Luna Moth - Matt Childeis - ebook

Luna Moth ebook

Matt Childeis

3,0

Opis

Niektórych krew przyciąga tak skutecznie, jak światło kusi ćmy

Raspael, były anioł, wygląda i zachowuje się jak zwykły człowiek – pije karmelowe latte, spaceruje po cmentarzach i kupuje wiśniowe lizaki. Lecz gdy wyczuje w kimś prawdziwe zło, jego dawna natura budzi się ze snu.

Wtedy przemienia się w ćmę i podąża śladami grzeszników. Wślizguje się przez kominy i uchylone okna, zagląda w sny, obserwuje… A potem wymierza sprawiedliwość. Czasem daje ofiarom wybór. Częściej – zadaje im długą, wyrafinowaną śmierć.

Wiodąc ten specyficzny żywot, Raspael trafia na trop serii tajemniczych zgonów. Gdy próbuje rozwiązać zagadkę, na jego drodze staje wampirzyca, która odpycha go równie mocno, co przyciąga. Ich relacja przysparza mu wielu kłopotów, ale skłania też do zajrzenia w głąb siebie.

Mierząc się z obietnicami, jakich nie zdołał dotrzymać i zagadkami świata jawy, Raspael musi zdecydować, kim naprawdę jest. Wybawicielem? Mordercą? Ofiarą? A może tylko echem anioła, który nie potrafi uratować nikogo – nawet siebie?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 1064

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,0 (1 ocena)
0
0
1
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Matt Childeis

Luna Moth

Książkę dedykuję mojej ukochanej żonie Sylwii –

kobiecie, która odmieniła moje życie,

wprowadzając do niego światło

PROLOG

Wszechobecny blask znów prześwituje między moimi palcami, zmuszając mnie do zmrużenia oczu.

Już chciałem odwrócić twarz i ponownie skulić się niczym jakiś kundel, by pokornie przyjąć na swoje barki kolejną porcję upokorzenia, gdy nagle coś we mnie pękło.

Zagryzłem zęby mocniej, niż zwykłem to robić, i zaparłem się ze wszystkich sił, próbując zignorować oślepiający mnie blask.

Nie rozumiałem, jak do tego doszło ani nawet dlaczego, ale to właśnie wtedy postanowiłem, że więcej mu nie ulegnę.

– Idź precz!!! – wykrzyczał znajomy mi głos.

– Nie… nie odejdę… – wysyczałem.

Nieustępliwy blask wypalał kolejne warstwy mojej duszy, odsłaniając kolejno tajemnice, marzenia, aż w końcu lęki. Trwałem w tej katordze całkowicie niewzruszony, dawno już pojednany ze wstydem.

Wszechobecna biel rozpościerała się wokół mnie w towarzystwie nurtującej ciszy. Tak zwana nicość – przestrzeń pozbawiona jakiegokolwiek zarysu, kształtu czy koloru, a pośród niej mój roztańczony umysł, zawzięcie zwalczający trudne wspomnienia.

W pewnym momencie zaszła w mojej głowie drobna zmiana. Umysł, który swą bielą powinien zrównać się z Boskim blaskiem, by wedle jego woli rozpłynąć się w nicość, zatrzymał się w szarości, by nieśmiało spoglądać w mrok, doszukując się w nim utraconego kształtu i konturu. Nagle zrozumiałem, że wszystko, na co pragnę spojrzeć, potrzebuje mroku. Bo mrok, w przeciwieństwie do światła, zawsze coś skrywa i nie ma znaczenia, czy jest to rzeczywiste, czy tylko urojone.

W mojej głowie eksplodowała pewna idea – światło nie rozpraszało mojej ciemności po to, by mnie zniszczyć, ale po to, by obnażyć moje prawdziwe kontury. Chciało w ten sposób utopić mnie we własnym wstydzie, ale nie wzięło pod uwagę czegoś istotnego. Cały ten spektakl trwał już zbyt długo. Wypalone we mnie światło wyznaczyło nowy kontur, który nie dość, że mógł istnieć obok tego starego, to jeszcze doskonale się w niego wkomponował, tworząc nowe ramy tej samej istoty.

Wbrew własnej woli stawałem się czymś nowym. Czernią obleczoną w jasne kontury światła.

Tak oto potwierdziły się moje domysły. Mianowicie – żyjącej we mnie ciemności nie można było zniszczyć, a jedynie ją rozproszyć, nadając jej przy tym konkretny kształt.

Taka wiedza wywracała do góry nogami wszystko to, w co do tej pory wierzyłem.

PÓŹNIEJ

No i stało się. Przesycona bielą, a może nawet znudzona jej oślepiającym blaskiem, przestrzeń ponownie zapragnęła doświadczyć impulsu, który od nowa nakreśli jej kształty, tym razem za pomocą mroku. Wtedy właśnie natrafiła na mnie, istotę naznaczoną zgorszeniem i nienawiścią. Istotę, która chętnie podzieli się ze światem swoimi konturami.

