Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
145 osób interesuje się tą książką
Kontynuacja historii Eleanor oraz Maddoxa z powieści Scarlet.
Maddox uświadamia sobie, że nie jest w stanie kontynuować związku ze Scarlett. Nie chce dłużej ranić dziewczyny, wiedząc, iż jedyną osobą w jego sercu niezmiennie pozostaje Eleanor. Powoli przestaje radzić sobie z nawiedzającymi go co noc demonami, a coraz to kolejne wydarzenia doprowadzają go na skraj.
Problemy w domu El pogłębiają się z dnia na dzień, natomiast w jej głowie nieustannie pojawiają się myśli, które przerażają ją samą. Kiedy w końcu decyduje się porozmawiać z Maddoxem, po raz pierwszy od dawna dostrzega cień nadziei na lepsze jutro.
Wydaje się, że Maddox i Eleanor wreszcie mogą pozostawić za sobą przeszłość pełną kłamstw, które ich podzieliły. Teraz liczy się dla nich jedno: zacząć od nowa. Razem.
Nie każdy jednak ma zamiar pozwolić tej dwójce na szczęśliwe zakończenie.
Książka zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej osiemnastego roku życia.
Opis pochodzi od Wydawcy.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 540
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Copyright © for the text by Letycja Wileńska
Copyright © for this edition by Wydawnictwo NieZwykłe, Oświęcim 2026
All rights reserved • Wszystkie prawa zastrzeżone
Redakcja: Anna Łakuta-Rudzka
Korekta: Karina Przybylik, Wiktoria Garczewska, Monika Baran
Oprawa graficzna książki: Weronika Szulecka
Ilustracja na okładce: Anna Niemczak
ISBN 978-83-8418-995-5 • Wydawnictwo NieZwykłe • Oświęcim 2026
Grupa Wydawnicza Dariusz Marszałek
Taylor Swift – Maroon
Sufjan Stevens – Fourth of July
Arctic Monkeys – 505
Olivia Rodrigo – the cure
Olivia Rodrigo – pretty isn’t pretty
The Neighbourhood – A Little Death
Conan Gray – Family Line
Gracie Abrams – I Love You, I’m Sorry
Madison Beer – Sweet Relief
JoJo – Too Little Too Late
Billie Eilish – everything i wanted
Cigarettes After Sex – Apocalypse
sombr – undressed
Taylor Swift – The Prophecy
Olivia Rodrigo – stupid song
Lana Del Rey – Pretty When You Cry
Timbaland, OneRepublic – Apologize
Chris Grey – ALWAYS BEEN YOU
THE DRIVER ERA – Back To You (Brooklyn Sessions)
Billie Eilish – What Was I Made For?
Nessa Barrett – PINS AND NEEDLES
One Direction – Over Again
Isabel LaRosa – more than friends
Taylor Swift – cardigan
Maggie Lindemann – self sabotage
Olivia Rodrigo – vampire
The Neighbourhood – Reflections
Taylor Swift – champagne problems
Arctic Monkeys – Do I Wanna Know?
Coldplay – The Scientist
Billie Eilish – Not My Responsibility
Duncan Laurence – Arcade
Katy Perry – The One That Got Away
Nessa Barrett, Whethan – sick of myself
Madison Beer – make you mine
ZAYN – Die For Me
Ludwig van Beethoven – Dla Elise
Bella Kay – iloveitiloveitiloveit
The Neighbourhood – Sweater Weather
Labrinth – Never Felt So Alone
Olivia Rodrigo – deja vu
Harry Styles – She
Linkin Park – Leave Out All The Rest
Tate McRae – you broke me first
One Direction – Little Things
Chase Atlantic – Consume (feat.Goon Des Garcons)
Shawn Mendes – Mercy
One Direction – They Don’t Know About Us
Cigarettes After Sex – Sunsetz
Taylor Swift – Lover
Drogi Czytelniku,
Maroon jest drugim tomem trylogii „Burning Red”, która opowiada historię Maddoxa oraz Eleanor – jeśli nie przeczytałeś(-aś) jeszcze pierwszego tomu, Scarlet, zachęcam, żebyś najpierw zaznajomił(a) się z nim.
Ponownie muszę ostrzec, iż niektóre wątki mogą wprawić Cię w dyskomfort, więc zapoznaj się z listą trudnych tematów poruszanych na przestrzeni trylogii: zaburzenia odżywiania i negatywny obraz własnego ciała, przemoc psychiczna i fizyczna, wątki o charakterze seksualnym, również bez zgody, nadużywanie alkoholu oraz innych substancji psychoaktywnych, dysfunkcyjne relacje rodzinne, problemy ze zdrowiem psychicznym, manipulacja, zastraszanie, samookaleczanie oraz myśli samobójcze, traumatyczne wydarzenia z dzieciństwa.
Jeśli zmagasz się z problemami podobnymi do tych, których doświadczają bohaterowie, pamiętaj, że nie jesteś sam(a).
Policyjny Telefon Zaufania ws. Przemocy w Rodzinie – 800 120 226.
Telefon Zaufania dla Dzieci i Młodzieży – 116 111.
Telefon Zaufania dla Osób Dorosłych w Kryzysie Emocjonalnym – 116 123.
Książka została napisana w celach rozrywkowych, a nie edukacyjnych. Choć porusza poważne tematy, jej głównym zamysłem jest opowiedzenie wciągającej historii, a nie wierne odwzorowanie rzeczywistości. To fikcja literacka, rządząca się swoimi prawami – nie traktuj jej jako przewodnika czy źródła wiedzy. System szkolnictwa został celowo zmodyfikowany na potrzeby fabuły i nie odzwierciedla rzeczywistych zasad obowiązujących w Wielkiej Brytanii.
Dla tych, którzy zostali skrzywdzeni przez kogoś, komu ufali bezgranicznie.To nie była Twoja wina.
Maddox
Nie zawsze podejmujemy właściwe decyzje.
Zdarza się, że jesteśmy do czegoś zmuszeni przez okoliczności, które nas przerastają, lub sytuacje wymykające się spod kontroli, nim zdążymy się zorientować, jak bardzo jest źle. Innym razem działamy, bo wmówiliśmy sobie, że tak będzie lepiej: dla nas, dla tych, których kochamy, dla kogoś, komu chcemy oszczędzić kolejnej dawki cierpienia. Niekiedy, w wyjątkowo beznadziejnych momentach, robimy coś z pełną świadomością, że będziemy tego żałować, i mimo wszystko popełniamy ten błąd.
Ja wiem, że pożałuję okazania jej słabości.
Jutro rano obudzę się z migreną rozwalającą mi czaszkę na pół i będę pamiętał każdy przeklęty detal tej chwili z wręcz okrutną precyzją. Zapamiętam sposób, w jaki trzęsły się mi dłonie, gdy po raz pierwszy od prawie stu dni – dokładnie dziewięćdziesięciu sześciu – przyciągnąłem ją do siebie. Tę głęboką ulgę, która zalała mnie w momencie, kiedy nasze klatki piersiowe zetknęły się ze sobą, a ja mogłem poczuć przyspieszone bicie serca Eleanor tuż przy moim. Sposób, w jaki tak kurewsko perfekcyjnie wpasowywała się w moje ramiona, jakby nic się nie zmieniło. Wilgotne plamy na koszulce tam, gdzie jej łzy wsiąkały w czarny materiał.
Zapamiętam wszystko.
I będę się tym katował przez kolejne dni, tygodnie, miesiące, może lata.
Nie potrafię jednak się odsunąć.
Nie potrafię puścić jej nawet na sekundę, lecz wiem – kurwa, wiem – że powinienem. Nie mogę tego zrobić, gdy ona stoi tak blisko, a jedyne, co mnie otacza poza tą przeklętą ciemnością i rzędami metalowych półek uginających się pod ciężarem produktów spożywczych, to przytłaczający, słodki zapach wiśni oraz ciepło, które emanuje ze zbyt drobnego ciała dziewczyny, wyczuwalne nawet przez warstwę koszulki i jej za dużego swetra.
Wstydzę się przyznać nawet przed samym sobą, jak bardzo brakowało mi Eleanor. I nie chodzi tylko o dotyk, chociaż jego nieobecność obudziła rodzaj głodu, którego nie potrafiłem zaspokoić niczym innym, ale o wszystko, co składało się na nią. Sposób, w jaki wypełniała sobą przestrzeń wokół, dźwięk głosu, gdy wypowiadała moje imię tym specyficznym, miękkim tonem, błękitne oczy, którymi kiedyś mi się przyglądała, jakbym był najważniejszą osobą w jej życiu.
Przez ostatnie trzy miesiące próbowałem wmówić sobie całą masę bzdur – że nasze wspomnienia są przekoloryzowane, wyidealizowane, bo przecież mózg ma tendencję do upiększania rzeczy, których nie możemy mieć, a tęsknota potrafi wyolbrzymić wszystko do granic absurdu, aż w końcu wspomnienie staje się piękniejsze niż rzeczywistość, na której się opiera.
Teraz rozumiem, iż to wszystko było jednym wielkim, żałosnym kłamstwem.
– Tęsknię za tobą, El. – Gładzę ją powoli po potylicy, delektując się miękkimi, idealnie gładkimi włosami pod opuszkami. Pamiętam ich fakturę z setek chwil, gdy pozwalała mi robić dokładnie to samo, bo ten prosty ruch uspokajał ją skuteczniej niż jakiekolwiek słowa, które mogłem wypowiedzieć. – Kurwa, tak bardzo za tobą tęsknię.
Mam nadzieję, że nie słyszy, jak cholernie drży mi głos.
– Nie m-mów mi, że tęskn-nisz – wydusza Eleanor wprost w materiał mojej koszulki. Wbija palce jeszcze mocniej w tkaninę, zgniatając ją tak mocno, że napina mi się na plecach. – B-błagam cię, M-maddox. N-nie mów tego.
– El…
– Nie m-możesz tak po p-prostu powiedzieć, że za m-mną tęsknisz, kiedy t-ty… – Ledwie odrywa policzek od mojej klatki piersiowej, jakby chciała spojrzeć mi w oczy, ale w ostatniej chwili traci odwagę i ponownie się we mnie wtula. – Kiedy jesteś z n-nią… Kiedy m-mnie w-wyk…
– Nie płacz. – Odkąd sięgam pamięcią, nie potrafiłem znieść widoku jej łez, a tym bardziej tych, które spływają po piegowatych policzkach z mojej winy. Ujmuję twarz Eleanor w obie dłonie, unoszę ją delikatnie, by musiała na mnie spojrzeć, i ocieram kciukami wilgoć ze skóry. – Proszę, El, nie płacz. Nie zniosę tego. Błagam, koch…
Gryzę się w język o pół sekundy za późno.
