Mężczyzna który szuka zemsty - Elizabeth Lane - ebook
Opis

Cal od dwóch lat poszukuje Megan, pięknej wdowy po przyjacielu i wspólniku. Podejrzewa, że stoi ona za samobójczą śmiercią Nicka i wyprowadzeniem milionów z konta firmy. Wynajęty detektyw znajduje Megan w Sudanie. Cal leci do Afryki. Chce wyciągnąć z Megan prawdę, nawet jeśli będzie musiał ją uwieść...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 156

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Elizabeth Lane

Mężczyzna, który szuka zemsty

Tłumaczenie:

ROZDZIAŁ PIERWSZY

San Francisco, Kalifornia, 11 lutego

Tytuł na drugiej stronie bił po oczach.

„To już dwa lata. Nadal ani śladu wdowy po szefie fundacji. Pieniędzy również nie odnaleziono”.

Cal Jeffords przeklął i zgniótł w dłoni gazetę. Nikt nie powinien mu przypominać o drugiej rocznicy samobójstwa najlepszego kumpla i wspólnika w interesach. A już na pewno nie za pomocą tego niewyraźnego zdjęcia, na którym Nick stoi obok swojej żony Megan. Cal dobrze pamiętał jej urodę gwiazdy, dizajnerskie ciuchy, pokazowy dom wart miliony. No i ten przerażający brak zwykłej ludzkiej przyzwoitości, który pozwolił jej na kradzież funduszy organizacji charytatywnej i pozostawienie męża, który samotnie musiał borykać się z poczuciem hańby.

Rozgoryczony wrzucił gazetę do kosza na śmieci.

Nie miał najmniejszych wątpliwości co do winy Megan, jednak nawet po dwóch latach prześladowały go dwa pytania: jak i dlaczego?

Czy Megan zmusiła Nicka do tego czynu? Czy dla wystawnego życia Nick Rafferty byłby zdolny do zdefraudowania milionów z konta fundacji J-COR? A może to Megan podjęła pieniądze, a Nicka zmusiła, by wziął winę na siebie? Miała wiele możliwości wyprowadzenia kasy ze społecznych zbiórek. Cal dobrze o tym wiedział.

Pewności jednak nie miał. Nazajutrz po ujawnieniu skandalu znalazł Nicka z głową na blacie biurka. Dłoń przyjaciela wciąż ściskała pistolet, który pozbawił go życia. Po pogrzebie w ścisłym gronie rodziny i przyjaciół Megan zniknęła. Pieniędzy, które miały ulżyć doli uchodźców z krajów trzeciego świata, nie udało się odzyskać.

Nie trzeba być geniuszem, żeby powiązać te fakty.

Cal nie miał sił ani chęci, by usiąść. Wyprostował się i podszedł do okna. Atutem jego gabinetu na dwudziestym siódmym piętrze wieżowca będącego siedzibą J-COR był wspaniały widok na zatokę i rozciągający się nad szarą wodą Golden Gate. A za mostem, jak okiem sięgnąć, tylko wzburzone fale Pacyfiku…

Megan gdzieś tam musi być. Cal czuł to i to poczucie go bolało. Wyobrażał ją sobie w odległym egzotycznym kraju, gdzie – dzięki pieniądzom ukradzionym jego fundacji – żyje sobie niczym królowa.

Martwił się oczywiście zniknięciem funduszy. To był bolesny cios w podstawy działalności organizacji. Bardziej jednak przerażała go niebywała nikczemność tego czynu. Jak można było zabrać pieniądze przeznaczone na żywność, wodę pitną i leki w obszarach najgorszej ludzkiej nędzy?

Po śmierci męża Megan w żadnej formie nie zasygnalizowała chęci odkupienia swego czynu. A to już była najwyższa podłość.

Mogła przecież zwrócić pieniądze, nikt by jej o nic nie pytał. A nawet jeśli, jak utrzymywała, była niewinna, mogła przecież zostać i pomóc w poszukiwaniach. Wolała jednak po prostu uciec. To utwierdzało Cala w przekonaniu o jej winie. Gdyby nie miała nic do ukrycia, nie zniknęłaby bez śladu. W tym była dobra. Zacieranie śladów to jej specjalność. Żaden z wynajętych detektywów nie był w stanie jej namierzyć.

Ale Cal nie należał do ludzi, którzy łatwo się poddają. Znajdzie ją, nadejdzie taki dzień. A wtedy Megan Rafferty zapłaci za wszystko.

