Maszkara - Katarzyna Mikiewicz - ebook

Maszkara ebook

Katarzyna Mikiewicz

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.

11 osób interesuje się tą książką

Opis

Czy można zrobić karierę, jednocześnie próbując nie dać się zamordować?

Wanda od lat marzy o sukcesie jako malarka, ale zamiast zachwytów słyszy głównie krytykę. Kiedy wreszcie los się do niej uśmiecha i wpływowy mecenas proponuje jej współpracę, wydaje się, że wszystko zaczyna układać się idealnie. Szkoda tylko, że jej mąż właśnie planuje ją zabić...

Zdeterminowana, by nie zostać ofiarą i spełnić swoje marzenia, Wanda rusza do działania. Nie przypuszcza jednak, że jeden niepozorny obraz wciągnie ją w wir przestępczych porachunków, spektakularnych pomyłek i wydarzeń, nad którymi nikt już nie będzie panował.

Maszkara to błyskotliwa komedia kryminalna, w której czarny humor spotyka się z codziennością, sztuka staje się niebezpieczną grą, a każdy kolejny zwrot akcji zaskakuje bardziej od poprzedniego. Pełna wyrazistych bohaterów, ironii i zwrotów akcji opowieść dla wszystkich, którzy lubią śmiać się z absurdów życia, jednocześnie z zapartym tchem śledząc kryminalną intrygę.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 342

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Text copyright © Katarzyna Mikiewicz Copyright for this edition © Wydawnictwo ARKADY Sp. z o.o., Warszawa 2026

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część tej publikacji nie może być reprodukowana w jakiejkolwiek formie ani powielana graficznie, elektronicznie czy mechanicznie, w tym za pomocą kopiowania, nagrywania ani przechowywania w informatycznej bazie danych, bez pisemnej zgody wydawcy. Prosimy o przestrzeganie praw twórców do ich własności intelektualnej i nieudostępnianie książki w sieci.

Redakcja: Katarzyna Woźniak

Korekta: Magdalena Bielecka

Projekt okładki: Natalia Krzeszczakowska

Projekt powstał przy użyciu narzędzi opartych na sztucznej inteligencji, z uwzględnieniem autorskiej obróbki.

Skład i łamanie: Sylwia Szur

ISBN 978-83-213-5395-1

Wydanie I, 2026, Symbol 5409/R

CIP Biblioteka Narodowa Mikiewicz, Katarzyna Maszkara / Katarzyna Mikiewicz. - Wydanie I. - Warszawa : LeTra, 2026

Wydawnictwo ARKADY Sp. z o.o. ul. Dobra 28, 00-344 Warszawa tel. 22 444 86 50 e-mail: [email protected], www.arkady.eu Facebook: @Wydawnictwo.Arkady, Instagram: @wydawnictwo.arkady Facebook: @Wydawnictwo.Letra, Instagram: @wydawnictwo_letra księgarnia wysyłkowa: tel. 22 444 86 56www.arkady.info

Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.

Mojej Mamie,

za wiarę we wszystkie moje szalone pomysły.

Ta książka jest jednym z nich.

Starszy mężczyzna cofnął się gwałtownie i zawadził o coś grubą podeszwą buta.

– Kurwa! Uważaj, jak łazisz! – syknął jego kompan, rozcierając sobie obolałą kostkę.

– Cicho! Coś słyszałem. Ciemno jak w dupie, nic nie widzę. Włącz latarkę.

– Miało nie być nikogo.

– Mówiła, że nie będzie. Cieć jest na chorobowym. Cholera, gorąco tu jak w piekle. – Ściągnął kominiarkę i przetarł spoconą, posiekaną zmarszczkami twarz.

– Bardzo mądrze. Załóż to z powrotem, idioto. Któraś kamera może działać.

– Przecież przeciąłem kable. Nie histeryzuj.

– Dobra. Gdzie to jest? – Młody się niecierpliwił.

– Jeszcze kawałek.

Po chwili nikły strumień światła latarki rozświetlił pomieszczenie. Młodszy z mężczyzn wzdrygnął się i powoli omiótł wzrokiem wnętrze. Nie zdołał wydusić z siebie ani słowa.

To mu się będzie śniło po nocach. Był tego pewien.

