Scarlet - Letycja Wileńska - ebook
NOWOŚĆ

Scarlet ebook

Letycja Wileńska

0,0

88 osób interesuje się tą książką

Opis

Pierwszy tom trylogii z motywem friends to strangers to lovers!

 

Eleanor Adwin wraca do Kingswood High z jednym postanowieniem: za wszelką cenę unikać Maddoxa Griffina. Chłopak, któremu oddała każdą cząstkę siebie, złamał jej serce i zawiódł ją jak nikt inny. Prawie sześćdziesiąt dni temu dziewczyna straciła swoje jedyne bezpieczne miejsce, z czym nie potrafi się pogodzić.

 

Maddox zawsze wierzył, że nic nie będzie w stanie zniszczyć więzi łączącej go z Eleanor. Gdy ta odsuwa się od niego bez słowa, cały jego świat zmienia się o sto osiemdziesiąt stopni, lecz serce chłopaka nadal spoczywa w jej dłoniach.

 

Mimo że Eleanor i Maddox próbują o sobie zapomnieć, nie potrafią. Oboje toną coraz głębiej w innych relacjach oraz nawarstwiających się problemach, nieświadomi, że każde z nich ma inną wersję wydarzeń z dnia, który był końcem czegoś, co nie miało nawet okazji się zacząć. 

 

Czy kiedykolwiek uda się im wyjaśnić, co tak naprawdę wydarzyło się czwartego lipca?

 

Książka zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej osiemnastego roku życia.                                               Opis pochodzi od Wydawcy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 515

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Copyright © for the text by Letycja Wileńska

Copyright © for this edition by Wydawnictwo NieZwykłe, Oświęcim 2026

All rights reserved • Wszystkie prawa zastrzeżone

Redakcja: Anna Grabowska

Korekta: Karina Przybylik, Wiktoria Garczewska, Martyna Góralewska

Skład i łamanie: Paulina Romanek

Oprawa graficzna książki: Weronika Szulecka

Ilustracja na okładce: Anna Niemczak

ISBN 978-83-8418-816-3 • Wydawnictwo NieZwykłe • Oświęcim 2026

Grupa Wydawnicza Dariusz Marszałek

PLAYLISTA

Taylor Swift – Red (Taylor’s Version)

sombr – back to friends

Sara Kays – Remember That Night?

Billie Eilish – i love you

Olivia Rodrigo – lacy

Arctic Monkeys – I Wanna Be Yours

Olivia Rodrigo – jealousy, jealousy

Chase Atlantic – Friends

Tom Odell – Another Love

Billie Eilish – WILDFLOWER

Gracie Abrams – I miss you, I’m sorry

Sydney Rose – We Hug Now

Swedish House Mafia feat. The Weeknd – Moth To A Flame

Ariana Grande – we can’t be friends (wait for your love)

Billie Eilish – ocean eyes

Conan Gray – Heather

Ludovico Einaudi – Experience – „Solo Piano”

Future feat. The Weeknd – Low Life

Conan Gray – Memories

Billie Eilish – BLUE

The Neighbourhood feat. Syd – Daddy Issues (Remix)

Taylor Swift – my tears ricochet

Taylor Swift – illicit affairs

One Direction – Nobody Compares

Billie Eilish – SKINNY

Noah Cyrus feat. XXXTENTACION – Again

One Direction – Moments

Passenger – Let Her Go

Lizzy McAlpine – ceilings

Arctic Monkeys – 505

Madison Beer – Reckless

Olivia Rodrigo – enough for you

One Direction – Loved You First

Selena Gomez – People You Know

Taylor Swift – loml

Prince – Purple Rain

Taylor Swift – Wildest Dreams

Gracie Abrams – I Told You Things

sombr – we never dated

Billie Eilish – Happier Than Ever

Paramore – Decode

Fleetwood Mac– Silver Springs – 2004 Remaster

OSTRZEŻENIE

Drogi Czytelniku,

Scarlet jest pierwszym tomem z uniwersum „RED”. Jego objętość sprawiła, że dylogia „Burning Red” stała się trylogią. To dopiero początek tej historii, więc nie odnajdziesz w nim odpowiedzi na wszystkie nurtujące Cię pytania. Fabuła rozwija się powoli – jako największa fanka motywu slow burn nie wyobrażałam sobie napisać jej inaczej – ale jeśli dasz jej czas, obiecuję, że Ci się odwdzięczy. Zawiera wiele wątków pobocznych oraz sekretów, które z pewnością nieraz Cię zaskoczą.

Bohaterowie, których tu poznasz, są dalecy od ideału. Popełniają błędy, kierują się impulsem i emocjami zamiast rozsądkiem, podejmują złe decyzje w nadziei, że przyniosą im coś dobrego, a czasem nawet działają wbrew sobie. Nie każde ich zachowanie ma logiczne uzasadnienie, lecz właśnie to czyni ich bardziej ludzkimi.

Muszę jednak ostrzec, iż niektóre wątki mogą wprawić Cię w dyskomfort, więc zapoznaj się z listą trudnych tematów poruszanych na przestrzeni trylogii: zaburzenia odżywiania i negatywny obraz własnego ciała, przemoc psychiczna i fizyczna, wątki o charakterze seksualnym, również bez zgody, nadużywanie alkoholu oraz innych substancji psychoaktywnych, dysfunkcyjne relacje rodzinne, problemy ze zdrowiem psychicznym, manipulacja, zastraszanie, samookaleczanie oraz myśli samobójcze, traumatyczne wydarzenia z dzieciństwa.

Jeśli zmagasz się z problemami podobnymi do tych, których doświadczają bohaterowie, pamiętaj, że nie jesteś sam/a.

Policyjny Telefon Zaufania ws. Przemocy w Rodzinie – 800 120 226.

Telefon Zaufania dla Dzieci i Młodzieży – 116 111.

Telefon Zaufania dla Osób Dorosłych w Kryzysie Emocjonalnym – 116 123.

Powieść została napisana w celach rozrywkowych, a nie edukacyjnych. Choć porusza poważne tematy, jej głównym zamysłem jest opowiedzenie wciągającej historii, a nie wierne odwzorowanie rzeczywistości. To fikcja literacka, rządząca się swoimi prawami – nie traktuj jej jako przewodnika czy źródła wiedzy. System szkolnictwa został celowo zmodyfikowany na potrzeby fabuły i nie odzwierciedla rzeczywistych zasad obowiązujących w Wielkiej Brytanii.

Dla tych, którzy wszystkie walki musieli toczyć w ciszy własnego umysłu.Jesteś silniejszy, niż pozwalasz sobie wierzyć.

WSPOMNIENIA ELEANOR

Pierwsza łza spłynęła po moim policzku, zostawiając za sobą wilgotny ślad na rozgrzanej skórze. Chwilę później dołączyła do niej kolejna. I kolejna.

Nie miałam nad tym kontroli.

Maddox oddychał płytko. Jego dłoń – ciepła, silna, a jednocześnie tak niesamowicie delikatna – wylądowała na mojej twarzy. Przesunął powoli kciukiem wzdłuż kości policzkowej, aż do kącika ust, ocierając mokrą smugę.

– Dlaczego płaczesz, kochanie? – zapytał cicho, po czym ujął moją brodę między palce i wymusił, aby nasze spojrzenia się spotkały.

Wtedy wszystko we mnie pękło.

Dolna warga zaczęła drżeć, a gardło zacisnęło się w bolesnym skurczu, który odciął mi oddech. Patrzyłam w te piękne, brązowe oczy, ciemne niczym bezgwiezdna noc; to właśnie w nich przez całe życie odnajdywałam spokój oraz bezpieczeństwo. Próbowałam wydusić z siebie cokolwiek, ale każde słowo grzęzło na końcu języka, uwięzione między strachem a pragnieniem.

Jak miałam mu powiedzieć, że nigdy wcześniej nie czułam się tak przywiązana do drugiego człowieka? Jak przyznać się do tego, że jego obecność była dla mnie niczym powietrze, a sama myśl o nieposiadaniu go w swojej codzienności paraliżowała całe moje ciało?

Lata temu zakorzenił się we mnie bardziej, niż kiedykolwiek powinnam była mu pozwolić.

I to uczucie było równie piękne, co przerażające.

– El… – Westchnienie Maddoxa otarło się o moją skórę, wywołując dreszcz wzdłuż kręgosłupa. Zanurzył w moich włosach palce, a następnie przeczesał nimi splątane kosmyki. – Proszę, powiedz mi, co się dzieje.

