Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
275 osób interesuje się tą książką
Weston Hammond żyje według zasad, w których nie ma miejsca na emocje ani błędy. Poczucie winy po wypadku brata stało się jego codziennością, a jedynym celem — spełnienie niespełnionego marzenia, nawet kosztem samego siebie.
Hope jest jego przeciwieństwem. Chaotyczna, pełna pasji i ognia. Kiedy w akcie desperacji całuje nieznajomego, nie wie, że to kapitan uniwersyteckiej drużyny koszykówki — chłopak, którego świat zaraz wywróci do góry nogami.
Jeden przypadkowy pocałunek.
Jedna iskra.
Jedno uczucie, którego żadne z nich nie planowało.
Little Flame to historia o bólu, pasji i miłości, która potrafi rozpalić światło tam, gdzie od dawna panował mrok.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 470
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Copyright © Stargard 2026
Klaudia Grubba
Wydawnictwo Black Dragon
Wszelkie prawa zastrzeżone.
Żadna część tej publikacji nie może być kopiowana, reprodukowana ani rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie bez pisemnej zgody wydawcy.
All rights reserved
Książka przeznaczona dla pełnoletnich czytelników.
redakcja i korekta:
Daria Raczkowiak (@daria.raczkowiak.korekta, www.dariaraczkowiak.pl)
okładka, skład i łamanie:
Szymon Bolek (Studio Grafpa, www.grafpa.pl)
www.wydawnictwobd.pl
@wydawnictwoblackdragon
@klaudiagrubba.autorka
ISBN 978-83-977652-9-0
Dla tych, którzy mieli wybór i wybrali siebie, pomimo łez, to była dobra decyzja.
„Miłość rodzi poświęcenie, co z kolei rodzi nienawiść.
Wtedy możesz poznać ból.”
Naruto: Shippuden
Playlista
Tom Grennan – Little bit of love
Benson Boone – Slow it down
Kodaline – Follow your fire
Disturbed – The Sound Of Silence
Haiden Henderson – Sweat
Starset – My Demons
Hozier – To Sweet
Chinchilla – Little GirL Gone
Britney Spears – Toxic
Arctic Monkeys – R U Mine?
Dua Lipa – Love Again
Chase Atlantic – Swim
Alex Warren – Carry You Home
Kochany Pamiętniczku, mam na imię Weston i wpadłem w niezłe gówno, wdałem się w bójkę, straciłem pracę i dziewczynę, która znaczyła dla mnie wszystko, a do tego siedzę właśnie w areszcie, czekając aż ktoś mnie stąd wyciągnie.
Cóż… właśnie to bym napisał, gdybym prowadził pamiętnik, ale nie prowadzę. Powiedzmy sobie szczerze, w czasach telefonów i komputerów mało kto docenia sztukę pisania, jedyną formą pamiętnika, jaką prowadzą ludzie jest Instagram. A ja jestem trochę staroświecki, nienawidzę robić zdjęć i kocham prywatność. Niektórzy mówią też, że jestem niezłym dupkiem, gburem i mam serce wykute z kamienia. Nic bardziej mylnego.
W każdym razie, moja historia jest warta opowiedzenia, więc ci ją opowiem, czy tego chcesz, czy nie. Przymknęli mnie na czterdzieści osiem godzin, okropnie się nudzę, a ciebie na pewno zastanawia, dlaczego zapuszkowali Westona Hammonda, wschodzącą gwiazdę koszykówki.
Już spieszę z odpowiedzią. Miłość. Wszystkiemu winna jest miłość, i nawet jeśli wmawiasz sobie tak jak ja, że nie potrzebujesz być kochany, to powiem ci jedno. Gówno prawda. Ja tak myślałem… Przez ostatnie lata byłem przekonany, że moje towarzystwo mi wystarcza, a potem wróciłem do rodzinnego miasta i zobaczyłem ją. Mój mały płomyczek nadziei wciąż oświetlał swoim blaskiem każdego, oprócz mnie.
Ja już miałem okazję ogrzać się jej światełkiem, ale zjebałem to koncertowo.
Nadzieja jednak wciąż płonęła, nie wiedziałem tylko, czy dla mnie.
To co, jesteś gotowy? Zapnij pasy i zaparz sobie duży dzbanek kawy, to będzie długie czterdzieści osiem godzin.
Nigdy nie lubiłem być w centrum uwagi. Kiedy stajesz się popularny wszyscy cię oceniają, jesteś na świeczniku, wszystkie oczy są zwrócone na ciebie, każdy czeka, aż popełnisz jeden błąd, który będzie ci można wypominać do końca życia. Patrzą na to, jak się ubierasz, co mówisz, co jesz, co cię interesuje. Ja zawsze wolałem trzymać się z tyłu, lubiłem być otoczony zasłoną, przez którą nie przenikały ciekawskie spojrzenia innych ludzi. Taką zasłoną był mój brat Will. No właśnie, był.
Kilka lat temu, przed wypadkiem, każdy wiedział, kim jest William Hammond. Dzieciak z bogatej rodziny, chłopak, przed którym kiedyś będą otwierały się każde drzwi. Chłopak z ogromnym talentem. Mój brat grał w kosza, co ja gadam… był kurwa zajebisty. Od dziecka uwielbiał ten sport, miał bzika na punkcie koszykówki i wszystkim, co było z nią związane. Był tym popularnym bratem i nie przeszkadzało mi to. Ja wolałem grać w fifę i czytać fantastykę. Byłem fanem D&D, miałem jednego przyjaciela, a moim marzeniem było zostać informatykiem. Byłem dzieciakiem, nie oceniajcie mnie.
Rodzice zawsze poświęcali więcej uwagi Willowi, co też mi nie przeszkadzało. Dzięki temu mogłem zakopywać się w swoim świecie i nikt się mnie nie czepiał. Nikt nie zwracał uwagi na tego drugiego Hammonda, każdy chciał się zadawać z tym lepszym bratem.
Do czasu.
Will doznał urazu kręgosłupa.
Zapewne zapytacie, jak to się stało. Opowiem wam później, nie chcę tak szybko stracić waszej sympatii.
Po wypadku wszystko się zmieniło. William stracił czucie w nogach, poruszał się na wózku. Jego przyszłość w jednej chwili zniknęła, a marzenie umarło. Zniknęła popularność, zniknęli przyjaciele.
A ja?
Nocami słuchałem jego płaczu, to nawet nie był płacz, to było wycie, jakby dzikiego zwierzęcia.
Wiedziałem, że to moja wina, to przeze mnie Will stracił wszystko, a przede wszystkim marzenie, które było dla niego najważniejsze. Podjąłem więc decyzję, która zaważyła na całym moim życiu. Obiecałem spełnić jego marzenie. Obiecałem zagrać w NBA w jego imieniu.
Co mną kierowało? Poczucie winy.
Wyrzuty sumienia zżerały mnie niczym ogień. Dzień w dzień musiałem patrzeć jak Will uczy się życia na nowo, jak mu ciężko i jak bardzo mnie nienawidzi.
Zgodził się jednak mnie trenować, to dało mu nowy cel. Odżył. Spełniał swoje marzenie przeze mnie, i choć nie było to to samo, dało mu to siłę do życia, a mnie to wystarczało. Cieszyłem się, że choć w małym stopniu mogę coś zrobić, mimo że czyniło mnie to nieszczęśliwym i że już nie mogłem grać codziennie na xboxie i czytać, mimo że to wymagało ode mnie wielu poświęceń i treningów.
Minęło kilka lat, poszedłem na studia, otrzymałem stypendium sportowe na Uniwersytecie Nowojorskim. Miałem jeden konkretny cel, dostać się do NBA i spełnić marzenie mojego brata, za wszelką cenę.
Unikałem imprez, wypadów z przyjaciółmi. W zasadzie to z jednym przyjacielem. Aaron był jedyną osobą, która wiedziała, co się wydarzyło tego feralnego dnia. Wiedział doskonale, dlaczego robię to co robię i choć tego nie rozumiał, nie oceniał mnie. Mogłem mu powiedzieć wszystko, a on zawsze mnie wysłuchał. Był jedyną osobą, której ufałem. I właśnie w tym momencie miałem ochotę go udusić.
– Wes, ja rozumiem, że twój fiut się schował w dupie i prowadzi życie jakiegoś zdziczałego mnicha, ale człowieku, nie namawiam cię na orgie. To tylko zwykłe ognisko nad jeziorem – westchnął Aaron, wchodząc do szatni.
Graliśmy razem w uniwersyteckiej drużynie Hawks. On grał na obronie, ja byłem rozgrywającym i kapitanem.
– Po pierwsze, mój fiut wcale nie schował się w dupie, regularnie uprawiam seks, dziękuję. Po drugie wiesz, że nie mam czasu chodzić na imprezy – mówię i ściągam koszulkę przez głowę.
Właśnie skończyliśmy trening, panuje to gwar jak na targu, ale nikt mnie nie zagaduje. Jestem już na trzecim roku i wszyscy wiedzą, że nie lubię gadać o niczym. Tylko konkrety, nie mam czasu na bezsensowne pierdolenie. Oczywiście Aaron to jedyna osoba, która nie respektuje moich zasad i po prostu je olewa.
– Dobra, powiem ci. Spodobała mi się taka jedna dziewczyna z pierwszego roku. Ma na imię Ann, i totalnie się nią jaram, ale ma tez przyjaciółkę, z którą wszędzie łazi. Potrzebuję skrzydłowego na jeden wieczór. – Patrzy na mnie oczami szczeniaczka.
– Nie ma opcji – wymijam go i idę pod prysznic. Aaron oczywiście nie byłby sobą, gdyby nie poszedł za mną.
– No weź, Weston. Ja ci pomagam, kiedy tego potrzebujesz – mówi, staje w kabinie obok mojej i włącza natrysk.
– Ja nigdy cię nie proszę o pomoc w wyrwaniu laski. W tej kwestii radzę sobie znakomicie. Poproś Michaela, on na pewno chętnie się zgodzi. – Zamykam oczy i pozwalam ciepłej wodzie płynąć po moim ciele. Sięgam po żel i wylewam trochę na dłoń.
