie poszłam, bo nie jestem szara, nie mam wiel­kich oczu i metra wzro­stu. Tak to wła­śnie było, Michał.

Powie­trze, które wdy­chał, było zimne jak lód.

— Przy­kro mi — wykrztu­sił. Kle­men­tyna roz­ry­czała się na całego.

— Guzik ci przy­kro! Guzik! — chlip­nęła i pobie­gła środ­kiem kory­ta­rza. Nagle odwró­ciła się, zapła­kana, wymie­rzyła w Micha oskar­ży­ciel­ski palec. — Widzisz! Widzisz! Wszy­scy jeste­ście tacy sami!

Trza­snęła drzwiami od szatni. Zroz­pa­czony i ogłu­piały Michu wpa­try­wał się w geo­me­tryczne wzory na ubło­co­nej pod­ło­dze i czuł żałość, wędru­jącą gdzieś z żołądka, przez serce, do krtani, aż ode­brało mu oddech. Gdyby tylko mógł prze­wi­dzieć takie rze­czy, to sie­działby cicho, nawet gdyby lata­jący spodek wyrżnął go w czoło. Otarł usta i poświę­cił kilka brzyd­kich myśli tajem­ni­czemu Krzyś­kowi, który nie dość, że był palan­tem, to jesz­cze, mimo­wol­nie, pogrze­bał wszel­kie szanse Micha na zdo­by­cie Kle­men­tyny.

W takich chwi­lach miał ochotę zaszyć się w naj­ciem­niej­szej komórce na świe­cie, pod­ku­lić nogi pod brodę i cze­kać, aż wszy­scy o nim zapo­mną. Skąd przy­szło mu do głowy wrzesz­czeć na całą klasę o pojaz­dach kosmicz­nych? Trzeba było robić zdję­cia i cicho sie­dzieć! – tak myślał, a cichy zło­śliwy gło­sik dopo­wie­dział, że taką fotką z pew­no­ścią zain­te­re­so­wałby się były zwa­rio­wany chło­pak Kle­men­tyny.

Zgnę­biony, wykoń­czony niczym wnu­czek po imie­ni­nach babuni, Michu opadł łok­ciami na para­pet, zacho­dząc w głowę, czemu z milio­nów spo­so­bów na zro­bie­nie z sie­bie dur­nia zawsze wybie­rze ten naj­efek­tow­niej­szy. Spró­bo­wał zna­leźć uko­je­nie w kon­tem­plo­wa­niu zimo­wego sło­necz­nego kra­jo­brazu, ale nie chciał pomóc ani oblo­dzony chod­nik, ani poskrę­cane gałę­zie, ani mur gim­na­zjum, ponury jak gro­bo­wiec. Michu pocią­gnął nosem. Zbie­rze się w sobie i przy­naj­mniej do matury nie obej­rzy Gwiezd­nych wojen ani żad­nego innego filmu z kosmi­tami. Tak wła­śnie sobie obie­cał. Z cięż­kim ple­ca­kiem i jesz­cze cięż­szym ser­cem powę­dro­wał w głąb szkoły, chcąc unik­nąć spo­tka­nia wycho­dzą­cej z szatni Kle­men­tyny.

Skrę­cił w pierw­szy kory­tarz, zasta­na­wia­jąc się, czy po świę­tach nie powi­nien zaga­dać do niej, że tylko tak sobie żar­to­wał. Pusta szkoła przy­po­mi­nała mu dom pogrze­bowy. Poszu­ki­wał jakiejś jasnej myśli, która pozwo­li­łaby oca­lić naj­bliż­sze dni. I wie­dział już, co ma robić – spró­buje zapo­mnieć o dru­gim uśmiech­nię­tym Słońcu, wyprze ze swo­jej głowy ist­nie­nie nie­zi­den­ty­fi­ko­wa­nych obiek­tów lata­ją­cych, nie będzie nawet patrzył w niebo, aż do dnia, w któ­rym sta­nie się mądry, doro­sły i przesta­nie widy­wać dziwne rze­czy. Tak wła­śnie zro­bię, obie­cał sobie solen­nie, gdy z bocz­nego kory­tarza wyło­niło się to coś.

Naj­pierw poja­wiło się osiem poma­rań­czo­wych reni­fe­rów. Każdy miał zło­tawą, deli­katną uprząż, która na oko zerwa­łaby się przy byle szarp­nię­ciu, wszyst­kie też zadzie­rały dum­nie czarne nosy. Z wyjąt­kiem ostat­niego, któ­rego nos był zie­lony i dwa razy więk­szy, niż u pozo­sta­łych. Kiwał się przy każ­dym kroku. Reni­fery cią­gnęły bogato zdo­bione sanie, z fiku­śnie wygię­tymi porę­czami i pyskami meta­lo­wych wil­ków polar­nych za opar­ciem. W środku, niczym sam suł­tan, sie­dział Święty Miko­łaj. Taki naj­praw­dziw­szy, z długą białą brodą, która nie mogła być dokle­jona, w czer­wo­nym kubraczku i cza­peczce, a zdu­miony Michu stwier­dził, że sta­ru­szek ma policzki czer­wone jak logo coca-coli. Miko­łaj patrzył przed sie­bie, nie­zmier­nie zado­wo­lony, a gdy dotarł na śro­dek kory­ta­rza, obró­cił ogo­rzałą twarz w stronę Micha i zawo­łał:

— Ho, ho, ho, ho, ho!

Reni­fery przy­spie­szyły, Święty Miko­łaj poma­chał na poże­gna­nie, a z ust Micha wydo­był się świst, zdolny oba­lić stu­let­nią sosnę.

* * *

Michu wró­cił do domu prze­ko­nany, że Roma­nek i Kle­men­tyna mieli rację. Zwa­rio­wał z kre­te­sem. Mógłby poża­lić się mamie, ale ta poszła na nockę do szpi­tala, więc pozo­sta­wało mu co naj­wy­żej wypła­kać się rybie, ziem­nia­kom i kuchence mikro­fa­lo­wej, w któ­rej miał odgrzać sobie obiad. Jedze­nie sma­ko­wało jak pla­stik, rów­nie dobrze mógłby poły­kać kotlet ze sty­ro­pianu. Przed oczyma prze­su­wały mu się obrazy ze szkoły: uśmiech­nięte Słońce, smutna, prze­jęta Kle­men­tyna, Święty Miko­łaj. Z lodówki zdjął kartkę od mamy: Synuś, odgrzej sobie obia­dek i nie siedź za długo. Ści­skam cię bar­dzo. M. PS. Zro­bi­łam ci kok­tajl z tru­ska­wek.

Szkoda, że nie ma nic o weso­łym sło­neczku, pomy­ślał. Zmiął kartkę i scho­wał do kie­szeni. Nie będzie sie­dział długo, naj­chęt­niej zasnąłby już w tej chwili, a potem uda­wał, że nic tego dnia nie zda­rzyło się naprawdę. Zasta­na­wiał się, czy ma do kogo zadzwo­nić, żeby po pro­stu poga­dać, a że nikt nie przy­szedł mu do głowy, zabrał talerz z jedze­niem i ruszył do sie­bie. Jeśli nawet powziął mocne posta­no­wie­nie wyrzu­ce­nia ze swo­jego życia wszyst­kiego, co nie­rze­czy­wi­ste i kosmiczne, stop­niało ono w chwili, gdy prze­kro­czył próg swo­jego pokoju.

