Martwy świat - Filip Walkowicz - ebook
NOWOŚĆ

Martwy świat ebook

Filip Walkowicz

0,0

Opis

 

Opowieść o miłości, zemście i człowieczeństwie w świecie, w którym człowiek przestał być najgroźniejszym drapieżnikiem

Czy kiedykolwiek zastanawialiście się, jak mogłaby wyglądać apokalipsa zombie nad Wisłą?

Polska, rok 2025. Rosja przy użyciu nowej broni biologicznej doprowadza do zakończenia wojny w Ukrainie. Jakimś sposobem tajemniczy wirus wydostaje się z laboratorium i zmienia ludzi w żądne krwi monstra. Otoczone wojskowym kordonem miasta i wsie zaczynają przypominać twierdze. Zagrożenie czai się za każdym rogiem. Dwudziestodwuletni Filip próbuje przetrwać w nowej rzeczywistości, która zabrała wszystko, co było mu drogie. 

Czy znajdzie w sobie siłę do dalszej walki? Czy ktoś mu pomoże? Czy w tym koszmarze uda mu się zachować choć skrawek dawnej normalności?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 377

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



 
 
 
WARSZAWA 2026

© Copyright by Lira Publishing Sp. z o.o., Warszawa 2026

© Copyright by Filip Walkowicz, 2026

 

Redakcja: Maria Pokora

Korekta: Bogusława Brzezińska

Skład: Klara Perepłyś-Pająk

 

Projekt okładki: Grzegorz Araszewski/garasz.pl

Zdjęcia na okładce i źródła ilustracji: domena publiczna,

Freepik, Texturelabs

Zdjęcie autora: © archiwum własne

 

Wydawnictwo Fala

Wydanie pierwsze

Warszawa 2026

 

ISBN: 978-83-68577-78-5 (EPUB); 978-83-68577-79-2 (MOBI)

 
 

www.wydawnictwofala.pl

Wydawnictwa Fala szukaj też na:

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

SPIS TREŚCI

Rozdział 1. Początek

Rozdział 2. Jak to się zaczęło

Rozdział 3. Nieznajomi

Rozdział 4. Przychodnia

Rozdział 5. Laboratorium

Rozdział 6. Zabić potwora

Rozdział 7. Ratunek

Rozdział 8. Przeszłość

Rozdział 9. Wspólny wróg

Rozdział 10. Trudna decyzja

Rozdział 11. Baza wojskowa

Rozdział 12. Odsiecz

Rozdział 13. W poszukiwaniu celu

Rozdział 14. Nowa misja

Rozdział 15. Kolejna podróż

Rozdział 16. Niespodziewane problemy

Rozdział 17. Narastające komplikacje

Rozdział 18. Na ratunek

Rozdział 19. Miasto za palisadą

Rozdział 20. Nowy dom

Rozdział 21. Cisza przed burzą

Rozdział 22. Między niebem a ziemią

Od Autora

Rozdział 1
POCZĄTEK
 
 
8 WRZEŚNIA

Była chłodna, jesienna noc. W ciemnym pokoju spała przytulona do siebie para. Chłopak obudził się cały zlany zimnym potem. Jego oczy były pełne przerażenia. Zacisnął mocno zęby, po czym cicho przeklął. Odwrócił się w stronę śpiącej przy nim dziewczyny. Nie obudziła się, na szczęście, pomyślał, po czym delikatnie wstał z łóżka i zupełnie nagi podszedł do zamkniętego okna. Krople deszczu dudniły gromko w szybę, a on uważnie obserwował sylwetki o żółtych, złowrogich, świecących w ciemności oczach. Co chwilę któraś z majaczących postaci obijała się o metalowe kraty ogrodzenia, wzbudzając tym samym zamieszanie wśród reszty stworów. Gdyby nie deszcz, pewnie usłyszałby ich jęki, szczękanie zębami i inne przerażające odgłosy.

Nagle poczuł, jak znajomy dotyk oplata jego talię, jak przywiera do niego ciepłe, nagie ciało dziewczyny. Czuł jej piersi na swoich plecach i to, jak opiera się na jego prawym ramieniu. Odwrócił lekko głowę w jej stronę i spojrzał prosto w piękne, błękitne oczy. Oplótł swoim ramieniem jej wąską talię, następnie pocałował w usta. Po chwili dziewczyna przemówiła swym barwnym, słodkim głosem:

– Nie wejdą tu. – Odgadła jego myśli.

– Wiem o tym – powiedział chłopak i po chwili dodał: – Ale i tak martwi mnie ich liczba. Nigdy wcześniej nie było ich w okolicy aż tylu.

Tę ostatnią uwagę kierował głównie do siebie – w końcu to on zajmował się patrolem okolicy i nic wcześniej nie wskazywało na obecność tych wszystkich żywych trupów.

– To nie przez twoje niedopatrzenie. – Dziewczyna ucięła szybko myśl swojego ukochanego. Jej kasztanowe włosy delikatnie łaskotały go w plecy.

Chłopak spojrzał na nią i przez chwilę bacznie się przyglądał. Była zupełnie naga. Miała pełne, kobiece kształty i szczupłą dziewczęcą twarz ze zgrabnym nosem, pięknymi migdałowymi oczami koloru ciemnoniebieskiego oraz małymi, delikatnymi ustami. Dobrze znał jej oczy, wiedział, że poznałby je na końcu świata. Po chwili pociągnął ją delikatnie w stronę łóżka. Nie stawiała oporu. Zegar elektroniczny znajdujący się na szafce nocnej wskazywał trzecią. Chłopak wyłączył lampkę nocną, a następnie wtulił się w swoją ukochaną. Nakrył ją i siebie delikatnie kołdrą, po czym obydwoje zapadli w głęboki sen z poczuciem, że są bezpieczni. W końcu dokładnie sprawdził całe ogrodzenie.

Rankiem obudziły go gorące promienie słońca wpadające cienkimi liniami przez uchyloną roletę. Wstał, założył dresowe spodnie i biały, sprany podkoszulek zostawiony poprzedniego wieczoru obok łóżka, po czym skierował się do łazienki. Obmył twarz zimną wodą, ułożył włosy żelem, opłukał i dokładnie wytarł ręce. Następnie poszedł do kuchni i z przyzwyczajenia zajrzał do niemal pustej lodówki. Zdawał sobie sprawę, że zapasy się kończą i za chwilę będzie musiał wyruszyć na wyprawę zaopatrzeniową. Postanowił jednak o tym nie myśleć. Skupił się na zrobieniu śniadania z tego, co zostało w lodówce – kilku jaj i odrobiny masła.

– Nie ma tego za wiele – westchnął. – Smakuje?

Dziewczyna pokiwała głową z zadowoleniem.

– Wiesz... – ciągnął chłopak – musimy iść po zapasy...

W jej oczach pojawił się błysk. Przełknęła ostatni kęs jajecznicy, po czym spojrzała niechętnie w stronę pustej lodówki.

– Wiem, jak tego nie lubisz – mówił dalej – ale nie pozwolę, żebyśmy umarli z głodu.

– Rozumiem – ucięła dziewczyna. – Ale dlaczego nie możesz iść sam? – spytała z lekką pretensją w głosie. – Przecież pamiętasz, co było ostatnio...

– Doskonale pamiętam – odparł. – Dlatego boję się cię tu zostawić... Jeżeli oni już o nas wiedzą, to zapewne będą nas szukać. A ja nie mogę pozwolić na to, by coś ci się stało.

Na jej twarzy pojawił się lekki rumieniec. Schyliła się, nie mogąc wytrzymać wyrazu jego ciemnozielonych oczu. Były pełne troski i ciepła, jednak ona dobrze go znała i wiedziała, że krył się w nich też strach, mimo że nie dawał tego po sobie poznać.

Po zapakowaniu wszystkich niezbędnych rzeczy do auta, wsiedli do środka i zapięli pasy. Gdy chłopak chciał zapalić silnik, dziewczyna powstrzymała go, chwytając dłoń, w której trzymał klucze. Spojrzał na nią badawczo, a ta odpowiedziała sugestywnym spojrzeniem. Doskonale wiedział, co to oznacza – w końcu sam musiał jej to kiedyś wytłumaczyć.

– Chcesz wiedzieć, co mi się śni każdej nocy, prawda? Co sprawia, że zawsze budzę się zlany zimnym potem?

Dziewczyna kiwnęła stanowczo głową.

– Chcę – zaczęła – cię poznać i zrozumieć.

Spojrzała na niego, po czym zamilkła. Na twarzy chłopaka malował się krzywy uśmiech.

– Hmm... – mruknął po chwili. – Nienawidzę do tego wracać... – Popatrzył na nią. – Jednak z drugiej strony nikomu o tym jeszcze nie opowiadałem i sam nie wiem, od czego zacząć.

– To może... od początku? Od czasu, kiedy to wszystko się zaczęło, aż do chwili obecnej? – Jej słodki głos był niczym muzyka dla jego uszu.

– Dobrze, moja droga. Opowiem ci wszystko od samego początku...

Spotkali się w połowie sierpnia, jednak mimo tak długiego czasu spędzonego razem, nie chcieli o sobie rozmawiać. Każde z nich przeżyło coś na tyle strasznego, że wspominanie tego sprawiało im ból. Dlatego za obopólną zgodą postanowili nie wracać do wydarzeń z przeszłości, do czasu...