– Ta, bo laski na ciebie lecą, nie musisz nawet specjalnie się wysilać. – W jego głosie słychać nutę rozbawienia.
To prawda. Będąc kapitanem drużyny, nie musiałem się martwić o brak zainteresowań płci przeciwnej. Dziewczyny same do mnie lgnęły, a ja nigdy nie musiałem się starać. Wiedziały też, że nie mogą liczyć na nic więcej. Byłem z nimi szczery. Odpowiadało mi to, im już mniej. Zawsze znajdywała się jakaś dziewczyna, która próbowała usidlić Westona Hammonda, ale ja nigdy nie dałem żadnej nadziei na nic więcej.
– Poza tym Michael nie może, już go pytałem. Jestem zdesperowany, Wes. – Aaron nie ustępuje w błaganiach. Spłukuję resztki piany i zakręcam wodę. Owijam się ręcznikiem w pasie i idę do swojej szafki po ciuchy. W męskiej szatni nie ma mowy o prywatności. Nienawidzę tego, ale zdążyłem przywyknąć.
– Aaron, proś mnie o co chcesz, ale nie o to. Dobrze wiesz, że…
– Tak, Tak. Nie chodzisz na imprezy. Powiem ci coś, Wes. To, że złożyłeś swojemu bratu obietnicę, nie znaczy, że masz zrezygnować ze swojego życia. Zaczynasz być takim samym gburem jak Will.
Wzmianka o bracie sprawia mi ból w sercu. Pomimo upływu lat rana wciąż się nie zagoiła, wspomnienia z tamtego dnia są nadal świeże, a ja wciąż sobie nie wybaczyłem.
Nie odpowiadam. Kiedy jestem już w pełni ubrany, zarzucam sportową torbę na ramię i bez pożegnania wychodzę. Na parkingu stoi mój ukochany Jeep Wrangler. Dostałem go od dziadka na osiemnaste urodziny, cóż, to i spory fundusz powierniczy.
W kieszeni moich dresowych spodni rozdzwania się telefon. Odbieram bez patrzenia na ekran, jest poniedziałek, wiem, kto dzwoni.
– Cześć, Will – witam się z bratem.
Ze względu na swój stan William wybrał nauczanie domowe. Został z rodzicami w Afton, a ja wyjechałem na studia. Cieszyłem się, że w końcu mogłem opuścić dom. Właściwie to miejsce od lat już nie było moim domem.
– Weston. Jak idą treningi? – pyta ozięble. Moja relacja z bratem jest na zasadzie nauczyciel-uczeń. Nie pała do mnie sympatią, myślę, że wy też nie bardzo byście mnie lubili, gdybyście poznali prawdę.
– Dobrze – mówię krótko.
– Wracasz na wakacje do domu?
– Jeszcze nie wiem. Mam propozycję pracy jako trener młodzików – mówię i wsiadam do samochodu. Opieram głowę o zagłówek i zamykam oczy. Jestem przemęczony, wiem o tym, ale mimo to nie mogę zwolnić tępa.
– Po co chcesz tracić czas na jakiś gówniarzy? Lepiej zajmij się własnym treningiem. Liczyłem, że wrócisz i będę mógł zobaczyć, jak grasz, ostatni raz widziałem cię, jak byłeś w domu na święta i wtedy grałeś chujowo. Mam nadzieje, że poprawiłeś technikę od tego czasu.
Zaciskam zęby. Pewnie teraz myślicie, że Will to wredny chujek. Cóż… nie mylicie się. Pomiata mną od kilku lat, upokarza i wypomina najmniejszy błąd. Nie zawsze taki był.
– Muszę zaliczyć wolontariat, bo jako jedyny jeszcze tego nie zrobiłem – mówię spokojnie.
– Nie wiem po co ci to potrzebne. Stracisz tylko czas, ale jak trzeba to trzeba, nie martw się, skoro ty nie możesz, to ja przyjadę, w końcu od przyszłego semestru zaczynają się drafty i jak chcesz się dostać, musisz być najlepszy.
Nie odpowiadam. Nie chcę, żeby przyjeżdżał, nie potrzebuję jego rad. Prawda jest taka, że gram lepiej niż on kiedykolwiek, ale wiem, że nie mogę mu tego powiedzieć.
– Tak właściwie przyjadę w sierpniu i zostanę cały miesiąc, przyda ci się solidny trening – dodaję.
– Jasne, muszę kończyć, zaraz zaczynam zajęcia – kłamię. Will rozłącza się. Tak po prostu. Nie dziwi mnie to, zawsze tak robi.
Rzucam telefon na tylne siedzenie i chowam twarz w dłoniach.
Moje życie to jeden wielki bałagan. Robię coś, czego nie chcę, żyję życiem, jakim nigdy nie chciałem żyć. Zdarzają się dni, kiedy mam ochotę uciec. Zwyczajnie spakować się i zniknąć. Zacząć coś nowego, ale nie mogę. Ciężar złożonej obietnicy wisi nade mną jak zmora.
Słyszę, jak drzwi po stronie pasażera otwierają się, a do środka wchodzi Aaron.
– Myślałem, że odjedziesz beze mnie – mówi, zapinając pas.
– Taki był plan, ale rozmawiałem przez telefon. – Odpalam silnik.
– Czego chciał?
Wzruszam ramionami, nie chcąc o tym rozmawiać. Aaron mnie rozumie i nie naciska. Jedziemy w ciszy, gdy docieramy pod nasz blok, przyjaciel otwiera drzwi by wysiąść, zatrzymuję go jednak.
– O której ta impreza? – pytam i wiem, że szybko tego pożałuję.
Aaron przygląda mi się zdziwiony.
– Mówisz serio?
Kiwam jedynie głową i wzdycham głośno.
– Kurwa, w końcu tego dokonałem, Wielki Weston Hammond idzie na studencką imprezę. – Aaron łapie się za serce i udaje, że wyciera łzy.
– Zamknij się, zanim zmienię zdanie – warczę.
– Już dobra, dobra, po co ta agresja? – Śmieje się przyjaciel. – Impreza zaczyna się o dwudziestej.
Wychodzimy z samochodu i kierujemy się w stronę mieszkania. Mieszkamy razem od pierwszego roku. Na początku mieszkałem w akademiku, później poznałem Aarona, któremu matka kupiła mieszkanie, zapytał, czy nie chcę być jego współlokatorem, od razu się zgodziłem. Miałem u niego o wiele więcej prywatności niż w akademiku.
Przekręcam klucz w zamku i wchodzę do środka. Aaron od razu znika w czeluściach swojego pokoju.
Mieszkanie jest spore: trzy pokoje, przestronna kuchnia i łazienka, a także ogromny taras, na którym lubię przesiadywać. Idę do kuchni i wyciągam porcję kurczaka, którą przygotowałem dzień wcześniej. Wkładam go do mikrofali i czekam, aż będzie gotowy.
Nie bez powodu zgodziłem się na tę imprezę. Potrzebuję chwili zapomnienia, jednego wieczoru, gdy nie będą mną kierowały wyrzuty sumienia.
Nie zrozumcie mnie źle, od lat unikam imprez, alkoholu i dobrej zabawy, ale dzisiaj potrzebuję chwili wytchnienia. Potrzebuję się upić, a skoro jest ku temu okazja, to czemu miałbym nie skorzystać? Przy okazji pomogę Aaronowi i może w końcu da mi spokój.
Jedna impreza, przecież nic się nie stanie.
Gdy dojeżdżamy na miejsce, Aaron poprawia swoje idealnie wystylizowane blond włosy. Przewracam oczami, a to nie umyka jego uwadze.
– No co? Muszę jakoś wyglądać. Laska jest nie z tej ziemi. Sam byś mógł się trochę ogarnąć. Wiesz, że ludzie już wymyślili coś takiego jak grzebień? Świetny wynalazek, polecam – mówi i odpina pas.
– Pierdol się. – Wychodzę z auta i ukradkiem poprawiam włosy.
Nie przywiązuję ogromnej uwagi do wyglądu. Moje ciemnobrązowe włosy sterczą we wszystkie strony, ale nie obchodzi mnie to. Nie uważam się za superprzystojnego gościa, ale nie należę też do najbrzydszych.
Mam sto dziewięćdziesiąt siedem centymetrów wzrostu i jestem dobrze zbudowany, niezbyt muskularny, ale też nie chudy. Lewą dłoń pokrywają tatuaże, a w prawym uchu mam dwa kolczyki.
Aaron to moje przeciwieństwo. Opalona skóra, zero tatuaży, blond włosy, jest ode mnie kilka centymetrów niższy, ale to absolutnie nie ma wpływu na jego grę, jest jednym z najlepszych w naszej drużynie. Jest też rozgadany i otwarty na nowe znajomości. Czasami się zastanawiam, jakim cudem się przyjaźnimy, ale mówią, że przeciwieństwa się przyciągają.
– Idziemy czy musisz jeszcze poprawić makijaż? – pytam.
Aaron patrzy na mnie wkurzony, ale w końcu wychodzi z samochodu.
Przedzieramy się przez gęsty las. Z oddali słychać głośną muzykę i śmiechy. Gdy w końcu wychodzimy na niewielką polanę, zaczynam żałować, że zgodziłem się przyjechać. Jest tu mnóstwo ludzi, większości nie znam, ale oni znają mnie.
Zbliżamy się do ogniska, kawałek dalej w świetle księżyca połyskuje tafla jeziora. Aaron wciska mi w dłoń plastikowy kubek, od razu wypijam cała zawartość, krzywiąc się lekko.
– Wiem, że nie chodzisz na imprezy i pewnie nie wiesz, jak działa alkohol, ale stary, nie będę niósł twoich zwłok do auta. – Śmieje się mój przyjaciel. Przewracam oczami i idę po następna kolejkę. Uzgodniliśmy, że Aaron poprowadzi w drogę powrotna, nie pytał po prostu się zgodził, ale niech Bóg ma go w swojej opiece, jeśli zarysuje mój samochód.
Godzinę i kilka drinków później mam lekko rozmyty wzrok i głupawy uśmiech na twarzy.