Pano­wał tam zaduch gro­bowca, gdyż Michu nie wie­trzył ze stra­chu przed zim­nem. Na ścia­nach, w rów­nych rzę­dach wisiały pla­katy: z trzech kla­sycz­nych czę­ści Gwiezd­nych wojen, pierw­szego Ter­mi­na­tora, Zagi­nio­nej pla­nety i Duchów Marsa. Hel­l­boy dum­nie pre­zen­to­wał spi­ło­wane rogi, Wolve­rine obna­żył ostrza, a wkle­jone pomię­dzy kąt a szafę z ubra­niami upiory z Mgły Johna Car­pen­tera nie­po­ko­iły inten­sywną zie­le­nią. Jack Nichol­son, prze­brany za Jokera, nabi­jał się z Micha w naj­lep­sze. U sufitu, zawie­szona na moc­nym sznurku, dyn­dała minia­tura krą­żow­nika Impe­rium.

Więk­szość miej­sca zaj­mo­wała masywna szafa z ubra­niami, zabaw­kami z dzie­ciń­stwa i masą cen­nego dro­bia­zgu, któ­rego Michu nie umiał się pozbyć. Obok chwiał się regał. Chło­pak pró­bo­wał go usta­bi­li­zo­wać, pod­kła­da­jąc zeszyty z pod­sta­wówki. Na pół­kach stały książki w trzech rzę­dach, uło­żone osobno wedle roz­miaru komiksy oraz pudełka po ory­gi­nal­nych grach kom­pu­te­ro­wych. Puste, gdyż płytki walały się w róż­nych, dziw­nych miej­scach.

Cen­tralne miej­sce, nad łóż­kiem, zaj­mo­wała półeczka z figur­kami, które Michu pie­czo­ło­wi­cie zbie­rał, odkąd się­gał pamię­cią. Nie wie­dział, z któ­rej jest naj­bar­dziej dumny. Był tu Obcy z filmu Rid­dleya Scotta, nie­mal żywy, gotowy do skoku, z łapami wycią­gnię­tymi, by pochwy­cić ofiarę, obok stał Jason z Piątku Trzy­na­stego – na twa­rzy miał maskę hoke­jową, do ciosu uno­sił maczetę i mimo swej postawy był tak cudow­nie nie­groźny, że można by go nająć na imprezy oko­licz­no­ściowe do przed­szkola. Kto jesz­cze? Hra­bia Dra­cula w płasz­czu czer­wo­nym jak krew i Darth Vader z opusz­czo­nym mie­czem. Saru­man i orki, sam Sau­ron z dło­nią wycią­gniętą po Pier­ścień, Ara­gorn i Gol­lum. Magneto. Wresz­cie, Harry Pot­ter, któ­rego Michu już nie lubił tak jak kie­dyś, ale nie miał serca, by scho­wać do szafy. Za to usta­wił go na samym skraju półki i to z nogą wysu­niętą w powie­trze. Gdyby młody cza­ro­dziej zro­bił jeden jedyny krok, pole­ciałby głową w dół na zakryty kocem tap­czan.

Michu toczył z mamą nie­ustanne boje o ście­le­nie łóżka – mama twier­dziła, że sama świa­do­mość roz­be­bła­nej pościeli w Micho­wym pokoju odbiera jej sen. Michu zaś wska­zy­wał na bez­sen­sow­ność zagrze­by­wa­nia cze­goś, co za parę godzin i tak zosta­nie roz­grze­bane. Wresz­cie wybrał roz­wią­za­nie kom­pro­mi­sowe – sta­ran­nie przy­kry­wał tap­czan kocem, two­rząc pozór porządku. Pozór, bo pod spodem znaj­do­wała się nie tylko poduszka z koł­drą, ale i masa dro­bia­zgu, abso­lut­nie nie­zbęd­nego przed snem: przy­naj­mniej trzy książki, komiks w twar­dej opra­wie o potwo­rze z bagien, kartki z rysun­kami i notat­kami, sko­ro­szyt oraz przy­naj­mniej tuzin dłu­go­pi­sów, cien­ko­pi­sów i fla­ma­strów.

O ile trzy ściany pokry­wała szczelna war­stwa pla­ka­tów, czwarta była nie­mal pusta. Tylko nad biur­kiem, w anty­ra­mie, wisiała naj­waż­niej­sza reli­kwia – ory­gi­nalny pla­kat z Powrotu Jedi z 1983 roku, dziś już wybla­kły. Han Solo mie­rzył z pisto­letu, Luke z lase­ro­wym mie­czem szy­ko­wał się do spa­ro­wa­nia ciosu, Leia była prze­śliczna, a za nimi wyła­niał się zło­wrogi cień Dar­tha Vadera. Pla­kat przy­wiózł wujek ze Sta­nów, nawet nie wie­dząc, jaki to skarb. Pod pla­ka­tem stało biurko, wiel­kie niczym Michu, o cięż­kich, meta­lo­wych nogach i czte­rech szu­fla­dach, z któ­rych każda mogłaby posłu­żyć za łódź ewa­ku­acyjną pod­czas powo­dzi. Po obu stro­nach drew­nia­nego blatu pię­trzyły się papie­rzy­ska – pod­ręcz­niki, zeszyty i cała fura gazet, które Michu pre­nu­me­ro­wał. Cen­tralne miej­sce zaj­mo­wał sper­so­na­li­zo­wany lap­top o imie­niu Zenek. Nazy­wał się tak na cześć cie­cia z gim­na­zjum, rze­czo­nego Zenka, któ­remu bra­ko­wało dwóch przed­nich zębów. Ana­lo­gicz­nie, lap­top nie miał dwóch kla­wi­szy, kon­kret­nie: B i N, nad spa­cją ziała szczerba. Zenek był pra­daw­nym IBM-em, poma­lo­wa­nym fla­ma­strami, tak że przy­po­mi­nał kadr z kre­skówki. Pisaki oszczę­dziły tylko ekran, gdzie na pul­pi­cie, spo­mię­dzy dzie­sią­tek iko­nek, szcze­rzył się Gan­dalf z filmu Petera Jack­sona.

Michu spraw­dził pocztę, wes­tchnął i spraw­dził ponow­nie w próż­nej nadziei, że przez pół minuty ktoś wysłał mu sym­pa­tyczny mail. Wsu­nął resztę ryby, popił sokiem jabł­ko­wym i nagle nabrał dziw­nego wra­że­nia, że jest obser­wo­wany. Tak, to oczy figu­rek, spoj­rze­nia z pla­ka­tów wle­piały się w niego, błysz­cząc szy­der­czo, a po pla­sty­ko­wych i papie­ro­wych war­gach błą­dziły zło­śliwe uśmie­chy – He, he! Ale heca! Widział uśmiech­nięte słońce! I Świę­tego Miko­łaja! A Kle­men­tyna, no słu­chaj, ona się wypła­kała i teraz nabija się z cie­bie do roz­puku w miłym towa­rzy­stwie. Tak jak i my się śmie­jemy.

Obej­rzał się trwoż­nie, ale wszystko wyglą­dało nor­mal­nie. Obcy wywa­lał dwie pasz­cze, Harry szy­ko­wał się do samo­bój­czego kroku, a pisto­let Hana Solo mie­rzył w nie­wi­dzialny cel. Tylko szum samo­cho­dów i wia­tru mącił ciężką wie­czorną ciszę. Michu wes­tchnął. Jak zwy­kle, wzdy­chał bowiem czę­sto i głę­boko, jakby niósł na ple­cach nie­wy­obra­żalny cię­żar.