Słowo już wybrzmiało w połowie i zawisło między nami, niedokończone, lecz nazbyt wyraźne, by można je zignorować.
Kochanie.
Spomiędzy warg Eleanor wyrywa się szloch tak przepełniony smutkiem, że jego dźwięk wykręca mi wszystkie wnętrzności.
– M-maddox. – Moje imię w jej ustach brzmi jednocześnie jak prośba o litość i oskarżenie, jak modlitwa i przekleństwo wypowiedziane tym samym tchem. – Nie… n-nie możesz…
Chwyta za mój nadgarstek. Jej palce są lodowate – zawsze miała zimne dłonie, nawet latem, po długich godzinach spędzonych na korcie tenisowym pod palącym słońcem. Nie odpycha mnie, lecz też nie przyciąga bliżej. Po prostu trzyma, jakby sama nie wiedziała, czego tak naprawdę chce. Ja natomiast stoję nieruchomo, bojąc się poruszyć choćby o milimetr, by przypadkiem nie zepsuć tego ulotnego momentu.
– A ty za mną tęsknisz? – Gdzieś w zakamarkach umysłu wiem, że odpowiedź najprawdopodobniej będzie przecząca. Albo, co gorsza, nie otrzymam jej wcale. Mam jednak tę żałosną, naiwną nadzieję, że mimo wszystko tęskni.
Chociaż odrobinę.
– Nie pytaj mnie o to – szepcze tak cicho, że ledwo słyszę ją przez dudnienie muzyki i krzyki za drzwiami. – Po prostu… – Urywa, jak gdyby zabrakło jej odwagi na dokończenie tego zdania.
– Po prostu co, El?
– Po prostu mnie trzymaj. Tylko… tylko przez chwilkę. Proszę, Maddox…
I cholera, gdyby poprosiła w tym momencie o wyrwanie własnego serca z klatki piersiowej i położenie go u jej stóp, zrobiłbym to bez mrugnięcia okiem. Prawdopodobnie zdeptałaby je na miazgę tak samo jak wcześniej, zostawiając tylko krwawe strzępy i wspomnienie czegoś, co kiedyś biło wyłącznie dla niej.
– Tak długo, jak będziesz chciała. – Wiem, że to obietnica, której nie dotrzymam. Ktoś w końcu otworzy te przeklęte drzwi, a rzeczywistość wróci ze zdwojoną siłą.
Dziewczyna niepewnie wędruje dłońmi wyżej – przesuwa je po moich napiętych ramionach, zatrzymuje na chwilkę w okolicy obojczyków, aż w końcu zostawia na karku. Delikatnie dotyka palcami skóry tuż pod linią włosów i to wystarcza, żeby zalała mnie fala niewyobrażalnej ulgi.
Całuję ją w czubek głowy, ponieważ nie potrafię się powstrzymać.
El pociąga cicho nosem, jednak nie protestuje.
– Powiedz mi jedną rzecz – proszę po dłuższej chwili. – To pytanie, które chciałaś mi zadać w niedzielę. W kuchni, kiedy gotowaliśmy razem rosół dla Sable, zanim przyjechał Killian z Charlotte. – Kciuk, który do tej pory trzymałem na jej policzku, przesuwam niżej i zatrzymuję go na krawędzi dolnej wargi. Sunę nim powoli przez ten wyuczony na pamięć kształt. – Co chciałaś wtedy powiedzieć, El? Co było tak ważne, że najpierw musiałaś się upewnić, czy możesz w ogóle zapytać?
Nie odpowiada.
Zamiast tego wpatruje się we mnie wielkimi, błękitnymi oczami wypełnionymi łzami, które lada moment znowu spłyną po policzkach, i nieustannie gładzi mój kark, jakby w jakiś sposób to ona czerpała ukojenie z tego z pozoru prostego ruchu.
– Eleanor – naciskam z większą desperacją, podczas gdy jej przyspieszony oddech owiewa moją twarz. Uświadamiam sobie, że nasze usta są oddalone od siebie jedynie o kilka milimetrów. Gdybym pochylił się bardziej, gdyby ona uniosła brodę choćby odrobinę wyżej… – Powiedz mi – powtarzam błagalnie.
Tak bardzo tego pragnę.
Pragnęjej.
Pragnę ją odzyskać, zatrzymać przy sobie, mieć tak blisko, żeby już nigdy więcej nie mogła zniknąć z mojego życia. Chcę zyskać pewność, że kiedy otworzę rano oczy po kolejnej bezsennej nocy pełnej koszmarów, ona będzie gdzieś w pobliżu – może nie w tym samym łóżku, nie jako moja dziewczyna, ale przynajmniej jako jedyny człowiek, który rozumie mnie lepiej niż ja sam siebie.
Jako moja El.
Nagle każde słowo, które tamtego lipcowego popołudnia padło spomiędzy tych pełnych, pachnących waniliowym błyszczykiem warg, traci na znaczeniu. Cały ból, gniew oraz nieustający żal, gnieżdżące się w moim sercu przez ostatnie miesiące, idą w zapomnienie.
Nie myślę o tym, że pewnie na tej imprezie pojawiła się Scarlett, która wypytuje wszystkich, gdzie jestem, i którą powinienem w końcu przestać ranić. Choć jej nie kocham, to nie zasługuje na to, żebym trzymał w ramionach inną dziewczynę i marzył wyłącznie o tym, by móc ją pocałować.
W tej chwili nie myślę o nikim i o niczym poza Eleanor.
– Chciałam cię zapytać, czy czasem żałujesz.
Marszczę brwi, próbując rozszyfrować, co dokładnie ma na myśli.
– Czego, El?
Wyraz twarzy dziewczyny się zmienia. Wygląda na jeszcze bardziej zranioną, jak gdyby to proste pytanie spowodowało jej fizyczny dyskomfort.
– Czego miałbym żałować? – powtarzam, gdy nadal milczy. – Musisz być bardziej konkretna, bo jest cholernie długa lista rzeczy, których żałuję, jeśli chodzi o ciebie. O nas.
Wzdryga się lekko na ostatnie słowo, przy czym mocniej zaciska palce na moim karku, wbijając krótkie paznokcie w skórę ze zbyt dużą siłą.
Zupełnie mi to nie przeszkadza.
– Proszę cię, El. – Nasze wargi ocierają się o siebie przy każdym wymawianym przeze mnie słowie. Wystarczyłby jeden ruch. Jeden mały, nieznaczny, być może nawet przypadkowy ruch i granica zostałaby ponownie przekroczona. – Chcę tylko z tobą szczerze porozmawiać. Kiedyś potrafiliśmy spędzać całe noce na dyskusjach o wszystkim i o niczym. Leżeliśmy w oranżerii, patrzyliśmy w gwiazdy i gadaliśmy, dopóki nie wstawało słońce. Dlaczego teraz nie możemy tego zrobić?
Eleanor przygryza dolną wargę.
Widzę moment, w którym jej opór zaczyna pękać.
Już prawie, prawie się poddaje i wyjaśnia mi wszystko – dlaczego tamtego dnia powiedziała Zoe, że nie chce mieć ze mną nic wspólnego, dlaczego zignorowała każdą moją wiadomość, każdy telefon, każdą próbę dotarcia do niej, dlaczego przez te wszystkie tygodnie traktowała mnie jak obcego.
Serce mi przyspiesza.
W końcu dowiem się prawdy i przestanę tonąć w tej niewiedzy, która niszczy mnie od środka.
Otwiera usta szerzej, bierze głęboki wdech…
I wtedy słyszę metaliczny dźwięk klucza przekręcanego w zamku.
Nie. Tylko nie, kurwa, to. Nie teraz.
El odskakuje ode mnie tak gwałtownie, jakby została wyrwana z głębokiego transu, i odgradza się, krzyżując ciasno ramiona na piersi w obronnym geście.
Natychmiast mam ochotę przyciągnąć ją z powrotem do siebie. Wrzasnąć na tego, kto stoi za drzwiami, żeby się odpierdolił i zostawił nas w spokoju choćby na pięć minut, ponieważ wiem, że jesteśmy tak blisko przełomu. Zamiast tego stoję sparaliżowany i patrzę, jak drzwi otwierają się powoli, wpuszczając do środka oślepiające światło z kuchni.
W progu stoją Zoe i Michael.
Oczywiście, że to był ich pomysł. Powinienem się tego domyślić od samego początku.
Oboje cofają się o pół kroku, robiąc nam miejsce. Wychodzimy z dusznej spiżarni z powrotem w sam środek imprezy, która wciąż trwa w najlepsze, jakby świat wcale się nie zatrzymał kilka minut temu.
– Udało się wam porozmawiać? – Zoe zerka raz na mnie, raz na Eleanor, studiując nasze twarze z intensywnością pieprzonego detektywa przesłuchującego podejrzanego na miejscu zbrodni. – Hm?
Nie, bo przerwaliście nam w najmniej odpowiednim momencie.
– T-to… – Głos El drży od ledwie powstrzymywanego gniewu. Szkarłatne plamy zaczynają wykwitać wzdłuż jej szyi. – To wy nas tu zamknęliście?
– Tak – przyznaje Zoe bez cienia skruchy, unosząc podbródek. – I szczerze? Zrobiłabym to ponownie, gdyby zaszła taka potrzeba.
– Nie miałaś prawa…
– A właśnie, że miałam. Jako twoja najlepsza przyjaciółka…
– Nie! Nie możesz po prostu zamykać ludzi w pomieszczeniach i zmuszać ich do rozmów, Zoe! To tak nie działa!
– Nie miałam już żadnego innego pomysłu, okej?! – Rozkłada bezradnie ręce. – A tak właściwie, to nie ja na to wpadłam jako pierwsza, tylko Phoebs o tym zażartowała dwa dni temu i pomyślałam, że…
– Pomyślałaś: „Och, tak, zamknijmy Eleanor z Maddoxem w najmniejszym pomieszczeniu, jakie istnieje, i sprawdźmy, co takiego się stanie”. Czy ty w ogóle słyszysz, jak absurdalnie to brzmi?
– Martwimy się o was oboje – wtrąca się spokojnie Michael. Robi krok do przodu i staje pomiędzy dziewczynami, jakby chciał fizycznie oddzielić je od siebie, chociaż żadna z nich nigdy nie skrzywdziłaby drugiej. – Zrobiliśmy to w dobrej wierze.