– To jest Ann, ale nigdzie nie widzę jej przyjaciółki, idę w konkury, a ty się rozglądaj, jakbyś zobaczył niską blondynkę, która się do nas zbliża, atakuj, to właśnie jej przyjaciółka – mówi szybko i już go nie ma.
Jeśli mam być szczery, mój pijany mózg zrozumiał co drugie słowo, ale oczywiście kibicuję mu z cały sił.
Opróżniam kubek i wtedy odzywa się mój pęcherz. Rozglądam się, ale nigdzie nie widzę niskiej blondynki, której miałem chyba pilnować. Marszczę brwi i chwiejnym krokiem idę za potrzebą. Przedzieram się przez gęste krzaki i gdy już kończę, słyszę krzyk. Kobiecy krzyk. Zapinam rozporek i biegnę w tamtym kierunku, a przynajmniej usiłuję biec. Wybiegam na małą plażę, która z każdej strony jest otoczona drzewami.
– Odwal się ode mnie Ray.
Na plaży stoją dwie osoby. Księżyc świeci jasno, więc jestem w stanie rozpoznać Raya Desmonda. Facet nie przepuści żadnej okazji, żeby pobzykać, ale chyba pierwszy raz spotyka się z odmową.
– Nie daj się prosić, mała. Jesteś boska.
Chcę już się wtrącić, ale nagle dziewczyna odwraca się w moją stronę, z daleka nie widzę wyrazu jej twarzy, ale podnosi głowę wysoko, jakby podjęła decyzję.
– Tam stoi mój chłopak i jak nie dasz mi spokoju, to ci przywali – mówi i idzie w moim kierunku.
Obracam się jak idiota, ale nikogo za mną nie ma. Chwila, ona mówi o mnie?
Dziewczyna podbiega do mnie i łapie mnie za szyję, zmuszając do schylenia się.
– To co teraz zrobię będzie słabe, ale musisz mi pomóc, jesteś moim chłopakiem, bardzo zazdrosnym, z góry przepraszam – szepcze nieznajoma, a potem robi coś, przez co prawie tracę równowagę i ląduję tyłkiem na piasku.
Dziewczyna zaczyna mnie całować. Przez chwilę nie rejestruję, że to się dzieje i stoję jak słup soli, ale potem przyciągam ją do ciebie i obejmuję mocno, zatracając się w tym pocałunku.
Jeszcze nigdy nie całowałem tak miękkich ust, a jej zapach mąci mi w głowię. Moja ręka ląduje w jej włosach, a gdy słyszę jej cichy jęk, totalnie odpływam.
Wierzycie w piekło? Ja wierzę. I w tym momencie liczę, że ziemia pod moimi stopami w magiczny sposób rozstąpi się i pochłoną mnie czeluści piekielne.
Zrobiłam w swoim życiu wiele głupich rzeczy, naprawdę multum, ale całowanie obcego faceta na imprezie, żeby pozbyć się innego obcego faceta?
To zdecydowanie plasuje się w pierwszej trójce moich wybryków. O ile nie na pierwszym miejscu, bo chyba to przebija dzień, w którym pomyliłam autobusy, znalazłam się w innym mieście i nie miałam kasy na powrót, a bateria w moim telefonie postanowiła dokonać żywota i koniec końców ojciec zgłosił moje zaginięcie na policji. Wyobraźcie sobie moją minę, kiedy szłam sobie spokojnie ulicą i zgarnęło mnie dwóch policjantów.
Wracając do tematu i do mojego aktualnego położenia, to nie pogardziłabym pomocą, naprawdę. Nie wiem, co mi strzeliło do głowy, ale tak już mam, najpierw robię, potem myślę, przyzwyczajcie się do tego.
Na swoja obronę Ray to naprawdę obleśny typ, od tygodni nie daje mi spokoju, a ten obcy koleś, który się napatoczył był idealną okazją, żeby w końcu uwolnić się od Desmonda.
No dobra, nie przemyślałam tego, a co jak ten tutaj okaże się jeszcze gorszy? Cholerka.
Czas stąd spadać. Czas też przestać go całować, ale za diabła nie mogę. W życiu nie całował mnie ktoś, kto faktycznie potrafi to robić.
Wargi nieznajomego zjeżdżają na moją szyję, a z mojego gardła wyrywa się niekontrolowany jęk. Facet naprawdę wie, jak posługiwać się ustami.
– Wow. Okazujesz się całkiem niezłym udawanym chłopakiem.
Co? Chwila. Czy ja powiedziałam to na głos?!
Chłopak przygląda mi się z nieskrywanym rozbawieniem, jedna z jego brwi podjechała do góry i widzę, jak powstrzymuję się od wybuchnięcia głośnym śmiechem.
– Dobrze odegrałem swoją rolę? – pyta nieznajomy, swoją drogą bardzo przystojny nieznajomy. To, że jest wysoki widziałam już z daleka, ale dopiero teraz widzę jego twarz wyraźnie. Mocna szczęka, delikatne kości policzkowe, pełne usta, teraz nabrzmiałe od pocałunku, kolczyki w prawym uchu i ciemne włosy, które wręcz błagają o fryzjera. Z chęcią bym go ostrzygła.
Jezu.
Właśnie myślę o tym, żeby strzyc włosy obcego faceta, co jest ze mną nie tak?
Weź się w garść dziewczyno!
– Tak, dzięki za pomoc – chrypię, wymijam go i odchodzę.
– Nie zdradzisz mi nawet swojego imienia!?– woła za mną nieznajomy.
Uśmiecham się pod nosem, ale nie odwracam się. Facet jest naprawdę przystojny i niesamowicie całuje, ale nie mogę się rozpraszać, a mam przeczucie, że on byłby jednym wielkim rozpraszaczem.
Przedzieram się przez krzaki i wychodzę na polanę, gdzie impreza trwa w najlepsze, rozglądam się w poszukiwaniu mojej przyjaciółki. Chcę już wracać do domu, tata na pewno się martwi.
Dostrzegam jak Annabel rozmawia z jakimś chłopakiem. Znam go, od jakiegoś czasu za nami łazi, nieudolnie próbuje poderwać Ann. Przewracam oczami i idę w tym kierunku, wiem, że przyjaciółka czuje się niezręcznie, więc wchodzę ja – cała na biało, no dobra – na czarno. Gdy się do nich zbliżam, robię przerażony wyraz twarzy.
– O mój Boże, Ann! Wszędzie cię szukam, musimy jechać! Dom mi się pali! – krzyczę spanikowana. Przyjaciółka o mało nie parska śmiechem, za to jej towarzysz łyka każde moje słowo jak młody pelikan.
– Co? Jak się pali? Gdzie?
– Pali się! O matko! Wszyscy się spalą: dziadek, babcia i mój pies Czikita, błagam Ann musimy jechać gasić pożar! – Chwytam przyjaciółkę za rękę i odciągam w stronę zaparkowanych samochodów. Żeby tam dojść, musimy przejść przez gęstwinę drzew, ostatni raz daję się namówić na imprezę w plenerze.
– Czikita? Serio? – Śmieje się Annabel.
– Hej, Czikita to świetne imię, nazwę tak kiedyś psa, zobaczysz – grożę jej palcem.
– Jesteś świrnięta, Hope.
– Powiedz coś, czego nie wiem – prycham.
Tak, to ja, świrnięta Hope Maddison. Cóż, ja tak o sobie nie myślę, ale ludzie lubią plotkować. O mnie krążą różne opowieści, moja ulubiona to ta, w której jestem czarownicą i składam ofiary z moim niedoszłych chłopaków. Jak coś nie zdarzyło mi się, ale czasami chętnie bym tego spróbowała. Faceci w tych czasach są okropni, bo jeśli nie pokażesz im cycków, nazywają cię dziwką. Serio chłopie? Jestem dziwką, bo przed tobą nie uklękłam? Jak widać, mężczyźni mają zupełnie inny słownik niż kobiety.
W każdym razie, jestem na pierwszym roku studiów medycznych, może dla ciebie to nic ekscytującego, ale dla mnie to mega poważna sprawa. Moja mama Ava zmarła na raka dokładnie cztery lata temu. Pamiętam, jak płakałam i przeklinałam lekarzy, którzy jedynie co robili to załamywali ręce. Wtedy właśnie postanowiłam iść na medycynę i uratować tyle ludzkich żyć, ile tylko zdołam.
Moja mama była niesamowitą kobietą, cudowną matką i idealna żoną. Najbardziej jednak tęsknię za naszymi rozmowami i treningami. Mama była łyżwiarką figurową, zdobyła nawet pierwsze miejsce na mistrzostwach świata. Od dziecka podziwiałam jej medale i puchary, marząc o tym, że też kiedyś takie zdobędę.
Złapałam bakcyla już jako sześciolatka brałam udział w zawodach, mama zawsze mnie dopingowała i pocieszała, jeśli nie udało mi się wygrać, bo była moją najlepszą przyjaciółką. Przez ponad rok po jej śmierci nie weszłam na lód. Bo to było tylko moje i jej, jak miałam robić to sama?
Aż pewnego dnia znalazłam na strychu jej pamiętniki z dawnych lat, w których opisywała każdy swój dzień, strach przed zawodami, szczęście z wygranej. Stwierdziłam, że ja też tak chcę i, że mama na pewno nie chciałaby, żebym zaprzepaściła lata treningów. Chciałam, żeby była ze mnie dumna.
I oto jestem, studentka medycyny, która dzień w dzień chodzi na treningi i pracuje jako kelnerka. Czasami nawet nie mam czasu na sen, ale wiem, że jest warto, wiem, że gdyby mama żyła, byłaby dumna, i ta myśl mnie napędza. Nie daję sobie czasu na odpoczynek czy smutek. Życie jest zbyt krótkie, żeby być smutnym. Właśnie dlatego niektórzy uważają, że jestem świrnięta, bo kto normalny chodzi ciągle z uśmiechem na twarzy, dodajmy do tego, że prawie nie mam życia towarzyskiego i uciekam od każdego chłopaka, który próbuje mnie poderwać. Nie potrzebuję faceta, który będzie miał do mnie pretensje o brak czasu. Poza tym właśnie przygotowuję się do zawodów, z końcem sierpnia odbędą się krajowe mistrzostwa i bardzo mi zależy na wygranej, zostały tylko trzy miesiące i nie mam czasu na bezsensowne relacje, które nie wprowadzają w moje życie niczego pozytywnego.