* * *

Lustro było ogromne. Oprawione w ciężką, złoconą ramę stało oparte o ścianę tuż przy oknie. Odbijała się w nim przedziwna postać, prawdopodobnie płci żeńskiej, ubrana w oszałamiającą, śnieżnobiałą suknię z trenem ciągnącym się przez całą długość pokoju. Jej ramiona zdobiły bufiaste rękawy, wyszywane mnóstwem drobnych koralików. W gorset powtykane były gdzieniegdzie białe ptasie pióra, co nasuwało skojarzenie z dziurawą pierzyną. Całość zwieńczona została satynową kokardą na piersiach.

Postać ta, przypominająca dorodną bezę, miała na twarzy coś, co z uwagi na brak lepszych określeń można było nazwać makijażem. W rzeczywistości była to mieszanina wszystkich kolorów tęczy, nałożonych na lico w sposób zupełnie przypadkowy, co dawało efekt zapłakanego klauna, żywcem wyjętego z filmów grozy klasy B.

Chwilę zajęło Wandzie uzmysłowienie sobie, że patrzy na własne odbicie. W dłoni ściskała rozgrzaną lokówkę i usilnie starała się zakręcić sobie włosy. Jednak arcydzieło krawiectwa, które miała na sobie, niezbyt jej w tym pomagało. Zbyt mocno ściśnięty gorset utrudniał oddychanie, a najmniejszy nawet ruch sprawiał, że cały głośno trzeszczał w szwach. Machając nerwowo lokówką na wszystkie strony, Wanda zezowała jednocześnie za okno wychodzące na podjazd z fontanną pośrodku. Powoli zjeżdżali się goście. Wszyscy wytworni, eleganccy i wyraźnie zniecierpliwieni, a ona wciąż nie była gotowa. Koniecznie musiała mieć loczki – uparła się na tę fryzurę z niewiadomych przyczyn. Mnóstwo drobnych loczków na całej głowie. Słowiańskie afro. Bez tego ślub w żadnym wypadku nie mógł się odbyć.

Jak na złość te przeklęte włosy nie chciały się kręcić! Bogdan ubrany w żółte za duże ogrodniczki biegał dookoła jak w ukropie i popędzał ją, raz na jakiś czas zatrzymując się i nucąc marsz Mendelssohna. Denerwował ją tym okropnie. W końcu, niewyobrażalnie już spóźniona, chciała zebrać się do wyjścia. Wtedy zorientowała się, że jest bosa, a na dodatek ma nieludzko brudne stopy. Nie może przecież iść do ołtarza z takimi stopami! Ogarnęła ją panika i stwierdziła stanowczo, że w takim razie żadnego ślubu nie będzie. Nie zejdzie do gości w tym stanie! Wykluczone! Wanda podjęła decyzję i niemal natychmiast poczuła ulgę. Wcale nie musi tam iść. Z taką aparycją zaprezentowanie się komukolwiek byłoby wręcz niewskazane. Któraś z ciotek mogłaby zemdleć albo, co gorsza, dostać zawału. Było już późno, więc istniała możliwość, że cała rodzina obrazi się śmiertelnie i już nigdy w życiu się do niej nie odezwie. Wandy to jednak w tym momencie kompletnie nie obchodziło – pomyślała, że to wcale nie byłoby najgorsze, co ją w życiu spotkało. Cały ten ślub to jedna wielka katastrofa.

Już miała obwieścić Bogdanowi, że nigdzie nie idzie, gdy usłyszała dźwięk tłuczonego szkła.

* * *

Rozklejenie powiek i powrót do rzeczywistości zajęły Wandzie chwilę. Leżała w swoim własnym łóżku, zagrzebana po szyję w pościeli. Gdzieś na dnie świadomości utkwiło jej mgliste wspomnienie czegoś dziwacznego i niepokojącego. Ale co to było...? Jakiś koszmar, coś o ślubie... Jak zwał, tak zwał – niewielka różnica.

