Martwy kopciuszek i trolle - Iwona Banach - ebook
NOWOŚĆ

Martwy kopciuszek i trolle ebook

Iwona Banach

0,0

Opis

Karol niespodziewanie otrzymuje w spadku pałac. Z braku koncepcji na jego zagospodarowanie, wpada na pomysł stworzenia tam biur i hotelu pracowniczego farmy internetowych trolli. Jego pracownicy mają się parać wróżbiarstwem, domorosłym dziennikarstwem oraz usługami wirtualnego seksu, a przy okazji i na zlecenie uprawiać internetowy hejt. W pałacu życie toczy się swoim rytmem do chwili, gdy na strychu zostaje odnaleziona martwa kobieta. Zwłoki są po części rozebrane, a brak jednego buta nasuwa oczywiste skojarzenie z Kopciuszkiem. Z kolei w pałacowym parku koczują zagorzali zwolennicy Pizzagate. Wierna amerykańskiej teorii spiskowej para meneli, postanawia ratować przed zjedzeniem okoliczne dzieci. Podczas włamania do pałacu dokonują makabrycznego odkrycia. To coś przeraża dużo bardziej niż zwykłe zwłoki. Na szczęście do akcji wkracza policja, ale sytuacja komplikuje się coraz bardziej.

Czy ktokolwiek z podejrzanych mówi prawdę? Kto hoduje na ścianach halucynki, wmawiając wszystkim, że to zwykła pleśń? I co ma z tym wspólnego pewien zasuszony staruszek?

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 284

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Copyright © Iwona Banach, 2026

Projekt okładki

Justyna Knapik

Redakcja

Agata Bizuk

Korekta

Izabela Smug, Barbara Sacka

Łamanie i skład

Beata Kostrzewska/Grafika Słowa

Opracowanie wersji elektronicznej

Karol Bociek

ISBN 978-83-68468-99-1

Kraków 2026

Wydawnictwo BOOKEND

[email protected]

www.bookend.pl

Capital Village Sp. z o.o.

ul. Kielecka 4/2, 31-526 Kraków

Tel: 663 041 041

Dla Patryka Porębskiego i jego inspirujących smoków.

*

KAROL – właściciel pałacu, farmy trolli oraz rozbuchanych potrzeb seksualnych.

LUCYNA – obecna, chwilowa, ale czująca się żoną partnerka Karola oraz równie chwilowa pani na włościach.

FILIPA KAROLAK – matka Karola, która pragnie zamieszkać w pałacu niewdzięcznego syna.

LAMBLIA, BARBERIA i ALFEMINA – pałacowe wróżki, w wolnym czasie trollice.

REGINA i OTYLIA – dziewczyny pracujące na kamerkach, znudzone seksem, ale nie trollowaniem. Jedna z nich ma problemy z odżywianiem. I nie, nie jest to Regina.

MIRABELA – była dziewczyna Karola, wybrana przez matkę na jego żonę, bo w końcu żona jest bardziej dla matki niż dla męża, zwłaszcza przy takiej liczbie kochanek.

DŻAŚKA –parkowa menelica z przerostem wyobraźni, która, odkąd przeczytała o Pizzagate, szuka tuneli, w których przetrzymywane są dzieci do zjedzenia.

NORBUTEK – kolega Dżaśki, parkowy menel, który za trzy wina jest w stanie uratować świat. Kocha tyrolską i ma wredną żonę.

ROBERT, MAX i HATIFNAT – trolle z zacięciem do pisania porąbanych leadów. Jeden z nich jest policjantem.

ORIANA SZCZYPAWKA – kobieta z przerostem pewności siebie, nazywana poganiaczką kołchoźników.

JOWITA NALEWKA – matka Oriany.

PAN MIETEK – człowiek o skłonnościach do wtykania przyrodzenia dokładnie tam, gdzie nie należy, choć na szczęście nie jest to maszynka do mięsa. Tym bardziej to kłopotliwe, że jest to prowadzący stołówkę właściciel firmy cateringowej, bardzo pomocny w śledztwie.

ADAMEK – konserwator, jako jedyny z pracowników nie mieszka w pałacu.

ASPIRANT MARIOLA PAPRUGA – bardzo miła policjantka, która naprawdę nie jest głupia.