– To wszystko jest takie… – Nie potrafiłam znaleźć odpowiednich słów. Po wszystkim, co wydarzyło się tamtego dnia, byłam wyjątkowo zagubiona we własnych myślach. – Jest takie dobre, że aż się boję. Boję się, że coś to zniszczy i stracimy wszystko, co mamy.

– Hej, hej… – szepnął i w tej samej chwili przyciągnął mnie bliżej, tak że nasze czoła stykały się ze sobą. – To, co mamy, nie jest czymś, co można po prostu zniszczyć. To MY, El. TY i JA. – Czułam jego drżący oddech tuż przy skroni, gdzie pozostawił subtelne muśnięcie. – Nie ma na tym świecie niczego, co mogłoby mi cię odebrać. Jesteś dla mnie WSZYSTKIM.

Uniosłam rękę i powoli przesunęłam opuszkami po jego świeżo ogolonym policzku. Przymknęłam powieki, gdy Maddox przechylił głowę i wtulił się w moją dłoń.

– Nie wiem, co bym bez ciebie zrobiła – wyznałam ledwo słyszalnie.

– I nigdy się o tym nie przekonasz, bo ci na to nie pozwolę. Nie istnieje świat, w którym mógłbym cię zostawić. Nie ma wersji rzeczywistości, w której pozwalam, żebyś była sama. To się nie stanie, słyszysz?

Dałam się otulić tym słowom, lecz mimo to gdzieś w głębi mnie pojawił się cień strachu.

A jeśli kiedyś wszystko się zmieni?, zapytałam samą siebie, a niepokój przeniknął mnie do szpiku kości. Co, jeśli nadejdzie dzień, w którym jego obietnice będą zaledwie wspomnieniem, a ja stracę nie tylko miłość swojego życia, ale i najlepszego przyjaciela?

– Powiedz to jeszcze raz – poprosiłam, nawet nie zważając na to, jak błagalnie brzmiały te słowa.

– Obiecuję ci, Eleanor Adwin, że nigdy cię nie zostawię. I jeśli kiedykolwiek znowu pojawi się ten głos – postukał mnie leciutko w skroń – ten, który będzie ci szeptał, że jest inaczej, pamiętaj, że to tylko kłamstwo. A ja tu będę, żeby je zagłuszyć. Zawsze, bez względu na wszystko.

Przesunęłam dłoń niżej i ułożyłam ją na jego klatce piersiowej, dokładnie w miejscu, gdzie czułam szaleńcze tempo serca ukochanego.

– Przysięgasz, Mads?

– Na wszystko, El.

Wtedy to do mnie dotarło.

Maddox Griffin nigdy nie składał obietnic, których nie zamierzał dotrzymać.Każde słowo, które wypowiedział tamtej nocy, każdy szept, który opuścił jego usta – to nie były puste deklaracje.

To była szczera prawda.

Nie miałam innego wyboru, jak w nią uwierzyć.

Więc uwierzyłam.

Bo to był mój Mads.

A on jeszcze nigdy mnie nie zawiódł.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Eleanor

Słońce wznosi się powoli nad Kingswood High, rozświetlając monumentalny gmach szkoły i nadając mu niemal bajkowego blasku. Gotyckie wieże, rzeźbione detale oraz witrażowe okna lśnią w ciepłych promieniach, jakby sam budynek dumnie witał początek kolejnego roku pełnego rywalizacji i tajemnic.

Parking przed szkołą już tętni życiem, mimo że do pierwszej lekcji zostało jeszcze sporo czasu. Na brukowanej kostce stają kolejne błyszczące, obrzydliwie drogie samochody, których ceny kilkukrotnie przekraczają roczną pensję przeciętnego Brytyjczyka. Silniki gasną, drzwi się otwierają i już po chwili z wnętrz aut wysypują się nastolatki w granatowo-burgundowych mundurkach, perfekcyjnych jak skrojone na miarę garnitury z Savile Row noszone przez ich ojców. Każdy z tych dzieciaków wie, że edukacja tu to tylko tło dla prawdziwej rozgrywki.

W Kingswood zawsze się gra. I zawsze ktoś przegrywa.

Przekładam skórzaną torebkę na drugie ramię, lawirując między grupkami uczniów. Wokół mnie rozbrzmiewają głośne powitania, przeplatające się z fałszywymi śmiechami oraz plotkami wylewającymi się z ust z taką lekkością, jakby ktoś już musiał się upewnić, że czyjaś reputacja polegnie jako pierwsza.

Jeszcze zanim zdążę przekroczyć próg głównego wejścia, czuję na sobie natarczywe, pełne zainteresowania spojrzenia. Nawet nie muszę sprawdzać, kto patrzy.

Patrzą wszyscy.

– Els! – Znajomy głos rozchodzi się echem po dziedzińcu. Odwracam głowę i widzę jedną z moich najlepszych przyjaciółek, biegnącą w moją stronę. – Zaczekaj na mnie! – Zoe macha mi energicznie, po czym nagle przystaje w pół kroku i cofa się, by sprawdzić, czy zamknęła swojego czarnego Range Rovera.

Serce, jeszcze chwilę temu bijące nierówno i chaotycznie, powoli zaczyna wracać do spokojnego rytmu. Zoe Williams ma to do siebie, że przy niej świat staje się lepszym miejscem.

– Myślałam, że nie dam rady wstać. – Zatrzymuje się obok, zdyszana niczym po maratonie. Składa na moim policzku krótkiego buziaka, a następnie ponownie się odwraca i klika przycisk na pilocie. Auto odpowiada migającymi światłami. – Zamknięte – mamrocze sama do siebie. – Serio, chyba z dziesięć razy włączałam drzemkę.

– Nawet mnie to nie dziwi. – Kręcę głową z rozbawieniem. Jestem pewna, że właśnie zostawiła mi na skórze ślad po błyszczku, więc przecieram policzek wierzchem dłoni. – Może czas to w końcu zmienić? Nowy rok szkolny, nowa ty, która zacznie chodzić spać o normalnych porach i wstawać na pierwszy budzik?

– Stara ja ma się świetnie, dziękuję bardzo – oburza się. Zawiesza spojrzenie na mojej twarzy, mrużąc podejrzliwie jasnozielone oczy. – Czekaj, czekaj… – Skraca dystans między nami do absolutnego minimum. – Czy ty masz… KRESKI?

– Wyglądam głupio, prawda? – Wzdycham, gotowa iść prosto do łazienki, żeby zmyć eyeliner. – Wiedziałam, że to zły pomysł. Powinnam była po prostu…

– Zwariowałaś? – przerywa mi Zoe, nim zdążę dokończyć myśl. Łapie mnie pod ramię i wspólnie ruszamy w stronę wejścia do Kingswood. – Wyglądasz zajebiście, Els. Wyszły ci równiutko. Ale – szturcha mnie lekko łokciem w żebra, na co odruchowo marszczę nos – czyżby to Scott był powodem tej maleńkiej El-rewolucji?

– Daj już spokój, błagam – fukam i chociaż staram się nie zabrzmieć zbyt ostro, czuję narastającą irytację. Kocham ją z całego serca, lecz czasami jej upór i nieustępliwość potrafią doprowadzić mnie do granic wytrzymałości. – Powtarzam ci po raz setny, że ten pocałunek… był tylko chwilą słabości. Niczym więcej.

– Chwilą słabości, powiadasz? – powtarza tonem przepełnionym sceptycyzmem. Doskonale wie, iż nie jestem typem dziewczyny, która działa impulsywnie. Nie rzucam się w ramiona ludzi pod wpływem chwili, a już na pewno nie całuję z byle kim. Do tej pory przez całe swoje niespełna osiemnastoletnie życie pocałowałam aż… dwóch chłopaków. Tak, wiem, szaleństwo. – Ciekawe, czy Nathan też tak uważa.

– On prawdopodobnie już od dawna o tym nie pamięta.

– O tak, jasne! Przecież pocałunek z niedostępną Eleanor Vivienne Adwin to coś, co niezwykle łatwo zapomnieć.

Ciepło zaczyna wspinać się od obojczyków, wzdłuż mojej szyi, a następnie rozlewa po twarzy, zostawiając za sobą ten zdradliwy, szkarłatny rumieniec.

Nie chodzi o to, że ten pocałunek coś znaczył. Naprawdę nie. To był tylko głupi, ludzki błąd. Przypadek. Nieprzemyślany impuls, zupełnie jakby na moment ktoś inny przejął nade mną kontrolę i postanowił sprawdzić, co się stanie, gdy przestanę przestrzegać własnych zasad.