Sztywne do tej pory ramy wszechrzeczy zaczęły ustępować mojej woli, dając jej coraz większą swobodę w ukierunkowaniu rozszalałych myśli. Wspomnienia zaczęły być wypierane przez fantazmaty, a one z kolei przez coś, co ludzkie istoty nazywają marzeniami. Tak, to tam się właśnie wybierałem; w miejsce, gdzie fantazmaty zderzają się z marzeniami – do fantasmagorii. No, ale po kolei.

Wiedziony przeczuciem i lękiem odkryłem pewne odstępstwo, skazę na wszechobecnej bieli, która stała się moim nowym punktem odniesienia. Była to czarna rzeka. Szeroka i ciągnąca się daleko poza pojęcie mojego umysłu, naznaczając w ten sposób horyzont.

Podziwiałem z pewnej odległości, jak czarna tafla pochłaniała wszechobecny blask niczym jakiś pasożyt żerujący na swoim żywicielu. Przerażała mnie, ale jednocześnie czułem jej kojące właściwości. Wyczuwałem w niej coś na wzór sojusznika, ponieważ tak jak ja nienawidziła tej wszechobecnej jasności…

Nienawidzę… Nienawidziła… Oboje nienawidziliśmy…

Była dla mnie niczym gwiazda polarna, wyznaczająca nam wspólny kierunek w ciągle rozrastającej się przestrzeni.

Zniknęło niekończące się poczucie zatracenia i nijakości. W ich miejscu pojawiła się skrajność i świadomość upływającego czasu.

SIEDEM LAT ŚWIADOMOŚCI

Minęły kolejne odstępy czasowe, w których rozpoznawałem już coś na wzór ludzkich lat. Minęło ich dokładnie siedem.

W mojej wędrówce wzdłuż czarnej rzeki towarzyszyły mi liczne „myślokształy” – efekt uboczny mojego obłąkanego umysłu.

Jedne pełzły tuż obok mnie, inne kroczyły niezdarnie tuż za mną, sycząc gardłowo niezrozumiałe dla mnie dźwięki. Moimi ulubionymi były te wznoszące się wysoko nade mną, przypominające krwiożercze ptaszyska. Choć dołączyły do mnie na samym końcu, stanowiły najliczniejszą grupę pomyleńców.

Podziwiam ich pióra, kreślące w powietrzu rozmaite spirale. Gdy tylko dostrzegam na niebie dostatecznie wielką bestię, wyciągam przed siebie prawe przedramię, czekając, aż na nim przysiądzie. Upatrzone przeze mnie ptaszysko mnie nie zawiodło. Okazałem mu swoją wdzięczność, gładząc opuszkami jego ptasi łeb. Czarny i jakże spragniony mojej czułości.

Nagle zatrzymałem się w półkroku. Czarne ptaszyska zaczęły krążyć wysoko nad moją głową. Przetarłem zmęczone oczy w niedowierzaniu. Czarna rzeka rozpływała się tuż przede mną, zupełnie jakby wpływała w nicość…

Czarne ptaszysko wzbiło się w powietrze i przeleciało nad załamującym się krajobrazem. Zawahałem się, ale ciekawość ostatecznie zwyciężyła. Po chwili również przekroczyłem punkt wyznaczający nicość dla rzeki. Nic się nie wydarzyło.

Nachyliłem się nad załomem od drugiej strony, przyglądając się napływającej ku mnie czerni, która w niewyjaśniony sposób znikała w powietrzu tuż przede mną. Pchnąłem dłonią w przestrzeń, jakbym próbował otworzyć jakieś niewidoczne dla oka drzwi. Ponownie nic.

Głęboki atramentowy kolor nie odbijał światła, co wizualnie przypominało dziurę w powietrzu.

Przejechałem po niej palcami w miejscu, w którym płynący nurt się załamywał. Miała kleistą fakturę. Strzepałem to paskudztwo z palców, co wywołało wzburzenie wśród towarzyszących mi pokrak. W następnej chwili każdy z obecnych tutaj stworów spróbował zanurzyć w rzece pysk. Niektórym udawało się nawet pochwycić co bardziej elastyczny skrawek czerni i wyszarpywać z niej wielkie kęsy, by połknąć je łapczywie w całości. Zupełnie jakby pożerały martwe zwierzę. Tymczasem atramentowa tafla pod moimi nogami tętniła życiem, aż miło. Wyczuwały to one, wyczuwałem to ja. Razem pragnęliśmy tych drobin życia, które tliły się w tej nieprzeniknionej otchłani.

Ponownie wsadziłem dwa palce w kleistą maź. Tym razem postanowiłem spróbować jej osobiście. Wzdrygnąłem się. Gęsta krew strumieniem wylewała mi się z nosa, uszu, kącików oczu, odbytu. Padłem na kolana. Nie potrafiłem opanować drżenia kończyn i… śmiechu. Gwałtownego, tłumionego dławiącą mnie krwią.