Oparł się o krze­sło i z miną czło­wieka, który wie już wszystko, odpa­lił Poszu­ki­wa­czy zagi­nio­nej Arki, prze­wi­ja­jąc od razu do sceny, w któ­rej Indy i Sal­lach wyno­szą ze studni dusz Arkę Przy­mie­rza. Naci­snął pauzę i jechał, klatka po klatce, przy­glą­da­jąc się hie­ro­gli­fom na ścia­nach. Nabrał powie­trza, ale tym razem, zamiast peł­nego rezy­gna­cji wes­tchnię­cia, z jego płuc wydo­było się rado­sne sap­nię­cie odkrywcy. Tak! Rze­czy­wi­ście tam były! Dwa roboty z Gwiezd­nych wojen, odma­lo­wane na ścia­nach egip­skiego gro­bowca!

Zro­bił scre­ena, zatarł ręce i już nie mógł się powstrzy­mać. Z czcią nie­mal nabożną wydo­był limi­to­wany box, na który oszczę­dzał całe trzy mie­siące, deli­kat­nie otwo­rzył pudełko i po chwili złota płytka zakrę­ciła się w kom­pu­te­ro­wym odtwa­rza­czu. Wie­dział, że nie powi­nien, nie po tym, co stało się dzi­siaj. Tylko na chwilę, obie­cał sobie. I zaraz wpa­try­wał się w cudowny, choć nie­re­alny świat, gdzie w kosmo­sie roz­brzmie­wają wybu­chy, ludzie noszą idio­tyczne kostiumy, pla­nety wyla­tują w powie­trze, a naj­cu­dow­niej­szym gadże­tem jest lase­rowy miecz. To bzdura, pomy­ślał Michu i wytrzesz­czał z zachwytu oczy, bo wie­dział, że bzdury są w życiu naj­pięk­niej­sze.

Obej­rzałby przy­naj­mniej jeden epi­zod – padło na Nową Nadzieję – ale przy­po­mniał mu się śmiech Kle­men­tyny. Cóż, stra­cona szansa, jęk­nął w duchu, wyłą­czył film, obie­cu­jąc sobie, że resztę wie­czoru spę­dzi poży­tecz­nie. Otwo­rzył edy­tor tek­stu i zabrał się za arty­kuł o tech­no­lo­gii ewo­ków, małych futrza­nych lud­ków z Powrotu Jedi. Arty­kuł miał od dawna wisieć na fanow­skiej stro­nie, ale Michu wciąż nie mógł go skoń­czyć. Teraz też zastygł z pal­cami nad kla­wia­turą, wpa­trzony w fotki. Nawet w tych owło­sio­nych okrą­głych pyszcz­kach widział twarz Kle­men­tyny.

Arty­kuł poczeka, bo jeśli zwa­riuję, to ni­gdy go nie skoń­czę, powie­dział sobie Michu i wstał od kom­pu­tera. Spoj­rzał na pla­katy i figurki. Nagle wydały mu się niczym wię­cej jak pla­sty­ko­wym śmie­ciem, któ­rym pró­bo­wał odgro­dzić się od praw­dzi­wych pro­ble­mów. Ech, prze­cież tak nie można, stary koń z cie­bie, masz już trzy­na­ście lat…

Runął na łóżko, pod koc, mię­dzy książki, kartki i komiksy. Po chwili waha­nia włą­czył film o Hel­l­boyu, dia­ble wycho­wa­nym przez ludzi na porząd­nego faceta. Hel­l­boy był ogromny, miał wiel­kie muskuły, kucyk w japoń­skim stylu i uwiel­biał koty. Michu czuł z nim silny zwią­zek – dobry dia­beł był rów­nież samotny i zako­chany.

Michu zasnął i śnił o Kle­men­ty­nie w kosmo­sie. Chmury roz­wiały się i świa­tło księ­życa padało wprost na Luke'a Sky­wal­kera.

* * *

We śnie Michu widział Kle­men­tynę, tak śliczną jak zawsze, z ciem­nymi war­ko­czy­kami, jesz­cze ciem­niej­szymi oczami i tym cudow­nym noskiem, który po pro­stu nie mógł być ślicz­niej­szy. Taki zadarty, obsy­pany pie­gami jak łąka kwie­ciem. Dziew­czyna uśmie­chała się do niego słodko, a w dło­niach trzy­mała wielki kolo­rowy budzik. Minu­towa wska­zówka miała poma­rań­czową barwę, dokład­nie taką, jak strój Świę­tego Miko­łaja i wska­zy­wała za trzy dwu­na­stą. Kle­men­tyna uśmiech­nęła się jesz­cze sze­rzej, uka­zu­jąc bie­luchne, rów­niut­kie zęby. Nagle unio­sła budzik nad głowę i roz­wa­liła.

Budzik trza­snął, wypchnięta przez sprę­żyny tar­cza odsko­czyła, a pod nogi Micha posy­pały się śrubki i kółka zębate. Chło­pak pod­sko­czył. Uśmiech Kle­men­tyny opla­tał już całą twarz, kąciki ust zapewne sty­kały się na karku. Skóra naj­pierw jej pociem­niała, by zaraz przejść w lekko zgniłą zie­leń. Znik­nęły nogi, ręce i kor­pus skar­lały, a osa­mot­niona głowa wyda­wała się ster­czeć wprost z pla­katu nad biur­kiem. Kon­kret­nie w miej­scu Hana Solo. Anty­rama pękła, kawałki szkła błysz­czały na dywa­nie, a w nich stało żółte oko na dwóch nóż­kach, z małymi rącz­kami, i popi­ski­wało ner­wowo w kie­runku zie­lo­nej głowy. Michu prze­tarł oczy. Co za idio­tyczny sen!

Prze­krę­cił się na łóżku, zapa­lił lampkę nocną, ale sen ani myślał znik­nąć. Michu uniósł się na łok­ciach, odrzu­cił koc. Zie­lona głowa wciąż ster­czała z pla­katu, a stłu­czone szkło wyglą­dało cał­kiem real­nie. Głowa zsu­nęła się ze ściany. Nad biur­kiem wisiała teraz istota mniej wię­cej metro­wego wzro­stu, odziana we wście­kle fio­le­towy, obci­sły kom­bi­ne­zon. Miała dwoje ogrom­nych sza­rych oczu, zie­loną skórę i usta maleń­kie niczym kropka. Nad okrą­głą głową falo­wała korona z inten­syw­nie zie­lo­nych czuł­ków dłu­go­ści ołówka. Każdy zwień­czony był postrzę­pio­nym pom­po­ni­kiem. Istota być może miała też nogi, ale te wciąż tkwiły w ścia­nie, podob­nie jak lewa ręka. Prawą wycią­gała w przy­ja­ciel­skim geście.

Michu usiadł na brzegu łóżka i zapa­lił lampkę na biurku. Istota posłała mu uśmiech, czułki zafa­lo­wały, a wiel­kie oko na pod­ło­dze zapisz­czało z prze­ję­ciem. Michu pojął, że to nie sen. Popa­trzył na oko z nóż­kami, na dru­giego gościa, na czułki, falu­jące niczym gięte łagodną falą ukwiały, i zaczął wrzesz­czeć co sił, mało płuc nie wypluł. Zie­lony gość odpo­wie­dział tym samym, darł się, ile tylko mógł, wytrzesz­czał oczy, a czułki sta­nęły dęba. Michu zamilkł. Tam­ten rów­nież.