– To nie była wasza decyzja – wyszeptuje Eleanor słabo.
– El ma rację – odzywam się w końcu, lecz muszę przyznać, że część mnie jest wdzięczna przyjaciołom za to, że dali nam te kilkanaście minut sam na sam. – To nie powód, żeby robić coś takiego. Rozumiem, że się martwicie. Naprawdę. Doceniam to. Ale można to było załatwić w inny sposób. – Po tych słowach spoglądam wymownie na Richardsa.
W jego brązowych oczach widzę jedynie szczerą troskę – tę samą, którą dostrzegałem niezliczenie wiele razy przez wszystkie lata naszej przyjaźni. Michael nigdy nie wtrąca się w cudze sprawy bez poważnego powodu. Jeśli tym razem uznał, że powinien pomóc Zoe w realizacji tego planu, to musi uważać, że sytuacja między mną a Eleanor osiągnęła punkt krytyczny.
– W inny sposób?! – wybucha Williams. Najwidoczniej nie przejmuje się tym, że słyszą ją ludzie obecni w kuchni. – Jaki inny sposób? Ile jeszcze mieliśmy czekać, aż w końcu sami do siebie podejdziecie i wszystko sobie szczerze wyjaśnicie?! Tydzień? Miesiąc? Rok? Bo mam dla ciebie zajebiście szokującą wiadomość, Griffin: to by się nigdy nie stało!
Zaczynam dyskutować z Zoe, przerzucamy się kolejnymi argumentami; każdy z nich jest coraz bardziej naładowany emocjami. Michael co jakiś czas spokojnie wtrąca uwagi, by załagodzić sytuację, ale to tylko dolewa oliwy do ognia. Żadne z nas nawet nie zauważa, kiedy w rozmowie przestaje brać udział czwarta osoba. Dopiero po dłuższej chwili, gdy Williams kończy właśnie kolejny wywód o tym, jak bardzo jesteśmy uparci i jak bardzo sabotujemy własne szczęście, dociera do mnie, że…
Eleanor już dawno przy nas nie ma.
Kręcę się po piętrze penthouse’u Jake’a, otwieram kolejne drzwi i próbuję znaleźć El, aby dokończyć naszą przerwaną rozmowę. Minęło już jakieś piętnaście minut, odkąd zdałem sobie sprawę, że po prostu rozpłynęła się w tłumie, zanim którekolwiek z nas zdążyło się zorientować, że wyszła z kuchni.
Jak ona to, kurwa, robi? Jak potrafi ulotnić się tak szybko, tak bezgłośnie niczym duch?
Sprawdziłem już większość, jeśli nie wszystkie pomieszczenia na górze. Jak na razie zamiast Eleanor odnalazłem Clarę pieprzącą się z Levim w jednej z gościnnych sypialni, przy czym oboje okazali się tak pijani, że nawet nie zauważyli, gdy otworzyłem drzwi. Potem natknąłem się na kilka innych par w różnych stadiach rozbierania, kogoś wymiotującego do doniczki oraz kilka scen, których zdecydowanie wolałbym nie stać się świadkiem, a prawdopodobnie będą prześladować mnie przez następne tygodnie.
Gdzie ona, do jasnej cholery, jest?
Zaczynam rozważać powrót na parter, ponieważ może umknęła mi gdzieś w ogromnym tłumie, kiedy zauważam znajomą sylwetkę wychodzącą z pomieszczenia na samym końcu korytarza.
Nathan.
Zamyka za sobą drzwi z przesadną ostrożnością, jakby próbował być dyskretny, po czym opiera się o nie plecami. Przymyka oczy, przejeżdża palcami przez potargane włosy i ewidentnie próbuje zebrać myśli lub przetworzyć coś, co właśnie wydarzyło się w pokoju za nim.
– Nate! – Ignoruję sposób, w jaki cały spina się na dźwięk mojego głosu, i idę do niego zdecydowanym krokiem, niemal biegnąc przez korytarz. – Widziałeś gdzieś Eleanor?
Scott unosi głowę i wpatruje się we mnie, jak gdyby to pytanie było sformułowane w obcym, niezrozumiałym dla niego języku.
– Co? – wydusza ochryple.
– Pytam, czy widziałeś gdzieś Eleanor – powtarzam wolniej. – Zniknęła jakieś dwadzieścia minut temu i nikt nie wie, gdzie jest.
– Właśnie jej szukam. – Robi krok w moją stronę, czym zmniejsza i tak już niewielki dystans między nami. Jest ode mnie o kilka centymetrów niższy, ale teraz wyrównuje to poprzez agresywną postawę ciała. – Ale zastanawiam się nad jednym, Maddy… Po co właściwie TY szukasz MOJEJ ELLIE w środku nocy? Hmm?
Mojej Ellie.
– Martwię się o nią. Zniknęła bez słowa, nie odbiera telefonu i zostawiła płaszcz w przedpokoju. Jest cholernie zimno, więc jeśli wyszła na zewnątrz w samym swetrze…
– Och, MARTWISZ SIĘ. Jak szlachetnie z twojej strony, Maddox. Naprawdę kurewsko wzruszające.
– Skoro jej nie widziałeś, wrócę na dół i…
– Wiesz co? – Nathan łapie mnie za ramię, powstrzymując przed odejściem; jego uścisk jest zdecydowanie mocniejszy, niż powinien. – Szczerze wątpię, żeby chciała cię teraz widzieć, a tym bardziej z tobą rozmawiać. Może w końcu nadeszła pora, byś pogodził się z faktem, że cokolwiek między wami było, to przeszłość. Eleanor zasługuje na szczęście i spokój, więc zajmij się wreszcie swoją dziewczyną, zamiast łazić za tą, którą…
– Brałeś coś? – przerywam mu w połowie zdania, wyrywając ramię z jego chwytu, gdyż zauważam coś, co przykuwa moją uwagę znacznie bardziej niż ten chaotyczny, pełen jadu monolog.
Jego źrenice.
Są nienaturalnie rozszerzone – praktycznie całkowicie pochłaniają jasnoniebieskie tęczówki, zostawiając tylko wąski pierścień koloru. Nie widzę jednak żadnych innych oczywistych oznak, może oprócz lekko przyspieszonego oddechu oraz dłoni wciśniętych głęboko w kieszenie jeansów, by ukryć ich drżenie.
Nathan marszczy brwi, udając – jestem tego pewien – kompletne niezrozumienie.
– O czym ty, do cholery, mówisz?
– Pytam, czy coś dziś brałeś.
– Teraz próbujesz zrobić ze mnie ćpuna? Serio, Maddox? – Wybucha krótkim, gorzkim śmiechem. – Niesamowite. – Potrząsa głową z niedowierzaniem. – Niech zgadnę, co będzie dalej. Pewnie przy pierwszej okazji z ogromną chęcią powiesz Ellie, że znowu biorę i powinna trzymać się ode mnie z daleka dla własnego dobra?
– To nie ma nic wspólnego z El – oponuję. – Zadaję ci proste pytanie, wymagające równie prostej odpowiedzi. Tak albo nie, Nate.
– Jestem czysty – cedzi przez zaciśnięte zęby, wyraźnie walcząc z chęcią wykrzyczenia mi tego prosto w twarz. – Od siedmiu miesięcy. Ani jednej kreski, ani jednej tabletki molly, ecstasy, ani nic, kurwa, innego. Skończyłem z tym gównem na dobre.
– Twoje źrenice mówią coś zupełnie innego – upieram się. Nie mogę, kurwa, odpuścić. Nieważne, jak bardzo odsunęliśmy się od siebie w ciągu ostatnich miesięcy, nie chcę, żeby wszystko, co miało miejsce tamtego marcowego wieczoru, się powtórzyło. – Więc albo powiesz mi prawdę teraz, albo…
– Albo co? – przerywa mi prowokacyjnie, ponownie opierając się plecami o drzwi za sobą. – No dalej, Maddy. Dokończ to zdanie. Co takiego zrobisz? Zadzwonisz do Kaidena, żeby na mnie naskarżyć? Powiesz moim starym, którzy właśnie teraz są gdzieś w Tokio albo Singapurze i mają swojego syna kompletnie w dupie? Zawieziesz mnie siłą na testy narkotykowe do najbliższego szpitala, żeby udowodnić swoją rację?
– Po prostu się o ciebie martwię, ty idioto. – Mój głos łagodnieje mimo woli. – Kurwa, Nate, czy ty w ogóle zdajesz sobie sprawę…
– Wróciłem do antydepresantów. – Wyjmuje dłoń z kieszeni spodni i przejeżdża nią po twarzy. – Corrigan przepisał mi nowe. Jednym z efektów ubocznych są rozszerzone źrenice. Tak jak widzisz. – Wskazuje na swoje oczy. – Poza tym suchość w ustach, problemy ze snem, koncentracją, bóle głowy, nudności. Cały jebany pakiet. Więc tak, jestem pod wpływem czegoś. Leków od psychiatry. Czy tym razem moja odpowiedź cię satysfakcjonuje?
– Nate…
– Wypiłem dziś trochę, co w połączeniu z tymi tabsami okazało się pieprzonym błędem, bo zaczęło mnie mdlić jak cholera. Właśnie rzygałem przez ostatnie dziesięć minut. – Wskazuje kciukiem za siebie, na zamknięte drzwi. – Teraz głowa napierdala tak mocno, że prawie widzę podwójnie. Z pewnością znasz to z własnego doświadczenia. Więc wszystko, czego teraz chcę, to znaleźć Eleanor, zabrać ją stąd, wrócić do domu i spróbować zasnąć.
– Nie wiedziałem – przyznaję, a jednocześnie zastanawiam się, czy Mike był tego świadomy i celowo mi nie powiedział, żeby chronić prywatność Nathana, czy może Nate postanowił nie dzielić się tym z nikim. – Przepraszam. Naprawdę. Mogę ci jakoś pomóc?
– Tak. Możesz na przykład zakończyć to pieprzone przesłuchanie i dać mi iść szukać Ellie.
Nie czekając na moją odpowiedź, wymija mnie szerokim łukiem, a następnie schodzi po schodach na parter, trzymając się mocno poręczy.
Tego wieczoru żaden z nas nie znajduje El.
Eleanor
Znowu mu uległam.
Jestem tak żałośnie słaba, jeśli chodzi o Maddoxa Cartera Griffina, że wystarczyło kilkanaście minut w ciasnej spiżarni, jego silne ramiona owinięte wokół mnie, dłonie zagubione w moich włosach, znajomy zapach cytrusowo-drzewnych perfum i wszystko inne – cała racjonalność, obietnice złożone samej sobie, każde postanowienie, że już nigdy, przenigdy nie pozwolę mu znowu zbliżyć się na tyle, by mógł mnie skrzywdzić – przestało mieć jakiekolwiek znaczenie.