Prawdziwego ślubu prawie nie pamiętała. W trzecim miesiącu ciąży, słaniając się na nogach, ledwo przebrnęła przez ceremonię. Świadomy jej męki ksiądz dobrodusznie starał się skrócić uroczystość do minimum. Wesele spędziła przytulona do muszli klozetowej, wsłuchując się w przytłumione dźwięki disco polo, jednocześnie modląc się, żeby ci wszyscy goście już sobie poszli. Na samo wspomnienie o tym przechodziły ją ciarki.

Rozejrzała się po sypialni. Dałaby sobie rękę uciąć, że przynosiła wieczorem butelkę wody. No tak, sobie nie przyniósł i wyżłopał cudzą. Jak zwykle. Mrużąc oczy, zerknęła na zegarek i zmroziło ją. Wpół do siódmej rano. Nie zdąży. Też jak zwykle.

Słuchała jeszcze przez chwilę brzdęków i stuków. Bogdan kręcił się po kuchni, hałasując przy tym niemożliwie. Ciekawe, co tym razem ugryzło go w tyłek. Jeśli zaraz nie wstanie, to ten głupek wszystko wytłucze i poranną kawę będzie piła z kociej miski. Co prawda kota nie miała, ale miska tak jej się spodobała, że kupiła ją pod wpływem impulsu. Jadła z niej orzeszki solone. Sprawdzała się znakomicie.

– No i czego tak tłuczesz? – zapytała, wchodząc do kuchni.

Bogdan, wystrojony w fartuch w kropeczki po babce nieboszczce, z wypiekami na twarzy mieszał drewnianą łyżką w misce z mydlinami i zastawą kuchenną – częściowo już w kawałkach. Wanda przyjrzała mu się z mieszaniną zaciekawienia i zgorszenia. Musiała przyznać, że był to dość oryginalny sposób zmywania naczyń.

– Planujesz potłuc to wszystko? – Uniosła brwi i zatrzymała się gwałtownie tuż przed powiększającą się w szybkim tempie mokrą plamą na podłodze. – Gumolit nasiąknie, jeśli tego nie zetrzesz od razu.

– Nic czystego nie ma w tym domu! Ani jednej łyżki, ani jednej porządnej skarpetki! Brud i smród! A poza tym wcale nie nasiąknie! – wypalił na jednym wydechu Bogdan.

– No to musisz zacząć prać sobie sam. Błagam cię, Bogdan, nie zmywaj już. Ja to zrobię, tylko nie teraz – westchnęła. – Jeśli za chwilę nie wyjdę, to na pewno się spóźnię.

– Nic z tego nie będzie – burknął pod nosem, nie przerywając mieszania.

– Co?

– Nie pasujemy do siebie – powiedział w kierunku miski, biorąc wcześniej głęboki wdech, po czym uśmiechnął się do siebie, zadowolony z aktu własnej odwagi. Już od dawna planował oznajmić to Wandzie. Czekał zdecydowanie zbyt długo, ale wcześniej jakoś ciągle nie było okazji. Trochę też obawiał się jej reakcji. Lubił spokój, a rozstanie – nie daj Boże burzliwe – by mu go odebrało. Zdecydowała za niego... dziura w koszuli.

Sam musiał ją wyprasować, bo oczywiście pani Wielka Artystka czasu nie miała. Ile on się namęczył przy tych parszywych rękawach, ile się nasapał... Ale w końcu się udało – przynajmniej jako tako. Włożył koszulę i dopiero wtedy zauważył dziurę, którą należało zaszyć. Uznał, że prosić się nie będzie i zrobi to sam. Najpierw przez dziesięć minut próbował nawlec nitkę, a gdy cały spocony w końcu osiągnął sukces, ukłuł się w środkowy palec. Kropla krwi spadła prosto na kołnierzyk. Tego dla Bogdana było już za wiele. Myślał, że skoro już tkwił beznadziejnie w tym małżeństwie od tylu lat, to chociaż będzie miał z niego jakiś pożytek. Miarka się przebrała. No trudno. Niech się dzieje, co chce. Jakoś to przecież przeżyje.

– Ameryki to ty, mój drogi, nie odkryłeś. – Wanda machnęła ręką i zrobiła krok w stronę korytarza.

– Powinniśmy się rozwieść. – Łypnął okiem w jej stronę, sprawdzając reakcję na ten przejaw odwagi.

