Malarz smoków - Mary McNeil Fenollosa - ebook + audiobook

Malarz smoków ebook i audiobook

Mary McNeil Fenollosa

1,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

W XIX-wiecznym Edo, świeżo przemianowanym na Tokio, mieszka sędziwy mistrz malarstwa tuszowego – Kano Indara, ostatni z rodu prominentnych artystów minionej epoki. Jego głównym zmartwieniem jest brak dziedzica i godnego spadkobiercy jego szkoły, lecz oto spotyka Tatsu, młodego geniusza pędzla. Jego niezwykły talent sprawia, iż stary Kano ignoruje osobliwą opowieść młodzieńca o tym, jakoby tysiąc lat temu zaręczył się z… córką smoka. Piękna historia o miłości, sztuce i Japonii pierwszych lat okresu Meiji (1868-1912), spisane przez Mary McNeil Fenollosę, żonę jednego z najwybitniejszych pionierskich badaczy kultury japońskiej, została w 1919 roku przeniesiona na ekran przez studio Sessue Hayakawy, bożyszcza amerykańskiego kina niemego.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 197

Rok wydania: 2015

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 5 godz. 14 min

Rok wydania: 2015

Lektor: Agnieszka Krzysztoń

Oceny
1,0 (1 ocena)
0
0
0
0
1
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Kebazia

Oceń książkę

Nie jestem pewna, na ile pokochałam tę powieść, a na ile po prostu zapracowała na mój szacunek przez samą konstrukcję, ale na pewno pozytywnie mnie zaskoczyła i cieszę się z podjętej spontanicznie decyzji o lekturze. Jej klimat, jej emocje... Tak, trafiła dokładnie tam, gdzie powinna. Nie sadze, by na długo pozostała w moim sercu, ale czy to ma jakieś znaczenie?
00



Tytuł oryginału:

The Dragon Painter

Opracowanie graficzne:

Krzysztof Wosiński

Opracowanie elekroniczne:

Marta Szyler, Krzysztof Wosiński

Copyright © for Polish translation by Adrianna Wosińska

Copyright © for Polish edition by Wydawnictwo Kirin

Wydawca, sprzedaż hurtowa i wysyłkowa:

Wydawnictwo Kirin

tel. 51 636-78-55

www.kirin.pl

e-mail: [email protected]

Księgarnia internetowa:

www.sklep.kirin.pl

Wydanie I elektroniczne

Bydgoszcz 2015

ISBN 978-83-62945-37-5

I

Edo – tak starzy ludzie wciąż jeszcze nazywają to miasto. Z kolei dla młodych nazwa Tokio ma miły, nowoczesny wydźwięk i wymawia się ją gładko. Dla jednych i drugich jednak, których domem jest to wielkie miasto, położone na równinie otoczonej zielonymi wzgórzami, poprzecinane wstęgami lśniącej rzeki, żyłkowane tętniącymi życiem kanałami, zdaje się ono pępkiem świata.

Tokio nawiedzane jest przez burze – często gwałtowne, czasem niszczycielskie. Grożą mu trzęsienia ziemi; śnieg pada na dachy świątyń, tańcząc wśród mokrych pióropuszy bambusów lub huśtając się na ciemnozielonych gałęziach sosen. Letnie słońce przypieka oblicze Edo, a deszcz spływa na ziemię w szerokich strugach. Wieczorem zbierają się mgły, przykrywając je niczym kołdra i rzucając na miasto zaklęcie milczenia, przez które niczym ostrza znakomitych mieczy przebijają się głosy tancerek. W zapadających ciemnościach jak leśne elfy drgają przy śpieszących gdzieś rikszach żółte światła lampionów. Aby jednak poznać w pełni urok tego wielkiego miasta, trzeba zbudzić się wraz ze świtem. Pora ta na całym świecie ludzi obdarzonych wyobraźnią przyprawia o dreszcz, o tęsknotę i o ból powracającego widzenia. Nigdzie jednak cud ten nie tchnie taką tajemniczością, jak we współczesnym Tokio.

Daleko na wschodzie rzeka Sumida pogrążona jest jeszcze we śnie. Za nią iglice pagód, przypominające czarne kile zatopionych statków, przecinają wciąż jeszcze przyprószone gwiazdami niebo. Wszystko trwa w bezruchu, a mimo to coś się zmienia. Ciemność drży jak pod wpływem zimnego dotyku. Blada mgiełka tchnie lekko w stronę nieporuszonego nieboskłonu. Jego złoty odcień pogłębia się prędko i oto nagle zmienia się w blady róż. W tym czasie gwiazdy pierzchają jak spłoszone myszy.