 
Rozdział 2
JAK TO SIĘ ZACZĘŁO
 
 

Gdyby zapytać kogokolwiek o przyczynę obecnego na świecie horroru, z pewnością wskazałby na Wschód, a dokładniej rzecz ujmując, w kierunku Ukrainy. Według mediów głównego nurtu to właśnie Rosjanie są odpowiedzialni za stworzenie nowego typu broni biologicznej. Jej pierwszymi ofiarami stali się kijowscy obywatele i oficjele rządu, jednak szybka reakcja sąsiadujących krajów oraz licznych pozarządowych organizacji sprawiła, że udało się opanować zarazę, zamykając wszystkich zainfekowanych za ogromnym murem wzniesionym wokół miasta. Stworzono tym samym pierwsze na świecie „miasto umarłych”. Jednocześnie od osób zainfekowanych pobrano próbki w celu ich dokładnego zbadania i stworzenia antidotum, które mogłoby uratować świat w przypadku niepożądanego rozprzestrzenienia się choroby.

Kraje członkowskie Unii Europejskiej oraz ONZ postanowiły sfinansować nieprzerwaną ochronę „miasta umarłych”. Tymczasem wokół rzekomego „tajemniczego wirusa” narosło wiele teorii spiskowych. W ucięciu spekulacji nie pomagał fakt, iż nikt nie wiedział, gdzie zniknął zespół badawczy odpowiedzialny za stworzenie śmiertelnej broni. Bez względu na to, gdzie leżała prawda, wirus się rozprzestrzenił, zanim naukowcom udało się opracować skuteczne antidotum.

Oczywiście niezależnie od metody, jaką wirus wydostał się ze sterylnych, sekretnych laboratoriów lub też poza martwy Kijów, odpowiedzialne za ten stan rzeczy były ludzka chciwość i głupota. Odkąd bowiem Rosjanie pochwalili się swoją nową zabawką, każdy, kto posiadał dość wpływów i władzę, chciał mieć tę nową broń. I tak, nie wiadomo skąd, nowi zarażeni pojawili się w Afryce. Stamtąd razem z uciekającymi imigrantami, mimo surowej kontroli, trafił do Europy. USA postanowiły odciąć się od Starego Kontynentu, wstrzymując wszystkie loty i rejsy. Normalnie taki stan rzeczy wzbudziłby święte oburzenie wśród obywateli świata, ale w tamtym czasie, przez wzgląd na wszechobecny strach i terror, nikt nie zwracał uwagi na pojedyncze głosy nawołujące do wsparcia potrzebujących. Jednak w chwili, gdy wirus wydostał się z USA, każdy z wcześniejszych emisariuszy, tak ochoczo nawołujących do pomocy, prawdopodobnie zasilał już armię żywych trupów.

Amerykański rząd oczywiście, podobnie jak chwilę wcześniej Europejczycy, próbował tworzyć „strefy wolne od zakażonych”, jednak robił to z równie marnym efektem. Jak się bowiem okazało, zaraza rozprzestrzeniła się na tyle, że każdy ocalały człowiek był jej nosicielem. Natomiast czynnikiem, który budził uśpioną chorobę w ciele osoby zdrowej, było ugryzienie jej przez osobnika z aktywnym wirusem, kontakt z krwią zakażonego lub śmierć nosiciela. Dlatego ludzie, którzy umarli z powodu starości lub w wyniku wypadku, najmocniej przyczynili się do rozwoju pandemii. Zagłada ludzkiej cywilizacji była na bieżąco dokumentowana przez różnego rodzaju ochotników oraz dziennikarzy i zapewne, gdyby udało się kiedyś przywrócić w pełni funkcjonalny Internet, wciąż można by było znaleźć masę filmów czy też TikToków, na których uwieczniono stopniowy upadek człowieka – upadek, który notabene sam sobie zgotował. Zombie zajęli cały świat w przeciągu półtora miesiąca od chwili pojawienia się w Ukrainie. A ci, którzy przeżyli tę największą w dziejach ludzkości rzeź, teraz zmuszeni są walczyć o przetrwanie.

Gdyby tylko ludzie byli w stanie zachować swoje człowieczeństwo... Ci, którzy przetrwali wystarczająco długo, wiedzą, że to nie żywe trupy są największym zagrożeniem, o nie. Najgorszym, z czym przychodzi im się zmierzyć, nie jest nawet głód czy też brak higieny lub doskwierające zimno. Nie... Najgorsze, co może się przytrafić, jest... bestialstwo drugiego człowieka. Choć wielu z nich nawet nie można nazwać ludźmi, gdyż wewnątrz już nimi nie są.

***
8, 9 WRZEŚNIA

Siedzieli dłuższą chwilę w samochodzie. Filip próbował zebrać myśli.

– Większość swojego życia spędziłem w Krakowie. Gdy byłem w gimnazjum, przeprowadziłem się do małej miejscowości w okolicy Zakopanego. Tam z kolei mieszkałem aż do czasu wybuchu epidemii. A jeżeli chodzi o moją rodzinę, to... – Zamilkł, gdyż słowa utknęły mu w gardle.

Nie był pewny, czy powinien jej wyznać przyczynę koszmarów, które każdej nocy mroziły mu krew w żyłach i oblewały zimnym potem.

– To zdarzyło się pod wieczór. Wracałem właśnie do domu, kiedy zauważyłem, że w środku wszędzie pali się światło, co wydało mi się dziwne, bo o tej porze wszyscy już zazwyczaj leżą w łóżkach. Wszedłem do przedpokoju, zdjąłem buty i kurtkę, po czym obszedłem cały parter. Wszędzie były ślady krwi, które prowadziły na piętro. Nie wiedziałem, co się stało, dlatego wziąłem tasak z kuchennej szuflady i ruszyłem w ich stronę. Pomału i ostrożnie wszedłem po schodach, uważając, aby nie poślizgnąć się na nie do końca zaschniętej krwi. Ślady wyglądały tak, jakby zostawił je chodzący na czworakach dorosły człowiek obficie broczący krwią. Odciski dłoni były bardzo wyraźne. Prowadziły do głównej sypialni znajdującej się na końcu korytarza. Chwyciłem zakrwawioną klamkę, opanowałem drżenie rąk, po czym ostrożnie uchyliłem drzwi, trzymając tasak w pełnej gotowości. Jednak to, co zobaczyłem, przeszyło mnie grozą. Biały niegdyś pokój cały pokryty był krwią i ludzkimi wnętrznościami. Na łóżku leżały nieruchomo dwie zakrwawione postacie, przy których w okolicach trzewi ucztowało dwóch małych zombie. – Tu zamilkł na chwilę, przełknął ślinę, po czym wrócił do opowiadania. – Nagle potwory, prawdopodobnie usłyszawszy skrzypienie zawiasów, odwróciły w moją stronę swoje puste, żółte ślepia, wydając z siebie przeraźliwy skrzek, a następnie rzuciły się na mnie. Czułem, jak paraliżuje mnie strach, jednak jakimś sposobem udało mi się nad sobą zapanować. Najpierw kopnąłem pierwszego potwora na tyle mocno, że ten przeleciał kilka metrów, kończąc lot rąbnięciem w kaloryfer. Chwilę po nim podbiegł do mnie drugi potwór, którego zabiłem mocnym uderzeniem tasaka.

Chłopak zatrzymał się na moment, do jego oczu napłynęły łzy. Zdusił jednak płacz, po czym kontynuował swoją historię.

– Leżałem tam oparty plecami o dużą szafę. Moje ręce były całe we krwi. Gdy pierwszy szok minął – pociągnął nosem – i dokładniej przyjrzałem się martwym potworom... – Chłopak zacisnął mocno zęby, chcąc resztkami sił opanować łzy. – Zobaczyłem... że to, co... przed chwilą brałem za potwora, w rzeczywistości było... – Nie był w stanie wydusić ani jednego słowa, łzy pociekły mu po policzkach. – Spojrzałem na twarz małej istoty, którą przed chwilą uderzyłem tasakiem... Zamarłem... Na moich rękach leżała moja mała siostra... cała w kałuży krwi, moje ubranie było nią przesiąknięte. Czułem, jakby w moim ciele powstała bezdenna dziura, która zaczęła wysysać mnie od środka. Nie mogłem się ruszyć, całe moje ciało drżało. Gdy spojrzałem w kierunku drugiego zombie... zauważyłem bezwładne ciało mojego braciszka. Patrzył na mnie martwymi, mętnymi, żółtymi ślepiami. Jego usta były całe umazane we krwi. Nie będąc w stanie krzyczeć, wydałem z siebie pisk, po którym zacząłem płakać. Trwało to całą noc.

Poczuł, jak łzy Mai moczą jego koszulkę. Nic nie mówił, położył dłoń na jej głowie i zaczął ją delikatnie głaskać.

– Rano położyłem moje rodzeństwo do łóżka, na którym spoczywała nasza mama wraz z ojczymem i przykryłem ich wszystkich prześcieradłem... Próbowałem dodzwonić się na policję i numer alarmowy, ale było to niemożliwe. Usiłowałem dowiedzieć się, co się dzieje, odpaliłem więc telewizor, a w nim na każdym kanale świat upadał na oczach miliardów ludzi. Po chwili wyłączyłem telewizję i usiadłem, załamując ręce. Wiedziałem, że nie ma sensu prosić o pomoc sąsiadów, gdyż wszyscy już uciekli w pośpiechu. Dlatego postanowiłem, że w pierwszej kolejności należycie pochowam to, co zostało z moich bliskich...

Zakrył twarz dłońmi i zaczął szlochać. Maja objęła go czule. Również płakała.