Dokładnie tak muszę to sobie tłumaczyć.

Całą sobą chcę w to wierzyć, ale im dłużej o tym myślę, tym wyraźniej czuję, że to nie do końca prawda. Pod całą tą warstwą wyrzutów sumienia czai się dziwna, niepokojąca satysfakcja. Jakby jakaś część mnie – ta, której pod żadnym pozorem nie dopuszczam do głosu – była z tego… dumna.

Przez całe wakacje starałam się unikać swoich myśli, uczuć i wszystkich najbliższych mi ludzi. Może pocałunek z Nathanem był czymś więcej niż tylko błędem? Może był moim pierwszym, niezdarnym krokiem w stronę tego, żeby w końcu odpuścić i zacząć znowu żyć.

– A tak poważnie – głos Zoe łagodnieje – to myślę, że za bardzo się tym przejmujesz, Els. – Otwieram usta, gotowa zaprotestować, jednak ona nie daje mi szansy na dojście do słowa. – Wiem, że zawsze wszystko musisz kontrolować, ale to był tylko jeden pocałunek. I to w dodatku z chłopakiem, który zna cię od lat. To nie koniec świata – próbuje mnie pocieszyć. – Jeśli mam być szczera, mogło być znacznie gorzej. Scott ma chociaż niezłą twarz. I cholernie ładne dłonie.

– Ładne dłonie?

– Nie mów, że nigdy nie zwróciłaś uwagi.

Przewracam oczami.

Wchodzimy do ogromnego budynku, gdzie szkolne korytarze witają nas głośnym szumem. Wszystko wygląda identycznie jak przez ostatnie dwa lata – ściany z beżowego kamienia, okna sięgające niemal od podłogi do sufitu, wysokie, ozdobne łuki – a mimo to czuję nieprzyjemny ucisk w żołądku. W naszą stronę zaczynają kierować się pierwsze uśmiechy, kiwnięcia głową i powitania wypowiadane z przesadnie wyćwiczoną grzecznością, więc automatycznie odwzajemniam wszystkie uprzejmości.

Jestem świadoma, że każdy mój ruch jest obserwowany, analizowany, a następnie przerabiany na plotki. Te rozchodzą się po szkole z prędkością światła. Nie mają końca, ciągle ewoluują niczym wirus i docierają do uszu każdego, kto chce słuchać – a nie oszukujmy się, takich nigdy nie brakuje. Zanim się zorientuję, już krążą po Kingswood w setkach różnych wersji, natomiast ja zostaję ostatnią osobą dowiadującą się, co tym razem zrobiłam.

Właśnie dlatego wiem, że jeszcze przed lunchem każda osoba na tym korytarzu będzie mieć własną wersję historii o sobotniej nocy. Oczywiście, pocałunek mój i Nathaniela jest już tematem numer jeden w Kingswood Cardinal, portalu plotkarskim naszej szkoły.

Zdjęcie pojawiło się na Instagramie o trzeciej nad ranem z podpisem:

Jednak prawdą jest, że ten moment, choć niewątpliwie skandaliczny i idealny na sensację, to tylko nieistotny detal w cieniu czegoś znacznie większego. Prawdziwy powód plotek ma inne imię, kruczoczarne, opadające niedbale na czoło włosy i oczy w odcieniu gorzkiej czekolady, które kiedyś znały każdy kawałek mojej duszy.

To o nas mówi się najwięcej.

Zatrzymujemy się z Zoe równocześnie przy naszych szafkach. Przyjaciółka od razu wyjmuje z torebki telefon, po czym zaczyna stukać palcami w ekran. Sunie wzrokiem po powiadomieniach, a z każdą kolejną sekundą jej mina staje się coraz bardziej zacięta.

– Pieprzony Cardinal – prycha wzburzona pod nosem. – Mam nadzieję, że nie czytałaś tych idiotycznych komentarzy.

– Nie. – Oczywiście, że czytałam. – I nie zamierzam.

– Bardzo dobrze. – Zoe kiwa głową z aprobatą. Prawdopodobnie wie, że kłamię, bo sama sprawdza je obsesyjnie, ale ku mojej uldze nie drąży. – Jeśli kiedykolwiek się dowiem, kto prowadzi to przeklęte konto, przysięgam, że nie chciałabym być w jego skórze. – Wystukuje coś szybko, a po chwili smartfon ląduje z powrotem w brązowym Birkinie, wypożyczonym na „czas nieokreślony” z garderoby jej matki.

Orella Williams to światowej sławy modelka, założycielka jednego z największych przedsiębiorstw e-commerce w branży modowej oraz najlepsza przyjaciółka mojej mamy od czasów podstawówki. Zoe odziedziczyła po niej wszystkie najlepsze cechy: gęste, lśniące włosy w odcieniu jasnego brązu – aktualnie ścięte przed ramiona, rozświetlone blond refleksami – oliwkową karnację, wysokie kości policzkowe, długie do nieba nogi i, co najważniejsze, zabójczą pewność siebie.

– Jakim cudem ktoś was tam w ogóle widział? – zastanawia się, stukając paznokciem o metalowe drzwiczki. – Przecież mówiłaś, że byliście na samym końcu ogrodu Jake’a, chyba z dziesięć metrów od domu, za tymi wszystkimi krzakami i drzewami.

– Jestem przekonana, że ktoś poszedł za nami, kiedy tylko zobaczył, jak znikamy z imprezy. Czekał, aż wydarzy się coś wartego uwagi, i… no, najwidoczniej się doczekał.

– Jeśli chcesz, mogę poprosić Petersona, żeby sprawdził kamery – proponuje. – Może uda się wyłapać, kto was śledził? Albo przynajmniej zawęzić krąg podejrzanych?

– Jake przecież mówił, że wyłączył je przed imprezą – przypominam jej. – Żeby jego rodzice nie dowiedzieli się, ile osób faktycznie przyszło. Pamiętasz?

– Cholera, masz rację…

Ustawiam na kłódce odpowiednią kombinację cyfr – 1302 – i otwieram szafkę. Wewnątrz panuje idealny porządek, jaki zostawiłam w niej przed wakacjami. Przeglądam się w zawieszonym na wewnętrznej stronie drzwi lusterku i natychmiast żałuję. Nie jestem w stanie zignorować zbyt bladej cery oraz ciemnych cieni pod oczami, które są nieodpartym dowodem na to, że dzisiaj spałam nie dłużej niż dwie godziny.

– Uwaga, uwaga, gorący napój! – ogłasza znajomy, melodyjny głos.

Odrywam wzrok od własnego odbicia i przenoszę go na Phoebe. Właśnie manewruje między grupkami uczniów z różowym kubkiem swojego ulubionego matcha latte uniesionym wysoko nad głową.

– Dzień doberek, kochane – wita się, a na jej twarzy widnieje piękny, szeroki uśmiech. Wstawia kubek na górną półkę mojej szafki, po czym przyciąga mnie do ciasnego uścisku. – Jak się czujesz, Elsie?

– W porządku, Phoebs. A ty? Zdążyłaś dziś rano na jogę?

– Oczywiście – świergocze, wtulając się w Zoe z tym samym entuzjazmem. Ta obejmuje ją ramieniem i całuje w czubek głowy. – O szóstej byłam już na macie. I szczerze, dziewczyny, czuję się fantastycznie. Naprawdę powinnyście chodzić ze mną, bo to najlepsza rzecz, jaką możecie zrobić dla siebie z samego rana…

– Phoebe, błagam cię – przerywa jej Zo. – Nie wystarczy ci, że wyciągasz nas tam co niedzielę o świcie?

– Chodzimy na dziesiątą. Ludzie o tej porze są już dawno po śniadaniu, porannej kawie, może nawet spacerze z psem…

– Niedziela to czas na spanie do południa, a nie na wykręcanie się w niemożliwe pozycje na macie – marudzi dalej. – Dla mnie dziesiąta w weekend to praktycznie środek nocy.

– Dziesiąta to już praktycznie środek dnia! – protestuje Phoebe.

– Nie w świecie Zoe Williams.

Parskam cicho pod nosem.

Moje dwie najlepsze przyjaciółki nie mogłyby bardziej się od siebie różnić. To jak patrzenie na dwa kompletnie przeciwstawne bieguny, a jednak, w jakiś magiczny, niewytłumaczalny sposób, współgrają ze sobą idealnie.

Phoebe jest uosobieniem delikatności oraz empatii. Wstaje codziennie rano o piątej, żeby zdążyć na poranne zajęcia jogi lub pilatesu, po czym wraca do domu i zapisuje w dzienniku swoje intencje na nadchodzący dzień. Zawsze widzi w ludziach dobro, nawet wtedy, gdy na to nie zasługują.