Odpowiedź dosłownie eksplodowała mi w głowie: brama snów… kraina pradawnych snów… pomost pomiędzy mną a ludzkim światem. Stałem przed nią, jednak nie miałem uprawnień, by ją przekroczyć.

Zanurzyłem palce w czarnej rzece po raz kolejny… i tak jeszcze niezliczoną liczbę razy.

PIÓRA, KREW, ZIEMIA, PRZEKWITŁE KWIATY.

Czuję, jak kąciki moich ust wykrzywiają się ku górze. Pewnym krokiem ruszam w kierunku załamującej się tafli czarnej rzeki. Tak. Teraz już cię pamiętam.

TRZYDZIEŚCI LAT ŚWIADOMOŚCI

Brama snów. Granica oddzielająca krainę snów od bielącej się pustki. Śmietnika samego Boga dla takich jak ja…

PIÓRA, KREW, ZIEMIA, PRZEKWITŁE KWIATY.

Rozciąłem sobie nadgarstek, by nakarmić czarny nurt rzeki. Wszechobecny zapach świeżej krwi wywoływał wśród nadętych ptaszysk falę nieokiełznanej wrzawy. To ten zapach zwabił tutaj wygłodniałe kruki i to on napędzał ich obsesyjne krakanie. Zanurzam usta w czarnym nurcie. To stąd szepczę do niego… Szepczę i wyczekuję momentu jego słabości, chwili zawahania, która pozwoli mi przekroczyć kurtynę snu i go dopaść. Dopaść, okaleczyć i pożreć.

Zerknąłem z ukosa na tłoczące się w czarnej tafli ptaszyska, by jednym szybkim ruchem dłoni chwycić za kark najbliższego. Drugą dłonią złapałem je za czarny łeb, unieruchamiając kręcący się dziób. Jeden sprawny ruch nadgarstka i ptaszysko przestało wierzgać. Krakanie pozostałych bestii ustało jak na uciętym filmie.

Po którymś przekręceniu czarnego korpusu czarna głowa została w mojej dłoni jak wyszarpany korek od szampana. Zerknąłem na wytrzeszczone koralikowe oczka, po czym odrzuciłem czarną główkę za siebie. Krwawiące ścierwo wykorzystałem jako „mazak”, nakreślając w powietrzu napis: „LOVE”.

PIÓRA, KREW, ZIEMIA, PRZEKWITŁE KWIATY…

Czuję, jak moje policzki ściągają się w makabrycznym uśmiechu. Skurwiel, do którego się zwracam, nazywa się Raspael, choć demony nazywają go „Koma”. Sodomita, łachudra, po prostu podła menda… Spomiędzy zaciskających się palców buchnęła kolejna porcja krwi. Pióra opadły spiralą w nicość pode mną. Jak on mógł… JAK ON MÓGŁ?!?!?!

Wzgardził naszym wspólnym przeznaczeniem dla własnego kaprysu, kierując się zwykłą ciekawością… Naraził nas obu na gniew samego Stwórcy. Gniew, przed którym on sam się uchylił, uciekając od odpowiedzialności do świata ludzi.

Skurwiel, skurwIEL, SKURWIEL!!!

Oj, możesz być pewien, że wyznaczona kara dosięgnie cię za moją sprawą. Możesz być pewien…

PIÓRA, KREW, ZIEMIA I PRZEKWITŁE KWIATY…

Rozstawianie figur zajęło mi prawie trzy dekady, ale warto było czekać na ten moment.

Wszystko na powrót zostało ustalone i tym razem na pewno zakończy się tragedią. Tragedią, która wyznaczy dla nas obu nowe koryto. Zatem szykuj się, ty podła Kurwo, kości zostały rzucone.

AKT I

ÉCRU

Surowy i bezbarwny

Rozdział 1. Kolejne rozczarowanie

Kiedy nie ma nurtu,

należy spokojnie czekać.

Jeżeli przeciwstawisz się nurtowi,

wszystko wyschnie.

A jeśli wszystko wyschnie,

świat wypełni ciemność.

Haruki Murakami, Kronika ptaka nakręcacza

Powiat mikołowski

Dwanaście tygodni do tragedii

Leżała na niewielkiej polance. Na tyle daleko od jakiegokolwiek leśnego duktu, że nikt przypadkowy nie zauważyłby jej w leśnej gęstwinie. Prowadził do niej szpaler cienkich brzóz. To ich bieląca się w marcowym słońcu kora przykuła moją uwagę i utwierdziła mnie w przekonaniu, że to właśnie one wyznaczały miejsce, w którym czaiła się śmierć.