Ich obecna kryjówka znajdowała się na uboczu, w małej wsi z zaledwie kilkoma domostwami. Wokół zabudowań rozpościerały się zarośnięte łąki oraz las. Okolica sprawiała wrażenie ostoi, do której nie dotarła zaraza. Tak przynajmniej było do wczorajszej nocy. Podróż mijała im w ciszy. Dziewczyna trzymała rękę ukochanego. Mimo obecnych realiów czuła się przy nim bezpiecznie. Po chwilowych turbulencjach na dziurawej drodze dotarli do głównej szosy prowadzącej do sąsiedniej wsi. To właśnie tam ostatnim razem znaleźli pokaźną ilość zapasów.

 
Rozdział 3
NIEZNAJOMI
 
 
9 WRZEŚNIA

Wyludniona wieś wzbudzała niepokój. Para wiedziała, że jeszcze kilka dni wcześniej puste obecnie domostwa i sklepy były pełne niezbędnych drobiazgów pierwszej potrzeby. Ta nagła zmiana mówiła tylko jedno – ktoś tu był.

– Jak myślisz, dalej są w wiosce? Czy może już ją opuścili?

– Rozejrzyjmy się i się przekonamy – odparł spokojnie, lecz stanowczo. – Jak na razie... – przyjrzał się śladom kół ciężarówki odbitym w błocie – wszystko wskazuje na to, że wywieźli część zapasów.

– Jak to część? A co z resztą? – spytała zdziwiona.

– Towaru było zbyt dużo, aby byli w stanie upchać wszystko na jeden raz... dlatego resztę musieli gdzieś ukryć... Rozglądaj się dokładnie i zachowaj czujność. Nie wiemy w końcu, czy nie przylazły tu trupy zwabione rykiem silnika naszych... nieznajomych.

– Uważaj! – krzyknął, rzucając się w jej stronę i w ostatniej chwili wbił nóż w oko umarlaka, który omal nie ugryzł Mai w szyję.

Potwór zsunął się po jej plecach, opadając najpierw na kolana, potem runął twarzą wprost w kałużę błota.

– O mały włos. – Przyjrzał się czarnej czuprynie bezwładnego ciała, a następnie skierował wzrok w stronę szyi dziewczyny. – Całe szczęście, ja pierdolę... Ale się wystraszyłem. – Spojrzał na jej twarz, była biała niczym śnieg, a w jej oczach widniało śmiertelne przerażenie. – No już, wszystko w porządku. Nic ci nie jest, nie musisz... się bać.

Wzrok dziewczyny wciąż tkwił w tym samym punkcie. Chłopak zaklął pod nosem, potem spojrzał tam, gdzie ona. Na szczycie pagórka, przez który biegła główna droga, majaczyła czarna postać. Jej żółte ślepia odbijały blask powoli zachodzącego słońca. Nie była osamotniona, z każdym jej krokiem pojawiało się coraz więcej potworów. Ich sylwetki były oświetlane przez ostatnie promienie słońca. Gdy czarny ich dostrzegł, wydał z siebie przeraźliwy ryk – odgłos tak nieludzki, że puls od niego rósł gwałtownie, a włosy jeżyły się na głowie. Po sygnale dowódcy grupa pięciu nieumarłych rzuciła się na parę niczym wygłodniałe ogary puszczone w pogoń za dziką zwierzyną. Maja z Filipem podjęli się desperackiej ucieczki. Serca podchodziły im do gardeł. Biegli, ile sił w nogach. Nagle chłopak zauważył czarną sylwetkę barczystego mężczyzny na dachu jednego z domów.

A może to były zwykłe przywidzenia? Już widzieli swojego szarego pickupa, już był tuż tuż. Przegniłe ogary prawie ich dopadły, jednemu udało się nawet chwycić chłopaka za lewy nadgarstek. Jego twarz zbielała z przerażenia, jednak szybko zareagował i wyprowadził mocny prawy sierpowy, wybijając nieumarłemu kilka zębów. Wsiedli pośpiesznie do auta. Byli otoczeni. Zombie uderzali w karoserię. Jak na złość silnik nie chciał zapalić. W pewnym momencie ustał huk obijanej blachy. Truposze otoczyły pojazd, stając dwa metry od niego. Chłopak ciągle próbował odpalić silnik, gdy nagle poczuł na sobie przeszywające spojrzenie. Popatrzył w stronę czarnej postaci o popielatej twarzy. Jej wzrok przypominał mu spojrzenie wygłodniałego psa. Szczęka umarlaka trzymała się na resztkach mięśni i skóry. Stwór podniósł swą prawą rękę w geście salutu.

Nagle jakby znikąd rozległ się donośny odgłos strzału. Potwór padł. Po chwili jego głowa tonęła w kałuży krwi i resztkach mózgu. Gromada umarlaków rozpierzchła się we wszystkie strony. Po kilku minutach wieś opustoszała, tylko gdzieniegdzie można było ujrzeć ciemne sylwetki znikające w pobliskim lesie.

Filip wysiadł z samochodu, podszedł do nieruchomego czarnego monstrum i dokładnie mu się przyjrzał. Gdy przejechał ostrożnie palcem wzdłuż tego, co zostało z jego policzka, zobaczył na opuszku czarny osad. Potwór był cały pokryty sadzą. Jego ciało nosiło ślady po oparzeniach. W niektórych miejscach ogień dotarł do mięśni, pozostawiając niedające się zagoić ubytki. Gdy tak mu się przyglądał, poczuł na sobie obcy wzrok. Odwrócił się w stronę swojego pickupa i ujrzał wysokiego, barczystego mężczyznę. Maja zamknęła się w samochodzie, skąd obserwowała rozwój wydarzeń.

Mężczyzna szedł powoli w jego kierunku. Teraz Filip mógł mu się lepiej przyjrzeć. Nieznajomy był wysoki, miał gęstą, dobrze przystrzyżoną, białą brodę, równie bujne siwe włosy i mądre spojrzenie. Wyglądał na pięćdziesiąt lat. Na plecach niósł zadbany karabin myśliwski. Miał na sobie strój w barwach moro i czarne wysokie buty. Kompletnie zignorował obecność chłopaka. Przyjrzał się dokładnie korpusowi osmolonego truposza, mamrocząc coś pod nosem, a następnie spojrzał na Filipa.

– Mieliście cholernie dużo szczęścia. Gdybym was nie znalazł, prawdopodobnie skończylibyście jako obiad dla tych tutaj.

– Nie jestem tego pewien – odpowiedział szybko chłopak. – Nasze auto jest dość dobrze zabezpieczone. Sam o to zadbałem...

Miał rację. W każdej szybie zamontował prowizoryczne kraty. Jedynym miejscem, w którym zostawił większy prześwit, było siedzenie kierowcy. Mężczyzna przyglądał się z zaciekawieniem tej tymczasowej ochronie. Uśmiechnął się życzliwie, chociaż chłopak próbował doszukać się w jego twarzy lekkiej pogardy dla swoich rzemieślniczych umiejętności. Nie znalazł jej.

– Całkiem ciekawe rozwiązanie – przyznał po chwili milczenia siwy nieznajomy. – Naprawdę. Auto na miarę naszych czasów... Jak długo je modyfikowałeś?

– Cóż, to bez znaczenia – odpowiedział od niechcenia Filip. – To ty opróżniłeś tę wieś?

– Przechodzisz od razu do rzeczy, co nie? – Uśmiechnął się delikatnie. – Nie, to nie ja.

– Wiesz może kto?

– Lepiej sobie odpuść – powiedział stanowczo, ale spokojnie. – Ci, którzy zabrali stąd zapasy mieli wojskowy sprzęt.

– Wojsko? Tutaj? Przecież to niemożliwe...

– Wiem, dlaczego tak uważasz. Dlatego to mogą być dezerterzy lub, co bardziej prawdopodobne, cywile, którzy dorwali się do jakiegoś porzuconego konwoju. Tak czy inaczej, nie warto ryzykować.

Filip popatrzył na niego podejrzliwie. Mężczyzna zaczął powoli oddalać się w stronę domu stojącego na końcu wsi.

– Dlaczego nam pomogłeś? – spytał z lekkim wyrzutem w głosie.

Nieznajomy odwrócił się i skierował na niego swój bystry wzrok. Przystanął na chwilę w zamyśleniu, po czym odszedł, zostawiając za sobą podróżnych. Chłopak zacisnął dłoń w pięść, chciał krzyknąć, ale się powstrzymał. Spuścił głowę i poszedł do samochodu. Gdy otwierał drzwi, usłyszał za sobą głos mężczyzny:

– Jeżeli szukacie zapasów... to możecie spróbować w sąsiedniej wsi. W tamtejszej przychodni wojsko próbowało zorganizować bastion dla uchodźców.

– Dlaczego nam to mówisz?

– Bo wyglądacie na dobrych ludzi, a o takich jest coraz trudniej – odparł i uśmiechnął się życzliwie. – Uważajcie na siebie – dodał na odchodne, pomachał w ich stronę, po czym odszedł.

Chłopak wsiadł do samochodu, zamknął za sobą drzwi i odpalił silnik, tym razem bez problemów.

– Mieliśmy szczęście, że go spotkaliśmy. Jak myślisz? Ten posterunek w przychodni to prawda? – zapytała wciąż z lekka zszokowana Maja.

– Nie będziemy tego wiedzieć, póki nie sprawdzimy. – Chłopak uśmiechnął się delikatnie.

– Filip.

– Co?

– Wierzysz mu?

– Nie, ale nic innego nam nie pozostaje – odparł cicho.

Zapięli pasy i ruszyli w stronę sąsiedniej wsi. Podróż minęła im w milczeniu. Noc, rozświetloną gwiazdami, spędzili w aucie na obrzeżach wsi, w której rzekomo miał się znajdować porzucony wojskowy posterunek.