Zoe za to jest ostra, bezpośrednia i brutalnie szczera. Budzi się piętnaście minut przed wyjściem z domu, wybiega jeszcze z mokrymi włosami, a makijaż kończy na czerwonym świetle w drodze do szkoły.

Zamykam szafkę i wspólnie z dziewczynami kierujemy się w stronę skrzydła lingwistycznego. Phoebe żegna się z nami, a my odprowadzamy ją wzrokiem, aż znika w korytarzu języków germańskich.

Skręcamy do sali od francuskiego, a w tym samym momencie ktoś głośno woła:

– Cześć, Ellie!

Zaciskam dłonie na okładce podręcznika. Powoli odwracam się w stronę źródła tego dźwięku i widzę Scarlett.

Każdy z jej ognistorudych kosmyków układa się idealnie, falując miękko wokół twarzy. Wyglądają naturalnie, ale wiem, że to efekt godziny spędzonej przed lustrem z lokówką i comiesięcznych wizyt u fryzjera, by ciemne odrosty nigdy nie ujrzały światła dziennego. Granatowa spódniczka od mundurka jest odrobinę za krótka i odsłania szczupłe nogi, a koszula podkreśla wąską talię. Wysokie obcasy stukają rytmicznie o kamienną posadzkę, gdy idzie pewnym krokiem, zwracając na siebie uwagę każdego w promieniu kilku metrów.

Dociera do nas i zatrzymuje się tuż przed Zoe. Cmoka ją w oba policzki, po czym nachyla się do mnie. Jej usta nawet jeszcze nie dotykają mojej skóry, a ja już nie potrafię zapanować nad reakcją – całe ciało spina się mimowolnie, a wzdłuż kręgosłupa przebiega lodowaty dreszcz.

– Dosłownie przed chwilą zobaczyłam post. – W ciemnozielonych oczach dziewczyny widnieje coś, co ma wyglądać na czułość i troskę, ale ja przestałam już wierzyć w dobre intencje Scarlett Sinclair. – Ty i Nathan? Naprawdę? Dlaczego nic o tym nie wiem? Od kiedy to trwa? I… jak do tego w ogóle doszło? – zasypuje mnie pytaniami, jakby nadal miała prawo wtrącać się w moje życie.

– Nic nie trwa. – Sięgam do warkocza i obracam wokół palców końcówkę bordowej wstążki. – Tylko się pocałowaliśmy. Raz.

– Raz? – powtarza Scarlett, a w jej głosie słychać nutę… rozczarowania? Może niedowierzania? – Bo wiesz, Clara widziała, jak wychodziliście razem z imprezy. Pojechaliście do niego czy…?

– Els chyba wyraźnie powiedziała, że to nie było nic takiego, prawda? – Zoe wchodzi jej w słowo oschłym tonem. – Więc może, z łaski swojej, przestaniesz ją przesłuchiwać niczym pieprzony detektyw?

– Skąd to wrogie nastawienie, Zo? – pyta autentycznie zdziwiona. – Po prostu martwię się o naszą Ellie. Dobrze wiemy, że Nathan ma swoją… reputację. Nie chciałabym, żeby została zraniona przez kogoś, kto nie traktuje relacji damsko-męskich zbyt poważnie.

– Och, jak słodko z twojej strony, że się martwisz. Naprawdę wzruszające. A teraz… nie masz przypadkiem biologii? Na drugim końcu szkoły?

– Mam, ale chciałam się przywitać z… – Scarlett urywa w pół zdania, patrząc przy tym ponad moim ramieniem. – O wilku mowa!

Serce podskakuje mi do gardła.

Z niechęcią tak wielką, że niemal odczuwam fizyczny dyskomfort, przekręcam odrobinę głowę, doskonale świadoma, kogo zobaczę.

Rozmowy wokół wyraźnie cichną, gdy Maddox, Nathaniel oraz Michael idą korytarzem prosto w naszą stronę. To nie jest cisza pełna strachu, ale raczej coś na kształt szacunku wymieszanego z zazdrością, podziwem i odrobiną fascynacji.

Nasza siódemka od wielu lat tworzy nierozerwalną grupę, znaną przez każdego w Kingswood. W oczach rówieśników jesteśmy idealną paczką, składającą się z idealnych ludzi, z idealnym chłopcem na czele.

Idealnym chłopcem, który jeszcze niedawno był moim najlepszym przyjacielem, jedynym bezpiecznym miejscem, spokojem w chaosie. I który zniknął z mojego życia z dnia na dzień, jakby nigdy w nim nie istniał.

Teraz między mną a Maddoxem Griffinem istnieje już tylko pięćdziesiąt dziewięć dni milczenia.

Widząc, że jest coraz bliżej, poprawiam torebkę na ramieniu, a gdy nasze spojrzenia spotykają się na zaledwie ułamek sekundy, ignoruję znajome ukłucie w klatce piersiowej.

Bez słowa wchodzę do sali od francuskiego, bo wiem, co się zaraz wydarzy. Nie chcę być świadkiem tego, jak Maddox podejdzie do swojej dziewczyny, uśmiechnie się subtelnie kącikiem ust, a potem obejmie ją w talii i złoży na jej wargach głęboki, namiętny pocałunek.

Taki, jaki kiedyś po kryjomu składał na moich.

ROZDZIAŁ DRUGI

Maddox

Ostre, wrześniowe słońce odbija się od maski mojego czarnego Porsche 911, rzucając na parking przed Kingswood oślepiające refleksy. Parkuję na swoim stałym miejscu i przez moment po prostu siedzę w bezruchu. Słucham ostatnich kilku sekund I Wanna Be Yours, aż głos Alexa Turnera cichnie, pozostawiając po sobie znajomą, przytłaczającą pustkę.

Szczerze mówiąc, chyba zdążyłem się do niej przyzwyczaić.

Przecieram twarz dłońmi, a następnie sięgam po torbę z siedzenia pasażera. Zatrzymuję się jednak w połowie ruchu i przesuwam palcami po skórzanej tapicerce.

Miejsce obok mnie od tygodni jest puste.

Dokładnie od pięćdziesięciu dziewięciu dni, dziewiętnastu godzin i – zerkam na zegarek Omega na nadgarstku – dwudziestu trzech minut.

Zawsze należało do niej.

Odkąd tylko zdałem egzamin na prawo jazdy i rodzice wręczyli mi kluczyki do tego absurdalnie drogiego samochodu – nie oszukujmy się, cholernie go uwielbiam – Eleanor zajmowała miejsce obok mnie. Codziennie rano odbierałem ją o siódmej dwadzieścia, choć wcale nie miałem po drodze. Mieszkam w Richmond, spokojnej, zielonej dzielnicy na południowym zachodzie Londynu, natomiast El w Notting Hill, gdzie każda uliczka wygląda jak z pocztówki, a Kingswood znajduje się w Chelsea. Krótko mówiąc: żeby po nią pojechać, musiałem zrobić gigantyczny objazd i zajmowało mi to dodatkowe dwadzieścia minut.

Ale nigdy, przenigdy nie narzekałem.

Kochałem każdą sekundę spędzoną w jej towarzystwie, nawet jeśli oznaczało to regularne sprzątanie okruszków po jej ulubionych ciasteczkach z pistacjami, robienie trzech przystanków, ponieważ miała ochotę na konkretną kawę lub koniecznie potrzebowała wizyty w sklepie, czy słuchanie jej ulubionych piosenek.

Czasami, gdy jestem sam, nadal je włączam. Bądźmy szczerzy, nie robię tego, bo jestem fanem Taylor Swift, tylko dlatego, że przypominają mi o Eleanor.

Żałosne, prawda?

Wysiadam z auta i trzaskam drzwiami mocniej, niż zamierzałem. Dźwięk rozchodzi się echem po parkingu, a kilka głów natychmiast odwraca się w moją stronę.

Zaciskam szczękę.

Nienawidzę tego.

Zarzucam ciężką torbę na ramię i kieruję się w stronę głównego wejścia. Patrząc prosto przed siebie, staram się ignorować wszystko wokół, lecz mimo to wyczuwam na sobie spojrzenia i słyszę komentarze wypowiadane przyciszonym głosem. Nikt nie ma jednak odwagi się do mnie odezwać, jakby wchodzenie ze mną w interakcję wymagało jakiegoś specjalnego przywileju.