Ann twierdzi, że zwyczajnie boję się zakochać, ale ja tam jej nie wierzę. Ta dziewczyna lubi jeść brukselkę. No przepraszam, ale kto do jasnej cholery lubi brukselkę? Tylko psychopaci i to ci najgorsi.
Poznałam Annabel jeszcze w przedszkolu, bo ona jako jedyna nie śmiała się z moich ogromnych okularów. Mam wadę wzroku i teraz w ciągu dnia aplikuję soczewki, ale nie zawsze tak było. Kiedyś nosiłam wielkie okulary, ale dzieci potrafią być okrutne. Ann broniła mnie, póki sama się tego nie nauczyłam. Zaprzyjaźniłyśmy się i tak już zostało. Ona studiuje prawo, więc jak kiedyś mnie przymkną za zabicie jakiegoś idioty, to prawnika mam już zapewnionego, wyciągnie mnie z pierdla, jak tylko skończy zakopywać za mnie zwłoki. Wiem, że zawsze mogę na nią liczyć, po śmierci mamy była przy mnie każdego dnia, bez niej nie dałabym rady.
– Halo, ziemia do Hope. – Przyjaciółka pstryka palcami przed moją twarzą.
– Przepraszam, zamyśliłam się – mamroczę.
– Pytałam, gdzie zniknęłaś na tak długo.
Wyprzedzam ją, żeby nie mogła spojrzeć na moją twarz. Moją wadą albo zaletą, zależy jak na to spojrzeć, jest to, że nie umiem kłamać.
– Byłam się przejść i Desmond znów się przypałętał – tłumaczę.
– Znowu? Kiedy typ w końcu da ci spokój?
– Powiedziałam mu, żeby się odczepił, myślę, że podziałało.
– Skoro nie podziałało ostatnie dziesięć razy, to czemu teraz by miało?
– Mam takie przeczucie – zbywam ją.
Celowo nie mówię jej wszystkiego, już widzę jak jej oczy zamieniają się w dwa serduszka, gdy opowiadam jej całą historię. Robię to dla własnego dobra, bo jeśli ja jestem jak słoneczko, to ona jest jak supernova.
Docieramy w końcu do jej Chevroleta, zajmuję siedzenie po stronie pasażera i składam dłonie do modlitwy.
– Mogę wiedzieć, co ty odwalasz?
– Modlę się – mówię bez otwierania oczu.
– Dlaczego?
– Zawsze to robię, kiedy prowadzisz. Dobra skończyłam, możesz jechać. – Uśmiecham się do niej.
Policzki Ann robią się czerwone. Kocham ją, ale prawo jazdy znalazła chyba w paczce chipsów. Średnio raz dziennie, w drodze na uniwerek, całe życie przelatuje mi przed oczami.
– Nie przesadzaj, jeszcze nigdy nie miałam nawet stłuczki – mówi naburmuszona przyjaciółka i odpala samochód.
– Nie miałaś dzięki moim modlitwom, nie ma za co. – Puszczam jej oczko.
Annabale przewraca oczami i wyjeżdża z leśnego parkingu, mieszkam zaledwie kilka kilometrów dalej, więc droga nie zajmuje nam dużo czasu.
– Widzimy się jutro, jedź ostrożnie. – Wyskakuję z Chevroleta, posyłam jej buziaka i biegnę podjazdem do domu.
Zatrzymuję się przed drzwiami i z kieszeni wyciągam klucz, który okazuje się być niepotrzebny. Tata znowu nie zakluczył, pewnie padł zmęczony przed telewizorem. Wchodzę do środka i idę prosto do salonu. Tak jak przypuszczałam, ojciec śpi, a niedojedzona kolacja stoi przed nim na małym stoliku. Biorę koc i przykrywam go delikatnie.
Po śmierci mamy było ciężko, jej leczenie pochłonęło wszystkie oszczędności, a żeby tego było mało, tata musiał wziąć pożyczkę. Ledwo wiązaliśmy koniec z końcem, gdyby nie stypendium nie mogłabym iść na studia, dlatego poszłam do pracy, żeby dokładać do domowego budżetu i nie prosić, jak czegoś potrzebuję. Lubiłam być samowystarczalna.
Wchodzę na górę po schodach, które skrzypią tak głośno, że obudziłyby umarłego. Dom potrzebuje remontu, ale póki co nas na to nie stać.
Po drodze do swojego pokoju zaglądam do Nicholasa. Nick to mój młodszy brat, ma dziesięć lat, a żyje tylko po to, żeby doprowadzać mnie do szału, ale i tak go kocham. Często pomagam tacie w opiece nad nim, mama zmarła jak miał tylko sześć lat, pamięta ją, ale jego wspomnienia robią się już powoli rozmazane.
Gdy upewniam się, że mały szatan śpi, idę do siebie i padam na łóżko. Nie wiem, czemu dałam się namówić na tę imprezę, chyba tylko po to, żeby Ann dała mi spokój. Twierdzi, że w moim życiu brakuje rozrywki i powinnam raz na jakiś czas się zabawić, gdybym tylko miała na to ochotę i czas to proszę bardzo, ale nie mam ani tego, ani tego.
Zasypiam, nawet nie wiedząc kiedy. Budzą mnie promienie słońca wpadające przez nie zasłonięte okno. Z dołu słychać krzątaninę taty. Wstaję i przeciągam się, czas wziąć prysznic i zacząć dzień. Przywołuje na usta uśmiech, bo dzień bez uśmiechu to dzień stracony.
– Tak tato, zrobię zakupy. Właśnie odebrałam szatana, to znaczy Nicka ze szkoły, i idę z nim na trening koszykówki, tak. Ja też cię kocham. – Rozłączam cię i chowam telefon do sportowej torby, którą ledwo niosę. Wracam właśnie z treningu, a że nie mam auta, muszę taszczyć ze sobą swój dobytek.
– Wiesz, że na środku czoła masz ogromnego pryszcza, nie? Wyglądasz jeszcze gorzej niż zwykle – mówi Nicholas radośnie.
A nie mówiłam? Szatan.
Nie daję się złapać w słowną potyczkę i idę dalej. Gdy docieramy na halę sportową, jest już dwadzieścia po trzeciej, młody biegnie się przebrać, a ja siadam na najniższych trybunach i wyciągam zadanie z literatury.
Nauczyłam się, że trzeba wykorzystywać każdą minutę, szczególnie, jeśli jest się tak zabieganym. Zagłębiam się w notatkach, gdy nagle dociera do mnie czyiś krzyk.
– Uważaj!
Wszystko dzieje się szybko, piłka do koszykówki pędzi w moją stronę i wiem, że nie zdążę się uchylić więc, zamykam oczy w oczekiwaniu na ból, który jednak nie nadchodzi.
– Dzień dobry płomyczku, wróciłaś po więcej?
Ten głos… pamiętam go. Otwieram jedno oko, ale natychmiast je zamykam, nie wiem, na co liczę, może na to, że jak będę miała zaciśnięte powieki to stanę się niewidzialna, kiedy byłam dzieckiem ta sztuczka działała.
– Wiesz, że cię widzę, nie? – pyta chłopak, którego kilka dni temu wykorzystałam, żeby pozbyć się Desmonda.
Trzyma w ręce piłkę do kosza, która chwilę temu pędziła prosto na mnie. Zrezygnowana otwieram oczy i od razu tego żałuję.
Bo to najpiękniejsze brązowe oczy, jakie w życiu widziałam. O mój Boże.
– Czyś ty do cholery zwariowała, żeby siadać tak blisko boiska?! Gdzie ty masz rozum dziewczyno?!
I czar pryska, bo jak się okazuje, właściciel pięknych brązowych oczu nie ma wcale tak pięknego charakteru.
Gdy w oczach mignęły mi jej blond włosy, wiedziałem, że nie odpuszczę. Myślałem o tej dziewczynie od kilku dni, nie mogłem wyrzucić jej z głowy. Ten pocałunek … Cholera. To było coś. A teraz sama do mnie przyszła. No może nie dosłownie, ale rozumiecie, o co chodzi. Siedziała, nie zwracając uwagi na to, co się dzieje wokół niej, długie włosy opadały jej na twarz, była tak drobna, że mógłbym bez wysiłku podnieść ją jedną ręką. Gdy kątem oka zarejestrowałem piłkę lecącą w jej kierunku, natychmiast zareagowałem. Złapałem ją dosłownie w ostatnim momencie.
– Dzień dobry płomyczku, wróciłaś po więcej? – Nie wiem czemu to powiedziałem, nie mogłem się powstrzymać.
Dziewczyna otworzyła jedno oko, ale jak tylko na mnie spojrzała, od razu je zamknęła. Uniosłem brew, a kącik ust niekontrolowanie uniósł się w górę. Co ona wyprawia?
– Wiesz, że cię widzę, nie?
Nieznajoma otworzyła oczy i przyjrzała mi się badawczo. Dobrze, skoro już mam jej uwagę to…
– Czyś ty do cholery zwariowała, żeby siadać tak blisko boiska?! Gdzie ty masz rozum dziewczyno?!– drę się. Jestem nieźle wkurzony. Gdyby coś się stało na moim treningu, to Cole nie dałby mi żyć.
Blondynka przez chwilę nie reaguje, a na jej policzki wstępuje rumieniec, po chwili jednak mruży oczy.
– Gdzie ja mam rozum? Pytanie, gdzie ty go masz? Skoro widzisz, że ktoś tu siedzi, to powinieneś lepiej pilnować tych dzieciaków.
Dziewczyna wstaje i pcha mnie pierś palcem wskazującym. Ona serio to zrobiła? Za kogo ona się ma?
– Jestem trenerem, nie jasnowidzem, skąd niby miałem widzieć, że piłka poleci akurat w twoim kierunku? – Unoszę jedną brew.
– Chwila, jak to trenerem? A co się stało z Colem?
– Pracujemy na zmianę, dziś akurat ma wolne – wzdycham i splatam ręce na klatce piersiowej.