– Panie Jeffords…

Na dźwięk swego nazwiska Cal odwrócił się. W drzwiach gabinetu stała recepcjonistka.

– Harlan Crandall chce się z panem widzieć. Ma pan czas przyjąć go teraz czy mam umówić spotkanie?

– Niech wejdzie.

Crandall był ostatnim z detektywów zatrudnionych przez Cala do odnalezienia Megan. Niski łysiejący mężczyzna o niewyszukanych manierach nie rokował ani trochę lepiej niż jego poprzednicy. Przyszedł jednak niezapowiedziany, prosił o spotkanie. Może coś znalazł?

Cal usiadł, a Crandall wszedł do pokoju. Miał na sobie zmięty brązowy garnitur, w ręku trzymał wysłużoną brezentową teczkę.

– Proszę usiąść, panie Crandall. – Cal wskazał ręką krzesło przy końcu biurka. – Ma pan coś nowego?

– To zależy. – Crandall postawił teczkę na blacie i wyjął z niej szarą kopertę. – Zatrudnił mnie pan, żebym odnalazł panią Rafferty. Zna pan przypadkiem jej panieńskie nazwisko?

– Oczywiście. Cardston. Megan Cardston.

Crandall pokiwał głową, poprawiając na nosie druciane okulary.

– W takim razie może mam panu coś do powiedzenia. Moi informatorzy namierzyli Megan Cardston, której rysopis odpowiada wyglądowi poszukiwanej przez pana kobiety. Jest pielęgniarką, pracuje jako wolontariuszka w pańskiej fundacji.

Cal wstrząsnął się odruchowo.

– Niemożliwe – mruknął. – To musi być zbieg okoliczności. Jakaś inna kobieta nosi to samo nazwisko i wygląda podobnie.

– Może i tak. Proszę przejrzeć te dokumenty i podjąć decyzję. – Crandall rzucił kopertę na biurko.

Cal otworzył ją. Było w niej kilka kartek wyglądających na ksero skierowań czy spisów zatrudnionych. Jego uwagę przykuła zamazana czarnobiała fotografia.

Patrząc na nią, usiłował przypomnieć sobie Megan – długie platynowe starannie ułożone włosy, diamentowe kolczyki, nienaganny makijaż. Nawet na pogrzebie męża udało się jej zachować aparycję hollywoodzkiej bogini, jeśli nie liczyć przymglonych bólem oczu.

Kobieta na zdjęciu wyglądała na nieco starszą i szczuplejszą. Nosiła słoneczne okulary i bluzę khaki. Jasnobrązowe włosy były krótko obcięte i rozwichrzone, twarz bez śladu szminki. W tle widać było tylko niebo.

Cal przyglądał się mocno zarysowanej linii szczęki, arystokratycznemu nosowi i pełnym zmysłowym wargom. Najchętniej nie przyznałby się przed samym sobą, że jest prawie pewien. Ciągle miał w pamięci twarz Megan, a kobieta ze zdjęcia, mimo że miała ukryte oczy, wyglądała tak samo. Teraz przypomniało mu się, że Megan przed poślubieniem Nicka pracowała jako pielęgniarka na chirurgii. Czy naprawdę miał przed sobą obraz kobiety, która wymykała mu się przez nieskończenie długie dwa lata? Jest tylko jeden sposób, by się przekonać.

– Gdzie zrobiono to zdjęcie? – zapytał. – Gdzie teraz jest ta kobieta?

Crandall zdjął teczkę z biurka i zatrzasnął ją, mówiąc krótko:

– W Afryce.

Arusza, Tanzania, 26 lutego

Megan chwyciła nowo narodzone dziecko i lekko uszczypnęła je w chudy pośladek.

Zero reakcji.

Wymierzyła trochę mocniejszego klapsa, poruszając wargami w bezgłośnym błaganiu. Jeszcze chwila ciszy i nagle rozległo się zdyszane kwilenie. Piękniejszego dźwięku nie słyszała nigdy w życiu. Co za ulga. Z wrażenia omal nie zemdlała. Poród pośladkowy był piekielnie trudny, trwał i trwał. To, że matka i dziecko przeżyły, należało uznać za cud.

Podając noworodka młodziutkiej asystentce, Megan otarła mu czoło rąbkiem fartucha, po czym to samo zrobiła jego matce. Było gorąco i duszno. Pomalowane na biało ściany oświetlała jedna żarówka. Zwabione jej blaskiem owady tłoczyły się na zabezpieczającej okno siatce.

Gdy Megan pochylała się nad położnicą, kobieta otworzyła powieki.