W pierwszym momencie odrobinę ją zatkało – spojrzała odruchowo na swoje stopy. Były czyste. Uświadomiła sobie, że naprawdę nie ma czasu na głupoty i tę błazenadę z powodu niewypranych gaci. Boguś coś jeszcze mówił, ale ona udała, że nie słyszy i zamknęła się w łazience. Spojrzała w lustro i stwierdziła z rezygnacją, że dzisiaj na pewno wrażenia na nikim nie zrobi. Twarz jej się świeciła jak bombka na choince, a proste zazwyczaj włosy zagniotły się od spania, tworząc coś w rodzaju połamanych fal. Wypadałoby je umyć lub chociaż ułożyć na szczotkę.

Bardzo jej zależało, żeby dokończyć najnowszy obraz i zawieźć go już do oprawy. Miała tylko domalować kotu kilka włosków i nadać futerku trochę blasku, ale zaczęła niepotrzebnie kombinować, przez co jak zwykle skończyła o nieprzyzwoitej porze.

Ograniczyła zabiegi pielęgnacyjne do opłukania twarzy lodowatą wodą i wcisnęła się w kieckę z poliestru z długim rękawem. Co prawda nie trzeba było jej prasować, ale istniało duże prawdopodobieństwo, że się w niej ugotuje.

Mniej więcej na początku maja deszczowa do tej pory wiosna zupełnie znienacka przeobraziła się w pełnię lata. Buchnęło gorącem tak koszmarnym, że właściwie nikt nie był na to przygotowany – a już na pewno nie Wanda. Nie zdążyła nawet przytargać z piwnicy pudła z letnią garderobą. Trzeba było to załatwić od razu, a nie czekać nie wiadomo na co. Przejrzeć, uporządkować i ewentualnie dokupić to, czego brakuje. Nie były to może bardzo skomplikowane czynności, ale u Wandy budziły dziki opór. Jak zwykle zwlekała do momentu, w którym już naprawdę nie miała co na siebie włożyć. Każdego lata spotykała ją bowiem rzecz najgorsza dla kobiety – być może dla mężczyzny też, ale w jego przypadku nie było to tak oczywiste – za każdym razem, po wywleczeniu całego majdanu na światło dzienne, finał był taki sam: chwilowa radość na widok kolorowych sukienek, o których istnieniu Wanda zdążyła przez zimę zapomnieć, ustępowała miejsca rozpaczy, że praktycznie w żadną z nich się nie mieści... Wagi w domu nie było, a odzież zimowa miała zupełnie inną specyfikę. Rozciągliwe dzianiny, gęsto tkane sweterki i wełniane spódnice na gumce wybaczały wszystko i trudno było zauważyć dodatkowe kilogramy – lub wyprzeć je ze świadomości. Niestety, w odróżnieniu od swetrów, sukienki z wiskozy nie chciały się poddać naturze za nic w świecie, obnażając okrutnie miesiące obżarstwa i doprowadzając Wandę na skraj szaleństwa. No nic, po pracy trzeba się będzie w końcu zabrać za porządki w garderobie.

Włosy upięła w artystyczny koczek na czubku głowy; na makijaż i tak już było za późno. Wybiegła z łazienki i nerwowo przekopywała stos kurtek w przedpokoju w poszukiwaniu torebki. Kiedy ten człowiek w końcu przykręci ten wieszak...

I wtedy zorientowała się, że Bogdan dalej gada do siebie w kuchni, a właściwie to nie do siebie, tylko do niej.

– Przygotowałem już pozew i dokumenty, nie musisz się martwić. Wyprowadzę się, ale chciałbym zabrać płyty. Musisz... to znaczy musimy powiedzieć dzieciom, ale ja nie wiem jak, to może jednak ty im powiesz. Ten wniosek to chyba jeszcze dzisiaj złożę, bo będę przejeżdżał koło sądu. Jadę do mechanika. Obejrzy Forda, bo coś się tam chyba przepaliło. Zabrałem sobie poduszkę i będę spał w salonie, to się w końcu wyśpisz. Cały czas mi wyrzucasz, że chrapię.