Wśród szarych kępek zabudowań kluczy mgła; wstający dzień jej nie odpowiada. Gdy pąsowe światło osiąga swój zenit, mgła unosi się i umyka różowymi, złotymi i białymi warstwami. W tej samej chwili daleko, poza zasięgiem miejskiej szarzyzny, stożek Fuji rozbłyska glorią. On także okrywa się różem. Ma kształt pąku lotosu, a rozległe szczeliny biegnące wzdłuż jego stoków przypominają w tej chwili delikatne, złote żyłkowanie płatka kwiatu, który zdaje się powoli otwierać. Jest niczym kielich ofiarny nowego dnia, zwiastun i obietnica jego błogosławieństwa. Skrzeczące wrony budzą się w koronach sosen, a gołębie otwierają oczy pod gontami świątyń. Na wschodzie ponad rzeką niebo płonie czerwienią, a okrągła, czerwona tarcza słońca, symbol tego kraju, wznosi się w niebo jak okrzyk zwycięstwa nad nocą.

Na migocącym szlaku Sumidy wyładowane po brzegi barki, wieczorami przykrywane wielkimi kwadratami obrębionych słomianych mat, zaczynają kiwać się i stukać dziobami, przypominając teraz wiercące się w gnieździe gigantyczne wodne ptaki. Ze świątyń dochodzą słowa modlitw i srebrzyste dźwięki dzwonów bijących jutrznię; kapłani i akolici witają wielkiego Buddę nowego dnia. Z niewielkich, pozbawionych kominów kuchni tysięcy domów wznoszą się powoli błękitne piórka dymu, by zginąć wraz z ostatnim tchnieniem znikającej mgły. Wróble zaczynają ćwierkać: najpierw jeden, potem dziesięć, a w końcu tysiące. Brzmienie ich głosików przypomina dźwięk niezliczonych maleńkich dzwoneczków.

Wszędzie dookoła amado, drewniane zewnętrzne okiennice domostw, rozsuwają się z trzaskiem i znikają w wąskich szczelinach. Hałas rozprzestrzenia się od dzielnicy do dzielnicy jak kanonada. Służące nawołują się radośnie przez bambusowe płoty, wszędzie otwierają się przesuwane drzwi shōji, ukazując często bladozieloną moskitierę zawieszoną między rogami sypialni o niskich powałach. Dzieci, odziane w jaskrawą nocną bieliznę, wybiegają na werandę, aby zobaczyć wschodzące słońce, a koguty dumnie stąpają po swoich karlich ogródeczkach. Z ulic dochodzi nawoływanie sprzedawców kwiatów, ryb, tofu, warzyw i mleka. Tak właśnie wygląda początek dnia w Tokio, które starzy ludzie wciąż jeszcze nazywają Edo.

Właśnie jednego z takich letnich poranków nie tak dawno temu stary Kanō Indara, śpiąc w swoim zaciemnionym pokoju, poczuł nagle, że ogarnia go radość. Jego sny wypełniło piękno. Uśmiechając się jak dziecko prowadzone przez miłość, wstał, odsunął cicho shōji, a następnie amado, po czym z uniesioną twarzą wyszedł do ogrodu. Piękno uciekającej nocy wabiło go za sobą, lecz świt zatrzymywał go w miejscu.

Było to moment przed tym, jak wielkie słońce wstępuje na swój tron. Kanō czuł się panem zielonej przestrzeni wokół siebie. Doniczkowe powoje wystawiały przez kratownicę pergoli swoje nieotwarte jeszcze kwiaty. Były delikatne niczym chustka ozdobiona na rogach koralikami rosy. Oczy Kanō również zasnuły się rosą łez.

Zbliżył się do kwiatów. Jakieś nieokreślone, silne uczucie rozsadzało jego serce tak, jak kwiat rozsadza od środka swój pąk. Zgarbione ciało starca poczęło dygotać. Usiadł na krawędzi wąskiej, pozbawionej poręczy werandy, wzdłuż której rosły kwiaty. Jeden drżący pąk wychylał się ku niemu, jak gdyby próbując go dotknąć.

Starzec czuł, jak jego własne serce zmienia się w tętniący pąk. Był artystą, lecz czy uda mu się przetrwać kolejne radosne objawienie? Tak, jego dusza, odświeżona jak bóstwo, które potrafi odzyskać młodość, zatracała się w wewnętrznej wizji. Czuł się, jakby to był pierwszy poranek jego życia. Ogarnęło go pragnienie tworzenia.