No to pięk­nie, pomy­ślał Michu, zwa­rio­wa­łem. UFO, Święty Miko­łaj, a teraz dwóch kosmi­tów czy innych cuda­ków! Prze­tarł oczy, wstał, ale dzi­waczni goście wcale nie zamie­rzali znik­nąć. A może uda­wać, że ich nie ma? Michu popra­wił pidżamę, osten­ta­cyj­nie odwró­cił głowę od biurka i uwa­ża­jąc, by nie wdep­nąć w potłu­czone szkło, podrep­tał do kuchni napić się wody.

Tu wszystko było cudow­nie zwy­czajne – wysoka lodówka, stół pośrodku, szafki z Ikei. Zna­lazł prze­pyszną chłodną wodę, nalał do szklanki i jesz­cze pocią­gnął z butelki trzy solidne łyki. Za oknem noc, na nie­bie tylko księ­życ i gwiazdy. Żad­nych stat­ków kosmicz­nych ani sań z Miko­ła­jem. Zegar nad drzwiami wska­zy­wał trzy minuty po dwu­na­stej. Dobry znak. Zwidy z pokoju znik­nęły.

Ledwo Michu tak pomy­ślał, a już poczuł, że coś szar­pie go za nogawkę. Zoba­czył żółtą rączkę, ucze­pioną pidżamy na wyso­ko­ści kolan, a niżej wiel­kie, prze­jęte, samotne oko na kaczych łapach. Błysz­czało niczym ekran sta­rego kom­pu­tera. Zamru­gało.

— Naj­moc­niej prze­pra­szam. — Głos był meta­liczny, a zara­zem jakby zna­jomy. — Szef mi się odro­binkę zakli­no­wał przy tele­por­ta­cji i trzeba go wycią­gnąć, a ja, co tu ukry­wać, jestem począt­ku­ją­cym cza­ro­dzie­jem. — W oku coś chrząk­nęło. — Potrze­bu­jemy nieco mecha­nicz­nej siły, żeby go wyka­ra­skać. Ja nie się­gam. Poza tym nie mogę jed­no­cze­śnie liczyć algo­rytmu i szar­pać kogoś za głowę.

Michu jęk­nął. Gada­jące oko to jedno, ale fakt, że wysła­wia się po pol­sku to już szczyt dzi­wac­twa. Zaj­rzał do pokoju. Zie­lony kor­pus we fio­le­to­wym kom­bi­ne­zo­nie na­dal ster­czał z pla­katu. Czułki zadrżały z pod­nie­ce­nia, na zie­lo­nej twa­rzy wykwitł przy­ja­zny uśmiech. Prawa ręka wska­zała jarzący się na obroży czer­wony przy­cisk. Michu potrzą­snął głową.

— Prze­cież nie będziemy tak cze­kać do rana — ode­zwało się oko. Michu odgiął się do tyłu i wycią­gnął rękę tak daleko, jak umiał. Wci­snął przy­cisk, coś zaszu­miało, szare oczy wyraź­nie się roz­sze­rzyły. — Pri­wiet, zdra­stwuj­tie drug — wykrzyk­nął zie­lony, a Michu zro­bił bar­dzo głu­pią minę. Z oka wydo­był się dźwięk, przy­po­mi­na­jący nieco zło­wrogi odgłos, który wydają garnki, spa­da­jące hur­tem z suszarki. Zie­lony odpo­wie­dział podob­nym, czułki zasty­gły, by zaraz nie­spo­koj­nie zafa­lo­wać.

— Szczęść Boże, towa­rzy­szu! — zawo­łał rado­śnie i zaraz dodał, już ciszej. — Wybacz, ale na two­jej pla­ne­cie jest tyle języ­ków, że każdy by się pogu­bił. Był­byś tak miły — uśmiech­nął się, a czułki zadrżały — i pocią­gnął mnie za głowę? Tylko tro­szeczkę. Będzie nam się lepiej roz­ma­wiało. Michu popa­trzył na niego jak na dur­nia i zamiast odpo­wie­dzieć, chwy­cił w miej­scu, gdzie każda nor­malna istota ma uszy. Czułki teraz przy­le­gały ści­śle do czaszki, wyraź­nie czymś prze­jęte. Oko zaczęło się jarzyć. Michu szarp­nął. Poszło zaska­ku­jąco łatwo, obcy ode­rwał się od ściany i pole­cieli z impe­tem na łóżko. Michu jęk­nął, tam­ten sap­nął, odsko­czyli od sie­bie. Jeśli to nie sen i nie obłęd, prze­szło chłopcu przez głowę, to co?

Obcy zaplą­tał się w pościeli. Michu cof­nął się bez­rad­nie, cudem nie roz­ciął sobie nogi o kawa­łek szkła. Ze zdzi­wie­niem stwier­dził, że ow­szem, anty­rama się stłu­kła, ale pla­kat, z któ­rego przed chwilą ster­czał nie­co­dzienny gość, nie ma ani jed­nej, naj­mniej­szej nawet dziurki. Przyj­rzał się – Luke Sky­wal­ker miał chyba jesz­cze głup­szą minę, niż zwy­kle.

Zie­lony wygrze­bał się z pościeli. Oko wsko­czyło na łóżko i z nie­mal kosmiczną naboż­no­ścią wytrzesz­czyło się na figurkę małego cza­ro­dzieja w oku­la­rach. Pod­sko­czyło trzy­krot­nie, naj­pew­niej z rado­ści.

— O rety! O rety! — Pod­ska­ki­wało dalej, nie odry­wa­jąc spoj­rze­nia od małego cza­ro­dzieja. — To prze­cież ja!

* * *

Sie­dzieli w kuchni nad sokiem, her­batą i mle­kiem, a Harry (oko kazało tak mówić na sie­bie) krą­żył nie­spo­koj­nie, wyraź­nie zain­te­re­so­wany sprzę­tem AGD. Przy­tar­gał sobie sto­łek, wlazł nań, odkrę­cił kurki i zaczął wąchać gaz. Michu rzu­cił w niego ścierką i kazał natych­miast prze­stać, ale kurki musiał zakrę­cić sam. Zie­lony ludek usa­do­wił się naprze­ciwko Micha i machał nogami w powie­trzu. Pił her­batę przez rurkę, nie zwra­ca­jąc uwagi, że jest bar­dzo gorąca.

— U nas nie ma takich rze­czy — cmo­kał zado­wo­lony. — Wła­ści­wie pra­wie nic nie pijemy, a jemy tylko jedną potrawę, bez względu na porę. W tłu­ma­cze­niu na twoje jej nazwa zna­czy tyle co Łubu­dubu. Zaraz zapy­tasz — uśmiech­nął się try­um­fal­nie — dla­czego aku­rat tak.

Michu jed­nak nie zapy­tał, zajęty obser­wo­wa­niem Harry'ego, który, znu­dziw­szy się gazem, pró­bo­wał uru­cho­mić kra­jal­nicę.

— Otóż — cią­gnął zie­lony gość, zupeł­nie nie­zra­żony — nazwa pocho­dzi od spo­sobu i dźwięku, z jakim potrawa, nasz przy­smak, opusz­cza ciało jedzą­cego.

— To wspa­niale — rzekł melan­cho­lij­nie Michu. — Wolał­bym jed­nak wie­dzieć, jak masz na imię. Czułki sta­nęły słupka i zgar­biły się, wyraź­nie spło­szone.