ADOLFINA RYBA – bardzo wredna komisarz, przełożona aspirant Paprugi.

Oraz gościnnie:

ZASUSZONY STARUSZEK – dosłownie zasuszony staruszek.

*

– Mjanma, coś ci to mówi? – Karol z miną wielkiego pana na włościach zatarł ręce i uśmiechnął się protekcjonalnie.

– Nie za bardzo – odpowiedziała Lucyna. – To znaczy wiem, to jakieś miejsce na świecie, państwo chyba, gdzie gada się po chińsku, czy jakoś tak, ale ogólnie nie wiem za bardzo, gdzie, co i jak, i o co ci w tym momencie chodzi. Planujesz urlop od tego wrzoda na karku? – Wskazała głową dookoła.

Właśnie rozmawiali o tym, co Karol zamierza zrobić ze spadkiem. Był dość kłopotliwy, bo jego ojciec zamiast pałac sprzedać i dać synowi kasę, wyremontował go i teraz Karol stał się właścicielem wielkiego, pięknego eleganckiego wręcz przybytku, który trzeba przecież utrzymać, a mężczyzna w przeciwieństwie do ojca nie był milionerem.

I niestety nie był raczej – z tego, co wiedział – jedynym dzieckiem ani nawet potomkiem prawowitym. Ojciec podobno narobił sobie trochę drobiazgu, ale jakoś się tym nie chwalił.

Karol był bękartem pośród innych bękartów i choć w naszych czasach taki stan rzeczy nie stanowi jakiegoś wielkiego piętna czy obciążenia, to jednak niekiedy bywa utrudnieniem.

Dlaczego ojciec, wyciągnąwszy kopyta (jak to Karol określał), zostawił mu pałac, nie zapewniając jednak środków na jego utrzymanie, co było zdecydowanie wredne, Karol mógł się tylko domyślać. Facet był sukinsynem i tyle.

Inne dzieci też coś chyba dostały, ale on ich nie znał. Nie kusiło go to.

Płodność ojca była tajna, poufna, niepewna i okryta mgłą tajemnicy, nawet po jego śmierci.

Fakt, sprawy związane z seksem nie powinny być jakoś specjalnie nagłaśniane, ale to już było przegięcie. Przesadzał jak każdy celebryta, którym nie był, ale od milionów też może odbić.

– No co z tą Mjanmą? – zapytała dziewczyna. – Co to ma do rzeczy? Sprzedasz dom i przeprowadzisz się gdzieś tam, w chińskie pustkowia?

– Mjanma to nie Chiny, to dawna Birma, ale nie. To nie o to chodzi. Nie zamierzam się nigdzie przeprowadzać, a sprzedaż w tym momencie nie wchodzi w grę. Są pewne utrudnienia, pominąwszy, że chętni drzwiami i oknami się nie pchają.

Westchnęli oboje. Tak to jest coś mieć, ale tak, jakby nic nie mieć.

Sprzedaż pałacu była utrudniona, bo coś było z podatkami, których Karol nie chciał płacić i musiał to przeczekać przez jeszcze co najmniej pięć lat.

Czyli, de facto, musiał zostać jego właścicielem.

A choć pałac nie potrzebował nakładów, to jednak wymagał ogrzewania, żarł energię, chlał wodę i był ogólnie luksusowy. Czyli naprawdę kosztowny.

– I co z tego, że to dawna Birma?

– Nic, ale nie to jest najważniejsze. Ważne jest to, że tam są obozy pracy! – zawołał w zachwycie, jakby to był jego własny i do tego epokowy wynalazek.

– Matko Boska! Co to ma wspólnego z nami, z pałacem i w ogóle, po jaką cholerę obozy pracy? Odbiło ci?

– Nic mi nie odbiło! To tylko pomysł na życie!

Pomysł na życie, obejmujący obozy pracy, wcale się Lucynie nie spodobał, choć jeszcze nie zdążyła go poznać.

Karol jednak chętnie wszystko tłumaczył.

– Tam jest tak, że porywają ludzi: Chińczyków, Hindusów, kogo się da, golą ich na łyso, sadzają przed komputerem i każą im pracować za darmo od rana do nocy, całymi miesiącami, a czasem latami.

– Pracować? Przed komputerem? Dziwna ta praca… Gdyby chodziło o kopanie rowów, to bym zrozumiała. – Skrzywiła się trochę.