Kwiat także począł się trząść. Kanō odwrócił się całkowicie w jego stronę. Przejrzyste, błękitnawe krawędzie koniuszka pąku zaczęły delikatnie się rozdzielać, spojone zaledwie przez pojedynczą kroplę wody. I oto na oczach starca owa kropla oderwała się i spadła ciężko, z dosłyszalnym plaśnięciem rozpryskując się na jego dłoni. W tej samej chwili kwiat z delikatnym westchnieniem rozchylił się, rodząc pytania o życie, o sztukę, o nieśmiertelność. Stary człowiek zakrył twarz i zaszlochał.

Kanō Indara był ostatnim z rodu wielkich artystów. Nawet obecnie, w erze materializmu, jego sława rozpościerała się niczym mgła na terenie całego kraju, a jego nazwisko znano nawet daleko za morzem, w barbarzyńskich krajach. Tokio mogło hołdować postępowi, lecz Kanō kultywował tradycje swojego narodu. Jego jedynym pragnieniem było żyć jak prawdziwy artysta i jako artysta umrzeć. Mógł objąć wysoką posadę w powołanym ostatnimi czasy przez rząd wielkim Muzeum Sztuki i mieszkać wśród szkaradnych różowych stiuków z wieżyczkami na każdym rogu. Mógł zostać wybrany przewodniczącym nowej Akademii Sztuk Pięknych i przesiadywać w towarzystwie włoskich rzeźbiarzy i zwyrodniałych francuskich malarzy, sprowadzonych do Japonii, by uczyli i „cywilizowali” jej mieszkańców. Twarde grafitowe ołówki, pozostawiające ślad równie wyraźny i ostry jak rysy twarzy obcokrajowców, którzy je przywieźli, miały zastąpić miękkie muśnięcia tuszu z węgla drzewnego, których delikatność przywodziła na myśl jedwab lub młode liście. Artystom miano wetknąć w dłonie te okropne pędzle wykonywane ze świńskiej szczeciny i upięte metalowymi skuwkami, zatkniętymi na stożkowate patyki z malowanego drewna – tak, artystom, którzy od dziecka uczyli się sztuki giętkiego japońskiego malarstwa, przypominającego malowanie samą duszą. Artystom, którzy potrafili odczuwać radość z samego faktu wodzenia długimi, posuwistymi ruchami po chropowatej fakturze papieru, kiedy mocniejsze przyciśnięcie pędzla tu a lżejsze muśnięcie tam, zwrot dłoni tu a lekkie jej uniesienie tam – tworzyło muzykę dla oczu; ludziom, którzy zdawali sobie sprawę z tego, że pędzel nie jest przedłużeniem ciała, lecz duszy – tym właśnie ludziom, artystom, podsunięto garść świńskich szczotek, upchniętych w cudzoziemskiej puszce. Nawet w kronikach samej rodziny Kanō odnotowano niejeden przypadek, kiedy to wierny pędzel zyskał własną duszę i opłakiwał śmierć swojego właściciela. Cóż za porównanie z pędzlami obcokrajowców i ich małymi tubkami śmierdzących, klejowych farb o martwych barwach! Kanō wzdrygał się na samą myśl o nich.

Naturalną koleją rzeczy nie znosił zmian wprowadzanych przez nowy rząd. Żałował i ubolewał nad wielkodusznością Cesarza, który tak szybko dał swemu ludowi nowoczesną konstytucję. Co sztuce po konstytucji?

Na północnym krańcu Edo ciągnie się zielony pas płaskowyżu. Kanō, cichy przeciwnik nowego ładu w Japonii, mieszkał w połowie drogi do niego, bezpieczny od północnych wiatrów, skryty za bambusowym płotem. Oprócz niego w domostwie mieszkała tylko jego córka, jedynaczka imieniem Umeko, oraz stara służąca Mata.

Ogród, najważniejsza część każdego japońskiego domostwa, biegł wąskim pasem w stronę południa. Z przodu od wąskiej ulicy odgradzał go kamienny mur i żywopłot. W jednym rogu wzniesiono pagórek, „miejsce podziwiania księżyca”, element, bez którego nie wyobrażał sobie ogrodu żaden poeta ani artysta. Przez wiele lat z jego płaskiego szczytu stary Kanō podziwiał wschodzący księżyc i jak teraz, gdy świt obejmował ziemię w swe władanie, żegnał wzrokiem zamazujące się zarysy gwiazd. Za dnia zaś lubił z tego miejsca spoglądać w dół na ulicę, rozkoszując się ruchliwością i barwnością przemierzających ją tłumów.