Nie wiem, co by się wydarzyło, gdyby Zoe i Michael nie otworzyli w tamtym momencie drzwi. Czy dałabym mu szansę na wytłumaczenie się ze wszystkiego, co zrobił? Czy wysłuchałabym tych kłamstw, wymówek, starannie przygotowanych usprawiedliwień, które z pewnością poukładał sobie wcześniej w głowie, próbując jakoś zracjonalizować swoje wybory, sprawić, by nie wyglądały tak okrutnie, jak w rzeczywistości były? A może, co przeraża mnie najbardziej, pozwoliłabym mu się pocałować, podczas gdy jego dziewczyna znajdowała się w tym samym mieszkaniu, niczego nieświadoma?
Czy naprawdę upadłam już aż tak nisko?
Tak.
Prawdopodobnie tak.
Nie, poprawka – na pewno tak.
Bo kiedy przesunął kciukiem po mojej dolnej wardze, a nasze twarze były od siebie oddalone o kilka milimetrów, nie myślałam ani o konsekwencjach, ani o tym, jak bardzo ucierpiałabym na kolejnym zbliżeniu z kimś, kto już raz udowodnił, że potrafi wykorzystać moją słabość przeciwko mnie.
W głowie wybrzmiewało tylko jedno słowo: proszę.
Proszę, pocałuj mnie.
Proszę, zatrzymaj czas i pozwól nam zostać w tej chwili na zawsze.
Proszę, spraw, żeby wszystko wróciło do normy.
I nienawidzę się za to bardziej, niż jestem w stanie wyrazić słowami.
Nienawidzę tej części siebie, która mimo wszystko wciąż go chce, która gotowa jest zapomnieć o bólu, upokorzeniu, miesiącach płaczu w poduszkę, tylko po to, by poczuć znowu jego dotyk.
Wibracja telefonu w torebce wytrąca mnie z myśli.
Wyciągam urządzenie z tylnej przegródki i patrzę na zbyt jasny ekran, mrużąc oczy przez zasłonę łez, nieprzerwanie spływających po moich policzkach.
Nathan:
ellie gdze jestes
przeszukałem da razy całe to cholerne mjejsce i nigdzie cię nie ma
zaczynam się maetwić skarbie
Zalewa mnie ogromne poczucie winy.
Przez to wszystko zupełnie zapomniałam, że mieliśmy wrócić do domu razem – obiecałam mu to przecież przed tym, jak poszedł na górę z chłopakami. Pewnie zszedł na parter i szukał mnie w salonie, podczas gdy ja po wyjściu ze spiżarni oraz dyskusji z Zoe i Michaelem skierowałam się prosto do drzwi, nawet nie myśląc o zabraniu po drodze swojego płaszcza.
Palcami drżącymi od październikowego zimna lub emocji, sama nie wiem, wystukuję odpowiedź:
Ellie:
pojechałam do domu
widziałam, że wolisz zostać na imprezie, nie chciałam psuć Ci zabawy x
Wiadomość zwrotna przychodzi niemal natychmiast.
Nathan:
co??? ellie nie
przecież mieliśmy wrócić razem
gdzie jesteś mam po cbie przyjechać
myslałem że pojedziemy o mnie
Ellie:
jestem już w Uberze, niedługo powinnam być w domu x
Kłamstwa, kłamstwa, kłamstwa.
W rzeczywistości stoję w strugach lodowatego deszczu, na samym środku jakiejś wąskiej, słabo oświetlonej uliczki w centrum Londynu. Nie mam pewności, gdzie dokładnie jestem, gdyż wybiegłam z budynku Jake’a i po prostu szłam prosto przed siebie, nie zwracając uwagi na kierunek. Zdążyłam przemoknąć do suchej nitki – włosy przyklejają mi się do twarzy i karku, a makijaż pewnie już dawno spłynął po policzkach.
Telefon milczy przez dłuższą chwilę, podczas której znajduję schronienie pod zadaszeniem jakiegoś zamkniętego lokalu. Widzę, że Nathan przeczytał moje wiadomości, lecz nie odpisuje. Pewnie próbuje zdecydować, czy mi wierzyć, czy też zaufać instynktowi, który podpowiada mu, że coś jest nie tak.
W końcu ekran się rozświetla.
Nathan:
okej
napisx jak będziesz w domu żebym wiedział że dotarłaś bezpiecznie
Nie mam pojęcia, co powinnam ze sobą teraz zrobić. Wiem tylko jedno – z pewnością nie mogę dzisiaj wrócić do domu.
Jestem przekonana, że ojciec jeszcze nie śpi, mimo że jest prawie pierwsza w nocy. Christopher Adwin rzadko kiedy kładzie się do łóżka przed drugą, często nawet trzecią nad ranem, zwłaszcza w dni, gdy mama wraca z kancelarii zmęczona na tyle, by zasnąć praktycznie od razu po kolacji. Wtedy ojciec pracuje w swoim gabinecie, popija drogą whisky i przegląda swoje projekty albo rozmawia przez telefon z klientami z innych stref czasowych. W sekundę wyczułby ode mnie intensywny zapach alkoholu oraz dymu papierosowego, którym przesiąkły moje ubrania. Zapytałby, dlaczego wróciłam do domu, skoro przecież mówiłam mamie, że nocuję dzisiaj u Zoe. Pewnie gdyby się dowiedział, że ich okłamałam, zrobiłby coś znacznie gorszego niż rodzicielska reprymenda, w zależności od nastroju, tego, ile wypił, oraz czy miał dobry, czy zły dzień.
Nie mogę ryzykować.
Odnajduję konwersację z pierwszą osobą, jaka przychodzi mi do głowy.
Ellie:
śpisz? x
Czekam, wpatrując się w ekran, i chociaż nie liczę na odpowiedź o tak późnej porze, ta przychodzi szybciej, niż się spodziewałam.
Lottie:
Nie, zakuwam do egzaminu z metodologii badań psychologicznych i mam ochotę wyrzucić te wszystkie podręczniki przez okno. Wszystko w porządku, kochana? Jest bardzo późno. Dlaczego nie śpisz? Xx
Ellie:
mogę do Was przyjechać?
proszę? x
Lottie:
Oczywiście, że możesz. Jesteś w stanie bezpiecznie do nas dojechać czy potrzebujesz, żebym po Ciebie przyjechała? Killian śpi, a moje auto jest u mechanika, ale mogę wziąć kluczyki od Astona. Xx
Ellie:
nie trzeba, zamówię Ubera
dziękuję, Lotts x
Lottie:
Nie dziękuj mi, głuptasie. Czekam na Ciebie. Nastawię wodę na herbatę i przygotuję Ci piżamę, bo pewnie przyjedziesz bez rzeczy, tak? Xx
Łzy wdzięczności napływają mi do oczu.
Ellie:
tak x
Lottie:
Jedź bezpiecznie. Xx
Wchodzę w aplikację Ubera i wpisuję odpowiedni adres na Primrose Hill. Najbliższy dostępny kierowca jest niedaleko mnie; od razu akceptuje przejazd i ku mojej ogromnej uldze auto pojawia się na miejscu już po niecałych czterech minutach.
– Eleanor? – pyta kierowca, gdy wsuwam się na tylne siedzenie.
– Tak – potwierdzam, zatrzaskując za sobą drzwi.
Mężczyzna zerka na mnie w lusterku wstecznym, lekko marszcząc brwi. Z pewnością widząc mój żałosny stan, zakłada, że jestem pijana lub naćpana.
Kiedy ruszamy, opieram głowę o zagłówek i przymykam powieki, próbując nie myśleć o głosie Maddoxa, którym wypowiedział to jedno pytanie: A ty za mną tęsknisz?
Z całego serca.
– Napijesz się kawy?
Odrywam wzrok od ekranu telefonu, na którym jeszcze sekundę temu przewijałam Instagram. Natknęłam się na najnowszy post Kingswood Cardinal – tym razem o jednej z pierwszoklasistek, przyłapanej wczoraj na całowaniu się z kilka lat starszym chłopakiem uczęszczającym na Uniwersytet Hampton. I chociaż szczerze szkoda mi niejakiej Juliette, z ulgą stwierdzam, iż tym razem to nie ja jestem głównym obiektem szkolnych plotek.
Chociaż pewnie to tylko kwestia czasu.
Mrużę oczy, ponieważ słońce wpadające przez odsłonięte okna salonu razi mnie bezpośrednio w twarz. Mamy dziś jeden z tych rzadkich, wyjątkowo pięknych październikowych poranków, kiedy angielska pogoda postanawia być łaskawa i hojnie obdarowuje nas błękitnym niebem bez ani jednej chmurki, czego nie spodziewałam się po nocnej ulewie.
– Poproszę. – Silę się na uśmiech, kierując go w stronę stojącej w łukowatym przejściu prowadzącym z salonu do kuchni Charlotte. – Czarną. Bez mleka, bez cukru.
Lottie kiwa głową ze zrozumieniem, tym razem nie wnikając w to, dlaczego rezygnuję z mojego ukochanego latte na mleku owsianym na rzecz czegoś, co w gruncie rzeczy nawet mi nie smakuje, po czym znika w kuchni. Już po chwili docierają do mnie dźwięki mielonych w ekspresie ziaren oraz brzdęk kubków.
Szczelniej okrywam się grubym kocem i próbuję zmusić się do przełknięcia kolejnej łyżki owsianki. Wiem, że muszę ją zjeść albo przynajmniej spróbować, ponieważ przyjaciółka specjalnie wstała wcześniej, by przygotować mi jedno z moich ulubionych śniadań, które jeszcze nie tak dawno zjadłabym z apetytem. Nie jestem na tyle niewdzięczna, by po prostu zostawić nietkniętą miskę.
I tak najprawdopodobniej już zauważyła moje dziwne zachowanie przy jedzeniu – w końcu zaczęła studia z psychologii na Hampton, a ludzki umysł oraz sposoby, w jaki funkcjonują osoby z przeróżnymi zaburzeniami, schorzeniami oraz traumami, fascynują ją bardziej niż cokolwiek innego na tym świecie. Do tej pory ani razu nie powiedziała nic na głos, lecz obawiam się, że to jedynie kwestia czasu, zanim nie będzie w stanie dłużej się powstrzymywać.
Za to jej błękitne oczy mówią wszystko.