 
Rozdział 4
PRZYCHODNIA
 
 
10, 11 WRZEŚNIA

Wyruszyli o świcie, na piechotę. Poranek był mglisty, pojedyncze snopy światła z trudem przeciskały się przez gęsto zachmurzone niebo. Poszukiwana przychodnia znajdowała się na południowo-wschodnim krańcu wioski. Do posterunku prowadziła pojedyncza, asfaltowa droga. Po jej obydwu stronach widniały zrujnowane domy jednorodzinne. Ich widok przerażał. W przydomowych ogródkach można było ujrzeć zniszczone i zapomniane place zabaw, porozrzucane stare zabawki oraz rozerwane maskotki. Był to pospolity widok, a mimo to zawsze człowieka przeszywała obawa, że nie jest jedyną istotą, która potrafi biegać na dwóch nogach.

Filip chwycił mocno nadgarstek swojej ukochanej. Ten nagły gest tak ją zaskoczył, że omal nie krzyknęła, jednak chłopak zdążył zakryć jej usta swoją dłonią. Ich ciała ogarnęło przerażenie, obydwoje to widzieli. Jakaś mała istota przebiegła kilka metrów przed nimi. Nie widzieli jej dokładnie. Chłopak poluzował uścisk, po czym pociągnął dziewczynę w kierunku znajdującej się na końcu ulicy przychodni. Pędzili ile tchu, a tajemnicza postać dotrzymywała im kroku, wciąż jednak utrzymując pewien dystans. Szybko wbiegli do przychodni, barykadując za sobą wejście przy pomocy kilku znalezionych wewnątrz desek. Gdy skończyli, Filip wyjrzał na zewnątrz przez małą dziurę w drzwiach. Mgła trochę opadła, a chmury się przerzedziły, dlatego mógł się małej lepiej przyjrzeć. Tuż przed nim, w odległości około dziesięciu metrów od wejścia, stała niska, drobna istota, przypominająca pięcioletnią dziewczynkę. Nie ruszała się, ale on wiedział, że go obserwuje. Dziecko miało na sobie niegdyś białą sukienkę i czarne niczym noc, długie, przemoczone włosy opadające na twarz. Spod nich przyglądały mu się małe, złowieszcze oczka. Na ustach dziewczynki malował się szyderczy uśmieszek. W lewej ręce trzymała pluszowego, bezgłowego misia z jedną łapą i wystającą z brzucha watą. Dziecko odeszło w stronę jednego z pobliskich domów. W jego oknach Filip dostrzegł dziesiątki rozżarzonych, nieludzkich ślepi. Byli bezpieczni, na razie.

Po chwili odpoczynku postanowili się rozejrzeć. Przedsionek prowadził do wielkiej sali, która wcześniej pełniła funkcję poczekalni. Teraz jednak, hala była pełna śmieci i wywróconych szpitalnych łóżek. Wszędzie walały się stare gazety i kartony. Wszystkie okna były zabezpieczone przy pomocy krat lub desek. Po lewej stronie hali znajdowała się recepcja, cała zawalona papierami z dokumentacji medycznej. Na ścianie wisiała tablica ogłoszeniowa, na której umieszczono listy i zdjęcia zaginionych ludzi. Część z nich była zniszczona. Za recepcją znajdowały się sale chorych. Połowa została zaadaptowana na magazyny pełne skrzyń – niektóre były otwarte, inne posiadały wojskowe oznaczenia. Parze udało się znaleźć łom w pobliżu zabarykadowanych drzwi prowadzących do dalszej części przychodni. Okna były pokryte krwawymi odciskami dłoni, a zza przejścia czasami dochodziły jęki, krzyki oraz pojedyncze, głuche uderzenia w zastawione wejście.

Wędrowcy zajęli się otwieraniem skrzyń. Zapasów nie było wiele, a część żywności pokrywała pleśń. Mimo to przychodnia była pełna cennego towaru. Najbardziej zaskakującym znaleziskiem było jednak uzbrojenie, wszelakiej maści, od pistoletów, poprzez broń automatyczną, na karabinach snajperskich kończąc. Na ustach chłopaka pojawił się szeroki uśmiech. Szczęście nam sprzyja, pomyślał. Nie mogli zabrać wszystkiego, dlatego postanowili ograniczyć się do czterech pistoletów z tłumikami, dwóch shotgunów, dwóch karabinów maszynowych i jednej snajperki. Do kompletu dorzucili kilka granatów. Jedną torbę przeznaczyli w całości na amunicję do zdobycznej broni. Do pozostałych zapakowali żywność i artykuły medyczne.

Gdy zabrali już wszystkie przydatne przedmioty, postanowili wrócić do auta pozostawionego około dwóch kilometrów od przychodni, na skraju wioski. Zanim wyszli, chłopak wyjrzał na ulicę. Budynek był otoczony przez armię nieumarłych, a na ich czele stała czarnowłosa dziewczynka z bezgłowym misiem. Na jej ustach wciąż widniał makabryczny uśmiech. Serce podeszło mu do gardła. Oparł się plecami o drzwi, po czym osunął się po nich bezsilny. Byli odcięci. Załamany spojrzał do góry przerażonym wzrokiem. Na suficie widniał napis wymalowany krwią: JEŻELI SPOTKACIE CZARNOWŁOSEGO DEMONA, UCIEKAJCIE!!! Filip zaklął soczyście, przytulił Maję i zaczął ją głaskać po głowie. Muszę ją stąd wydostać, pomyślał. Za wszelką cenę, bez względu na wszystko. Chłopak tonął w myślach, a zza drzwi dobiegał przerażający skowyt umarłych.

 

W jednym z magazynów znajdował się martwy żołnierz w pełnym umundurowaniu. Zwłoki siedziały oparte o drzwi ewakuacyjne. Ubrany szkielet trzymał w prawej ręce pusty rewolwer. Nad nim widniała ogromna plama zaschniętej krwi, a w jego głowie świeciła pustką wielka dziura. W kieszeni denata Filip znalazł zakrwawiony notes. Ostatni wpis pochodził sprzed dwóch miesięcy.

5.07.2025

To już koniec... Wszyscy zginęli... Zostałem sam, jestem zarażony... Nie ma dla mnie ratunku... Wiem, że zginę, ale nie pozwolę na to, aby moje truchło kogoś skrzywdziło. Wiem, co muszę zrobić. Moja najdroższa Kasiu... Przepraszam, nie będę w stanie do Was wrócić... Proszę, zaopiekuj się naszym synkiem. Niech uda się Wam przeżyć. Dziwne, zdaje mi się, że słyszę znajomy odgłos silnika...

Między stronami umieszczono zdjęcie. Przedstawiało ono młodego mężczyznę, w wieku około dwudziestu pięciu lat, w towarzystwie pięknej, młodej blondynki trzymającej w ramionach malutkiego chłopca o niebieskich oczach i czarnych włosach. Syn ewidentnie podobny był do ojca, jednak oczy miał po matce. Mężczyzna był dobrze zbudowany i nijak nie przypominał wysuszonego nieboszczyka, z którego pozostała wyłącznie skóra i kości. Szkielet spoglądał pustymi ślepiami w podłogę, a jego szczęka zwisała bezwładnie, częściowo uszkodzona przez nabój rewolweru.

Chłopak przejrzał wcześniejsze strony w poszukiwaniu czegokolwiek, co mogłoby mu pomóc wydostać się z obiektu.

1.06.2023

Dostałem kategorię A i przeszedłem wszystkie testy. Teraz czeka mnie ciężki rok, ale potem będzie już z górki... mam przynajmniej taką nadzieję.

Filip przewertował całą historię zawartą w dzienniku. Zatrzymał się na wpisie z początku maja, z czasów wybuchu epidemii.

8.05.2025

To jest, kurwa, jakiś dramat. Mam żonę i dziecko... Spędziłem ostatni rok na robieniu kariery, aby móc utrzymać swoją rodzinę i co słyszę? Jebani Rosjanie użyli nowej broni biologicznej! Spokojnie... Bez paniki. Może nie jest tak niebezpieczna jak mówią? W końcu media zawsze szukają sensacji. Może tak tylko przesadzają?

7.06.2025

To są jakieś pierdolone żarty? Że niby zombie? Ktoś chyba robi sobie z nas żarty, takie coś nie może być możliwe.

19.06.2025

Zostałem skierowany na specjalne szkolenie. Jeżeli będzie miało coś wspólnego z radzeniem sobie w przypadku zombie, to pęknę ze śmiechu. Ha, ha!

25.06.2025

To jednak nie są żarty. Wirus wydostał się z Ukrainy, kładąc na kolana wszystkie rządy w promieniującym tempie. Moja rodzina jest bezpieczna, dostali przydział w jednej z wojskowych baz. Niedługo ich zobaczę. Na razie muszę wykonać powierzone nam zadanie. Musimy stworzyć bezpieczny przyczółek dla ocalałych w jakiejś wsi. Z tego, co mi wiadomo, najbliższa baza wojskowa znajduje się około stu kilometrów od naszego miejsca docelowego.

26.06.2025

Dotarliśmy na miejsce. Po wstępnym rozpoznaniu postanowiliśmy rozlokować nasze siły w przychodni. Wszyscy ludzie są przerażeni. Są wśród nas kobiety, dzieci i osoby starsze. Według wstępnych ustaleń mamy tu czekać na transport z pobliskiej bazy wojskowej, jesteśmy z nią w stałym kontakcie. Zapasy są zadowalające, transport ma do nas dotrzeć w ciągu dwóch tygodni. Podobno nie jesteśmy jedynym oddziałem w okolicy. Przez wzgląd na szerzącą się zarazę, ewakuacja musi trochę potrwać.