— Na imię mam Dsg­fsj­bvl­jxb­cvasb­fljhsb­dvbxlvb­saljl­kwej­lerj­wo­ibc­kvnz, cnl­wiej­fsd­kvjbk­znclzkdn­fl­skdg­fls­dld………… kdjfshewkcjzdkufhakfabdbhdhdjhcnmcz99urw3459jskjfjkjskjvsdflshkjdfsdf?, ale moja mama mówi do mnie po pro­stu Buzhg­cj­he­ajh­gi­cug­sk­dvjb­skj­fj­shdgc­kj­shdk­fjh­sid­fho­sie­il­we­je­khdk­fsb­fjsbds. To zdrob­nie­nie, jak się u was mówi. Jeśli chciał­byś wie­dzieć, zna­czy tyle, co „Posia­dacz Bar­dzo Faj­nych Czuł­ków I Jesz­cze Faj­niej­szych Pal­ców”, i tak możesz do mnie mówić.

Michu zerwał się, bo Harry wła­śnie wło­żył sobie rękę do kra­jal­nicy. Szarp­nął go i pchnął bez­ce­re­mo­nial­nie na pod­łogę. Harry zapisz­czał i zmru­żył jedyne oko.

— On zawsze tak? — zapy­tał Michu. Posia­dacz Bar­dzo Faj­nych Czuł­ków I Jesz­cze Faj­niej­szych Pal­ców ski­nął ponuro głową.

— To mój kom­pu­ter pokła­dowy — wyja­śnił. — A ty jak masz na imię?

Jego mina świad­czyła, że dosko­nale zna odpo­wiedź.

— Nazy­wam się Michał Stru­miń­ski, ale możesz mówić mi Michu, jeśli masz ochotę. Mogę zwra­cać się do cie­bie bar­dziej po ludzku? Na przy­kład — zmarsz­czył czoło — na przy­kład Włam? Czułki, jak na komendę, uło­żyły się w znak zapy­ta­nia.

— A co to takiego?

— Raczej nie wsze­dłeś przez drzwi — przy­po­mniał Michu. Zie­lony gość, zwany od tej chwili Wła­mem, poki­wał głową na znak, że się zga­dza, choć na­dal nie rozu­mie. Czułki znie­ru­cho­miały, przy­po­mi­nały teraz zie­lone druty. Przy­zwy­cza­jały się do nowego imie­nia. Sie­dzieli chwilę w ciszy i tylko Harry sapał, maj­stru­jąc przy mikro­fa­lówce. Michu miał tyle pytań, że nie wie­dział, od czego zacząć: czy kosmos rze­czy­wi­ście jest taki wielki? Skąd wzięło się życie, a jeśli nie wia­domo, to dla­czego? Czy rysunki z Nazca są praw­dziwe? Co z twa­rzą na Mar­sie i czemu wszyst­kie opo­wie­ści o idio­tycz­nym wyglą­dzie gości z innych pla­net oka­zały się prawdą?

— Jak jest na two­jej pla­ne­cie? — zagad­nął wresz­cie. Włam wes­tchnął, a raczej wyko­nał to, co w jego rejo­nach ucho­dziło za wes­tchnie­nie, czyli pisk, przy­po­mi­na­jący nieco gwizd czaj­nika.

— Nie mam już pla­nety — wyznał — wyle­ciała w powie­trze.

Harry wsa­dził rękę do mikro­fa­lówki i grze­bał w środku. Nie znie­chę­ciła go nawet łyżka, ciśnięta przez Micha w jego stronę. Michu popa­trzył na Włama ze współ­czu­ciem, przy­po­mniała mu się bowiem pla­neta Alde­raan, znisz­czona przez Gwiazdę Śmierci w Nowej nadziei.

— Przy­kro mi. To wojna? Wojna była, prawda?

Czułki pod­sko­czyły.

— A skąd! Jaka znowu wojna? Skąd takie rze­czy przy­cho­dzą ci do głowy? — dzi­wił się Włam. — Jeśli masz kło­poty z zapa­mię­ta­niem mojego imie­nia, to nazwa mojej rasy dopiero będzie trudna. Jeśli miał­bym prze­tłu­ma­czyć, zna­czy ona tyle co „Bar­dzo Weseli I Roz­koszni Wiel­bi­ciele Wiel­kich Imprez Z Naci­skiem Na Syl­we­stra” — Zro­bił efek­towną pauzę i, sior­biąc strasz­li­wie, napił się her­baty. — Jeste­śmy wędrow­cami i prze­miesz­czamy się po wszech­świe­cie.

Michowi sta­nęły przed oczyma kolumny stat­ków kosmicz­nych, sunące bez­gło­śnie przez lata świetlne, matki, dzieci, ojco­wie, nie­stru­dzeni w poszu­ki­wa­niu domu. Włam, z pal­cem w szklance, kon­ty­nu­ował:

— Naj­star­sze poda­nia mówią, że mie­li­śmy kie­dyś dom, wielką pla­netę, gdzie hodo­wa­li­śmy nasze zwie­rzęta. Nazy­wały się I — pisnął. — Były podobne tro­chę do wie­lo­ryba, tro­chę do barana, sło­nia i płotki. Można było je doić i stąd mie­li­śmy Łubu­dubu — zwol­nił, widząc że Michu marsz­czy czoło, usi­łu­jąc zwi­zu­ali­zo­wać sobie tak dziwne stwo­rze­nie. Rze­czy­wi­ście, wyobraź­nia chłopca pra­co­wała na peł­nych obro­tach, ale cóż z tego, kiedy widział barana, zni­kał wie­lo­ryb i odwrot­nie, słoń za nic w świe­cie nie chciał nabrać cech płotki. Jak coś może pły­wać i bie­gać jed­no­cze­śnie? — Wedle podań I wci­nały trawę jak wście­kłe, a oprócz Łubu­dubu wyda­lały też inne rze­czy, zupeł­nie nie­ja­dalne — czułki Włama spą­so­wiały — i jak by tego nie mówić, kupy tych zwie­rząt w końcu zakryły nam Słońce i trzeba było się wyno­sić. Tak roz­po­częła się nasza wędrówka przez wymiary. Wcze­śniej jed­nak, moi pro­to­pla­ści zro­bili wielką imprezę poże­gnalną z mnó­stwem fajer­wer­ków i tań­cem na rurze, który, musisz wie­dzieć, od tego czasu jest naszym tań­cem naro­do­wym — roz­ocho­cił się, kolor oczu z sza­rego prze­szedł w srebrny. — Wła­ści­wie to wszy­scy go tań­czymy. Mogę zatań­czyć dla cie­bie, jeśli chcesz — zapro­po­no­wał, zer­ka­jąc na nogę od stołu.

Michu spoj­rzał na Harry'ego – ten wła­śnie wszedł do mikro­fa­lówki i chyba nie bar­dzo umiał wyjść.

— Mów dalej — popro­sił. — Potem sobie potań­czymy.

— Więc pole­cie­li­śmy dalej, w kosmos, szu­kać szczę­ścia. Z cza­sem nauczy­li­śmy się robić syn­te­tyczne Łubu­dubu, a I ewo­lu­owało powoli w zwie­rzątko kana­powe, cał­kiem nie­wiel­kie. Mam jed­nego takiego u sie­bie, na statku. Prze­ko­chany jest, na pewno się polu­bi­cie. To nie jest taka pro­sta sprawa utrzy­mać zdro­wego I we wszech­świe­cie przy tych prze­sko­kach cza­so­prze­strzeni i pro­ble­mach z wen­ty­la­cją.

