Podróż do Peru - Elizabeth Lane - ebook
Opis

Malarka Grace Chandler stara się o adopcję małego Zaka. Gdy jest już bliska celu, w jej domu zjawia się stryj chłopca, milioner Emilio Santana. Chce zabrać bratanka do Peru. Postawiona przed niełatwym wyborem Grace decyduje się jechać z nimi, żeby móc nadal opiekować się Zakiem. Jej życie odmieni się całkowicie, choć inaczej, niż to planowała…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 145

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Elizabeth Lane

Podróż do Peru

Tłumaczenie

ROZDZIAŁ PIERWSZY

21 stycznia, Urubamba, Peru

Emilio Santana oparł dłonie o gładki, chłodny blat z ciemnego mahoniu. Biurko, potężne niczym transatlantyk, królowało w gabinecie rodzinnej rezydencji od ponad dwóch wieków. Przy nim siadywał jego ojciec, a wcześniej dziad, pradziad i prapradziad. I ojciec prapradziada. A także jego dziad. Siedem pokoleń Santanów zza tego biurka zarządzało rodzinnym majątkiem, który rozkwitał, mocno zakorzeniony w żyznej glebie szerokiej doliny, leżącej pomiędzy pasmami urwistych, niebosiężnych Andów.

Emilio urodził się tutaj, podobnie jak jego brat i siedem poprzednich pokoleń Santanów. W tej malowniczej krainie, pomiędzy łańcuchem gór a brzegiem oceanu, spędził beztroskie dzieciństwo. Potem wyjechał, bo ciągnął go wielki świat, ale wciąż tu wracał, zawsze z tym samym uczuciem czystej, dziecięcej radości i głęboko skrywanego wzruszenia. To był jego dom. Ale miejsce za ogromnym, mahoniowym biurkiem nigdy nie powinno było przypaść mu w udziale. Należało do jego starszego brata. Po śmierci ojca to Arturo, poważny, rzeczowy i metodyczny Arturo, został głową rodu. Przejął zarządzanie wielką posiadłością ziemską, która otrzymała swoją nazwę od rzeki, Rio Urubamba, toczącej leniwie swoje wody ku północy, by połączyć się z Rio Ucayali i stworzyć królową rzek – Amazonkę. A ponieważ majątek rodu Santanów nie ograniczał się do kawałka ziemi, Arturo stanął również na czele korporacji, której zarząd mieścił się w nowoczesnej, jeżącej się wieżowcami lśniącymi stalą i szkłem dzielnicy Limy. Przejął kontrolę nad portfolio międzynarodowych inwestycji i wszedł w swoją rolę z tak naturalną pewnością siebie, jakby się urodził, by zarządzać kapitałem wartym setki milionów. Bo też i tak właśnie było – Arturo, pierworodny syn, od dziecka przeznaczony został do tej roli. Emilio, jego młodszy brat, urodził się chyba głównie po to, żeby korzystać z życia. Jeździł konno, naprawdę nieźle tańczył tango i peruwiańską marinarę, podróżował.

Aż pewnego dnia stało się coś, co nigdy nie powinno się wydarzyć. Wypadek na autostradzie, w porannej mgle. Ciężarówka, której szofer stracił panowanie nad kierownicą, nagle zatańczyła jak narowisty koń, ruszyła pędem na skos przez pasy ruchu, zepchnęła samochód Artura na pobocze i, jak twierdzili naoczni świadkowie, zgniotła go niczym papierową zabawkę, niemal wbijając w filar wiaduktu. Pierworodny spośród Santanów w ułamku sekundy stracił życie. Został Emilio, ostatni z rodu – bo Santanowie, choć od pokoleń pomnażali swój majątek, sami nie mnożyli się zbyt licznie. Pozostałe gałęzie rodziny zanikły już w poprzednim stuleciu; nazwisko odziedziczone po hiszpańskim konkwistadorze, korzeniami sięgające wczesnego średniowiecza, przetrwało tylko w Urubambie. I tutaj prawdopodobnie wygaśnie, pomyślał Emilio z ciężkim westchnieniem. Nie był gotów na to, żeby pojąć żonę i spłodzić dziedzica. Może nigdy nie będzie. Po prostu nie był stworzony do takiego życia. Dość, że musiał pogrzebać brata. Zdrętwiały z rozpaczy, dławiony lodowatym, śmiertelnym gniewem na los i Boga, tkwił, w sztywnym, czarnym garniturze, za trumną przystrojoną stosami kwiatów, których jaskrawe kolory drażniły go prawie tak samo, jak zawodzący śpiew żałobników. Potem rzucił pierwszą garść ziemi w czeluść świeżo wykopanego grobu – dotąd nie mógł zapomnieć głuchego odgłosu, gdy wilgotna pecyna uderzyła w wieko trumny – i stał, oniemiały z bólu, machinalnie powtarzając podziękowania, i kiwając głową jak marionetka, kiedy składano mu kondolencje. Nie miał pojęcia, jak udało mu się przetrwać novenę – dziewięć długich wieczorów wypełnionych gryzącą wonią kopcących zniczy i szmerem modlitw o pokój duszy nieboszczyka, powtarzanych półgłosem, miarowo i jednostajnie, tak samo jak przed wiekami. Może dlatego dotrwał do końca, że nie miał innego wyjścia. Południowoamerykański zwyczaj chciał, by w ten sposób żegnać bliskich zmarłych. Novena, dziewięć dni żałoby i modlitwy, towarzyszyła każdemu z Santanów, gdy przychodził jego czas, by udać się do lepszego świata.

Kiedy kwiaty na świeżym grobie przywiędły, a znicze pogasły, Emilio zrozumiał, że nieprędko wróci do dawnego beztroskiego życia. Co prawda, ród Santanów bliski był wygaśnięcia, ale ich inwestycje miały się dobrze. I wymagały uwagi. Trzeba było przejąć obowiązki Artura i stanąć u steru, chociażby po to, żeby wszyscy ludzie pracujący dla Santanów mogli w dalszym ciągu regularnie pobierać pensje. A było tych ludzi niemało – w Urubambie uprawiano winorośl i hodowano konie, biura w Limie, obsługujące międzynarodowe inwestycje deweloperskie, zatrudniały dziesiątki pracowników, a przedstawicielstwa korporacji, rozsiane po większych miastach obu Ameryk i Europy, liczyły setki etatów.

Zarówno ogromna posiadłość ziemska, jak i korporacja były przedsiębiorstwami rodzinnymi, więc, przynajmniej do czasu zmiany statutu, funkcję prezesa musiał pełnić ktoś noszący nazwisko Santana. Emilio nie miał wyboru. Dlatego właśnie, pierwszego dnia po zakończeniu noveny, już o siódmej rano zasiadł za wielkim, mahoniowym biurkiem i zaczął wertować dokumenty, które jego starszy brat pozostawił w absolutnym porządku, metodycznie poumieszczane w opatrzonych etykietami segregatorach. Papierów było zatrzęsienie, ale Emilia to nie przerażało. Księgi prowadzono wzorowo, raporty wykonywane były klarownie i logicznie. A on miał dyplom MBA. Studiował zarządzanie, bo tego życzył sobie jego ojciec, a potem starszy brat. Nie przejmował się zbytnio nauką, i był bardzo zdziwiony, kiedy okazało się, że jest najlepszym studentem na roku. Dyplom z wyróżnieniem schował na dno szuflady. Nie przypuszczał, by pogłębiona znajomość ekonomii i strategii menedżerskich kiedykolwiek do czegoś miała mu się przydać. O wiele za bardzo lubił zajmować się hodowlą koni i dobrą zabawą.