– Asante sana – wyszeptała w mieszanym suahili, języku powszechnie zrozumiałym we wschodniej Afryce. Dziękuję.

– Karibu sana.

Wprawnymi ruchami Megan zawiązała pępowinę bawełnianym sznurkiem, po czym ją odcięła. Jak dobrze pójdzie, dziecko będzie rosło zdrowo. Los być może oszczędzi mu opuchniętego brzuszka i powykręcanych kończyn, które widziała w Darfurze, gdzie rozpaczliwie starała się ratować dzieci. W tym najbardziej spustoszonym regionie Sudanu okrutny dyktator użył najemników zwanych dżandżawidami, by zdziesiątkowali rdzenną ludność.

Ostatnie jedenaście miesięcy Megan spędziła w sudańskich obozach dla uchodźców. Pracowała w medycznym oddziale fundacji J-COR. Dwa tygodnie temu, widząc, że nadchodzi kres jej wytrzymałości psychicznej i fizycznej, przełożeni przenieśli ją do mniej obciążającej pracy. Rzeczywiście. W porównaniu z obozami ta przychodnia na zrujnowanych obrzeżach całkiem skądinąd miłego tanzańskiego miasta wyglądała na luksusowe sanatorium.

Kiedy tylko trochę się wzmocni, wróci do poprzednich zadań. Zbyt długo jej życie przypominało bezcelowy dryf. Teraz znalazła sens i postanowiła zrobić jak najlepszy użytek ze swoich zdolności i kwalifikacji. Zawsze będzie tam, gdzie jej potrzebują. A w Darfurze potrzebują jej najbardziej. Aż do bólu.

Pomocnica umyła gąbką nowo narodzonego chłopczyka i owinęła go we flanelową pieluszkę. Matka niecierpliwie wyciągnęła po niego ręce i przytuliła do piersi. Megan wykorzystała ten moment, uniosła prześcieradło i sprawdziła opatrunki. Wszystko w porządku.

Zdjęła fartuch i lateksowe rękawiczki.

– Pójdę trochę odpocząć – zwróciła się do asystentki. – Doglądaj jej. Jeśli będzie za bardzo krwawić, przyjdź i mnie obudź.

Młoda Afrykanka, uczennica szkoły pielęgniarskiej, kiwnęła głową. Dała do zrozumienia, że można na nią liczyć.

Dopiero w trakcie mycia rąk pod zainstalowanym na zewnątrz budynku kranem dotarło do Megan, jak bardzo jest zmęczona. Czuła, że resztki sił opuszczają jej ciało. Wyprostowała się i zaczęła masować okolice lędźwi.

Nad zrobionym z blachy falistej dachem przychodni migotał księżyc przypominający zgubioną drobną monetę. Fioletowa korona kwitnącej dżakarandy przydawała jego blaskowi szczególnego charakteru.

Z kąta, pod jakim padało księżycowe światło, Megan wywnioskowała, że musi być dobrze po północy. A więc na sen zostało jej zaledwie kilka bezcennych godzin. Już wkrótce zacznie się przejaśniać i ptaki niezbornym chórem będą się głośno dzielić ze światem swoją radością z nadchodzącego dnia. Przynajmniej ten ostatni dobrze się skończył – poród się udał, dziecko jest zdrowe. Można się oddać poczuciu spełnienia.

Mimo zmęczenia Megan wiedziała, że nie ma prawa narzekać. Takiego dokonała wyboru. Dawne życie – stroje, biżuteria, samochody, bajeczny dom, dobroczynne imprezy, które urządzała dla pozyskania funduszy na działalność organizacji Nicka i Cala – to wszystko wydawało się odległym snem. Snem, który zakończył się strzałem z pistoletu i krzyczącymi nagłówkami codziennych gazet.

Starała się nie wracać myślami do tamtego koszmarnego tygodnia. Nie mogła jednak usunąć z pamięci jednego obrazu: zastygłej twarzy Cala, lodowatego spojrzenia jego szarych oczu. Powiedział jej wtedy:

„Odpowiesz za to, Megan. Przysięgam, doprowadzę do tego, że zapłacisz za wszystko, choćby to miała być ostatnia rzecz, jaką zrobię w życiu”.

Ona jednak nie sprzeniewierzyła ani grosza. Nawet nie wiedziała o istnieniu tych pieniędzy, dopóki sprawa nie wyszła na jaw. Ale Cal jej nie wierzył. Do końca ufał Nickowi.