Widzę w nich troskę. Zrozumienie. Może nawet smutek.
Więc się staram. Naprawdę, z całych sił się staram.
Nabierając owsiankę na łyżkę, próbuję wybrać wyłącznie same płatki, omijając plasterki banana oraz masło orzechowe, które ma najwięcej kalorii ze wszystkich składników. Żuję powoli, licząc w głowie do trzydziestu, zanim w końcu zmuszam się do przełknięcia.
Ile dokładnie Charlotte wsypała płatków owsianych? Pięćdziesiąt gramów? Sześćdziesiąt? Może więcej? Sto mililitrów mleka migdałowego to około trzydziestu kalorii, ale jeśli było sto pięćdziesiąt, to już czterdzieści pięć… A ten kawałek banana ile może liczyć kalorii – dziesięć? Piętnaście? Dwadzieścia? Masło orzechowe to około dziewięćdziesięciu, może nawet stu kalorii na jedną łyżkę stołową, więc jeśli zjadłam jakąś jedną piątą tego, co jest w tej misce, to wychodzi… od osiemnastu do dwudziestu kalorii z samego masła, plus te płatki, banan, mleko migdałowe, wiórki kokosowe…
– Els? – Lottie pojawia się ponownie w salonie, niosąc dwa duże kubki: jeden z uroczym, pastelowym rysunkiem rudego kotka i napisem Purrfect Morning. Podaje mi go, a na stolik kawowy odstawia swój ulubiony, czarny, pozbawiony jakichkolwiek zdobień. Opada obok mnie na kanapę, podciąga nogi pod siebie i poprawia niechlujny kok, z którego wymykają się odrobinę ciemniejsze od moich kosmyki. Wygląda na niewyspaną, co jest w stu procentach moją winą, bo siedziała ze mną w pokoju gościnnym prawie do czwartej nad ranem. – Naprawdę nie musisz jeść na siłę, kochana. Mogę ci zrobić coś innego, jeśli masz ochotę. Tosty z awokado? Smoothie z jarmużem i mango? Omlet?
– Nie, nie. – Biorę kolejny symboliczny kęsik, żeby udowodnić przyjaciółce, że naprawdę jem. – Po prostu… trochę boli mnie żołądek.
– Rozumiem. – Chwyta za swój kubek i upija łyk kawy. – Ale jeśli poczujesz, że to dla ciebie za dużo, po prostu zostaw, okej? Nie będę na ciebie zła.
Taka właśnie jest Charlotte Dayton.
Wczoraj, gdy dotarłam tu po pierwszej, nie zadała mi ani jednego niewygodnego pytania. Po prostu wpuściła mnie do środka, wzięła w ramiona i pozwoliła płakać tak długo, jak potrzebowałam. Potem przygotowała gorącą kąpiel, dała mi czystą piżamę i położyła się ze mną w pokoju gościnnym.
Nie wspomniałam jej ani słowem o Maddoxie ani o tych kilkunastu minutach w spiżarni. Nawet jeśli głęboko wierzę, że przyjaciółka nigdy nie powtórzyłaby nikomu niczego, co ode mnie usłyszała, po prostu nie mogę ryzykować zdradzenia jej żadnych szczegółów. Gdybym tylko wyjawiła za dużo, a to jakimś cudem dotarłoby do Killiana podczas zwykłej, codziennej rozmowy między ludźmi, którzy dzielą się wszystkim, a on powiedziałby to Maddoxowi… Zamiast tego zdradziłam tylko, że pokłóciłam się z kimś na imprezie i wolałam wyjść, zanim sytuacja eskaluje. Lottie, będąc dokładnie taką osobą, jaką jest – empatyczną, pełną zrozumienia, z szacunkiem dla cudzych granic – nie naciskała.
Tupot ciężkich kroków zbiegających po schodach przerywa mój chaotyczny tok myślenia.
Kill pojawia się na parterze, w idealnie dopasowanym do swojej postawnej sylwetki ciemnym garniturze oraz białej koszuli, która jeszcze nie została zapięta do końca, dzięki czemu widać kawałek jego wytatuowanej klatki piersiowej. Kruczoczarne włosy, w tym charakterystycznym dla całego rodzeństwa Griffinów odcieniu, odziedziczone po wujku Carterze, są starannie zaczesane do tyłu, chociaż jeden uparty kosmyk mimo wszystko opada mu na czoło.
– Dzień dobry, moje drogie panie – wita się ze specyficznym uśmiechem, który zawsze sprawia, że jego ostre rysy twarzy łagodnieją w zdumiewający sposób. Jest ewidentnie w świetnym humorze; widać to po błysku w jasnoszarych oczach, tak różnych od niemal czarnych tęczówek Maddoxa, a jednocześnie identycznych pod względem kształtu i intensywności spojrzenia. – Mam nadzieję, że dobrze spałyście, a szczególnie ty, młoda. – Zerka na mnie z troską.
Nim zdążę odpowiedzieć, pochyla się nad ukochaną. Całuje ją namiętnie w usta, wkładając w to tyle uczucia, że aż odwracam wzrok.
– Dzień dobry, kochanie. – Lottie mruczy wprost w wargi swojego partnera. – Uwielbiam cię w tym garniturze, wiesz?
– Ach, tak? – Killian odrywa się od jej ust tylko po to, by przenieść pocałunki wyżej, tuż przy skroni. – Może powinienem nosić go częściej po pracy, jeśli wywołuje u ciebie taką uroczą reakcję. – Muska opuszkami zaróżowiony policzek dziewczyny, na co ta chichocze.
Nie mogąc się powstrzymać, obserwuję ich interakcję kątem oka i czuję, jak coś ściska mi gardło.
To zazdrość.
Nie o Killiana, oczywiście. Kocham go, lecz jak brata, tak samo jak kocham Sable czy Zoe i Phoebs. Ale zazdroszczę im tej odwzajemnionej, bezwarunkowej miłości, która zdaje się silniejsza z każdym dniem.
– Lepiej się czujesz, Els? – Kill siada na podłokietniku przy mnie. – Charlotte wspomniała, że miałaś dość… trudny wieczór.
– Dużo lepiej. – Czuję się równie źle, jeśli nie gorzej. – Przepraszam za to wczorajsze najście – dodaję pospiesznie. – Ale nie wiedziałam, dokąd indziej mogłabym pójść o pierwszej w nocy…
– Przestań – przerywa mi stanowczo i kładzie dłoń na moim ramieniu. – Mówiłem ci to już wielokrotnie, ale chyba będę musiał powtórzyć jeszcze ze sto razy, zanim to do ciebie dotrze. Zawsze jesteś mile widziana w naszym domu. O każdej porze dnia i nocy, w każdym stanie, z jakimkolwiek powodem lub bez niego. Pozostajesz częścią naszej rodziny. I to się nigdy nie zmieni, nieważne, co się wydarzy między tobą a moim bratem. Rozumiesz?
– Dziękuję, Kill – udaje mi się wyszeptać.
Ściska lekko moje ramię, a potem zerka na srebrny zegarek błyszczący na jego nadgarstku.
– Muszę już niestety lecieć, zanim tata zacznie do mnie wydzwaniać i rugać przez telefon. – Podnosi się z miejsca. – Do drugiej jestem w biurze, a potem mam wykłady na Hampton. Pewnie wrócę koło ósmej, może trochę później, jeśli profesor Olsen znowu postanowi przedłużyć ćwiczenia. – Przewraca oczami. – Zadzwonię do ciebie w przerwie, dobrze, piękna? Może uda nam się umówić na szybki lunch, jeśli spotkanie skończy się wcześniej, niż planowano, chociaż szczerze w to wątpię.
– Dobrze. – Charlotte wstaje z kanapy i poprawia mu krawat, choć przed chwilą idealnie go zawiązał. – Powodzenia na spotkaniu z inwestorami. Jesteś najlepszy w tym, co robisz, pamiętaj. – Staje na palcach, by cmoknąć go w sam kącik ust. – Kocham cię.
– Ja ciebie też, skarbie. Nad życie. – Killian zgarnia z fotela skórzaną teczkę i kieruje się do drzwi, jednak zatrzymuje się jeszcze na moment i spogląda na mnie przez ramię. – El, jeśli będziesz potrzebowała czegokolwiek, dzwoń albo pisz. Okej?
Potwierdzam skinieniem głowy, że przyjęłam to do wiadomości.
Zostajemy same z Lottie, która bez wahania chwyta mnie za rękę i ciągnie po schodach do sypialni na piętrze. Po drodze prosi, bym pomogła jej z pakowaniem na długi weekend w Rzymie, a ja jestem wdzięczna za tę namiastkę normalności, która sprawi, że choć na chwilę oderwę się od myśli.
Siadam na skraju ich ogromnego łóżka, obserwując, jak przyjaciółka znika w garderobie. Już po chwili zaczyna wynosić z niej ogromne stosy ubrań i układać je na materacu. Korzystając z tego, że jest zajęta, wyciągam telefon z kieszeni spodni od piżamy i spoglądam na ekran.
– Wylatujecie jutro, tak? – upewniam się, podczas gdy wzrokiem sunę po nieodczytanych powiadomieniach.
– Tak! – woła z garderoby, a w jej głosie słychać mieszankę ekscytacji i lekkiego napięcia. – Boję się lotu, ale to na szczęście tylko jakieś dwie i pół godziny, więc powinno być znośnie. – Wnosi do sypialni cztery pary butów na obcasie. – Mam nadzieję, że uda mi się zasnąć od razu po starcie. Może wcześniej łyknę sobie jakieś ziółka na spanie.
W oczekiwaniu na rozpoczęcie prywatnego pokazu mody, który Charlotte najwyraźniej ma zamiar mi zaserwować, postanawiam odczytać wszystkie wiadomości, zaczynając od naszej grupowej konwersacji gossip&grace.
Zoe:
Eleanor Vivienne Adwin gdzie ty do kurwy nędzy jesteś
słyszałaś kiedyś może o ODCISZANIU TELEFONU???
dzwoniłam do ciebie OSIEM razy!!!
Phoebs:
Elsie, wszystko w porządku? Bardzo się martwimy. Proszę, daj nam znać, że nic ci nie jest ❤️
Zoe:
dobra sprawdziłam lokalizację na find my friends
jesteś u Killiana i Charlotte, tak???
Kolejnego SMS-a Zoe wysłała mi już prywatnie:
Zoe:
przepraszam, okej? wiem, że jesteś wkurzona za to co zrobiłam z Michaelem
to było głupie i nie powinnam była cię do niczego zmuszać
ale kurwa Els odezwij się do mnie proszę
Els:
pogadamy jutro x
Następnie otwieram konwersację z Nathanem.