Cole zadzwonił kilka dni temu, że jeśli chcę odbębnić wolontariat, to mam zacząć od razu. Liczyłem, że zacznę z początkiem lipca, ale kazał stawić mi się już następnego dnia, więc teraz musiałem pogodzić treningi i zajęcia z użeraniem się z dzieciarnią. A te bachory doprowadzały mnie do szału, szczególnie jeden. Już kilka razy miałem ochotę „niechcący” rzucić w niego piłką.
Blondynka sznuruje usta w cienką linię, ale nic nie mówi. Siada i znów zagłębia się w lekturze opasłej książki do literatury. Nie wiedząc co z sobą zrobić, stoję obok niej jak pachołek.
– Zasłaniasz mi światło.
– Co? – Mrugam zdziwiony.
– Zasłaniasz mi światło! Byłabym wdzięczna, jakbyś się przesunął, najlepiej na drugi koniec sali – mówi, nie odrywając wzroku od książki.
– Jesteś bezczelna.
– Ja? – Nieznajoma w końcu skupia na mnie swoje spojrzenie.
– A widzisz tu kogoś innego? Nawet mi nie podziękowałaś – prycham.
– Dziękuję. Czy teraz sobie pójdziesz?
– Jak się ostatnio widzieliśmy byłaś o wiele milsza, płomyczku – mówię, obserwując jej reakcje.
– Zapomnij o tamtym. To się nie wydarzyło, jasne? – oznajmia przez zaciśnięte zęby.
– Zapomniałbym, gdyby było o czym, nie zrobiłaś na mnie aż takiego wrażenia. – Uciekam od niej wzrokiem, żeby ratować resztki swojej zdeptanej dumy.
– No to skoro już to sobie wyjaśniliśmy…
– Weston!
Odwracam się, słysząc krzyk jednego z chłopaków. Nasza mała sprzeczka tak mnie pochłonęła, że nie zwracałem uwagi na to co się dzieje na boisku.
Dzieciaki stoją w kółeczku, a gdy tam podchodzę, widzę jak na ziemi leży jeden z nich, i to ten, którego nie lubię.
– Co się stało?– pytam.
– Chciał zrobić dwutakt, ale stracił równowagę, potknął się o własne nogi i walnął głową o parkiet.
Świetnie, jeszcze tego mi brakowało.
– Jak się czujesz? Możesz wstać?
– Ja…
– Nicholas!
Wredna blondynka przeciska się między dzieciakami i klęka obok Nicka.
– Nicholas, nic ci nie jest? – Łapię go za głowę, szukając obrażeń.
– Nie, tylko strasznie boli mnie lewa noga. – Uspokaja ją chłopak.
– Pokaż. – Łapie delikatnie za kostkę, ale nie wyczuwam złamania, oddycham z ulga.
– To tylko stłuczenie, będziesz żyć, ale zalecam tydzień bez treningów.
– Jasn…
– Jesteś też lekarzem? – wtrąca mała jędza.
– Nie, gram w koszykówkę od dziecka i wiem, że …
– Dobra, nie produkuj się wielki koszykarzu. – Przewraca oczami i pomaga Nickowi wstać. Chłopak skacze na jednej nodze, podtrzymując się prawą ręką dziewczyny. Idę za nimi.
– Dasz radę dojść do domu? – pyta go.
Nicholas kiwa głową na boki, zaciskając wargi z bólu.
– Pomogę mu – mówię.
– Nie trzeba, to mój brat poradzimy sobie.
Oczywiście, że ten mały wredny szczyl to jej brat. Mogłem się domyślić.
– Odwiozę was po treningu – proponuję, nie wiedząc czemu. Chyba jestem masochistą.
– Nie, dziękuję, dam…
– Hope, nie pójdę na pieszo taki kawał drogi albo pojedziemy z nim, albo będziesz musiała mnie nieść na plecach – wtrąca młody. Mówiłem wam, wredny szczyl.
– Ale…
– Jezu kobieto, skończ biadolić, za godzinę was odwiozę, możesz do tego czasu usiąść na tyłku i się nie odzywać? – Łapię się za nasadę nosa. Zaraz stracę cierpliwość… przysięgam. Co za uparta baba.
Hope przez chwilę bije się z myślami, w końcu jednak kiwa głową i posłusznie siada na swoim miejscu.
Kilka dni temu mnie oczarowała, nigdy z żadną dziewczyną nie czułem takiego przyciągania jak z nią, ale teraz, kiedy już ją poznałem, wiem, że nic by z tego nie wyszło, jest bezczelna, głośna i wredna.
Może i ma na imię Hope, ale na pewno nie jest nadzieją, jakiej bym szukał.
Po skończonym treningu idę do gabinetu trenera, cóż, teraz chwilowo mojego. Jest tam prywatna łazienka, czyli dla mnie istny raj. Wchodzę pod prysznic, rozkoszuję się gorącą wodą i kąpielą w samotności, wierzcie lub nie, ale nawet w mieszkaniu Aaron potrafi mi się władować do łazienki. Zamykam oczy i opieram dłonie o kafelki. Nagle słyszę huk, jakby coś ciężkiego runęło z dużej wysokości. Szybko zakręcam kran, przewiązuję ręcznik w pasie i wybiegam z łazienki.
Staję jak wryty, gdy widzę Hope leżącą na ziemi, a na niej krzesło. Dziewczyna jeszcze mnie nie zauważyła. Klnie pod nosem i próbuje wstać, podchodzę więc do niej z zamiarem pomocy, ale tylko ją straszę, bo krzyczy jak opętana, znów traci równowagę i łapie za mój ręcznik.
To się dzieje naprawdę czy to jakaś moja chora fantazja?
Stoję z gołym tyłkiem w gabinecie trenera, a przede mną leży przerażona Hope, która chyba właśnie próbuje wydłubać sobie oczy.
Patrząc na skalę tego, co się tu właśnie wydarzyło, to naprawdę zachowuję spokój, tak właściwie nie będzie mi przeszkadzać to, że sobie popatrzy, nie przechwalając się, nie mam się czego wstydzić.
– Hope.
– Tak? – mówi, trzymając jedną rękę na oczach.
– Czy możesz oddać mi ręcznik?
– Co?
– Wiesz, jeśli chcesz popatrzeć to nie ma żadnego problemu, mogę ci nawet wysłać zdjęcie, ale obawiam się, że ktoś tu może wejść. – Mój rozbawiony ton chyba ją płoszy. Widzę, jak jej policzki zabarwiają się na uroczy czerwony kolor. Rzuca we mnie ręcznikiem, a ja zaczynam się śmiać. Jeszcze nigdy nie widziałem, żeby jakakolwiek kobieta tak wstydliwie na mnie reagowała.
Ręcznik wraca na swoje miejsce, a ja kucam przed zawstydzoną dziewczyną i ściągam jej dłoń z twarzy.
– Możesz mi powiedzieć, co tu robisz? I czemu leżysz na ziemi? – pytam.
– Chciałam wkręcić żarówkę – mówi cicho i wskazuje na sufit.
Zerkam w górę, faktycznie wcześniej żarówka ledwo się trzymała. Musiała postawić krzesło na biurku, żeby jej dosięgnąć.
– Jesteś naprawdę powalona Hope. – Kręcę głową, uśmiechając się lekko pod nosem.
– Odwal się – prycha i wstaje.
Nie nadążam za tą dziewczyną, jej nastrój zmienia się jak w kalejdoskopie. Staję przed nią, starając się nie zwracać uwagi na to, że nie ma stanika, a jej sutki próbują się przebić przez materiał bluzki.
– Co ty tu właściwie robiłaś? Bo nie uwierzę, że przyszłaś wkręcić żarówkę, no chyba że dorabiasz jako złota rączka.
– Szukałam cię, chciałam ci powiedzieć, że muszę jeszcze wstąpić po zakupy, nie musisz nas odwozić, wezmę taksówkę, nie chcę robić problemu – mówi to na jedynym oddechu, wciąż uciekając ode mnie wzrokiem.
Ona mnie wykończy, ta kobieta wpędzi mnie w zawał, albo w poważne problemy z ciśnieniem.
– Już o tym rozmawialiśmy płomyczku, podrzucę was.
– Czemu mnie tak nazywasz? – mówi nagle, zmieniając temat.
Właśnie Weston, czemu ją tak nazywasz?
Marszczę brwi.
– Nie wiem, zwyczajnie do ciebie pasuję. – Wzruszam ramionami.
– Cóż, do ciebie pasuje Pan ponurak. – Kręci nosem i bawi się palcami, jednak wciąż na mnie nie patrzy.
– Hope, nie jestem meduzą, jak spojrzysz, to nie zamienisz się w kamień – mruczę rozbawiony jej zachowaniem.
– Spojrzałabym, gdyby było na co – mówi i obrzuca wzrokiem moje ciało.
Ała, to zabolało. Moje męskie ego właśnie schowało się pod kołdrę i płacze.
– Uwierzyłbym ci, gdyby nie fakt, że pociekła ci ślinka, mała, wredna istoto. – Puszczam jej oczko i wracam do łazienki, żeby się ubrać. W myślach przybijam sobie mentalną piątkę.
Gdy już w pełni ubrany wychodzę, Hope czeka razem z bratem na parkingu. Szczerze mówiąc, jestem zdziwiony, że poczekała, jest na tyle uparta, że byłaby w stanie wziąć Nicka na plecy i iść na piechotę kilkadziesiąt kilometrów.
– Hej Weston, mam nadzieję, że proponując podwózkę, miałeś na myśli jakieś wypasione auto, nie wsiądę do byle czego – mówi Nicholas, łypiąc na mnie spod byka.
Mały gnojek. Już ja ci pokażę.
– Zamknij się, debilu. – Hope wali go z otwartej dłoni w tył głowy.
Może i jest wredna, ale przynajmniej czasami umie się zachować.
Kieruję ich do mojego Jeepa.
– Porsche to to nie jest, ale ujdzie. Poznaj mą łaskę, możesz mnie odwieźć do domu. – Młody czeka, aż ktoś otworzy przed nim drzwi.
– Ile ty masz lat, pięćdziesiąt? Może jeszcze rozłożyć ci czerwony dywan? – mówię wściekle.