Widząc Cala i słysząc jego słowa, Megan zdała sobie sprawę, że ma przed sobą tylko jedno wyjście: jak najszybciej uciec gdzieś, gdzie Cal jej nie odnajdzie.

Inaczej nic jej nie uratuje.

Ale to już historia. Teraz rozmasowuje sobie obolałe mięśnie i wchodzi na ganek ceglanego pawilonu służącego wolontariuszom za kwaterę. Jest już innym człowiekiem i czerpie z życia zadowolenie tak głębokie, jakiego nigdy przedtem nie zaznała.

Gdyby jeszcze przestały ją męczyć koszmary…

Gdy smukła sylwetka odrzutowca przesuwała się nad Półwyspem Somalijskim zwanym Rogiem Afryki, Cal jeszcze raz przejrzał zawartość otrzymanej od Crandalla koperty. Niegłupi gość z tego detektywa. On jeden zdecydował się szukać Megan tam, gdzie zgodnie z logiką nigdy nie powinna się była znaleźć – wśród wolontariuszy okradzionej przez siebie fundacji.

Fotokopie dokumentów świadczyły, że zdążyła już zaliczyć Zimbabwe, Somalię, a większość ostatniego roku spędziła w Sudanie. Za każdym razem wiązała się z najbardziej niebezpiecznymi misjami. Cóż, taki był jej wybór. Co nią kierowało?

A skoro rzeczywiście fotografia przedstawia wytworną wdowę po Nicku, co się u licha stało z forsą? Za to, co nakradła, mogłaby żyć w luksusie przez dziesiątki lat. I byłby to luksus nawet bardziej ostentacyjny niż ten, który mógł jej zaofiarować Nick.

Na wspomnienie tego, jak drogimi prezentami Nick obsypywał żonę, Cal nie mógł powstrzymać westchnienia. Ona musiała zawsze mieć wszystko naj, naj, naj. Może i Nick przesadzał z wystawnością, ale Cal nigdy nie przestał wierzyć w jego dobre intencje. Znali się przecież i przyjaźnili od czasów szkolnych.

Kończyli ten sam college – Cal został inżynierem, Nick specjalistą od marketingu. Gdy Cal zaprojektował lekką modułową zadaszoną konstrukcję, którą można było szybko stawiać zarówno w miejscach dotkniętych przez klęski żywiołowe, jak i wykorzystywać w rekreacji, przyjaciele postanowili wspólnie zrobić biznes.

Tak powstała firma J-COR. Szybko się wzbogacili, ale obaj uznali, że pieniądze to nie wszystko. Ich domki służyły ludziom dotkniętym nieszczęściami na całym świecie. Stąd pomysł Cala, by założyć także fundację. On miał się zająć sprawami technicznymi, a Nick finansową stroną przedsięwzięcia.

W ciągu kilku lat działalność fundacji została rozszerzona o dostarczanie żywności oraz usług medycznych. I wtedy Nick ożenił się z Megan, pielęgniarką poznaną na jednej z dobroczynnych imprez. Cal był jego drużbą i świadkiem na ślubie, ale jakoś nie ufał wybrance przyjaciela. Była może zbyt piękna? Uprzedzająco grzeczna i zamknięta w sobie, jakby pod lśniącą powierzchnią kryło się coś… nieokreślonego, trudnego do zdefiniowania.

Jej chłód i dystans kontrastował z naturalnością, otwartością i ciepłem, jakie miał w sobie Nick, który najwyraźniej dostał na jej punkcie bzika. Obsypał pannę młodą prezentami: dom za kilka milionów, ferrari, diamentowo-szmaragdowy naszyjnik i mnóstwo innych rzeczy. Megan odwdzięczała mu się, budując swój społeczny wizerunek na wspieraniu fundacji.

Imprezy dobroczynne, na których gościła w swoim domu bogatych darczyńców, rzeczywiście przynosiły wymierne korzyści. Ale zebrane fundusze zasilały też w dużej mierze jej kieszeń. Po trzech latach rutynowy audyt izby skarbowej spowodował, że ów domek z kart zaczął się chwiać. Dalsza historia to już pożywka dla tabloidów.

Cal wpatrywał się w fotografię, która najwidoczniej została zrobiona z dużej odległości, a następnie powiększona. Megan, jeśli to naprawdę była ona, nie zdawała sobie sprawy, że ktoś jej robi zdjęcie. Patrzyła w bok. W okularach słonecznych odbijała się świetlana plamka. Dostrzegł logo firmy. Fakt, zawsze nosiła okulary tej marki. Ściągnął usta. Teraz był pewien. Megan nie jest w stanie zerwać z zamiłowaniem do luksusu.

