58,50 zł
Rodzinna saga o miłości i zdradzie, wojnie i buncie, pragnieniu władzy i chciwości. Fascynująca historia rodu Natt och Dag osadzona w XV-wiecznej Szwecji. 1434 rok. Unia kalmarska chwieje się w posadach. Król Eryk Pomorski niepewną ręką zarządza sprawami unii w Kopenhadze. Na północy wybucha powstanie, na czele którego staje górnik Engelbrekt Engelbrektsson. Towarzyszy mu młody Måns Bengtsson, który pragnie zdobyć przychylność przywódcy rebelii i wzmocnić potęgę swojego rodu. Opuszczając rodzinną posiadłość Göksholm nad jeziorem Hjälmaren, żegna ojca, matkę i siostrę, nie przeczuwając jeszcze, jak bardzo ta decyzja odmieni ich wszystkich. W swojej nowej powieści pod tytułemLos i nadziejaNiklas Natt och Dag próbuje rozwiązać tajemnicę jednego z najsłynniejszych zabójstw w średniowiecznej Szwecji. Czyni to w jedyny możliwy sposób, jaki ma do dyspozycji, a mianowicie za pomocą fikcji literackiej. Los i nadziejato epicka, misternie skonstruowana historia o ludziach rozdartych między lojalnością a pragnieniem wolności – i o nadziei, która potrafi przetrwać nawet w najmroczniejszych czasach.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 825
Rok wydania: 2025
Ödet och hoppet
Copyright © Niklas Natt och Dag 2023
Published by agreement with Salomonsson Agency
Copyright © 2025 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga
Copyright © 2025 for the Polish translation by Wojciech Łygaś
(under exclusive license to Wydawnictwo Sonia Draga)
Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz
Mapa: © Bokförlaget Forum
Drzewo genealogiczne: © Mia Natt och Dag
Zdjęcie autora: © Gabriel Liljevall
Redakcja: Katarzyna Łopaciuk
Korekta: Izabela Sieranc, Iwona Wyrwisz
ISBN: 978-83-68541-87-8
Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.
Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórców i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.
Szanujmy cudzą własność i prawo!
Polska Izba Książki
Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl
WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.
ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice
tel. 32 782 64 77, e-mail: [email protected]
www.soniadraga.pl
www.facebook.com/WydawnictwoSoniaDraga
E-wydanie 2025
Matsowi Lindayowi
Regnabo
Regno
Regnavi
Sum sine regno
Będę rządził
Rządzę
Rządziłem
Nie mam władzy
Napis z tzw. koła życia na obrazie Albertusa Pictora (ok. 1440–1509) znajdującym się w kościele w miejscowości Härkeberga w Szwecji
Mapa Szwecji w XV wieku
1350 rok
Kostucha sieje czarną zarazę i zbiera śmiertelne żniwo w całym państwie. Król Magnus Eriksson potrzebuje srebra. W ramach zabezpieczenia pożyczki oddaje w zastaw swoją ziemię. Ród Jonssonów herbu Grip przejmuje położone nad Bałtykiem tereny ciągnące się od Blekinge aż po Zatokę Fińską.
Lecz komuś takiemu jak Bo Jonsson Grip to nie wystarczy.
1364 rok
Po tym, jak król Magnus odmówił spłacenia swoich długów, królewski siostrzeniec proponuje Jonssonowi, aby władzę w Szwecji oddać w ręce pochodzącego z Meklemburgii księcia Albrechta. Byłby on posłuszną marionetką w rękach Jonssona. Miałby mu grzać miejsce na tronie Szwecji.
Lecz komuś takiemu jak król Albrecht to nie wystarczy.
1386 rok
Król Albrecht próbuje wzmocnić swoją władzę i dąży do okrojenia posiadłości ziemskich należących do szwedzkich wielmożów. W kręgu Jonssona Gripa najsilniejszą pozycję ma jego kuzyn Sten Bosson, pan na Ekhult. Bosson wywodzi się z możnego rodu, posiada herb w błękitno-złotych barwach, był pasowany na rycerza, jest członkiem Rady Państwa i należy do najpotężniejszych panów w królestwie.
Lecz komuś takiemu jak Sten Bosson to nie wystarczy.
1388 rok
Sten Bosson nauczył się wystarczająco wiele od Jonssona Gripa i sam próbuje szczęścia w tej samej grze. Zaprasza do Szwecji Małgorzatę, królową Danii i Norwegii, i proponuje, żeby zastąpiła na tronie króla Albrechta. Małgorzata jest kobietą słabą i bierną, a do tego mieszka daleko od Sztokholmu. Do kogo zwróci się więc o pomoc w zarządzaniu swoją nową, północną prowincją, jeśli nie do tego, kto ją tam zaprosił? Sten Bosson zamierza rządzić państwem w jej imieniu.
Lecz komuś takiemu jak królowa Małgorzata to nie wystarczy.
1390 rok
Królowa Małgorzata powierza Stenowi Bossonowi honorowe zadanie: ma zarządzać testamentem Jonssona Gripa i odzyskać to, co zostało zagarnięte niezgodnie z prawem. Tym samym królowa zastawia na Stena pułapkę. Wkrótce potem wszyscy wielmoże zbierają się w Ekhult. W czasie, gdy szwedzka szlachta1 prowadzi spory, królowa obsadza szwedzkie zamki Duńczykami i Niemcami, mianując ich swoimi wójtami. Rozczarowany i pokonany Sten Bosson umiera. W następnym roku ten sam los spotyka Małgorzatę, bo tam, gdzie człowiek nie może, wygrywa zaraza. Swemu spadkobiercy, księciu Bogusławowi Pomorskiemu, który dla wygody swych poddanych zaczął używać imienia Eryk Pomorski, królowa pozostawia trzy królestwa.
Lecz komuś takiemu jak Eryk Pomorski to nie wystarczy.
1410 rok
Król Eryk chce poszerzyć granice swego państwa i doprowadza do wojny u jego południowych granic. Młodzi Szwedzi otrzymują powołania do armii i ruszają na wojnę, żeby z niej nigdy nie wrócić. W tym czasie obcy wójtowie rabują szwedzki lud, co roku żądają płacenia coraz wyższych podatków, bezwzględnie się bogacą i siłą biorą to, czego poddani króla Eryka nie chcą im dać dobrowolnie. Szwedzcy panowie bezsilnie obserwują, co się dzieje na ziemiach, które do niedawna były ich własnością. Są wśród nich liczni synowie Stena Bossona, dziedzice błękitno-złotej tarczy herbowej: członkowie Rady Państwa i najpotężniejsi wielmoże w kraju. Nie brak wśród nich i takich, w których żyłach płynie królewska krew.
Lecz ludziom takim jak synowie Stena Bossona to nie wystarczy.
1434 rok
KRAJ JEST WYLUDNIONY I OPUSTOSZAŁY. Powietrze upalne i duszące, za białymi chmurami kryje się letnie słońce, a nad głową Finna unoszą się stada much. W czyśćcu goreje dusza jego siostry, Ylvy. Finn obserwuje rozciągający się przed nim teren. Jego oczom ukazują się głębokie, zasypane kurzem koleiny dróg i ciągnące się między skupiskami drzew zdziczałe pola uprawne. W oddali widzi gęsty las, który może być dla niego pułapką, więc wyostrza zmysły, żeby dostrzec świat, który się za nim kryje, czujnie przypatruje się temu, co ma pod stopami i ponad głową, ale nie znajduje tam nic, czego mógłby doświadczyć za pomocą zmysłów. W fałdach jego spoconej skóry osiadł brud. Finn przeciera oczy i rusza wijącą się przed nim drogą. Doskwiera mu pragnienie, ale do wieczora zostało jeszcze wiele godzin. Cały czas pamięta, że powinien być wdzięczny opatrzności za katusze, które musi znosić. Żałuje, że nie doświadcza czegoś gorszego i nawet poprosił księdza, który mu tę pokutę zlecił, o włosienicę i coś ciężkiego do dźwigania, ale duchowny tylko pokręcił głową i skarcił go słownie za taką pychę. Mimo to Finn włożył do plecaka ciężki kamień, a do butów nasypał piasku.
Wędruje sam, po drodze spotyka niewielu ludzi. Co pewien czas w oddali majaczą sylwetki zabudowań, których ostatni właściciele spoczęli w ziemi i obrócili się w proch. Do pustych domów wpada ciepły wiatr i szybko wylatuje drugą stroną przez nieszczelne drewniane bale, bo w środku nie znajduje nic, co warte byłoby zwłoki.
Finn próbuje sobie wyobrazić te ziemie takimi, jak je opisywała jego babka ze strony ojca. Twierdziła, że do niedawna było tu inaczej: ludzie dzielili troski i radości, we wsiach roiło się od dzieci, a pola i łąki mruczały jak koty pod dotykiem pracowitych ludzkich rąk. Gdyby teraz nie widział tego na własne oczy, pomyślałby, że babka zmyślała i wspominała lata swego dzieciństwa. Niestety wszystko, na co tu patrzy, przypomina o zmarłych, którzy kiedyś zamieszkiwali te ziemie. Puste ubogie izby, zapuszczone nieuprawiane ziemie i porzucone zagrody noszą ślady użytkowania przez rodziny, dziś już wymarłe. Cały swój dotychczasowy żywot – Finn wkrótce skończy dwadzieścia lat – przeżył w świecie stworzonym dla większej liczby ludzi, a jego dzieciństwo było zabawą na grobach. Niedawno mijał niewielki młyn wodny, w którym dawnymi czasy mielono zboże. Używano do tego żaren i napędzanego energią wodną koła młyńskiego. Kamień nadal był zanurzony w wodzie, ale deski na podłodze, których od dawna nikt nie zamiatał, były białe od pyłu. Kamień nie miał już czego mielić, więc mielił siebie. Na podłogę sypała się skamieniała mąka, która stawała się pokarmem dla widm. Towarzyszyło temu jęczenie i skrzypienie drewna, ale nikt tego nie słyszał, bo wszystkich pokonało morowe powietrze.