A jednak. W życiu trzeba być przygotowanym na chwyty poniżej pasa, pomyślał filozoficznie, przebiegając wzrokiem kolumny liczb. Przynajmniej tutaj wszystko się zgadzało. Sprawozdania finansowe, przychody i rozchody, ewidencja zatrudnienia, środki trwałe, analizy i prognozy. Liczby niosły jasny, prosty sens, układały się w logiczną strukturę. Zawsze się obawiał, że prowadzenie wielkiego biznesu okaże się koszmarnie nudną mordęgą. Tymczasem przekonywał się ze zdumieniem, że już samo zgłębianie danych liczbowych jest zajęciem fascynującym; coś jakby śledzić linie melodyczne koncertu na wielką orkiestrę, splatające się ze sobą w myśl finezyjnej kompozycji, a piękno ich czystej logiki budziło jego zachwyt.

Pochłonięty lekturą nie zauważył nawet, kiedy w ogromnym dzbanku z kawą, który kazał sobie przygotować o poranku, pojawiło się dno. Słońce zatoczyło świetlisty łuk ponad rozłożystym dachem rezydencji, a niebo na zachodzie zasnuło się już wieczorną, liliową mgłą, gdy, na dnie jednej z szuflad przepastnego biurka, natrafił na cienką teczkę opatrzoną napisem: „Sprawy osobiste”. W pierwszej chwili chciał odłożyć ją na bok. Arturo odszedł; wszystkie jego osobiste sprawy powinny spocząć w spokoju razem z nim. Potem jednak zdecydował się zajrzeć do środka. Teraz on był głową rodu Santanów, nawet jeśli ten ród miał wygasnąć wraz z jego śmiercią. Dopóki żył, musiał pełnić swoje obowiązki. A jeżeli brat zostawił po sobie jakieś niezałatwione sprawy, obowiązkiem Emilia było je uporządkować.

Teczka okazała się niemalże pusta. Na ciemny blat biurka wypadła koperta zaadresowana do Artura Santany, ze znaczkiem i stemplem pocztowym przystawionym w Tuscon w Arizonie, przed dziesięcioma miesiącami, oraz dwie kartki – najwyraźniej listy. Pierwszy z nich, wydrukowany na zwykłym, białym papierze, nosił podpis złożony pewną, lecz niewątpliwie kobiecą ręką. Emilio z wahaniem przeczytał kilka pierwszych linijek.

Tuscon, 10 marca

Szanowny Panie,

Piszę, żeby przekazać Panu bardzo smutną wiadomość. Moja przyrodnia siostra, Cassidy Miller, nie żyje. Odeszła pierwszego marca tego roku, przegrywając długą i wyczerpującą walkę z guzem mózgu…

Emilio poderwał głowę i gwałtownie nabrał powietrza, jakby właśnie dostał pięścią w splot słoneczny. Cassidy… nie żyła? Jak to możliwe? Jeszcze raz, powoli, przeczytał początek listu, łudząc się, że zaszła jakaś absurdalna pomyłka. Na pewno źle zrozumiał wiadomość. A może chodziło o zupełnie inną osobę o podobnym nazwisku? Niestety, już w następnej chwili nadzieja bezpowrotnie zgasła, zostawiając świadomość okrutnej prawdy – Cassidy, prześliczna, jasnowłosa trzpiotka, która wydawała się uosobieniem radości życia, odeszła. Zabiła ją straszna, bezlitosna choroba. Emilio zamknął oczy, odetchnął głęboko. Nie. Nie potrafił się z tym pogodzić. Zbyt dobrze pamiętał ich pierwsze spotkanie. Cassidy przyleciała ze Stanów, żeby pozować do zdjęć w niesamowitych plenerach Cusco. A że szalone noce kochała niemal równie mocno, jak swoją pracę modelki, spotkali się pewnego piątkowego wieczora w znanym klubie, gdzie orkiestra grała tanga. Emilio od razu zwrócił uwagę na smukłą, długonogą blondynkę o jedwabistych włosach, inteligentnym spojrzeniu i szelmowskim uśmiechu. Poprosił ją do tańca, a ona zgodziła się z błyskiem w oczach, oświadczając przy tym mocno kulawą hiszpańszczyzną, że tanga nie tańczyła jeszcze nigdy w życiu. Trzeba temu jak najszybciej zaradzić, odparł i poprowadził ją na parkiet. Istotnie, o tangu nie miała bladego pojęcia, ale czuła muzykę i była pełna zapału, a potknięcia kwitowała wybuchami perlistego śmiechu. Z miejsca rozpoznał w niej bratnią duszę i można było powiedzieć bez przesady, że przetańczyli razem całą noc – jeśli nie liczyć momentów, kiedy raczyli się peruwiańskim pisco przy barze i rozmawiali, jakby znali się od lat. Cassidy przedstawiła go koleżankom, i jakoś tak wyszło, że zanim niebo nad miastem zaczęło jaśnieć, zaprosił pięć amerykańskich modelek, żeby spędziły weekend w Urubambie. Dziewczęta zgodziły się bez zastrzeżeń, może dlatego, że nazwisko Santana wzbudzało zaufanie, a może po prostu perspektywa niekończącej się imprezy w bajkowych ogrodach rezydencji, nad basenem wielkości małego jeziora, była zbyt kusząca, by ją odrzucić. Doskonale pamiętał chwilę, kiedy zajechali sześciodrzwiową limuzyną przed front rezydencji. Cassidy Miller, w zamszowych butach do kolan, złotej minisukience i kapeluszu z szerokim rondem, wyskoczyła z samochodu, gdy tylko zatrzymał się naprzeciw lśniącego rzędami półkoliście sklepionych okien, zwieńczonego rzeźbioną, typowo południowoamerykańską attyką budynku. Arturo Santana, ubrany w czarny garnitur, pojawił się na ozdobionym kolumnami, kamiennym ganku.

Cassidy spojrzała na Artura, Arturo spojrzał na Cassidy. I oboje przepadli. Gdyby ktoś zapytał Emilia, czy możliwa jest miłość pomiędzy sumiennym i pracowitym, wręcz pedantycznym mężczyzną a kobietą, która była przekonana, że życie to niekończąca się impreza, uśmiałby się do łez. A jednak. Kiedy szalony weekend dobiegł końca, Amerykanki wróciły do domu, ale Cassidy została w Urubambie. Odwołała wszystkie kontrakty na miesiąc naprzód. Świata nie widziała poza Arturem, a on dosłownie nosił ją na rękach. Emilio nigdy nie widział swojego starszego brata równie szczęśliwego. Sielanka trwała pięć tygodni, a potem Cassidy nagle spakowała się i wyjechała. Emilio zachodził w głowę, co mogło poróżnić zakochanych, ale nie miał odwagi wypytywać brata, ten zaś milczał jak grób. Minęło parę miesięcy i Emilio pogodził się z myślą, że historia Cassidy i Artura to zamknięty rozdział. Był przekonany, że już nigdy nie usłyszy o jasnowłosej Amerykance. Na pewno nie spodziewał się, że dostanie wiadomość o jej śmierci.

Przetarł oczy, otrząsnął się ze wspomnień. Rzeczywistość, jakakolwiek ponura by była, wymagała, by stawić jej czoło. Zmusił się, żeby dokończyć czytanie listu.