PS Mam nadzieję, że nic Wam się nie stanie.

27.06.2025

Co tu się odpierdala? Dziś wieczorem, przed dwiema godzinami, umarła jedna ze starszych kobiet. Tak przynajmniej nam się zdawało... Ale to coś... ożyło i zaatakowało obecną w pokoju pielęgniarkę. Została ugryziona. Po zaraportowaniu incydentu zostaliśmy poinstruowani, aby odizolować ranną. Nie rozumiem, dlaczego?

28.06.2025

Przed godziną doszło do kolejnego incydentu. Około jedenastej w nocy usłyszeliśmy przeraźliwy krzyk małej dziewczynki. Gdy dobiegliśmy na miejsce, okazało się, że ktoś otworzył drzwi prowadzące do pomieszczenia, w którym znajdowała się zakażona. Ta natychmiast rzuciła się na małą dziewczynkę. Zabiliśmy ją. Gdy chciałem pomóc dziecku, tak się wystraszyło, że uciekło przez otwarte okno wprost na ulicę. Chciałem za nią pobiec, lecz chorąży mnie powstrzymał. Kazał mnie przytrzymać, po czym zaryglował okno. W pokoju denatki znaleźliśmy ciało mężczyzny z rozerwaną tchawicą. Był cały pogryziony. Miał około trzydziestu lat.

29.06.2025

Próbując się czegoś dowiedzieć od miejscowych, usłyszeliśmy, że znaleziony zeszłej nocy mężczyzna był mężem pielęgniarki, a dziewczynka jej córką. Podobno wciąż pytała się o mamę... Wszyscy są na terenie posterunku. Nie wszyscy mieszkańcy chcą naszej pomocy, dlatego niektórzy postanowili zabarykadować się we własnych domach. Nie rozumieją, że chcemy im pomóc?

PS Znaleźliśmy winnego. Jedna z kobiet okazała się bliską przyjaciółką rodziny i to ona pomogła dostać się niepostrzeżenie do zainfekowanej.

30.06.2025

Nie jest dobrze. Z niewiadomych przyczyn straciliśmy kontakt z bazą. Próbujemy ustalić, co się stało. Miejmy nadzieję, że to chwilowa awaria. Jeden z naszych podopiecznych został zaatakowany. Mamy kolejne zakażenie. Postanowiliśmy go odizolować w jednej z pustych sal na terenie ośrodka. Chorąży zabronił wszystkim wychodzić, a nam nakazał zwiększyć czujność.

1.07.2025

Od dziś, jeżeli ktoś potrzebuje wyjść, może skorzystać z wyjścia na dach.

Wysiadł prąd, baza nadal nie odpowiada. Jedziemy na kilku zapasowych generatorach.

Podopiecznych ulokowaliśmy w prawym skrzydle przychodni. Nam przypadło spać w magazynach.

2.07.2025

Chorąży postanowił wysłać jednego z nas do bazy. Marcin zgłosił się na ochotnika. Idiota. Te stwory dopadły go, zanim zdołał dobiec do auta. Wszystkie miały te diabelskie, żółte oczy. Gdy z nim skończyły, pozostał tylko zakrwawiony szkielet...

Jesteśmy odcięci. KURWA!

3.07.2025

Przed przychodnią pojawiła się jakaś postać. Chyba ją już kiedyś widziałem... Nie? A może? Nie, to nie może być ta dziewczynka, prawda?!

4.07.2025

Nie wiem, kurwa, jak, ale zaraza dostała się do środka. Odcięliśmy wschodnie skrzydło. Ale jakim kosztem? Wszyscy nie żyją, a ja jestem zainfekowany. Nikt nie przetrwał, dwóch moich towarzyszy rozszarpały na moich oczach... Chciałem im pomóc, ale chorąży mnie powstrzymał. Odrzucił od drzwi, zaryglował je, po czym nakazał mi pomagać wznosić barykadę. Posłuchałem, nie byłem w stanie się sprzeciwić, nie w chwili, w której przeszył mnie lodowaty, władczy wyraz jego błękitnych oczu. Zostałem ugryziony.

Powiedziałem to chorążemu i przekazałem mu list do mojej najdroższej. Odszedł na dach. Zostałem sam. Nie wiem, ile mam czasu. Jest dziesiąta w nocy. Muszę to przemyśleć. Może znajdę w sobie resztkę sił na ostatni wpis?

Zapisek z piątego lipca był ostatni, reszta stron została przez kogoś wyrwana.

A więc dach. Ale co potem? Chłopak skierował wzrok w stronę sufitu. Musiał to dobrze przemyśleć. Zielone drzwi ewakuacyjne prowadzące na dach były otwarte. Na zewnątrz stacjonujący tu niegdyś oddział urządził prowizoryczny punkt obserwacyjny. Na płaskim dachu umieszczono kilka krzeseł i stolików. Gdzieniegdzie leżały pozostawione lornetki, jednak to nie one wzbudziły największe zainteresowanie chłopaka. Na jednym ze stolików znajdowało się kilka pożółkłych kartek zapakowanych w ochronną folię, a na nich leżał pistolet. Strony wyglądały tak, jakby ktoś na siłę wydarł je z dziennika. Filip rozsiadł się wygodnie na jednym z krzeseł, po czym zabrał się do lektury ostatniego wpisu chorążego Grzegorza Lewandowskiego.

5.07.2025

Bastion został stracony, mój oddział przestał istnieć. Na dole pozostał już tylko kapral Kowalski. Szkoda go, miał do kogo wracać. Przekazał mi list, dostarczę go, jeżeli tylko uda mi się ich odnaleźć. Zaraz, przecież pod szpitalem znajdowało się wojskowe laboratorium... Jeśli istnieje jakieś wyjście z tej gównianej przychodni, to prowadzi ono właśnie przez to laboratorium. Jeżeli dobrze zapamiętałem plany, wejście znajduje się pod klapą w podłodze w ostatnim pokoju po lewej stronie... Zostawiam tę notatkę jako pomoc dla każdego, kto znajdzie się w tym betonowym więzieniu.

Na twarzy chłopaka ponownie zagościła nadzieja. Już kierował się w stronę schodów, gdy nagle wpadła na niego Maja, przewracając go na twardy beton.

– Filip! Nie uwierzysz, jesteśmy uratowani! Przybył nam na pomoc!

– Co? Kto taki? – zapytał zdezorientowany.

W przejściu stanął dobrze zbudowany, niebieskooki mężczyzna o bystrych, znajomych oczach.

– Znowu ty? Jesteś naszym aniołem stróżem czy jak? – spytał chłopak.

– Powiedzmy. – Pytanie rozbawiło mężczyznę. – Może uznamy po prostu, że macie szczęście?

Przybysz zszedł pomału po schodach, a para podniosła się z ziemi, otrzepała z kurzu, po czym poszła w jego ślady.

– Jak się nazywasz? – wycedził Filip.

– A co ci do tego? – Nieznajomy popatrzył na niego podejrzliwie.

– Jeżeli mogę – ciągnął chłopak – to chciałbym przynajmniej wiedzieć, jak mogę się do ciebie zwracać.

Mężczyzna przystanął na chwilę, rozejrzał się po rozjaśnionej słońcem sali, a następnie odwrócił się w stronę chłopaka i spojrzał mu prosto w oczy.

– Jestem... – zaczął po chwili milczenia. – Możesz mi mówić „panie chorąży”.

Filipowi błysnęły oczy.

– A może... – dodał po chwili namysłu – panie Grzegorzu?

Mężczyzna spojrzał na niego wściekle. Filip był pewien, że gdyby tylko potrafił, zabiłby go wzrokiem. Siwowłosy opanował się szybko.

– Rozumiem, że znalazłeś moją notatkę?

Chłopak przytaknął.

– Więc wiesz, czego szukamy – dodał beznamiętnie.

– To nie wszedł pan do środka przez to laboratorium? – Na twarzy Filipa malowało się zdziwienie. – Jak więc udało się panu tu dotrzeć bez szwanku?

– Powiedzmy, że mam swoje sposoby, a tego, że wszedłem tu inaczej, niż opisaną w notatce drogą, nie powiedziałem.

Chorąży usiadł na jednej ze skrzyń, zawiązał prowizoryczną opaskę nad ramieniem, po czym zaaplikował sobie całą zawartość wyciągniętej z torby strzykawki. Chłopak patrzył na niego nerwowo. Mężczyzna to zauważył i od razu zaczął go zapewniać:

– To nic takiego. Mam dość poważną cukrzycę, dlatego muszę regularnie robić sobie zastrzyki.

Filip uspokoił się trochę, choć na twarzy pozostał mu grymas. Nie mieli jednak czasu na zbędne rozmyślania. Maja właśnie wróciła z toalety i w końcu mogli wyruszyć. Nieumarli coraz dosadniej próbowali przebić się przez ustawione barykady. Para i chorąży zabrali tyle zapasów i broni, ile zdołali unieść. Chłopaka zaniepokoił widok detonatora, który wystawał z torby wojskowego. Schody były kręte. Trasę oświetlali sobie przy pomocy zdobycznych latarek. Droga była długa. Zdawałoby się, że zejście prowadzi do samego piekła. Stwierdzenie to nie odbiegało daleko od prawdy. Przejście ochraniały masywne żelazne drzwi otwierane przy pomocy kodu.

 
Rozdział 5
LABORATORIUM
 
 

Chorąży wpisał czterocyfrowy kod, po czym w pomieszczeniu rozległ się zgrzyt zwalnianych zabezpieczeń. Następnie hałas ustał, a metalowe drzwi nieznacznie się uchyliły. Chorąży pchnął je ostrożnie i wrota wydały z siebie potworny pisk. Nic się jednak nie stało. Znad zamkniętej klapy zaczął dochodzić odgłos łamanego drewna, tłuczonego szkła oraz rzucanych metalowych przedmiotów.