Ci, którym dane było przeżyć, wspominają stare opowieści o wybrednej kostusze. Z pobliskiej wsi zabrała wszystkich mieszkańców z wyjątkiem jednego mężczyzny, a w sąsiedniej oszczędziła jedną kobietę. Oboje szukali przed nią schronienia w kościele, a marność swych dusz wydzwaniali własnymi dzwonami. Pewnego dnia się spotkali, a ze związku, który stworzyli, wyrosła nowa wieś. Ludzie jednym tchem opowiadają też o spuchniętych dzieciach wypędzonych przez głód i nędzę z pustej wsi, w której wcześniej umarli wszyscy dorośli. W swej ziemskiej wędrówce nie zaznały litości, a chociaż płakały i walczyły, złożono je do grobu. Ktoś bowiem uznał, że lepiej będzie, jeśli umrą, niż żeby zawlekły zarazę do kolejnych wsi. Minęło więcej niż jedno pokolenie, a kraj nadal jest zdziczały i odludny. Ziemia leży odłogiem, cisza ściska skronie niczym żelazna obręcz, bo żywych, którzy mogliby przejąć żyzne grunty, pozostało niewielu. Na tej równinie całe wsie stoją puste i wymarłe, ich dawni mieszkańcy przenieśli się w inne miejsca. Tam również zastali puste domy, ale wzięli je w posiadanie, bo woleli to, niż na starym miejscu żyć wśród widm i upiorów. Żywi szukają towarzystwa żywych. Ludzie nie zawsze żyją ze sobą w zgodzie, ale wiedzą, że w pojedynkę sobie nie poradzą.
Od kiedy opuścił Göksholm i zostawił za sobą brzegi jeziora Hjälmaren, minęły trzy dni marszu. Mógłby iść szybciej, bo trudy wędrówki nie są mu obce, a nogi nadal ma chyże, ale nie może tego zrobić, bo musi się zatrzymać w każdym mijanym kościele, spytać o relikwiarz, zmówić różaniec. Często jest tak, że kiedy dociera na miejsce, słyszy, że księdza nie ma, ponieważ sprawuje posługę duchową w innej wsi. W takich sytuacjach godzinami czeka na powrót duchownego w kościelnej kruchcie. Zdarza się, że kiedy przybywa do jakiejś wioski późnym popołudniem i wkrótce zapada wieczór, musi poczekać, aż zacznie świtać. Najchętniej sypia pod gołym niebem i we własnym obleczeniu, a za poduszkę służy mu kaptur. Uważa, że najbezpieczniejszym miejscem do spania jest cmentarz. Za jego murami panuje spokój i nikt mu tam nie wadzi. Ludzi się nie boi, ale to, że jest silny i odważny, nie oznacza, że musi zwracać na siebie uwagę zbójów i rabusiów. Czasem spotyka przypadkowego grzesznika z miejscowej parafii, który po zapadnięciu zmroku odprawia pokutę na mogilniku i zgodnie z rytmem słońca chodzi po święconej ziemi.
Idzie długa, jasna noc. Ptaki godzinami wyśpiewują swoje piosnki, zanim ułożą się do snu. Śpieszno im, żeby jak najlepiej wykorzystać tę porę roku, bo to dla nich okres błogosławiony. Dopiero kiedy zapadają całkowite ciemności, ptaki milkną i oddają niebo we władanie sowom, które suną nad ziemią niesione niewidzialnymi porywami wiatru. Finn nie może zasnąć. Dręczy go taki sam niepokój jak ten, który trawi tamten zapomniany i opuszczony młyn nad rzeką. Powtarza słowa, które usłyszał od księdza, a mianowicie że dla jego siostry, która cierpi męki czyśćcowe, wszystkie jego niedole i cierpienia są jak chłodzący powiew wiatru na rozgrzanej skórze, maść na odciski i zwiastun szybkiego ozdrowienia. Noce są ciepłe, a mimo to przechodzi go dreszcz. Każda chwila na jawie jest jak cierń, który się wbija w jego miękkie ciało. Nigdy i nigdzie nie przestaje myśleć o Ylvie. W dzieciństwie stanowili jedność: wszystkim się ze sobą dzielili, wspólnie ronili łzy nad każdym nowym siniakiem. Później zaczęły ich dzielić różne sprawy. Nie mogli na przykład uzgodnić, jaką drogą powinni pójść w dalszym życiu. Tam, gdzie on dostrzegał Bożą łaskę, która kierowała ich losami, Ylva widziała coś całkiem przeciwnego. On się pozwolił okiełznać i pogodził z własnym losem, ponieważ życie, które otrzymali w darze od Boga, uznał za dowód Jego łaski. Z Ylvą było inaczej: zawsze miała skłonności do buntu i ciągle jej coś przeszkadzało. To, w czym on widział Bożą łaskę, ona traktowała jako karę.
Teraz jego siostra goreje w czyśćcu. Wprawdzie nigdy nie widział płonącego na stosie człowieka, ale to, co wie o ogniu, napawa go lękiem. Nadal pamięta, jak w dzieciństwie chwycił gołą dłonią rozgrzany rożen. Żelazo wgryzło mu się w palce i oparzone miejsce długo bolało. Co by się stało, gdyby go szybko nie wypuścił z ręki? Mięso zaczęłoby dymić, krew skwierczeć, a skóra by poczerniała i zwęgliła się jak końcówka rożna. Chyba tak się teraz czuje Ylva. Czasem, kiedy w środku nocy budzi go niespokojny sen, wydaje mu się, jakby nocna niemoc obnażyła jądro zła i odarła go z pobożności. Serce tłucze mu się w piersi jak oszalałe, z każdym uderzeniem tętni gniewem i nienawiścią, niesprawiedliwością i okrucieństwem. W końcu, kiedy udaje mu się okiełznać te myśli i doznania, ogarnia go fala panicznego żalu. Wie, że się dokopał do dna swojej duszy i zbluźnił Temu, który zawsze wszystko widzi; że wszystko to, co i tak już było złe, stało się jeszcze gorsze. O świcie, kiedy promienie słońca padają na legowisko, na którym spędzał noc, znajdują jedynie odbicie jego ciała na trawie. W tym czasie on jest już daleko, w drodze do kolejnego celu.
Zbliża się wieczór. Finn powinien coś zjeść, ale w plecaku ma same kamienie. Przed nim kolejna wieś, kolejny skromny w swej prostocie i naiwności kościół, kolejna gospoda przyczajona na skraju błotnistej drogi i spłachetki pól, przy których ludzie pobudowali swoje nędzne domy. Załatwił to, co powinien – to znaczy pokłonił się przed skrawkiem materiału oderwanego od szaty Jana Chrzciciela i zmówił nakazane modlitwy – a teraz siedzi przy stole z nieheblowanych desek i za chwilę zje skromny posiłek złożony z chleba i wody. Izbę wypełnia mętne, szare światło, od klepiska bije chłodem. Po spożyciu posiłku Finn czuje się utrudzony i ociężały, jego żołądek nie domaga się zbyt obfitego jadła. O zmierzchu w gospodzie zjawiają się kolejni podróżni, a kiedy zbierze się ich wielu, uzgadniają, który z nich narąbie drewna i namówi karczmarza do rozpalenia ognia. Gospodarz długo klęczy zgarbiony na polepie, próbując rozniecić żar, który ktoś przyniósł na szufelce z innego paleniska. Na szczęście szczapki szybko zajmują się ogniem i wnętrze izby zmienia się nie do poznania. Złoty blask ożywia zmysły, jeszcze zanim zdąży go doświadczyć ciało. Cienie rysują na ścianach i suficie dziwne kształty, gospoda staje się optycznie większa. To szczególny moment, czas świeckiej modlitwy. Wszyscy wpatrują się tęsknym wzrokiem w tańczące płomienie i obserwują to niezwykłe zjawisko, które wszystkim ludziom niesie pociechę. Prosty lud go nie rozumie, ale nawet najtęższe umysły nie potrafią wytłumaczyć. Na zydlu blisko drzwi siedzi starzec, który w zamian za resztki strawy i kubek napitku nuci monotonnym głosem jakąś pieśń.
– Zamilcz, starcze, i zaśpiewaj nam jakąś sagę!
Głos człowieka, który wypowiedział te słowa, budzi Finna z niespokojnej drzemki. Śniły mu się miecz i ścięta głowa. Ludzie tłoczą się na ławach, jest ich już tylu, że ciepłem swoich ciał mogliby dogrzać wnętrze gospody. Starzec zgadza się coś zaśpiewać, ale przedtem unosi swoją czarkę, jakby żądał zapłaty. Ktoś nalewa mu trunku, a on wychyla ją do dna. Poniektórzy goście przysuwają się bliżej, żeby lepiej słyszeć jego śpiew. Starzec chrząka i snuje starą opowieść, a Finn od razu ją sobie przypomina. Są tacy, którzy potrafią ją ująć w rymy, ale mieszkańcy Göksholmu niechętnie jej słuchają. Główny wątek brzmi następująco: do lasu na polowanie wybrali się trzej powabni książęta. Polują z wielką radością, ale w gęstej mgle gubią drogę. Nagle zza drzew wychodzą trzy zjawy i ruszają w ich kierunku. Okazuje się, że to trzy trupy, które powstały z grobów. Niby żyją, ale tak naprawdę są martwe. W nozdrza uderza smród zwłok wypuszczonych z objęć grobów. Zdjęci odrazą książęta zaczynają się wycofywać, ale trupy każą im zachować spokój i przemawiają do nich nadżartymi przez robaki ustami: „Wywodzicie się z tych samych rodów co my. Kiedyś my też byliśmy tacy jak wy teraz, ale w przyszłości wy staniecie się tacy jak my. Swoje życie przepuściliśmy na zbytki i próżności. Obiecajcie Panu Bogu poprawę i czyńcie pokutę, póki macie na to czas”. Po tych słowach spotkanie dobiega końca i na las opada mgła.