Nathan:
jak się czujesz?
przepraszam za wczoraj, chyba trochę za dużo wypiłem
nie powinienem zostawiać Cię samej
spotkamy się dzisiaj?
Ellie:
po tenisie x
I na samym końcu czytam wiadomości dostarczone do mnie zaledwie pięć minut temu.
Mads:
dokończmy naszą rozmowę
proszę, El
– Co sądzisz o tej? – pyta Lottie z nutą niepewności, więc blokuję telefon i poświęcam jej całą swoją uwagę. Stoi przy łóżku, ubrana w śliczną, granatową sukienkę z długim rękawem oraz głębokim dekoltem. – Kill zarezerwował nam stolik w jakiejś restauracji z gwiazdką Michelin i chcę wyglądać… ładnie. – Przygryza dolną wargę. – Kupiłam ją specjalnie w House of Cb. Kosztowała cholernie dużo, zapłaciłam za nią ponad trzysta funtów. Ale może jednak ta byłaby lepsza? – Unosi kreację w kolorze espresso, sięgającą ziemi.
– W tej wyglądasz przepięknie. – Przewracam się na brzuch i podpieram brodę na dłoniach, przyglądając się jej uważniej. – Jak Killian cię w niej zobaczy, zakocha się na nowo. I na pewno będzie miał spore problemy z oddychaniem.
Charlotte chichocze cicho.
Pozwalam jej kontynuować pokazywanie kolejnych opcji, kiwam głową w odpowiednich momentach, udzielam rad, aż w końcu i tak wracamy do granatowej sukienki, uznając ją za najlepszy wybór.
Kiedy duża walizka zostaje zapakowana i ustawiona w rogu sypialni, gotowa na jutrzejszy wyjazd, przyjaciółka rzuca się obok mnie na łóżko. Układa się na plecach i przez moment leżymy w ciszy, słuchając przytłumionych dźwięków miasta: samochodów przejeżdżających po ulicy, szczekania psa gdzieś w oddali, śmiechu dzieci bawiących się w parku.
– Podjęłam pewną decyzję – oznajmia Lottie z nieoczekiwaną powagą.
Odwracam się na bok, by lepiej ją widzieć.
– Jaką decyzję?
– No więc… – Bierze głęboki oddech, jakby to, co zaraz powie, było czymś niezwykle istotnym, nad czym bardzo długo myślała. – Po powrocie z Rzymu zwalniam się z kawiarni i zaczynam pracę w Griffin for Youth, na pełen etat.
– Co?! – Podrywam się do siadu. – Lottie, to… to niesamowite! Najlepsze, co mogłaś zrobić!
– Naprawdę tak myślisz? – W jej głosie wciąż pobrzmiewa nutka wątpliwości. – Bo wiesz… ciągle mam takie głupie myśli, że może powinnam jeszcze zaczekać, skończyć studia, zdobyć jakieś doświadczenie w innym miejscu… Jednak z drugiej strony za każdym razem, gdy wracam z wolontariatu w fundacji, czuję się spełniona. W kawiarni po prostu przychodzę, robię kawę, podgrzewam kanapki, a potem wracam do domu wyczerpana, z poczuciem, że nie zrobiłam niczego pożytecznego. Więc ta zmiana… chyba wyjdzie mi na dobre, prawda?
– Oczywiście, że tak – potwierdzam. – Kiedy o tym zdecydowałaś?
– Dopiero wczoraj wieczorem. Długo rozmawialiśmy z Killianem o naszej wspólnej przyszłości, o tym, co naprawdę chcę robić, o tym, że życie jest za krótkie, żeby tkwić w miejscu, które nie czyni cię szczęśliwym. W pewnym momencie po prostu stwierdziłam, że muszę to zrobić. Że CHCĘ to zrobić. Wiesz, że bardzo długo się wzbraniałam przed przyjęciem tej pracy, prawda?
– Wiem. – Rzeczywiście Lottie mówiła mi wcześniej o swoich wątpliwościach i lękach.
– Odkąd poznałam Griffinów, przez te wszystkie lata zrobili dla mnie niewyobrażalnie wiele. Szczerze mówiąc, Els, nie potrafię nawet w pełni wyobrazić sobie, w jakim miejscu znajdowałabym się teraz, gdybym tamtego dnia nie trafiła przypadkiem do fundacji. Nie wiem, czy… – Przerywa, przełykając z trudem ślinę. – Nie wiem, czy w ogóle dzisiaj bym tutaj była.
– Lotts… – Nie potrafię znieść tego, jak ktoś, kogo tak bardzo kocham, mówi takie rzeczy. – Nie mów tak. – Przytulam ją mocno do siebie. – Proszę.
– Ale to prawda, El – szepcze w moje ramię. – Kocham Killa ponad wszystko, lecz doskonale wiem, co myślą sobie niektórzy ludzie. Że jestem z nim tylko dla pieniędzy, wykorzystuję jego rodzinę, nie pasuję do nich. Słyszałam już przeróżne komentarze na swój temat, dlatego się martwię, że gdy przyjdę do fundacji, zaczną plotkować, że dostałam tę pracę, bo sypiam z synem Amelii, a nie dlatego, że faktycznie na nią zasługuję. – Otwieram usta, by zaprotestować, lecz ona dodaje: – Wczoraj, gdy Kill opowiadał mi o tym, jak widzi naszą przyszłość, jak mówił o domu na obrzeżach Londynu, psach, dwójce dzieci… Normalna, kochająca rodzina to moje największe marzenie.
Nie tylko twoje, Charlotte.
Eleanor
Zbliżam się do wyjścia z Ashbourn Tennis Academy i jednocześnie przekopuję się przez zawartość sportowej torby, próbując odnaleźć kluczyki do auta gdzieś pomiędzy mokrym ręcznikiem, pustą butelką po wodzie i wegańskimi batonikami proteinowymi, które mama systematycznie pakuje do niej bez mojej wiedzy. Mięśnie ud oraz łydek pulsują przyjemnym zmęczeniem po dwugodzinnym, intensywnym treningu, a oddech nadal nie wrócił do spokojnego rytmu. Potrzebowałam dzisiaj tego wysiłku fizycznego, możliwości przekierowania każdej natrętnej myśli o ciemnobrązowych oczach i silnych ramionach na coś produktywnego, nawet jeśli jestem przez to tak padnięta, że ledwo trzymam się na nogach.
Słyszę za sobą charakterystyczne, niemożliwe do zignorowania czy pomylenia z kimkolwiek innym kroki. Nawet bez odwracania się wiem, że Maddox idzie za mną, odkąd tylko wyszłam z szatni.
Cały dzisiejszy trening spędziliśmy na różnych kortach – ja z trenerem Berkleyem pracowałam nad zwiększeniem precyzji swoich serwisów, natomiast on, kilka metrów dalej, grał sparing z nowym chłopakiem o imieniu Damien, który dołączył w zeszłym tygodniu do Akademii.
– Możesz na mnie zaczekać?
Przystaję w miejscu, nogi same podejmują decyzję, zanim moja racjonalna strona zdąża zaprotestować oraz przypomnieć mi wszystkie powody, dla których powinnam po prostu iść dalej i nie wracać do sytuacji z wczoraj.
Czekam na niego, wpatrując się przez szybę w parking zalany popołudniowym słońcem. W odbiciu widzę, jak Maddox dogania mnie, po czym pcha przeszklone drzwi i przepuszcza przodem. Nie wiem, czy robi to celowo, czy może to tylko okrutny zbieg okoliczności, lecz gdy zatrzymujemy się na zewnątrz, nasze dłonie ocierają się o siebie. To zaledwie muśnięcie wydaje się bardziej intymne niż wszystkie namiętne pocałunki, jakie kiedykolwiek wymieniliśmy.
Przez długą chwilę stoimy w kompletnej ciszy i patrzymy sobie głęboko w oczy, zupełnie jak kilkanaście godzin temu w tej przeklętej spiżarni u Petersona. Wilgotne od potu kosmyki opadają mu na czoło, a na zarysowanej szczęce widać delikatny cień ciemnego zarostu; zwykle pozbywa się go każdego poranka zaraz po przebudzeniu.
– Chcę, żebyś odpowiedziała mi tylko na jedno proste pytanie. – Nie brzmi to jak prośba, lecz raczej stanowcze żądanie. – Możesz to dla mnie zrobić?
– Jakie znowu pytanie? – Zaczynam nerwowo owijać bordową wstążkę wokół palca wskazującego.
– To samo, które zadałem ci wczoraj wieczorem. Tęsknisz za mną, El? Choćby odrobinę?
Tak. Boże, tak.
– Nie – wypalam z automatu. Muszę trzymać się resztek swojej godności, której o mały włos nie straciłam wczoraj, gdy płakałam w jego ramionach, błagając w myślach, by ten moment nigdy się nie kończył.
– Naprawdę? – Unosi brew. – Bo w spiżarni odniosłem zupełnie odmienne wrażenie. Oboje doskonale wiemy, że gdyby Zoe i Michael nam nie przerwali…
– …to nic by się nie wydarzyło. – To prawdopodobnie byśmy się pocałowali.
– Przestań – cedzi Maddox przez zaciśnięte zęby, wyraźnie tracąc cierpliwość z powodu mojego uporu. Ale czy naprawdę tak bardzo dziwi go to, że nie jestem w stanie z nim o tym rozmawiać? – Wystarczy. Musisz wreszcie…
– Wiesz co? – wchodzę mu w zdanie. – Masz rację. Tęsknię. – Na to jedno, banalne słowo coś zmienia się w jego tęczówkach. – Tęsknię za tą wersją ciebie, która prawdopodobnie nigdy nawet nie istniała poza moją głową. Za tą idealną iluzją, którą stworzyłeś tylko po to, żeby…
– Iluzją? – Twarz Maddoxa ponownie przybiera nieczytelny wyraz, a światło w oczach gaśnie tak szybko, jak się pojawiło, zastąpione czymś ostrym. – Jaką iluzją, do cholery? – Mruży powieki, marszcząc przy tym gęste brwi, co jasno daje mi do zrozumienia, że jest zły. – O czym ty w ogóle mówisz? Wyjaśnij mi to, bo najwyraźniej wiesz coś, czego ja nie wiem.
– Po co to robisz?