– Są już w środku – stwierdził ponuro mężczyzna.

– Jak to możliwe? Jeżeli mogli tu wejść z taką łatwością, dlaczego tyle zwlekali? – spytał wściekle chłopak.

– Nie jestem pewien... ale nie wykluczam, że chodzi im o mnie.

– Co? Kim pan do cholery jest? I w jaką kabałę nas wpakował?

Chorąży spojrzał na nich, nic jednak nie powiedział, zamiast tego podążył dalej przez rozświetlony korytarz. Para zamknęła za sobą metalowe wrota, szła w milczeniu. Filip objął Maję w talii. Korytarz był biały, w całości pokryty płytkami. Na wysokości około metra od podłogi znajdowały się pancerne okna pokryte zakrzepłą krwią. Mimo iż po drugiej stronie szyby nic nie było widać, mogliby przysiąc, że są obserwowani przez liczne pary skrzących się, jasnożółtych ślepi. Wojskowy kierował się powoli ku kolejnym stalowym drzwiom znajdującym się na końcu korytarza, nad którymi nieregularnie migotał zielony znak wskazujący drogę ewakuacyjną. Sięgnął do klamki, jednak zawahał się i spojrzał na swoich towarzyszy. Otworzył usta, chcąc coś powiedzieć.

– Zanim tu wejdziemy musicie coś wiedzieć... – W jego głosie dźwięczał strach.

– Zamieniamy się w słuch.

– Usiądźmy, to będzie długa historia.

– Lubię takie. – Filip uśmiechnął się życzliwie.

– Jak doskonale wiecie, wszystko zaczęło się w maju. W chwili, w której Rosjanie po raz pierwszy użyli wirusa. Wiecie również, że zarazę udało się na pewien czas zatrzymać. Jednak nie mogliście wiedzieć, że celem niektórych rządów nie było tylko i wyłącznie stworzenie antywirusa. Byli tacy, którzy eksperymentowali z bronią Rosjan, z przeróżnym skutkiem. Eksperymentom pomagał zapewne fakt, iż stworzony wirus był niebywale podatny na wszelkie mutacje, co dodatkowo utrudniało prace nad lekiem. – Mężczyzna zatrzymał się na moment. – Na czym to ja...? A, tak. Rząd po otrzymaniu swojej próbki postanowił stworzyć ulepszoną wersję tego, co zastosowano w Kijowie. – Chorąży spojrzał w sufit, a następnie na słuchającą go w pełnym skupieniu parę. – Moją rolą była ochrona obiektu, do którego za chwilę wejdziemy, a w razie jakichkolwiek kłopotów miałem to wszystko wysadzić w cholerę. Nie udało mi się tego zrobić za pierwszym razem, dlatego wróciłem tu, by dokończyć to, co zacząłem.

Chłopak przełknął ślinę.

– Możemy wiedzieć, nad czym dokładnie tu pracowaliście? – spytał.

Mężczyzna uśmiechnął się gorzko.

– Cóż, pewnie i tak już wiesz. Nie mylę się, prawda?

– To ta dziewczynka...

– A raczej to, co zmieniło ją w to coś.

– Jak? – zapytał zniecierpliwiony Filip.

– Nie wiem, nie jestem specjalistą, nie wiem, jak to działa.

– Nie o to pytałem!

– Czyżby?

– Jak doszło do tego, że ta dziewczynka się zaraziła!?

Mężczyzna milczał przez dłuższą chwilę. Następnie kontynuował:

– Gdy wszystko zaczęło się sypać, naukowcy, nie, szaleńcy, chcieli przetestować wirus na ludziach.

– Rozumiem, że pierwszym obiektem była ta staruszka?

– Owszem, ona była pierwszym obiektem badań, reszta to zwykłe zrządzenie losu. Nie wiedziałem, że została ugryziona. A wiedziałem, że jeżeli ktoś z góry się o tym dowie, to w najlepszym wypadku rozkażą mi ją zabić.

– To chore...

– Tak działa świat, chłopcze. Ci, którzy mają władzę, pieniądze i wpływy, mogą sobie pozwolić na bardzo wiele.

– Czym stała się ta dziewczynka?

– Demonem, który wybił całą wieś.

– Jakim sposobem? – dopytywał Filip.

– Cóż... – Chorąży się przeciągnął. – Umarli, a może raczej nieumarli, dzielą się na dwa typy. Tych, którzy zostali zainfekowani przez podstawową wersję wirusa, a także na mutanty, demony, jak zwał, tak zwał. Te drugie powstały w tajnych laboratoriach prowadzonych przez rządy na całym świecie.

– Nie o to pytałem – wtrącił zniecierpliwiony chłopak.

– Ale jest to bardzo istotne. Pozwól mi dojść do meritum na moich zasadach, dobrze?

Filip zamilkł.

– Wracając do tematu, każdy mutant z powodu swojej unikatowości, jest automatycznie uznawany za lidera wśród zombie podstawowego typu. Co z kolei prowadzi do powstania swoistej hierarchii wśród konkretnych hord.

– Czym jeszcze wyróżniają się mutanty?

– Przestań mi przerywać, chłopcze. – Mężczyzna, niewzruszony, kontynuował swój wykład. – Poza unikatową wersją wirusa każdy mutant charakteryzuje się wyjątkową umiejętnością oraz inteligencją dorównującą przeciętnemu człowiekowi. Z tego, co mi wiadomo, mutanty nie są w stanie przekazać swojego genomu jeden do jednego zarażonym przez siebie ludziom. Każdy człowiek reaguje inaczej.

– A jaką umiejętność posiada ta czarnowłosa dziewczynka? – wtrącił się chłopak.

– Na pewno chcesz to wiedzieć?

– Muszę wiedzieć, jak z tym walczyć. W końcu udałoby nam się ją zabić. Umarli rozpierzchliby się we wszystkie strony. – W oczach Filipa pojawił się błysk.

– A wiesz, dlaczego horda rozpada się po zabiciu lidera?

– Nie.

– Z tego, co zdążyli mi przekazać pracujący tu niegdyś naukowcy, wynika, że każdy mutant produkuje coś na kształt zarodników, przy pomocy których jest w stanie powiększać oraz kontrolować swoją hordę. Jednocześnie w przypadku śmierci króla zarodniki wysyłają ostatni sygnał nakazujący ucieczkę, po czym umierają.

– Dlaczego?

– Nie jestem pewien, ale niewykluczone, że ma to związek z pierwotnym instynktem przetrwania.

– Jak ją zabić?

– Jesteś bardzo bezpośredni, chłopcze. Musisz wiedzieć, że zwykłe kule nie wystarczą.

– Jak to? – drążył Filip.

– Po prostu przelecą.

– Przelecą?

– Pozwól, że coś jeszcze wam opowiem.

– Zamieniamy się w słuch.