Zebrani kiwają głowami i zgodnie stwierdzają, że historia im się podobała, dzięki czemu starzec znowu dostaje coś do picia. Późnym wieczorem poniektórzy goście postanawiają wrócić do swych domów, więc Finn też się szykuje do wyjścia. Nagle podchodzi do niego jakiś nieznajomy i mówi:
– Pokój Pański nich będzie z wami.
– I z wami też.
Mężczyzna jest młody, na pewno nie starszy od Finna. Ma na sobie zakurzony, szyty na miarę, podbity futrem kirtel2 i przywiązaną do pasa kiesę. Spod dzierganego kaptura z cienkiej wełny wystaje jasna grzywka. Mężczyzna uśmiecha się do Finna, a jego mina mówi, że oferuje mu swoją przyjaźń i szacunek. Siada naprzeciwko niego i pyta:
– Jak wam się podobała opowieść starca?
Finn wzrusza ramionami.
– Nic nowego. Już ją słyszałem, ale w gorszym wykonaniu.
– Nazywają mnie Olaus Jonae.
Finn mruży oczy.
– A co to za imię i nazwisko? Bardziej pasuje do biskupa niż do włóczęgi.
Olaus płoni się na twarzy.
– Prawdą jest, że reprezentuję sprawy Kościoła. Na chrzcie dano mi Olof, mój ojciec miał na imię Jöns, na świat przyszedłem w Skänninge i tam się wychowałem. A dokąd was nogi niosą? Ruszacie o zaraniu na południe?
– A czemu pytacie?
Jönsson wierci się niespokojnie na ławie.
– Zmierzam do Linköpingu, ale muszę iść piechotą. Droga, która tam prowadzi, nie jest mi obca, ale przemierzyłem ją tylko raz, i to w odwrotnym kierunku. Na domiar złego szedłem tamtędy o innej porze roku, kiedy drzewa były ogołocone z liści. Teraz ta sama okolica wygląda inaczej.
Jönsson jest wyraźnie zakłopotany. Wsuwa dłoń pod fałdy swojej szaty i kontynuuje:
– Przemierzyłem nasz kraj wszerz i wzdłuż, i wszędy mnie ostrzegano przed puszczą Tiveden. Ludzie powiadają, że tych, którzy się samotnie zapuszczają w jej mroczne ostępy, spotyka zły los.
– No to macie szczęście, bo lasy Tiveden rosną po przeciwnej stronie jeziora Vättern niż ta, po której się znajdujemy.
– Być może rosnący po tej stronie jeziora las nie ma swojej nazwy, ale rosną w nim takie same drzewa jak w każdym innym. Porastają całą okolicę i ciągną się nieprzerwanie aż na przeciwległy brzeg jeziora. Do Motali nie można dotrzeć inaczej niż drogą, która biegnie przez leśne mateczniki. Byle włóczęga, który tu z nami siedział, mógłby się wymknąć za próg gospody i krążyć po lesie niezauważony od wschodu do zachodu słońca.
– Boicie się rabusiów i złoczyńców? A zjawy albo upiory wam niestraszne?
Jönsson pochyla się w stronę Finna i ścisza głos, żeby nikt go nie słyszał.
– Ludzie powiadają, że w leśnych ostępach mieszka pewien zbój. Nazywa się Gånge-Tor. Ów zbój wykopał sobie jamę w ziemi i żyje w niej jak dzikie zwierzę, z dala od ludzkich domostw, oszalały z bólu i rozpaczy, przepełniony gniewem i złymi zamiarami wobec bliźnich. Jest potężnie zbudowany, ręce ma jak z żelaza, a skórę uczernioną sadzą. Jest tak wielki, że się nie mieści pod zwykłą strzechą. Nocą, kiedy księżyc jest w pełni, wyje jak wilk. Jego głos niesie się na wiele mil, a wilki odpowiadają mu takim samym wyciem, jakby należał do watahy i był jednym z nich. Kiedy zapada zmrok, Gånge-Tor wędruje leśnymi duktami i atakuje każdego, kto mu stanie na drodze. Jeśli spotka kobietę, robi jej to, co podobne łajdaki od niepamiętnych czasów czyniły kobietom. Jeśli branka mu się spodoba, zatrzymuje ją na dłużej, żeby zaspokajać swoją chuć, i trzyma ją tak długo, aż mu się znudzi. Jeśli na drodze stanie mu mężczyzna, Gånge-Tor bierze nóż i pozbawia go męskości. Upodabnia go do niewiasty, dzięki czemu może zaspokoić swoje żądze w taki sposób, jakby to robił z kobietą. Kiedy później ktoś znajduje zwłoki, stwierdza, że Gånge-Tor dla zabawy poobcinał swym ofiarom uszy i nosy, bo pozbawiony jest wszelkich zasad moralnych.
Finn prycha na te słowa.
– A skąd wiecie, że ja też nie jestem rabusiem, niebieskim ptakiem albo samym Gånge-Torem?
W odpowiedzi Jönsson wskazuje pas, którym przepasany jest Finn. Ten pochyla głowę i dopiero teraz widzi, że płaszcz mu się zsunął z ramion, odsłaniając zatknięty za pas sztylet. Finn przeklina w myślach swą głupotę. Nie powinien ulegać pokusie i szukać ludzkiego towarzystwa, choć od dawna nie był go tak głodny jak dzisiaj. Jönsson ściąga usta i mówi:
– Szczerze mówiąc, wyglądacie mi na kogoś takiego, ale macie broń, której byle kto nie nosi.
Rzeczywiście, sztylet zatknięty za pas Finna odróżnia go od pospólstwa. Pokryty jest zdobieniami, lecz nie maskują one jego prawdziwej istoty ani celu, do którego taką broń się wykorzystuje. Wykonany jest z cennego materiału i oznakowany błękitno-złotymi barwami rodu, któremu służy Finn. Przygląda się więc w milczeniu swemu rozmówcy, jakby próbował dociec, czy fakt, iż Jönsson nie jest głupkiem, może być dla niego korzystny, czy szkodliwy. W końcu głośno wzdycha i podejmuje decyzję.
– Nazywam się Finn Sigridsson i służę u Bengta Stenssona, pana na Göksholmie, w jego posiadłości rodowej nad jeziorem Hjälmaren. Jeśli ktoś tam o mnie spyta, łatwo się dowie, kim jestem. O zaraniu ruszam na południe. Jeśli was spotkam na swej drodze i obaczę, że podążacie w tym samym kierunku co ja, nie będę próbował wam tego wzbronić, nawet gdybym bardzo chciał.
Jönsson wierci się przez chwilę na ławie, a potem mówi:
– Jest jeszcze jedna rzecz. Niosę ładunek, który waży więcej, niż zwykły człowiek jest w stanie udźwignąć. To osmund3. Do niedawna podróżowałem na grzbiecie konia, ale los chciał inaczej i już go nie mam. Jeśli mi pomożecie, gotów wam jestem za ten trud zapłacić.
Finn czuje się tak, jakby go nagle przepełniła fala Bożego miłosierdzia. To nie może być przypadek. Bóg zmiłował się nad jego grzesznym losem, więc potraktuje to jako rodzaj pokuty. Próbuje odpowiedzieć Jönssonowi spokojnym głosem, ale nie może, bo z ust wydobywają mu się ochrypłe, niewyraźne słowa. Brzmi to tak, jakby nagle doznał pomieszania zmysłów. Jedyne, co może uczynić, to skrócić swoją odpowiedź do minimum.
– Ja też dźwigam pewien ładunek, ale nikt mi za to nie płaci.
Po tych słowach poprawia pas i zasłania sztylet płaszczem. Potem wstaje i wychodzi na dwór, żeby poszukać sobie miejsca do spania. Czuje na plecach wzrok Jönssona i miarkuje, że chłopak rozważa w myślach jego słowa. Słońce, które od początku jego wędrówki tłumiło swoją głęboką czerwień, tego wieczoru gaśnie blado. Finn otula się płaszczem i naciąga kaptur na twarz. Na dworze jest ciepło, ale on umie czytać znaki na niebie, bo nieraz nocował na gołej ziemi. Wie, że rankiem spadnie rzęsisty deszcz albo coś gorszego.
Śni mu się Ylva. Słyszy też ochrypły, zmieniony niemocą głos matki. Jest przytłumiony, bo dobiega z zewnątrz, zza zawartych na klucz drzwi. Matka powtarza słowa pocieszenia, jakie do niego skierowała w ostatnich chwilach swego życia. Oboje z Ylvą różnie je później tłumaczyli, a ponieważ nie mogli dojść do zgody co do ich sensu, ich drogi się rozeszły.
– Taka jest wola Boga. Wszystko, co się dzieje na świecie, odbywa się wedle Jego woli.
JEST LETNIA NOC. Pani Stina słabo je słyszy, ale im bardziej jej uszy oswajają się z otoczeniem, tym wyraźniej brzmią dźwięki pieśni. Ochrypłe głosy kobiet intonują początek jutrzni. Pani Stina nie rozróżnia poszczególnych słów, ale ponieważ nastrojowe głosy zakonnic niosą się wśród kamiennych murów, sama nadaje im treść i barwę. Są w nich ból i apel o zbawienie, ale słowa pieśni nie wznoszą się do Boga, tylko płyną do Matki Boskiej. Kiedy ktoś przebywa w Vadstenie, łatwo może odnieść wrażenie, że w niebie nie ma ani jednego mężczyzny. Zakonnice oddają cześć kobiecie, która została wyniesiona do godności bogini. Pani Stinie to nie wadzi, a nawet jest jej to obojętne, skoro każdego dnia słyszy taką samą odpowiedź.