W ich oczach Maddox Carter Griffin to chłodny, tajemniczy dziedzic bankowego imperium wartego niemałą fortunę. Pewny siebie, bez ani jednego problemu, z nieskazitelną reputacją oraz przyszłością zaplanowaną co do minuty – studia na Uniwersytecie Hampton, doktorat z ekonomii i finansów, przejęcie Griffin Global Investments, a na koniec zostanie jednym z najmłodszych miliarderów w Europie, zaraz u boku mojego starszego brata Killiana.

Chodząca reklama sukcesu.

Prawdziwego mnie zna zaledwie garstka osób, które są w moim życiu od czasów, gdy nazwisko Griffin niewiele znaczyło dla małego chłopca, po prostu chcącego mieć przyjaciół.

– Maddy! – Głos Nathana przebija się przez zgiełk, na co wywracam oczami z irytacją.

Doskonale zdaje sobie sprawę, jak bardzo nienawidzę tego przeklętego zdrobnienia, a mimo to zarówno on, jak i Kill używają go z uporem maniaka, testując moje zdecydowanie zbyt duże pokłady cierpliwości.

– Nie wyglądasz za dobrze – zauważa Michael, gdy podchodzę do nich bliżej. Stoi oparty o kamienną fasadę budynku, z rękami schowanymi głęboko w kieszeniach granatowych spodni od mundurka. – Spałeś dzisiaj cokolwiek?

– Spałem dobrze – odpowiadam zdawkowo, chociaż wszyscy trzej wiemy, że to kompletna ściema.

Nie sypiam dobrze od szóstego roku życia.

Aktualnie moje oczy są przekrwione, a kark jest sztywny od niewygodnej pozycji, w której przysnąłem na kanapie jakoś około czwartej nad ranem. Przez kilka godzin analizowałem portfel inwestycyjny jednego z klientów banku, co zwykle odciąga moje myśli od koszmarów. Miałem nadzieję, że i tym razem liczby zajmą mój umysł na tyle intensywnie, bym przestał czuć ten przyspieszony puls i panikę w każdym najmniejszym fragmencie swojego ciała.

Bezskutecznie.

Najpierw podaję rękę Michaelowi. Kiwa mi głową, a jego brązowe oczy mrużą się lekko, skanując dokładnie każdy szczegół mojej twarzy. Prawdopodobnie widzi na niej skutki nieprzespanej nocy, lecz decyduje się nie drążyć tematu. Wie, że jeśli będę tego potrzebował, sam powiem mu o wszystkim, co mnie gryzie.

Potem podchodzę do Nathana. Wyciągam rękę, spodziewając się standardowego, braterskiego uścisku, wymienianego między nami od lat. Ku mojemu zdziwieniu jego palce zaciskają się na mojej dłoni znacznie mocniej niż zwykle.

Zdezorientowany marszczę brwi.

Patrzymy sobie w oczy i przez krótki, dziwnie napięty moment obaj milczymy. Widzę w nim coś, co mi do niego nie pasuje. Nathaniel Scott jest chodzącym ucieleśnieniem beztroski, nonszalancji, życia chwilą bez oglądania się na konsekwencje. Teraz na jego twarzy dostrzegam złość wymieszaną z… żalem?

– Co jest, Nate? – pytam wprost.

– Nic, stary. – Maskuje wszystkie emocje szerokim uśmiechem. – Wyglądasz tak marnie, że musiałem sprawdzić, czy masz jeszcze jakąkolwiek siłę. – Klepie mnie po plecach. – Serio, może powinieneś zacząć brać jakieś witaminy? Albo nie wiem… przestać pieprzyć się ze Scarlett całymi nocami?

Coś ostrego ciśnie mi się na język. Odkąd pierwszy raz, mając dziesięć lat, obudziłem go swoimi wrzaskami na obozie sportowym, wie, że moja chroniczna bezsenność nie ma nic wspólnego z wyborem.

Już jako dzieciak był typem lubiącym prowokować. Uwielbia wkurzać ludzi, sprawdzać granice, drażnić się tylko po to, by zobaczyć reakcję. Zwykle robi to dla zabawy, ale tym razem mam wrażenie, że jest inaczej.

– No dobra, panowie, wchodzimy do środka? – Puszcza moją dłoń, poprawia plecak na ramieniu i kiwa głową w stronę budynku. – Bo nie wiem jak wy, ale ja nie mam ochoty podpaść pannie Mancini już pierwszego dnia.

– W zeszłym roku podpadłeś jej na tyle solidnie, że raczej nic nie będzie w stanie tego zmienić. – Michael chowa telefon do kieszeni i otwiera jedno ze skrzydeł drzwi wejściowych. Wchodzi do środka jako pierwszy, a potem dodaje przez ramię: – Do końca życia będziesz najgorszym uczniem w całej jej karierze.

– Hej, hej, hej, nie przesadzajmy! – protestuje Nathan z oburzeniem w głosie. – Po pierwsze, nie uważam, żebym zasługiwał na miano najgorszego ucznia w całej karierze. A po drugie, mam cały rok, żeby ją udobruchać. I uwierzcie mi, zrobię to. Potrafię być bardzo czarujący, gdy tylko zechcę włożyć w to odrobinę wysiłku.

– Tak, wielokrotnie widzieliśmy efekty twojego „czarującego usposobienia” – mruczę pod nosem, podążając za nimi w głąb holu. – Dzięki niemu połowa dziewczyn w Kingswood cię nienawidzi, a druga czeka tylko na pretekst, żeby do nich dołączyć.

– Och, daj spokój, Maddy. – Odwraca się i zaczyna iść tyłem. – Nie musisz być o to aż tak zazdrosny.

– Jesteś beznadziejny, Scott – wzdycha Michael.

– Czarujący – poprawia go. – Chyba powiedz… – Nie kończy zdania, bo w tej samej chwili wpada na jakiegoś biednego pierwszaka. Stos książek wypada mu z rąk, a chłopak ląduje na posadzce z przerażeniem wymalowanym na twarzy. – O, przepraszam cię, kolego! – Nate wyciąga rękę, by pomóc mu wstać, po czym przykuca i zbiera jego podręczniki. – Naprawdę muszę zacząć uważać, jak łażę.

Pierwszak mamrocze niewyraźne „nic się nie stało, to ja przepraszam” i czym prędzej znika w tłumie.

Wkraczamy do głównego korytarza, gdzie wszyscy przepuszczają nas, jakbyśmy byli jakąś pieprzoną monarchią, a nie ich rówieśnikami. Niczym się od nich nie różnimy, ale w Kingswood od pokoleń obowiązują niepisane zasady i hierarchia społeczna, w której nazwiska Griffin, Richards i Scott znajdują się na samym szczycie.

Michael wywodzi się z rodziny polityków – jego matka, Helena Richards, jest sekretarzem stanu do spraw zdrowia i opieki społecznej, natomiast ojczym, Edward Richards, członkiem Izby Lordów. Sam Mike, odkąd miał może dwanaście lat i po raz pierwszy naprawdę zrozumiał, czym zajmują się jego rodzice, powtarza, że pewnego dnia zostanie premierem Wielkiej Brytanii.

Nikt z nas nie ma wątpliwości, że mu się uda.

Nathan z kolei jest synem obecnych właścicieli Scott & Langston Group – międzynarodowej sieci luksusowych hoteli i kurortów, rozsianych po całym świecie. Imperium warte miliardy funtów, dekady temu stworzone przez jego pradziadków, z nadzieją, że na wieki wieków zostanie w rodzinie Scottów.

Tyle że jedyny spadkobierca nie chce mieć nic wspólnego ani z hotelami, ani tym bardziej ze swoją rodziną.

Zbliżamy się do skrzydła lingwistycznego. Z pozoru nic się nie zmienia, chociaż mam wrażenie, że gdy wyłapuję w tłumie znajomy odcień blondu, cały świat milknie. Dłonie same z siebie zaciskają się na pasku torby, a tętno niebezpiecznie przyspiesza.

No już, serce. Spokojnie.

Problem w tym, że ono nigdy nie słucha, jeśli chodzi o Eleanor Adwin.

I wątpię, że kiedykolwiek zacznie.

Minęły dwa długie miesiące, odkąd zniknęła z mojego życia, a teraz wystarczą jedna dziesiąta sekundy i przelotne spojrzenie, bym zapomniał, jak poprawnie oddychać.

Sięgające do pasa, jasne włosy są związane w opadający wzdłuż pleców warkocz, tradycyjnie zakończony jedwabną wstążką – dzisiaj bordową, w kolorze identycznym jak nasze mundurki. Ma na sobie białą koszulę zapiętą pod samą szyję oraz sweter z herbem Kingswood wyszytym na piersi. Rękawy są starannie podwinięte dokładnie na trzy czwarte długości i odsłaniają złote bransoletki.