– Praca jak praca, i wcale nie dziwna! – uspokoił ją jej chłopak. – To na ogół zwykłe oszustwa internetowe, ale chodzi mi bardziej o ideę. To można przekuć w coś własnego!

– Będziesz porywał ludzi?! – pisnęła zszokowana.

– Nie będę – odparł Karol. – Zrobię coś o wiele lepszego. Ludzie sami się do mnie zgłoszą. I zostaną mniej więcej porwani, choć nie przeze mnie.

Na chwilę zamarł.

– Słyszysz?

W tym momencie w oddali, to znaczy wewnątrz pałacu, przed którym stali, coś bardzo głośno huknęło i posypało się całe mnóstwo robotniczych przecinków w formie kurew, co obudziło w dziewczyninie jedno skojarzenie.

– Co robisz? – zapytała zaskoczona. – Przecież nie remont? Ani rozbiórkę – zaśmiała się trochę niepewnie Lucyna, która była oficjalną narzeczoną, a więc już wkrótce (jak sądziła) też oficjalną żoną, czyli współwłaścicielką pałacu, o którym bardzo chciała choć trochę decydować.

Jej by się marzyły arystokratyczne klimaty, wielkie przestrzenie na galerie sztuki, jakieś sale balowe, saloniki dyskusyjne, w każdym razie coś, co byłoby adekwatne do tego obiektu, coś eleganckiego i pięknego.

– Nie no, jak rozbiórka? Nie! Wstawiam ścianki działowe! To jedyne, co w tej sytuacji mogę zrobić, żeby jakoś zmusić tę olopę do zarabiania na siebie, i na mnie oczywiście też.

– Po jaką cholerę?

– Po jaką cholerę zmuszać to coś do zarabiania pieniędzy? O to pytasz?

– Nie, pytam o ścianki działowe! – odpowiedziała.

– Postanowiłem zrobić z tego coś w rodzaju hotelu robotniczego.

– Robotniczego? – pisnęła spanikowanym głosem, bo hotele robotnicze wszystkim kojarzą się z poprzednią słusznie minioną epoką, do której tęsknią tylko porąbani emeryci, oraz z wódą, brudem i pokątnym seksem, za którymi też tęsknią, choć mniej o tym mówią.

– No, pracowniczego. Masz rację. Lepiej brzmi, to fakt. Otóż zrobię na piętrze kilka pomieszczeń, pokoików mieszkalnych dla pracowników. Dam im miejsce do spania i pracy. Będą tam siedzieć od rana do wieczora, będą tam spać i będą się tam kisić, a w międzyczasie generować całkiem dobry dochód dla mnie i odrobinę też dla siebie, ale tu bez przesady. Od rana do wieczora, a czasem i nocą. To jest myśl nie? – Uśmiechnął się lubieżnie, jakby podniecił się seksualnie na samą myśl o tym chowie klatkowym pracowników.

Słysząc to, prawa pracownicze aż jęknęły ze zgrozy, ale kto by się nimi przejmował, kiedy pracownik pracy pożąda i nie zamierza marudzić. Sam sobie jest winien.

– A higiena? – Lucyna bezlitośnie smagnęła Karola rzeczywistością. – Ludzie muszą się myć, muszą też srać i sikać. Wziąłeś to pod uwagę?

– Wziąłem. Niestety muszą srać i sikać, z myciem bym nie przesadzał. Jedna łazienka na piętro musi im wystarczyć.

– A co z kuchniami? Jak to ogarniesz? Poza sraniem jest jeszcze jedzenie. Będą mieli gaz, czy może kuchenki elektryczne? To aż śmierdzi pożarem!

Karol popukał się w czoło i pokręcił przecząco głową.

– Nie masz racji! To młodzi ludzie. Nie lubią gotować, żywią się burgerami i pizzą.

– To też trzeba jakoś…

– Na dole zrobię stołówkę. Zainstaluję firmę cateringową.

– Ale to jest naprawdę przegięcie. Nie sądzę, żeby ktoś zgodził się pracować w takich warunkach!

Karol roześmiał się makiawelicznie.

– Pomyśl, jeżeli taki pracownik dostanie pokój, jedzenie i laptopa, powinien być zadowolony. I będzie. Bo tylko tego chce!