– Co robię? El, do cholery, ja tylko próbuję zrozumieć…
– Po co od ponad miesiąca udajesz, że ci na mnie zależy? Po co mówiłeś wczoraj te wszystkie rzeczy? Te twoje „tęsknię za tobą”, „proszę, El, nie płacz”. Po co dotykałeś mnie tak czule, jak… jak kiedyś, gdy byliśmy… – Urywam na moment. – Właściwie nie wiem, czym tak naprawdę dla siebie byliśmy. Czasem myślę, że się nawet nie przyjaźniliśmy, bo prawdziwy przyjaciel nigdy nie zrobiłby mi czegoś tak okrutnego. – Ostatnie zdanie, które wypada z moich ust, sprawia, że Maddox wygląda, jakbym uderzyła go prosto w twarz. – I nie potrafię zrozumieć, co chcesz przez to wszystko osiągnąć. Nie jestem już tak naiwna jak wcześniej. Cokolwiek planujesz, tym razem ci się to nie uda.
– Czy ty siebie słyszysz, Eleanor? – Wypowiada moje pełne imię niczym oskarżenie, skracając przy tym odległość pomiędzy nami. – Słyszysz te bzdury, które wygadujesz?
– Bzdury? – Złość zaczyna we mnie wrzeć, a ton podnosi się o oktawę mimo prób zachowania spokoju. – Nazywasz to… BZDURAMI?
– Czasem mam wrażenie, że żyjemy w jakichś dwóch całkowicie odrębnych rzeczywistościach. Wszystko, co mówisz, to jakiś absurd. Wiecznie tylko mnie o coś oskarżasz, mieszasz mi w głowie jakimiś zagadkowymi pytaniami o to, czy żałuję, podczas gdy to ty…
– Cześć, piękna Ellie. – Głęboki głos za plecami Maddoxa przerywa mu bezceremonialnie w samym środku zdania.
Niczym zsynchronizowani odrywamy od siebie spojrzenia i kierujemy je w stronę Nathana, który idzie szybkim krokiem przez parking, zmierzając prosto do nas. Niesie w dłoniach ogromny bukiet złożony z przeróżnych kwiatów – frezji w odcieniu lawendy, śnieżnobiałych eustom, bladoróżowych róż, gipsówki oraz gałązek eukaliptusa.
– Tylko jego tu, kurwa, brakowało – warczy Maddox pod nosem, odgarniając z frustracją włosy do tyłu.
Nate dociera do nas i bez wahania przyciąga mnie do swojego boku, a następnie całuje w sam czubek głowy, na moment zatrzymując usta na rozczochranych włosach.
– Wybacz mi maleńkie spóźnienie, ale miałem coś do załatwienia. – Wyciąga w moją stronę bukiet. – To dla ciebie, skarbie. Przepraszam za wczoraj. Nie powinienem był cię zostawiać samej i iść na górę z chłopakami.
Gdybyś tego nie zrobił, nigdy nie znalazłabym się w spiżarni, myślę sobie. Nie czułabym jego ramion wokół swojego ciała, nie usłyszałabym, jak tym łamiącym się głosem mówi, że za mną tęskni, nasze wargi nie zetknęłyby się w obietnicy pocałunku, który nie miał prawa się wydarzyć.
Nie wiem, czy to dobrze, czy źle.
– Pozwolisz mi to jakoś wynagrodzić? – kontynuuje Nathan, wyraźnie zdeterminowany, by naprawić swój wczorajszy błąd. – Może jakaś dobra kolacja na mieście? Albo… nie wiem, możemy po prostu zostać u mnie, zamówić jedzenie, obejrzeć jakiś film. Cokolwiek zechcesz, Ellie.
– Nie musiałeś kupować mi kwiatów, Nate. Przecież nie jestem na ciebie zła. – Odbieram od niego bukiet, który okazuje się znacznie cięższy, niż się początkowo spodziewałam. – Są przepiękne. Dziękuję.
– Może i nie musiałem, ale chciałem. Wiem, jak bardzo je uwielbiasz, za to ja uwielbiam patrzeć, jak się uśmiechasz. – Znów cmoka mnie czule, tym razem w okolicy skroni. – Więc to taki deal korzystny dla nas obojga, nie sądzisz?
Z boku Maddox wydaje z siebie dźwięk, który brzmi jak stłumione parsknięcie. Kątem oka widzę, jak zaciska szczęki na tyle mocno, że mięśnie przy żuchwie pulsują wyraźnie pod bladą skórą. Bierze głęboki wdech przez nos, najwyraźniej próbując opanować emocje, zanim to one opanują jego.
– Skończyłeś już? – rzuca w kierunku drugiego chłopaka. – Bo jeśli to wszystko, co miałeś do powiedzenia, może pozwolisz nam dokończyć rozmowę, którą przerwałeś?
– Rozmowę? Nazwałbym to raczej kolejnym epizodem twojego… – Nathan zastanawia się nad odpowiednim sformułowaniem, choć widzę w jego oczach, że dokładnie wie, co chce powiedzieć – …uporczywego nękania. Ale jeśli wolisz nazywać to rozmową, proszę bardzo. Chociaż, spójrz na Ellie. – Wskazuje głową w moją stronę. – Czy wygląda ci na kogoś, kto ma ochotę kontynuować tę… ROZMOWĘ? Jak na moje oko raczej wolałaby robić teraz cokolwiek innego.
– Może pozwolisz El samej zdecydować, czego chce, zamiast mówić w jej imieniu o rzeczach, o których nie masz bladego pojęcia?
– Och, uwierz mi, że mam pojęcie. – Nate staje teraz pomiędzy mną a Maddoxem, odgradzając nas od siebie swoim ciałem. – Więc co ty na to, że wreszcie się od niej odpierdolisz, zanim znowu ją, kurwa, skrzywdzisz?
Maddox również decyduje się zrobić krok do przodu, czym zmniejsza dystans między nimi do niebezpiecznie małej odległości.
– Przestańcie – proszę cicho, lecz żaden z nich mnie nie słucha.
Nienawidzę tego, że przez moją zepsutą relację z Maddoxem ucierpiała również ich wieloletnia przyjaźń. Chłopcy, którzy byli kiedyś nierozłączni niczym bracia, teraz stoją naprzeciwko siebie, wyglądając, jakby za chwilę mieli rzucić się sobie do gardeł.
Z mojego powodu.
– Naprawdę chcesz teraz rozmawiać o krzywdzeniu ludzi, Nate? Z chęcią wymienię ci wszystkie rzeczy, które ty zrobiłeś…
– Śmiało. Z przyjemnością posłucham. Chociaż raczej wątpię, żeby jakikolwiek mój błąd przebił to, co ty odjebałeś.
Maddox otwiera usta, gotowy kontynuować tę wymianę zdań, która nie doprowadzi do niczego dobrego, jednak wtedy z jego kieszeni dochodzi dźwięk nadchodzącego połączenia. Wiem, że dzwoni do niego Sable, ponieważ każda z najbliższych mu osób ma ustawioną inną melodię. Przez moment walczy sam ze sobą, rozważając, czy powinien odebrać, czy też zignorować połączenie.
Troska o młodszą siostrę wygrywa.
– Ta rozmowa nie jest skończona, Eleanor – oznajmia, patrząc mi prosto w oczy ponad ramieniem Nathana. – Tak, Sab? – Jego głos natychmiast zmienia się na łagodniejszy. – Wszystko w porządku? – Odchodzi w kierunku swojego auta zaparkowanego zaledwie dwa miejsca od mojego Mercedesa.
Patrzę za nim, nie mogąc oderwać wzroku od jego pleców, sposobu, w jaki przejeżdża wolną ręką przez włosy, tego, jak przystaje tuż przed Porsche i opiera się o maskę, najwyraźniej nie mając zamiaru odjechać, dopóki nie zakończy rozmowy.
– Ellie, skarbie, powiedz mi szczerze. – Nathan odwraca moją twarz do siebie, bym przestała obserwować sylwetkę Maddoxa. – Czy coś się wydarzyło wczoraj na tej imprezie? Kiedy zostawiłem cię samą?
– Nic takiego…
– Kłamiesz – stwierdza, sunąc kciukiem po mojej szczęce. – Znam cię wystarczająco dobrze, żeby wiedzieć, kiedy próbujesz mnie oszukać. Widzę to po twoich oczach, po tym jak zaciskasz dłonie w pięści… – Zerka w dół i zauważa, jak ściskam palce na łodygach tak mocno, że bibuła owijająca kwiaty marszczy się pod naciskiem. – Właśnie o tym mówię. Więc proszę, powiedz mi, dlaczego tak naprawdę wyszłaś.
Wiem, że nie ma sensu go okłamywać. Prędzej czy później i tak dowiedziałby się prawdy, a w najgorszym możliwym scenariuszu przeczytałby o tym w poście Kingswood Cardinal – jestem przekonana, że niedługo się pojawi – gdzie historia zostałaby zupełnie zmieniona przez anonimowego admina żerującego na cudzych nieszczęściach.
Opowiadam mu więc wszystko, w międzyczasie ruszając w stronę swojego samochodu – zaczynam od Veroniki, która poprosiła mnie o przyniesienie limonek ze spiżarni, kończąc na momencie, gdy Zoe i Michael weszli do środka. Pomijam chwilę, w której niemal się pocałowaliśmy, co prawdopodobnie jest wobec niego niesprawiedliwe, lecz staram się zignorować głos w głowie podpowiadający mi, że ta nieszczerość jeszcze kiedyś obróci się przeciwko mnie.
Otwieram samochód pilotem, po czym ostrożnie układam w bagażniku bukiet oraz sportową torbę.
Nathan przez cały czas słucha w milczeniu, nie przerywając mi ani razu. Otwiera przede mną drzwi od strony kierowcy, a następnie obchodzi auto i sam zajmuje miejsce pasażera. Musi przesunąć fotel maksymalnie do tyłu, bo jego długie nogi ledwo mieszczą się w niewielkiej przestrzeni, którą zostawiła tam ostatnim razem Phoebs.
– Rozumiem, że nie udało wam się niczego wyjaśnić? – pyta, kiedy udaje mi się zakończyć chaotyczny monolog. Po tonie głosu Nate’a nie jestem w stanie wyczuć, co teraz myśli.
– Niekoniecznie. – Odpalam silnik, przez co w aucie rozbrzmiewa na cały regulator I miss you, I’m sorry Gracie Abrams. – Raczej… – Szybko ściszam muzykę prawie do zera, wzdychając na ten jakże niefortunny dobór utworu. – Skomplikowaliśmy to wszystko jeszcze bardziej, jeśli to w ogóle możliwe. Właściwie to…
Nic nie wydarzyło się tak, jak tego chciałam1.