Od kilku godzin stoi przy oknie w pustym o tej porze kapitularzu. Powinna leżeć w łóżku, bo to pora snu, ale zamiast tego wsłuchuje się w dobiegające z dormitorium dźwięki. Nie mogła zasnąć, bo dręczy ją niepokój. Stoi tu od momentu, w którym pełniąca nocny dyżur zaspana zakonnica po raz pierwszy uderzyła w dzwon. Słyszała zamieszanie wywołane przez wstające z łóżek mniszki i towarzyszący ich krzątaninie gwar modlitw, w tym jak zwykle Ave Maria. Po pewnym czasie ta sama siostra po raz drugi uderza w dzwon, czemu towarzyszy szuranie stóp po podłodze. Im bardziej siostry się oddalają, tym słabiej je słychać. Idą korytarzem biegnącym przez strych, który pełni funkcję łącznika i prowadzi na przeznaczony dla nich chór. Pani Stina dobrze zna porządek dnia, jaki obowiązuje w klasztorze, bo bywa tu częstym gościem.
W końcu dopada ją prawdziwe zmęczenie. Bolą ją stawy i głowa. Młode lata ma już za sobą i nawet nie pamięta, kiedy ostatni raz czuwała tak, jak to robi dzisiaj. Przez cały dzień aż do później nocy siedziała przy łóżku Margarety i gdyby jedna z sióstr się nad nią nie zlitowała i szorstkim tonem nie wyprosiła jej z komnaty, nadal by tam siedziała. Nogi jej się trzęsą, ale zamiast snu woli ciszę i samotność.
W komnacie, w której leży Margareta, panuje cisza. Przyszła matka zapadła w sen, żeby w oczekiwaniu na ostatni wysiłek jej ciało się wzmocniło. Jest bardzo młoda, ma dopiero siedemnaście lat i wkrótce powije swoje pierwsze dziecko. Niestety, poród zapowiada się ciężki. Margareta jest chuda i wąska w pasie i dlatego brzuch wyraźnie jej odstaje. Piękne jasne włosy pociemniały od potu i przykleiły jej się do czoła. Mniszka, którą matka przełożona przydzieliła jej do pomocy, jest zaniepokojona, chociaż próbuje to ukryć pod maską doświadczonej i znającej się na rzeczy osoby.
– Matko?
Pani Stina wzdryga się na dźwięk słowa, które im wszystkim ciąży, ale szybko dochodzi do wniosku, że może być dla niej jakimś znakiem, skoro zakłóciło jej rozważania akurat w tym momencie. Jej córka Brita nigdy nie umiała się poruszać lekkim krokiem, a fakt, że niepostrzeżenie podeszła do niej tak blisko, jest konsekwencją braku snu. Brita jest jej jedyną córką i dorosłą kobietą. Liczy sobie dwadzieścia cztery wiosny, a dzień, w którym wydała ją na świat, pozostawił w jej pamięci trwałą bliznę. Długie oczekiwanie na rozwiązanie, coraz mocniejsze parcie, coraz słabsze kolana, a do tego gwałtowne, niezapowiadane ruchy płodu w brzuchu. Pewnego ranka coś pękło, a ona gwałtownie się skuliła. Chwilę później znalazła się na ziemi w kałuży jakichś płynów. Bała się, że straciła dziecko u progu nowego życia. Na szczęście nie była to krew, tylko odeszły jej wody. Zaprowadzono ją do łóżka, gdzie leżała przeszywana atakami bólu. Odnosiła wrażenie, że jest sama, choć przez cały czas słyszała wokół siebie czyjeś głosy i czuła, że ktoś jej dotyka. Po długiej walce przyszedł ostatni skurcz, któremu towarzyszyło rosnące parcie. Chwilę później doszło do rozwiązania. Stało się to tak nagle, że ów ostatni akt walki wyssał z jej piersi całe powietrze. Prześcieradło, na którym leżała, było tak mokre, jakby ktoś jej powlekł wilgotną pościel. Komnatę wypełnił głośny, tłumiony przez zatyczki w uszach obcy krzyk. Potem do jej rąk trafiło małe, pomarszczone ciałko, a ona poczuła, jak jej duszę przepełnia gorzko-słodkie szczęście. „Od świtu do południa”, oznajmiła z radością w głosie akuszerka. Poród trwał pięć, może sześć godzin, a ona doświadczała w tym czasie bólu, w którym chwila może trwać wieczność albo odwrotnie. Wpadła we własną, ponadczasową otchłań, która była dla niej zbyt odległa, żeby mogła usłyszeć słowa otuchy, a zarazem niedostępna dla kogoś, kto chciałby do niej wyciągnąć pomocną rękę. W podobnej sytuacji jest teraz Margareta, która już trzecią dobę walczy, żeby wydać dziecko na świat. Poród się wydłuża, bo dziecko nie może wyjść z jej łona. Niedawno uzgodniły, że po porodzie wyruszą razem na północ, żeby nowo narodzone dziecko mogło z całą rodziną obchodzić dzień Świętego Jana w posiadłości rodowej Göksholm. Teraz wydaje się to niemożliwe, bo poród się przeciąga. Tak długa zwłoka martwi, bo nic dobrego nie wróży. Na myśl o tym, że coś mogłoby pójść źle, pani Stina wykonuje znak krzyża. To prosta czynność, ma ją we krwi. Nawykła do niej tak bardzo, że z czasem zaczęła ją wykonywać nieświadomie. Odwraca się i otwiera oczy, które na krótką chwilę zaznały odpocznienia.
– Coś nowego?
Brita kręci przecząco głową.
– Nadal śpi.
Pani Stina nie wie, co z jej córką jest nie tak, bo Brita nigdy nie okazuje uczuć. Jest urodziwą kobietą, ale mogłaby się pozbyć tej swojej nadąsanej miny, przestać marszczyć czoło i wykrzywiać twarz. Mimo urody nadal jest panną i mieszka w rodzinnym domu, chociaż skończyła dwadzieścia cztery lata. Temu, kto zdobędzie jej rękę, wniesie wiano, jakie w każdym rodzie pojawia się tylko raz na jakiś czas. Zalotników uderzających do niej w konkury odrzucała tyle razy, że młodzieńcy, którzy mogliby uzyskać błogosławieństwo jej ojca, rezygnowali i zaczynali smalić cholewki do innych panien. Konkurentów było niewielu, bo w całym kraju nastały straszne czasy. Groby wypełniły się trupami, a kołyski stały puste. Pani Stina nie może się pogodzić z faktem, że ich córka nadal przebywa w rodzinnym gnieździe. Bardzo ją to złości. W ich rodowej posiadłości miejsca wystarcza tylko dla jednej pani domu, a tymczasem przez cały czas pani Stina czuje na karku jej oddech. Brita jest stale u jej boku, obserwuje, jak matka wykonuje domowe obowiązki, i widzi każdy jej błąd. Wprawdzie niczego nie komentuje, ale duże, niespokojne oczy i oskarżycielskie spojrzenie wystarczają za cały komentarz.
Tafla jeziora Vättern jest gładka i spokojna, nie wzrusza jej nawet najmniejsza zmarszczka. Pani Stina ma na sobie niepasujące do temperatury obleczenie, które jest lekko przyciasne i szorstkie. Mimo chłodnej nocy mocno się zgrzała, jak po szybkim marszu, więc unosi poły spódnicy, żeby wpuścić pod spód trochę powietrza.
– Po co tu przyszłyśmy?
– Żeby porozmawiać z jedną z sióstr…
Brita niecierpliwie przestępuje z nogi na nogę. Czuje się zdezorientowana, bo nie wie, co będzie dalej. Z kolei pani Stina jest zbyt utrudzona, żeby cokolwiek zrobić, więc tylko czeka.
– Odstąpiłam od łoża Margarety, żeby trochę odpocząć. Kiedy wyszłam z jej komnaty, ujrzałam zakonnicę. Była bardzo stara i nędznie ubrana. Myślę, że czuwała pod drzwiami, a kiedy usłyszała, że się zbliżam, uciekła.
– Wszak jesteś na tyle szybka, że mogłaś za nią pobiec.
Brita kręci głową.
– Uciekała w takim popłochu, że nie zdążyłam jej dogonić, więc tylko za nią szłam w pewnej odległości. Widziałam, jak zeszła po schodach na dwór, okrążyła zabudowania klasztorne i skręciła między groby na mogilniku. Stanęła przy jednym z nich, przez pewien czas się modliła, a później wróciła do dormitorium. Czy wiesz, do kogo ten grób należy?
– Do kogoś z naszego rodu. Imienia ani nazwiska nie znam.
Opowieść Brity skrywa jakąś tajemnicę. To ostatnia rzecz, jakiej pani Stina potrzebuje. Odwraca się twarzą do okna i staje tyłem do córki.
– Może ta mniszka jest już w tak podeszłym wieku, że zdziecinniała? Wprawdzie to nie nasza sprawa, ale uważam, że zakonnice nie powinny się błąkać po nocy same. Przy następnej wizycie porozmawiam o tym z siostrą przeoryszą.
– Matko?
– Słucham?
– Nasz kapelan zawsze mówi o Bogu Ojcu i Jezusie Chrystusie, a święci na jego obrazach mają brody. Czemu zakonnice modlą się do Matki Bożej i do Świętej Brygidy?
