Matczyna droga - Pak Wanso - ebook
NOWOŚĆ

Matczyna droga ebook

Pak Wanso

4,0

Opis

Pak Wanso, ur. w 1931 roku – jedna z najpopularniejszych pisarek południowokoreańskich; zadebiutowała dość późno (1970) powieścią Nagie drzewo, która przyniosła jej pisarską sławę. Utwory Pak zyskały sobie szeroką rzeszę czytelników w Korei, lecz dzięki uniwersalnej treści mogą być odbierane również przez czytelników z innych obszarów kulturowych.

Autorka jest laureatką kilku koreańskich prestiżowych nagród literackich.

Pak Wanso pisze o problemach społecznych, często powraca do wątku koreańskiej wojny domowej, wiele utworów opiera na własnych doświadczeniach.

Matczyna droga jest pierwszą częścią trylogii, którą autorka poświęciła postaci swej matki.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 81

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS



PAK WANSO

MATCZYNA DROGA

Z koreańskiego przełożyła:

Anna Wojakowska-Kurowska

WARSZAWA 2020

Tytuł oryginału

Redakcja i korekta

Bronisława Dziedzic-Wesołowska

Skład i łamanie

ROCH Wojciech Ochocki

Projekt okładki

Wiktor Dyndo

Konwersja do EPUB/MOBI:

http://www.gigaproject.pl/

© Copyright by Pak Wanso

© Copyright przekładu polskiego

Wydawnictwo Akademickie DIALOG

ISBN 978-83-8002-928-6

Wydawnictwo Akademickie DIALOG Sp. z o.o.

00-112 Warszawa, ul. Bagno 3/218

tel.: 22 620 87 03

e-mail: [email protected]

http://www.wydawnictwodialog.pl

Mojemu synkowi Marcinowi

A.W.–K.

Od tłumacza

Pak Wanso, jedna z najpopularniejszych współczesnych pisarek południowokoreańskich, urodziła się w 1931 roku w prowincji Kyonggi, znajdującej się obecnie na terenie Korei Północnej. Rodzinną wieś, w której spędziła lata wczesnego dzieciństwa, opuściła wraz z matką i bratem w wieku ośmiu lat i osiadła na stałe w Seulu. Radykalna zmiana, jaka z tą chwilą nastąpiła w jej życiu – zamieszkanie w seulskich slumsach, pierwsze kontakty z mieszkańcami miasta, pójście do szkoły – stanowiło dla Pak dość surową szkołę życia.

Jednak decyzja o daniu córce należytego wykształcenia, czyli nadrzędny cel, jaki postawiła sobie matka pisarki i do którego dążyła z właściwym sobie uporem, wydała się nader trafna. To, do czego dochodziła z tak wielkim trudem, zaprocentowało w przyszłości. Co prawda, jak mówi sama Pak, pozostała na zawsze bardzo nieśmiałą osobą o usposobieniu wieśniaczki, stojącą raczej z boku i zajmującą pozycję obserwatora, ale ta cecha okazała się niezwykle cenna u niej jako pisarki.

I tak jako świadek wydarzeń i obserwator ludzi oraz zjawisk Pak Wanso została znakomitą i cenioną pisarką. Zadebiutowała późno, bo w wieku blisko czterdziestu lat, kiedy jej najmłodsze, piąte dziecko poszło do szkoły. Brak dostatecznej znajomości warsztatu literackiego uniemożliwił jej zrealizowanie pierwotnego zamiaru napisania biografii pewnego artysty. Pak wkroczyła w świat fikcji literackiej i tak powstała jej pierwsza powieść Nagie drzewo (1970), wzbogacona wątkiem autobiograficznym, który pojawia się też w większości jej późniejszych utworów.

Pak stała się bardzo płodną pisarką – oferty otrzymywała z różnych wydawnictw. Dłuższe utwory drukowano seryjnie w czasopismach, krótkie zaś publikowały miesięczniki literackie. Debiutancki okres w karierze Pak Wanso zamknęło wydanie pierwszego zbioru jej opowiadań zatytułowanego Uczę wstydu, zawierającego utwory z lat 1970–1975.