– Był początek czerwca. Dowodziłem specjalną jednostką, której celem była ochrona placówki oraz tuszowanie incydentów związanych z jej działalnością. Przynajmniej takie mieliśmy założenia. Gdy przybyliśmy do ośrodka, wszystko wydawało się być w porządku. Do czasu... Już po dwóch tygodniach pojawiły się problemy. Najpierw zaczęli znikać podrzędni pracownicy, następnie stażyści, a na koniec zarówno moi ludzie, jak i niektórzy naukowcy. Nie potrafiliśmy ustalić, co się dzieje, a co dziwniejsze, na terenie laboratorium pojawiły się muchy. Nie wiedzieliśmy dlaczego, w końcu nie miały jak dostać się na teren obiektu. Zignorowanie tego dziwnego zjawiska było potwornym błędem. W każdym razie, skontaktowałem się z dowództwem w kwestii tajemniczych zaginięć. Kiedy opowiedziałem o wszystkim, rozkazali przygotować placówkę do ewentualnego wysadzenia. Nie wspomniałem im jednak o wszędobylskich muchach. Gdy skończyliśmy rozkładać ładunki, dokonaliśmy przerażającego odkrycia. Jeden z moich ludzi znalazł zaginionych, a raczej to, co z nich zostało... Podczas jednego z rutynowych obchodów poczuł okropny smród dobiegający z nieużywanego składziku. Z chwilą otwarcia drzwi z pomieszczenia wydostał się odór rozkładanych zwłok. Smród był tak paskudny, że chłopak zwrócił niedawno zjedzoną kolację... Jednak to, co ujrzał w środku, było dużo gorsze. Gdy oświetlił pomieszczenie przy pomocy podręcznej latarki, zobaczył czarną masę przypominającą kształtem człowieka. Cofnął się o krok, powiadomił mnie o swoim znalezisku przez krótkofalówkę, po czym zbliżył się do ciemnej postaci. Kiedy chciał jej dotknąć, poczuł nagle, jak tysiące maleńkich istot wylatują z pomieszczenia. Upadł, upuszczając przy tym trzymaną w ręku latarkę. W tej właśnie chwili dobiegliśmy na miejsce. Gdy pomogliśmy mu wstać, nasz wzrok przykuło światło latarki. A konkretniej rzecz biorąc to, co oświetlała... Na końcu pomieszczenia leżało oparte o ścianę ciało – to, co z niego zostało. W niektórych miejscach wciąż pozostały na nim kawałki mięśni. Przy szkielecie znaleźliśmy nieśmiertelnik... Łącznie trupów było około dziesięciu, w różnym stanie, niektóre wciąż miały na sobie fragmenty skóry, z innych pozostały same kości. Bez zastanowienia skierowałem się w stronę gabinetu głównego lekarza. Jeżeli ktoś miał mi wytłumaczyć, co tu się odpierdala, to doktor Jan Nowak był właśnie tą osobą. Był on wysokim, młodym, przystojnym mężczyzną o czarnych, bujnych włosach, piwnych oczach i dobrze zarysowanej szczęce. Jeśli dobrze pamiętam, uchodził za jeden z czołowych autorytetów w dziedzinie wirusologii i genetyki. Był – trzeba mu to przyznać – wybitny. Pomimo młodego wieku miał niebywałe osiągnięcia w swoich specjalizacjach. Gdy pierwszy raz go spotkałem, zrobił na mnie wrażenie człowieka inteligentnego i oczytanego. Do czasu. Im lepiej go poznawałem, tym większą czułem wobec niego pogardę. Być może i był wybitny w swojej dziedzinie, ale to nie upoważniało go w żaden sposób do traktowania swoich podwładnych jak nic niewarte śmieci. A trzeba wam wiedzieć, że dawno nie spotkałem kogoś tak zapatrzonego w siebie, podłego i chamskiego jak doktor Nowak. Jak sami się pewnie domyślacie, nie darzyłem go sympatią, a w chwili, w której eksperymenty doktorka zabiły mojego człowieka, wpadłem w szał. Nie wiem, co we mnie wstąpiło, ale gdy tylko go zobaczyłem, miałem ochotę go zabić... Chwyciłem go za kołnierz, przygniotłem do szafki, w której trzymał wszelakiej maści aparaturę chemiczną i wbiłem w niego swój zabójczy wzrok. Nie przejął się tym zbytnio. Patrzył na mnie opanowany, nic nie mówił. Po chwili go puściłem, a on ze spokojem poprawił swój fartuch. Więc ich znaleźliście... odezwał się do mnie. Kazałem mu natychmiast powiedzieć, co wie na ten temat. Popatrzył na mnie z wyższością i rzucił z pogardą, że i tak tego nie pojmę. To może spróbujesz mi to wytłumaczyć, doktorku... odparłem gorzko, próbując nad sobą zapanować. To, nad czym pracuję nie powinno cię interesować, to tajna informacja. A ty odpowiadasz jedynie za ochronę placówki i jej pracowników... odpowiedział. To, nad czym pracujesz krzyknąłem, ledwo powstrzymując się przed rozkwaszeniem mu tej pyszałkowatej gęby może nas wszystkich pozabijać! Zaśmiał się i odparł: To już nie moje zmartwienie, czyż nie? W końcu to ty jesteś od tego, by do czegoś takiego nie doszło... A teraz przepraszam, ale muszę wrócić do swojego eksperymentu, który tak brutalnie mi przerwałeś. Nie wytrzymałem i wyszedłem, zamykając za sobą drzwi z trzaskiem. Coś szklanego rozbiło się w gabinecie doktora. Nie mogłem zasnąć. Całą noc spędziłem na pisaniu raportu. Z samego rana zameldowałem o wszystkim dowództwu. Wezwano mnie do kwatery głównej. Zostałem zdegradowany z kapitana do rangi chorążego, po czym rozkazano mi powrót do przychodni i zorganizowanie tam z pomocą nowego oddziału strefy przerzutowej dla cywilów. Jednocześnie dostałem tajne zadanie polegające na zniszczeniu podziemnego laboratorium po całkowitej ewakuacji cywilów. Jednak jak sami widzicie, nie wszystko poszło zgodnie z planem.

– Może mi pan odpowiedzieć na jedno pytanie?

– Jakie?

– Dlaczego zwlekał pan z wysadzeniem tego wszystkiego aż dwa miesiące?

– Są ku temu dwa powody. – Były kapitan przeciągnął się ospale. – Po pierwsze, jak sam dobrze widzisz, świat, który znaliśmy, już nie istnieje... a wewnątrz posterunku pozostawiono masę przydatnego sprzętu.

– A drugi powód? – Oczy Filipa błysnęły.

– Drugim powodem jest to cholerstwo, które wymordowało cały garnizon, w tym moich ludzi.

– Jak zamierza pan tego dokonać?

– My zamierzamy.

– Co? Jacy my? Na nic się nie zgadzałem!

– Sam nie jestem w stanie tego zabić! – powiedział mężczyzna podniesionym tonem. – Teraz to ja potrzebuję waszej pomocy. – W jego głosie wybrzmiewał wstyd spowodowany wcześniejszym uniesieniem. Spojrzał na dziewczynę.

– Rozumiem, dlaczego nie chcesz mieszać się do moich spraw... Ale zrozum, musimy się tego pozbyć! – przekonywał.

– Skoro pan rozumie, dlaczego nie chcę tego robić, to...

– Pomożemy panu – wtrąciła Maja, nie pozwalając chłopakowi dokończyć.

– Maja! – powiedział z wyrzutem Filip.

Dziewczyna zmroziła go wzrokiem.

– Mamy wobec tego pana dług, który należy spłacić. Chyba się ze mną zgodzisz? – zapytała.

– Tak, ale...

– Nie musisz tak się o mnie martwić!

– Wiem, ale...

– Przestań już z tym ale!

Filip zamilkł, po chwili jednak wrócił do wcześniejszego tematu.

– Ciągle nie powiedział nam pan, jak to zabić.

Mężczyzna spojrzał na niego obojętnym wzrokiem.

– Ech, dobra, przejdźmy do meritum. Gdy wszystko poszło się jebać i zostałem sam w ośrodku pełnym zombie, postanowiłem zbadać teren opustoszałego laboratorium. Po pierwsze postanowiłem przeszukać notatki dotyczące eksperymentów doktorka, o ile takowe pozostały w placówce. Wszędobylskie śmieci oraz porozrzucane dokumenty wskazywały na to, iż placówkę opuszczono w pośpiechu. Skierowałem się w stronę jego gabinetu. Jako pierwsze przeszukałem biurko, udało mi się wyłamać zamek zamkniętej szuflady. Właśnie w niej znalazłem to.

Wyjął z podręcznej torby pomięty zeszyt.

– To – rzekł triumfalnie – jest dziennik doktorka. Gdy dokładnie go przejrzałem, dowiedziałem się o kilku bardzo interesujących szczegółach dotyczących naszego potwora.

– Coś mi tu nie gra – wtrącił się chłopak. – Jeżeli eksperyment był objęty tak ścisłym nadzorem, to jakim prawem tak ważne notatki zostały na miejscu?

– Cóż, to tylko moja teoria, ale założyłem, że doktor sporządził kopię wszystkich informacji zawartych w dzienniku i wywiózł je w bezpieczne miejsce. A zakładając, iż najprawdopodobniej wiedział o tym, że wszystko wyleci w powietrze, postanowił porzucić bezwartościowy notatnik.

– Ma to sens, ale wciąż coś mi się tu nie zgadza.

– A co takiego, jeśli mogę wiedzieć?

– Skąd ta pewność, że wszyscy zdołali stąd uciec? A nawet jeżeli komuś się udało, to skąd wiadomo, że jedną z tych osób był egoistyczny doktorek?

W korytarzu zapadła cisza, wszyscy pogrążyli się w rozmyślaniu.

– Gdy wróciłem do ośrodka – zaczął ponownie mężczyzna – wewnątrz spotkałem i pozbyłem się łącznie około trzydziestu truposzy, jednak pośród nich nie znalazłem nikogo, kto przypominałby tego typa. Posterunek liczył w chwili mojego odejścia trzydzieści sześć osób. W ten skład wchodziło pięciu żołnierzy, doktor Nowak jako nadzorca ośrodka, dziesięciu innych naukowców oraz dwudziestu pracowników niższego szczebla, sprzątaczy, mechaników, stażystów.

– Mam jedno zasadnicze pytanie.

– Słucham?

– Czy wśród mieszkańców zauważył pan kogoś znajomego?

– Skąd to pytanie?

– Mam pewną teorię, ale nie jestem pewny, jak bardzo może być prawdopodobna.

– Z chęcią jej wysłucham.

– Na początek, proszę mi powiedzieć, co by pan zrobił, gdyby żył pan swoją pracą – ciągnął chłopak – a świat zacząłby się walić? Jednocześnie wiedząc, iż pański projekt nie może rozwinąć pełnych skrzydeł z powodu nałożonych odgórnie nakazów? Takich jak, no nie wiem, zakaz eksperymentowania na ludziach?

– Chyba nie sugerujesz...

– Że doktorek schronił się wśród mieszkańców? Że specjalnie zaraził tamtą starszą kobietę i wiedział, że pielęgniarka, która miała się nią zająć, jest matką? Że jej dziecko będzie chciało się z nią spotkać? Że doktor dopadł być może zarażoną dziewczynkę i wstrzyknął jej swój „eksperyment”?

– Dość!

– Słucham?

– Powiedziałem dość! – Mężczyzna stał przed chłopakiem cały czerwony na twarzy.

– To tylko teoria – powiedział Filip spokojnym głosem, po czym wzruszył ramionami. – Jako jedyny miał pan okazję go poznać.

Siwowłosy spojrzał na niego wściekle.

– Poznałem go i wiem... że byłby do tego zdolny.

– Skoro tak – ciągnął chłopak – to rozumiem, że żołnierze, których zauważyłem w tłumie, byli...

– Tak – chorąży uciął chłodno.

– Może mi pan wreszcie powiedzieć, czym to zabić?

– Ogniem.

W pomieszczeniu zapadła cisza, przerwana po chwili zgrzytem otwieranych drzwi.