– Bo są mądrzejsze od innych ludzi. Kto przy zdrowych zmysłach poszedłby za mężczyzną, skoro może pójść za kobietą?
Brita nie wie, czy jej matka nie żartuje, więc patrzy na nią z powątpiewaniem.
– Idź odpocząć – kończy pani Stina, a Brita posłusznie wykonuje jej polecenie.
Pani Stina żałuje, że w stosownych latach nie była dla niej lepszą matką. Teraz często się zastanawia, czy gdyby poświęcała jej więcej czasu, wychowałaby ją na inną kobietę. Pali ją wstyd, ale jej jedyną reakcją jest gniew. Wykonuje znak krzyża, który przynosi lekkie pocieszenie, ale ciężar na duszy zostaje. Zresztą nie pierwszy raz w tym roku. Z kościoła dobiega śpiew. To zakonnice intonują szósty psalm pokutny: „Z głębokości wołam do Ciebie, Panie…”.
PAN BENGT UNOSI ZMĘCZONE POWIEKI i stwierdza, że dzień zaczął się bez niego. Zdziwiony zapachem potu i skropionej kwaśnym winem brody marszczy nos. Zwykle budzi się w lepszym stanie. Przez długą chwilę leży nieruchomo, żeby się do końca wybudzić, a potem wzdycha i zwleka się z łóżka, w którym od dziesięciu lat sypia sam. To konsekwencja rozmowy, którą swego czasu odbyli ze Stiną. Doszli wtedy zgodnie do wniosku, że powinni zrezygnować z rzeczy, które przez lata robili w małżeńskiej łożnicy. Od tamtej pory ich codzienne rozmowy, jak również czynności, które wykonują za dnia, przebiegają w atmosferze większego spokoju, ponieważ mogą się należycie wyspać, zwłaszcza że jej nie męczy już jego chrapanie. Pan Bengt kołysze brzuchem, żeby mu zwisał nad nogami mniej więcej równomiernie, ale robi to z taką samą zręcznością jak żuk, który leży na grzbiecie i nie może się przekręcić na nogi. Bolą go plecy, które znowu będą musiały dźwigać jego ciężkie ciało, a kiedy słyszy chrupanie kręgosłupa, cierpnie mu skóra. W głowie mu huczy, chce mu się pić. W młodym wieku rzadko się budził w takim stanie, ale teraz stało się to regułą. Przeklęta starość! W tym roku skończy tyle lat, ile miała jego matka, kiedy w pierwszej połowie ubiegłego stulecia zabrała ją śmierć. Za to jego ojciec, pan Sten, harował na tym padole dwanaście lat dłużej; ale przecież jego udział w wydaniu na świat jedenaściorga dzieci był znacznie łatwiejszy w porównaniu z tym, przez co musiała przejść jego małżonka.
Pan Bengt zaczyna się ubierać. Przez cały czas się pilnuje, żeby zanadto nie zginać pleców i nie kusić losu. Z trudem wciąga nogawki spodni, jeszcze trudniej idzie mu zapinanie koszuli. Narzuca na nią wyszywany złotą nicią błękitny kirtel. Dzięki zdobiącym go ornamentom ludzkie oko z trudem dojrzy zabrudzenia i plamy. W końcu jest gotowy, więc wychodzi z komnaty i od razu zaczyna głośno pokrzykiwać na sługi, których spotyka na korytarzach. To stały rytuał, który pełni podwójną funkcję: porannego pozdrowienia i ostrzeżenia. Pan Bengt pokazuje w ten sposób, że wszystkich ma na oku i dopilnuje, żeby swoje obowiązki wypełniali sumiennie, zwłaszcza że jego uwadze nie ujdzie żadne zaniedbanie. Wychodzi na dziedziniec i słońce od razu oślepia go z taką siłą, jakby mu ktoś wymierzył policzek. Pierwsze kroki kieruje do zamkowej piekarni. Piekarze widzą go z daleka i szybko nalewają kufel piwa, żeby powitać swego pana. Pan Bengt pozdrawia ich skinieniem głowy i wychyla kufel do dna. Ociera usta i oddaje go piekarzom, którzy ponownie napełniają naczynie po brzegi. Pan Bengt pije mniej łapczywie niż za pierwszym razem, ale czuje, że ból głowy powoli słabnie. Zostawia piekarzy i statecznym krokiem rusza w stronę kamiennej wieży, żeby się skryć przed promieniami porannego słońca. Ściany wieży są miejscami gładkie, miejscami chropowate. Po drodze macha na powitanie grupce sług czekających, aż ich pan się obudzi i udzieli im swego błogosławieństwa na zajęcia, które będą wykonywać za dnia. Większość z nich związana jest z przygotowaniami do obchodów Świętego Jana, bo dużą część kosztów ma ponieść pan Bengt. Widząc swoje sługi, pan Bengt daje im w typowy dla siebie sposób do zrozumienia, że stosowne polecenia wyda później. Każe im cierpliwie czekać, trzyma ich jak najdalej od siebie i nawet im nie pozwala do siebie podejść.
W wodach jeziora Hjälmaren odbija się bezchmurne, błękitne niebo. Pan Bengt mruży oczy i unosi głowę. Chce się upewnić, czy wartownik, który ma czuwać za blankami, nie zasnął ze wzrokiem skierowanym na jedyną drogę, która prowadzi na zamek. Göksholm to silny kasztel, który pełni funkcję twierdzy, ale żadna twierdza nie jest na tyle mocna, żeby nie mógł jej zdobyć nieprzyjaciel. Wystarczy, że załoga zaśpi albo popełni błąd. Rzadko się zdarza, żeby oblegające twierdzę czy zamek wojska zdobyły je inaczej niż z powodu błędów popełnionych przez obrońców lub dzięki własnemu sprytowi. Jego ojciec poszerzył mury i pogłębił fosy, a on kazał wybić w murze większe otwory strzelnicze i podwyższyć go o kilka warstw cegieł. W ogóle się przy tym nie przejmował niezadowoloną miną pani Stiny, która ze strachem obserwowała, jak jej rodzinne gniazdo, w którym spędziła całe swe dzieciństwo, zmienia się w coś, co trudno jej będzie rozpoznać.
Pan Bengt odstawia kufel na ziemię, wspina się schodami na szczyt wieży i kładzie dłoń na jak zawsze chłodnej powierzchni muru. Z szacunkiem głaszcze chropowatą płaszczyznę i puka palcami w cegły, żeby poczuć ich moc i siłę. Z wieży rozciąga się rozległy widok na okolicę i jezioro, widać z niej też obite żelazem wrota i otwory strzelnicze. Wykuto je na dużej wysokości, żeby nie można ich było dosięgnąć z ziemi. Dzięki temu załoga może wystrzeliwać z łuków śmiercionośne strzały i razić nimi najezdnika, który chciałby złożyć mieszkańcom zamku niezapowiedzianą wizytę. Pan Bengt trochę się tym turbuje, bo życie w takich warunkach nie jest zbyt wygodne. Latem z nieba leje się żar, zimą doskwiera chłód. Na szczęście dzięki zapasom drewna i solonej wieprzowiny załoga może się tu bronić miesiącami, nawet zimą, kiedy mróz jest tak silny, że nieprzyjacielowi, który by się odważył oblegać zamek, ściąłby krew w żyłach. Pan Bengt unosi kirtel i rozstawia nogi, żeby oddać mocz. Potrzebuje na to trochę czasu, bo chociaż bardzo się stara, na ziemię płynie cienki strumyczek. To dziwne, bo pan Bengt pęcherz miał tak wypełniony moczem, że obudził się z powodu parcia. Obsikuje swój dom jak wilk, który znakuje okolicę, jakby chciał wszystkich ostrzec: To mój teren! Wara wam od niego! Potem z ulgą się odwraca i odchodzi. Teraz gotów jest stawić czoła czekającym go obowiązkom.
Tak jak przypuszczał, stos rachunków do zapłacenia jest równie wysoki jak wieża. Za każdym razem, kiedy sumuje poszczególne kwoty, wynik końcowy jest wyższy. Zbliża się święto i do Göksholmu zjedzie siła gości. Tylu braci nie widział w jednym miejscu od czasów, kiedy w latach swego dzieciństwa mieszkał z nimi w Ekhult pod jednym dachem. Nic więc dziwnego, że targają nim mieszane uczucia. Synowie pana Stena to barwna gromadka, na świat przychodzili przez trzydzieści lat, by później się rozjechać na cztery strony świata. Na święto przybędą starzy druhowie, którzy będą wspominać dawne swary i waśnie, a wszystkie ich wspomnienia utoną w dużej ilości alkoholu. Jest to tak samo pewne jak na przykład to, że doświadczony miner bez problemu wysadzi w powietrze mur, który chwilę wcześniej wydawał się solidny i niewzruszony. Młodsi postawią się starszym, bo to powszechna praktyka. Jednak najbardziej męczy go, że to na niego jako gospodarza spadnie szereg różnych zajęć i czynności, które wiążą się ze świadczeniem gościny. To na nim spocznie obowiązek godzenia swarów. Po namyśle dochodzi do wniosku, że powinien zachować jasny i trzeźwy umysł, nawet jeśli wszyscy inni będą się bawić w najlepsze.
– Gdzie jest Måns? – pyta, a jego pisarz wykonuje gest, z którego wynika, że on też nie wie, gdzie przebywa syn chlebodawcy.
– Któż może wiedzieć, wielmożny panie, jakimi ścieżkami chodzi wasz syn? Może być wszędzie i robić wszystko: wędrować z sokołem, polować na dzikiego zwierza albo włóczyć się po lasach z łukiem i kołczanem pełnym strzał.
– Czy jest z nim Finn?
Pisarz zwleka z odpowiedzią, jakby nie był pewien, czy mu wypada przypomnieć panu Bengtowi o czymś, o czym ten na pewno wie.