– Nie pogardziłbym – odpowiadam całkiem poważnie.
– Skąd ty go wytrzasnęłaś? – Patrzę na Hope, która próbuje ukryć uśmiech.
– Tata mówi, że znaleźli mnie w kapuście – wtrąca Nicholas i w tym momencie dziewczyna parska głośnym śmiechem.
Super, obydwoje są nienormalni. W co ja się wpakowałem?
Wsiadam za kółko. Nick pakuje się na miejsce za mną, a Hope siada na fotelu pasażera obok mnie. W ciszy wyjeżdżamy z parkingu, żadne z nas się nie odzywa, gdy nagle coś niesamowicie zaczyna wyć.
– Co to jest do diabła? – próbuję przekrzyczeć głośną muzykę.
– Oglądam tik toki – odzywa się Nick z tylnego siedzenia.
– Co?
– Tik tok taka aplikacja, co ty masz pięćdziesiąt lat? Nie dość, że jesteś głuchy, to jeszcze zacofany – wzdycha gówniarz.
– Zaraz będziesz wracał z buta i to w podskokach – warczę.
– Jestem dzieckiem, nie możesz mi nic zrobić – odpowiada pewny siebie.
– Jesteś szatanem – mówimy z Hope w tym samym czasie. Zdziwieni spoglądamy na siebie, po chwili dziewczyna wybucha śmiechem. Mnie to nie bawi, zaraz oszaleję.
Zanim znów się odzywam, odliczam w myślach do dziesięciu.
– Gdzie dokładnie was zawieźć? – pytam, a właściwie krzyczę, bo gówniarz ogląda te durne filmiki na pełnej głośności.
– Mapple Street 23 – odpowiada dziewczyna.
Wbijam adres w nawigację. To prawie pół godziny jazdy samochodem. Ona chciała iść na piechotę? W dodatku z tą ogromną torbą?
Dalszą drogę pokonujemy w ciszy, po drodze zauważam duży supermarket, pamiętając o tym, co mówiła, skręcam w prawo i parkuję pod sklepem. Właściwie też powinienem iść na zakupy. Znając Aarona, mamy pustą lodówkę, a on głoduje, czekając aż wrócę, albo zamówił sobie pizzę. Ja nie lubię śmieciowego jedzenia, wolę gotować sam, wiem, co jem i przede wszystkim staram się jeść zdrowo.
– Idę z tobą. – Odpinam pas, – A ty, szatanie, zostajesz w aucie – zwracam się do Nicka.
– I tak nie miałem zamiaru iść, boli mnie noga, zapomniałeś? – mówi wyniosłym tonem.
Wiem, że to dzieciak, ale zaraz mu przywalę.
W sklepie rozchodzimy się z Hope każde w swoją stronę. Pakuję do koszyka świeże warzywa i owoce. Gdy jestem na dziale ze słodyczami, widzę, jak blondynka patrzy na czekolady. Wyciąga z kieszeni malutki portfel i zaczyna liczyć pieniądze. Gdy kończy, rzuca ostatnie smutne spojrzenie na słodycze i odchodzi.
Marszczę brwi. Nie ma wystarczająco pieniędzy?
Stoję przez chwilę w miejscu, bijąc się z myślami. W końcu jednak przechodzę przez dział ze słodyczami i wkładam do koszyka cztery różne czekolady.
Chodząc po sklepie kilka razy wpadam na Hope i widzę, jak starannie dobiera produkty spożywcze, odkłada te droższe i wrzuca do koszyka tańsze zamienniki.
Do kasy podchodzimy w tym samym czasie. Dziewczyna przygląda się swoim zakupom, przegryza nerwowo wargę i przestępuje z nogi na nogę.
– Mogłabyś mi przynieść portfel z auta? – Szturcham ją lekko.
– A nie możesz iść sam?
– Nie, bo przywalę twojemu bratu. Pójdziesz? Potrzymam ci kolejkę – zapewniam.
Hope wzdycha i niechętnie wychodzi.
Kiedy kasjerka zaczyna kasować moje rzeczy, wyciągam kartę kredytową z tylnej kieszeni spodni.
– Proszę policzyć to wszystko razem. – Wskazuję na swoje i Hope zakupy.
Kasjerka uśmiecha się ciepło i skanuje kolejne produkty. Pakuję wszystko do siatek, rozdzielając rzeczy na swoje i jej. W pewnym momencie widzę, że kupiła tampony. Zaczynam się zastanawiać, czy jest wredna, bo ma okres, czy po prostu jest wredna z natury.
– Sto pięćdziesiąt dolarów i osiem centów – mówi kasjerka, a ja przykładam kartę do czytnika. Żegnam się z nią i obładowany siatkami wychodzę. Widzę, że Hope idzie w moją stronę.
– Nie mogłam znaleźć portfela. Zapłaciłeś za piękny uśmiech? Co jest, miałeś trzymać mi kolejkę – mówi wkurzona i idzie do sklepu.
– Mam twoje zakupy tutaj. – Podnoszę dwie wypełnione siatki. Dziewczyna przygląda mi się zdziwiona.
– Zaraz ci oddam. – Wyjmuję z kieszeni portfel.
– Zapłaciłem kartą, jednak miałem ją w kieszeni, ale dzięki za wzmiankę o moim pięknym uśmiechu, i nie chcę gotówki, preferuję inną formę zapłaty – mówię przebiegle.
– Jeśli masz na myśli seks, to nie ma takiej opcji.
– Jeśli chciałbym uprawiać z tobą seks, nie musiałbym cię przekupywać, sama byś mnie błagała, płomyczku.
– Niedoczekanie – prycha – A więc, czego chcesz?
– Ciasta – odpowiadam.
– Ciasta?
– Ciasta.
– Czekaj, stop. Mam ci upiec ciasto? – upewnia się, zapewne myśląc, że zwariowałem.
– Tak. – Odwracam się. Idę prosto do auta i ładuję zakupy do bagażnika.
– Mówisz poważnie? Chcesz ciasto? – Dziewczyna dogania mnie wciąż mocno zdziwiona.
– Tak, Hope. Chcę zjeść ciasto. – Patrzę jej w oczy, bardzo piękne oczy. Zielono-niebieskie jak morze pomieszane ze świeżo skoszoną trawą.
Jezu, co ja pierdolę? Przebywanie z tą dwójką odbija się na moim zdrowiu psychicznym.
– Okej? Jakie konkretnie? – pyta dziewczyna, gdy już jesteśmy w samochodzie.
– Zaskocz mnie. – Puszczam jej oczko. Mrużę oczy, bo w aucie jest podejrzanie cicho. Odwracam się i widzę, że mały szatan zasnął. Alleluja, przynajmniej resztę drogi przejedziemy w ciszy.
Gdy dojeżdżamy pod jej dom, w okolicy panuje ciemność. Jest to jedyny dom w przeciągu kilku kilometrów i nie ma tu ani jednej latarni, a wokół nas jest tylko głucha cisza.
– Waszych rodziców nie ma w domu? – pytam, otwierając bagażnik.
Widzę, jak Hope spina się delikatnie.
– Tata jest w pracy do późna.
– A mama?
Dziewczyna waha się przez chwilę.
– Zmarła cztery lata temu – mówi w końcu smutno.
– Przykro mi. – Przyglądam jej się chwilę, ale nie odpowiada. Łapię za jej zakupy, a na ramieniu wieszam sobie jej torbę, której ciężar przechyla mnie na bok. Co ona tam nosi, kamienie?
– Nie musisz. – Próbuje zabrać ode mnie zakupy, ale jej na to nie pozwalam.
– Lepiej obudź Nicka, nie mam zamiaru go wnosić.
Hope posłusznie idzie obudzić swojego brata. W tym czasie ja zanoszę jej zakupy pod same drzwi.
– Muszę już jechać. – Chowam dłonie do przednich kieszeni moich czarnych jeansów.
– Jasne, dziękuję za pomoc, Weston. – Uśmiecha się szeroko.
Patrzę na jej uśmiech i na sekundę czas staje w miejscu, widzę wszystko, jakby w zwolnionym tempie. Mrugam kilkukrotnie i kiwam głową.
– Nie ma sprawy, Hope.
Wymijam ją i jej brata, pośpiesznie wsiadam do samochodu i odjeżdżam.
Co to było za dziwne uczucie…
Przysięgam, że nie spojrzałam, naprawdę. Nic nie widziałam. No dobra, spojrzałam, ale to wcale nie tak, że to planowałam, okej? Nie wiedziałam, że jest w łazience, nie spodziewałam się tego. Cóż, nie spodziewałam się też, że spadnę z krzesła i wyrżnę tyłkiem na staroświecki dywan w jego gabinecie, a już na pewno nie planowałam ściągać mu ręcznika. Dobry Boże, co on sobie o mnie pomyślał?
Pewnie, że jesteś stuknięta idiotko.
Aż do dzisiaj nigdy nie widziałam nagiego faceta, no chyba, że pornosy się liczą, ale na żywo mi się nie zdarzyło. I choć naprawdę próbowałam się powstrzymać, moje oczy i tak zawędrowały tam, gdzie nie powinny.
To było bardziej upokarzające niż mój występ w siódmej klasie, miałam śpiewać, ale ze stresu obrzygałam cały pierwszy rząd. Traumę mam do dzisiaj.
Jak w ogóle do tego doszło? W jednej chwili stałam na krześle, a potem miałam przed oczami naguśkiego, jak go Pan Bóg stworzył Westona.
Teraz obraz jego wyrzeźbionego brzucha wrył mi się w mózg i za nic w świecie nie chciał zniknąć.
Mam też wyrzuty sumienia, że byłam dla niego taka wredna. Nie jest wcale taki zły, jak mi się początkowo wydawało. Pomógł mi, bezinteresownie, mimo mojej odmowy.
Gdy odjechał, Nick od razu pognał na górę do swojego pokoju, a raczej doczłapał się na jednej nodze, a ja przez chwilę stałam w miejscu nie mogąc się ruszyć. Nie wiedziałam czemu, po prostu stałam i przyglądałam się odjeżdżającemu Jeepowi.