Wanda potrząsnęła głową, oszołomiona tym potokiem słów. Bogdan mówił dalej z prędkością karabinu maszynowego, jakby chciał zrzucić z siebie cały ciężar, który dźwigał przez te wszystkie lata. Spojrzała na zegarek i na widok godziny serce szybciej jej zabiło. Musiała zdążyć zawieźć obraz do oprawy, a korki o tej porze są okropne – po pracy będzie za późno. Zatrzasnęła za sobą drzwi wejściowe, nie czekając na koniec monologu.

Nie myliła się. W Alei Jana Pawła II ugrzęzła na dobre. Czekając na zmianę świateł, dudniła nerwowo palcami o kierownicę. Pomyślała o Bogdanie i zaczął ją trafiać szlag. Teraz się idiocie zachciało rozwodu. „Nie pasujemy do siebie” – też mi nowość. Po dwudziestu latach się zorientował.

Mógł się dwa razy zastanowić, zanim wręczył pierścionek zaręczynowy. Matko, kiedy to było? Chociaż... może nie powinna być niesprawiedliwa. Pierścionek dał, bo była w ciąży. Otumaniona hormonami i głupim stanem zakochania nie zwracała uwagi na różnice temperamentów i zgoła odmienne upodobania.

Poznali się w ostatniej klasie liceum. Właściwie to nie w klasie, a na korytarzu. Kolega Bogdana ze szkolnej ławy, Zbyszek, szalał za jedną z koleżanek Wandy, niezwykle atrakcyjną Jolantą Szewczyk. Jola miała kruczoczarne włosy, alabastrową cerę i czarne jak węgiel oczy. Na dodatek była atrakcyjna nie tylko na zewnątrz, ale też wewnętrznie. Chyba wyłącznie przez jakieś niedopatrzenie nad jej głową nie błyszczała niebiańska aureola. Nic dziwnego, że Zbyszek w tym szaleństwie nie był odosobniony. Do Joli ustawiały się długie kolejki adoratorów. Z jakichś przyczyn Zbyszkowi było nie na rękę szaleć na jej punkcie samemu, bo uparcie zabierał ze sobą wszędzie Bogdana, który i tak nie miał nic lepszego do roboty. Wystawali we dwójkę w okolicy sali, w której akurat klasa Wandy i Joli miała lekcje. Bogdanowi wkrótce znudziło się towarzyszenie koledze bez powodu i też postanowił znaleźć sobie obiekt westchnień. W końcu ileż można tak bezczynnie stać?

Tą szczęściarą okazała się Wanda.

Wtedy bardzo jej to imponowało. Bogdan brzydki ani pryszczaty nie był, co w wieku nastoletnim miało szczególne znaczenie. Poza tym oprócz Joli żadna koleżanka z klasy nie miała adoratora, więc Wanda poczuła się wyróżniona. Zaczęli chodzić na spacery, do kina i na inne mniej lub bardziej wyszukane randki. W końcu uświadomiła sobie, że chyba się zakochała. Opisy objawów, które publikowano regularnie w czasopismach młodzieżowych, pasowały do niej jak ulał.

Od samego początku wiadomo było, że charaktery mają zgoła odmienne. Wanda wiecznie robiła wokół siebie zamieszanie – nie żeby specjalnie, bo nie była aferzystką. Zamieszanie robiło się niejako samo, bez większych starań, za to przy jej radosnej aprobacie. Ogólnie rzecz biorąc, wszystko to, co było odskocznią od życiowej monotonii, stanowiło dla niej pewnego rodzaju paliwo niezbędne do egzystencji. Za to Boguś był zatwardziałym domatorem, lubiącym święty spokój i stabilizację. Mało jej piorun nie strzelił od tej stabilizacji, ale o tym przekonała się, gdy było już za późno. Wtedy myślała, że są świetnie dobraną parą i doskonale się uzupełniają. Przecież wszyscy mówili, że przeciwieństwa się przyciągają. Kompletna bzdura. Matko, jaki człowiek był głupi...

Gdy Bogdan po raz pierwszy przyszedł do Wandy z wizytą, już wtedy powinna jej się zaświecić lampka ostrzegawcza – albo neon. Coś mu śmierdziało.