Już miałem do niej podejść, gdy nagle zatrzymałem się w pół kroku. Ze zgrozą przyglądałem się rojowi krążących nad dziewczyną much. Przez całe ciało przeszedł mnie dreszcz obrzydzenia. Jak ja nienawidzę tego cholerstwa.

Wyciągnąłem z kieszeni czerwony mak w formie origami, by następnie rozetrzeć go na drobny czerwony pył. Starty w ten sposób papier rozdmuchałem wokół dziewczyny. Odczekałem kilka sekund, by następnie pstryknąć palcami. Kilkanaście statycznych wyładowań położyło trupem większość tych przebrzydłych much, reszta na całe szczęście postanowiła się ulotnić.

Chwyciłem dziewczynę za przedramię i zdecydowanym ruchem obróciłem jej zwłoki na bok. Ciało było już zwiotczałe, zupełnie jak rozpuszczony na słońcu kawałek gumy. Stężenie pośmiertne ustąpiło. Nie żyła przynajmniej od dwóch dni, ale nie więcej niż cztery.

Przejechałem palcem wzdłuż jej pleców, zahaczając nim o każdy element jej garderoby. Dziwne. Nie wyczułem na materiale żadnych emocji, zupełnie jakby… no tak. Potarłem między opuszkami materiał swetra, a potem dżinsów. Odzież była stosunkowo nowa. Zbyt nowa.

Podwinąłem jej malachitowy sweterek i ujrzałem ciągnące się od smukłych ramion aż po same łydki brunatne plamy. Były to tak zwane plamy opadowe. Krew pozbawiona tętniczego ciśnienia opadła w miejsca znajdujące się najbliżej ziemi. Chłodne noce zachowały ciało w nienajgorszym stanie.

Czuję niewyraźne impulsy za każdym razem, gdy dotykam jej zimnej jak lód skóry. Niewyraźne przebłyski, gdy zamykam oczy. Towarzyszył im powidok jej dawnych emocji i wspomnień, które umarły równie gwałtownie jak Ona sama.

Nachyliłem się nad nią. Pachniała przetrawionym alkoholem; przynajmniej czterdziestoprocentowym. Rozejrzałem się pobieżnie za butelką. Niczego nie dojrzałem.

Odsłoniłem delikatnie obie powieki jej oczu. Tęczówki zaszły już charakterystyczną mgiełką. Błędne spojrzenie wydawało się wymierzone wprost we mnie. Zbliżyłem ku niej twarz. Źrenice były nierówno rozszerzone. Krwiak? Zerknąłem pospiesznie na tył jej głowy, próbując wymacać palcami jakikolwiek ślad po uderzeniu. Nic. Przeszukałem pobieżnie jej ubrania ze szczególnym uwzględnieniem kieszeni. Także nic.

Skoncentrowałem się na jej długiej szyi. Poszukiwałem palcami nienaturalnych śladów nacisku na krtani i z tyłu tuż pod potylicą. Nic.

Moją uwagę przykuł wąski pasek zdobiący jej szyję, tak zwany tattoo choker. Chwyciłem w palce wąski kawałek materiału i delikatnie go odchyliłem. Tutaj również nie znalazłem niczego niepokojącego. Miała ładną cerę, trupią, ale ciągle ładną. Nie jak ktoś, kto regularnie pije alkohol, pali papierosy, ćpa, ale któż ją tam wie…

Skoncentrowałem się na jej drobnych dłoniach. Pod paznokciami nie było śladów ziemi, skórki starannie przycięte. Brak śladów obgryzania. Nie przekonało mnie to. Metodycznie sprawdziłem każdy zakątek jej dłoni, czy to pomiędzy palcami, czy pod paznokciami, w poszukiwaniu jakichkolwiek nakłuć. Nie było żadnych.

Obrzuciłem wzrokiem ziemię wokół niej, zataczając przy tym coraz szersze kręgi, w poszukiwaniu czegoś nietypowego. Żadnych śladów walki czy stawiania oporu. Zupełnie jakby położyła się tutaj na ziemi i spokojnie czekała na śmierć. Tabletki? Żadnych przy niej nie znalazłem, ale to nie znaczy, że nie naszprycowała się wcześniej.

Ponownie rzuciłem okiem na nierówno rozszerzone źrenice. Mogła też wziąć garść do kieszeni i zażyć je tutaj, żeby ze sobą skończyć. Ale dlaczego tutaj, a nie na przykład w domu? Większość woli takie sprawy załatwiać w domowym zaciszu. Nagle przypomnieli mi się wszyscy skoczkowie, topielcy, rozjechani na torach, no i oczywiście wisielcy… Przeszedł mnie dreszcz. Instynktownie uniosłem wzrok, zatrzymując go na koronach drzew. Nieraz już natknąłem się na wiszące w tym lesie zwłoki.

W takich lasach jak ten, wysoko, wśród zacienionych koron drzew, lubiły panoszyć się szepty. Mroczne nawoływanie ściągające do siebie najbardziej umęczonych codziennością. Zwykle niegroźne potrafiły w pewnych okresach dostarczyć swoją melodię do najbardziej nieodpowiednich uszu.

Było to na początku lat dwutysięcznych. Pamiętam to jak dziś. Gorąca wiosna, a po niej jeszcze cieplejsze lato. Zagotowana krew, szum w bębenkach, wszechobecny marazm, a do tego iskra zapalna w postaci transformacji gospodarczej, która w jednej chwili rozszarpała ludziom ich poukładane życie. No i myk, stało się. Nie było tygodnia, a niekiedy i dnia, by nie znaleziono kogoś dyndającego na sznurze, chuście czy też nylonowej lince. Czytałem kiedyś, że sześćdziesiąt procent obecnych zawodów nie istniało jeszcze dziesięć–dwadzieścia lat temu. Większość obecnych dzieci będzie pracować w zawodach, które jeszcze nie istnieją. Nie każdy jednak jest na tyle elastyczny, by poświęcić życie nieustannej asymilacji. Nie wytrzymują ciągłej presji ze strony rówieśników i naciskającego ich młodego pokolenia. Coś w nich pęka…

Potarłem nerwowo twarz. Nasłuchiwałem przez chwilę. Nic. Żadnych szeptów, tylko wiatr szumiący pośród drzew.

Ponownie przyjrzałem się jej dłoniom. Tym razem rozszerzyłem obserwacje po same nadgarstki i przedramiona. Znowu nic.

Ulubionymi miejscami do kłucia się, oczywiście poza przedramionami, były dla narkomanów okolice kostek, kolan i pachwin. Odpowiednio ukrwione i niedostępne dla wścibskich oczu. Ale tutaj również nie było niczego szczególnego. Pachy? Ponownie uniosłem krawędź malachitowego sweterka, wodząc oczami po jej brzuchu, żebrach i tak dalej, prosto w ciemność, gdzie znajdowały się jej pachy. Tutaj także nic.

Ponownie uderzyła mnie pierwotna wizja tego, co tu zaszło, ale bardzo szybko ustąpiła pod naporem zdrowego rozsądku.

Wątpiłem w to, że została zgwałcona. Ta myśl przyszła nagle i bardzo naturalnie. Dlaczego? Bo nikt nie zadaje sobie tyle trudu, by wpierw zerwać z dziewczyny szorstki i dobrze dopasowany do ciała materiał (jakim był sztywny dżins), by następnie z powrotem ją w niego ubrać. W spódnicę może. Luźne dresowe gacie też, ale nie w dżinsy. Do tego spodnie były dobrze upięte skórzanym paskiem.

Przynajmniej takiej krzywdy oszczędził jej okrutny los.

Odsłoniłem klatkę piersiową, ale nie znalazłem niczego podejrzanego. Jeszcze raz przyjrzałem się jej długiej szyi. Moją uwagę ponownie zwrócił tattoo choker i tym razem doznałem wstrząsu. Szukałem dwóch głębokich ran kłutych z zaschniętą krwią, które byłyby pozostałością po ugryzieniu wampira, a tutaj… tutaj było tylko jedno ledwo widoczne nakłucie. Ponownie poczułem w trzewiach pęczniejący gniew, który jednak równie szybko się ulotnił. To nie mógł być wampir… A zmora…?

Zacisnąłem mocno zęby. Nie lubiłem zaglądać denatom do ust. Zwłaszcza tym znalezionym w lesie. Potarłem dłonie instynktownie, strzepując z palców wyimaginowane robactwo, po czym spiąłem poślady i chwyciłem dziewczynę za szczękę.

Najpierw odgiąłem jej górną wargę, potem dolną. Kurwa… Kilka białych czerwi poruszyło się tuż pod moimi opuszkami. Spokój, tylko spokój. Zerknąłem pospiesznie, czując, jak wstręt wykrzywia mi mordę. Na szczęście nie dostrzegłem żadnych nakłuć ani malinek. Język też nie nosił znamion pokąsania. Jest napuchnięty, jak to zwykle bywa w przypadku rozkładających się zwłok; w przypadku ingerencji wampira byłby wysuszony na wiór.

Po raz kolejny odrzuciłem tę opcję.

Ponownie zerknąłem na jej szyję. Odruchowo pokręciłem głową. Zmory nie ganiają za ludźmi po blokowisku czy lesie. Zwykle zakradają się do domostw i atakują ich we własnym łóżku. Używają do tego kolca znajdującego się w języku. Widziałem wiele nakłuć wykonanych przez zmory. Zwykle jednak znajdowały się w ustach i były o wiele grubsze. Do tego ten charakterystyczny smrodliwy oddech, który pozostawiały swoim żywicielom. No właśnie, żywicielom. Zmory, jako jedne z nielicznych krwiopijców, nie uśmiercają swoich ofiar. One żerują na nich, jak tylko najdłużej się da. Ta ranka była zbyt „czysta”. Nie miała żadnych szarpanych krawędzi ani rumienia powstałego w wyniku ssania; poza tym było to tylko pojedyncze ukłucie, bardziej przypominające to, co pozostawia po sobie komar albo mucha końska. W pewnym momencie coś mi się przypomniało. Kilka miesięcy temu, podczas przechadzania się po Pawłowie, dzielnicy Zabrza, znalazłem dwóch nieprzytomnych chłopaków w ajnfarcie[1]. Leżeli jeden na drugim, powykręcani jak zerwane ze sznurka pacynki. Jak się szybko okazało, byli całkowicie pijani… Dlaczego o nich wspominam? Bo zarówno jeden, jak i drugi miał na szyi pojedyncze nakłucie, zupełnie jak ta dziewczyna tutaj. Nakłucie przypominające bardziej pozostałość po igle aniżeli będące wynikiem użądlenia. Ale to nie wszystko. Innym znów razem zwróciłem uwagę na parę w autobusie, mającą takie same nakłucia. Jeszcze się śmiałem, bo były one w stosunku do siebie symetryczne… Przypadek?

Ściągnąłem skórzane rękawiczki z dłoni. Niemal odruchowo odwróciłem wzrok od opuszków moich palców, czarnych teraz niczym najgęstsza smoła. Wziąłem głęboki oddech, po czym przyłożyłem obnażone palce do niewielkiej ranki na jej szyi.

Zamknąłem oczy, napinając wszystkie mięśnie w oczekiwaniu na jakiś impuls zwrotny. Nic się jednak nie stało. Mimo to nie rozluźniłem się, bo choć nakłucie nie nosiło znamion ludzkiej ingerencji, ciągle nie mogłem wykluczyć udziału jakiegoś krwiopijcy; choć i to było wątpliwe.

Nie widziałem jeszcze na tyle wstrzemięźliwego wampira, który chłeptałby krew z tak małej ranki. Dajmy na to, puszczyk (bardziej znany jako strzyga) dla jednej kropli krwi był gotów rozszarpać ofiarę na kawałki; martwiec miał przegnity mózg, przez co miał problem z zachowaniem dyskrecji. W przypływie impulsu mógł odgryźć delikwentowi głowę, by na koniec powiedzieć: „ojoj”. Bezkost z kolei nie posiadał kości i przywodził na myśl worek krwi. Przypominający ogromną pijawkę krwiopijca pozostawiał po sobie olbrzymi nabrzmiały rumień, przez co trudno byłoby mówić o wstrzemięźliwości. Zdarzało się, że ludzką krwią interesowały się latawce[2], co w tym przypadku tłumaczyłoby brak jakichkolwiek śladów na ziemi, no, ale po pierwsze: ciało dziewczyny nie nosi znamion upadku z dużej wysokości; po drugie: nawet latawce nie pozostawiały na skórze pojedynczych ugryzień, do tego tak znikomych.

Były jeszcze wąpierze, bardziej rozumne i cwane, mimo wszystko nie potrafiły opanować zwierzęcych instynktów. Nie dam wiary, że jakikolwiek z nich zabił dla paru kropel krwi.

Jedno malutkie nakłucie. Zmrużyłem oczy. Było okraszone delikatną pajęczyną popękanych naczynek, tak małych, że w pierwszym momencie to przegapiłem. Zupełnie jakby została dźgnięta igłą albo czymś jeszcze cieńszym. Otumaniono ją i porwano? Ale po co? Ludzi porywa się głównie dla organów, by się ich pozbyć albo zmusić ich do stosunku. Ona nie miała śladów pobrania żadnego organu, w ogóle nie nosiła śladów przemocy. Nie została też zgwałcona, ale czy na pewno? Fakt, że nie świeciła teraz gołym tyłkiem, nie był przecież równoznaczny z tym, że nikt nie skrzywdził jej wcześniej. Kreatywnych pojebów na tym świecie nie brakowało.

Biłem się z myślami, patrząc na jej krągłe biodra. W końcu odpuściłem. Nie chciałem jej upokarzać. Nawet jeśli było jej już wszystko jedno.

Wpatrywałem się w cieniutką rankę na jej szyi w poszukiwaniu ukrytego sensu. Jedyna myśl, jaka powracała do mnie z uporem maniaka, to ta surowa ocena, jakoby zrobiła to sobie sama. Czyżby jednak narkomanka? Przedawkowała i włączył się jej tryb „wędrowniczek”? Dlaczego jej otumaniony umysł wybrał akurat las i co to była za ranka na szyi? Kolejny raz rozejrzałem się dookoła, tym razem pod kątem igieł i strzykawek. Hmm, a może tattoo choker poza funkcją ozdobną miał też za zadanie ukryć jej cielesne upodobania? Domysły, domysły, domysły…

Nie wyczuwałem wampira, ale to nie znaczy, że go tutaj nie było. W przeciwieństwie do ludzi one nie pozostawiały po sobie żadnych emocji. Mogłem zrobić już tylko jedno, by jednoznacznie potwierdzić bądź też obalić tę teorię. Nie lubiłem tego robić, ale nie miałem wyboru. Musiałem poznać prawdę.

Obróciłem ją na bok po raz wtóry. Wyciągnąłem swój czarny sztylet, po czym ponownie analizowałem rozkład plam opadowych na jej plecach, by zlokalizować tę najbliżej nakłucia na szyi. Następnie naciąłem atramentowo-rubinowy placek tuż nad łopatkami. Smolista posoka rozlała się na ziemię u mych stóp. Do moich oczu napłynęły łzy. Ludzka krew w połączeniu z jadem krwiopijców ulega gwałtownej reakcji chemicznej, prowadząc do rozległych zatorów tętniczych. Zupełnie jak w przypadku jadu węży. Mówiąc najprościej: przy samej ranie poza zakrzepami skórnymi powinno wypłynąć coś na wzór szkarłatnej galarety. Wszystko jednak było w porządku, pomijając oczywiście fakt, że dziewczyna była martwa.

Kolejna istotka, która nie podołała wymogom ziemskiego padołu. Była to już czwarta dziewczyna w ostatnim kwartale, do której się spóźniłem, bo było mi do niej nie po drodze… Była jednak pierwszą, którą znalazłem w lesie. Pozostałe odnajdywałem w ich własnych mieszkaniach.

To nie wróży niczego dobrego.

– Zamknij się – wyrwało mi się z ust tak samo niespodziewanie, jak pojawił się ten głos z tyłu głowy. Rozejrzałem się wokół siebie. Nikogo w zasięgu wzroku. Wzdrygnąłem się.

Ponownie uklęknąłem nad zwłokami młodej dziewczyny.

Przy pierwszych trzech nie miałem żadnych wątpliwości co do przyczyny zgonu. Pomimo swojego zaangażowania nie znalazłem żadnych śladów walki czy jakiejkolwiek ingerencji osób trzecich. W dodatku obok każdej znajdowałem opakowanie po lekach nasennych. Znałem je z widzenia. Widywałem je w tysiącach domostw, stąd też orientowałem się, że wszystkie były bez recepty, ale w bardzo dużych ilościach mogły wywołać śpiączkę, a w skrajnych przypadkach – nawet śmierć.

Wszystkie trzy dziewczyny odnajdywałem w naturalnej pozie bocznej, to w łóżku, to na kanapie; na pierwszy rzut oka wyglądały na pogrążone w głębokim śnie. Każda miała nierówno rozszerzone źrenice. Typowy objaw zatrucia.

Reszty ich zagmatwanej historii dowiadywałem się z otoczki, jaką rozsiewały przedmioty codziennego użytku w ich domach. Otoczki, do której zawsze coś się przyklei, a to jakaś wyjątkowo intensywna myśl, a to wzburzona emocja… Dla mnie stanowią one coś w rodzaju pośmiertnych zapisków.

Ludzie zwykle nazywają je widziadłami, ale mi bardziej pasuje yōkai[3], japoński odpowiednik takich widziadeł.

Yōkai można było znaleźć wszędzie tam, gdzie dany człowiek przebywał od dłuższego czasu. Innymi słowy: w miejscach, do których był przywiązany. Na ich podstawie mogłem jasno stwierdzić, że wszystkie dziewczyny miały depresję i myśli samobójcze. Inaczej było tutaj w lesie, gdzie przestrzeń była wspólna dla wszystkich. Każdy listek, patyk czy w końcu każde drzewo były naznaczone przez wszystkich po trochu, co jest równoznaczne z tym, że nie ma na nich śladu nikogo.

Liczyłem na to, że jej ubranie mi coś podpowie, ono jednak uparcie milczało. Było zbyt nowe. Tkaniny nie zdążyły nasiąknąć żadnym konkretnym wspomnieniem, a co za tym idzie, nie było na nich grama emocji. Mówiąc krótko: ubranie nie zdążyło stać się yōkai.

Przekopałem na szybko ściółkę wokół niej. Szmer rozpadających się starych liści wywoływał na mojej skórze ciarki. Nie było tutaj niczego, co mogłoby mi w jakiś sposób pomóc. Przy każdej z pozostałych dziewczyn znalazłem pudełko z tabletkami nasennymi, natomiast ta była pierwsza z widoczną raną kłutą na szyi. Do tego w przeciwieństwie do pozostałych umarła w lesie. Niczego to jednak nie wnosiło do mojego rozumowania.