Całe szczęście, że przeniesiono ją do Aruszy. Gdyby została w Sudanie, śledzenie jej przypominałoby szukanie igły w stogu siana. Arusza jest natomiast tętniącym życiem centrum turystycznym miłośników safari. Jest tu międzynarodowe lotnisko.

Właśnie się do niego zbliżał na pokładzie firmowego odrzutowca. Wiedział też, gdzie szukać przychodni, którą już kiedyś wizytował. Jeśli zechce, za kilka godzin będzie miał Megan na sąsiednim siedzeniu. Wystarczy wynająć kilku osiłków…

A co potem? Sama wizja jest kusząca, ale Cal dobrze wiedział, że brakuje mu podstaw prawnych do porywania kogokolwiek, i to jeszcze za granicą. A zresztą, co by to dało? Megan nie jest głupia. Wie, że Cal nie ma twardych dowodów na to, że ona ma te pieniądze. Są wprawdzie jej podpisy na kilku czekach, które nigdy nie zostały rozliczone w budżecie fundacji, ale to za mało. Jeśli będzie się trzymała swojej wersji, że nic nie wiedziała o kradzieży i o tym, gdzie znajdują się wyprowadzone fundusze, on zostanie z niczym.

Nie ma podstaw, by ją legalnie aresztować, a on nie miał skłonności do stosowania fizycznej przemocy. Miał jedynie nadzieję dotrzeć do prawdy. Nie był na tyle optymistą, by sądzić, że skłoni ją do zwierzeń. Megan jest zbyt przebiegła, nigdy otwarcie nie przyzna się do swoich machlojek. Ale może przypadkiem coś się jej wymknie?

Wtedy Crandall dostanie do ręki koniec nitki, która doprowadzi go do ukrytych pieniędzy.

To musi potrwać. Ale skoro Cal już wybrał się w tak daleką podróż, nie zamierzał wracać z niczym, nawet gdyby musiał dla osiągnięcia celu zapraszać tę damę na wystawne kolacje, poić ją winem i prawić słodkie komplementy. Niech i tak będzie.

Samolot zaczął schodzić do lądowania. Przy ładnej pogodzie powinien zaraz pojawić się masyw Kilimandżaro. Niestety, zbierające się po prawej stronie samolotu chmury zasłaniały widok tej legendarnej góry. Zaczynała się pora deszczowa. Zanosiło się na konieczność lądowania w warunkach gwałtownej afrykańskiej ulewy.

Zapiąwszy pas, Cal usiadł prosto i obserwował zbliżającą się burzę. Samolotem zachybotało, pojawiły się błyski wyładowań, woda zalała szyby. Przypominała mu się podobna deszczowa noc sprzed trzech lat, w San Francisco.

W śródmiejskim Hiltonie urządzali wtedy firmową wigilię. Około jedenastej Cal wpadł na korytarzu na wychodzącą z toalety Megan. Była kredowo blada, usta najwyraźniej dopiero co zwilżyła wodą. Zatrzymał się i zapytał, czy dobrze się czuje.

Roześmiała się.

– Ależ tak, Cal. Czuję się dobrze. Jestem tylko trochę… w ciąży.

– Mogę ci jakoś pomóc? – zapytał. Był zdziwiony, że Nick nic mu nie powiedział.

– Nie, dziękuję. Nick musi tu zostać, poproszę go więc, żeby mi wezwał taksówkę. Nocne przyjęcia już nie dla mnie.

Oddaliła się pośpiesznie, a Cal nie mógł się oprzeć refleksji, że odkąd ją zna, Megan po raz pierwszy wyglądała na szczęśliwą.

A teraz? Czy jest szczęśliwa? Usiłował ją sobie wyobrazić w trakcie pracy w obozie dla uchodźców – w skwarze, wśród natrętnych much, nędzy, chorób…

Co ona tam robi? Co zrobiła z pieniędzmi? Tylko ona mogła udzielić mu odpowiedzi na te dręczące go pytania.

Megan opadła na ławkę. Od ulewy chronił ją okap dachu. Nerwowy dzień, jak zwykle. Młodą matkę i jej nowo narodzone dziecko zabrały wczesnym rankiem z przychodni kobiety z jej plemienia. Potem zaczął się napływ pacjentów – jedni mieli tylko wysypkę, inni aż malarię.