Od początku narzekał na nieznośny smród w jej mieszkaniu. Drapało go i gryzło po nozdrzach, bolała go głowa. Ile ona się naszukała, czy gdzieś przypadkiem coś nie zdechło w jakimś kącie. Jak głupia na kolanach szorowała płytki i pastowała parkiet. Trzeba przyznać, że nigdy w życiu nie miała takiego porządku – ani wcześniej, ani później. Matka aż przebierała nogami z radości, będąc pod ogromnym wrażeniem zmiany, jaka dokonała się w jej córce.

Wreszcie po kilku miesiącach tej coraz bardziej uciążliwej znajomości i gimnastyki ze ścierką w ręce Wanda odkryła źródło smrodu. To były farby! Farby mu śmierdziały, a jeszcze bardziej terpentyna. Najpiękniejszy zapach świata, zaraz po benzynie i siekanym koperku. Już wtedy powinna się ocknąć z amoku, ale nie, głupie dziewczę wyniosło wszystko do piwnicy i porzuciło malowanie. Komfort ukochanego był przecież ważniejszy. Potem jakoś tak przypadkiem zdarzyła się ta ciąża, a później następna i kolejne lata zleciały jak z bicza strzelił. A dzisiaj dzieci już dorosłe, no, jedno prawie.

Może to przez te farby teraz tracił rozum?

Jakoś na wiosnę zeszłego roku spłynęła na Wandę potężna wena. Tęsknota za pędzlem spadła na jej duszę z mocą pocisku nuklearnego. Musiała malować. Na to nic się nie poradzi. Musiała i koniec. Wywlekła z piwnicy cały ten bajzel i przeniosła go do mieszkania, i tak już zagraconego. Boguś na początku kręcił trochę nosem, ale szybko dał sobie spokój, więc pomyślała, że po prostu z wiekiem mu przeszło. Ewentualnie węch mu się stępił. A on, biedaczek, najwidoczniej dusił w sobie odrazę, aż w końcu miarka się przebrała.

Wanda zastanowiła się chwilę i doszła do wniosku, że ten rozwód to wcale nie taki głupi pomysł. Z dwojga złego wolała, żeby to ślubny się wyniósł z sypialni – w której i tak od dawna nic się nie działo – niż żeby musiała wynieść sztalugi.

Gdzieś jednak, na samym dnie serca, poczuła dziwne ukłucie. Urażona duma uwierała ją nieprzyjemnie.

Jakimś cudem udało jej się oddać najnowszy obraz do oprawy i jeszcze zdążyć do pracy. Kompletnie zignorowała pełne dezaprobaty spojrzenie starszej kobiety, która odbierała najnowsze dzieło Wandy. Być może kot nie występuje w naturze w różnych odcieniach zieleni, ale akurat zabrakło jej szarości i brązów. Poza tym to jest sztuka, a w sztuce nie należy ograniczać wyobraźni.

Zaraz po pracy, zanim jeszcze wsiadła do auta, zadzwoniła do przyjaciółek i zarządziła zwołanie sztabu kryzysowego. W końcu żądanie rozwodu to nie jest coś, co przytrafia się każdego dnia. Oczywiście należało to omówić, rozłożyć na czynniki pierwsze i ewentualnie ustalić jakiś plan działania. Okazało się, że Małgosia jest jeszcze w podróży po Europie, więc sztab musiała reprezentować sama Magda.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

POZNAJ INNE POWIEŚCI POLSKICH AUTORÓW DOSTĘPNE W LETRZE:

Nie wszystko, co skrywa Watykan, powinno ujrzeć światło dzienne. Kiedy ksiądz Christopher Bassanti popełnia samobójstwo, rozpoczyna się gra, której finał może zachwiać fundamentami Kościoła. Wciągnięty w sieć intryg jego brat bliźniak zaczyna odkrywać tropy prowadzące do wydarzeń, które od wieków pozostawały ukryte.

.

Młoda redaktorka Józka zostaje wysłana do Kalabrii, by w ciągu miesiąca znaleźć książkę, która stanie się bestsellerem na polskim rynku. Trafia jednak na ślad dawno zapomnianej gry terenowej. Wciągnięta w historię zaginięcia jednej z organizatorek, zaczyna odkrywać, że milczenie mieszkańców ma swoją cenę, a prawda, którą skrywają, może okazać się znacznie groźniejsza, niż przypuszczała.