Obcy człowiek pomógł mi, zapłacił za moje zakupy i odwiózł mnie i mojego brata do domu, a jedyne czego chciał w zamian to pieprzone ciasto. Co było z nim nie tak?
Westchnęłam i w końcu weszłam do domu, po drodze zabierając siatki z zakupami. Od razu wzięłam się za ich rozpakowywanie i przygotowanie kolacji. Nie było to nic wyszukanego, spaghetti z sosem ze słoika. Jestem marną kucharką, ale wymieszanie sosu z ugotowanym makaronem nie powinno być trudne.
Tata stara się gotować posiłki na kilka dni, ale nie zawsze mu się to udaje, kiedy wiem, że nie będzie go do późna, ja przyrządzam jedzenie. Staram się, żeby było smacznie i tanio.
Trochę zakuło mnie serce na myśl, że Weston zapłacił za moje zakupy z litości, ale przecież nie wiedział o mojej sytuacji, prawda? Nie mógł wiedzieć.
Gdy wyciągam z toreb ostatnie produkty, w moje ręce wpada czekolada, i to nie jedna, a cztery różne.
Co u licha?
Marszczę brwi, bo wiem, że na pewno jej nie wzięłam, mimo że miałam straszna ochotę na cukier. Kiedy mam okres, zamieniam się w potwora potrafiącego pochłonąć kilogramy słodyczy i śmieciowego jedzenia.
Skąd wiedział? Widział mnie?
Na tę myśl czuję, jak rumieńce oblewają moje policzki. Czyli jednak zrobił to z litości.
Wkurzam się na samą myśl, nienawidzę litości. Naoglądałam się jej, kiedy zmarła mama.
Oddam mu pieniądze, co do grosza i upiekę mu najlepsze ciasto, jakie kiedykolwiek istniało w świecie cukiernictwa, a potem będę go unikać.
Tak, to brzmi jak plan. Tylko jak do jasnej cholery piecze się ciasta?
Kolejnego dnia rano wstaję ledwo żywa, przez pół nocy przeszukiwałam Internet, szukając idealnego przepisu. Nie pytajcie, ile ich przejrzałam, ale było tego na tyle dużo, że śniłam o tortach, sernikach, babeczkach, a nawet o bezie. Chyba dostałam cukrzycy od tego wszystkiego, cóż, od tego albo od tego, że pochłonęłam dwie czekolady jak batoniki.
Przeciągam się i wyskakuję z łóżka. Jest czwarta nad ranem, chętnie bym jeszcze pospała, ale od siódmej mam zmianę w Beef's – restauracji, w której pracuję, później mam zajęcia, a potem trening. Dzień jak co dzień. Ubieram szare dresy i obcisłą czarną bluzkę z długim rękawem, za oknem jest jeszcze ciemno, ale nie zraża mnie to. Mam do przejścia kawał drogi, nie marnując czasu, biorę swoją torbę sportową i schodzę na dół.
Tata znów śpi w salonie. Mam wrażenie, że robi to specjalnie. Nie widziałam, żeby spał w swoim łóżku, odkąd mama odeszła. Wzdycham cichutko i na palcach idę do łazienki.
Pod oczami mam ciemne kręgi, skóra jest poszarzała, a długie blond włosy sterczą na wszystkie strony. Obmywam twarz zimną wodą i wyciągam z kosmetyczki najważniejsze rzeczy. Trochę korektora, tusz do rzęs i kilka pociągnięć błyszczykiem muszą wystarczyć. Włosy związuję w wysoki kok na czubku głowy. Myję zęby, a gdy jestem już w miarę podobna do człowieka, a nie potwora spod łóżka, po cichu wchodzę do kuchni. Przyrządzam śniadanie dla Nicholasa, ze względu na nogę zostaję dziś w domu, ale to duży chłopak, poradzi sobie, musi. Przygotowuję też lunch dla taty i zostawiam mu karteczkę informując, że poszłam do pracy. Kiedy wrócił przed północą, ledwo trzymał się na nogach, zdążyłam mu tylko streścić wypadek Nicka i zapewnić, że damy sobie radę. Wiem, że dzisiaj musi być w pracy o dziesiątej, nie mam więc zamiaru go budzić, żeby mnie podwiózł, zasługuje na odpoczynek, a mnie nie stanie się krzywda, gdy zrobię sobie spacer.
Kocham mojego tatę, naprawdę. Wypruwa sobie żyły, żebyśmy mogli jakoś żyć, to on starał się nas utrzymać, gdy nasze życie rozpadło się jak domek z kart, to on pracuje od rana do nocy, żeby zapewnić nam dach nad głową, nie mam do niego pretensji, o to że często muszę zajmować się Nickiem. Naprawdę.
Tata załamał się po śmierci mamy, a tego skutki widać do dziś. Na twarzy przybyło mu mnóstwo zmarszczek, a na głowie siwych włosów. Ciągle był zmęczony, rzadko się uśmiechał. Próbował utrzymać się na powierzchni jeziora zwanego życiem. Bardzo chciałabym mu pomóc, ale nie miałam pojęcia jak. Chciałabym, żeby znów zaczął się uśmiechać, żeby znów zaczął żyć. Tata prowadzi małą firmę remontową, zatrudnia kilku pracowników. Nie zarabia kokosów, ale wystarczy na tyle, by spłacić długi i jakoś żyć. Dlatego zatrudniłam się w Beff’s. Musiałam go odciążyć, choć trochę.
Ściągam z wieszaka moją jeansową kurtkę, ubieram czarne conversy i po cichu zamykam za sobą drzwi. Przez chwilę moje oczy przyzwyczajają się do ciemności. Dziarskim krokiem ruszam przed siebie. Droga jest pusta, panująca głucha cisza wwierca mi się w czaszkę. Zakładam słuchawki i puszczam pierwszą piosenkę: Disturbed – The sound of silence. Parskam cichym śmiechem, bo tak bardzo oddaje mój nastrój w tej chwili. Mniej więcej w połowie drogi widzę, jak zza drzew wyłaniają się pierwsze promienie słońca. Wschód wita mnie niczym stary przyjaciel, uśmiecham się lekko i spoglądam w niebo.
– To będzie dobry dzień, dam z siebie wszystko mamusiu – szepczę i z nową werwą prę naprzód.
– Hope, możesz zanieść to zamówienie Benowi? – pyta z kuchni moja szefowa.
Grace to miła staruszka. Prowadzi tę restaurację od lat, właściwie nie wiem, czy można to nazwać restauracją. W Beef's czas się zatrzymał. Nasze uniformy wyglądają jak z lat osiemdziesiątych. Żółte sukienki zapinane na milion małych guziczków z przodu i czerwone mini fartuszki. Dobrze, że nie każe nam podawać jedzenia na wrotkach, bo moje stopy by tego nie przetrwały.
– Jasne Grace, już się robi. – Zabieram tacę z zamówieniem Bena.
Serwujemy tutaj burgery, frytki, shake'i, gofry, naleśniki, czego dusza zapragnie. Ben to nasz stały klient, przychodzi raz w tygodniu i zawsze zamawia to samo. Burgera z dodatkowym serem, bez cebuli, podwójną porcję frytek, czekoladowego sheake'a i gofry obficie polane syropem klonowym. Ogólnie rzecz biorąc, zapchane żyły po tym posiłku to pewniak.
– Hope, moja droga, jak ci mija dzień? – pyta Ben, gdy przynoszę mu zamówienie. Uśmiecham się szeroko.
– Odkąd pana zobaczyłam, od razu jest lepiej.
– Zawsze mi słodzisz moje dziecko, i mówiłem ci już, żebyś zwracała się do mnie Ben, czuję się wtedy młodszy. – Puszcza mi oczko.
Śmieję się cicho.
– Ale przecież ty jesteś młody. – Szczerzę się do niego.
Ben ma siedemdziesiąt pięć lat. Jego żona zmarła piętnaście lat temu, uwielbiała Beef’s i przyjaźniła się z Grace. Myślę, że przychodzi tu w hołdzie dla niej, żeby o niej nie zapomnieć.
– Chciałbym moja droga. – Wkłada sobie frytkę do ust i popija shakem.
– Smacznego – mówię i wracam za ladę, żeby obsłużyć kolejnych klientów.
Tak mija mi kolejna godzina, na przyjmowaniu zamówień, roznoszeniu ich do właściwych stolików, uśmiechach i zbieraniu brudnych naczyń. Lubię pracę dla Grace, jest troskliwą starszą panią, którą los skazał na tragedię. Jej syn wraz ze swoją żoną i córką zginęli w wypadku samochodowym, jej mąż zmarł dwadzieścia lat temu. Prowadziła ten biznes całkiem sama, a nie była już najmłodsza, dobijała siedemdziesiątki, ale była młoda duchem. Przysięgam, nikt nie miał więcej werwy niż ta kobieta.
– Hope!– Słyszę dźwięk otwieranych drzwi i widzę biegnącą w moją stronę Annabel.
– Musimy jechać, bo zaraz się spóźnimy – mówi zdyszana.
– Oh, jasne, nie sądziłam, że to już ta godzina – mamroczę.
Jak w zegarku do restauracji wchodzi Jasmine. Ugh. Nienawidzę jej. No dobra, może nienawiść to za dużo, ale za to bardzo, jej nie lubię. Jest wredną jędzą. Studiuje zarządzanie i zachowuje się, jakby cały świat miał paść do jej stóp. Nie wiem, czemu Grace ciągle ją tu trzyma, gdybym nie wiedziała, że mnie lubi to pomyślałabym, że nie zwolniła jej jeszcze tylko po to, żeby mnie torturować.
– Cześć sztywniaro. – Jasmine przepycha się obok mnie. Przewracam oczami. Mówiłam, że to jędza.
Idę się przebrać do pomieszczenia dla pracowników, mówiąc pomieszczenie dla pracowników mam na myśli schowek na miotły. Cóż, Grace nie stać na remont, ale nie ma co narzekać. Moja dewiza życiowa to: „Ciesz się z tego, co masz, zawsze może być gorzej”.