– …jeśli myślisz, że na to pozwolę, to jesteś w zajebistym, kurwa, błędzie!
Wazon z przepięknym bukietem od Nathana, który zaledwie godzinę temu ustawiłam na szafce nocnej, rozbija się o jasne panele. Szkło pęka na dziesiątki nierównych kawałków, woda rozlewa się po podłodze, natomiast pastelowe kwiaty leżą teraz w kałuży, część z nich z pogiętymi płatkami i połamanymi łodygami.
Wpatruję się w odłamki bladoróżowego szkła i nie mogę się zmusić do jakiegokolwiek ruchu. W uszach dzwoni mi od ogłuszających krzyków ojca, a serce wali tak mocno, że czuję jego bicie gdzieś w skroniach.
– Masz w tej chwili wypierdolić kwiaty od tego gnoja, rozumiesz? – Ojciec łapie mnie obiema dłońmi za materiał bluzy, tuż pod szyją, po czym przyciąga gwałtownie do siebie. Tracę równowagę i uderzam w jego twardą niczym skała klatkę piersiową. – Nie chcę więcej widzieć w tym domu kolejnego bukietu ani, kurwa, niczego, co przypomina mi o tym, że moja córka ma cokolwiek do czynienia z pierdolonym Scottem.
Nie odpowiadam.
Każde słowo, które teraz wypowiem, każda próba obrony siebie czy Nathana tylko pogorszą tę sytuację. Wpatruję się więc w punkt gdzieś za ramieniem ojca i czekam, co tym razem wydarzy się dalej.
– Patrz na mnie, kiedy do ciebie mówię! – Szarpie mną mocniej, wymuszając tym spotkanie naszych spojrzeń. – Powiedz mi, rozłożyłaś już nogi przed tym…
– Wróciłam! – Niespodziewanie radosny głos mamy dobiega z parteru, niczym wybawienie przed dalszą eskalacją tego konfliktu. – Przepraszam, że tak późno, ale kolejki w Tesco były dzisiaj koszmarne! Chyba połowa Notting Hill robiła zakupy w tym samym czasie co ja! – Słyszę szelest papierowych toreb, które pewnie odstawia na wyspę kuchenną. – Chris, pomożesz mi wnieść resztę zakupów z samochodu? Kupiłam wino na dzisiejszą kolację!
To przerażające, jak szybko ojciec potrafi zmienić wyraz twarzy – w ułamku sekundy jego rysy przechodzą od czystej, nieokiełznanej furii do ciepłego, czarującego uśmiechu, dzięki któremu wygląda na idealnego ojca i męża, uwielbianego przez każdego, kogo pozna. Gdybym nie widziała, co działo się przez ostatnie piętnaście minut, sama uwierzyłabym w tę przemianę.
– Wiesz, co zrobię, jeśli piśniesz Claire choćby jedno słówko o tym, co się tutaj wydarzyło, prawda? – wyszeptuje najciszej, jak umie.
Potwierdzam skinieniem głowy.
Wiem dokładnie, co zrobi.
– Powiedz to na głos – żąda. – Chcę to usłyszeć z twoich ust, Eleanor.
– W-wiem.
– Co wiesz? – naciska, a w jego tonie słychać coś, co brzmi jak chore zadowolenie z tego, że mnie terroryzuje. – Chcę mieć pewność, że naprawdę rozumiesz konsekwencje swojego ewentualnego… nieposłuszeństwa.
– Że… że jeśli p-powiem k-komukolwiek… – Przełykam ślinę, czując, jak w gardle zbiera mi się szloch. – …to z-zrobisz m-mamie… zrobisz jej k-krzywdę, c-chociaż t-tylko o-ona się dla c-ciebie l-liczy – powtarzam mechanicznie wyuczoną formułkę.
Od dziecka straszył mnie właśnie tym, że jeśli powiem komukolwiek o tym, co dzieje się w naszym domu, gdy nikt nie patrzy, zrobi coś strasznego jedynej osobie, za którą – jak zawsze powtarza – oddałby życie. W głębi duszy jestem niemal pewna, iż nigdy nie tknąłby własnej żony, ponieważ traktuje ją jak najcenniejszy skarb, lecz nie mogę mieć stuprocentowej pewności. Zbyt wiele razy widziałam, jak łatwo potrafi przekroczyć wszelkie granice.
Z drugiej strony…
– A co byłoby największą krzywdą, jaka mogłaby spotkać Claire? – docieka.
– U-utrata mnie.
…to jego subtelny sposób na powiedzenie mi, że ponowne otwarcie ust mogę przypłacić czymś gorszym niż kolejne pobicie, co czasami nie wydaje mi się najgorszym wyjściem z mojej beznadziejnej sytuacji.
Śmierć byłaby łatwiejsza.
Ale zabiłabym tym również swoją ukochaną mamę.
– Mądra dziewczynka. – Głaszcze mnie delikatnie po policzku, czego nienawidzę z całego serca. – A teraz zachowuj się jak grzeczna córeczka i posprzątaj ten bałagan, który ZROBIŁAŚ. Zrozumiano?
– T-tak.
– Oczywiście, że ci pomogę, serce! – woła w stronę uchylonych drzwi. – Zostaw te ciężkie torby, ja się nimi zajmę! – Odwraca się znów do mnie. – Zanim zejdziesz na kolację, wyprostuj włosy – wydaje polecenie, jakby instruował swojego pracownika. – Mamy dzisiaj gości, więc włóż coś porządnego i zrób makijaż. Tylko nie zapomnij nałożyć grubej warstwy podkładu na szyję i dekolt, te czerwone plamy wyglądają obrzydliwie. Nikt nie chce patrzeć na coś takiego przy jedzeniu. Jasne?
Jeszcze raz kiwam głową.
– Nie słyszę odpowiedzi, Eleanor.
– J-jasne – wyduszam.
– Świetnie.
Nie czekając na nic więcej, wychodzi z pokoju.
Patrzę na zamknięte drzwi, czując nadchodzący atak paniki. Opuszczam powieki i staram się zastosować technikę oddechową, której nauczyła mnie pani Marsh.
Wdech przez nos, policz do czterech.
Jeden… dwa… trzy… cztery.
Wstrzymaj powietrze, policz do siedmiu.
Jeden… dwa… trzy… cztery… pięć… sześć… siedem.
Wydech przez usta, policz do ośmiu.
Jeden… dwa… trzy… cztery… pięć… sześć… siedem… osiem.
Próbuję jeszcze raz.
I jeszcze raz.
I ostatni, aż oddech względnie wraca do normy.
Klękam pośrodku całego tego bałaganu i zaczynam zbierać na kupkę większe kawałki szkła. Jeden z nich – długi, wyglądający na wyjątkowo ostry – przykuwa moją uwagę. Podnoszę go ostrożnie między kciukiem a palcem wskazującym i przyglądam mu się z każdej strony. Następnie, nie myśląc o konsekwencjach, z całej siły zaciskam na nim lewą dłoń.
Ból przychodzi natychmiast.
Czuję, jak skóra pęka pod naporem szkła, a krew zaczyna się sączyć spomiędzy zaciśniętych palców. Nie sprawia to jednak, że puszczam. Wręcz przeciwnie. Zaciskam dłoń mocniej i mocniej, i mocniej, obserwując niczym zahipnotyzowana, jak szkarłatne kropelki spadają na podłogę.
Kap, kap, kap.
– Cześć, słoneczko!
Powitanie sprawia, że bezzwłocznie rozluźniam uścisk. Zakrwawiony kawałek wazonu upada, dołączając do reszty.
Mama pojawia się w progu pokoju z promiennym uśmiechem rozświetlającym piękną twarz. Niestety, ten uśmiech znika w okamgnieniu, ustępując miejsca przerażeniu na widok sceny rozgrywającej się przed nią.
– Boże, misia! – Klęka obok mnie, kompletnie ignorując fakt, że jej jasne spodnie przesiąkają wodą zmieszaną z krwią. Łapie delikatnie za mój nadgarstek i uważnie ogląda dłoń z każdej strony. – Och, kochanie… To wygląda na naprawdę głęboką ranę. Jak to się stało?
– U-upuściłam wazon. N-nie wiem jak… Wyślizgnął mi się z r-rąk, a potem chciałam p-posprzątać i… i skaleczyłam się, gdy z-zbierałam… – Nie daję rady dokończyć zdania, gdyż szloch, który rósł w gardle, wydobywa się na wolność.
– Nie płacz, maleńka. – Mama przyciąga mnie do swojej piersi i zaczyna kołysać w ramionach. – Za sekundkę ci to opatrzę, dobrze? Chris! – podnosi głos, kierując go w stronę korytarza. – Chris, kochanie, przynieś mi, proszę, szybko apteczkę z łazienki! Eleanor się zraniła!
Ojciec kręci się przez chwilę po domu, po czym ponownie wchodzi do pokoju, tym razem ze zmartwieniem wymalowanym na twarzy, jakby kilka minut wcześniej nie stał dokładnie w tym samym miejscu i nie groził mi śmiercią.
– Co się stało? – Klęka obok mamy i patrzy na moją dłoń. – Ellie, córeczko, dobrze się czujesz? Nic ci nie jest oprócz ręki?
– Wazon się rozbił – wyjaśnia mama, rozwijając palce, które mimowolnie zacisnęłam w pięść. – Musimy dokładnie przemyć tę ranę, sprawdzić, czy nie ma w środku żadnych odłamków szkła i… szczerze, Chris, nie wiem, czy nie trzeba pojechać na pogotowie, bo rozcięcia wyglądają na naprawdę głębokie. Może potrzebne będą szwy.
– Poradzimy sobie z tym sami, serce. – Ojciec otwiera apteczkę i wyciąga z niej wszystkie potrzebne rzeczy: gaziki, opatrunki, plastry, buteleczkę z wodą utlenioną. – Ty idź na dół, rozpakuj zakupy, zanim lody się roztopią. – Całuje ją delikatnie w policzek. – Ja zajmę się naszą dziewczynką.
Mama waha się przez moment, patrząc raz na mnie, raz na męża.
– No dobrze… – Niechętnie wstaje z podłogi. – Ale gdyby coś się działo, wołajcie. – Nachyla się jeszcze, by złożyć pocałunek na czubku mojej głowy, a potem wychodzi z pokoju, zostawiając nas samych.
Ojciec nie marnuje ani chwili, by wyszeptać:
– Następnym razem, gdy będziesz chciała zrobić sobie krzywdę, przynajmniej lepiej się z tym ukryj, Eleanor.
Każdy kąt tego domu jest nawiedzony2.