Wyobrażam sobie, jak bardzo musiała zszokować Pana ta wiadomość. Nie kontaktowałam się z Panem wcześniej, bo Cassidy bardzo zdecydowanie prosiła mnie, żeby nie informować Pana o jej chorobie, nawet wtedy, gdy stan był już bardzo ciężki. Ale teraz, gdy siostra nie żyje, nie mogę dłużej milczeć. Uważam, że moim obowiązkiem jest poinformować Pana, że na kilka dni przed śmiercią, dokładnie dwudziestego szóstego lutego, Cassidy urodziła dziecko, zdrowego chłopca. Nie kryła przede mną, że w ciążę zaszła podczas pobytu w Peru, mam więc wszelkie powody, żeby wierzyć, że chłopiec jest pańskim synem.

Proszę mnie źle nie zrozumieć – nie piszę, żeby cokolwiek od Pana wyłudzić, nie zamierzam też dochodzić, w imieniu chłopca, praw do części pańskiego niemałego majątku. Małym Zakiem – takie imię nadała chłopcu jego mama – opiekuję się od pierwszych dni jego życia, bardzo go kocham i pragnę zająć się jego wychowaniem. Chciałabym jak najszybciej zacząć załatwiać formalności związane z adopcją, nie mogłabym jednak zrobić tego, utrzymując Pana w nieświadomości co do całej sprawy. Bardzo zależy mi na tym, żeby móc wychować Zaka jak własne dziecko, pozwalam więc sobie prosić Pana o zgodę na przeprowadzenie drogą sądową jego pełnego i nierozerwalnego przysposobienia. Zaręczam, że otoczę chłopca miłością, a moja sytuacja życiowa pozwoli mi zapewnić mu optymalne warunki rozwoju.

Załączam moją wizytówkę i z góry dziękuję za odpowiedź.

Szczerze oddana

Grace Chandler

Emilio uniósł brwi, powoli pokręcił głową. I przeczytał list jeszcze raz. Wiadomość o śmierci Cassidy stanowiła bolesny cios, ale kolejna informacja, którą zawierał krótki list, była jak piorun z jasnego nieba. Arturo miał syna. Wiedział o tym od dawna, niemalże od dnia narodzin dziecka. I nie powiedział o tym ani słowa nikomu, nawet własnemu bratu. Co więcej, nie zrobił nic, żeby zyskać prawo do opieki nad chłopcem. Dlaczego postąpił w ten sposób?

Niecierpliwość mrowiła go w palcach, kiedy sięgał po kolejną zadrukowaną kartkę. Tak jak się spodziewał, była to kopia listu, który Arturo wysłał w odpowiedzi Grace Chandler.

Urubamba, 31 marca

Wielce szanowna Panno Chandler,

Przede wszystkim proszę przyjąć wyrazy szczerego współczucia z powodu śmierci siostry. Zapewniam, że w żaden sposób nie będę utrudniał Pani starań o adopcję chłopca, którego osierociła, pod warunkiem, że uszanuje Pani moją prośbę, by nigdy więcej nie kontaktowała się Pani z rodziną Santanów, w imieniu własnym ani chłopca, zarówno w sprawach osobistych, jak i majątkowych. Nie życzę sobie żadnych kontaktów pomiędzy nami w przyszłości, tym bardziej że niebawem zamierzam zawrzeć związek małżeński i założyć rodzinę. Pojawienie się pozamałżeńskiego dziecka spowodowałoby komplikacje, których za wszelką cenę chciałbym uniknąć.

Jeśli odniesie się Pani ze zrozumieniem do mojej prośby, ja również nie będę czynił żadnych przeszkód, by mogła Pani spełnić swoje marzenie i adoptować małego Zaka.

Z wyrazami szacunku

Arturo Rafael Santana y Morales

Tylko tyle? Arturo w kilku oficjalnych, bezosobowych zdaniach zrzekł się syna, chłopca osieroconego przez matkę tuż po porodzie? To było niepojęte. Takiego postępku nie tłumaczył nawet fakt, że jego brat zawsze przedkładał interesy rodziny ponad własne sprawy. A w interesie rodziny leżał jego ożenek z Mercedes Villanuevą, córką i jedyną spadkobierczynią właściciela leżących w sąsiedztwie Urubamby ogromnych terenów rolniczych. Ale do ślubu nie doszło – jego termin wciąż był odsuwany, z najróżniejszych powodów. A potem nadszedł ten tragiczny, mglisty poranek na autostradzie, i okazało się, że na wszystko jest już za późno. Także na to, żeby spytać Artura, dlaczego odrzucił dziecko, które spłodził.

Emilio z westchnieniem opadł na oparcie fotela, w zamyśleniu popatrzył przez wielkie okno. Nad Andami powoli zapadała noc, pogrążając w mroku Świętą Dolinę Inków, z jej meandrującymi, doskonale równoległymi liniami wykutych w skale rolniczych tarasów, które schodziły w dół, ku życiodajnej rzece. W siedemnastym wieku król hiszpański Ferdynand, dokonawszy konkwisty Ameryki, osadził na tej ziemi swojego wiernego sługę i nieustraszonego rycerza, Miguela Santanę. Ten chętnie porzucił wojaczkę dla osiadłego życia dżentelmena farmera i przekonał się niebawem, że nawiązywanie pokojowych relacji z miejscową ludnością jest ze wszech miar korzystniejsze niż narzucanie supremacji przy użyciu siły, jak to mieli w zwyczaju najeźdźcy. Wzajemną przyjaźń przypieczętowało małżeństwo Miguela z urodziwą księżniczką inkaską. Santanowie wrośli w ziemię tej pięknej, choć surowej krainy – siedem pokoleń, których spuścizna zdawała się przygniatać ramiona Emilia siedemsettonowym ciężarem. Ostatni członek rodu. Wraz z nim umrze pięćsetletnia tradycja, pójdzie w zapomnienie rodzinna historia. Majątek ziemski pamiętający czasy konkwisty, pozbawiony dziedzica, przejdzie na skarb państwa. Czy mógł wziąć na siebie taką odpowiedzialność? Od śmierci Artura pytanie to dręczyło go niczym ciężka choroba.

List niejakiej Grace Chandler był jak niespodziewane, cudowne lekarstwo na chorobę, którą dotąd uznawał za nieuleczalną. Z uczuciem bliskim euforii poczuł, jak ciężar odpowiedzialności za przyszłość rodu spada z jego barków, pozostawiając go lekkim, niemalże nieważkim.

Nie był ostatnim z rodu Santanów!

Arturo zostawił po sobie potomka. Co z tego, że chłopiec pochodził z nieformalnego związku? Co z tego nawet, że jego ojciec – z powodów, których Emilio nie pojmował – literalnie wyrzekł się syna? Ten niespełna roczny chłopiec był całą nadzieją na przetrwanie rodu Santanów. Sytuacja wyglądała nieco inaczej przed dziesięcioma miesiącami, kiedy Arturo żył, planował poślubić Mercedes, założyć rodzinę, mieć dzieci. Kto wie, może zgodził się na adopcję małego Zaka ze względu na jego dobro? Ostatecznie, kim byłby pozamałżeński syn, gdyby Arturo doczekał się potomstwa z prawego łoża? Tak się jednak nie stało. Do ślubu nie doszło, Arturo nie żył. Syn Cassidy Miller był jedynym przedstawicielem najmłodszego pokolenia rodu Santanów i dziedzicem majątku wartego miliardy.

Emilio wiedział z całą pewnością, że nie ma takiej siły we wszechświecie, która powstrzymałaby go przed odnalezieniem dziecka, będącego jego najbliższym żyjącym krewnym. W żyłach Zaka płynęła krew Santanów. Jego miejsce było tutaj, w Urubambie. Pozostawało mu mieć nadzieję, że Grace Chandler to zrozumie. Podobnie jak jego przodek Miguel, Emilio wolał pokojową współpracę niż rozgrywkę przy użyciu siły. Chociaż w tej akurat sytuacji był pewien, że jeśli doszłoby do próby sił, byłby górą. Dysponował pieniędzmi i wpływami, o jakich przyrodniej siostrze Cassidy Miller nawet się nie śniło.

Dysponował również prywatnym odrzutowcem. Następnego ranka złoży niezapowiedzianą wizytę Grace Chandler.

Tuscon, Arizona

– Założę się, że teraz chętnie przekąsisz co nieco, mój zuchu! – Grace wyjęła Zaka z wózka do joggingu, posadziła go sobie na biodrze i w kilku energicznych susach wbiegła na ganek. Kiedy przekręcała klucz w zamku, malec dzikimi okrzykami dawał wyraz czystej radości życia i z całych sił starał się wyrwać na wolność. Raczkował już z wprawą komandosa i trawnik przed domem jawił mu się jako bajkowa kraina, gdzie czekały na niego fascynujące odkrycia i niezwykłe przygody. Grace wzmocniła uścisk ramienia i uśmiechnęła się do własnych myśli. Jeśli Cassidy patrzy z góry na synka, którego nosiła pod sercem przez dziewięć długich i trudnych miesięcy i wydała na świat ogromnym wysiłkiem wycieńczonego chorobą organizmu, to ma powody do dumy. Chłopiec, który urodził się drobny i słabiutki, ale całkowicie zdrowy – bo jego matka zrezygnowała z leczenia śmiertelnej choroby, wiedząc, że chemioterapia jest niebezpieczna dla rozwijającego się płodu – przez dziesięć miesięcy zmienił się nie do poznania. Nabrał sił, wyrósł na bystre, rezolutne i szczęśliwe dziecko. Aż przyjemnie było na niego popatrzeć. Policzki miał rumiane, a spod wiecznie nastroszonej, czarnej jak heban czupryny spoglądały ciekawie duże oczy o barwie gorzkiej czekolady, ocienione gęstymi wachlarzami rzęs. Mały Zak karnację odziedziczył po ojcu, peruwiańskim miliarderze, który zaskakująco łatwo zrzekł się praw do syna. Ale kiedy się uśmiechał, Grace widziała w nim Cassidy i wzruszenie chwytało ją za gardło.

Cassidy. Jej młodsza przyrodnia siostrzyczka, którą opiekowała się od dnia, gdy ich rodzice zginęli, zostawiając je same na świecie. Jasnowłosa, wiecznie rozchichotana ślicznotka, która uważała, że życie to zabawa, i nigdy niczego nie traktowała serio, nawet własnej ciężkiej choroby. Przed kilku laty Cassidy przeszła operację wycięcia guza i od tamtego czasu nowotwór był w remisji, zaś rekonwalescentka, zamiast żyć na pół gwizdka, w cieniu grożącego jej wyroku, rzuciła wyzwanie losowi. Wyhodowała grzywę włosów, poszła na casting i bez najmniejszego trudu zdobyła angaż w jednej z najsłynniejszych agencji modelek na świecie. Grace mogła się założyć, że nikomu z jej kolegów i koleżanek ze świata mody nie przyszło nawet na myśl, co skrywa wesoła, diabelnie fotogeniczna blondynka. Bo i nie mieli jak się domyślić – Cassidy wprost kipiała energią i radością życia. Spoważniała po powrocie z sesji zdjęciowej w Cusco. Grace znakomicie pamiętała dzień, w którym Cassidy, wzruszona i wyraźnie szczęśliwa, powiedziała jej, że spodziewa się dziecka. Potem przyszło osłabienie, nudności i bóle głowy. Nie dziwiła się temu – w końcu, czyż nie były to dolegliwości typowe dla odmiennego stanu? Niestety, szybko okazało się, że ich przyczyna leży gdzie indziej. Nowotwór powrócił, zaatakował podstępnie. Pojawiły się przerzuty. Onkolog powiedział otwarcie, że doradza przerwanie ciąży i natychmiastowe poddanie się agresywnej chemioterapii. Cassidy podziękowała za radę, ale nie miała najmniejszego zamiaru się do niej dostosować. Nie zamierzała poddawać się aborcji, więc bez chwili wahania odmówiła leczenia. Chciała urodzić dziecko i gotowa była zapłacić za to zdrowiem, a nawet życiem. Nie pozowała na bohaterkę i nie pozwoliła, żeby traktowano ją jak męczennicę. Pozostała sobą, nawet wtedy, kiedy choroba pozbawiła ją sił. Leżała w szpitalnym łóżku, blada, z ciemno podkrążonymi oczami, i wciąż się śmiała. Z miny, jaką robiła Grace na jej widok. Z dowcipu zasłyszanego od pielęgniarki. Albo po prostu z radości, kiedy oglądała nagranie USG, na którym jej synek machał rączkami, jakby w entuzjastycznym geście powitania. Widząc blask szczęścia w oczach śmiertelnie chorej siostry, Grace pojęła, że Cassidy kocha swoje dziecko tą samą, instynktowną i bezkompromisową miłością, jaką od zawsze kochała życie. Miłością, która sprawiała, że wszystko inne wydawało się bez znaczenia.

Chyba siłą tej miłości Cassidy przetrwała dziewięć miesięcy ciąży. A kiedy dziecko się urodziło i mogła wziąć je w ramiona, wydawało się, że nastąpi cud, i że ta miłość ją uzdrowi. Widząc radość siostry, która zdawała się nagle odzyskiwać siły, Grace nie miała sumienia prosić jej, żeby podpisała oświadczenie dotyczące adopcji ze wskazaniem w razie jej śmierci. Kilka dni później okazało się, że cud jednak nie nastąpił. Cassidy nakarmiła synka i zasnęła, by więcej się nie obudzić. Grace wystąpiła o prawo do opieki nad Zakiem, zanim jeszcze pogrzebała siostrę. A potem rozpoczęła żmudne starania o adopcję. Załatwianie formalności wlokło się miesiącami, ale nareszcie można było dostrzec światełko w tunelu. Jeszcze parę tygodni, i Zak Miller stanie się oficjalnie jej synem. Jedynym dzieckiem, jakie kiedykolwiek będzie miała.

Z wierzgającym chłopcem na rękach weszła do kuchni. Po porannym spacerze Zak zawsze był głodny jak wilk, a kiedy zjadł drugie śniadanie, usypiał snem sprawiedliwego na dobre trzy godziny. Dla Grace był to bardzo cenny czas – mogła wtedy nastawić pranie, posprzątać, ugotować obiad. Jeśli miała wyjątkowe szczęście, udawało jej się nawet usiąść na chwilę do pracy.

Posadziła malca w foteliku i szybko umyła ręce nad zlewem. Po godzinnym joggingu z dziesięciokilowym malcem w wózku była zgrzana, ale prysznic musiał poczekać. Mały głodomór uderzał rytmicznie łapkami o blat stołu, coraz natarczywiej dopominając się jedzenia. Po chwili jego życzeniu stało się zadość. Przed chłopcem pojawił się talerzyk pełen apetycznych różności. Były tu różyczki brokułów, kawałki ugotowanej do miękkości marchewki, słodkich ziemniaków i młodych buraczków, pokrojone w drobną kostkę indycze mięso i cząstki soczystej brzoskwini.

Zak sprawnie chwycił paluszkami kawałek brokuła i wpakował sobie do buzi.

– Brawo! – Grace zaklaskała w dłonie. – Świetnie sobie ra…

Nie dokończyła. Chłopiec, szczerze uradowany odniesionym sukcesem, złapał kawałek marchewki. Niestety, zamiast włożyć go do ust, wykonał błyskawiczny zamach. Nie zdążyła się uchylić; pomarańczowy pocisk, wyrzucony z imponującą siłą, wylądował na środku jej czoła. Czarne oczy łypnęły szelmowsko spod rzęs, i malec zaniósł się perlistym śmiechem. Grace nie mogła mu nie zawtórować. Zak niedawno nauczył się sam jeść. Niestety, jednocześnie odkrył możliwość rzucania jedzeniem. Był w tym naprawdę dobry, i choć Grace tłumaczyła mu cierpliwie, że tak się nie robi, co rusz ulegał pokusie.

– Niezły zamach, mistrzu – uśmiechnęła się. – Ale do rzucania służy piłka, a nie drugie śniadanie! Po południu pobawimy się w ogródku. Jeśli chcesz zostać zawodowym bejsbolistą, musisz zacząć trenować od zaraz.

Kiedy wreszcie talerzyk został całkowicie opróżniony, kuchnia wyglądała tak, jakby szalał w niej nawiedzony malarz taszysta, zaś Grace i sam Zak mogli śmiało uchodzić za Indian w barwach wojennych. Pomarańczowe, bordowe i zielone smugi zdobiły nie tylko ich twarze, ale także włosy i ubrania. Grace pocieszała się, że większość posiłku trafiła jednak tam, gdzie powinna, chłopiec był najedzony i gotów do drzemki. Podniosła go i posadziła sobie na biodrze, a on gestem pełnym szczerej czułości zarzucił lepkie od jedzenia łapki na jej szyję.

– Idziemy się umyć, kawalerze – powiedziała z energią, i wycisnęła głośnego całusa na ciepłym, rozkosznie pachnącym karczku malca. W odpowiedzi usłyszała radosne, przeszywające uszy piśnięcie.

Nie zdążyła przekroczyć progu łazienki, kiedy dzwonek do frontowych drzwi zaczął dzwonić jak na pożar. Oparła się o framugę i westchnęła głęboko. Ktoś wybrał sobie naprawdę zły moment na wizytę. Zresztą, kto mógł przyjść o tej porze, w powszedni dzień? Nie spodziewała się żadnych odwiedzin, a jeśli był to domokrążca, równie dobrze mógł nie tracić czasu na zachwalanie towaru, bo na pewno nie chciała kupić niczego, co sprzedawał. Podzwoni i przestanie, uznała, weszła do łazienki i posadziła dziecko na przewijaku.

Po kilkusekundowej przerwie gong dzwonka zadźwięczał znowu. I znowu. I jeszcze raz. Grace przewróciła oczami, tłumiąc komentarz, który był zupełnie nieodpowiedni dla uszu niewinnego dziecka. Intruz najwyraźniej zamierzał dobijać się w nieskończoność, więc nie było innej rady, musiała się pofatygować i poprosić, żeby sobie poszedł. Wzięła Zaca na ręce i ruszyła do drzwi. Pocieszała się myślą, że prawdopodobnie nie będzie się musiała wdawać w żadne dyskusje. Po wyczerpującym joggingu i asystowaniu przy posiłku Zaka przedstawiała sobą taki widok, że ktokolwiek stał na progu, ucieknie w popłochu, gdy tylko ją zobaczy.

Malec zerkał ciekawie znad jej ramienia, gdy odsunęła zasuwkę i otworzyła szeroko drzwi, gwałtownym gestem, który wiele mówił o frustracji, którą budził w niej uparty dźwięk gongu. Była postawną kobietą, zbudowaną jak sprinterka, i doskonale wiedziała, że potrafi wywołać onieśmielenie jednym, odpowiednio chłodnym spojrzeniem.

Tym razem jednak, choć wyprostowała się na całą wysokość swoich stu siedemdziesięciu pięciu centymetrów wzrostu i zwęziła oczy w szparki jak rozeźlona kocica, nie wywołała pożądanego efektu. Czarnowłosy mężczyzna, który stał na ganku, przewyższał ją o pół głowy. Na jej widok nawet nie drgnął; widocznie ani barwy wojenne na jej twarzy, ani zniecierpliwienie w jej wzroku nie zrobiły na nim najmniejszego wrażenia.

O niej nie można było powiedzieć tego samego. Panika, niczym gorący gejzer, wybuchła w jej piersi, zdławiła oddech, niemal odebrała władzę w nogach. Grace cofnęła się o krok i instynktownym gestem przycisnęła Zaka mocniej do siebie. Ogromnym wysiłkiem woli opanowała chęć, by zatrzasnąć przybyszowi drzwi przed nosem, a potem ukryć się gdzieś, w najgłębszym zakamarku domu, i siedzieć tam tak długo, aż niebezpieczeństwo minie. Zamiast tego rozciągnęła usta w chłodnym uśmiechu, zebrała całą odwagę, na jaką było ją stać, i spojrzała w oczy człowieka, którego widziała po raz pierwszy, lecz rozpoznała natychmiast. Oczy koloru gorzkiej czekolady.

Pierwsza rzecz, która przyszła Emiliowi do głowy na widok Grace Chandler, była dość niemądra. Z niezrozumiałego dla siebie powodu spodziewał się, że zobaczy osobę w typie panny Benedicte, świątobliwej niewiasty, która prowadziła szkółkę niedzielną w Cusco. Uczęszczał tam, kiedy był w wieku przedszkolnym, lecz bardzo dokładnie zapamiętał ziemistą cerę, sztywny kok i ortopedyczne buty katechetki. Tymczasem skonstatował zaskoczony, że kobieta, która otworzyła drzwi z takim impetem, jakby chciała go nimi znokautować, w niczym nie przypominała zasuszonej, sztywnej jak kij panny Benedicte. Była wysoka i szczupła, a nieco, hm, poplamiony, obcisły strój do joggingu, który miała na sobie, nie maskował jej gibkiej, wysportowanej figury. Emilio przez nieprzystojnie długą chwilę nie mógł oderwać wzroku od jej nóg. Długie do kolan legginsy interesująco opinały się na smukłych udach, ukazywały opalone, pięknie wyrzeźbione łydki i delikatne kostki. Kiedy wreszcie podniósł wzrok, zobaczył, jak jej wyraziste, piwne oczy ogromnieją i zrozumiał, że go rozpoznała. Zrobiła krok w tył, jakby chciała zatrzasnąć mu drzwi przed nosem, ale w następnej chwili opanowała się i wyprostowała dumnie, odrzucając na plecy pasma lśniących włosów o barwie ciemnego karmelu. Jej wyzłocone słońcem policzki pobladły nieco, a kiedy objęła mocniej dziecko, które trzymała na biodrze, zagrały mięśnie na jej mocnych ramionach sportsmenki.

Dziecko. Ponad ramieniem kobiety pojawiła się najpierw gęsta, poskręcana w ciemne sprężynki czupryna, a potem pyzata, niemożliwie usmarowana jedzeniem twarzyczka. Chłopiec uśmiechał się od ucha do ucha, mierząc przybysza ciekawskim spojrzeniem okrągłych, ciemnych oczu. Jakieś gwałtowne uczucie, gorące jak letni wiatr sponad gór, wypełniło pierś Emilia. Oto miał przed sobą bratanka, nadzieję rodu Santanów. Chłopiec… był wspaniały. Po Arturze odziedziczył ciemną karnację, ale w rysach twarzy zapisały się wyraźnie geny matki. Dziecko było prześliczne, wyglądało też na silne, zdrowe i wesołe. Emilio nie potrafił sobie wyobrazić doskonalszego stworzenia.

– Czy mam przyjemność z panią Grace Chandler? – przerwał ciszę, która trwała już od dobrych paru minut. – Nazywam się Emilio Santana i jestem…

– Tak, Grace Chandler to ja – odpowiedział mu chłodny, melodyjny alt. – I wiem, kim pan jest.

Grace nie miała żadnego problemu z rozpoznaniem młodszego brata Artura. Cassidy raz jeden, i to niezbyt chętnie, pokazała jej zdjęcie mężczyzny, z którym połączyła ją miłosna przygoda. Rodzinne podobieństwo obu Santanów było uderzające, pomimo oczywistych różnic. Arturo, o równie ciemnej karnacji co brat, rysy twarzy miał klasyczne, niemal idealnie piękne, sylwetkę godną modela, a jego wygląd cechowała szlachetna elegancja. Grace wydawało się, że doskonale rozumie, dlaczego siostra straciła głowę dla tego latynoskiego biznesmena. Zmieniła zdanie, gdy zobaczyła Emilia. Od młodszego z braci promieniowała czysta, niczym nietamowana męska energia. Był trochę wyższy od Artura – musiał mieć co najmniej sto dziewięćdziesiąt centymetrów wzrostu – i zarówno jego sylwetka, jak i rysy twarzy pozbawione były cechującej tamtego delikatności. Ramiona miał muskularne, pierś szeroką, nogi długie i mocne. W przeciwieństwie do starannie ostrzyżonego Artura, włosy nosił długie do ramion, związane na karku zwykłym rzemykiem w gruby, lśniący czernią pęk. Ale najbardziej przykuwała uwagę jego twarz – śmiałe i wyraziste, niemalże grube rysy czyniły z niego mężczyznę o wyglądzie raczej interesującym niż pięknym. Szerokie łuki brwi nadawały głębi ciemnemu spojrzeniu, pociągłe policzki i szeroki podbródek były jak wyciosane z granitu, a kształt ust miał w sobie coś niemal zwierzęco zmysłowego.

– Wiem, kim pan jest – powtórzyła, odwracając wzrok i siląc się na ton chłodnej uprzejmości. Emilio Santana naprawdę nie musiał wiedzieć, jakie zrobił na niej wrażenie. Zresztą, na pewno nie był tutaj po to, żeby z nią flirtować. – Nie mam natomiast pojęcia, co sprowadza pana w moje progi.

Emilio spojrzał na Zaka, a Grace poczuła dreszcz niepokoju. Oczywiście, że chodziło o chłopca. Czy w jakiejkolwiek innej sprawie przedstawiciel rodu Santanów fatygowałby się osobiście do Tuscon, w Arizonie? Bardzo wątpliwe.

– Chętnie wyjaśnię powód mojej nagłej wizyty, ale to może zająć trochę czasu. Moglibyśmy może wejść do środka? – zasugerował, i nie czekając na zaproszenie, zrobił krok naprzód.

– Oczywiście. Proszę. – Usunęła się, wpuszczając go do wnętrza. Domek był maleńki; salon z wnęką kuchenną zajmował niemalże cały parter. Słońce wpadało przez duże okna i oszklone drzwi, za którymi widać było trawnik, huśtawkę i małą piaskownicę z mnóstwem kolorowych zabawek.

– Proszę, niech pan siada. – Pani domu, wciąż obejmując dziecko opiekuńczym gestem, cofnęła się, posyłając intruzowi nieufne spojrzenie.

– Chętnie. Dziękuję bardzo. – Emilio rozsiadł się wygodnie na obitej jasnym płótnem sofie i posłał Grace pojednawczy uśmiech. Chciała chyba odpowiedzieć mu uśmiechem, ale grymas, który pojawił się na jej twarzy, przypominał raczej ostrzegawcze szczerzenie kłów. Nie podeszła, żeby zająć miejsce w fotelu naprzeciwko, jakby wolała obserwować go z dystansu. Pomyślał, że ze swoją złocistą cerą, bursztynowymi oczami i grzywą ciemnoblond włosów wygląda jak lwica, gotowa do ostatka bronić swojego lwiątka.

– Muszę pana na chwilę przeprosić. Kiedy pan zadzwonił, zamierzałam właśnie umyć i przewinąć małego. Zbliża się pora jego drzemki, więc jeśli zaraz nie trafi do łóżeczka, zacznie płakać, a to w znacznym stopniu utrudni nam rozmowę.

– Ależ oczywiście! – Emilio nie miał bladego pojęcia o opiece nad niemowlętami, toteż wizja ryczącego berbecia, w dodatku z pełną pieluchą, wystraszyła go nie na żarty. – Proszę spokojnie zająć się dzieckiem. Ja poczekam.

Grace poszła do łazienki, zamknęła za sobą drzwi, a potem ciężko usiadła na brzegu wanny i ukryła twarz w czuprynie Zaka. Czyżby jej przytulny, poukładany świat miał legnąć w gruzach? Czy los, który przed laty na zawsze pozbawił ją możliwości zostania matką, miał odebrać jej i tę szansę na macierzyństwo?

Nie. Nie dopuści do tego. Czując przypływ siły zrodzonej z buntu, pocałowała Zaka w pulchny policzek i zabrała się za to, co musiało zostać zrobione. Kilka minut później chłopiec był już do czysta wymyty, przewinięty i ubrany w świeże śpioszki. Grace przytuliła go mocno, zakołysała w ramionach, i nucąc ulubioną kołysankę, zaniosła do pokoju. Kiedy kładła go do łóżeczka, już spał.

Nie, powtórzyła w myślach. Nawet, jeśli okaże się, że Arturo Santana zmienił zdanie w kwestii zrzeczenia się syna i przysłał brata, by ten odebrał jej Zaka, nie pozwoli na to. Nie było takiej siły, która mogłaby ją zmusić do rozstania się z dzieckiem, które kochała jak własne. Wróciła do łazienki i na dosłownie trzy minuty wskoczyła pod prysznic, a potem wciągnęła przez głowę dzianinową sukienkę bez rękawów, w kolorze ciepłego beżu, wsunęła stopy w domowe klapki z szerokimi, skórzanymi paskami i zebrała wilgotne włosy w luźne upięcie nad karkiem. Nie był to może najbardziej wyszukany strój, ale przynajmniej nie będzie rozmawiać z Emiliem Santaną spocona i od stóp do głów poplamiona gotowanymi warzywami. Zeszła po schodach, stanęła w progu salonu i wzięła głęboki oddech jak przed startem w ważnych zawodach. Jakiekolwiek intencje miał młodszy z braci Santanów, nie zamierzała poddać się bez walki.

Słuchając dobiegających z pięterka odgłosów domowego życia – szumu wody, popiskiwania dziecka, kobiecego głosu nucącego jakąś melodyjną piosenkę – Emilio rozglądał się po saloniku. Dominowały tu jasne kolory, wnętrze urządzono praktycznie, niemalże po spartańsku, lecz nigdzie nie było śladu męskiej obecności, jeśli oczywiście nie liczyć plastikowych samochodów, które utworzyły bardzo widowiskowy karambol na środku dywanu. Wszystko wskazywało na to, że mieszkała tu samotna kobieta z dzieckiem. I dobrze. Może był cyniczny, ale nie wątpił, że z samotną kobietą o wiele łatwiej załatwi sprawę, niż gdyby musiał stawić czoło także jej partnerowi. Nawet jeśli ta kobieta była tak intrygująca, jak Grace Chandler.

Poprzedniego wieczora, wiedziony ciekawością, wpisał jej nazwisko do wyszukiwarki internetowej. Pojawiła się na pierwszym miejscu. „Grace Chandler, absolwentka wydziału malarstwa Akademii Sztuk Pięknych, rysowniczka, ilustratorka książek dla dzieci. Miejsce zamieszkania: Tuscon, Arizona. Hobby: sport, podróże”. Tego ranka mógł się przekonać, że rzeczywistość odpowiada opisowi. Na pierwszy rzut oka było widać, że dla Grace zainteresowanie sportem nie ogranicza się do oglądania meczów w telewizji. Zresztą, telewizora nigdzie nie zauważył. Za to przy oknie stały sztalugi podtrzymujące rozpięty blejtram. Z bieli płótna, niczym z mgły, wyłaniało się stado wesołych, rozbrykanych zwierzaków. Łoś z ogromnymi łopatami i miękkim nosem spokojnie obskubywał młode pędy krzewów, wielkooka, czujna sarna stroszyła uszy, wyraźnie czegoś nasłuchując. Płochliwy zając susem rzucał się do ucieczki, a szary wilk zadzierał łeb, łapiąc w rozszerzone nozdrza zapach wiatru. Emilio patrzył jak urzeczony. Nic dziwnego, że Grace zdobywa nagrody za twórczość plastyczną. Zwierzęta, które wyszły spod jej pędzla, były jak żywe, a fantazja malarki obdarzyła je najbardziej pozytywnymi z ludzkich emocji. Były tak sympatyczne, że chyba nawet największy mazgaj musiałby się rozchmurzyć na ich widok.

– Czy napije się pan mrożonej herbaty? – Głos Grace wyrwał go z zamyślenia. – Niestety, niczym innym nie mogę pana poczęstować. Nie spodziewałam się gości…

– Dziękuję, naprawdę nie trzeba. Jedyna rzecz, na której mi zależy, to chwila pani czasu, żebyśmy mogli porozmawiać. I może jeszcze jedno – dodał, wstając. – Jestem Emilio, proszę mi mówić po imieniu.

– Grace. – Podała mu dłoń gestem, w którym nie było entuzjazmu. Uścisk miała mocny, palce przyjemnie chłodne.

– A… chłopiec… jak ma na imię? – Emilio poczuł nagle, że nie będzie mu łatwo przejść do sedna sprawy. Musiał powiedzieć tej kobiecie, że przyjechał odebrać jej dziecko. Miał dość wrażliwości, żeby czuć, jak bardzo jest to niesprawiedliwe. Ona wychowywała chłopca niemal od urodzenia. On w życiu bratanka nie odegrał żadnej roli, lecz więzy krwi dawały mu absolutne pierwszeństwo, gdy szło o prawa do opieki.

– Zak – powiedziała szybko, odwracając wzrok, i przysiadła na skraju fotela ustawionego po drugiej stronie niskiego stolika.

– Zak, wiem. – Usiadł także. – Ale czy to jest zdrobnienie od Izaaka? Czy może od Zacharego?

– Po prostu Zak, bo tak właśnie chciała Cassidy. – Grace splotła dłonie na kolanach. – Na razie, oficjalnie, nazywa się Zak Miller, ale gdy tylko postanowienie o adopcji się uprawomocni, będzie nosił moje nazwisko – dodała, podnosząc oczy. Emilio zobaczył w nich błysk wyzwania i pomyślał ze współczuciem, że Grace Chandler widocznie jeszcze nie rozumie, jak znikome ma szanse w tej rozgrywce.

– Rozumiem, że nie jesteś w żaden sposób spokrewniona z chłopcem – nie przestając się uśmiechać, wystrzelił pierwszy pocisk w stronę jej obronnych pozycji.

Żachnęła się.

– Jakie to ma znaczenie? Wychowywałyśmy się z Cassidy jak siostry, odkąd moja matka wyszła za mąż za pana Millera. Arturo Santana doskonale zdawał sobie sprawę z braku pokrewieństwa między mną a synem, kiedy wyraził zgodę na to, żebym go adoptowała. Mam list z jego własnoręcznym podpisem.

– Wiem, że dostałaś taki list, bo nie dalej jak wczoraj znalazłem jego kopię, kiedy porządkowałem papiery Artura. Dwa tygodnie temu mój brat zginął w wypadku samochodowym – powiedział bezbarwnym tonem.

Błyskawicznie połączyła fakty. Prowadziły do nieuniknionej konkluzji, i Grace poczuła, jak lodowata pięść strachu ściska ją za gardło. Umarł Arturo, starszy z braci Santanów i głowa rodu. Umarł, ale na świecie żył jego syn… i o niego właśnie upominał się teraz najbliższy żyjący krewny.

Patrzyła bez słowa na siedzącego naprzeciwko niej mężczyznę, fascynującego i tajemniczego jak daleka kraina, z której pochodził. Słyszała od Cassidy, że Santanowie byli potomkami konkwistadorów. Chyba już wiedziała, co czuli przedstawiciele podbitych plemion wobec miażdżącej siły bezlitosnego przeciwnika. Ten Santana nie był co prawda uzbrojony w arkebuz, ale to nie czyniło go mniej groźnym. Mógł ją zniszczyć. Mógł odebrać jej dziecko, a tego by chyba nie przeżyła. Zacisnęła zęby, przygotowując się na cios. Nie czekała długo.

– Moim prawnikom dzisiaj rano udało się ustalić, że przysposobienie Zaka jako twojego syna nie zostało jeszcze orzeczone. Radzę, żebyś wstrzymała się z następnymi krokami. Nie sądzę, żeby ta adopcja mogła dojść do skutku.

– Dlaczego? – zdołała wychrypieć. Strach zamienił się w ostry, przeszywający serce ból. Sama myśl o tym, że mogłaby stracić to dziecko, była nie do zniesienia. – Przecież Arturo…

– Arturo zgodził się zrzec praw do dziecka, bo planował wstąpić w związek małżeński i założyć rodzinę. Wraz z jego śmiercią sytuacja zmieniła się diametralnie. Z tego, co mi wiadomo, Zak Miller jest jedynym potomkiem mojego brata.

– Przyjechałeś tu zatem, żeby go zabrać, bo nagle okazał się potrzebny? – Gniew buchnął w jej piersi jasnym płomieniem, uciszając strach, głusząc nawet ból. Kiedy mówiła, jej głos drżał z oburzenia. – Nie przyszło ci do głowy, że się na to po prostu nie zgodzę?

Rozsiadł się wygodniej na kanapie i przez chwilę nieobecnym wzrokiem podziwiał widok za oknem. Sprawiał wrażenie doskonale zrelaksowanego.