– Finn Sigridsson przebywa w Vadstenie. Udał się tam, żeby odbyć pokutę za duszę swojej zmarłej siostry. Miał na to pozwolenie wielmożnego pana. Wróci nie wcześniej niż za kilka dni.
Pan Bengt kiwa głową. Dobrze, że pisarz mu o tym przypomniał, bo z powodu dużej ilości wypitego piwa zupełnie mu to uleciało z pamięci. Być może Måns faktycznie się gdzieś zawieruszył, bo często się tak dzieje, kiedy w żyłach burzy się młoda krew. Jako ojciec nie zamierza go obciążać obowiązkami, bo w jego wieku był taki sam. Uważał, że marnowanie czasu na wykonywanie uciążliwych prac, podczas gdy czekają na niego lasy, dzikie ostępy i nowe przygody, nie ma sensu. Pan Bengt wie, że kiedyś wszystko się zmieni, bo chociaż spoczywają na nim liczne obowiązki domowe, i tak jest kontent, że przynajmniej jego syn może się w tym czasie zabawić. Bierze więc do ręki kufel, wznosi zdrowie Månsa i wypija do dna. Po chwili czuje, jak ogarnia go przyjemne uczucie – znacznie przyjemniejsze od tego, które daje samo piwo. Chłopak dobrze się zapowiada, ma bystry umysł i zachwyca urodą. Cóż lepszego mógłby sobie wymarzyć ojciec niż syna godnego przyszłości, którą otrzyma w prezencie? Wygląda na to, że w krwi Stiny roztopiły się stare przywary jego rodu, to znaczy zły i buntowniczy charakter cechujący jego ojca, pana na Ekhult. Tę samą cechę wiele razy obserwował też u siebie i u swoich braci.
Tak czy inaczej, Stina powinna tu teraz być, bo czeka ją wiele obowiązków związanych z przygotowaniem do święta, które nie należą do niego, tylko do niej. Pewnymi rzeczami od niepamiętnych czasów zajmują się kobiety. Jego nieporadność w tym względzie nigdy nie jest bardziej widoczna niż wtedy, kiedy próbuje ingerować w zakres jej obowiązków, takich jak rozsadzanie zaproszonych gości przy stołach, szlachtowanie zwierząt czy oferowanie poczęstunku. Wszystko to jest oczywiście ważne, bo każdy ma się czuć w jego domu jak najlepiej, ale dla niego to strata czasu, który mógłby wykorzystać na ważniejsze sprawy. Czuje, że piwo osłabia mu zmysły, a myśli sprowadza na manowce. Jak to właściwie jest z innymi obowiązkami, którym wolałby poświęcić swój czas? Czyż nie są ważniejsze od tego wszystkiego, co jest związane ze zbliżającym się świętem? Jest przecież członkiem Rady i pasowanym rycerzem. Chociaż…
Do dzisiaj pamięta, jak krótko po tym, kiedy skończył dziesięć lat, jego ojciec, pan Sten, zabrał go ze sobą na błonia Mory, gdzie w samym sercu Attundalandu miał się zebrać ting4. Chciał mu pokazać ceremonię wyboru Eryka na króla. Przy okazji, mimo młodego wieku, miał być pasowany na rycerza. Po przybyciu na miejsce ze zdumieniem stwierdził, że w państwie szwedzkim naprawdę mieszka wielu poddanych króla. Spotkał tam prawdziwych wielmożów, którym towarzyszyły liczne orszaki. Szybko się okazało, że jego ojciec wszystkich zna. Panowie szlachta pozdrawiali się z atencją, bo woleli okazywać sobie szacunek i studzić emocje, niż ryzykować waśnie. Zauważył, że niektórzy z nich przyglądają mu się z ciekawością, jakby chcieli się doszukać w jego rysach cech świadczących o przynależności do rodu. Bo to przecież on, mały Bengt Stensson, gałąź wyrosła z nasienia Bossonów, miał z czasem wziąć na swe barki jarzmo ojcowizny, przejąć ziemie i niezmierzone bogactwa, które jego ojciec, dziad i pradziad zagarnęli dzięki swoim koneksjom z władzą królewską. Posługiwali się sprytem i odwagą, byli bezwzględni wobec innych. W jego żyłach płynie królewska krew. Wprawdzie zostało jej tam niewiele, ale wciąż krąży z obietnicą dudniącą z każdym uderzeniem serca wystarczająco głośno, by usłyszeli ją wszyscy, którzy stają w pobliżu.
Dzień podczas sejmiku wlókł się niemiłosiernie, więc do zapadnięcia zmroku wszyscy pili. Ojciec obudził go po kilku godzinach snu na niedźwiedziej skórze. Posadził go sobie na ramionach, żeby lepiej widział, co się będzie działo. O tej porze w tłumie zebranych nie było już księży, którzy w swych przepysznych szatach krążyli wcześniej wśród ludzi, niosąc na drzewcach złote krzyże wystające ponad głowy. Zniknęli, bo zaraz miał się zacząć jakiś pogański rytuał. Zebrani śpiewali pieśni i uderzali mieczami o własne tarcze. Pieśni pochodziły z tak odległych czasów, że nie rozumiał ich treści. Potem atmosfera wśród zebranych zaczęła się zmieniać. Zapanowało tak wysokie napięcie, jakby za chwilę miała się zacząć burza z piorunami, a on czuł, że włosy mu się jeżą na głowie. Ojciec położył mu na ramieniu swoją ciężką rękawicę i powoli zaczęli się przedzierać przez ciżbę jak przez gęstą ławicę molw. Powietrze przesycone było ostrym ludzkim smrodem, który wyciskał mu łzy z oczu. Ziemia pod stopami zamieniła się w grząskie błoto, bo wielu załatwiało swoje potrzeby fizjologiczne wprost pod nogi. W pewnej odległości od miejsca, do którego dotarli, zobaczył króla. Nowy władca przypominał mu postać z dawnych sag. Stał na najwyższym kamieniu, jaki leżał na błoniach. Głowę zdobiła mu złota korona, okryty był ciemnoczerwonym płaszczem, na nogach miał buty z cholewami zdobione splotami run, które lśniły w blasku bijącym od kręgu utworzonego przez wysoko uniesione miecze. Król czekał, aż lud złoży mu hołd.
A on? Drżał z trwogi, kiedy tłum niósł go coraz bliżej króla. Był jednym z giermków, którzy tej nocy mieli być pasowani na rycerzy. Kiedy przyszła jego kolej i miał przyklęknąć, nogi się pod nim ugięły, więc żeby nie upaść, oparł się dłońmi o ziemię. Za sobą słyszał głośne okrzyki mężczyzn i z zaciśniętymi powiekami czekał na to, co mu od dawna zapowiadano: że poczuje mocne uderzenie miecza, który spadnie mu na ramię. Od tej pory nie będzie miał nic wspólnego z ludźmi o zajęczym sercu, bo stanie się jednym z tych, którzy godni byli wyniesienia do wyższego stanu. Wszystko przebiegło jednak inaczej, niż sobie wyobrażał, bo kiedy się zebrał na odwagę i uniósł głowę, ujrzał przed sobą króla, który nie przypominał bohaterskich, opiewanych w sagach władców. Stał przed nim chłopiec, który był niewiele starszy od niego. Miał czerwone pryszcze na pobladłym licu i delikatne ręce, był wąski w pasie, płaszcz na nim wisiał, a słaba dłoń drżała pod ciężarem miecza, którym dotknął jego ramienia. Wypowiedział przy tym kilka słów w języku nieprzypominającym szwedzkiego, a jego wzrok wyraźnie mówił, że król jest przerażony otoczeniem, w jakim się znalazł.
Minęło wiele lat, a on, Bengt, nadal służy temu samemu delikatnemu chłopcu. Król Eryk nawet nie próbuje sobie przyswoić języka szwedzkiego ludu, za to zrobił się kłótliwy, skłonny do gniewu, bojaźliwy i porywczy. Nadal jednak dąży do utrzymania w całości pozszywanych przez jego ciotkę państw, z których powstała Unia. Niektórzy zazdroszczą panu Bengtowi miejsca w Radzie, ale nie mają pojęcia o przykrych obowiązkach, jakie się wiążą z pełnieniem tej funkcji. Król Eryk rządzi ze swego pałacu w Danii, a wszystkie obowiązki spadają na innych. W ubiegłym roku wysłał go z misją po kraju i w imieniu korony kazał mu się targować z właścicielami zamków i posiadłości ziemskich. Wcześniej prowadził negocjacje z Hanzą – długie godziny spędził na rozmowach z ludźmi, których śmiało można określić mianem owiec w wilczej skórze. Kupcy sprytnie interpretowali każde słowo na swoją korzyść i udawali, że nie rozumieją intencji szwedzkiego rozmówcy. W tym roku musiał się udać zaśnieżonymi drogami do Lundu, żeby uspokoić arcybiskupa, którego zaczęła trapić zazdrość i chciwość króla. Obaj patrzą na siebie spode łba i czujnie strzegą stref, w których obie władze – świecka i duchowna – zgłaszają pretensje do decydowania o ważnych sprawach. Teraz na dodatek będzie pełnił funkcję lagmana, strażnika prawa, w prowincji Närke. Będzie decydował o życiu i śmierci, orzekał o winie lub niewinności oraz zarządzał dobrami, które się stały jego własnością w drodze dziedziczenia albo w nagrodę za zasługi. Któregoś dnia wszystkie przypadną Månsowi.