Przejeżdżam kciukiem po cienkim kawałku metalu na własnym nadgarstku.

Ciekawe, czy El nadal nosi swoją.

Przez chwilę jedyne, co dla mnie istnieje, to ten impuls w głowie, podpowiadający mi, żeby podejść do niej bliżej. Pokonać te dzielące nas kilka metrów, przytulić ją i ukryć twarz w miękkich, pachnących wiśniami włosach. Wciągnąć do płuc ten znajomy do bólu zapach i przez chociaż krótki moment udawać, że wszystko wraca do normy, a każdy dzień, w którym nie słyszałem jej głosu, nie rozpieprzał mnie na coraz mniejsze kawałki.

Ale nie mogę. Ona by tego nie chciała.

Poza tym wtedy odzywa się rozsądek.

Musisz przestać, Maddox. Eleanor stoi w towarzystwie twojej dziewczyny.

Z bitwy z własnymi myślami wyrywa mnie oddech przy karku.

Ktoś stoi tuż za mną. Blisko. ZBYT BLISKO.

– Wiesz – Scott obniża głos do ledwo słyszalnego szeptu – jeśli ci to pomoże, mogę opowiedzieć, jak smakowała w sobotę.

Na sekundę zamieram, kompletnie zbity z tropu. Szybko jednak odzyskuję rezon i odwracam głowę przez ramię, trafiając prosto na zadowolony wyraz twarzy Nathaniela.

– Słucham?

– Czas zmierzyć się z panną Mancini! – oświadcza głośno i obejmuje Mike’a ramieniem. – Widzimy się później, Maddy.

Zanim zdążę go złapać, wyciągnąć na zewnątrz i zmusić do wyjaśnienia, odchodzi. Ciągnie za sobą Michaela, który rzuca mi zdezorientowane spojrzenie. Ewidentnie sam nie do końca rozumie, co się właśnie stało.

W tym samym momencie Eleanor zerka w moją stronę. Oczy, tak jasne, że niemal przezroczyste, napotykają moje. To dzięki nim zawsze potrafiłem czytać z niej jak z otwartej księgi. Nie potrzebowałem żadnych słów czy gestów, bo wszystko odbijało się w tym błękicie z taką intensywnością, że nie sposób było to przeoczyć.

Ku mojemu rozczarowaniu – chociaż w sumie nie wiem, na co liczyłem – odwraca wzrok, zanim zdążę wyczytać z niego jakąkolwiek emocję, i znika w sali od francuskiego.

Zoe ulatnia się zaraz za nią, natomiast Scarlett z gracją poprawia nieskazitelnie ułożone rude fale i pokonuje dzielącą nas odległość.

– Hej, misiu – świergocze słodko, zatrzymując się tuż przede mną. Układa dłonie na moich policzkach, po czym łączy nasze usta w głębokim pocałunku. – Nie mogłam się doczekać, aż cię zobaczę, więc stwierdziłam, że zaczekam pod twoją salą.

Obejmuję ją w talii.

– Aż tak bardzo tęskniłaś?

– Oczywiście, że tak. – Bawi się końcówką mojego krawata. – Cały weekend myślałam tylko o tym, kiedy wrócisz – przyznaje z nieśmiałym uśmiechem. – Jak było w Berlinie? Udało się wam wszystko załatwić?

– Intensywnie – odpowiadam szczerze, bo przez ostatnie trzy dni nie miałem ani sekundy wytchnienia. Ale nie narzekałem. Bycie zajętym, bez chwili na myślenie o czymkolwiek innym, dobrze mi zrobiło. – Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, jeszcze w tym roku otworzymy tam oddział. Wszystko wygląda obiecująco.

– To cudownie! – Scarlett cmoka mnie w policzek, a następnie przesuwa kciukiem po tym miejscu, ścierając ślad po pomadce. – Boże, nawet nie wiesz, ile cię ominęło przez weekend. – Na samą wzmiankę o kolejnej sensacji jej oczy błyszczą ekscytacją. – Widziałeś Kingswood Cardinal?

– Wiesz, że nie obchodzą mnie te plotki…

– Ale tym razem musisz zobaczyć – naciska, już wyciągając telefon z bocznej kieszeni w torebce. Klika coś na ekranie, aż w końcu odwraca go w moją stronę. – Mówiłam ci, że prędzej czy później do tego dojdzie.

Biorę urządzenie w dłonie, spodziewając się… no właśnie nie wiem czego. Na pewno nie tego, co widzę.

Na zdjęciu widnieje Eleanor. Siedzi okrakiem na kolanach Nathana, z dłońmi wplecionymi w jego włosy, podczas gdy on mocno zaciska palce na jej pośladkach. Ich twarze są tak blisko siebie, że nie mam żadnych wątpliwości.

Całują się.

Moja El…

Nie. Stop. Wróć.

Eleanor nigdy nie była moja. Nie chciała być moja.

Nie mam żadnego prawa do tego, co właśnie czuję, a jednak kiedy patrzę na tę fotografię, całe moje ciało zalewa fala zazdrości tak intensywnej i przytłaczającej, że niemal mnie paraliżuje.

Bez słowa oddaję telefon Scarlett.

– Słodko razem wyglądają – stwierdza, czujnie obserwując moją reakcję. – Zawsze uważałam, że Nate idealnie pasuje do naszej Ellie. Jest dokładnie tym, czego brakuje jej w życiu. Lekkości, spontaniczności, nawet może… namiętności. Nie uważasz?

– Tak – odpowiadam tylko, niezdolny do wyduszenia niczego więcej bez ryzyka zdradzenia tego, co właśnie czuję.

– Hej…. – Łapie moją dłoń i splata nasze palce. – Wiesz, że możesz ze mną o tym porozmawiać, prawda? Jestem tu dla ciebie, Maddox.

– Wiem. – Ściskam jej rękę odrobinę mocniej. – Dziękuję, Scar.

– Nie dziękuj mi. – Całuje mnie raz jeszcze, a pocałunek zostaje przerwany przez rozbrzmiewający na korytarzu dzwonek. – Muszę iść na biologię, bo inaczej się spóźnię. Do zobaczenia później, misiu.

Puszcza moją dłoń i odchodzi, zostawiając po sobie zapach intensywnych perfum.

Wokół mnie ludzie zaczynają się rozpraszać – niektórzy biegną, by zdążyć na czas, inni idą spokojnie, mając to gdzieś. Ja stoję w miejscu, niezdolny do zatrzymania myśli o tym, co właśnie zobaczyłem.

Pewnie Scarlett ma rację.

Nathan rzeczywiście pasuje do Eleanor lepiej niż ja.

ROZDZIAŁ TRZECI

Eleanor

Na długiej przerwie wchodzę na stołówkę, od razu kierując się do naszego stolika, który zajmujemy już trzeci rok z rzędu. Jest idealnie ustawiony – wystarczająco widoczny, by obserwować wszystko, co dzieje się w Kingswood, ale też na tyle odizolowany, żeby jasno dawać do zrozumienia, że nie każdy ma prawo przysiąść się bez zaproszenia. Na razie siedzą przy nim same dziewczyny. Rzucam im krótkie „hej”, na co Scarlett nawet nie podnosi wzroku znad telefonu, a Phoebe macha mi z szerokim uśmiechem.

Odsuwam krzesło i siadam obok Zoe. Właśnie kończy upinać włosy klamrą, a gdy rejestruje moją obecność, zatrzymuje się w pół ruchu i marszczy gęste brwi, zerkając na mnie podejrzliwie.

– Els, a ty czemu nie idziesz po lunch? – Wskazuje brodą w stronę gigantycznej kolejki, ciągnącej się niemal do samego wyjścia ze stołówki. – Dzisiaj twoja ulubiona sałatka. Wiesz, ta z halloumi i granatem.

– Nie jestem głodna – odpowiadam zdawkowo, a następnie sięgam do torebki po butelkę wody.

– Ty? Nie jesteś głodna? – W głosie Zoe pojawia się coś między niedowierzaniem a zaniepokojeniem. – Co, apokalipsa się zbliża?

– Nie dramatyzuj.

Phoebe odrywa się od swojego smoothie i patrzy na mnie przepełnionym troską wzrokiem.