Micha nie­wiele obcho­dziły prze­skoki oraz spo­soby, w jaki eli­mi­no­wano smród dziw­nego stwora z kosmicz­nego statku, prze­ra­ził się bowiem czym innym – roz­wa­żał, co kryje się za sło­wami Włama. Czemu on, Michu, ma iść oglą­dać jakie­goś I, skoro nie zamie­rza opusz­czać pokoju? Przy­po­mniały mu się zaraz opo­wie­ści o upro­wa­dze­niach, dzi­wacz­nych eks­pe­ry­men­tach w prze­strzeni kosmicz­nej, zani­kach pamięci i innych potwor­no­ściach w rodzaju implan­tów, bia­łych świa­teł i face­tów w czerni, czego za wszelką cenę chciał unik­nąć. Przyj­rzał się Wła­mowi – w zie­lo­nym gościu był jakiś nie­po­zbie­rany entu­zjazm, który roz­wie­wał wąt­pli­wo­ści.

— Zaczę­li­śmy podró­żo­wać po wszech­świe­cie, nasza tech­nika roz­wi­jała się szybko, a z nią to, co nadaje życiu sens. Fajer­werki. Sta­wały się coraz więk­sze, ogrom­nia­ste, wie­lo­ko­lo­rowe — oczy Włama zapło­nęły z pasją, łebki czuł­ków pod­ska­ki­wały — wię­cej, i wię­cej, z syl­we­stra na syl­we­stra, aż kie­dyś, przez pomyłkę, moi pro­to­pla­ści roz­wa­lili jeden z księ­ży­ców pla­nety, na któ­rej aku­rat osie­dli. To zbie­gło się z wej­ściem na czwarte pię­tro cywi­li­za­cyjne i zaczę­li­śmy wędro­wać na całego.

— Pię­tro cywi­li­za­cyjne? — zapy­tał Michu.

Włam się zamy­ślił:

— Wy jeste­ście na dru­gim. Pierw­sze to opa­no­wa­nie ognia, dru­gie – ener­gii ato­mo­wej, a trze­cie to już podróże mię­dzy­gwiezdne. Potem masz jesz­cze opa­no­wa­nie czasu, po pro­stu możesz go zatrzy­my­wać na pla­ne­tach niż­szego rzędu, co zresztą jest zabro­nione, ale jak trzeba, to trzeba — czułki wyprę­żyły się dum­nie. — Są w kosmo­sie orga­ni­za­cje, które pil­nują takich rze­czy. Nawet roz­ma­wiać nie powin­ni­śmy — zer­k­nął w niebo — no, ale jak się jest spryt­nym, to się ma. — A piąty poziom?

— Och, och! To dopiero coś, Michu, słu­chaj, weszli­śmy tam nie­dawno i jesz­cze nie mogę uwie­rzyć. Cywi­li­za­cja na pią­tym pozio­mie, jak nasza, potrafi robić kok­tajl mleczny, dzięki czemu nie musi jeść tylko Łubu­dubu. Michu? Ty mnie w ogóle słu­chasz? Rozu­miesz mnie? Pyszny, zimny kok­tajl mleczny. Dla cze­goś takiego warto się mor­do­wać przez miliony lat.

Włam mówił szybko, macha­jąc rękami, a minę Micha wziął za wyraz zdu­mie­nia i podziwu. Chło­pak przy­po­mniał sobie o szklance pysz­nego tru­skaw­ko­wego kok­tajlu zosta­wio­nej przez mamę w lodówce i zaczął się zasta­na­wiać, na któ­rym stop­niu roz­woju tak naprawdę jest Zie­mia.

— Czy można prze­ska­ki­wać mię­dzy pię­trami? Z dru­giego od razu na piąte na przy­kład?

Włam mach­nął czuł­kami.

— A skąd! Ener­gia ato­mowa jest konieczna do lotów mię­dzy­gwiezd­nych, przy­naj­mniej na początku. Loty mię­dzy­gwiezdne z kolei pozwa­lają zatrzy­my­wać czas. A spró­buj zro­bić kok­tajl bez zatrzy­my­wa­nia czasu, no, wolne żarty! — Dopił ner­wowo her­batę i ode­pchnął szklankę. Michu wes­tchnął, chyba po raz setny tego dnia, świa­dom, że może to być dopiero począ­tek wiel­kiego wzdy­cha­nia przez życie i kosmos.

— Mów lepiej o tych swo­ich przod­kach — popro­sił. Włam wyraź­nie się ucie­szył.

— Z cza­sem fajer­werki syl­we­strowe stały się widoczne w całym ukła­dzie albo i innej galak­tyce, co ktoś mógł fał­szy­wie ode­brać jako wybuch super­no­wej. Aż raz zda­rzyło się tak, że w dia­bły poszła cała pla­neta, na któ­rej miesz­kali czci­godni przod­ko­wie. Wyle­ciała w powie­trze — dostrzegł prze­ję­cie w oczach Micha i dodał szybko. — Nikomu nic się nie stało, obser­wo­wa­li­śmy wszystko z orbity. I tak do tra­dy­cji cią­głego wędro­wa­nia doszła druga. Cze­kamy dwa­na­ście syl­we­strów i bum — Włam pod­sko­czył rado­śnie — wysa­dzamy pla­netę i lecimy dalej!

Michu roz­dzia­wił usta i wytrzesz­czył oczy.

— No co? Nie lubi­cie dobrych imprez? — rzu­cił Włam pojed­naw­czym tonem.

Z tego wszyst­kiego Michu zapo­mniał o Har­rym. Oko na nogach i rękach wla­zło do mikro­fa­lówki, zamknęło się i usi­ło­wało doko­nać rze­czy nie­moż­li­wej – pró­bo­wało ją włą­czyć przy­ci­skiem na zewnątrz. Być może ist­niały czary i zaklę­cia zdolne tego doko­nać, lecz Michu nie zamie­rzał cze­kać. Bez­ce­re­mo­nial­nie wyjął Harry'ego i posta­wił przed lodówką. Oko natych­miast zaczęło wpa­try­wać się w jej biel. — Ow­szem, mamy dobre imprezy — Michu wró­cił do Włama. — Jak byłem na syl­we­stra u dziad­ków na wsi, to remiza obok poszła z dymem. Remiza i pla­neta to jed­nak nie to samo.

— E tam! Tylko jak wysa­dzasz pla­netę, możesz sobie powie­dzieć, że spę­dzi­łeś uda­nego syl­we­stra.

Harry otwo­rzył lodówkę. I pisnął.

— Dla­czego co dwa­na­ście lat? Czemu nie na każ­dego syl­we­stra? — dopy­ty­wał Michu.

— Wielka Rada Ludu Bar­dzo Weseli I Roz­koszni Wiel­bi­ciele Wiel­kich Imprez Z Naci­skiem Na Syl­we­stra uznała, że wysa­dza­nie pla­nety razem z miesz­kań­cami kłóci się z kano­nem dobrej zabawy. Robimy więc kopię pla­nety i prze­no­simy na nią miesz­kań­ców. Prze­nie­sie­nie zaj­muje uła­mek sekundy, ale na wyko­na­nie kopii tro­chę scho­dzi. Wła­śnie dwa­na­ście lat. To cywi­li­za­cje niskiego rzędu, nie poła­pią się i tyle.

Michu rzu­cił Wła­mowi groźne spoj­rze­nie. Kosmita poło­żył czułki po sobie.