– Nie dostanie pensji?

– Dostanie. Nie będę oszczędzał na pracowniku, dostanie tyle, żeby nie wpadło mu do głowy się stąd wynieść.

– Tak dużo? – ucieszyła się Lucyna.

– Tak mało, żeby nie mógł nawet pomyśleć o wynajęciu jakiegokolwiek lokum.

– I co dalej?

– A dalej to już inna bajka. To będzie gigantyczny punkt usług internetowych mający za zadanie obsługę ludzi.

– Jakich?

– No wszystkich, którzy będą tego potrzebować.

– Boże, Karol, pytałam o usługi, co to będą za usługi?

– No nie wiem, to się jeszcze zobaczy. Na pewno będzie wróżka, albo nawet kilka. Będzie dział porad życiowych. Będzie też miejsce dla seksu na kamerkach.

– A AI? Nie uważasz, że AI trochę to wszystko może zepsuć? Ludzie nie lubią płacić za coś, co mogą dostać za darmo.

– Jasne, trzeba będzie zrobić tak, żeby ludzie chcieli płacić, ale na razie jeszcze nie mam pomysłu. Jakieś subskrypcje? Sprzedaż łączona? Dwie godziny wróżb plus godzina seksu za darmo? To nie może być zwyczajne centrum porad online. Mam też ochotę na te oszustwa internetowe, ale nie wiem jeszcze, jak się do tego zabrać. Nie wejdę przecież w nigeryjskiego księcia, a tu czegoś takiego mi trzeba. No i kwestia poufności.

Oboje popatrzyli na siebie niezbyt przekonani, ale Lucyna była bardziej krytyczna niż jej partner.

– I liczysz, że ścianki działowe załatwią sprawę?

Był to problem, bo jednak poufność to jedno, ale pogłos się w pałacu rozchodził. Z instalowanych właśnie ścianek działowych wyszło tylko tyle, że zrobiono jedenaście pokoików i zatrudniono trzy wróżki, dwie od porad życiowych, dwie makijażystki pracujące dodatkowo w seksie na kamerkach, bo porady modowe mogły się nie sprawdzić, choć były w cenie, i trzech dziennikarzy, którzy mieli wyrabiać wiadomości na portale internetowe.

I wszystko wyglądało nawet nieźle. Jedynym problemem był brak kompetencji pracowników, ale tego nikt nie sprawdzał i, szczerze mówiąc, za te pieniądze i w tych warunkach nie śmiał zbyt wiele wymagać.

Oczywiście istniały też całkiem spore zalety.

Przede wszystkim było to miejsce przepiękne. Pałac odnowiony i zadbany, umiejscowiony w genialnym parku, pełnym wspaniałych drzew. Na dole znajdowało się mieszkanie Karola i Lucyny, stołówka, barek, w którym pracownicy mogli tracić swoje ciężko zarobione pieniądze, kiedy już Karol zdobędzie licencję na alkohol, bo wokoło była pustynia handlowa. Nikt przecież nie stawia Żabek czy marketów w cudzych ogrodach pałacowych.

Pracownicy oczywiście szybko się znaleźli, a że byli to ludzie młodzi, bez przeszłości zawodowej, ale i bez przyszłości niestety, bo szkoła ich nie interesowała, a studia jawiły się czymś z kosmosu, Karol wiązał z nimi naprawdę ogromne nadzieje. Zakładał, że nie umieją liczyć. Na piętrze było jedenaście pokojów i dwie łazienki, w tym jedna z prysznicem. Wanny nie przewidziano.

A na górze, na drugim piętrze, były pralnia i suszarnia, bo w swoich pomieszczeniach pracownicy nie mogli posiadać pralek. Nie, że ktoś im tego zakazywał, po prostu nie było tam na nie miejsca.

W stołówce królowały dania stołówkowe, co jest częstą praktyką. Dania te, choć smaczne, bardzo dziwnie wyglądały w pałacowym wnętrzu, pełnym sztukaterii, ozdóbek, rzeźbień oraz płaskorzeźb ze scenkami rodzajowymi. Była tam też kamienna albo gipsowa fontanna, wtopiona w ścianę, a wokół tego stoliki. One też pałacowe zdecydowanie nie były. Wykonano je z płyty wiórowej fornirowanej jasnym drewnem, miały metalowe nóżki i były byle jakie. Dookoła nich stały plastikowe krzesła. To było pomieszanie z poplątaniem, ale niczego więcej po finansach i potrzebach właściciela nie można się było spodziewać.