Dziesięć lat po debiucie pisarka otrzymała nagrodę literacką za nowelę Trzy dni ­tamtej jesieni, a w 1981 roku kolejną – bardzo prestiżową nagrodę literacką imienia Yi Sanga za drugą część trylogii Matczyna droga. Pak zdobyła też literacką nagrodę Republiki Korei w 1990 roku, ponownie nagrodę Yi Sanga w 1991 oraz nagrodę literacką miesięcznika „Literatura Współczesna” w 1993 roku.

Pak Wanso jest autorką kilkunastu powieści, wielu nowel oraz esejów. Do najbardziej reprezentatywnych powieści należą Zły rok miasta, Zmienne popołudnie, Niezależna kobieta, Ciepła zima owego roku, Wdowa.

Rok 1988 upłynął Pak pod znakiem głębokiej żałoby. Straciła męża, a kilka miesięcy później – jedynego syna. Swą twórczość literacką wznowiła wstrząsającym pamiętnikiem zatytułowanym Ale powiedz tylko słowo, pisanym przez zrozpaczoną matkę, która po śmierci syna szuka w sobie odpowiedzi na pytanie, czy istnieje Bóg.

Pak Wanso zyskała szeroką rzeszę czytelników w Korei i do dziś cieszy się dużą popularnością. Porusza w swych utworach problemy społeczne, zwłaszcza dotyczące kobiet i ich miejsca w społeczeństwie koreańskim, powraca do bolesnych wydarzeń koreańskiej wojny domowej, a większość z nich opiera na własnych doświadczeniach, stąd w jej dorobku pisarskim tak wiele utworów autobiograficznych.

Dzięki uniwersalnej treści utwory te mogą być równie dobrze odbierane przez cudzoziemców. Niektóre doczekały się przekładów na język angielski, francuski, niemiecki, a także polski.

Matczyna droga jest pierwszą częścią trylogii, którą autorka poświęciła postaci swej matki. Historia małej dziewczynki, która siłą zabrana z przytulnego i pełnego miłości domu na wsi musi zmagać się z trudami życia w obcym mieście, została zaczerpnięta z życia ­pisarki.

Wystarczyło tylko pokonać szczyt Nong, by znaleźć się w mieście Kaesong. To ostatni ze szczytów, bardzo strome wzniesienie, dzielące wioskę Pakchokkol od miasta. Dla ośmioletniej dziewczynki, która przewędrowała na własnych nogach dwadzieścia li1, nie był to zachęcający widok. Przemierzanie tego szlaku przypominało przedzieranie się przez głuszę. I to odkryte, wysokie niebo, które wyglądało jak odbite w beczce z deszczówką.

Serce waliło mi z niepokoju jak szalone. Szłam ciężkim krokiem bez odpoczynku, obiema rękami trzymając się mamy i babci. Niosły na głowach gigantyczne pakunki – nasz bagaż. Mama i babcia, widząc moje zmęczenie, od czasu do czasu brały mnie pod pachy i unosiły nad ziemią, kołysząc to w jedną, to w drugą stronę – a ja czułam się jak na huśtawce. Wiedziałam, że ten bagaż to stanowczo zbyt wiele dla dwóch kobiet, jednak żałowałam, że jestem taka mała.

Podczas wspinaczki na szczyt mama z babcią, jakby się umówiły, nie dały odpocząć moim biednym stopom, i tak już pokrytym bąblami. Do tego czułam, jak ich spocone, niekształtne dłonie ściskają moje rączki coraz boleśniej. Byłam prowadzona, chciałam czy nie, w obce miejsce, pchana w nieznane. Na samą myśl o tym ogarniał mnie strach. Wydawało mi się, że stroma skała Nong się wali.

Stanęłyśmy wreszcie na górze.

– Patrzcie, Songdo2. Miasto! – okrzyk mamy był pełen dumy i mogłoby się zdawać, że całe to miasto było jej własnością. Zachowywała się tak, jakby chciała owinąć w ozdobny papier i wręczyć nam wszystko, co ścieliło się u naszych stóp.

Gdy pierwszy raz ujrzałam miasto, wydało mi się wielkie i oślepiające masą świateł. Moje oczy przywykły raczej do widoku dachów pokrytych gliną i słomą, łagodnie odbijających promienie słońca. Tu te same promienie zdawały się ostre jak strzały, wystające z błyszczących dachówek i okiennych szyb dwupiętrowych domów. Dotychczas tylko raz miałam okazję widzieć miasto. Mieszkał tam mój wujek.