 
Rozdział 6
ZABIĆ POTWORA
 
 

Cała trójka zebrała się w gabinecie Nowaka. Ściany obszernego pomieszczenia były całkowicie pokryte półkami oraz gablotami. Znajdowały się w nich wszelakiej maści probówki, szalki oraz akcesoria przywodzące na myśl bardziej pracownię chemiczną niż miejsce przeprowadzania eksperymentów genetycznych.

– Dobra, pora ustalić strategię – powiedział stanowczo chorąży, rozkładając na biurku plan laboratorium.

– Znajdujemy się w tym miejscu. – Dawny kapitan wskazał na pomieszczenie zlokalizowane w centrum ośrodka. – Tu – mówił, pokazując punkt na krańcu planu – jest kotłownia. Musimy do niej zwabić mutanta, a następnie wysadzić piec. Temperatura powinna wystarczyć...

– Dlaczego – wtrącił Filip – nie możemy zwabić całego towarzystwa do środka, a następnie wysadzić to wszystko w cholerę?

– To druga część planu.

Chłopak popatrzył na niego pytająco.

– Muszę mieć pewność, że to cholerstwo zginie, a jedyną rzeczą, która może to zabić, jest ogień.

– Nie podoba mi się to... Na pewno nie ma innej metody? Nie mogę uwierzyć w to, że to coś da się zabić tylko na jeden sposób.

– Cóż, teoretycznie istnieje metoda, ale nie mamy tyle spreju na robale.

– Że co?

– Coś wam przeczytam.

Dziennik Dr. Jana Nowaka

10.06.2025

W końcu po wielu nieudanych próbach udało mi się ją stworzyć, moją boginię...

– Nie, to nie ten fragment – powiedział szybko chorąży i zaraz kontynuował.

8.06.2025

Obiekt numer 25, kryptonim: Królowa

Obiekt: kobieta w wieku trzydziestu lat

Reakcja na wirusa wersja FQ12 (Fly Queen)

U badanego obiektu zaczęły zachodzić zmiany skórne – na całym ciele pojawiły się malutkie, białe pryszcze wielkości główek od igły.

PS Z przeprowadzonych wcześniej doświadczeń wynika, że wirus FQ12 reaguje wyłącznie z osobnikami płci żeńskiej.

9.06.2025

Pryszcze zaczęły pękać, a z ciała obiektu wyłoniły się larwy, które w błyskawicznym tempie przemieniły się w pełni dojrzałe muchy. Dość osobliwy widok, obiekt zwijał się z bólu. Stwierdziłem brak oznak życiowych. Wyklute muchy zaczęły pożerać ciało obiektu dwadzieścia pięć. Owady pożarły całą skórę. Została sama tkanka i kości. Po dłuższej chwili zaobserwowaliśmy ruch. Obiekt wstał. Był cały pokryty muchami. Nagle coś zaczęło się zmieniać. Owady, które wcześniej wydawały się być niespójną ruchomą masą, powoli zaczęły się zlewać w jeden organizm. Niesamowite. Gdy muchy skończyły swój proces, przed nami stał cały i zdrowy obiekt dwadzieścia pięć. Kobieta nic się nie zmieniła. Wyglądała zupełnie jak wcześniej, zupełnie tak, jakby nic się nie stało. Muszę zgłosić kolejne badania.

11.06.2025

Przemiana dokonała się w całości. Obiekt numer dwadzieścia pięć potrafi całkowicie zmienić swoją formę. Zgodnie z założeniami eksperymentu ciało denatki w całości składa się z owadów. Obiekt testowy potrafi w mgnieniu oka rozpaść się na tysiące małych much oraz w równie szybkim tempie scalić się w jednolite ciało.

12.06.2025

Wczoraj zbadaliśmy wytrzymałość mojej pacjentki. Słabością obiektu dwadzieścia pięć jest ogień. Ciało Królowej również reaguje na permetrynę, substancję używaną do produkcji środków owadobójczych. Permetryna powoduje obumieranie „roju”, co z kolei może doprowadzić do całkowitej anihilacji FQ.

– To jest pojebane – wydusił gorzko Filip.

– Całkowicie się z tobą zgadzam. – Mężczyzna kiwnął głową.

– Jaki jest plan? – zapytała cicha dotąd Maja.

Filip właśnie skończył rozkładać znaleziony w magazynie minigun. Ustawił go na końcu korytarza prowadzącego do głównej grodzi, w której stary kapitan zaczął swoją historię. Czekał. Wiedział, że za chwilę przejście zostanie otwarte. Tymczasem Maja obserwowała dokładnie całą sytuację na kamerach, a kapitan zajmował się montażem ładunków w kotłowni. Wszystko wydawało się iść zgodnie z planem, gdy nagle na kamerze znajdującej się na klatce schodowej prowadzącej do przychodni usiadła mucha, a następnie kolejne. Po chwili obraz z kamery zniknął, a po nim jej podsłuch, który zdążył jednak zarejestrować pojedynczy jęk nieumarłych. Dziewczyna natychmiast zaraportowała o tym wojskowemu, który w tym samym momencie zdążył ustawić ostatni ładunek.

– Przyjąłem – odpowiedział stanowczym, rzeczowym głosem. – Czekaj tam na mnie, zaraz będę w sterowni. Jak wygląda to u ciebie, chłopcze? Wszystko działa? Nic się nie zacina?

– Wszystko w porządku. – W głosie Filipa brzmiała ekscytacja. – A jak to wygląda u was? Kiedy zaczynamy?

– Wszystko gotowe. Przywitaj służbę naszej wysokości należycie, nie zapomnij dostarczyć im odpowiednich wrażeń, w końcu to nasza impreza powitalna! – W głosie mężczyzny sarkazm przeplatał się z rozbawieniem.

– Ha, ha, przyjąłem. Mogę prosić o podkład muzyczny?

– Czemu nie? Jakieś sugestie?

– Może AC/DC, Highway to hell?

– Teraz? Mogłeś to puścić, gdy otwierałem drzwi do tego zasranego laboratorium! To byłoby bardzo adekwatne.

– Ha, ha, mam rozładowany telefon!

– Jakieś inne pomysły?

– Hmm, to może Blacklite District, Gotta Get Outta Here? Powinienem to mieć na telefonie. Dałem go Mai, trzeba go naładować, ale powinien działać.

– Nie znam, ale niech ci będzie. Pamiętasz, jak dojść do wyjścia?

– Tak.

– Powtórz

– Na końcu korytarza w prawo, zamknąć za sobą drzwi, biec cały czas prosto, za trzecią grodzią w lewo, tam znajduje się wyjście i tam się spotkamy.

– Dokładnie, powodzenia, żołnierzu.

– Miło mi było pana poznać, kapitanie.

– Mnie również, młody człowieku. Bez odbioru.

– Bez odbioru.

Filip ze skupieniem wyczekiwał odpowiedniej chwili. Maja biegła ile tchu z detonatorem ku wyjściu. Miała wysadzić placówkę, gdy wszyscy wyjdą z podziemnego labiryntu. Tymczasem chorąży zajął swoje stanowisko przy pulpicie w sterowni. Wszystko zostało dopięte na ostatni guzik. Z głośników zaczęła lecieć muzyka, drzwi zostały otwarte i nieumarli wlali się wąskim przejściem do strzeżonego korytarza. Filip pociągnął za spust, zasypując nacierającą falę gradem pocisków. Huk broni zagłuszał grającą w tle melodię. Umarli padali jak muchy. Kolejni potykali się na podłodze czerwonej od krwi. Atak trwał nieprzerwanie, łuski coraz gęściej ścieliły się w okolicach karabinu. Gdy nagle broń się zacięła, a wróg mimo dużych strat wciąż nacierał, chłopak niezwłocznie porzucił stanowisko. Kierował się w stronę kotłowni. Po chwili usłyszał za sobą wściekły krzyk i natychmiast obrócił się w jego stronę.

Wtedy ją ujrzał – małą twarzyczkę z rozwścieczonymi, żółtymi oczami. Jej skóra przybrała szarawy kolor, po czym całe ciało dziecka przemieniło się w bezkształtną formę roju. Filip biegł ile sił, widział już drzwi prowadzące do kotłowni. Chmara była jednak blisko. Wiedząc, że nie zdoła uciec, wyciągnął z kieszeni dezodorant i zapalniczkę. Za pomocą prowizorycznego miotacza ognia zmusił rój owadów do zwiększenia dzielącego ich dystansu. Tyle mu wystarczyło. Wbiegł do kotłowni i zamknął za sobą drzwi. Drugie zamknął były kapitan za pomocą konsolety w sterowni. Chłopak schował się za grubym filarem. Ładunki eksplodowały, a z wnętrza dobiegał głośny syk palonych owadów. O dziwo, wybuch nie uszkodził ścian pomieszczenia. Metalowe drzwi prowadzące do środka były białe od gorąca. Filip pędził na spotkanie z ukochaną. Już widział jej ciemną sylwetkę majaczącą na szczycie schodów, już widział rysy jej twarzy, już chciał jej dotknąć, gdy niespodziewanie huk strzału przeszył jego uszy. Dziewczyna padła bez życia wprost w jego ramiona. Rozpaczliwy krzyk chłopaka wzburzył las otaczający polanę. Stada ptaków wzbiły się w niebo.

Filip szlochał, mocno tuląc Maję. Po chwili jego rozpacz przerwał nieznany głos. Gdy chłopak spojrzał w jego kierunku, dostrzegł mężczyznę w średnim wieku, gładko ogolonego, w poszarzałym kitlu. Patrzył na młodych z wyższością i szyderstwem. Po chwili odezwał się grubym, chropowatym głosem: