24,99 zł
Apokalipsa może zacząć się niepostrzeżenie. Miej oczy szeroko otwarte i nie ufaj obcym. Zwłaszcza jeśli mają skrzydła.
Skierniewice, zimowa noc i dach kościoła. On - Went, zwyczajny chłopak, zawsze na bakier. Ona - Elisa, wampirzyca z talentem wokalnym i absolutnym brakiem zdrowego rozsądku. Ten wieczór rozpoczyna się dla nich klimatycznym koncertem na wysokościach, a kończy odkryciem, że nocne niebo kryje coś znacznie gorszego niż księżyc w pełni. Skrzydlate cienie, szept wiatru i... ożywiony słowiański mit. A to dopiero początek! Znudzona nieśmiertelnością Elisa oraz uzbrojony w sarkazm Went jako pierwsi dostrzegają wiszące nad miastem zagrożenie i postanawiają działać. Cóż, ostatecznie łatwiej jest stanąć do walki z legendarnymi Latawcami niż skonfrontować się z własnymi uczuciami.
Czy między żartami o wampirzym wieku i awersji do pulpetów uda im się uratować świat, który właśnie rozpada się na kawałki?
Powieść pełna mroku, czułości i humoru to pierwsza część serii „Latawce”.
Latawce
Rudowłosy uczeń technikum i dobiegająca setki (choć wyglądająca na 18-latkę) wampirzyca stawiają czoła skrzydlatym stworzeniom, które fruwają nad Skierniewicami. Czy czułość i szlachetne intencje tych dwojga wystarczą, by zatrzymać rozkręcającą się właśnie słowiańską apokalipsę?
Ann Kovska (znana też pod pseud. A.M. Chaudière, ur. 1987) - polska autorka książek fantasy, science fiction, obyczajowych i romansów. W 2025 r. ukazała się jej dwutomowa powieść „Latawce”.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 312
Ann Kovska
Saga
Latawce. Tom 1
Zdjęcie na okładce: Shutterstock, Midjourney
Copyright © 2025, 2025 Ann Kovska i Saga Egmont
Wszystkie prawa zastrzeżone
ISBN: 9788727289977
1. Wydanie w formie e-booka
Format: EPUB 3.0
Żadna część niniejszej publikacji nie może być powielana, przechowywana w systemie wyszukiwania danych lub przekazywana w jakiejkolwiek formie lub w jakikolwiek sposób bez uprzedniej pisemnej zgody wydawcy, ani rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie oprawy lub z okładką inną niż ta, z którą została opublikowana i bez nałożenia podobnego warunku na kolejnego nabywcę. Zabrania się eksploracji tekstu i danych (TDM) niniejszej publikacji, w tym eksploracji w celu szkolenia technologii AI, bez uprzedniej pisemnej zgody wydawcy.
Język, postacie i poglądy zawarte w tej publikacji nie odzwierciedlają poglądów ani opinii wydawcy. Utwór ma charakter publikacji historycznej, ukazującej postawy i tendencje charakterystyczne dla czasów z których pochodzi.
www.sagaegmont.com
Saga jest częścią Grupy Egmont. Egmont to największa duńska grupa medialna, należąca do Fundacji Egmont, która każdego roku wspiera dzieci z trudnych środowisk kwotą prawie 55 milionów złotych.
Vognmagergade 11, 2, 1120 København K, Dania
– „Spójrz na mnie. Po prostu nie mogę uwierzyć w to, co oni mi zrobili. Może nigdy nie będziemy wolni. Ja chcę tylko...”
– Hej! Niewiasto z piekła rodem! Jak będziesz tak energicznie majtać stopą, to zaraz spadniesz z tego dachu!
Młody chłopak o niewiarygodnie sterczącej, rudej czuprynie darł się wniebogłosy. Zadzierał głowę tak wysoko, że gdyby jego ciało było z gumy, kark oparłby na własnych plecach. Jako że nie było z gumy, wyglądał, jakby miał zaraz sobie złamać kręgosłup – albo jakby już go złamał i jeszcze o tym nie wiedział.
Patrzył na dachową kopułę jednego z miejskich budynków. No, okej – starał się patrzeć. Dachu nie widział za dobrze. Jego soczewki nie miały super mocy, no i stał zbyt blisko. Za to słyszał doskonale. W tym momencie był to kobiecy śpiew. Chociaż w jego własnym mniemaniu kobieta wylegująca się na spadzistym dachu kościoła wcale nie umiała śpiewać – co przeczyło wszystkim wcześniejszym odkryciom dotyczącym istot nadnaturalnych, których dokonał. Najwyraźniej czytał i oglądał zbyt mało. Do tej pory dałby sobie rękę uciąć za stwierdzenie, że ich śpiew brzmiał niczym tysiące srebrnych dzwoneczków, ewentualnie – jak najczystsze, najbardziej idealne skrzypce, jakie stworzył świat. Fortepian, choćby! Tymczasem jej śpiew brzmiał jak... jak...
Podrapał się po piegowatym nosie.
– Hej! – krzyknął ponownie. – Heeeej!
Tak, jej śpiew brzmiał, jakby po tych idealnych skrzypcach przeciągano smyczkiem bez włosia. No, coś w tym rodzaju. Ewentualnie jakby przeciągano po nich piłą do drewna o przesadnie wielkich ząbkach… tępym nożem po tablicy szkolnej… krzesłem po fortepianie...
– „Spójrz na mnie! Po prostu nie mogę uwierzyć w to, co oni mi zrobili! Nigdy nie będziemy wolni... ja chcę tylko... chcę tylko marzyć!”
Tragiczny w skutkach śpiew, który mógłby naprawdę coś tragicznego zdziałać, gdyby usłyszał go ktoś jeszcze (na pewno wezwał by karetkę – albo prędzej panów z psychiatryka), rozbrzmiewał nad miasteczkiem prawie tak donośnie, jak kościelne dzwony. Rudy chłopak złapał się za głowę i jęknął najgłośniej, jak potrafił. A że nie potrafił zbyt głośno, śpiew oczywiście nie umilkł. Jeszcze gdyby chociaż zmieniła repertuar! Wiedział, że go słyszy. Robiła to specjalnie. No, dobra – zakładał, że go słyszy, bo pewnie miała w uszach słuchawki. W innym wypadku nie pozwoliłaby mu sterczeć zimą pod kościołem i drzeć się na całe gardło. Mogliby go wziąć za żebraka, gdyby nie ten drobny fakt, że północ już dawno minęła i nie było w okolicy żywej duszy. Nie znosiła żebraków, więc na pewno by na to nie pozwoliła. Uważała, że są brudni, śmierdzą i – co gorsza – kłamią. Nawet nie zadają sobie trudu, by używać półprawd! A co do smrodu… pewnie miała rację. Bo nikt, tak jak ona, nie potrafił czuć.
Dosłownie.
Matka go zabije, jeśli dowie się, że wystawał pod kościołem. Na bank.
– Elisa! – rozdarł się znów. – Weź, przestań! Major Lazer był modny w poprzednim stuleciu!
Za plecami usłyszał stukanie i przywrócił ciału normalną pozycję. O dziwo, kark wcale go nie bolał. To chyba efekt naparzania w WoT. Obrócił głowę i spojrzał w stronę metalowej bramy ukrytej w ciemnościach. W tej samej sekundzie przez myśli przemknęły mu wszystkie sceny z horrorów, które czytał i oglądał. Dałby sobie drugą rękę uciąć, że coś podobnego – metalowe bramy, a za nimi kubły na śmieci – widział chociażby w To Kinga. Na pewno!
Zrobił dwa kroki w stronę źródła hałasu, po czym się zatrzymał, gdy zdał sobie sprawę, że wszystkie ofiary zawsze idą właśnie w stronę hałasu – w stronę cholernego źródła rychłego zgonu. Zazwyczaj.
Przechylił głowę tak mocno, że znalazła się na wysokości jego bioder. Co ciekawe, biodra pozostały w tej samej, unieruchomionej strachem pozycji.
Miał tak od dziecka. Był elastyczny. Nie, nie należał do Fantastycznej Czwórki ani niczego w tym stylu, choć bardzo tego żałował. Po prostu matka posyłała go na gimnastykę. Najwyraźniej, zanim go urodziła zakładała, że będzie dziewczynką. Albo gejem. W każdym razie – nic z tego jej nie wyszło. Był (obecnie) prawie osiemnastoletnim, rudym nerdem noszącym soczewki zamiast okularów. I tak już miał przechlapane ze względu na swoją urodę. Tłumaczenie, że przecież Ed Sheeran też jest rudy i niezbyt urodziwy, a mimo to kochają go wszystkie kobiety świata, nie pomagało.
Cóż… czego się nie robi dla jeszcze większych dziwolągów.
– Elisa! – krzyknął ponownie, nie zmieniając pozycji. Liczył, że ewentualny napastnik się przestraszy. I miał rację.
– No, w mordę! – wrzasnął, odskakując w bok na widok burego kota.
Potknął się i runął na plecy, prosto w osikaną zaspę śniegu. Na pewno była osikana. Wszystkie zaspy są osikane, zwłaszcza te pod kościołem. Nie znał na to żadnej reguły, ale światło dzienne uwydatniało ten fakt wręcz bezlitośnie. Zaklął pod nosem, usiadł i rzucił w przepłoszonego kota śnieżką. Chybił.
– „Spójrz na mnie! Nie mogę uwierzyć...”
Jęknął i opadł bezwładnie na śnieg, gdy znów dobiegł go jej śpiew. Wpatrzył się w niebo.
– Lisa, no… A niech cię! – Wyskoczył z zasp i zaczął otrzepywać kurtkę, oblepioną topniejącą breją. – Świetnie! Po prostu świetnie! – wrzeszczał. – Skoro ty nie zamierzasz zejść do mnie, ja wejdę do ciebie!
Sam chyba nie zdawał sobie sprawy z tego, co mówi, ale to akurat było możliwe. Od mrozu musiał mu zamarznąć mózg. A przynajmniej ta jego część, która odpowiadała za logiczne myślenie. Albo po prostu zdrętwiał od tych wrzasków, które jego przyjaciółka uparcie uznawała za śpiew idealny.
– Lisa, niech cię piekło pochłonie – mamrotał, wspinając się po śliskich schodach kościoła. – A, no tak! Już cię pochłonęło! A mnie razem z tobą! Słyszysz mnie, Elisa?! – wrzasnął po raz setny tej nocy, zadzierając głowę. Jedyne, co zobaczył, to daszek nad schodami. – A niech cię piekło pochłonie po raz setny… albo milionowy! Wariatka!
Opuścił głowę, odkaszlnął porcję mroźnego powietrza, którą wciągnął zbyt głęboko i otrzepał buty tuż pod podwójnymi drzwiami boskiej świątyni. Spojrzał na mosiężne klamki z zamkami trudnymi do otwarcia wytrychem. Nawet nie wiedział, jaki to mógłby być wytrych. Coś jak łom, raczej. Ewentualnie pogrzebacz kominkowy. Kościoły jednak wiedziały, jak bronić się przed włamaniami. Już samo wyobrażenie powyginanego pogrzebacza budziło grozę. Tymczasem wystarczyło po prostu nacisnąć jedną z klamek i drzwi ustąpiły. No, tak. Elisa może i nie umiała śpiewać, była nienormalna i lekkomyślna, ale jednak jej mózg bywał na właściwym miejscu. I co najciekawsze – potrafiła go używać.
Went wszedł do kościoła pogrążonego w mroku. Zaśmiał się nerwowo do własnych myśli. „Pogrążony w mroku”. Brzmiało jak idealne określenie dla miejsca opanowanego przez zombie, na przykład.
– Niech cię szlag, Elisa – szepnął do siebie.
Rozejrzał się ostrożnie. Nie, żeby coś szczególnego widział. Szukał wejścia na klatkę schodową albo czegokolwiek, co prowadziłoby w górę. Wszystko inne usilnie ignorował. Nawet nagłe myśli, że w podziemiach tego kościoła mogą właśnie odbywać się egzorcyzmy, odpychał z takim zapałem, że zamiast trafić na schody, wpadł na poręcz. Stęknął głośno i zgiął się w pół. Wziął głęboki oddech, po czym wspiął się na górę tak szybko, jak tylko potrafił. Gdy dotarł pod drzwi, które prawdopodobnie prowadziły na poddasze, zatrzymał się. To nie mogło skończyć się dobrze. No po prostu nie mogło. Poddasza, strychy, piwnice i ich straszne piece – to nigdy nie kończyło się dobrze.
Went zmierzwił rudą czuprynę dłonią. Wyprostował się i wciągnął brzuch. Miał cichą nadzieję, że to doda mu odwagi, ale oczywiście tak się nie stało. Był zbyt szczupły, żeby z wciągniętym brzuchem wyglądać imponująco. Przypominał raczej wymoczka, którego ktoś próbował wyprostować kijem bejsbolowym.
Chciał odchrząknąć, ale ze strachu głos uwiązł mu w gardle. Najlepsze w tym wszystkim było to, że nie bał się wcale, że spadnie z zapewne śliskiego dachu, na który zamierzał wejść. Ani że przy takim upadku połamie sobie wszystkie kości – choć może i nie było aż tak wysoko, to teren przy samym budynku pokrywał beton, a on nie planował w trakcie nieoczekiwanego spadania rozważać, czy lepiej skoczyć na ośnieżoną trawę.
Bał się tego, co mogło czaić się za jego plecami.
Prawdę mówiąc, nie miał zielonego pojęcia, czy coś się tam czaiło, ale – jak mawiali – lepiej zapobiegać niż leczyć. Dlatego przez jego wyobraźnię przelatywały właśnie całkiem ciekawe obrazy coraz to bardziej spektakularnych klęsk. Jego klęsk.
Nie wykluczał nawet owładniętego wścieklizną księdza, który zaraził się od równie wściekłej, dzikiej wiewiórki. Lekceważył przy tym uporczywy głos rozsądku, próbujący mu uświadomić, że pod tym konkretnym kościołem raczej nie ma wiewiórek. Może w parku – owszem. Ale nie tutaj, w centrum miasta. A jeśli już jakaś wiewiórka by się tu znalazła, to dlaczego akurat miałaby podejść do księdza?
Went potrząsnął lekko głową i prychnął. Wypuścił powoli powietrze, po czym przekręcił okrągłą, zimną klamkę. Tych drzwi Elisa też, oczywiście, nie zamknęła – ale akurat to nie było niczym dziwnym. Za skakaniem z dachów nie przepadała. Wolała korzystać ze schodów. Zresztą ona gimnastyczką nie była.
Zamiast na poddasze, Went wyszedł wprost na mroźne powietrze. Automatycznie się przygarbił, pocierając ręce i rozglądając się dookoła. Przy okazji skutecznie wypierał ze świadomości prawdopodobne powody, dla których ten kościół nie miał poddasza.
Śpiew Elisy dobiegał zza głównej kopuły. Skoro wszedł tu z wieży, znaczyło to, że musi jeszcze pokonać jakąś drabinkę czy coś podobnego, żeby się do niej dostać. I powinien zrobić to szybko – bo jak tak dalej pójdzie, to te wszystkie pozornie głuche staruszki usłyszą ją w końcu i wezwą policję.
Tego jeszcze brakowało, żeby władza musiała odprowadzać go do domu.
Matka nie tylko by go zabiła. Najpierw wrzeszczałaby głośniej niż Lisa teraz, później dałaby mu szlaban, potem znów by wrzeszczała, potem by go zabiła, a na końcu – na wszelki wypadek – zabrałaby kable od Internetu i telefon, żeby nawet po śmierci nie mógł kontaktować się ze światem.
Tak, to byłby jego definitywny koniec. I nawet ta jego nienormalna przyjaciółka, dla której tu wlazł, nie byłaby w stanie mu pomóc.
Próbując nie trząść się z zimna, ruszył do przodu, stawiając stopy na śliskiej powierzchni tak ostrożnie, jak tylko potrafił. Z niemałym trudem wspiął się wyżej. Blisko przeciwległej krawędzi dostrzegł leżącą dziewczynę. Rozparła się, jakby dach kościoła był plażowym leżakiem, a z nieba lał się słoneczny żar – nie sypiący śnieg. Tak jak zakładał, majtała stopą w rytm piosenki, którą właśnie nuciła. Ręce ułożyła pod głową, a na nos wsadziła okulary przeciwsłoneczne.
Went przykucnął. W sumie nie miał się czego chwycić, więc tylko oparł palce o powierzchnię dachu. Zmarszczył czoło i naciągnął kraciasty szalik niemal pod same oczy. Po co jej były okulary przeciwsłoneczne w środku zimy, i to jeszcze w nocy?! Może to ona postradała zmysły, a nie ten rzekomy ksiądz ugryziony przez wiewiórkę? Swoją drogą… czy Elisę mogłaby ugryźć wiewiórka? I czemu on się tak przyczepił do tej wiewiórki?!
Zrugał sam siebie, po czym uznał, że przyjaciółki raczej nic nie mogło ugryźć, a nawet jeśli by chciało, to i tak by jej nie dogoniło. Oderwał dłonie od lodowatej blachy, wyprostował się, zrobił dwa kroki w jej kierunku – i poślizgnął się. Padł na kolana, przeklinając świat w posadach. Oczywiście w myślach. Matka nauczyła go kultury, a Went raczej nie przeklinał. „Cholera” to było główne przekleństwo, jakiego używał.
Sapnął z wysiłku. Spróbował się podnieść, ale zrezygnował z tego pomysłu, gdy jego stopa postanowiła oddalić się od reszty ciała w kierunku krawędzi dachu. Zrobił niemal szpagat. Lubił szpagaty, lubił gimnastykę, ale niekoniecznie na lodzie. Z rozłożonymi nogami, drżącymi z zimna ramionami i skostniałymi palcami spojrzał gniewnie na leżącą nieopodal dziewczynę.
Jej czarne włosy były mokre, ubranie zresztą też, a ona nic sobie z tego nie robiła. Brakowało jej paru elementów odzieży obowiązujących o tej porze roku, ale to już była jej norma. Latem potrafiła założyć włochaty płaszcz – jej ulubiony. Went podejrzewał, że został zrobiony z jej ukochanych zwierzęcych pupili. Zimą natomiast zdarzało jej się paradować w za bardzo rozpiętej koszuli, jak teraz. Cud, że o butach nie zapominała.
Chłopak przesunął wzrok z jej prawdopodobnie skupionej twarzy na prześwitujący przez koszulę czarny stanik. Zarumienił się i odchrząknął. Nie, żeby Elisa mu się podobała. Była zupełnie nie w jego typie. No i przede wszystkim była za stara. Osiemdziesiąt lat to wiek jego babci. Po prostu ją lubił. Martwił się o nią, chociaż zdawał sobie sprawę z tego, że nie musi.
Odchrząknął po raz kolejny i przywrócił ciału w miarę normalną pozycję. Przyklęknął. Zaczął przesuwać się po śliskiej powierzchni w stronę dziewczyny w zatrważająco wolnym tempie. Gdyby teraz zrzucono na miasto bomby, nie zdążyłby nawet jej dotknąć. Usiadł obok niej po bardzo długich trzech sekundach. Odliczał w myślach po sześćdziesiąt, chyba tylko po to, by nie patrzeć w dół.
Jęknął przeraźliwie i klepnął ramię Elisy.
– Straszna z ciebie jędza! – zarzucił jej. – Omal nie przypłaciłem tej wspinaczki życiem!
Elisa uśmiechnęła się pod nosem. Lubiła go drażnić.
– To po co tu właziłeś? – zapytała spokojnie, jakby właśnie spotkali się na wakacjach.
– Żebyś ty stąd zlazła! – wrzasnął histerycznym tonem.
Dziewczyna obróciła głowę w jego stronę. Zdjęła okulary, wyciągnęła słuchawki i wbiła w niego ciemne spojrzenie.
– Tylko zmarzłeś – stwierdziła rzeczowo.
– Zmarzłem? – Went wytrzeszczył na nią oczy. – ZAMARZŁEM! – poprawił dramatycznie. – Prawie zaatakował mnie wściekły ksiądz, zrobiłem szpagat na środku dachu i wyobraziłem sobie własny upadek na tysiąc sposobów! W dodatku zmokłem!
Lisa roześmiała się.
– Czyli nici ze wspólnego filmu – stwierdziła. – Wyobraźnia ci działa. Za bardzo.
Went zachłysnął się powietrzem i rozkasłał. Kiedy już przestał wypluwać płuca, spojrzał na jej bladą twarz ze złością.
– Czy ty wiesz, która jest godzina?! – warknął, mierzwiąc energicznie swoje mokre, rude loki. – Ty wiesz, że to miasto po dwudziestej trzeciej już śpi! Że tu jest masa staruszek, które gdyby cię zobaczyły…
– Skoro już śpią – przerwała mu Lisa – to nie mogą mnie zobaczyć.
– Jeszcze pięć minut twojego wycia i obudziłabyś pół centrum! – wytknął jej. – Nikt ci nie powiedział, że jak się śpiewa, to się przy okazji oddycha? Gdybyś to robiła, może nie brzmiałoby to jak syrena alarmowa!
Elisa usiadła.
– Teraz to przegiąłeś – skwitowała chłodno i wstała.
– Zaraz! – Went zadarł głowę. – A ty dokąd?!
– Do domu.
– Do jakiego…
Nie zdążył dokończyć pytania. Elisa, kierowana nie wiadomo czym, opadła obok niego na kolana i zakryła mu usta zimną dłonią.