— Powiedz mi w takim razie, co taki wspa­niały posia­dacz czuł­ków, impre­zo­wicz z pią­tego pię­tra, ocze­kuje od takiej sie­rotki jak ja, która dopiero, i to z tru­dem, weszła na drugi scho­dek? Coś mi mówi, że nie poja­wi­łeś się tu przy­pad­kowo — wyzło­śli­wiał się Michu. Kątem oka widział, jak Harry gra­moli się do lodówki i wsa­dza łapy w sałatkę. Ech, co mi tam, pomy­ślał Michu, jak chce, to niech włazi.

— Zda­rzyło mi się nie­szczę­ście — wyznał zgnę­biony Włam. — Umó­wi­łem się z posia­daczką naj­faj­niej­szych czuł­ków w całej szkole. Oczy­wi­ście mie­li­śmy iść razem na syl­we­stra.

— Cze­kaj, cze­kaj! — prze­rwał mu Michu. — Cho­dzisz do szkoły?

Włam ski­nął głową.

— Oczy­wi­ście. Ale zmie­rzam do tego, że cze­ka­łem, cze­ka­łem i nie wiem już, czy pomy­li­łem miej­sca, czy ona nie przy­szła. Bar­dzo długo cze­ka­łem i omal nie wyle­cia­łem w powie­trze wraz z całą pla­netą. A jak odle­cia­łem, nikogo nie było już na orbi­cie. Nie było — zmar­kot­niał — mojej mamy i mojego taty. W tej chwili Włam wyda­wał się naj­niesz­czę­śliw­szym zie­lo­nym stwo­rze­niem we wszech­świe­cie, jakby wszystko, co mówił wcze­śniej, każdy żart, był tylko maską, zasła­nia­jącą bez­brzeżny smu­tek.

— Nie mogę ich zna­leźć ani się poro­zu­mieć. Nie mam poję­cia, gdzie są.

— Kok­tajl umie­cie wymy­ślić, ale sko­mu­ni­ko­wać sta­tek ze stat­kiem to już nie bar­dzo? — zapy­tał Michu i zaraz poża­ło­wał, bo Włam posmut­niał jesz­cze bar­dziej, czułki stały się nie­mal czarne i leżały teraz pła­sko na gło­wie, niczym wyrzu­cone na brzeg wodo­ro­sty.

— Tylko nie­liczni wie­dzą, gdzie pole­cimy — wyja­śnił Włam — nasze syl­we­stry są, hm, źle widziane w galak­tyce. A zawsze podró­żo­wa­li­śmy razem. Ni­gdy nie sły­sza­łem o Bar­dzo Weso­łym I Roz­kosz­nym Wiel­bi­cielu Wiel­kich Imprez Z Naci­skiem Na Syl­we­stra, który odłą­czyłby się od innych i podró­żo­wał samot­nie. Syl­we­stra spę­dza się wspól­nie, prawda?

— Prawda — przy­znał Michu.

Harry zatrza­snął drzwi lodówki i zaczął szu­rać w środku.

— Wresz­cie mogę powie­dzieć o sobie, że jestem wyjąt­kowy — zażar­to­wał ponuro Włam. — Przy­le­cia­łem pro­sić cię, abyś pomógł mi odszu­kać rodzi­ców — wyznał z nadzieją w gło­sie. Czułki już się pod­nio­sły i falo­wały nie­śmiało. Michu zaś nabrał wąt­pli­wo­ści, czy zdoła się wyplą­tać z tej kabały. — Po co ci ktoś z dru­giego poziomu? Leć na piąty albo wyżej.

— Nie da rady. Wrzu­ci­łem dane w mój kom­pu­ter, to zna­czy w Harry'ego, i wyszło, że jedy­nymi isto­tami w całym wszech­świe­cie, które zdo­łają mi pomóc, jesteś ty i pewien stary zębo­żyj z pla­nety Ping. Zębo­żyje to życz­liwe istoty, ale, co nie­skoń­cze­nie smutne, naj­pierw zja­dają roz­mówcę, a potem pytają, o co cho­dzi. Wydaje im się nawet, że to frajda być zja­da­nym. Zosta­łeś mi ty — wyce­lo­wał w Micha gładki zie­lony palec. — Szu­kam cię od dwóch dni po całej Ziemi. Byłem nawet w two­jej szkole.

Cień zaległ na twa­rzy Micha, czoło się zmarsz­czyło. Michu nadął się, policzki mu poczer­wie­niały i splótł ręce, co wyglą­dało, jakby pró­bo­wał wyrwać sobie palce.

— W kom­pu­ter? Ten kom­pu­ter, który sie­dzi teraz w lodówce? — pró­bo­wał mówić spo­koj­nie, ale przy­śpie­szał z każ­dym kolej­nym sło­wem. — Czy nie sądzisz, Włam, że on ma nie po kolei w gło­wie? I czemu każe mówić do sie­bie Harry?

— On prze­czy­tał… — zaczął Włam. Michu nie pozwo­lił mu dokoń­czyć.

— Też mam rodzi­ców, kon­kret­nie mamę, i chyba nie myślisz, że zosta­wię jej kartkę, że pole­cia­łem w kosmos i żeby się nie mar­twiła — zro­bił efek­towną pauzę. Rap­tem chwy­cił Włama za pierw­szy z brzegu czu­łek i bru­tal­nie pocią­gnął do swo­jego pokoju. Kosmita potul­nie pozwo­lił się pro­wa­dzić, gar­biąc się mini­mal­nie i par­ska­jąc pod nosem. Par­ska­nie w jego przy­padku odpo­wia­dało pochli­py­wa­niu u ludzi, ale Michu miał się o tym dowie­dzieć póź­niej.

Zacią­gnął Włama do swo­jego pokoju, posa­dził przed Zen­kiem, włą­czył inter­net i wyświe­tlił smile'a – żółte uśmiech­nięte kółeczko. — Czy twój pojazd tak wygląda?

Włam odpo­wie­dział prę­dziutko:

— Ow­szem, dokład­nie tak. Pod warun­kiem, że wszystko w nim działa. Jak się psuje, nie ma wcale weso­łej miny.

Michu zaci­snął palce na czułku i szarp­nął, zmu­sza­jąc Włama do odchy­le­nia głowy.

— Wpa­ko­wa­łeś się w moją ścianę bez zapro­sze­nia. To nic — syk­nął — że prze­le­cia­łeś przed moją szkołą i zro­bi­łeś ze mnie dur­nia. To pra­wie nic. Ale w kla­sie jest dziew­czyna. Bar­dzo fajna dziew­czyna. I wygłu­pi­łem się także przed nią, a to jest bar­dzo daleko od nic. Powiedz mi — zaci­snął pię­ści, choć ni­gdy wcze­śniej nikomu nie przy­lał — czemu nie miał­bym cię posłać z powro­tem na orbitę? Jeden jedyny powód.

Zde­ner­wo­wany Włam wyzwo­lił się z uchwytu, sta­nął przed Michem i popa­trzył poważ­nie. Zwłasz­cza na unie­sioną do ciosu pięść.

— Pro­szę bar­dzo. Bez cie­bie nie odnajdę rodzi­ców.

Michu wydął wargi.

A Włam się wyszcze­rzył.

— Zatrzy­mam tu czas na trzy, może cztery jed­nostki galak­tyczne, czyli mniej wię­cej wasz mie­siąc, co wystar­czy, by upo­rać się z zada­niem. Jeśli teraz mi przy­so­lisz, to nie zdo­łamy zaha­czyć o Saturna i zabrać stam­tąd pier­ście­nia. Mały, maleńki. Pier­ście­nie Saturna są zbu­do­wane z małych pier­ścieni. I jeśli będziemy mieli taki wła­śnie mały pier­ścio­nek, to ty dasz go swo­jej uko­cha­nej – jak jej tam?

— Kle­men­tyna. Ma na imię Kle­men­tyna — wykrztu­sił Michu.

— No wła­śnie, więc po powro­cie dajesz Kle­men­ty­nie pier­ścień miło­ści z Saturna i jest twoja, bra­cie. Na amen. Pod warun­kiem, że lubi cię cho­ciaż tro­chę. No, ale jak można nie lubić takiego faceta? — Prze­je­chał wzro­kiem po gru­bych udach Micha, brzuszku, sze­ro­kich bar­kach i twa­rzy, koły­szą­cej się na mięk­kiej łódce pod­bródka.

— Kle­men­tyna — powtó­rzył zba­ra­niały Michu. Coś tłu­kło się w kuchni.

— Więc jeśli mi przy­wa­lisz, przy­lu­tu­jesz, dasz w dziób, przy­dzwo­nisz, przy­so­lisz, sło­wem, zro­bisz mi z buzi mar­mo­ladę, to nici z pier­ścionka, nici z kosmicz­nej przy­gody. I wiesz co, Michu? Mnie się sińce zagoją, a ty będziesz tu sie­dział i do końca życia żało­wał stra­co­nej szansy.

— Ale odkrę­cisz to, co nawy­czy­nia­łeś w szkole. Nie wiem jak, ale odkrę­cisz.

Włam aż pod­sko­czył z ucie­chy. Wycią­gnął rękę, a Michu roz­pro­sto­wał palce i nie bez waha­nia uści­snął. Włam miał cie­płą, wil­gotną skórę. Jak liść w tro­pi­kach.

— Więc dobrze — zaczął krą­żyć po pokoju — tych pla­net nie jest tak dużo, Harry, ech, nie powi­nie­nem mówić tak na niego, więc mój kom­pu­ter wyty­po­wał zale­d­wie kilka, bio­rąc pod uwagę roz­miar, warunki życia i przy­pusz­czalną trasę prze­lotu mamy i taty. Obska­ku­jemy je po kolei, zaha­czamy o Saturna, ja mam rodzinę, ty kobietę życia, i roz­sta­jemy się w szczę­ściu i przy­jaźni. Stoi? — Pod­niósł głowę.

Micha tra­piło co innego.

— Ten czas.

— Co z nim?

— Jak on staje?

Włam par­sk­nął. Czułki ocie­rały się o sie­bie.

— Nor­mal­nie. Jak wszystko, cza­sem. Sam popatrz.

Wska­zał Michowi figurkę małego cza­ro­dzieja. Kiw­nął pal­cem. Kiw­nął całym sobą.

— Strąć ją — zachę­cił. — No dalej, nie bój się.

Michu zawa­hał się. Pomy­ślał, że figurka i tak spad­nie na mięk­kie łóżko, pla­stik nie może się stłuc, a poza tym już jej nie lubił. Mach­nął ręką. Cza­ro­dziej pole­ciał oku­la­rami w dół i zawisł nie­spo­dzie­wa­nie, pół metra nad pościelą. Włam zdjął palec z przy­ci­sku przy szyi.

— Tak to mniej wię­cej wygląda. No! — Naci­snął guzik ponow­nie i figurka upa­dła na łóżko. — Idziemy, idziemy!

— Pier­ścień z Saturna. Odkrę­ce­nie sprawy przed klasą. Tak?

Czułki Włama drżały z poiry­to­wa­nia.

— Rety, ale jesteś marudny! No jasne, że tak. Prze­cież obie­ca­łem. Chodźmy, bo chyba kom­pu­ter ma w kuchni jakieś kło­poty.

Włam ruszył pierw­szy, nie prze­sta­jąc gadać:

— Mam z nim same pro­blemy. Nie jest ani nowy, ani dobry. Do tego, jak przy­go­to­wy­wał się do pobytu na Ziemi, to prze­czy­tał, dureń, o jakimś innym idio­cie i coś mu się prze­sta­wiło. Wczuł się i zwa­rio­wał. Uważa, że jest cza­ro­dzie­jem i chce nosić oku­lary, co uwierz mi, Michu, jest trudne, gdy masz jedno oko i żad­nych uszu. Ale Harry, zna­czy mój kom­pu­ter, uważa, że ten czło­wie­czek jest naj­wyż­szym bóstwem na waszej pla­ne­cie. I uwie­rzył, że sam jest tym cza­ro­dzie­jem, bo potrze­buje dowar­to­ścio­wa­nia. No i co? — Włam rozej­rzał się po kuchni. — Gdzie on znowu polazł? Z lodówki zabrzmiało stu­ka­nie. Zaraz po nim pisk. Włam cof­nął się o krok. Drzwi były pokryte mnó­stwem kolo­ro­wych magne­sów, przy­trzy­mu­ją­cych wybla­kłe kar­te­luszki. Michu szarp­nął za klamkę. Włam trwoż­nie wyglą­dał zza niego. Wewnątrz lodówki sie­dział Harry, upa­prany wszyst­kim, czym kosmiczny kom­pu­ter może się upa­prać. Głowę miał w sałatce, bokiem cie­kła musz­tarda, a ser­delki uło­żyły się na czubku w coś na kształt korony. Jedyne oko łypało prze­jęte. Obie dło­nie zaci­skały się z naboż­no­ścią na wyso­kiej szklance. Wewnątrz był kok­tajl mleczny z tru­ska­wek.

Na twa­rzy czy może obli­czu Włama zdu­mie­nie wal­czyło z nie­kła­ma­nym podzi­wem. Spraw­dził, czy to, co Harry trzyma, rze­czy­wi­ście jest kok­taj­lem mlecz­nym. Pod nosem miał teraz jasno­ró­żowe wąsy. Skło­nił się Michowi głę­boko, z sza­cun­kiem:

— No i widzisz. Wie­dzia­łem, że nie mogę się co do cie­bie mylić.

Roz­dział drugi

Michu uno­sił się w ener­ge­tycz­nym bąblu. Pod pachą miał Zenka, a pod sobą male­jące mia­sto, migo­czące bla­dymi świa­tłami. Bąbel widziany od środka przy­po­mi­nał wnę­trze sili­ko­no­wej kuli. Gdy doty­kało się ścia­nek, czuło się przy­jemne mro­wie­nie. Im jed­nak wyżej się wzno­sili, tym więk­sze prze­ra­że­nie ogar­niało Micha. Świa­tła wyga­sały, Zie­mia odda­lała się, a w pew­nej chwili Michu aż zadrżał – ujrzał bowiem krzy­wi­znę pla­nety.

Zasta­na­wiał się, co wła­ści­wie robi i czy kie­dy­kol­wiek jesz­cze zoba­czy mamę, szkołę i Kle­men­tynę. A co, jeśli znaj­dzie się kosmiczna igła, która prze­kłuje bąbel i polecą w dół? Albo skoń­czy się powie­trze, albo się roz­her­me­ty­zują? Pocie­szał się, patrząc na Włama, który wyglą­dał, jakby jechał windą na ostat­nie pię­tro, znie­cier­pli­wiony, że trwa to tak długo. Czułki falo­wały spo­koj­nie. Harry zamknął oko.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki