Level Up 2. Bohater - Dan Sugralinow - ebook + audiobook

Level Up 2. Bohater audiobook

Sugralinow Dan

5,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Jak daleko można zajść, gdy ktoś – lub coś – daje ci drugą szansę?

Fil, do niedawna życiowy nieudacznik, zaczyna nagle postrzegać świat przez interfejs rozszerzonej rzeczywistości. Teraz mierzy się z nowymi życiowymi wyzwaniami tak, jakby codzienność była grą RPG.

Dzięki wskazaniom systemu i statystykom stopniowo zmienia swoje życie. Ale nie chce na tym poprzestać: zakłada firmę, by pomagać także innym. Choć o biznesie nie wie prawie nic, szybko się uczy – także na błędach.

Coraz częściej Fil kieruje się nie tylko komunikatami systemu, lecz także własnym sumieniem. Jednocześnie, krok za krokiem, dąży do poznania prawdy o tajemniczym źródle swoich niezwykłych zdolności.

Ta książka to nie tylko wciągające LitRPG ze wszystkimi zaletami gatunku. To także opowieść o rozwoju, odpowiedzialności oraz walce z przeciwnościami losu.

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 12 godz. 28 min

Lektor: Wojciech Masiak

Oceny
5,0 (2 oceny)
2
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
BarbaraDudek

Nie oderwiesz się od lektury

całkiemcałkiem dobry
00
marcin8303

Nie oderwiesz się od lektury

super
00



Tytuł oryginału Level Up 2. Герой

Copyright © Dan Sugralinow 2017–2025

This book is published in collaboration with Magic Dome Books

Przekład

Leszek Kazimierski

Redakcja i korekta

Piotr Mocniak, Katarzyna Zegadło-Gałecka

Grafika na okładce

Piotr Sokołowski

Liternictwo, skład i przygotowanie do druku

Tomasz Brzozowski

Opracowanie e-wydania

Karolina Kaiser,

Copyright © for this edition

Insignis Media, Kraków 2025

Wszelkie prawa zastrzeżone

ISBN 978-83-68639-15-5

Insignis Media, ul. Lubicz 17D/21–22, 31-503 Kraków

[email protected], insignis.pl

Facebook: @Wydawnictwo.Insignis

X, Instagram, TikTok: @insignis_media

Prolog 

– Okropny koszmar! Wszędzie zera i jedynki. Chyba widziałem też dwójkę. Prawdziwą dwójkę.

– To tylko sen, Bender. Nie ma czegoś takiego jak dwójki.

Futurama

– Zapytam inaczej. Jak ich zabiłeś?

– Jeden chłopaczek… Udusił się… Nie zrobiłem tego celowo! Była jeszcze dziewczynka… Ona też sama umarła! Wykrwawiła się…

Huk wystrzału nad moim uchem niemal mnie ogłusza. Kula, trafiając w ramię urzędnika, przewraca go na plecy. Uszy mam jak zatkane watą i ledwo słyszę Wikę, która, odrzuciwszy pistolet, mamrocze przekleństwa:

– Drań, swołocz, kanalia! Nienawidzę!

– O rany, Wika, coś ty zrobiła…

Gleb Greczkin, prominentny urzędnik Wydziału Kultury w Urzędzie Miasta, wije się na podłodze, ale nie żeby miał zaraz umierać. Jego rana nie jest śmiertelna, a zapas witalności ma ciągle spory. Jednak debuff krwotoku działa, odbierając powoli zdrowie pedofilowi.

– To kanalia, rozumiesz! Nie zasługuje, by żyć!

– Yyy… – jęczy urzędnik. – Odpowiecie za to! Załatwię was… Uuu…

– Dobra, dość tego, zwijamy się! – Potrząsam Wiką za ramiona. – Idziemy!

– Dokąd? Trzeba go dobić!

Przeraża mnie jej nastawienie, ale widzę wiszące nad nią buffy „Furii” i „Sprawiedliwego gniewu”. Łapię ją za rękę i ciągnę do wyjścia. Pistolet, na wszelki wypadek, zabieram ze sobą.

W bagażniku SUV-a znajduję kanister i wąż. Spuszczam benzynę, podczas gdy ona sprawdza inne samochody.

– Jest, znalazłam. – Wika podaje mi jeszcze jeden kanister…

Napełnienie ich zajmuje dłuższą chwilę, po czym wracam do domu z dwoma kanistrami benzyny w rękach. Greczkin trzęsie się w kącie za kanapą i coś mamrocze. Ciągnie się za nim krwawy ślad.

Przeklinając, ogarniam się i wycieram pistolet chusteczką nasączoną wódką, którą znalazłem w bocznej kieszeni Dimy Dimycza Dimedrola – unurzanego w korupcji i poczuciu bezkarności pułkownika policji i przyjaciela Greczkina. Wika wychodzi, żeby zrobić to samo z odciskami palców w samochodzie Kolca i Cebuli. To właśnie ci dwaj narkomani, sługusy Dimedrola, ogłuszywszy nas w ciemnej uliczce, przywieźli tu w bagażniku najpierw mnie, a następnie Wikę.

– Co wy robicie? – pyta osobnik wskazany przez system, starannie wymawiając sylaby. – Nie czuję nóg, co się ze mną dzieje?

Wpatruję się w jego profil. Minus pierwszy poziom reputacji spowodował wielokrotne obniżenie poziomu cech. Debuffy również nie sprzyjają aktywności, bo ma ekstremalnie obniżony metabolizm i niemal całkowitą utratę funkcji motorycznych. Na podstawie wszystkich jego zeznań system uznał go za osobnika o negatywnym znaczeniu społecznym i przydzielił mi systemowy quest likwidacji pedofila. To właśnie zamierzam zaraz zrobić.

Słyszę, jak ktoś w pobliżu rzęzi, i nie jest to Greczkin. Z uniesioną zakrwawioną głową porusza nogą ciągle jeszcze żywy Kolec. Nie chcę go dobijać, niech sobie nadal żyje… na razie.

Spoglądam na zegar wiszący nad drzwiami – jest czwarta nad ranem. Oblewam benzyną trupy, meble i stół bilardowy, starając się trzymać jak najdalej od płonącego kominka. Drugi kanister zużywam na werandę i drewniane schody prowadzące na pierwsze piętro i do przedpokoju. Resztka przyda się na zrobienie łatwopalnej ścieżki od domu.

Wracam do salonu i trzymając pistolet przez chusteczkę, wkładam go do ręki Cebuli.

– Nie zostawiajcie mnie… – mamrocze Greczkin. – Milion dolarów… W gotówce…

Biorę zapalniczkę z podłokietnika sofy, a kanistry zostawiam w środku domu. Rozglądam się po miejscu naszego koszmaru…

Przechodzę przez próg. Wika staje obok mnie i opiera głowę na moim ramieniu.

Nawet jeśli piekło nie istnieje, my urządzimy mu jego osobiste. Tu na Ziemi, w lokalnym segmencie Galaktyki.

Niech wszystko idzie w diabły!

Kątem oka zauważam, jak zza rogu domu wyłania się czyjaś sylwetka.

Ostatnią rzeczą, jaką słyszę, jest dźwięk kilku strzałów. Gasnąca świadomość rejestruje cichnący krzyk Wiki…

Rozdział 1Restart

Aktywacja bohaterskiej umiejętności „Sztuczka czasu” w związku ze śmiercią użytkownika. Wykonywanie kopii zapasowej bazy danych. Czyszczenie logów. Czyszczenie pamięci operacyjnej użytkownika. Do uruchomienia 3… 2… 1…

Augmented Reality! Platform. Home Edition

…Kiedy się budzę, ciągle widzę dym i purpurową łunę płomieni odbitą na siatkówce moich oczu, czuję cierpki zapach krwi, słyszę czyjeś rozdzierające krzyki, odczuwam smak sypkiej, mokrej ziemi w ustach i wyczuwam zapach benzyny.

– Fil! Jestem w domu! – Dźwięczny, dobiegający z przedpokoju głos Wiki budzi mnie z koszmaru.

Wchodzi do sypialni, pochyla się i całuje mnie.

– Wika… Kochanie… – Przecieram oczy dłońmi i przeciągam się, czując, jak strzelają mi kości, a następnie nie mogę się powstrzymać, chwytam dziewczynę i przyciągam ją do siebie.

Wpada w moje ramiona ze śmiechem. Przytulając, przewracam się na nią i opieram się łokciami na łóżku.

– A co, nie spodziewałeś się? – Wika uśmiecha się zuchwale i wyzywająco. – A tak na poważnie, to myślałam, że w pełni korzystasz z wolności. No dobra, może nie z dziewczynami, ale przynajmniej z kolegami chyba mógłbyś czasem gdzieś wyjść w weekend?

– W sumie to się nie spodziewałem, a z wolności nie zamierzałem korzystać. Wiesz przecież, że teraz nie mam weekendów. Rano biegałem, potem analizowałem rynek, kombinowałem co i jak, potem boks i siłka… Pod wieczór byłem już tak wykończony, że zasnąłem, czytając Adizesa[1]. On pisze tak pożyteczne książki, że doskonale mnie usypiają.

Zamyka mi usta pocałunkiem i sięga ręką pod moją koszulkę.

– No co ty…

Chcę zapytać, dlaczego wróciła od rodziców, do których dzień wcześniej pojechała na cały weekend, ale krew odpływa mi z mózgu. Na kolejny kwadrans znika chęć pytania o cokolwiek…

Gdy odpoczywamy, leżąc w ciszy, próbuję uchwycić strzępy umykającego z pamięci snu, ale w głowie przelatują mi tylko obrazy – las, piwnica, deszcz, jacyś źli ludzie i moja kompletna bezradność.

– Dlaczego więc wróciłaś wcześniej, niż planowałaś? – Przypominam sobie o tym niezadanym pytaniu.

– Wiesz… Siedzieliśmy przy stole, jedliśmy obiad, rozmawialiśmy. Rodzice, brat, córeczka… – Wika milknie, zanurzając się we wspomnieniach. – I nagle tak mnie coś mocno do ciebie pociągnęło! Czułam się, jakbym cię traciła! Najpierw chciałam tylko zadzwonić, ale potem patrzę – ojciec pojechał na ryby, matka też miała swoje sprawy… Pocałowałam Ksiuszę i wskoczyłam do samochodu. Jechałam tak szybko, żeby zdążyć wrócić przed zmrokiem, że o mało nie miałam wypadku, bo zarzuciło mnie i zniosło na lewy pas. Prawie zahaczył mnie jadący z przeciwka biały Land Cruiser… – Wika opowiadała bez emocji, jakby to nie o nią chodziło. – Wróciłam do domu, usłyszałam twoje chrapanie i od razu mi ulżyło!

Przyciskam ją do siebie, wzruszony jej historią. Zadziałała empatia. Niemal czuję gorycz straty i coś okropnego, co mogło się wydarzyć, ale na szczęście nas ominęło. Przez chwilę leżymy w milczeniu, a potem Wika odrywa głowę od mojej piersi i szybko się podnosi. Wstaję i idę za nią do łazienki, nie mogąc oderwać wzroku od jej krągłych, jędrnych pośladków.

– Zjemy kolację? – pyta, gdy razem bierzemy prysznic. – Mama dała mi sporo różnych pierożków.

– Smażonych?

– Gotowanych na parze! – Wika uderza mnie myjką. – Z jajkami, cebulką, kapustą i ziemniakami!

– Tylko się pytałem, no co ty – odpowiadam, robiąc unik. – Wielkie dzięki, mamusiu! No dobra, poddaję się!

Jej reakcja jest zrozumiała: ma już dość moich wykładów na temat śmieciowego jedzenia. Nie jest lekko, bo wystarczy, że skosztujesz zwykłego smażonego ziemniaka, a system zaraz zaczyna bombardować cię ostrzeżeniami i grozi debuffami. Generalnie, sądząc po komunikatach interfejsu, to, co smażone, zwiększa ryzyko zachorowania na raka i podnosi poziom cholesterolu. Niby wszystko jest okej, ale za każdym razem, gdy widzę, jak moje zdrowie spada choćby o jedną tysięczną procent, to zaraz znika przyjemność jedzenia.

Podczas gdy Wika się ubiera, mnie udaje się pokroić świeże warzywa na kolację. Tylko w ten sposób można jakoś zneutralizować tłuste potrawy, co jest udowodnione przez system.

– Słuchaj, Fil… – Wika wchodzi do kuchni. – Mama zamęcza mnie masą pytań dotyczących ciebie. Chętnie bym na nie odpowiedziała, tylko co powiem? Nie mogę przecież im tłumaczyć, jaki jesteś dobry, rzetelny, mądry, a potem postawić ich przed faktem, że jesteś bezrobotny! Może w przyszły weekend razem do nich pojedziemy? W końcu cię przedstawię…

Moi rodzice ją polubili. Tego dnia, dwa tygodnie temu, kiedy przyjechaliśmy do nich z Wiką, nastąpiła chwila niezręcznego milczenia, bo oni myśleli, że przyjadę sam. Ale gdy tylko efekt zaskoczenia minął, mama zaśmiała się:

– No i co my tu tak stoimy?! Synku, czy mógłbyś nas sobie przedstawić?

– Moi drodzy, to jest Wika – powiedziałem. – Spotykamy się. Poznaliśmy się w pracy. Wika, to jest…

– Kira, siostra tego hultaja! – przerwała mi siostra i przytuliła dziewczynę. – Chodź dalej, nie krępuj się. Czuj się jak u siebie!

Spotkanie z moją rodziną przebiegło pomyślnie. Jednak martwi mnie to, jak wyjdzie zapoznanie się z rodzicami Wiki. Podczas gdy ja się nad tym zastanawiam, moja dziewczyna przeskakuje na inny temat, który nie daje jej spokoju:

– Słuchaj, a jakie masz plany? Wymyśliłeś coś? Może jednak pójdziesz do Białej Góry? Znam tam kierownika personalnego, to są poważni dystrybutorzy, ale mają dużą rotację ze sprzedawcami, ciągle brak im pracowników. Może spróbujesz? Tam szeregowi pracownicy zarabiają całkiem niezłe pieniądze, a ty jesteś megasprzedawcą! Mogę cię umówić…

– Kochanie, znowu zaczynasz… Wiem, że jesteś przyzwyczajona do polegania tylko na sobie; no więc pozwól również i mnie decydować o sobie. Mam pomysł na biznes, jestem pewien, że wszystko dobrze się ułoży. Potrzebuję jednak jeszcze trochę czasu, aby się przygotować i dobrze wystartować. W końcu nie bez powodu badam rynek…

– Przecież nawet nie mówisz, co zamierzasz! – wykrzykuje Wika. – Dlaczego nie możesz mi powiedzieć? Może dlatego, że nie masz żadnego pomysłu i mydlisz oczy mnie, a może przede wszystkim sobie.

– Mam pomysł… – przerywa mi dzwonek telefonu. – Chwileczkę, pozwól, że odbiorę.

Spoglądam, żeby sprawdzić, kto dzwoni – to Siawa! Dawno go nie widziałem, nie słyszałem, chyba od czasu wyprowadzki z mojego starego mieszkania. Wika kiwa ze zrozumieniem głową, wstaje i idzie umyć naczynia. Wychodzę na balkon, żeby szum wody nie zagłuszał głosu, i odpowiadam:

– Cześć, Sława!

– Dobry wieczór, Filipie Olegowiczu!

– Dobry wieczór, Wiaczesławie! A co tak oficjalne? – Jestem trochę zdziwiony wypowiedzią Siawy, bo nigdy czegoś takiego od niego nie słyszałem.

– Filipie Olegowiczu, dzwonię do pana w konkretnej sprawie! – kontynuuje nonszalancko, a ja zdaję sobie sprawę, że Siawa już coś wypił. – Co tam z naszym wspólnym biznesem? Kiedy planowane jest uruchomienie?

– Siawa, nie teraz, proszę. Zaczniemy za parę tygodni, zadzwonię do ciebie.

Słyszę, jak szepcze do kogoś: „Zaczynamy za parę tygodni! Będziesz moją sekretarką!” i kobiecy śmiech.

– Filipie Olegowiczu… – Siawa znów jest ze mną. – Tylko niech pan uważa! Żeby…

– W porządku, kolego. Nie wiem, z kim i gdzie jesteś, ale lepiej odsuń się od nich i zadzwoń jeszcze raz. No to na razie, czekam.

Kończę połączenie. Nie spodobał mi się niemal protekcjonalny ton, który wkradł się do wypowiedzi Siawy. Zostaję na balkonie, czekając, aż zadzwoni jeszcze raz. Z kuchni dobiega głos Wiki:

– Czy wszystko w porządku? Kto dzwonił?

– W porządku, zaraz przyjdę.

Czekam minutę lub dwie, po czym na ekranie pojawia się jego uśmiech od ucha do ucha, bo zrobiłem mu zdjęcie do profilu w moich kontaktach.

– Fil, jestem sam, tak jak prosiłeś – mówi Siawa normalnym głosem. – Co się stało?

– Lepiej to ty mi powiedz, z kim pijesz i czego chcesz?

– Eee… Fil, nie miej pretensji, jeśli coś było nie tak. Mamy weekend, spotkaliśmy się z kolegami z pracy i robimy małą imprezkę. Jest tam taka jedna dziewczyna, Irenka, która mi się podoba… – Siawa zawiesza na chwilę głos.

– I?

– Tak czy owak, powiedziałem im, że wkrótce ich opuszczę i zajmę się biznesem. Cóż, jestem w końcu twoim partnerem. Irenka się przyczepiła i też chce odejść ze mną. A ja to…

– Jasne. Sława, umówmy się, że wszystkie swoje obietnice będziesz najpierw uzgadniać ze mną! Inaczej nie będziemy mieć żadnych wspólnych interesów! Umowa stoi?

– Bez dwóch zdań, Fil, przepraszam. Nie myśl tylko, że jestem pijany, wypiłem raptem parę piw. Zaraz zabiorę Irenkę i pojedziemy do mnie.

– Gdzie mieszkasz?

– Wynająłem chatę niedaleko pracy. Kompletna rudera, ale tania, mieszczę się w pięciu kawałkach – wylicza Siawa. – Powiedz mi, czy mam się, tego… Czy już się zwalniać z pracy? I koledzy też?

– Jacy znowu koledzy?

– Moi. Pamiętasz tych, którzy o mało cię nie załatwili? Żeka, Witek, Kolian? Ściągnąłem ich do siebie. A jakby co, to będziemy musieli jeszcze miesiąc przepracować…

– Chłopaki niech nadal pracują, skoro im załatwiłeś pracę. Ale już całkiem niedługo będę potrzebował twojej pomocy, więc od poniedziałku możesz pisać podanie o zwolnienie. Akurat za miesiąc będziemy zaczynać.

– Zrozumiałem, szefie! Przepraszam za kłopot, bez urazy! – kończy rozmowę.

Szacuję, że w trzy tygodnie powinienem się uwinąć ze wszystkimi moimi planami przed startem naszego niewielkiego, a na razie to nawet całkiem mikrego biznesu. Planów jest sporo, a tak pokrótce: podbić wszystkie cechy fizyczne do poziomów powyżej średniej, rozwinąć „Znajomość istoty rzeczy” i doczekać się „Optymalizacji” Gry. Wtedy będzie można skupić się na biznesie.

Planuję zacząć od jednego rodzaju działalności – od pośrednictwa pracy. Jeden rodzaj usług będzie łatwiej promować niż kilka. Mam wszak pozytywne doświadczenie w znalezieniu pracy Siawie i Grubemu. I kiedy nasza agencja wyrobi już sobie markę, to wówczas będzie można rozszerzyć profil świadczonych usług.

A poza tym są jeszcze dwie sprawy. Po pierwsze, nie wiadomo wciąż, jakie atuty da mi kolejny poziom „Poznania istoty rzeczy”. Kto wie, może nauczę się dostrzegać na mapie skarby lub nieodkryte złoża plutonu? A po drugie, przepuszczając przez siebie strumień bezrobotnych, będę mógł dobrać personel również i do mojej firmy.

Wracam do Wiki. Nalała herbaty do kubków i siedzi przy kuchennym stole, obejmując nogi przyciśnięte do piersi, wpatrzona w swój telefon. Zobaczywszy, że wróciłem, pytająco spogląda na mnie.

– Sława dzwonił – odpowiadam na jej pytające spojrzenie. – Pytał o to samo co ty, czyli kiedy startuję z moim biznesem.

– Sława? A kto to jest?

Tu uświadamiam sobie, że jeszcze nie mieli okazji się poznać.

– Kolega – odpowiadam, nie chcąc wdawać się w szczegóły. – Będzie mi pomagać.

Odpowiedź nie do końca ją satysfakcjonuje, ale nie daje tego po sobie poznać. Widzę w interfejsie tylko lekko obniżony nastrój i rozbudzone zainteresowanie.

– Poznam was z sobą przy najbliższej okazji. A co do interesów… – odchrząkuję. – Słuchaj, ja nie tylko mam pomysł. Ja wiem, jak to wszystko właściwie uruchomić i rozwinąć. Proszę cię tylko o odrobinę cierpliwości, a obiecuję, że się nie zawiedziesz!

– Fil, martwię się o ciebie! Nie wiem, co siedzi w twojej głowie, ale obawiam się, że możesz znowu wrócić do dawnego trybu życia… – Spuszcza wzrok.

– Spójrz mi w oczy, kochanie. – Kładę rękę na sercu. – Uroczyście przysięgam, że nic takiego się nie wydarzy oraz że naprawdę konsekwentnie realizuję plan, który będzie dobry dla naszej rodziny!

W jej oczach pojawiają się iskierki zdziwienia, ale twarz rozjaśnia uśmiech.

– Więc jesteśmy rodziną?

– Tak, jesteśmy. A w następny weekend zgodnie z twoją sugestią pojedziemy spotkać się z twoimi rodzicami.

– A więc… – oświadcza przebiegle Wika, ewidentnie coś knując, po czym gwałtownie opuszcza głowę; włosy zasłaniają jej twarz, wstaje, wyciąga ręce i naśladuje dziewczynę z filmu The Ring: – Uważaj! Obudziło się we mnie pradawne zło! I ono chce ciebie…

O ile w moich relacjach wszystko mi się układało, to z rozwojem nie było już tak kolorowo. W ciągu dwóch tygodni udało mi się osiągnąć jedynie trzynasty poziom reputacji, wytrenowałem siłę (+1), zwinność (+1) i wytrzymałość (+2). Trzy systemowe punkty cech zgodnie z planem zainwestowałem w percepcję (+2) i inteligencję (+1).

Nie odczułem tego, czy stałem się mądrzejszy, ale większa percepcja uczyniła mój świat piękniejszym – widzę perfekcyjnie, poprawił mi się słuch i wyostrzył zmysł smaku. Zacząłem nawet rozróżniać niuanse w gatunkach herbat i kaw, co dotąd było dla mnie kompletną abstrakcją i z równą przyjemnością raczyłem się rozpuszczalną lurą, jak i prawdziwą, świeżo mieloną kawą.

Jeśli zaś chodzi o mój wzrok, to wcześniej bez okularów mogłem zobaczyć co najwyżej Gwiazdę Polarną. A teraz… Teraz nocami szczególną frajdę sprawiało mi studiowanie otwartego przede mną rozgwieżdżonego nieba. I nagle zdałem sobie sprawę z kruchości Ziemi i nieistotności ludzkości… I kto wie, może to prawda, że gdzieś tam, tysiące lat świetlnych od nas, żyją Starsze Rasy i tajemniczy Vaalforowie, tak podobni do filmowych demonów?

Nie ruszałem systemowych punktów umiejętności, które uzyskałem za podniesienie poziomów, i teraz mam ich całe pięć. Na razie nie ma sensu w nic ich inwestować, bo pierwsze poziomy umiejętności można rozwijać bardzo szybko. Dlatego czekam na pełną „Optymalizację” skilla „Zarządzanie umiejętnościami”, aby na koniec procesu zainwestować w niego wszystkie wolne punkty systemowe. Nie chcę zapeszyć, ale jeśli dobrze wszystko oszacowałem, to przyswoję nowe umiejętności i rozwinę obecne skille w kosmicznym tempie, prawie jak w Grze. Zostało tylko dziesięć dni oczekiwania.

Filip „Fil” Panfiłow, 32 lataBieżący status: bezrobotny.13. poziom reputacji.Czytelnik poziomu 8.Rozwiedziony. Dzieci: brak.

Główne cechySiła (9).Zwinność (7).Inteligencja (20).Wytrzymałość: (9).Percepcja (11).Charyzma (14).Szczęście (10).

Umiejętność czytania wyprzedziła empatię – osiągnąłem osiem punktów – i teraz nie czytam już książek o sprzedaży, ale te, które są mi potrzebne do doskonalenia konkretnych umiejętności. Szybko przekonałem się doświadczalnie, że znajomość teorii boksu czy handlu pozwala na szybszy rozwój tych umiejętności. Do Księgi smacznego i zdrowego jedzenia jeszcze nie dotarłem, ale zrobię to na pewno, bo a nuż moje wysokie umiejętności kulinarne pozwolą mi na gotowanie jedzenia z pozytywnymi buffami? Ugotowałbym barszcz i otrzymałbym na trzy godziny plus dwa punkty do siły i plus trzydzieści procent do satysfakcji – ale byłoby super!

W przeciwieństwie do czasów, gdy byłem z Janą, teraz gotuję znacznie więcej, co pozwoliło mi podnieść o jeden poziom moje zdolności kulinarne.

Ukierunkowany grinding[2] doświadczenia osiągałem wówczas, gdy Wika była w pracy. Wstawaliśmy razem i jedliśmy śniadanie, rozmawiając o planach na dzień i komentując film lub serial, który obejrzeliśmy poprzedniego wieczoru. Potem ona jechała do pracy, a ja szedłem pobiegać na odkryty w pobliżu zdewastowany stadion szkolny z boiskiem piłkarskim zarośniętym czerwonymi chwastami i z rozklekotanymi bramkami bez siatki.

Trawa wyrastała przez dziury w gumowej bieżni, po której biegałem, codziennie starając się poprawić wcześniejszy wynik. Z każdym treningiem i z każdym procentem wzrostu umiejętności biegało mi się łatwiej.

Pewnego pięknego ranka zauważyłem, że przebiegłem już ósmy kilometr, a oddycham swobodnie i miarowo: nie złapałem zadyszki, nic mnie nie boli, a jakby ktoś do mnie zadzwonił, to mówiłbym normalnym głosem, takim, że rozmówca nawet by się nie zorientował, że biegnę. Skill biegania podniósł się o trzy punkty i osiągnąłem piąty poziom.

Kiedy się zorientowałem, że dzięki boosterowi bardzo szybko się regeneruję, zacząłem codziennie chodzić na siłownię i na boks. Siła nie rosła już tak szybko jak na początku, ale rosła i do dziesięciu punktów wartości średniej zostało mi mniej niż dwadzieścia procent, czyli około tygodnia treningu.

Otworzyła się też nowa umiejętność – „Atletyka”. Nie ciężka, nie lekka, nie trójbój siłowy, a właśnie „Atletyka”. Nie widziałem żadnego opisu umiejętności, więc musiałem skorzystać z podpowiedzi Marty. Okazało się, że w odróżnieniu od kultowego Morrowinda, gdzie „Atletyka” odpowiadała jedynie za wytrenowanie postaci do biegania i pływania, system nową umiejętność wykorzystuje jako zdolność uczestniczenia w zawodach. Innymi słowy, jeśli odkryjesz nową umiejętność, to brawo – jesteś sportowcem, choćby i amatorem, a nie ofermą.

Zresztą, sam już zaczynam się czuć jak atleta. Nie, kaloryfera na brzuchu jeszcze nie widać, bo jest schowany pod tłuszczem, ale tego tłuszczu nie zostało już wiele. Okulary, które założyłem, aby sprawdzić, czy mój wzrok faktycznie się poprawił wraz z podniesieniem percepcji, stały się po prostu zbędne. Moja twarz wyraźnie zeszczuplała, zaczęła się mieścić na zdjęciu, a według Kiry „po prostu odmłodniałem”. O mojej przeszłości przypominał już tylko brzuch, który co prawda przestał się wylewać nad paskiem, ale wciąż jeszcze był widoczny, jeśli go nie wciągałem. Najogólniej: pod tym względem mam jeszcze co poprawiać.

Z Siawą widziałem się, kiedy wyprowadzał się z mojego starego mieszkania. Tego dnia pojechałem tam wcześniej, żeby sprawdzić, czy wszystko w porządku przed oddaniem kluczy. Okazało się, że Siawa mnie nie zawiódł, a nawet udało mu się naprawić kilka drobnych usterek. Moja była gospodyni miała jedynie pretensje o podrapaną przez Waśkę tapicerkę sofy; uzgodniliśmy jednak rozsądną rekompensatę, biorąc pod uwagę zaawansowany wiek mebla.

Tego samego dnia spotkałem na podwórku Grubego, który bardzo się zmienił. Może nie zewnętrznie, ale jego witalność wyraźnie wzrosła, a nastrój był doskonały. Stała praca zdyscyplinowała samego Grubego, uspokoiła jego żonę i dezaktywowała wbudowany w nią moduł zrzędzenia. W sumie zwiększyło to satysfakcję niedawno jeszcze bezrobotnego pijaczka, ukoiło nerwy i poprawiło zdrowie.

W zeszłym tygodniu Kir Kiriczenko, mój były kolega z Ultrapaku, zaprosił mnie na swoje urodziny. Chciałem tam pójść z Wiką, ale ona odmówiła, mówiąc, że czułaby się nieswojo wśród dawnych znajomych z pracy, zwłaszcza po tym incydencie z Denisem i Mariną. Więc poszedłem sam.

Kir wybrał na przyjęcie bezpretensjonalne i przytulne miejsce: szybcy kelnerzy, świeże piwo, pyszne jedzenie i super muzyka na żywo. Przyszło z dziesięć osób – przyjaciele i współpracownicy Kiryła. Nie wszystkich znałem, więc usiadłem przy stole między Griszą a Marinką. Zbliżał się koniec ich okresu próbnego, ale żadne z nich się nie martwiło, bo Denis, który molestował Marinę, został zwolniony, a ja sam odszedłem, więc najprawdopodobniej Paweł Andriejewicz zatrzyma oboje stażystów. Tym bardziej, że wyniki sprzedaży mieli imponujące. Grisza, co od razu zauważyłem, potrafił sprzedawać piasek Arabom, a Marina sprawnie realizowała przygotowany przeze mnie plan i pracowała zgodnie z zasadą „ani dnia bez sprzedaży”.

W Griszy Bojce, który pogodził się ze swoją ciężarną żoną Aliną, ewidentnie obudził się instynkt ojcowski i po kilku godzinach siedzenia z nami przeprosił Kira i pojechał do domu. A Marinka tak w ogóle nie przyszła sama, ale z nowym chłopakiem, kolegą z uczelni.

Ucieszyłem się, że mogłem jakoś pomóc moim przyjaciołom, wprowadzić, że tak powiem, poprawki w ich życiu. Kto wie, może ta drobna korekta diametralnie odmieni ich los, a może już zaczęła zmieniać ich przyszłość?

Nawiasem mówiąc, wizyta na urodzinach Kira została przez system oznaczona punktami doświadczenia jako ważne społeczne działanie. Najwyraźniej bycie razem z przyjaciółmi nie tylko w kłopotach, ale także w radościach, ma duże znaczenie społeczne.

Nie miałem żadnych wieści od Jany, chociaż matka z jakiegoś powodu zadzwoniła do mojej byłej teściowej, Natalii Siergiejewny, żeby dowiedzieć się, co u Jany słychać. Mama inaczej nie może, bo zawsze się o wszystkich martwi. Dowiedziałem się, że rozmowa była sucha i krótka oraz zakończyła się żądaniem „zostawienia jej rodziny w spokoju”.

Mama podeszła do tego z wyrozumiałością, a że dzwoniła, dowiedziałem się zupełnie przypadkiem od ojca, kiedy w ostatni weekend pojechałem z nim na działkę pomagać mu przy budowie bani. Korzystając z okazji, dzięki pieleniu chwastów zdobyłem umiejętność rolniczą na drugim poziomie. Napompowałem też hektolitry wody i ręcznie podlałem ogródek. Żadna siłownia nie może się równać ze zwykłym podlewaniem. Zakwasy w mięśniach czuję do dziś, gdy przypomnę sobie tę robotę.

Pewnego ranka po biegu spotkałem staruszka Paniukowa. Zaniepokoiłem się, bo ta dziwna historia z Chforem i Winickim zaczęła się już zacierać w mojej pamięci. W sumie to czegoś takiego podświadomie się spodziewałem. Ale miałem szczęście, bo Samuel Michajłowicz zwrócił się do mnie z questem: dzieci obdarowały go tabletem, na którym zainstalowały aplikację jego ulubionej gazety sportowej, ale przestała się ona otwierać, gdy tylko wyszedł poza zasięg domowego wi-fi. Zadanie zostało wykonane, gdy przyprowadziłem staruszka do naszej klatki schodowej, gdzie można już było złapać sieć i aplikacja się uruchomiła, a ja zostałem nagrodzony kolejnymi pięcioma punktami reputacji i odrobiną doświadczenia.

Kupiłem laptopa, nienajtańszego i nienajdroższego, takiego idealnego do wyszukiwania informacji i pisania: lekkiego, z szerokim ekranem i długo trzymającą baterią. Wyrobiłem sobie nawyk zabierania go ze sobą w torbie ze sprzętem sportowym, a czas, kiedy po siłowni wpadałem do kawiarni, żeby napić się cappuccino i trochę sobie popisać, stał się moim ulubionym. Nie ryzykowałem jeszcze brania się do dużych form, ale moje opowiadania i szkice znalazły już swoich odbiorców, zbierając lajki i komentarze. Dobrze mnie one motywowały, a i moje notowania na portalu literackim były coraz lepsze.

Historia Siawy i Grubego, których połączyłem w jedną postać, stała się jednodniowym hitem, trafiając na listę bestsellerów portalu. Czytelnicy domagali się kontynuacji, ale takowej na razie nie było, bo pierwowzory bohaterów chodziły do pracy, wpadły w codzienną rutynę i żyły bez przygód. Pomyślałem, że jak tak dalej pójdzie, to napiszę fantastyczną historię, w której główny bohater dostanie interfejs podobny do mojego. Na przykład o jakimś wątłym chłopaku, który boi się bić. W sumie to myślę, że to całkiem ciekawy pomysł.

Tak czy owak moje umiejętności pisarskie i znajomość Worda rozwijały się w ekspresowym tempie. Widać to nie tylko po poziomie tych umiejętności, ale także po moich własnych odczuciach: słowa przychodziły mi z łatwością, palce śmigały po klawiaturze, a pomysły pojawiały się nie wiadomo skąd, tak że musiałem utworzyć na smartfonie specjalny plik, w którym zapisywałem wszystko, co przychodziło mi do głowy.

Wraz ze zmianą stylu życia podniosły się również umiejętności pośrednie: samodyscyplina (+2), samokontrola (+1), wytrwałość (+2), planowanie (+1). Naprawdę było mi łatwiej konsekwentnie realizować własne plany, a także tłumić impulsy prokrastynacji i małodusznego „nie chce mi się”.

Większość doświadczenia zdobyłem poprzez rozwój umiejętności i podbijanie cech, ale częściowo udało mi się też je zdobyć dzięki wykonywaniu zadań, które sam sobie wyznaczyłem. Liczyło się osiąganie celów sportowych (na przykład przebiegnięcie dystansu o sto metrów dłuższego niż dzień wcześniej) oraz pomoc bliskim w codziennych obowiązkach (za pomoc ojcu na działce system dał mi od razu pięćset punktów!).

Trochę frustrujące było to, że ciągle nie mogłem podnieść „Znajomości istoty rzeczy”. Identyfikacja wszystkiego, na co natknął się mój wzrok, stała się dla mnie działaniem mimowolnym, niemal automatycznym – czymś w rodzaju odruchowego odwrócenia się i oceny przechodzącej obok pięknej kobiety. Okazało się jednak, że jest tego za mało, bo podbijanie umiejętności z drugiego na trzeci poziom zatrzymało się na poziomie czterdziestu kilku procent i praktycznie nie posuwało się dalej. Setki identyfikacji dziennie dawały co najwyżej jedną dziesiątą procent.

Praca z mapą interfejsu również nie pomagała w podbijaniu umiejętności, a odpowiedź Marty za każdym razem przypominała sytuację z Paragrafu 22: niewystarczający poziom umiejętności „Znajomość istoty rzeczy”, aby uzyskać odpowiedź na pytanie, jak podnieść „Znajomość istoty rzeczy”. Podejrzewam, że rozwój umiejętności może przebiegać szybciej w przypadkach, gdy korzystanie z interfejsu ma pozytywną wartość dla społeczeństwa, albo gdy istnieje określony cap[3], limit umiejętności związany z obecnym poziomem znaczenia społecznego, ale jeszcze nie miałem możliwości tego sprawdzić.

Natomiast największy postęp, poza bieganiem, dotyczył moich umiejętności bokserskich – plus trzy, co daje w sumie poziom czwarty.

Podstawowe umiejętności i zdolnościZarządzanie umiejętnościami (3) (umiejętność pierwotna w procesie optymalizacji +4).Czytanie (8).Praca z Microsoft Word (7).Empatia (7).Obsługa komputera osobistego (7).Handel (6).Komunikatywność (6).Sztuka pisania (6).Język rosyjski (6).Bieganie (5).Intuicja (5).Gotowanie (5).Wyszukiwanie informacji w sieci (5).Praca z Microsoft Excel (5).Boks (4).Wytrwałość (4).Podejmowanie decyzji (4).Walka wręcz (4).Samodyscyplina (4).Panowanie nad sobą (4).Uwodzenie (4).Język angielski (3).Planowanie (3).Szybkie pisanie na klawiaturze (3).Savoir-vivre (3).Kierowanie samochodem osobowym (2).Jazda na rowerze (2).Przywództwo (2).Marketing (2).Orientacja na mapie (2).Wystąpienia publiczne (2).Wędkarstwo (2).Rolnictwo (2).Perswazja (2).…Atletyka (1).…Gra w 

World of Warcraft

(8) (umiejętność wtórna w trakcie optymalizacji –8).

Umiejętności systemoweZnajomość istoty rzeczy (2).Optymalizacja (1).Bohaterstwo (1).

Wolne punkty systemowe umiejętności: 5.

Ale jeśli chodzi o pieniądze, to powoli, acz nieubłaganie, mi się kończą; zapłaciłem czynsz za nowe mieszkanie, kupiłem laptopa, wydaję sporo na indywidualne lekcje boksu, do tego regularnie zabieram dokądś Wikę…

Odłożyłem trochę na czarną godzinę, ale są to pieniądze, które czekają na swój moment na lokacie i nie chcę ich stamtąd wypłacać, postanowiwszy poprawić swoją dyscyplinę finansową. Wydaje się łatwo, ale oszczędzać i pomnażać jest dużo trudniej.

Płacenie Matowowi dwóch tysięcy rubli za każdy trening szybko wyczerpuje mój budżet i jeśli chcę dalej się rozwijać, mieszcząc się w moich limitach finansowych, to muszę przejść na zajęcia grupowe. Tak będzie sensowniej i znacznie taniej.

W tej sprawie zatrzymuję trenera po kolejnym treningu.

– Jewgieniju Aleksandrowiczu, jest temat.

– Tak? – Matow gdzieś się spieszy i niecierpliwie zerka na zegarek. – Mów, ale szybko.

– Pamięta pan, jak nie chciał mnie pan przyjąć na zajęcia grupowe, kiedy pierwszy raz przyszedłem się zapisać? Może już nadeszła pora? Wydaje mi się, że jestem gotowy.

– Jak się coś wydaje, to może warto najpierw się uszczypnąć, Panfiłow. – Trener marszczy brwi. – Ja tak nie myślę. Nadal sporo ci brakuje do chłopaków i będziesz zaniżać poziom całej grupy. Oczywiście robisz postępy i dziś nie można porównywać cię z dawnym tobą, ale tam są młodzi ludzie, którzy boksują od dziecka, a ty, sorry, wciąż jesteś mięczakiem, któremu dowali każdy przyzwoity bokser.

– A może jednak…

– Mówisz poważnie, Panfiłow? Słuchaj, mam na głowie ważny turniej, po prostu nie mogę się z tobą cackać w grupie! Co innego, gdy za mój czas płacisz, a co innego, gdy go zabierasz innym, obiecującym chłopakom, których przygotowuję do zawodów! Więc nie ma w ogóle o czym gadać! Poćwicz jeszcze pół roku, a potem zobaczymy…

– Nie mam pieniędzy na następne pół roku, Jewgieniju Aleksandrowiczu! Mogę zapłacić jeszcze za parę zajęć, a potem albo będę musiał całkowicie zrezygnować, albo muszę poszukać innego klubu.

– Czyli kończysz z indywidualnymi treningami?

– Na to wychodzi. Jeszcze dwa treningi z panem i koniec. Ale nie chcę rzucać boksu!

– No dobra, Panfiłow. Muszę lecieć, ludzie na mnie czekają. Ogólnie mam dwie grupy: jedna w poniedziałki, środy i piątki, druga we wtorki, czwartki i soboty. Początek treningu o dziewiętnastej. Przyjdź, spróbujemy. Jeśli nie dasz rady, to cię wywalę, od razu cię ostrzegam. Umowę i opłatę ogarnij w recepcji. Muszę lecieć, cześć!

Wychodzi, a ja zostaję, żeby ustalić sobie harmonogram. Mimo wszystko weekendowy wieczór chcę mieć wolny od treningów, bo a nuż będę chciał spędzić czas z Wiką. Czyli poniedziałki, środy i piątki? Pogrążony w tych myślach idę do szatni, ale w przejściu jakiś chłopak zahacza mnie ramieniem.

– Za szeroki jesteś? – Odwraca się. – Uważaj no!

– Przepraszam. – Postanawiam nie jątrzyć. – Zamyśliłem się.

– Juri! Tylko na ciebie czekamy! – krzyczy inny chłopak wyglądający z sali treningowej. – Weź no się pospiesz!

– Idę już! – krzyczy Juri i znów odwraca się do mnie. – A czy to ty masz zajęcia u Matowa?

– Tak, a co?

– A, to wszystko jasne! – krzyczy. – To ty jesteś tym tatusiowym synalkiem, co to wykupił codzienne treningi! Może masz ochotę na sparing?

– Nie, dziękuję – odmawiam.

– No dobra, to bywaj synalku tatusia! Ha, ha… – podśmiewa się i wchodzi do sali.

„Ha, ha”, kurde. Myśli, że znalazł żywy worek treningowy! Moje cztery punkty umiejętności nijak mają się do jego siedmiu.

Spoglądam na kalendarz w smartfonie – bez sztywnego rytmu pracy po prostu mylą mi się dni tygodnia. Aha, dzisiaj jest środa, co oznacza, że to ta sama grupa, do której chciałem się zapisać. Nie, z takimi nieuprzejmymi i nieżyczliwymi chłopakami to ja nie chcę trenować.

Podjąwszy decyzję, idę do recepcji. Kładę na ladzie magnetyczną bransoletkę, będącą kluczem do mojej szafki. Urocza, drobna i obdarzona świetną figurą blondynka o imieniu Katia bierze bransoletkę i oddaje mi moją kartę.

– Już pan skończył, Filipie? – pyta, uśmiechając się promiennie. – Jak się udał trening?

– Dziękuję, Katiu, wszystko dobrze. Postanowiłem skończyć z indywidualnymi treningami u Matowa i chcę się przenieść do jego grupy. Zapisze mnie pani na tę we wtorki, czwartki i soboty?

– Chwileczkę. Kiedy chciałby pan zacząć?

– Od przyszłego tygodnia. Wyjeżdżam z miasta na weekend, a w tym tygodniu dokończę jeszcze zajęcia indywidualne. Może tak być?

– Oczywiście – odpowiada Katia, wpisując coś w komputerze. – Czyli tak: wieczorny trening, boks, zaczynając od wtorku, początek punktualnie o dziewiętnastej, proszę się nie spóźnić! Jewgienij Aleksandrowicz może nie wpuścić…

– Wiem. – Uśmiecham się, przypominając sobie to jego „jeśli spóźnisz się choćby o minutę”.

– Będzie pan płacił z góry? Cztery tysiące miesięcznie.

– Nie mam tyle przy sobie, Katiu, zapłacę przed treningiem.

– W porządku, Filipie. Miłego dnia!

W domu przychodzi do mnie kotka i głośno narzeka. W jej mowie oskarżycielskiej wyłapuję coś niecenzuralnego. Nie było mnie cały dzień i ona się za mną stęskniła. Albo raczej zgłodniała.

– Daj mi się chociaż przebrać, Wasyliso, jestem cały przemoczony! – Ale ona nie chce się odczepić i natarczywie ociera się o nogi.

Moje rozmowy z Waśką, a wcześniej z Richiem, prawdopodobnie nie bardzo pasują do wizerunku człowieka zdrowego na umyśle, ale tak po prostu jest i już. Rozumiem, że dostrzeganie istoty ludzkiej w każdym człowieku oraz uczłowieczanie zwierząt jest naiwne i głupie. Ale nie potrafię inaczej.

Otwieram szafkę kuchenną, ale półka, na której trzymam karmę dla kota, jest pusta. Znowu zapomniałem kupić! Szybko chcę się ubrać, żeby pójść do sklepu, ale waham się… Nie chcę znowu zmoknąć.

– Chodź się napić mleka – próbuję obłaskawić kota.

Wbrew stereotypom Waśka nie bardzo lubi mleko. Nie wiem dlaczego, ale woli sklepową przetworzoną karmę od mleka, a nawet mięsa. Czyżby czegoś im tam dosypywali? Ale teraz jest bardzo głodna i zaczyna łapczywie chłeptać.

Niemniej jednak, nie chcąc denerwować zwierzaka, dzwonię do Wiki.

– Cześć! – słyszę jej głos w słuchawce. – Zaraz do ciebie wyjeżdżam!

– Świetnie, czekam. Możesz po drodze wpaść do sklepu?

– Jasne. A co potrzebujesz?

– Kawę. I karmę dla Waśki. Dasz radę?

– Kupię wszystko. Buziaki. Czekaj na mnie.

Włączam telewizor, zdejmuję przemoczone ubranie i wrzucam je do pralki. Kątem ucha słyszę niespokojny głos lektora:

– Zaginął chłopiec… Josif Kogan… Sześć lat… Ostatni raz widziano go w galerii handlowej… Znaki szczególne… Numer telefonu koordynatora ekipy poszukiwawczej…

To ta sama galeria, do której chodzę po zakupy! Idę do pokoju, aby pozbierać skrawki informacji identyfikacyjnych: zdjęcie, datę urodzenia, znaki szczególne, wzrost. Tak, wystarczy JKII.

Otwieram mapę – żyje! Gdzieś na północny wschód od miasta. Maksymalnie przybliżam widok domu, który nie wygląda na ekskluzywną willę. Wokół widoczne są zabudowania gospodarcze, podwórko ogrodzone płotem. Przed domem stoi biały samochód terenowy. Nie widać żadnego ruchu, jedynie oznaczenie chłopca ledwie zauważalnie drży na mapie, pokazując, że obiekt porusza się powoli w zamkniętej przestrzeni.

Sięgam na półkę z książkami i wyciągam obszerny tom encyklopedii, za którym ukryta jest mała, poobijana stara nokia, przeznaczona specjalnie na takie okazje. Kupiłem kilka takich rarytasów na stoisku naprawy telefonów w przejściu podziemnym.

Ubieram się, chowam telefon, baterię, kartę SIM do kieszeni i wychodzę na zewnątrz, dzwoniąc po drodze po ubera.

Aby nie moknąć w deszczu, czekam na taksówkę w klatce schodowej. Po jakichś pięciu minutach podjeżdża rozklekotana Łada. Ocena kierowcy jest bardzo niska, co potwierdza się, gdy tylko ruszamy. Zaczyna zrzędzić, narzekać na wszystko:

– Kurka wodna, wystarczy tylko umyć samochód i już leje jak z cebra! Narobili syfu, brudu nanieśli…

Odchrząkuję ze współczuciem, ale on to odbiera jako moją niezgodę:

– Coś ci się nie podoba? To jest mój samochód! Mogę tu robić, co chcę! Dokąd mamy jechać?

– Przecież zaznaczyłem miejsce docelowe przy zamówieniu – odpowiadam nieco zirytowany, bo obmyślam tekst wiadomości dla poszukiwaczy, a taksówkarz wybija mnie z rytmu.

– Masz problem, żeby odpowiedzieć?

– W żadnym wypadku. Wernadskiego trzysta sześć.

– Czyli którego? – Facet postanawia popisać się swoją erudycją. – Władimira Iwanowicza?

– Nie wiem, możliwe.

– Ach, ta dzisiejsza młodzież! Nikt nie zna własnej historii! Za moich czasów…

W kieszeni wibruje mój telefon. To Wika.

– Gdzie zniknąłeś? Sam pojechałeś po karmę? – śmieje się. – Waśka nie mogła się na mnie doczekać?

– Jadę oglądać biuro – wymyślam na szybko. – Fajna opcja, nie chcę jej przegapić.

– No co ty?! Fajnie! Super, czekam na ciebie, potem mi opowiesz! Tymczasem ugotuję coś na kolację. Kocham cię.

– Ja ciebie też… – Odsuwam telefon od ucha.

– Biuro jedzie oglądać… – komentuje kierowca sam do siebie. – Jakie się wszystkie biznesmeny porobiły – ajfony, biura, biznesy! Gdziekolwiek splunąć, same biznesmeny!

Wyłączam się od jego narzekania. Odjechaliśmy już wystarczająco daleko, żeby zrobić to, po co polazłem w ten deszcz.

Wkładam baterię, czekam, aż telefon się włączy, a następnie wpisuję wiadomość: „Zaginiony chłopiec, Josif Kogan, znajduje się w domu przy północno-wschodniej drodze, 34 km od miasta. Dokładne współrzędne miejsca…”. Wysyłam wiadomość na dwa wyznaczone numery ekipy poszukiwawczej, wyciągam i łamię kartę SIM, wyjmuję baterię, uchylam okno i wyrzucam wszystko na pobocze.

– Gorąco ci jest? – mówi niezadowolony kierowca, zerkając na okno.

– Mnie? Tak, jest tu trochę duszno u pana. Czy może mnie pan zawieźć w inne miejsce? Już nie chcę jechać na Wernadskiego.

Okłamałeś Wikę, Panfiłow, więc teraz musisz przygotować grunt pod swoje kłamstwa. Otwieram mapę i wyszukuję centra biznesowe z biurami do wynajęcia. Filtruję zgodnie z moimi wymaganiami: wolne lokale poniżej pięćdziesięciu metrów kwadratowych, sprzątanie, ochrona, blisko mojego domu, koszt wynajmu do… Dobra, jest jeden lokal sześć przecznic ode mnie. Googluję i dzwonię pod numer podany na stronie internetowej, ale nikt nie odbiera. Dobra, nawet jeśli o tej wieczorowej porze nie będzie tam nikogo z administracji, to przynajmniej zobaczę to na własne oczy i będzie o czym opowiadać Wice. Czyli jedziemy właśnie tam.

Kierowca coś tam mamrocze. Podnoszę głowę.

– Hej, pasażer! No to dokąd mam w końcu jechać? – pyta ponownie.

– Czechowa siedemdziesiąt dwa, proszę.

Gdy tylko wygodnie rozsiadłem się na kanapie, mój telefon znów zadzwonił.

Dzwoni ktoś z niezidentyfikowanego numeru. Przez chwilę wpatruję się w ekran, nie mogąc się zdecydować, czy odebrać. Nie chodzi o to, że boję się telefonów od nieznajomych, ale jakaś niechęć do rozmowy ze śledczym Igorewiczem daje się odczuć właśnie w tej chwili. Uznaję jednak, że niepewność jest jeszcze gorsza niż hipotetyczny telefon od śledczego. Ponadto kierowca zaczyna się denerwować sygnałem mojego dzwonka.

– Po prostu odbierz! – nie wytrzymuje.

Odbieram.

– Witam – słyszę nieznany męski głos. – Przed chwilą dzwonił ktoś do nas z tego numeru.

– Eee, tak… Czy to Centrum Biznesowe „Czechowski”?

– Tak, tak, proszę mówić! – ponagla. – W czym mogę pomóc?

– Dzwoniłem do państwa w sprawie wynajmu biura. Czy mogę teraz przyjechać i rzucić na nie okiem?

– A co pana interesuje? Jaka powierzchnia? – pyta rzeczowo mężczyzna.

– Chciałbym lokal w granicach pięćdziesięciu metrów kwadratowych.

– Możemy coś zaproponować! Ale wychodzę za pół godziny, zdąży pan?

– Będę za dziesięć…

– W porządku, spotkamy się przy wejściu!

Tak więc mężczyzna, który koniec końców się nie przedstawił, wyraźnie się ucieszył z potencjalnego najemcy. Mnie też ogarnia odrobina ekscytacji. Podstawowy powód mojego telefonu do centrum biznesowego, jakim było usprawiedliwienie nagłego wyjazdu, powoli schodzi na dalszy plan, bo po prostu z autentyczną ciekawością chcę zobaczyć biuro, w którym być może zacznę swój pierwszy biznes. A nuż mi się spodoba?

Podjeżdżamy pod biurowiec i kierowca zatrzymuje się przy krawężniku, nie wjeżdżając na parking.

– Miłego dnia – życzę szczerze taksówkarzowi na do widzenia. Odrobina życzliwości na pewno mu nie zaszkodzi.

On nic nie odpowiada i ostro rusza, gdy tylko zamykam drzwi.

Tymczasem rozglądam się dookoła. Parking jest prawie pusty, nie licząc kilku mało reprezentacyjnych samochodów na miejscach dla administracji. Nijaki budynek jest niewielki, zaledwie trzypiętrowy, jeszcze starej radzieckiej konstrukcji. Do drzwi prowadzą masywne betonowe schody, z liszajami odpadłych płytek, wzdłuż nich kwitną klomby. Wokół ogródka przed domem rośnie dawno nieprzycinany żywopłot. Nad wejściem wisi ciężki daszek z prostym napisem „Czechowski” wykonanym z winylowej folii.

Wchodzę po schodach. Z wysiłkiem otwieram ciężkie drewniane drzwi i ogarnia mnie zapach starego, komunistycznego biura. Hol zachował charakter radzieckiej instytucji państwowej, a rolę tutejszego demona Maxwella, decydującego o tym, kogo wpuścić, a kogo nie, odgrywa dozorczyni – babunia siedząca za zdezelowanym stolikiem, na którym stoi archaiczny telefon z tarczą do wybierania numerów. I choć zdaje się drzemać, to jest czujna i natychmiast reaguje na moje pojawienie się.

– Dokąd pan się wybiera? – pyta zrzędliwie, gdy przekraczam niewidzialną granicę strzeżonej strefy.

– Dobry wieczór! Przepraszam, nie znam pani imienia… – Taki najlepszy sposób interakcji z babcią podpowiada mi empatia: uszanuj jej wiek, a wszystko będzie dobrze.

– Iraida Pawłowna.

– Iraido Pawłowna, ja w sprawie najmu. Dzwoniłem i powiedziano mi, że mogę przyjechać i obejrzeć.

– Kto powiedział? Ma pan zegarek? Nie ma już nikogo!

– To był mężczyzna, ale się nie przedstawił.

– Proszę przyjść jutro – mówi kategorycznie i mruczy do siebie. – A już miałam zamykać drzwi, ale mi się nie chciało…

Kiedy ona narzeka na tych, co to „kręcą się tu po nocy”, dzwonię pod tutejszy numer, ale zanim następuje sygnał połączenia, staruszka macha rękami i wykrzykuje:

– Stiepanie Ławrentijewiczu! Jest pan tu jeszcze?

– Jestem, jestem – mruczy on, schodząc po schodach z jakąś kobietą. – Mogłaby pani przynajmniej poudawać, że pani nie śpi, Iraido Pawłowna!

– Uchowaj Boże! – Staruszka wymachuje rękami.

Zostawiwszy swoją towarzyszkę, mężczyzna energicznie idzie w moją stronę.

– Pan w sprawie wynajmu?

– Tak, przed chwilą rozmawialiśmy przez telefon. Filip – przedstawiam się.

– Stiepan Ławrentijewicz Nieszczęsny, administrator tego budynku.

Podchodzi do nas kobieta, z którą szedł po schodach, pulchna blondynka z drobnymi, mocno kręconymi lokami.

– Stiopa, czy już skończyliśmy? Muszę już jechać, bo mąż dzwoni.

– Tak, tak, Jeleno Siergiejewna, dziękuję. – Nieszczęsny kiwa głową, lekko się uśmiechając. – Dziękuję, bardzo mi pani pomogła!

– Nie ma za co – odpowiada kobieta, lekko się rumieniąc, i odchodzi.

Podczas gdy Nieszczęsny patrzy w ślad za nią, ja szybko analizuję jego profil.

Stiepan Ławrentijewicz Nieszczęsny, 46 lat.Obecny status: zarządca.6. poziom reputacji.Klasa: wędkarz 5. poziomu.Żonaty. Żona: Maria Nieszczęsna. Dzieci: syn Wasilij, 25 lat.Zamieszany w działania niezgodne z prawem!Relacja: Obojętność 0/30.Zainteresowanie: 58%.Strach: 14%.Nastrój: 49%.

Tak duże zainteresowanie mną jest zrozumiałe. Jeśli lokale stoją puste, każdy nowy najemca to dodatkowy plusik w statystykach zarządcy odpowiadającego za sprawozdania finansowe przed właścicielem. Nastrój jest taki sobie, co można tłumaczyć długim dniem pracy, do tego możliwe, że bez obiadu. Ale strach? Dlaczego miałby się bać? A może to tylko lekki niepokój spowodowany cudzołóstwem? Hmm, być może. Żeby nie potęgować jego strachu, lepiej nie wspomnę o nie do końca zapiętym rozporku.

– Chodźmy obejrzeć! – woła mnie, a gdy wchodzimy po schodach, pyta: – Jaki biznes pan prowadzi?

– Agencję rekrutacyjną.

– Ile osób pan zatrudnia? – pyta Nieszczęsny, sapiąc.

– Na razie jestem tylko ja – odpowiadam, a widząc zdziwienie na twarzy zarządcy, wyjaśniam: – Jeszcze nie zaczęliśmy.

Wchodzimy na drugie piętro i moim oczom ukazuje się punkt przeciwpożarowy z gaśnicą. W obu kierunkach ciągnie się niekończący się korytarz.

– W prawo – dyszy zarządca.

Zatrzymuje się przy metalowych drzwiach. Pomalowane na wesoły błękitny kolor wyglądają nieco niepoważnie.

– Tu kiedyś było biuro ludzi zajmujących się marketingiem wielopoziomowym – wyjaśnia. – Kosmetyki, perfumy i takie tam. Ale biznes im się rozkręcił i przenieśli się do centrum.

Przebiera w pęku kluczy i znajduje ten właściwy. Otwiera drzwi i gestem ręki zaprasza do wejścia.

– Proszę bardzo.

Robię krok, potem kolejny, odczuwając lekkie podniecenie. Za mną zarządca pstryka włącznikiem i biuro zalewa równomierne, zimne światło jarzeniówek.

– Widzi pan, została nowa wykładzina, żaluzje, nawet kilka biurek i krzeseł, których dotychczasowi najemcy nie chcieli zabrać, więc zostawili jako rozliczenie czynszu. Telefon, jeśli będzie potrzebny, proszę sobie podłączyć we własnym zakresie.

– A internet?

– Otrzyma go pan razem z linią telefoniczną. Z dostawcami usług internetowych współpracujemy na stałe, zrobią wszystko w jeden dzień. Całkowita powierzchnia to czterdzieści sześć metrów kwadratowych po pięćset rubli za metr. – Nieszczęsny wyjmuje telefon i liczy coś na kalkulatorze. – Czyli razem daje to dwadzieścia trzy tysiące miesięcznie. Jeśli zapłaci pan z góry za dłuższy okres, to dam zniżkę.

– Za jak długi? I jaką zniżkę?

– Zgodzimy się na dwadzieścia tysięcy miesięcznie, jeśli zapłaci pan za kwartał z góry.

– Muszę się zastanowić.

– Proszę się zastanawiać, tylko nie za długo. Wiele osób jest zainteresowanych pomieszczeniami, a to biuro jest naszym najlepszym. Chciałby pan zobaczyć inne? Tam czynsze są niższe…

Obchodzę pokój jeszcze parę razy, zwracając uwagę na drobne niedoskonałości wymagające kosmetycznych napraw: miejscami pokiereszowane ściany, obluzowane listwy przypodłogowe, niedomykające się okno, tłustą plamę na podłodze…

– Generalne sprzątanie będzie pana kosztować parę tysięcy – zauważa zarządca. – Podobnie odświeżenie ścian.

– Dziękuję.

I mówię to szczerze, bo biorąc pod uwagę mój dotychczasowy sposób życia, nie za bardzo orientuję się w takich sprawach, jak sprzątanie, remonty i malowanie. Jeśli się na to zdecyduję, będę musiał porozmawiać z Siawą, bo może zna kogoś, kto mógłby sobie w ten sposób dorobić.

– I jak, będzie pan oglądać coś jeszcze? – popędza mnie Nieszczęsny. – Trochę się spieszę.

– Tak, zobaczmy coś dla porównania.

Dziesięć minut później schodzimy na dół. Pozostałe biura nie tyle nie zrobiły na mnie wrażenia, co mnie wręcz zszokowały. Jedno z pomieszczeń było jeszcze w stanie z czasów radzieckich: rozpadający się parkiet, ściany pokryte sięgającą ramion niebieską farbą, a ramy okienne rozklekotane i zbutwiałe. Drugie było za duże, trzecie za małe i bardziej przypominało magazyn. Po obejrzeniu ostatniego postanowiłem potargować się o to pierwsze.

– Stiepanie Ławrentijewiczu, czy pokazał mi pan wszystko?

– Nie, mamy też kilka innych. Na tym piętrze jest jeszcze jedno, a na trzecim – cztery biura.

– Czy wolno mi przypuszczać, że są one w jeszcze gorszym stanie? Całe to miejsce jest jakieś zapuszczone.

– No cóż… właściciel nie chce wydawać pieniędzy na remonty. Uważa, że to najemcy powinni sami się tym zająć – skarży się zarządca. – A lokatorzy teraz tacy, że… Szkoda gadać! Ledwo co na czynsz im starcza, a i to płacą z opóźnieniem!

– Skoro więc macie tu tyle niewynajętych lokali i nie ma z nich żadnego dochodu, to może mógłby pan obniżyć opłaty? Chodzi mi o to pierwsze biuro.

– Jak to obniżyć, na litość! – krzyczy zarządca. – Dwadzieścia tysięcy za piękne biuro! I to za wszystko: z prądem, ogrzewaniem, sprzątaniem i ochroną…

– Ochroną? Ma pan na myśli tę babcię? – śmieję się, a Nieszczęsny przybiera kwaśną minę.

– Zrobi pan, co zechce, ale nie mam innych propozycji. – Rozkłada ręce.

– Stiepanie Ławrentijewiczu, trzysta rubli za metr kwadratowy to moja maksymalna cena. Biorąc pod uwagę stosunkowo niedawny remont, sprzątanie i ochronę w postaci starszej pani, mogę zaoferować piętnaście tysięcy.

– Jakie piętnaście? – wścieka się zarządca. – Za piękne biuro z ochroną i sprzątaniem, to co najmniej dziewiętnaście się należy!… I to płatne za kwartał z góry…!

W końcu zgadzamy się na siedemnaście i pół tysiąca. Nieszczęsny daje mi tydzień, obiecując, że zarezerwuje biuro za symboliczną kaucję, żebym mógł się „zastanowić i rozważyć wszystko jeszcze raz”.

W zasadzie to już się zdecydowałem, a „zastanawiać się” będę tylko nad tym, skąd skołować pięćdziesiąt kawałków na trzy miesiące.

Mój początkowy plan nie uwzględniał zaliczki na poczet czynszu, co więcej, naiwnie myślałem, że wynegocjuję opłatę z dołu, na koniec miesiąca. Miałem nadzieję, że w tym czasie uda mi się zdobyć klientów i zarobić pieniądze. Jednak im głębiej wchodziłem w szczegóły przedsięwzięcia, tym bardziej się upewniałem, że założyć z marszu dochodowy biznes może być trudniej, niż mi się wydawało na początku. Nawet z interfejsem. Właśnie dlatego zwlekałem ze startem, usprawiedliwiając się planami rozwojowymi.

System beznamiętnie rejestruje zadanie: „Do pierwszego lipca znaleźć pieniądze, zawrzeć umowę i opłacić trzymiesięczny czynsz za biuro w Centrum Biznesowym «Czechowski»”.

Na zadatek dla Nieszczęsnego idą dwa tysiące. Zarządca bez wahania wkłada pieniądze do portfela, co bardzo poprawia mu humor.

Po zejściu na dół zapisuję numer jego komórki. Żegnamy się, a idąc do wyjścia, słyszę, jak beszta dyżurującą babcię za to, że wpuściła dziś do budynku niejaką Weronikę, która uporczywie nie płaci czynszu. „To nie ja”, oburza się babcia. „To była zmiana Siemionowny…!”

W drodze do domu przypominam sobie o zaginionym chłopcu i patrzę na mapę interfejsu. Josif jest już w karetce pogotowia, która zmierza do miasta. Bardzo dobrze! Mam nadzieję, że wszystko z nim będzie w porządku.

Ale uczucie niepokoju jakoś mnie nie opuszcza. Z tym chłopcem jest coś nie tak.

[1] Dr Ichak Kalderon Adizes – konsultant biznesowy i autor książek na temat efektywnego zarządzania procesami biznesowymi.

[2] Grinding (z ang. grind – harówka, mordęga) – angażowanie gracza w monotonne, powtarzalne, żmudne czynności w celu zdobycia punktów, artefaktów lub pieniędzy.

[3]Cap (ang.) – pokrywka, pułap, limit.