Babcia zakłopotana była niespodziewanymi wizytami krewnych. Dla mnie człowiek z miasta to taki, o którym babcia ciągle mówiła, że trudno mu dogodzić. Wieś była dla nich mało atrakcyjnym miejscem. Nie cierpiałam tych mieszczuchów. Nosili sztywne, czarne ubrania w zachodnim stylu. Widziałam ich kilka razy. Dzieciaki uciekały zawsze przed policjantami, przejeżdżającymi przez wieś na rowerach. Nie zdarzyło mi się ich spotkać, ale słyszałam, że też nosili podobne ubranie. Te obce stroje to jeszcze nic. Najbardziej nie lubiłam okularów.

Najpierw mama zabrała do miasta mojego starszego brata. Skończył naukę w szkole podstawowej w miejscowości Myonsojaeji, odległej o blisko 15 li od naszej wsi. Przed odjazdem do miasta, gdzie miał iść do szkoły średniej, oddał mi pod opiekę wszystkie swoje skarby: procę, bąka, korek z piórkami, latawiec, znaczki, saneczki, pastele, magnes... Spośród tego wszystkiego najbardziej chciałam mieć magnes. W największy podziw wprawiało mnie to, że można było nim ściągnąć wszystkie metalowe części z piecyka. Zdumiona byłam, gdy brat znalazł za pomocą tego magnesu igłę, którą babcia przedtem szyła i położyła gdzieś, nie wiadomo gdzie, tak że przez cały dzień nikt nie mógł jej znaleźć. Igła dyndała na magnesie jak świeżo złowiony, połyskujący karp. I te wszystkie „wynalazki” stały się moją własnością! Brat przed wyjazdem podarował mi coś jeszcze – szkiełko. Niezwykle szkiełko. Pokazał mi też, jak za jego pomocą można postawić pionowo promień słońca. Trzeba było potrzymać szkiełko nad kartką, ta po chwili zaczynała ciemnieć pod wpływem przenikającego ją promienia, który zwężał się jak czubek świderka. Czekałam w napięciu, wstrzymując oddech, aż z kartki zacznie wydobywać się smużka dymu. Wtedy całe moje ciało przenikał chłód, a w sercu robiło się coraz goręcej i od razu czułam, że chce mi się siusiu. Tamtej nocy przyśniły mi się moje igraszki z ogniem i naprawdę zmoczyłam się w łóżku. Dlatego do tej pory wierzę w słuszność popularnego powiedzenia: „Nie baw się ogniem, bo zsiusiasz się w nocy”.

Brat, dając mi szkiełko, nie wspomniał, żebym ukryła jego posiadanie przed dorosłymi. Sama jednak dostrzegałam w tej zabawie jakiś posmak przestępstwa i wolałam trzymać je w tajemnicy. Bawiłam się także tam, gdzie nikt mnie nie widział. Raz jednak popełniłam wielki błąd, bawiąc się szkiełkiem na wysypisku śmieci. Ogień szybko się rozprzestrzenił i omal nie spaliłam domu. Natychmiast odebrano mi zabawkę, a moja pupa przypominała jeden wielki bąbel.

Mój wujek brał nie jedno, lecz dwa takie szkiełka i przykładał każde z osobna do oczu. W szkłach odbijało się światło, przez co nigdy nie mogłam zobaczyć jego wzroku. Bałam się i nie lubiłam ludzi w okularach. Gdy wujek z uśmiechem wyciągał do mnie rękę, ja chowałam się za babciną spódnicę i uparcie nie chciałam się z nim przywitać. Próbował wtedy kusić mnie srebrną monetą, wsuwając ją za fałdy spódnicy, ale ja jej też nie chciałam. Nie wiedziałam nawet, do czego miałaby mi się przydać. Podobnie jak okulary, moneta była jakby częścią blasku, który wujek roztaczał, częścią jego „świetności”. Babcia była zakłopotana moim zachowaniem. Próbowała wyplątać mnie ze spódnicy i postawić wreszcie przed wujkiem. Ja zaś na jego widok zaraz zaczynałam płakać i tupać nogami.

– Dobrze, już nie trzeba. Ojej, aż zakrywa buzię rączkami... – dziwił się wujek.

– To dziwne, naprawdę dziwne, ona nigdy tak... – tłumaczyła babcia w zażenowaniu i owijała mnie z powrotem w fałdy spódnicy, a ja długo nie mogłam opędzić się od uporczywej myśli o moim wujku i jego okularach.

Miasto miało twarz wujka.

Ścieżka stawała się coraz bardziej stroma. Niepostrzeżenie puściłam rękę mamy i dłońmi trzymając się babci, schowałam się za jej spódnicę. Czułam się tu najbezpieczniej. Wszystko to robiłam, by okazać niezadowolenie z wędrówki do miasta. A babcia wzięła tu moją stronę. Mamy zdaniem należało zabrać mnie do miasta, babcia zaś była temu przeciwna. Obie toczyły o to nieustanne kłótnie, żadna jednak nie spytała o zdanie mnie.

Nie znałam co prawda jeszcze miasta, ale mimo to wiedziałam, że go nie lubię. To Pakchokkol był moim rajem na ziemi. Teren za naszym domem przypominał małe wzgórze pokryte grządkami truskawek. Rosły też drzewka owocowe: śliwy, grusze, wiśnie i jabłonie. Wszystkie kwitły i dawały owoce. Za wzgórzem zaś znajdowały się mogiły przodków i dolinka z krystalicznie czystą wodą. Pełno też było kasztanowców i dębów. W ogrodzie przed domem wydawane były przyjęcia. Rozciągało się wtedy szeroką matę i stawiało namiot tak, by wystarczyło miejsca dla wszystkich mieszkańców okolicznych domów. Dookoła zaś ustawiane były pęki chryzantem, które tak lubił mój dziadek. Te malutkie kwiatki o silnym zapachu nie traciły swej urody aż do przyjścia zimy.

Kiedyś, gdy kwitły chryzantemy, słychać było stopniowo cichnący, lecz dźwięczny głos dziadka nucącego stare chińskie pieśni. Teraz oznaką obecności dziadka był odgłos równomiernego postukiwania końcem długiej fajki i suchego kaszlu, co przypominało tylko, że ogród jest pusty, a rozsuwane drzwi, które do niego prowadziły, zamknięte przez całe lato. Dziadek po stracie ostatniego syna zapadł na częściowy paraliż i musiał przebywać w domu. Śmierć mojego ojca przyniosła kłopoty. Jak sięgnę pamięcią, wszystkie problemy w naszej rodzinie zaczęły się właśnie z chwilą jego odejścia. Pamiętam, jak któregoś dnia tata z powodu nagłego bólu żołądka upadł na kamienną posadzkę tarasu, stoczył się do ogrodu i zwijał się z bólu, wbijając w ziemię paznokcie. Natychmiast wezwaliśmy felczera. Przeprowadzono szybko zabieg rozwarcia zaciśniętych warg, by umożliwić ojcu oddychanie. Babcia w tym czasie przygotowywała napar, podgrzewała słód, a mama z dziadkiem – specjalny lek na rozjaśnienie umysłu. Po wymieszaniu składników podano to ojcu, nie poprawiło to jednak jego stanu. Nie poskutkował też naprędce przygotowany napar, wobec czego babcia zdecydowała, iż należy posłać po szamankę, opowiedzieć jej o naszych kłopotach, zasięgnąć porady i poprosić o odprawienie obrzędu. Szamanka przyszła, zapewniała, że zaraz się polepszy, ale wkrótce potem ojciec wydał ostatnie tchnienie.

Ten dom zbudowaliśmy zaledwie przed trzema laty. Po śmierci taty wszyscy wokół ­zaczęli, jak to zwykle bywa, mleć jęzorami, że to straszne, przerażające, na nasz dom spadła klątwa, taka tragedia w rodzinie...

Zdaniem mamy tradycyjne metody leczenia nie były skuteczne. Jej rodzina, w większości mieszkająca w mieście, również nie zgadzała się z babcią. Uważali, że jeśli udano by się do jakiegoś młodego lekarza w mieście, leczenie ojca nie sprawiłoby większej trudności. Od tamtej pory mama zaczęła marzyć o wyjeździe do miasta. Wkrótce wykorzystała okazję, gdy mój starszy brat ukończył szkołę podstawową. Jeszcze przed upływem trzech lat od śmierci ojca, mama zabrała brata do Seulu. Mama była najstarszą synową, którą – wedle zwyczaju – czekała opieka nad rodzicami swego męża aż do chwili ich śmierci. Zrzeczenie się tego obowiązku równało się utracie wszelkich praw spadkowych. Mama nie miała najmniejszego talentu do utrzymywania domu. Jedyną, niewyuczoną zresztą, jej umiejętnością było szycie. Wierząc, że coś tym sposobem osiągnie, mama zabrała mojego brata i opuściła wieś. Nigdy przedtem nie myślałam, że rozstanie to przyniesie taką ulgę zarówno mamie, jak i babci.

Dla rodziny na wsi wiadome było, że żadna siła nie powstrzyma niewdzięcznej i bezczelnej synowej, a podnoszenie głosu potęgowało tylko konflikt.

Żałowano jedynie chłopca, który dopiero co ukończył szkołę podstawową i ta zmiana wydawała się ciężarem ponad jego siły. Brat zawsze był mi bardzo bliski, kochałam go i dlatego pewnie czułam to brzemię tak, jakby spoczywało na moich barkach. Wiedziałam, że jest nieszczęśliwy. Nie bardzo wiedziałam dlaczego, ale słyszałam, że dzieci w mieście – moi rówieśnicy – odczuwają jakąś niejasną tęsknotę i są zastraszone koniecznością „odniesienia sukcesu”. Czy to właśnie martwiło mojego brata? Tak się jakoś złożyło, że obaj moi wujkowie nie doczekali się synów, a ich praca zawodowa też nie przynosiła im zadowolenia i tylko mój brat był tym najzdolniejszym i najmądrzejszym: dorywczo zajmował się pracą, a szkołę podstawową ukończył w ciągu pięciu lat. Po wsi krążyła plotka, że to cudowne dziecko. Był jednak bardzo młody – zbyt młody, by w pełni zdać sobie sprawę z ciążącego na nim obowiązku ratowania rodziny z upadku.

Często zdarzało mi się odczuwać tęsknotę za bratem, jednak nie chciałam jechać do miasta, by go spotkać. Za mamą zaś prawie nie tęskniłam. Nie byłam wtedy, co prawda, w takim wieku, by rozumieć, co znaczy odpowiedzialność, ale podejrzewałam, że dorośli knują przeciw memu bratu. Wydawało mi się, że chcą zarzucić na niego jakieś sidła – ujarzmić go i zniewolić.

Pod nieobecność mamy podkradałam wszystkie drogocenne rzeczy babci, dziadka, wujków i cioć. Nie było dla mnie rzeczy niemożliwych do zdobycia. Miałam wszystko, czego zażądałam. Byłam wolna, jak wielka, bezkresna łąka. Nie chciałam, by kiedykolwiek ktoś mnie zniewolił.

Przyszedł jednak dzień, gdy pojawiła się mama. Miała zabrać do miasta także i mnie. Uwiesiłam się wtedy babcinej szyi i spoglą­dając nieprzyjaźnie na dawno niewidzianą matkę; niezbyt świadoma tego, co robię, krzyknęłam:

– Nie chcę!

Mama i babcia zaczęły się kłócić.

– A ty może myślałaś, że jak jedno zabierzesz, każesz żyć w obcym mieście, a drugie zostawisz, to będzie łatwo je wychowywać bez matki, bez ojca, co?!

– Toteż chcę zabrać i drugie. Dziecko głodne czy nie – powinno być ze mną, nie uważa mama? Nie można pozwolić, by dzieciak rósł i tęsknił – odparła mama stanowczo. Dopiero wtedy babcia ze łzami w oczach zaczęła błagać:

– To nieludzkie! My, starzy ludzie, żyjemy przecież dla tego dzieciaka... Nawet jeśli druga albo i trzecia synowa będzie miała swoje dziecko, znów zabierze je gdzieś daleko, i co wtedy?!

– Mamo, to nie tak, tak nie można. Czas posłać dziecko do szkoły.

– Do szkoły? Dzieciaka ze wsi posłać do szkoły?!

– Tak, mamo, dzieciak ze wsi też powinien coś umieć

– A ty? Po coś niby pojechała do tego miasta, co? Dorobiłaś się czego? Woda sodowa ci uderzyła! Po co ty chcesz posyłać do szkoły to dziecko?

Kłótnia była zażarta i wzmagała się jak ogień podsycany oliwą. Ja, oczywiście, trzymałam stronę babci – jak zwykle zawinęłam się w fałdy jej spódnicy, nie spuszczając przy tym oka z mamy.

Przyszedł jednak