Megan miała nawet okazję asystować tanzańskiemu lekarzowi w zszywaniu i szczepieniu chłopca, który ośmielił się drażnić młodego pawiana.

Ale teraz zmierzchało i przychodnia była już zamknięta. Lekarz i asystentka poszli do domu, do swoich rodzin. Megan pozostała sama w kompleksie budynków, w skład którego wchodziła przychodnia, agregat prądotwórczy, pralnia, łaźnie i dwupokojowy bungalow z kuchnią, mieszkanie dla takich jak ona wolontariuszy.

Surowość ceglanych ścian łagodziła nieco obfita roślinność. Drzewa i krzewy pięknie kwitły na żyznej wulkanicznej glebie. Ocieniający poradnię tulipanowiec właśnie gubił kwiaty. Czerwonawe płatki spadały z dachu kaskadą wraz z ulewnym deszczem. Wyglądały jak krwawe łzy.

Przymykając oczy, Megan wdychała słodko pachnącą wilgoć. W spieczonym słońcem Sudanie, gdzie w zapylonym powietrzu czuć było ludzką biedę i nieszczęście, marzyła o deszczu. Nie będzie jej łatwo tam wrócić, ale musi. I chce. Uchodźcy potrzebują jej opieki, a ona potrzebuje innego życia niż to, które wiodła dawniej.

Już miała podnieść się z ławki i zmierzyć z ulewą, gdy przy bramie ktoś zadzwonił. Wisiał tam taki zwykły krowi dzwonek. Wstała bez szczególnego entuzjazmu. Jeśli ktoś jest w potrzebie, nie można mu odmówić pomocy. Ale jest tu sama, a dobijać mogą się równie dobrze napastnicy szukający w przychodni narkotyków i pieniędzy czy inni niegodziwcy.

Dzwonek zadzwonił ponownie. Megan pod strugami deszczu pobiegła do swojego mieszkania, wyjęła spod poduszki rewolwer Smith & Wesson kaliber 38 i wrzuciła go do kieszeni luźnych bojówek w kolorze khaki. Wychodząc, pośpiesznie zdjęła z wieszaka plastikową pelerynę, której kaptur narzuciła sobie na głowę, i podążyła w stronę blaszanej bramy. Zardzewiała kłódka tkwiła na łańcuchu spinającym z sobą byle jak przyspawane do skrzydeł bramy klamki.

– Jina lako nani? – zapytała w swoim podręcznikowym suahili. Było to pytanie o nazwisko przybysza. Nic lepszego nie przyszło jej do głowy.

Po chwili silny męski głos zapytał:

– Megan? To ty?

Nogi się pod nią ugięły. Oparła się o bramę, niezgrabnie mocując się z kluczem. Głos Cala to ostatni dźwięk, jaki chciałaby usłyszeć. Ale głupio byłoby teraz się przed nim chować.

– Megan? – Pytanie zostało powtórzone znacznie bardziej natarczywie.

Miała jednak zbyt ściśnięte gardło, by odpowiedzieć. Powinna była wiedzieć, że Cal nie spocznie, aż ją znajdzie, choćby miał zjechać w tym celu pół świata.

Zamek ustąpił, łańcuch opadł. Megan cofnęła się, a Cal wkroczył na podwórze. W przeciwdeszczowym burberry wyglądał na znacznie wyższego, niż go zapamiętała. A szare oczy z jeszcze większym chłodem patrzyły na nią spod ociekającego wodą ronda kapelusza.

Wiedziała, czego może chcieć. Po dwóch latach ciągle nie znał odpowiedzi. Teraz będzie bezlitośnie zasypywał ją pytaniami o śmierć Nicka i pieniądze, które przepadły.

Z tym, że ona nie zna odpowiedzi.

Jak zdoła przekonać Cala, by przejrzał na oczy i zostawił ją w spokoju?

Tytuł oryginału: A Sinful Seduction

Pierwsze wydanie: Harlequin Desire, 2014

Redaktor serii: Ewa Godycka

Korekta: Urszula Gołębiewska

© 2014 by Elizabeth Lane

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o., Warszawa 2016

Wydanie niniejsze zostało opublikowane na licencji Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne.

Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Harlequin i Harlequin Gorący Romans są zastrzeżonymi znakami należącymi do Harlequin Enterprises Limited i zostały użyte na jego licencji.

HarperCollins Polska jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-516 Warszawa, ul. Starościńska 1B, lokal 24-25

www.harlequin.pl

ISBN: 978-83-276-1887-0

Konwersja do formatu EPUB: Legimi Sp. z o.o.