Choć nie pasowała do tego makabrycznego schematu ni w ząb, ni w oko, to coś paskudnego podpowiadało mi, że jest z nimi jakoś powiązana. To już jednak było gdybanie. Nie chciało mi się w to bawić. Wykluczenie udziału wampira musiało na razie wystarczyć. Uniosłem głowę, przyglądając się pnącym ku niebieskiemu niebu gałęziom. To był ten sam las. Ten sam, gdzie kilkanaście lat temu w jednym roku powiesiło się kilkadziesiąt osób. Głównie mężczyźni, teraz odnajdywałem głównie młode kobiety…

Przeszukałem ją po raz kolejny. Nie miała przy sobie żadnych dokumentów. Westchnąłem przeciągle. Nigdy nie miałem poznać jej adresu, wieku czy imienia. Nie było mi to pisane. Jakież to okrutne. Mogłem zapamiętać jedynie krągłe lico, które zaczynało się zapadać, piękne blond włosy ze śladem upiętej gumki na poszczególnych pasmach i ten malachitowy sweterek podkreślający jej kształtne ramiona i piersi.

Nie mogłem jej tak zostawić. Na początku chciałem ją zakopać, ale ktoś mógł na nią czekać. Nie mogłem skazywać go na piętno niewiedzy, zbyt dobrze było mi ono znane. Przeniosłem ją dyskretnie bliżej ścieżki, licząc na to, że podczas porannego joggingu lub zwykłego spaceru ktoś ją znajdzie; reszta zaś potoczy się sama.

Wprawdzie były jeszcze służby mundurowe, ale to wymagało bezpośredniej ingerencji w ludzki świat. Niebezpieczne pytania, podejrzenia, aż w końcu kłopoty. A na kłopoty nie mogłem sobie pozwolić.

Nagle wyczułem zbliżającą się ku mnie aurę, a raczej kilka pomniejszych aur. Sięgnąłem po grubszą gałązkę i złamałem ją ukośnie, uzyskując ostre zakończenie. Wiedziałem już, że to nie mogły być leśne zwierzęta. One nigdy nie podchodziły tak blisko, czuły bowiem moje zło lepiej niż inne żywe stworzenia zaślepione pychą. Wtedy je ujrzałem. Kaduki[4], poczwary leśne żywiące się ludzką padliną. Czaiły się na skraju polany, wyczekując swojej okazji do uczty. Niedoczekanie wasze.

Wszelkiej maści demony – obojętnie, czy były ogromne, czy też małe – od dawna nie zapuszczały się na tereny, do których rościłem sobie prawo. Doskonale wiedziały, co je za to czeka. Owe kaduki musiały być jednak bardzo głodne, skoro za nic miały sobie moją obecność. Mógł to być też pierwszy objaw zbliżającego się załamania. Jeśli one wyczuwały moją słabość, to inne czarcie pomioty także mogły być jej świadome. Nie było co do tego żadnych wątpliwości. Z drugiej strony: co mnie to obchodzi? Mój czas powoli się kończył. Sam podjąłem taką decyzję.

Westchnąłem głośno. Decyzja decyzją, ale to nie zmieniało faktu, że jeszcze tutaj byłem, a dopóki będę, nie opuszczę gardy.

Przycisnąłem dwa palce do zimnego czoła dziewczyny i naznaczyłem ją swoją energią, zupełnie jak lew, który naznacza swoją zdobycz. Nie poważą się do niej zbliżyć w obawie przed moją aurą. Raz naruszony znak pozostawi w jej ciele trwały ślad. Byłby to swoisty casus belli przeciwko nim, o czym doskonale wiedzą.

Dodatkowo wywróciłem jej kieszenie na drugą stronę, pozbawiając ją wszystkich, nawet najdrobniejszych, przejawów przywiązania do rzeczy materialnych, wykorzystując tym samym stary sposób na odegnanie demonów.

Szkoda, że nie mogłem jej bardziej pomóc.

Rozdział 2. Nazywają mnie „Koma”

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji

[1] Po śląsku: brama wjazdowa prowadząca na podwórze.

[2] Lubieżne demony latające.

[3] Japońskie demony przybierające postać przedmiotów codziennego użytku.

[4] Słowiańskie potwory z ostrymi kłami, potrafiące połknąć człowieka w całości. Według legend można je było spotkać na obrzeżach lasów.

Luna Moth

ISBN: 978-83-8423-506-5

© Matt Childeis i Wydawnictwo Novae Res 2026

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody Wydawnictwa Novae Res.

REDAKCJA: Dominika Synowiec

KOREKTA: Anna Miotke

OKŁADKA: Krystian Żelazo

Wydawnictwo Novae Res należy do grupy wydawniczej Zaczytani.

Grupa Zaczytani sp. z o.o.

ul. Świętojańska 9/4, 81-368 Gdynia

tel.: 58 716 78 59, e-mail: [email protected]

http://novaeres.pl

Publikacja dostępna jest na stronie zaczytani.pl.

Opracowanie ebooka Katarzyna Rek