– Rozważałem różne ewentualności – odezwał się wreszcie swobodnym tonem. – Mam nadzieję, że dojdziemy do porozumienia, ale jeśli się to nie uda, to będę zmuszony zablokować postępowanie adopcyjne w sądzie i wystąpić o przyznanie mi wyłącznego prawa do opieki nad chłopcem. Moi prawnicy w Los Angeles przygotowali już wszelkie potrzebne pisma procesowe. Oczywiście, zrobię to tylko w ostateczności i z prawdziwą przykrością.

– Rozumiem twój punkt widzenia. – Grace powiedziała sobie twardo, że musi zachować spokój. Gra toczyła się o zbyt wysoką stawkę; okazywanie emocji było luksusem, na który nie mogła sobie teraz pozwolić. – Więzy krwi to ważna rzecz. Ale przyznasz chyba, że istnieją też inne więzi międzyludzkie, które zasługują na szacunek i ochronę. Taką więzią, na przykład, jest miłość. Zak nie jest moim biologicznym dzieckiem, ale kocham go jak własnego syna. Chłopiec nie może pamiętać Cassidy, a ojca nigdy nie widział; jestem jedyną bliską osobą, jaką ma na tym świecie. Rozdzielenie nas w imię interesu jego rodziny Santanów byłoby… krzywdą. Przede wszystkim dla niego.

– Rozumiem. – Pokiwał głową, wysłuchawszy jej tyrady.

– Doprawdy? – Zmrużyła oczy.

– Owszem. Pytanie tylko, czy ty na pewno rozumiesz całą złożoność sytuacji, Grace. Jak już mówiłem, Zak Miller jest jedynym synem Artura. Wiesz, co to znaczy? Chłopiec pewnego dnia odziedziczy imperium warte miliardy. Już dzisiaj mógłby zamieszkać w posiadłości Santanów nieopodal Cusco, wzrastać z dala od zanieczyszczonego, miejskiego powietrza i korzystać ze wszystkich udogodnień, jakie mogą dać pieniądze. Na przykład z edukacji na najwyższym, światowym poziomie i z najlepszej opieki zdrowotnej, jeśli zaszłaby potrzeba. Skoro kochasz Zaka, nie chcesz chyba pozbawić go takich perspektyw?

– Posłuchaj, jeśli myślisz, że olśnisz mnie wizją pieniędzy… – zaczęła, ale wpadł jej w słowo.

– Nie. To ty posłuchaj. – Nie podniósł głosu, ale jego ton stwardniał; pobrzmiewała w nim teraz rozkazująca, niemal groźna nuta. Spojrzenie jego ciemnych oczu hipnotyzowało, dławiło w zarodku wszelki protest. – Nie pieniądze są ważne, tylko przyszłość chłopca. Wmówiłaś sobie, że masz do czynienia z człowiekiem tępym i bezdusznym, ale to nieprawda. Doskonale rozumiem, że jesteś dla Zaka matką, jedyną, jaką zna, i jedyną, jaką kiedykolwiek będzie miał. Zabieranie go samego do nieznanego kraju byłoby okrucieństwem, a ja, być może wbrew pozorom, nie mam skłonności do okrucieństwa. Szczerze lubiłem Cassidy i nie pozwoliłbym, żeby jej synkowi stała się jakakolwiek krzywda.

Grace miała pustkę w głowie. Czemu miała służyć ta przemowa? Niemożliwe przecież, żeby Emilio Santana zmienił zdanie, i zamierzał po prostu wyjechać, zostawiając ją i Zaka w spokoju.

– Istnieje rozwiązanie, które moim zdaniem jest optymalne dla dobra dziecka – mówił dalej Emilio. – Zabiorę chłopca do Peru, co do tego nie ma dwóch zdań. Tam jest jego dom. Ale nic przecież nie stoi na przeszkodzie, żebyś pojechała z nami. Będziesz towarzyszyć małemu w podróży, zobaczysz na własne oczy rezydencję, w której zamieszka, poznasz ludzi, którzy będą go otaczać. Posiedzisz w Urubambie tyle czasu, ile zechcesz, a potem podejmiesz decyzję. Będziesz miała dwa wyjścia. Zostawić chłopca i wyjechać, uzgodniwszy najpierw, jak często, jeśli w ogóle, będziesz go odwiedzała. Albo zostać z nami w Peru, żeby uczestniczyć w jego wychowaniu.

Nie odpowiedziała od razu. Pozwoliła, żeby jego słowa wybrzmiały, dostroiła umysł do ich sensu. Tych kilka krótkich zdań, które właśnie usłyszała, stworzyło nową rzeczywistość, od której nie było ucieczki. Opór nie miał sensu. W jaki sposób miałaby przeciwstawić się człowiekowi, który był w stanie wystawić dowolnie liczną armię prawników, żeby przeprowadzić swoją wolę? W dodatku Emilio Santana był przecież najbliższym krewnym Zaka – jego stryjem w prostej linii. Cóż więc bardziej naturalnego i godziwego niż to, że chciał zabrać go do domu? Naprawdę nie miał obowiązku zważać na to, że przy okazji niweczy największe marzenie niejakiej Grace Chandler.

Odetchnęła głęboko i postawiła pierwszy krok w nową rzeczywistość.

– Przypuśćmy, że pojechałabym z Zakiem do Peru i została tam… na dłużej – powiedziała ostrożnie. – Kim byłabym dla niego, jeśli nie mogłabym go adoptować?

– Byłabyś jego nianią – padła krótka, jednoznaczna odpowiedź.

Skinęła głową. Czyli tak będzie wyglądało jej nowe życie. Emilio powiedział, że będzie musiała dokonać wyboru, ale ona tak naprawdę żadnego wyboru nie miała. Albo raczej dokonała go przed niespełna rokiem, kiedy po raz pierwszy wzięła małego, osieroconego siostrzeńca na ręce. Wtedy postanowiła, że zrobi wszystko, żeby był szczęśliwy.

Jeśli ceną za to, by mogła pozostać z nim i zapewnić mu opiekę, był wyjazd do dalekiego kraju w roli niani, tak właśnie postąpi. Zrezygnuje z marzenia o usynowieniu Zaka, pogodzi się z tym, że nigdy nie będzie jego matką. Zostawi swoje poukładane życie i dom i pojedzie razem z nim w nieznane. Czyż Cassidy nie poświęciła dla synka nieporównanie więcej?

Spojrzała prosto w ciemne oczy siedzącego naprzeciwko niej mężczyzny.

– Przyjmuję twoją propozycję – powiedziała zdecydowanie. – I zapewniam cię, że nie pozwolę, by odsunięto mnie od Zaka tylko dlatego, że nie ma między nami pokrewieństwa. Istnieją więzi silniejsze niż wspólnota genów.

Tytuł oryginału: The Santana Heir

Pierwsze wydanie: Mills & Boon Limited, 2014

Redaktor serii: Marzena Cieśla

Opracowanie redakcyjne: Marzena Cieśla

Korekta: Hanna Lachowska

© 2014 by Elizabeth Lane

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o., Warszawa 2015, 2016

Wydanie niniejsze zostało opublikowane na licencji Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne.

Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Harlequin i Harlequin Światowe Życie są zastrzeżonymi znakami należącymi do Harlequin Enterprises Limited i zostały użyte na jego licencji.

HarperCollins Polska jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-516 Warszawa, ul. Starościńska 1B, lokal 24-25

www.harlequin.pl

ISBN: 978-83-276-2258-7

Konwersja do formatu EPUB: Legimi Sp. z o.o.