Sam ogród stworzony został głównie ze żwiru, kamyczków, kamieni i licznych odmian sosen, ulubionych drzew starego malarza. U stóp wzgórza kryła się niewielka, obrzeżona kamieniami sadzawka, której czysta powierzchnia wiernie odbijała całe piękno okolicy. W jej wodach pływało leniwie kilka wspaniałych karpi w kolorze porannej zorzy, które wystawiały pyszczki w kierunku domu ilekroć nadchodziła znana im pora daniny z ryżu i ciastek.

Kanō miał w ogrodzie także śliwy, klasyczne ume uwielbiane przez artystów i poetów, a także wszystkich porządnych ludzi. Jedno z drzew, wspaniały okaz odmiany zwanej „przyczajonym smokiem”, gięło i wykręcało konary tuż przy werandzie pokoju swej imienniczki, Umeko, dotykając jednym z uliścionych ramion niemalże papierowych shōji prowadzących do środka. Rośliny jednoroczne i byliny w ogrodzie Kanō w większości rosły w doniczkach i ze szczególną troską dbała o nie Umeko. Były tam letnie powoje, wiosenne peonie i irysy oraz jesienne chryzantemy. Jedna zamorska roślina, róża o pąsowych kwiatach, rosnąca w szaroniebieskiej donicy, została przycięta i wyhodowana na piękność, o jakiej zachodnie krzewy różane mogą tylko marzyć.

Za domem Kanō teren wznosił się na przestrzeni jakichś dwudziestu jardów, a nachylenie było ledwo dostrzegalne. Tam właśnie Mata robiła pranie, zimą suszyła rzodkiew daikon, a latem – krążki słodkich ziemniaków. Teren ten uznawała za swoje małe królestwo i tego faktu nie dało się ukryć. Za nim wzgórze nagle strzelało w górę niczym piętrząca się fala. Rosło wyżej i wyżej, oplecione winoroślami, paprociami i bambusem – aż nagle załamywało się w powietrzu, ukazując na swoim grzbiecie pianę skał, grubych krzewów i kamienistych uskoków. Znajdowało się niemalże pośrodku posiadłości i wielkie, stare drzewo kamforowe stojące na nim rysowało się na błękitnym tle nieba niczym zielony balon.

Za nim, już niewidoczna z ogrodu poniżej, stała świątynia sekty shingon, najbardziej mistycznej z dawnych odmian buddyzmu ezoterycznego. Na jej tyłach, między żywopłotami świętego drzewa mochi, mieściły się szerokie, niskie i kanciaste zabudowania klasztoru, szare i wiekowe jak sama świątynia. Ów swoisty azyl znany był w Japonii od stuleci. Niejedna mniszka w jego murach wywodziła się z cesarskiego rodu. Dawniej świątynia posiadała wiele koku[1] żyznej ziemi, władała polami ryżowymi i całymi wioskami, uzyskując z nich niebagatelne dochody. Jednakże wraz z restauracją władzy cesarskiej, jakieś 30 lat przed tym, nim zaczyna się nasza opowieść, większość tych ziem została skonfiskowana i teraz, skurczona niczym papieska władza w Rzymie, świątynia posiadała tylko te ziemie, które wyznaczały wkoło żywopłoty i kamienne mury. Stał na nich główny pawilon – cichy i imponujący swym majestatem, pomniejsze kapliczki i domostwa mnichów, wielki, poczerniały od dymu refektarz, niskie zabudowania żeńskiego klasztoru i ogród wkoło niego oraz wreszcie, na północnym stoku wzgórza – cmentarz, istna plantacja porostów, najeżona ściśniętymi jeden przy drugim nagrobkami z szarego kamienia, które układały się w regularny, spękany wzór, gdzieniegdzie tylko zaburzony przez wysokie, okrągłe kolumny znaczące miejsce pochówku kapłana, otoczone kręgiem drewnianych deszczułek sotōba. Tu i ówdzie wyrastały kępy wielkich bambusów, przypominające zielone płomienie tryskające ze skalnych szczelin.

Mimo swego poniżenia i ubóstwa, świątynia wciąż roztaczała w promieniu kilku mil władzę nad umysłami ludzi, dla których stanowiła ważny punkt odniesienia w krajobrazie, z czego najbliższe sąsiedztwo było niezwykle dumne. Mieszkańcy prowincji przechodząc ulicą biegnącą poniżej, wznosili ku niej wzrok, a usta ich same układały się w modlitwie. Dzieci wspinały się po długich kamiennych stopniach, by bawić się na świątynnym dziedzińcu i karmić piękne oswojone gołębie, pomieszkujące między rzeźbionymi w drewnie smokami na świątynnych gontach.