Sama stołówka dodatkowo zarabiała na siebie cateringiem dla biur i mieszkańców, toteż Karol może nie opływał w luksusy, ale głodem nie przymierał.

Był w zasadzie zamożnym człowiekiem, choć gdyby nie wiszący nad nim cień ojca milionera, byłby postrzegany jako jeszcze zamożniejszy.

Lucyna też była mniej więcej zadowolona, co nie znaczy, że była szczęśliwa. Na zewnątrz czuła się i zachowywała jak pani na włościach, a wewnątrz była biedną gospodynią domową, wciśniętą w dwa pokoiki i kuchnię, której prawie nie używała.

Bo kto by używał, mając własną knajpę po drugiej stronie ulicy? Nikt, a ona miała ją po drugiej stronie korytarza.

Cały obiekt był bardzo niejednoznaczny. I piękny, i zwyczajny, dziwaczny i monumentalny. Ale też pełen klitek, pałacowy, a jednak byle jaki.

Był pałacem i hotelem pracowniczym jednocześnie.

W ogóle wszystko było tu dwoiste. Na zewnątrz wyglądało wspaniale i majestatycznie, a w środku paskudnie, karłowato i brzydko. Pałac wewnątrz też nie był piękny, bo posiekany ściankami działowymi na pomieszczenia wielkości pudełek na herbatniki wyglądał żałośnie.

Ludzie też jakoś nie byli zachwyceni. To znaczy, byli szczęśliwi, że mają gdzie mieszkać i co jeść oraz że mają pracę i jakieś kieszonkowe, ale powoli docierało do nich to, że tkwią w specyficznym, polskim obozie pracy, z którego się nie wydostaną. Wytworzył się bowiem u nich swoisty syndrom sztokholmski, sprawiający, że woleli to małe coś niż bezdomność pod mostem.

Nie mieli żadnych szans na mieszkanie, pracę czy cokolwiek lepszego niż to, co dostali.

A i to było czymś wspaniałym.

W końcu zarabiali.

Zresztą, jako że nadzieja to matka głupich i zakochanych, a oni wszyscy jak jeden mąż byli zakochani w sobie samych, uważali, że uda im się dzięki tej pracy osiągnąć oceany sukcesu.

I to nie byle jakie. Jako ludzie nagrywający filmiki byli pewni, że kiedyś ktoś ich zauważy i da im program telewizyjny. A jak nie, to zdobędą tylu followersów, że sami dadzą radę zrobić wielkie wejście smoka na celebryckie ścianki.

Teoretycznie nie było to niemożliwe, ale praktycznie, przy takich środkach i liczbie innych influencerów, przy wielkim zapotrzebowaniu na zmiany, nie było jak się wybić i Karol się z tego bardzo cieszył.

Lucyna mniej.

Uważała, że pałac powinien zostać pałacem, a nie hotelem dla plebsu, i należy mu przywrócić poprzedni wygląd, wystrój i przeznaczenie.

Że należy celebrować jego pałacowatość i jego posiadanie, bo ten, kto posiada pałac, jest z automatu kimś lepszym.

Arystokratą. Panem. Posiadaczem. Inteligencją wyższej kategorii, broń Boże pracującą.

To coś, jak kiedyś broda i okulary. Ich posiadanie robiło z faceta inteligenta.

No a pałac? I to odziedziczony? Czyli rodowy? No przecież to coś fantastycznego.

Lucyna wierzyła, że nadaje się na królewnę.

Oczywiście bycie królewną, a raczej nadawanie się na królewnę, należy sprawdzić za pomocą ziarnka grochu, co Lucyna nawet zrobiła i z żalem stwierdziła, że jednak nie jest dostatecznie arystokratyczna.

Groszku pod kołdrą nie wyczuła, nie mówiąc już o pierzynie (której nie miała). Śliwka też jej nie posiniaczyła. Na szczęście arbuz dał radę.

Popłakała się z radości.

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Dedykacja

*

*

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Prawa autorskie

Dedykacja