Na myśl o tym wszystkim traci cierpliwość. Postanawia dokończyć to, czego nie można przełożyć na następny dzień, a resztę spraw scedować na czeladź i sługi. W pośpiechu dyktuje dwa listy. W pierwszym z nich błaga swoją szwagierkę, Katarinę Sture, zwaną w rodzinie Kari, żeby jak najszybciej przybyła do Göksholmu i pod nieobecność jego małżonki Stiny wsparła go radą i czynem. Drugi list pisze do pani Stiny, która nadal przebywa w klasztorze w Vadstenie. Pyta ją, dlaczego zwleka z powrotem do domu. Potem jeszcze raz czyta to, co do niej napisał, i zaczyna od nowa, ponieważ w miarę pisania język listu stawał się coraz bardziej szorstki i wykraczał poza granicę dobrego tonu. Nie wie, czemu użył takich słów, wszak dobrze wie, że w Vadstenie trzyma ją poczucie wyższego obowiązku. Robi znak krzyża i bezdźwięcznie modli się w intencji Margarety. Jego myśli płyną w stronę Nilsa, który wkrótce zostanie ojcem. Spośród młodszych Stenssonów tylko on nie umie sobie znaleźć miejsca. Nikt nie wie, gdzie teraz przebywa, chociaż powinien czuwać przy łożu rodzącej małżonki. Niech Bóg sprawi, żeby ich dziecko przyszło na świat zdrowe i silne.
Załatwiwszy przypadające na ten dzień najważniejsze sprawy, pan Bengt postanawia wrócić do swej komnaty. Idzie przez majdan, popija piwo i czuje się coraz bardziej oszołomiony, a nawet pijany. To skutek alkoholu spożytego w ciągu dnia. Mimo to nic sobie z tego nie robi, ba, wypija kilka kolejnych kufli. Słońce wędruje po niebie i powoli zmierza w kierunku Örebro. Pan Bengt próbuje się utrzymać na chwiejnych nogach, ale w pewnym momencie musi wyciągnąć rękę, żeby utrzymać równowagę. Chwilę stoi w tej pozycji, jakby rozważał w myślach, co dalej, a potem rusza ścieżką w kierunku pomostu, na którym praczki piorą ubrania. Idzie do czeladnej i z głośnym trzaskiem otwiera drzwi. Celowo wywołuje taki hałas, żeby przepędzić z pomostu zajęte praniem kobiety. Zachowuje się jak lis, który w kurniku pełnym zaspanych kur wyłamał deskę i zaraz wpadnie do środka. Praczki dobrze wiedzą, co go tu przygnało, więc zbierają swoje rzeczy i odchodzą. Zostaje tylko ta, do której pan Bengt przyszedł. Kobieta opuszcza ręce i wygładza spódnicę, chociaż wie, że za parę chwil znowu będzie wygnieciona i pomarszczona. Uśmiecha się do pana Bengta, któremu się wydaje, że jej górna warga wyraża pożądanie, a dolna sprawia wrażenie nieśmiałej. Rozpina pas, ale z trudem mu to idzie, bo ma grube palce. Na dodatek jego członek nie osiągnął jeszcze pełnego wzwodu i luźno zwisa. Bierność dziewczyny w połączeniu z jej obojętnością budzą w nim gniew. Jej pełen wyższości uśmiech traktuje jako despekt, więc otwartą dłonią wymierza jej policzek. Pieczenie skóry przyprawia dziewczynę o łzy, na jej twarzy wykwita czerwona plama. Ich spojrzenia na moment się spotykają i pan Bengt czuje przelotny strach, ale chwilę później jego członek jest już wystarczająco twardy. Odwraca dziewczynę tyłem do siebie i obejmuje ją mocno w pasie, a ona podciąga spódnicę, żeby mu nie przeszkadzała. Pan Bengt szuka jej słabizny, a potem w nią wchodzi i zachęcany jękami dziewczyny raz za razem mocno się w nią wbija. Nie wie, ile czasu mu to zabrało, ale raczej szybko poszło, bo to, czego chciał się pozbyć, od dawna się w nim zbierało, czekając na ujście. Odwraca się zdyszany i wychodzi z izby, jakby nic się nie stało. Przewiesza przez ramię pas, bo nie ma cierpliwości walczyć ze sprzączką. Wieczorny wiatr, który wieje od jeziora, rozwiewa mu kirtel.
Pan Bengt idzie na pagórek, na którym znajdują się fundamenty kamiennej wieży. Opiera się o nią i rozgląda po swoich włościach. Wszystko jak okiem sięgnąć należy do niego. Przed oczami tańczą mu czarne plamy. Z oparów niepamięci wyłania się jak nieproszony gość wspomnienie o pewnym zdarzeniu. Jego ojciec, pan Sten, który wówczas był jeszcze mężczyzną w sile wieku, zabrał go kiedyś ze sobą na konną przejażdżkę. Na polach, które mijali po drodze, leżał świeżo rozrzucony obornik. Słudzy jego ojca wydobyli z dołów beczki na odchody, przywieźli je tu i rozrzucili zawartość po polach. Nad całą okolicą unosił się silny fetor. Pan Sten podchodzi na skraj jednego z pól uprawnych, przyklęka na jedno kolano i macha na syna, żeby do niego podszedł.
– Podejdź bliżej, coś ci pokażę – mówi. Nabiera garść czarnej ziemi i podsuwa ją małemu Bengtowi. – Wiesz, co to jest?
Oczywiście, że tak. Bengt wie, że to ziemia wymieszana z nawozem, ale miarkuje, że ojciec ma na myśli coś innego i zaraz ubierze swoje myśli w słowa. Wie też, że kiedy ojciec zadaje jakieś pytanie, najczęściej sam na nie odpowiada. Podobnie jest i tym razem.
– To nasze bogactwo – stwierdza pan Sten i rozkłada palce, żeby ziemia przesypała mu się swobodnie między nimi. – To z niej bierze się dobrobyt. Nie z nich – dodaje, wskazując zajętych pracą chłopów, którzy rozwożą po polach taczki z nawozem. – I na pewno nie z tego.
Pan Sten unosi lewą rękę, żeby pokazać synowi złoty pierścień, na którym wygrawerowany jest herb rodowy: podzielona na dwa pola tarcza ze splecioną na dole kratą. Nagle, nim Bengt zdążył się uchylić, pan Sten smaruje mu policzek garścią ziemi wymieszanej z nawozem. Jest tłusta i wilgotna, a jej smród bije w nozdrza.
– To na pamiątkę, żebyś nigdy o tym nie zapomniał – mówi do syna.
Pan Bengt wypija resztę piwa i ociera pianę z brody. Ziemia bez ludzi, którzy ją uprawiają, jest niewiele warta. Wszędzie rozciągają się nieuprawiane ziemie, na których pomarło wielu jego chłopów. Żaden nie pozostawił po sobie choćby jednego potomka, który mógłby przedłużyć trwanie rodu. Ogrodzone domostwa powoli się rozpadają, choć nadal rozpaczliwie się bronią przed ekspansją lasów i chwastów. Ludzi ma niewielu, a wysiłek, do którego ich zmusza, nie na wiele się zdaje. Parobków i dzierżawców, którzy się wykazują największą przedsiębiorczością, inni właściciele ziemscy namawiają, żeby się przesiedlili na ich ziemie. Obiecują im, że kiedyś przejmą swoje gospodarstwa na własność. Niech ich diabli wezmą z tym ich ciągłym niezadowoleniem! To nie on był kowalem ich losu, tylko opatrzność, która ciągnie za nich losy i decyduje o życiu każdego z nich.
Pan Bengt ciska kuflem o ziemię i przeklina burzowe chmury, które powoli napływają z południa. Do miejsca, na którym stoi, docierają pierwsze odgłosy burzy. Boli go ręka, którą mocno nadwerężył. Widok tego, co posiada, zdaje mu się szyderstwem, więc podniesionym głosem, który stopniowo przechodzi w ryk, woła, aż czuje drapanie w gardle:
– Niech was piekło pochłonie, słabeusze! Zacznijcie w końcu ruchać wasze baby! Jeśli ja jeszcze mogę, to wy tym bardziej, bez względu na to, jak bardzo jest to trudne.
– DŁUŻEJ NIE DAM RADY. Zróbmy przerwę na odpoczynek.
Człowiek dość szybko poznaje charakter swego bliźniego i jego duszę. Olofa Jönssona bolą nogi, lubi się nad sobą użalać, jest gadatliwy i nie waha się wypowiadać niekorzystnie o innych. Zwracając się do Finna, mówi podniesionym głosem, żeby przekrzyczeć szum deszczu, jako że z nieba leją się strumienie wody. Finn nie ma ochoty go słuchać. Zawzięcie milczy, uginając się pod ciężarem dwóch sakw. Są tak ciężkie, jakby zamiast nich dźwigał na plecach dorosłego mężczyznę. Idąc ścieżką, odsuwa sprzed twarzy zwisającą gałąź, a ta w odwecie wraca i z impetem uderza go w nos. Finn ogląda się przez ramię i wskazuje Jönssonowi rosnący trochę dalej dąb, który samotnie dominuje nad gołą ziemią. Jest tak potężny, że w zasięgu swoich rozłożystych konarów może sprawować niepodzielną władzę. Każdy z nich jest tak gruby jak pnie drzew innych gatunków. Finn zdejmuje z pleców sakwy i kładzie je na ziemię. Krew znowu krąży swobodnie w jego żyłach, choć na początku pojawia się znajome mrowienie. Siadają z Jönssonem na ziemi i opierają się plecami o pień dębu. Przed deszczem chroni ich gęste listowie, więc są jak pod dachem i nic złego im nie grozi. Finn rozgląda się po okolicy, ale widok jest zamazany. Na ziemię spadają ciężkie krople deszczu, a kiedy trafiają w kamień, roślinę albo którąś z wielu kałuż, w których jest już mnóstwo ich kuzynów i kuzynek, słychać dźwięk przypominający plusk albo syczenie. Korony drzew tańczą na wietrze. Jönsson patrzy na Finna z wyrzutem.