Na tym właśnie szarym cmentarzu na odległej części wzgórza spoczywała żona Kanō, młoda matka, która zmarła tak dawno temu, że Umeko nie zachowała po niej najmniejszego wspomnienia. Spała snem wiecznym pod granitową kolumną z wyrytym napisem: „Kwiat rozkwitły nocą, boskie pawilony pełne są jego woni”. Było to kaimyō, czyli buddyjskie imię nadawane zmarłym. Wszelkie bardziej osobiste informacje o kobiecie – jej imię, wiek i data „boskiego odejścia” – znajdowały się w domowej kapliczce Kanō, gdzie za napełnioną najczystszym roślinnym olejem maleńką lampką oliwną, której płomień nigdy dotąd nie zgasł, stał jej ihai, pośmiertna tabliczka. Dzięki tej kapliczce i codziennym rytuałom odprawianym przy niej ze szczerą miłością, obecność zmarłej w domu nigdy nie ustała. Nawet mimo żarliwego pragnienia posiadania syna, który mógłby odziedziczyć nazwisko i rodzinne tradycje, stary Kanō nie mógł znieść myśli, że jeśli w domu pojawiłaby się druga żona, mogłaby zażądać usunięcia kapliczki.

W buddyjskiej świątyni dobrze znano Umeko i jej ojca, którzy często modlili się przy jej złotych ołtarzach. Mata jednak pogardzała obrzędami starszych wyznań. Ona sama była shinshū, buddyjską protestantką [2]. Jej sekta odrzucała wszelki mistycyzm jako zbędny, dopuszczała małżeństwa kapłanów, zaś znosząc życie klasztorne, zbawienie pozostawiała jedynie miłości i miłosierdziu Amidy, Buddy Światła.

Czasem o zmierzchu grupka ciemnych postaci, siwych jak świątynne gołębie, wykradała się przez klasztorną bramę, przecinała szeroki, brukowany dziedziniec świątyni i przez długie minuty stała u wygiętych korzeni drzewa kamforowego, wpatrując się w piękno równiny Edo, podziwiając wielkie lustro połyskującej zatoki od południa i magmowy, silnie zarysowany na złotym tle stożek Fuji daleko na zachodzie, gdzie gasły ostatnie promienie słońca.

Tymczasem minęła już pełna godzina, a Kanō wciąż rozpływał się w zachwycie nad powojem. Czasem wstawał i przechadzał się po ogrodzie, dotykając po kolei wszystkich ukochanych kwiatów, jakby witając się z każdym z osobna. Gdyby nie narastający słoneczny żar, nie miałby żadnego poczucia czasu. Wreszcie ostatnia kropla rosy zniknęła. Wkoło uwijały się wrony i wróble, szukając śniadania dla swoich piskląt.

Być może to właśnie rwetes, jaki owi pierzaści rodzice robili przy okazji, zbudził wreszcie starą Matę, śpiącą w pokoju za kuchnią. Obróciła się sennie na posłaniu. Niezwykłe światło sączące się zza shōji sprawiło, że poderwała się na równe nogi. Bez wątpienia ktoś otworzył amado w dalszej części domu. Czyżby nocą zakradli się rabusie? Może jej pan i panienka Ume leżą gdzieś w kałuży krwi?

Zerwała się zaraz z posłania i drżącymi palcami rozsunęła drzwi. Najpierw zajrzała do pokoju Ume, bo to dla niej przede wszystkim biło stare serce służącej. Smukła postać na ziemi poruszyła się, wydając z siebie ciche westchnienie. W sypialni Ume wszystko było jak trzeba. Zapukała więc do fusumy, rozsuwanych drzwi pokoju Kanō – nie doczekała się odpowiedzi. Ostrożnie rozsunęła je i zaraz zalała ją powódź porannego światła. Drzwi prowadzące na zewnątrz były otwarte. Przez małe, kwadratowe kolumienki werandy, niczym między ramami obrazu, dostrzegła w ogrodzie starego Kanō stojącego tuż przy sadzawce. Gdy jeszcze patrzyła na niego z niedowierzaniem, że mogła tak zaspać, świątynny dzwon zabrzmiał z wolna sześć razy. Szósta! Nigdy wcześniej jej się to nie zdarzyło! Cóż, najwyraźniej starzeje się i staje bezużyteczna. Lepiej byłoby dla niej, gdyby napełniła rękawy kamieniami i rzuciła się do najbliższej rzeki. Pospieszyła z powrotem do środka, każdym energicznym krokiem protestując przeciw takiej możliwości.