Już w swoich normalnych ubraniach żegnam się z Grace, pokazując Jasmine środkowy palec, po czym wychodzę. Ann zaparkowała przy wejściu, więc nie muszę iść daleko. Dzięki za to niebiosom. Bolą mnie stopy, a torba okropnie ciąży mi na ramieniu.
Weź się w garść Hope. Jeszcze kilka godzin zajęć, dwie godziny treningu i odpoczniesz.
– Cześć, piękna. – Szeroki uśmiech Ann to pierwsze co widzę, siadając na miejscu pasażera.
Ja nie mam samochodu, ale mam najlepszą przyjaciółkę na świecie, która przyjeżdża po mnie specjalnie z drugiego końca miasta. Nowy Jork to miasto, które nigdy nie śpi. Choć uwielbiałam tu mieszkać, tęskniłam za swoim domem u dziadków. Mieszkaliśmy z nimi przez połowę mojego życia, a potem rodzicie się przeprowadzili. Tata założył firmę, a mama trenowała przyszłe medalistki jazdy figurowej, w tym mnie. Zdążyłam się przyzwyczaić, że w Nowym Jorku nie da się zaznać ciszy i spokoju, co nie znaczy, że za tym nie tęskniłam.
Wiecie za czym jeszcze tęskniłam? Za brakiem korków. To miasto było wiecznie zakorkowane.
– No jedź ty baranie! – Ann krzyczy gniewnie.
– Jak ma jechać, skoro stoimy w korku. – Podnoszę pytająco jedną brew.
– Jezu, nie wiem, ale zaraz się spóźnię – narzeka.
– Musimy się przerzucić na metro – mówię po raz tysięczny, ale już znam odpowiedź.
– Nie ma takiej opcji, metro jest brudne i śmierdzi tam trupem. – Marszczy nos.
– Skąd wiesz, nigdy nie jechałaś metrem – parskam.
– Tak słyszałam.
Kręcę głową.
– Wiesz, co jeszcze słyszałam? – zaczyna, uśmiechając się jak kot z Cheshire. Wygląda przerażająco. Serio.
– Skąd mam wiedzieć Sherlocku?
– Podobno Weston Hammond całował się na ostatniej imprezie z jakąś uroczą, niską blondynką.
Kurde. Skąd ona to wie. Przecież nikogo tam nie było. Chyba, że…
– Głupi gnojek – mamroczę pod nosem. Pieprzony Desmond.
– Słucham, czemu ja nic o tym nie wiem? – Jej obrażony ton mnie przeraża, kiedy Ann jest zła, jej oczy robią się czarne jak u diabła. Nie przesadzam. Ta czarnowłosa piękność, kiedy się wkurzy, przeraziłaby każdego.
– Jakoś tak wyszło, zapomniałam ci powiedzieć.
– Jak to zapomniałaś? Rozmawiałyśmy wczoraj przez telefon. Poza tym, jak można zapomnieć, że całowało się Westona Hammonda, najprzystojniejszego koszykarza z całej naszej drużyny uniwersyteckiej? – Jej ton wskazuje, że jest oburzona.
– Nie przesadza… Chwila co? Jak to „naszej drużyny”? – Panika w moim głosie chyba jest nad wyraz słyszalna, bo Ann zaczyna się śmiać.
– Ty serio nie wiesz, kto to jest Weston Hammond? Jezu Hope, żyjesz pod kamieniem czy co?
– Tak jakby. No więc, kto to jest?
– Kapitan naszej drużyny koszykówki, mega popularny, mega przystojny i mega niedostępny. Jego jedynym przyjacielem jest Aaron i…
– Czekaj ten Aaron? – przerywam jej. – Ten, który od tygodni próbuje cię poderwać?
– Dokładnie ten. – Kiwa głową.
– O cholerka. – Panika rozprzestrzenia się po moim ciele z szybkością pocisku.
– Weston, nie chodzi na imprezy, nie udziela się towarzysko, nie spotyka się z dziewczynami, nie całuje ich na imprezach. On je pieprzy, a potem zostawia.
Pieprzy i zostawia, jasna dupa.
– Dlatego gdy wyszła plotka, że się całował z Hope Maddison…
– Czekaj, co?
– Przestałaś być anonimowa, piękna.
Chowam twarz w dłoniach.
– On jest trenerem mojego brata – mówię niewyraźnie.
– No to…
– A do tego zawiózł mnie wczoraj do domu, zapłacił za moje zakupy i zażyczył sobie pierdolonego ciasta, a teraz wszyscy wiedzą, że się z nim całowałam, będę miała opinię dziwki, będę należała do haremu Westona Hamm…
– Uspokój się, dziewczyno. Wdech, wydech, bo zaraz mi tu zemdlejesz A teraz opowiedz mi wszystko ze szczegółami – ponagla mnie.
Więc opowiadam, pomijam jedynie fakt, że widziałam go nago, o tym akurat nie musi wiedzieć nikt prócz naszej dwójki.
– Myślę, że wpadłaś mu w oko – odzywa się Ann po chwili ciszy.
– Nie.
– Ależ tak. – Uśmiecha się – Pytanie, co z tym zrobisz?
– Nic, nie wpadłam mu w oko, jutro oddam mu pieniądze i dam mu to pieprzone ciasto, żeby się nim udławił.
– Ostro siostro. – Śmieje się przyjaciółka.
– Skończ.
– Oh, daj spokój, to może być początek świetnej przygody, pomyśl tylko, oddałabyś swój wianuszek najprzystojniejszemu facetowi na uniwerku.
– Ta, a przy okazji złapała chorobę weneryczną. Nie, dziękuję – prycham.
– Nie umiesz się bawić, Hope – wzdycha Ann.
Umiem, jeśli mam odpowiednie towarzystwo, a po tym co usłyszałam, Weston Hammond nie jest odpowiednim towarzystwem dla mnie.
Kiedy po wyczerpującym dniu i okropnie ciężkim treningu wróciłam do domu, pierwsze co zrobiłam, to upiekłam ciasto. Brownie, tak dla jasności. Do koperty włożyłam pięćdziesiąt dolarów, wiedziałam, ile kosztowały moje zakupy, zawsze w sklepie liczę ile mniej więcej wydam, żeby nie zabrakło, i z mocnym postanowieniem spłacenia długu poszłam spać.
Następnego dnia z duszą na ramieniu i cholernym brownie w ręce szukałam Westona po całym uniwersytecie. Jak na złość, nigdzie nie mogłam go znaleźć. Z wiarogodnych źródeł, czyli od Annabel, dowiedziałam się, że ma trening koszykówki, dopytałam nawet o to, jaki ma numer szafki. Zatrważające, ile można się dowiedzieć o kimś w ciągu pięciu minut. Nigdy nie miałam tego problemu, zawsze byłam niewidzialna.
No właśnie, byłam. Teraz już każdy mnie rozpoznawał dzięki uprzejmości Desmonda, jak go spotkam, skopię mu dupę.
Już nie byłam niewidzialną Hope, teraz byłam jedną ze zdobyczy Hammonda. Upokarzające. A najgorsze, że sama to na siebie sprowadziłam.
Weszłam na korytarz prowadzący do szatni w hali sportowej, słyszałam, że trwa trening, więc mogłam po cichu wślizgnąć się do środka, zrobić swoje i zniknąć. A potem już tylko omijać Westona szerokim łukiem. Bułka z masłem. Mój plan jednak miał małą lukę, której nie przewidziałam. Bezceremonialnie wparowałam do środka i stanęłam jak wryta.
To się nie dzieje naprawdę. Mam omamy… to ze zmęczenia, na pewno.
Przede mną stało dwunastu facetów, koszykarzy, gołych. No, może nie gołych, większość miała na sobie chociaż ręczniki, ale i tak zdążyłam zobaczyć zbyt dużo.
Okazało się, że to wcale nie drużyna koszykówki ma w tym momencie trening. Ann wprowadziła mnie w błąd i oficjalnie ją za to zabiję. Wszyscy jak jeden mąż odwrócili się w moją stronę, przyglądając mi się z ciekawością, ale ja widziałam tylko ciepłe brązowe oczy wpatrujące się we mnie ze zdziwieniem.
Weston podszedł do mnie, uśmiechając się zawadiacko.
– Już drugi raz w tym tygodniu widzisz mnie w samym ręczniku, zaczynam myśleć, że robisz to specjalnie, płomyczku – szepnął.
Weszłam do paszczy lwa, teraz musiałam tylko wyjść z tego cało i nie dać się pożreć.
– Hammond, masz gościa. – Podnoszę głowę na dźwięk głosu policjanta. Wstaję i na sztywnych nogach podchodzę do krat.
– Weston, człowieku, coś ty odwalił? – Stukanie szpilek Annabel przecina ponurą ciszę panującą w pomieszczeniu. Oddycham z ulgą. Jeśli Ann tu jest, to jestem uratowany.
– Nic szczególnego, próbowałem odzyskać dziewczynę, ale zadzwoniła na policję, dzień jak co dzień. – Wzruszam nonszalancko ramionami.
– Powinna złożyć wniosek o zakaz zbliżania się – prycha Ann, kładąc ręce na biodrach. Ma na sobie damski garnitur pasujący do wyglądu prawniczki.
– Jeśli to zrobi i tak nie będę go przestrzegać – wyszczerzam się.
– Zastanawiam się, czy zawsze byłeś nienormalny, czy przyszło ci to z wiekiem.
– Zawsze.
– Tak myślałam.
Annabel rozgląda się po pomieszczeniu. Mała więzienna cela, nie ma co oglądać. Jest tu zimno, ponuro i śmierdzi desperacją. Niewątpliwie ten smród pochodzi ode mnie.
– Raczej nie wpadłaś na kawkę i ploteczki, wyciągniesz mnie stąd? – Nadzieja w moim głosie sprawia, że zwraca na mnie swoje ciemne oczy.
– Jako twoja prawniczka powinnam to zrobić, jako przyjaciółka Hope, powinnam załatwić ci pięć lat odsiadki bez możliwości zwolnienia warunkowego – mówi poważnym tonem.
– To się kłoci z twoją przysięgą Ann – prycham.
– Przysięgałam Hope, że będę ją chronić i, że zawsze będzie mogła na mnie liczyć, co według ciebie powinnam zrobić?