Na jej pięknej twarzy ledwie widać makijaż. Nigdy nie potrzebowała więcej niż cienkiej warstwy tuszu, podkreślającej niebieskie tęczówki, odrobiny różu, aby nadać koloru bladej cerze, i błyszczyka. Proste włosy w odcieniu miodowego blondu opadają jej swobodnie za łopatki, a lekka grzywka przysłania czoło, które według niej jest „zbyt duże”.

– Elsie, na pewno nie chcesz nic zjeść? – pyta łagodnie, po czym przesuwa w moją stronę pojemnik z sałatką. – Mogę oddać ci swoją, jeśli nie chcesz stać w kolejce. Naprawdę. Po szkole i tak idę na sushi do Hot Stone. Wreszcie mamy całą rodziną poznać nowego chłopaka Avy.

Patrzę na plastikowe pudełko. Liście szpinaku, cząstki granatu, kawałki grillowanego halloumi – to wszystko wygląda dokładnie tak, jak lubię. Przez kilka sekund czuję nieprzyjemne ssanie w żołądku, więc odkręcam butelkę i upijam łyk wody.

– Jadłam na poprzedniej przerwie. – Nie jadłam. – Miałam lunch z domu. – Nie miałam.

Phoebe nie wygląda na przekonaną.

– Jesteś pewna? – dopytuje, już otwierając sałatkę, na co sztywno potakuję głową. – Jest pyszna. Znaczy… nie próbowałam jej jak na razie, ale zawsze była pyszna, prawda? – Wsadza plastikowy widelec do środka i przesuwa pudełko jeszcze bliżej mnie. – Może chociaż skubniesz samo halloumi? Mam też wegańskiego batonika proteinowego z białą czekoladą i kokosem.

– Dzięki, Phoebs, tyle że naprawdę już jadłam. Mama zrobiła mi kanapki z awokado.

Zoe cały czas obserwuje mnie spod półprzymkniętych powiek. Nawija na widelec imponującą ilość spaghetti i wciska ją do buzi, prawdopodobnie, żeby nie powiedzieć czegoś, czego mogłaby później żałować. Widzę, jak analizuje moje żałosne kłamstwa, jednak dzięki Bogu nie ciągnie tematu.

– Witam, drogie panie. – Nathan zachodzi mnie od tyłu, przez co niemal podskakuję. Opada ciężko na krzesło obok, a jego umięśnione ramię ląduje na moich barkach. Wokół mnie roztacza się zapach dymu papierosowego, który zawsze towarzyszy mu po przerwach, zmieszany z drewnem i wanilią. – Pięknie dzisiaj wyglądasz, Ellie. – Poprawia mi kołnierzyk koszuli przy karku.

Świetnie. Podburzajmy wszystkie spekulacje.

Jak na zawołanie czuję na sobie wzrok osób z sąsiednich stolików. Rozmowy wokół wyraźnie cichną, jakby całe Kingswood oczekiwało na rozwój wydarzeń.

Nie mogę się doczekać, aż ktoś wyciągnie telefon i zacznie nas nagrywać, żeby potem móc sprzedawać plotki jako kolejny absolutny hit. Przez cały dzień wszyscy gadają tylko o tym przeklętym pocałunku, snując teorie na temat naszego rzekomego związku.

Nathan zdaje się tego nie zauważać albo – co w jego przypadku bardziej prawdopodobne – nic go to nie obchodzi. Dla niego bliskość jest czymś naturalnym; zdążyłam się przyzwyczaić, że nie ma w jego słowniku takiego pojęcia jak przestrzeń osobista.

– Czy naprawdę musisz to robić, Nate? – Próbuję się odsunąć, lecz jego uścisk tylko się zacieśnia.

– Ale co robić, piękna Ellie? – pyta niewinnie, podczas gdy szelmowski uśmiech rozciąga się na przystojnej twarzy. Tak, Nathaniel Scott jest przystojny. – Siedzieć? Oddychać? Być nieodparcie uroczy? A może prawić ci komplementy, na które zasługujesz?

– Twoje ramię. Zabierz je.

– Aha, ramię. Cóż, przykro mi, jednak ono chyba się do ciebie przyzwyczaiło. Nie chcę go rozczarować.

Ostentacyjnie przewracam oczami.

Pomimo tego, że czasem – a raczej często – jego zachowanie doprowadza mnie do szału, przez całe lato to właśnie on był jedyną osobą, której udało się wyciągnąć mnie z domu na dłużej niż dwie godziny. Kiedy zauważył, że przestałam pojawiać się na spotkaniach z całą resztą i odpisywać na wiadomości, z determinacją wkroczył do akcji.

Przez pierwszy tydzień kompletnie go ignorowałam. Jedyne, na co miałam wtedy siłę, to płakanie pod kocem w bluzie Maddoxa, czytanie romansów, które swoją drogą tylko bardziej mnie dołowały, i uciekanie w długie, samotne treningi tenisowe. Mój świat ograniczył się do zamkniętych drzwi mojego pokoju oraz wściekłego dźwięku piłki uderzającej o ściany Ashbourn Tennis Academy.

Jednak Nathan się nie poddawał, a ja po setkach wiadomości i telefonów w końcu uległam. Może dlatego, że w głębi duszy byłam zmęczona samotnością, a może przez to, że jako jedyny nie zmuszał mnie do rozmowy o Maddoxie. Nie zadawał bolesnych pytań ani nie szukał odpowiedzi, których nie chciałam udzielić.

To było jak wyciągnięta dłoń – nie taka, która ciągnie cię na siłę w stronę normalności, tylko taka, która po prostu leży obok, na wypadek gdybyś pewnego dnia zechciała ją chwycić.

I czasem… chwytałam.

– Olej tych wszystkich ludzi, Ellie. – Niski głos Nate’a wyrywa mnie z zamyślenia. – Wiesz, że to, co mówią, jest bez znaczenia, prawda? To tylko słowa. Za tydzień o nas zapomną i znajdą sobie nowe ofiary.

– Może powinnam w tym roku przestać przejmować się plotkami…

– Nie „może”, tylko „na pewno” – poprawia mnie zdecydowanie. – A tak w ogóle, mam coś dla ciebie. – Zdezorientowana patrzę, jak pochyla się do swojego skórzanego plecaka i zaczyna w nim grzebać. – Hmm… gdzie to…?

– Co ty kombinujesz?

– Czekaj, skarbie. Daj mi sekundkę. – Z determinacją przekopuje się przez pogniecione kartki i luźno wrzucone długopisy. – Miałem to gdzieś… Kurwa, ale mam tu pierdolnik… O, jest! – triumfuje, wyciągając z dna plecaka zmiażdżony batonik Twirl. Rzuca go na stół, tuż przed mój nos. – Proszę bardzo. Na poprawę humoru. Twój ulubiony – dodaje z uśmiechem tak dumnym, jakby położył przede mną bransoletkę Cartiera, a nie batonik z Tesco za funta.

Przez kilka sekund po prostu patrzę na fioletowe sreberko. Nie do końca wiem, co powinnam zrobić. Jestem wdzięczna, że Nathan pamiętał, co lubię, i próbował zrobić coś miłego, lecz nie mam zamiaru tego jeść.

– Nie jestem głodna. Ale to też twój ulubiony – przesuwam batonik z powrotem w jego stronę – więc ty go zjedz.

– Ellie, błagam cię. To nie jest obiad z trzech dań. To batonik. Czekolada. Ludzie ją jedzą, bo jest zajebiście dobra i poprawia humor. Nie musisz być głodna, żeby zjeść coś słodkiego.

– Naprawdę nie mam ochoty, Nate – upieram się.

– Nie wymigasz się tak łatwo, moja droga. Masz go zjeść – przesuwa batonik znów do mnie – bo jesteś tak blada, jakbyś miała za chwilę wyparować z tego świata, a ja się na to nie piszę. Wiesz dobrze, że nie dam rady żyć bez twojego brownie z karmelem i orzechami. Serio, to cholerstwo jest lepsze niż seks – trajkocze dalej jak najęty. Nim zdążę się zorientować, już rozrywa opakowanie i wyjmuje jedną połówkę, po czym wciska mi ją na siłę do ręki. – Zjemy na pół.

Patrzę na kawałek czekolady w swojej dłoni. To absurdalne, lecz czuję się, jakby ktoś podłożył mi pod nos granat i czekał, aż go odbezpieczę. Gardło zaciska mi się jak zawsze, gdy jestem bliska płaczu.

Biorę pierwszego, maleńkiego gryza.

114.

– No widzisz, jak pięknie? – Nathan aż promienieje zadowoleniem. Wciska swój kawałek naraz do ust i opiera brodę o moje ramię. – A teraz połknij i przyznaj, że było warto.