– Panienko Ume! Umeko! – zawołała. – Maa[3]! Co was oboje opętało? Danna-san [4] kręci się, jakby nie spał już od dawna, a nie wypił jeszcze nawet czarki herbaty! I ogień jeszcze nie rozpalony! Chyba jakiś demon snu musiał was opętać!

Weszła do pokoju Umeko i wciąż jeszcze gderając, przecięła jego niewielką powierzchnię, by rozsunąć szeroko wpierw shōji, a następnie amado.

Ume poruszyła się leniwie. Jej lakowana poduszka [5] wyścielona jaskrawym watowaniem zakołysała się ze stukiem.

– Żaden demon mnie nie dopadł, Mata-san… – wymamrotała z uśmiechem. – Chyba, że masz na myśli siebie, okrutna kobieto, która mnie wyrwałaś z pięknego snu.

– Baku[6] pożarł twój sen! – zawołała Mata. – Mówię, że pod garnkiem nierozpalone!

Ume usiadła i z wolna wygładziła błyszczące włosy. Żółte światło poranka zatańczyło w rogach jej pokoju, zamigotało feerią barw na jej jedwabnej pościeli i zastygło, jakby onieśmielone delikatnym pięknem twarzy dziewczyny.

Gdy Mata jeszcze mówiła, Umeko opadła z powrotem na posłanie, uśmiechając się przebiegle. Uwielbiała droczyć się ze swoją dawną piastunką.

– Nie, nianiu! – zaprotestowała. – To niemożliwe. Baku karmią się jedynie złymi snami, a to nie był zły sen. Ach, nianiu, jaki to był piękny sen…

– Nie ma czasu na te głupoty, z całym szacunkiem! – zakrzyknęła Mata w udawanym gniewie. – Czy ja wyglądam jak sturęka bogini Kannon, żebym mogła wszystko w domu sama zrobić naraz? Ubieraj się szybko, bardzo cię proszę, a potem przygotuj tackę dla twojego czcigodnego ojca i wyciągnij z niebieskiego słoja dwie piklowane śliwki.

Ume wstała, wzdychając z przesadnym żalem. Złożyła swoje posłanie i poduszkę w kącie z zamiarem późniejszego ich wywietrzenia. Jej toaleta była prosta i szybka: zrzucić z siebie barwną nocną szatę i cisnąć ją na spiętrzoną pościel, włożyć bieliznę z cienkiego białego lnu i krótką halkę z błękitnej krepy, na nie narzucić dzienną biało-niebieską bawełnianą szatę i przewiązać ją pasem wyszywanym błękitnym i złotym brokatem – i to wszystko. Umyła się w płytkiej drewnianej misie na kuchennej werandzie, gdzie nieustannie rozpryskiwała się zimna woda, doprowadzana bambusowymi rurami ze wzgórza. Pospiesznie wytarłszy twarz i ręce małym ręczniczkiem zawieszonym na drewnianej obręczy, pobiegła do kuchni, by pomóc wciąż jeszcze gderającej Macie.

Tymczasem stary Kanō przysiadł na brzegu werandy. Letni żar powoli stawał się nie do zniesienia. Powoje na pergoli stopniowo opadały z sił i już po chwili zwisały wyczerpane i wiotkie, jak zwykłe poblakłe ofiary więdnięcia. W oddali świątynny dzwon wybił siódmą. Kanō drgnął na ten obcy sposób wyznaczania upływu czasu. Ekstaza, w jakiej dopiero co była jego dusza, poczęła ustępować miejsca melancholii. Być może zbyt długo pozostawał na nogach bez śniadania, być może to intensywność poranka upuściła z niego sił życiowych. Jak narastająca fala przypływu, ogarnęło go poczucie beznadziejności, tak życia, jak i śmierci.

Ume uklęknęła i ukłoniła się mu tuż obok na werandzie.

– Dzień dobry, czcigodny ojcze. Czy zechcesz wejść do środka i coś zjeść? – rzekła. Jej głos i czar bijący od jej twarzy, gdy uniosła oczy, by spojrzeć na ojca, sprawiał, że nawet kamienny posąg odwzajemniłby jej uśmiech. Lecz Kanō odwrócił się z żalem.

„Na Shakę [7]! Dlaczego nie mogła urodzić się chłopcem!” – pomyślał.

Wstał jednak i zzuwszy drewniane chodaki na ścieżce biegnącej poniżej werandy, udał się za Ume do zashiki, głównego pokoju w domu, z którego rozciągał się najlepszy widok na ogród.

Herbata, świeżo zaparzona i jeszcze delikatna, była przepyszna, a nic nie pobudzało porannego apetytu tak, jak piklowane śliwki.