– Myślałem, że znacie drogę?
Finn odwraca głowę, żeby nie patrzeć mu w oczy.
– Ja też tak myślałem.
W lasach bywał nie raz, więc dobrze zna zasadzki i pułapki, jakie w nich czyhają na wędrowców: przesmyki między drzewami, przez które jak przez bramy przechodzą dziki i jelenie; zryte pazurami dukty do złudzenia przypominające drogi, po których stąpa człowiek. Łatwo można zmylić drogę, szczególnie na rozwidleniach albo w miejscach, gdzie leśne ścieżki się zbiegają. Wędrowiec, który za bardzo zaufał swoim zmysłom, ze wstydem cofa się do miejsca, w którym stracił orientację, a jego zmęczony umysł tworzy w wyobraźni nieistniejące ścieżki, które się wiją wśród gęsto rosnących drzew. Mija godzina albo dwie i dociera do jakiegoś zapomnianego przez Boga miejsca. Czuje się zagubiony i bezradny, bo nikt nie może mu tam pomóc, zwłaszcza jeśli jest po pas zanurzony w błocie i krzakach.
– I co teraz? – pyta Jönsson.
Finn unosi głowę. Próbuje się przebić wzrokiem przez gęste listowie.
– Nie umiem nawet powiedzieć, jak wysoko stoi słońce na niebie ani rozpoznać kierunków świata.
– Macie hubkę i krzemień?
Finn ma jedno i drugie, ale kręci głową, bo dobrze wie, że przy takiej pogodzie na nic się nie zdadzą. Szuka suchego miejsca, wyżyma płaszcz z wody i kuli się przy pniu, żeby przeczekać ulewę. Niebo przejaśnia się dopiero pod wieczór. Znikają chmury, które zasnuwały niebo, ale ich miejsce zajmuje wieczorny mrok. Jest zbyt późno, żeby kontynuować marsz, a do tego w lesie zrobiło się ciemno. Obaj próbują zasnąć, niestety bez powodzenia. Przez kilka godzin siedzą pod drzewem, ale nic im to nie daje, bo od samego siedzenia nie wypoczną. Zapadła noc, a oni przewracają się z boku na bok, żeby znaleźć wygodną pozycję. Z liści kapie woda, w lesie słychać brzęczenie much i odgłosy dzikich zwierząt przedzierających się przez gęste krzaki. Gałęzie, które uginały się od wody, powoli schną i znowu się prostują.
– Śpicie? – pyta Jönsson.
– Nie – odpowiada Finn.
– Dokąd zmierzacie?
– Do Vadsteny.
– Sam to zmiarkowałem. Widziałem was w kościele, jeszcze zanim zobaczyłem sztylet. Jesteście pielgrzymem?
Finn wzdycha, bo nie wie, co wybrać: rozmowę czy dalsze przewracanie się z boku na bok.
– Odprawiam pokutę.
Finn czuje, że Jönsson zaraz skomentuje jego słowa, ale nie zamierza mu tego wzbronić, bo nie ma powodu, żeby się na niego skarżyć. Dotrzymywanie towarzystwa grzesznikowi rzadko się opłaca. Przeto głośno wzdycha, żeby zapanować nad emocjami, i mówi:
– Trzy tygodnie temu moją siostrę zabrała gorączka. Do samej śmierci żyła w haniebnym związku z pewnym mężczyzną, ale lepiej by było, gdyby go zabrała ze sobą na tamten świat, niż wzywała księdza. Nie zdążyła przyjąć sakramentu ostatniego namaszczenia, a kiedy jej grzechy wyszły na światło dzienne, nie znalazł się nikt, kto chciałby odprawić za nią pokutę. Ksiądz z Mellösy wysłał mnie do Vadsteny, żebym się za nią pomodlił przy relikwiach Świętej Brygidy. Brygida była krewną pana Bengta i wydaje mi się, że jako święta nadal wspiera członków swego rodu. Wspomniany ksiądz kazał mi wstępować po drodze do każdego kościoła i modlić się za duszę siostry przed relikwiami świętych.
– W takim razie na pewno byliście w kościele w Kumli? Widzieliście szatę?
– Tak.
Jönsson cicho się śmieje. Często to robi, bo czuje się tak, jakby życie zgotowało mu rozrywkę, która przeznaczona jest tylko dla niego. Dla Finna to kolejny powód, żeby przekląć swego towarzysza podróży, a mimo to nie może się powstrzymać i przerywa ciszę, która zapadła po ostatniej wymianie zdań.
– Czemu pytacie?
Jönsson krzywo się śmieje i kręci głową.
– W całym swoim życiu widziałem wiele kościołów. Od Lundu na południu aż po Nidaros5 na północy. Rozmawiałem też z ludźmi, którzy nawiedzili wiele innych świątyń.
– No i?
– Powinienem chyba zmilczeć i nie wypowiadać się w taki sposób, ale myślę, że gdyby każda drzazga, jaką widziałem w złotych relikwiarzach, pochodziła z krzyża na Golgocie, musielibyśmy przyjąć, że ewangeliści skłamali, bo inaczej wychodziłoby, że nasz Zbawiciel nie został ukrzyżowany na zwykłym krzyżu, tylko na jakimś langskipie6. Gdyby zaś każdy ksiądz, który twierdzi, że posiada skrawek szaty Jana Chrzciciela, mówił prawdę, kobiety w Judei miałyby powód do wyrażania żalu, że ogołocony Jan wybrał samotność na pustkowiu, a nie pełną uciech miłość.
Zapada długa cisza. W końcu przerywa ją Jönsson, który sam się śmieje ze swojego żartu. Finn jest kontent, że ciemności skrywają wyraz jego twarzy i że Jönsson zmienia temat rozmowy.
– Mieszkacie w Göksholmie?
– Służę u pana Bengta. Mieszkam tam od dzieciństwa. Wkrótce minie dziesięć lat.
– Ludzie powiadają, że idą straszne czasy i niebawem nastaną gorące dni.
– Co macie na myśli?
– Nie słyszeliście nowin? Górnicy się zbroją, tym razem na poważnie. Na północy o niczym innym się nie mówi. Zamierzają ruszyć na południe.
Finn wzrusza ramionami, bo już nieraz słyszał taką gadaninę. Pojawia się co roku, kiedy lato robi się upalne. Jönsson nie ciągnie tego wątku, tylko patrzy na Finna, uderza dłonią w kiesę przy pasie i mówi:
– Mam coś dla was, ale teraz wam tego nie pokażę, bo jest już ciemno. Wolę, żebyście to obejrzeli w świetle dnia. Dzięki temu łatwiej mi będzie wam coś wytłumaczyć. Zrobiło się późno, więc proponuję uciąć sobie drzemkę.
Pobożne życzenie. Rajtuzy, kirtel i surdut są przemoczone, podeszwy butów nabrały wilgoci, a potem stwardniały i zesztywniały i teraz boleśnie go uwierają w stopy. Finn marznie, ale żałuje, że jego cierpienia są tak liche. Czymże są w porównaniu z mękami Ylvy, która płonie w ogniu czyśćcowym, a jedyne, co może uczynić, to wytrwale czekać na ulgę, którą tylko on może jej sprawić? Na pewno wiele by dała za chwilę ochłody. Finn wpatruje się w ciemność, a jego wyobraźnia tworzy kształty tego, co nieznane i niewidzialne. W gęstym lesie krążą nieziemskie stwory. Finn je słyszy, ale ich nie widzi. O północy rozlega się wołanie sowy. Jej głos przypomina wycie, jakby nie była ptakiem, tylko istotą z zaświatów, która przez moment zobaczyła błysk tego świata, a na widok wszechobecnej biedy i nędzy nie mogła się powstrzymać od szyderczego śmiechu.
PANI STINA CHODZI pośród grobów na przyklasztornym cmentarzu. Głowę zakryła kapturem, żeby ją osłonić przed deszczem. Szuka nagrobka, o którym wspomniała Brita. Oprócz burzowych chmur wrażenie robi na niej światło dnia. Wywołuje w niej poczucie braku rzeczywistości. Komuś, kto całą noc spędził na czuwaniu, nowy dzień przypomina zdemaskowane kłamstwo. Sztywne od zasiedzenia stawy dają się we znaki ciału, które najchętniej chciałoby zażyć spokoju i odpoczynku. Otacza ją śmierć, a jej nieuchronność wyryta jest na nagrobnych płytach. W porównaniu z nią życie jest marne i kruche. Pani Stina ciężko oddycha. Zrobiło jej się gorąco, więc siada na jednej z kamiennych płyt przy cmentarnym murze. Ma nadzieję, że duch zakonnicy, której prochy spoczywają w ziemi, nie weźmie jej tego za złe.
Ogarnia ją melancholia, przy której bledną wszystkie barwy świata. Słyszy pełen rezygnacji głos pytający szeptem, czemu to wszystko służy, jaki ma cel i co ten mozolny, ziemski trud jest wart. Ponieważ takie uczucia i wątpliwości pojawiają się coraz częściej, pani Stina równie często się zastanawia, dlaczego tak jest. Za każdym razem, kiedy próbuje ogarnąć myślą swoje dotychczasowe życie, rzadko znajduje powody do niezadowolenia. Nie tylko jest córką Magnusa Marinasona7 herbu pół lew, pół lilia, ale także wywodzi się od Folkungów8, a to oznacza, że w jej żyłach płynie królewska krew. Zastanawia się, co by powiedział jej ojciec, gdyby teraz patrzył na nią z nieba. Bardzo chciał mieć syna, ale urodziła mu się córka, więc ją kochał jak chłopca i wychowywał tak, jakby nim była.