Nie odpowiadam. Przełykam z trudem, a czekolada zatrzymuje się w połowie drogi, zawieszona między rozpaczą a bezlitosnymi wyrzutami sumienia. W głowie cały czas powtarzam sobie: 114. 114. 114.

Obok życie toczy się dalej. Odgłosy na stołówce zaczynają się zlewać w jedno, zmieniając w niewyraźny szum. Przestaję słuchać rozmowy przyjaciół w tej samej sekundzie, w której czuję jego obecność. To irracjonalne, ale nie muszę nawet unosić wzroku, żeby wiedzieć, że właśnie wszedł do pomieszczenia.

Podnoszę głowę i oczywiście jest tu.

Maddox właśnie zmierza w naszą stronę w towarzystwie Michaela. Nie ma na sobie marynarki ani swetra od mundurka, a rękawy śnieżnobiałej, starannie wyprasowanej koszuli są podwinięte do łokci, odsłaniając lekko opalone przedramiona, z wyraźnie widocznymi ścięgnami. Materiał opina się na jego klatce piersiowej, uwydatniając każdy szczegół wysportowanej sylwetki, która jest efektem godzin spędzonych na korcie tenisowym i boisku do lacrosse. Kruczoczarne włosy, nieco zbyt długie, opadają mu niesfornie na czoło.

Zawsze uwielbiałam przeczesywać je palcami. Czuć pod opuszkami miękkie, gęste pasma, kiedy kompletnie wyczerpany zasypiał obok mnie po treningu…

Stop, Eleanor. Ostatnie, czego teraz potrzebujesz, to rozkojarzenie spowodowane falą wspomnień.

Ale moje myśli od zawsze są bardziej uparte niż ja.

Od naszego ostatniego prawdziwego spotkania minęły prawie dwa miesiące. W teorii to nie tak długo, prawda? Niecałe dziewięć tygodni, pięćdziesiąt dziewięć dni, mniej więcej tysiąc czterysta godzin.

W praktyce czuję, jakby minęła cała wieczność.

Czas bez niego nie płynie normalnie. Długie doby zamieniają się w jeszcze dłuższe tygodnie, a te przeciągają się w trwające nieskończoność miesiące. Każdy kolejny dzień nie przynosi ukojenia, nie pozwala mi się przyzwyczaić do tej nowej rzeczywistości, której tak strasznie nienawidzę.

Kiedyś jego obecność w moim życiu była tak pewna jak wschód słońca. Czwartego lipca słońce przestało wschodzić, a ja od tamtej pory tkwię w niekończącej się nocy polarnej, bez nadziei na świt. Żyję w ciemności, błądząc na oślep, i próbuję sobie wmówić, że to w końcu minie.

Maddox przenosi wzrok najpierw na mnie, potem w stronę Nathana, którego ramię wciąż spoczywa na moim, a następnie wraca z powrotem na mnie. Jego twarz pozostaje spokojna, nie zdradza absolutnie nic, choć ja widzę więcej – wyłapuję lekko zaciśniętą szczękę, mocniej napięte na pasku skórzanej torby palce. To drobne, niemal niezauważalne gesty, jednak nie dla mnie. Znam każdy szczegół jego twarzy, każdy nawyk i każdą reakcję.

Jestem ekspertem, jeśli chodzi o Maddoxa Cartera Griffina.

Chłopcy docierają do naszego stolika. Michael wita się ze wszystkimi i przysiada obok Phoebe, już znikając w telefonie, natomiast Maddox, jak gdyby nigdy nic, posyła mi subtelny uśmiech. To ten szczery, rozbrajający, który sprawia, że mój pusty żołądek robi salto. Uświadamiam sobie, jak strasznie tęskniłam za tym maleńkim gestem.

– Cześć, El.

Jego głos – och, ten lekko ochrypły, znajomy do bólu tembr – trafia prosto w miejsce, które od miesięcy usiłuję zabetonować. Zawsze brzmi inaczej, kiedy wypowiada moje imię. Może tylko to sobie wmawiam, ale słyszę w nim czułość. Nie powinno jej tam być.

Na moich przedramionach natychmiast pojawia się gęsia skórka. W myślach ganię własne ciało za to, że mnie zdradza i wciąż go pragnie.

– Cześć, Maddox.

Siada naprzeciwko mnie, a Scarlett, nie tracąc ani sekundy, przesuwa dłoń po jego przedramieniu, jakby musiała zaznaczyć swój teren. Przyciąga go bliżej i wtula się w jego tors, natomiast on obejmuje ją w pasie.

Nie mam prawa czuć tego ukłucia w środku, jednak ono tam jest – paskudne ukłucie zazdrości, które nie daje się zagłuszyć ani zdrowym rozsądkiem, ani najbardziej rozpaczliwymi próbami powtarzania sobie, że nie jesteśmy razem.

Nigdy nie byliśmy.

Sięgam do torebki, wyciągam z niej książkę od literatury i otwieram ją na losowej stronie. Czuję na sobie jego wzrok, mimo iż robię wszystko, żeby go ignorować.

– Co słychać, El?

– W porządku. – Przewracam stronę, chociaż nie przeczytałam ani jednego zdania na poprzedniej.

– Jak minęły ci wakacje? – Nie chcę patrzeć mu w oczy, więc kieruję wzrok na jego długie palce. Stuka nimi niecierpliwie o blat, a sygnet rodowy Griffinów na lewej dłoni odbija promienie słońca wpadające do stołówki przez wielkie okna. – Widziałem kilka zdjęć z Mykonos. Dobrze się bawiłaś?

Nie mam pojęcia, dlaczego go to właściwie obchodzi.

– Ogromny upał, wszędzie tłumy, kilometrowe kolejki do restauracji… – wymieniam zgodnie z prawdą. – Zdecydowanie wolę południe Francji lub Alpy.

Które odwiedziłam z tobą.

– Misiu, przecież razem oglądaliśmy zdjęcia Ellie – przypomina mu Scarlett. – Pamiętasz? Pokazywałam ci je w aucie, gdy wracaliśmy z kolacji z Killianem i Charlotte – akcentuje każde imię, jakby chciała wyraźnie zaznaczyć, że to ona jest teraz częścią jego świata. A może to sobie wymyślam? – Były oszałamiające, prawda?

Maddox nie odpowiada od razu. Decyduję się unieść wzrok znad książki i dostrzegam, że nie patrzy na jej dłoń, teraz muskającą jego skórę, ani uśmiech, z którym się w niego wpatruje.

Ciemne oczy spoczywają na mnie.

– Mykonos zawsze jest – odchrząkuje – oszałamiające.

Nathan jak zawsze wyczuwa idealny moment i postanawia wtrącić się do rozmowy. Zsuwa dłoń z mojego ramienia tylko po to, żeby złapać za opadający mi na plecy warkocz. Zaczyna bawić się jego końcówką, więc zerkam na niego z politowaniem i trącam go łokciem w żebra, by dać mu do zrozumienia, że przegina.

– Serio, Nate?

– Widoki na Mykonos to nic przy Ellie w tym błękitnym bikini – oświadcza z rozbrajającą szczerością. Pochyla się bliżej i wyszeptuje mi do ucha: – Ale wiesz, że podobasz mi się w każdym wydaniu.

– Nate ma rację – potwierdza Zoe, z ustami pełnymi spaghetti. Ledwo przełyka, po czym wskazuje na mnie widelcem z resztkami sosu. – Sama nie mogłam oderwać wzroku, Els. – Puszcza do mnie oczko.

– Błękit to twój kolor, Elsie – włącza się Phoebe. – Naprawdę. Powinnaś częściej go nosić.

– Dzięki… – bąkam.

Próbuję zignorować ciepło, które zalewa mi nie tylko policzki, ale i szyję, a nawet dekolt pod materiałem koszuli. Automatycznie poprawiam kołnierzyk, jakby to mogło ukryć czerwone plamy.

Nienawidzę tak bezpośrednich komplementów.

Zwłaszcza dotyczących mojego ciała.

Rozmowy przy stoliku toczą się dalej, choć już jedynie pobieżnie biorę w nich udział. Znowu otwieram książkę na przypadkowym rozdziale, byle tylko nie zerkać w stronę Scarlett i Maddoxa. Ich bliskość to nieustanne przypomnienie czegoś, co kiedyś mogło być moje. Czegoś, co przez bardzo krótką chwilę naprawdę było moje.

Udaję, że mnie to nie obchodzi, bo to wszystko, co mi zostało.

Prawda jest zbyt bolesna.

Maddox Griffin nadal jest wszystkim, czego pragnę.