– Za chwilę podam ryż i rybę – zapowiedziała Ume i wycofała się z uśmiechem do kuchni.

Kanō w zadumie nabił śliwkę na koniec wykałaczki i począł skubać zębami jej pomarszczoną skórkę. Właśnie, że też musiała być córką, nie synem! Oczywiście, umiała malować, i to znacznie lepiej niż słynne historyczne damy. Ale w końcu żadna malarka nigdy nie osiągnie maestrii! Wszystkie kobiety na pierwszym miejscu stawiają miłość; brakuje im siły ducha, okrucieństwa, niepohamowanej wyobraźni, niezbędnych wielkim artystom! Nawet wśród współczesnych mężczyzn, skuszonych i oszołomionych przez obce wynalazki, czy znalazłby się taki, o którym można by prawdziwie powiedzieć, iż jest silny? Niestety! Losy sztuki były przesądzone, a jego życie – życie ostatniego z wielkiego rodu Kanō – bezużyteczne i kruche, jak kwiaty więdnące na łodygach.

Starzec zjadł ryż i rybę milcząc ponuro. Uprzejme słowa Ume nie doczekały się odpowiedzi. Gdy zabrano naczynia, jeszcze długo nie ruszał się z miejsca, patrząc nieobecnym wzrokiem w stronę ogrodu.

Tymczasem od strony drewnianej furty nieopodal kuchni dało się słyszeć donośne pukanie. Do uszu Kanō dotarł głęboki męski głos, cienki głosik Maty odpowiadającej na powitanie oraz cichy szmer głosu Ume. Chwilę później od strony ogrodu rozległy się ciężkie kroki, niewątpliwie stawiane w zagranicznych butach. Kanō uniósł wzrok, marszcząc brwi z irytacją, która jednak natychmiast ustąpiła, gdy zjawił się przed nim przystojny mężczyzna w średnim wieku.

– Andō Uchida! – zawołał głośno, zrywając się na równe nogi i śpiesząc w stronę werandy. – Andō Uchida, czy to naprawdę ty?! Wyglądasz mi krzepko i dostatnio! Witaj!

– Nieco zbyt krzepko na tę pogodę! – zaśmiał się Andō i mozolnie zdjął swoje zagraniczne buty, przyjmując zaproszenie gospodarza, by zasiąść wraz z nim na stopniu werandy.

– Witaj, Andō Uchido! – powtórzył Kanō, gdy już usiedli. – Czy to nie już pięć lat, odkąd ostatnio miałem zaszczyt cię oglądać?

– Doprawdy, aż tyle? – zdziwił się gość. – Czas leci jak na skrzydłach ważki.

Andō przyniósł ze sobą rulon papieru przewiązany żółtym materiałem. Złożył teraz swój pakunek ostrożnie za sobą, na wyłożonej matami podłodze. Następnie z rękawa kimona wyciągnął obrzeżoną różowym haftem cudzoziemską chusteczkę i otarł mokre od potu czoło. Mimo całej swej uprzejmości Kanō nie był w stanie ukryć dreszczu odrazy. Uderzył więc pospiesznie w słowa:

– A gdzież to, jeśli wolno mi spytać, mój przyjaciel Andō podziewał się tak długo?

– Głównie w górach Kiusiu – padła odpowiedź.

– Kiusiu… – mruknął starzec. – Podróżowałem po tej wyspie w młodości i zawsze pragnąłem wybrać się tam raz jeszcze. Tamtejsze skały i klify są wyjątkowo piękne. Do dzisiaj mam przed oczami pewien bielutki, cienki wodospadzik, który tryskał jak ludzki śmiech tylko po to, by nigdy nie dosięgnąć ziemi – w pół drogi przecinał go bowiem promień słońca i zmieniał go w tęczę, perły i jaskółki!

– Znam go bardzo dobrze – wtrącił Uchida. – Bardzo się starałem go ocalić, głównie przez wzgląd na ciebie.

– Ocalić? Co masz na myśli?

– Zostałem rządowym inspektorem do spraw górnictwa – wyjaśnił Uchida z pewnym zakłopotaniem. – Myślałem, że o tym wiesz. W pobliżu tego wodospadu znajdują się bogate złoża węgla.

– Andō, Andō! – jęknął starzec. – Przecież byłeś artystą! Ci cudzoziemcy wszystkich nas deprawują!

– I nadal kocham sztukę – rzekł Andō. – Ale lepszy ze mnie inżynier. I w dodatku… proszę, przebacz mi przyziemność – bogacę się na tym.

Kanō znów jęknął:

– Ach, ci cudzoziemcy! Czy do tego zmierza Japonia? Miłość do pieniędzy sieje zgniliznę wszędzie w naszej ziemi bogów! Sukces, władza, pieniądze – to wszystko iluzje, ułudy, które zaślepiają ludzi! Cóż za okrutna karma sprawiła, że odrodziłem się w tej epoce upadku!

Andō spojrzał na niego ze współczuciem i odrobiną skruchy.

– Skoro nic nie możemy na to poradzić – rzekł ostrożnie – to może jednak lepiej pozwolić przybyszom nauczyć nas tego, w jaki sposób osiągnąć sukces?

– Sukces?! – wykrzyknął Kanō nieomal z gniewem. – A w czymże oni go odnieśli, poza swoimi obrzydliwymi zyskami? Nie ma w nich ani krzty człowieczeństwa. Zamiłowanie do piękna obumiera w nich jeszcze w łonie matki. Czy mamy uczyć się od nich, jak stać się martwymi skorupami?!

– Umiłowanie piękna nigdy nie zniknie w tym kraju – odparł Andō z większym niż dotąd przekonaniem. – Japończyk kocha sztukę tak samo mocno jak własne życie. Nasi bogaci kupcy byli największymi patronami artystów.

– Patronami artystów… – powtórzył Kanō ze zniechęceniem. – Sam wieścisz swój własny upadek, Andō. W dawnych czasach świetności nikt nie śmiał nawet zasugerować patronatu nad artystą. Cesarze byli artystami, a artyści cesarzami! To nam kłaniali się wszyscy ludzie!

– Tak, tak, to prawda – pospiesznie przytaknął Andō. – I tobie także by się kłaniali, gdybyś im na to pozwolił.

– Nie jestem godzien żadnego hołdu – rzekł Kanō spuszczając głowę. – Nikt nie wie tego lepiej niż ja. A mimo to jestem z nich największy. Wskaż mi choćby jednego młodego artystę, który potrafi stać niczym Fudō [8] w płomieniu własnego natchnienia – nie znajdziesz nikogo!

– Niestety, co do tokijskich artystów muszę się z tobą zgodzić. Być może to samo tyczy się mieszkańców Kioto i innych większych miast, lecz… – tu Andō urwał dla większego dramatyzmu, ale Kanō nawet na niego nie spojrzał – lecz niewykluczone, że gdzieś z dala od zgiełku nowoczesności i postępu, być może w pobliżu pewnej odległej przełęczy…

Tu Kanō wreszcie podniósł wzrok i spojrzał na przyjaciela przenikliwie. Cała dotychczasowa apatia i obojętność zniknęły w mgnieniu oka, jak źdźbła trawy w płomieniu. Poruszył się gniewnie.

– Nie, nie ma mowy! – wykrzyknął. – Nie zniosę tego! Nie mam zamiaru karmić się złudzeniami co do tego, co już przepadło. Jestem starym człowiekiem. Wyczekiwałem i modliłem się już zbyt długo. Widać jest mi pisane umrzeć bez następcy, nawet adoptowanego, bowiem nie mam żadnego ucznia, który byłby godzien przejąć moją spuściznę.

– Mój drogi, wierz mi, że nigdy nie było moim zamiarem dodawać ci smutków w tej kwestii. Zapewniam cię… – tu Uchidzie przerwało wejście Umeko, która przyniosła tackę z czarkami, mały buchający parą imbryczek i talerzyk z ciasteczkami w kształcie i kolorze kwiatów powoju. Położyła wszystko przed gościem, a następnie cofnąwszy się o kilka kroków, skłoniła się aż do ziemi, bezgłośnie biorąc wdech na znak powitania i szacunku. Ponieważ była tylko kobietą, Kanō nawet przez myśl nie przeszło, aby ją przedstawić. Wyszła równie cicho, jak weszła. Andō obserwował każdy jej ruch z podziwem i widać było, że ten sprytny człowiek coś rozważa. Pokiwał głową sam do siebie, po czym nachylił się ku Kanō.

– Czy to nie była czasem Umeko, twoja córka?

– Tak – odrzekł ten opryskliwym tonem. – Ale ona nie jest synem.

– Co się dobrze składa dla oczu mężczyzn – uśmiechnął się Andō. – To najpiękniejsza kobieta jaką w życiu widziałem, a widziałem ich wiele. Powitała mnie przy bramie.

Kanō nic na to nie odpowiedział, zajęty nalewaniem herbaty.

– Poza tym dochodzą mnie słuchy, że jest też utalentowana – ciągnął gość. – Z jej twarzy niczym łagodne światło bije geniusz. Wciąż tylko słyszę o tym, jaka jest piękna i sławna.