– Cicho – szepnęła, rozglądając się dookoła.
– Cłocichło – wybełkotał, próbując oderwać się od jej stalowych palców.
– Cicho! – powtórzyła, tym razem głośniej. – Coś słyszę.
Went znieruchomiał. Kiedy Elisa coś słyszała, to musiało być naprawdę COŚ. Sam słyszał jedynie szmery uśpionego miasta. Nawet żadne auta nie przejeżdżały, a przecież siedzieli na dachu kościoła w samym centrum. Zerknął na nią. Patrzyła w niebo, wytężając wzrok, zmarszczone czoło i zaciśnięte zęby zdradzały pełne skupienie.
– Bo ci się kły połamią – mruknął, wyswobadzając się z jej uścisku.
Dziewczyna zamrugała i spojrzała na niego, jakby przez chwilę zastanawiała się, o co mu chodzi.
– Coś tu lata – powiedziała, znów wytężając słuch.
– Co? – Went wytrzeszczył oczy. Jej powaga w tej chwili była przerażająca.
– Coś tu lata – powtórzyła, wpatrując się w jego piwne źrenice. Wiedział, że doskonale widzi ich kolor – niemal tak samo wyraźnie, jak emocje, które właśnie w nich szalały. – Idziemy – zarządziła.
Wstała i jednym ruchem postawiła go na nogi. Ruszyła w stronę krawędzi.
– Ej! – zawołał za nią. – Schody są tam! – Wskazał palcem na niedomknięte drzwi.
– A, no tak – zawróciła, klepiąc się w czoło. – Zapomniałam o tobie.
Went rozdziawił usta.
– Co? – powtórzył, ale odpowiedzi już nie potrzebował. Elisa chwyciła go pod ramię i ruszyła z powrotem ku krawędzi. – Zaraz, gdzie ty mnie ciągniesz?! – zaprotestował. – Gdybym chciał popełnić samobójstwo, powiedział bym ci o tym, Elisa! Nie zrzucisz mnie z tego dachu, ja nie umiem latać! – wyrzucał z siebie jednym tchem.
– Nie ma czasu na schody – powiedziała, obejmując go ciasno.
– O, nie… niee… nie-nie-nie…!
Próbował zaprzeć się czymkolwiek, ale nie miałby z nią szans, nawet gdyby całe życie trenował kulturystykę. Elisa dźwignęła go bez problemu, odbiła się i zeskoczyła wprost w osikaną zaspę, w którą wcześniej wpadł. Tak, mógł się tego po niej spodziewać. Wiedziała, że nie cierpi brudu. Bardziej niż ona nie znosił tylko skakania z dachów, a mimo to co jakiś czas fundowała mu takie atrakcje.
Tym razem jednak musiała mieć ku temu powód. Naprawdę ważny powód. Bo jeśli nie… to przysięgał sobie, że już nigdy więcej się do niej nie odezwie.
– Idziemy stąd – zarządziła, stawiając go na ulicy. Odsunęła się o krok i otrzepała mokre ubranie.
Went skrzyżował ręce na piersi.
– Nigdzie nie idę – oznajmił z miną naburmuszonego dziecka.
Elisa spojrzała na niego, jakby nie zrozumiała.
– Jeśli nie pójdziesz...
– To co!? – przerwał jej. – Siedzisz na dachu jak jakaś zimowa księżniczka, ignorujesz otoczenie, ba – nawet pogodę masz w dupie! – wrzasnął, wskazując na jej skąpe odzienie. – O tej porze roku nosi się płaszcze! A ja się tam wdrapuję, narażam życie, żeby uniknąć ewentualnej konfrontacji z policją czy czymś takim, o mały włos nie łamię sobie karku, a ty mi go próbujesz złamać, zrzucając mnie z dachu!
Nigdzie. NIE. IDĘ! – ryknął.
Elisa tymczasem rozglądała się dookoła, jakby czegoś szukała. Gdy Went zamilkł, utkwiła w nim uważne spojrzenie.
– Skończyłeś? – zapytała.
– Może – burknął.
– To świetnie. Więc teraz chodź. Rozumiesz, że coś tu lata? Tam – wskazała palcem na niebo – w górze? I to nie są ćmy. A ja nie potrafię tego zidentyfikować. Ja nie potrafię...
Resztę jej słów zagłuszyło przeraźliwe wycie wiatru.
Went spojrzał na przyjaciółkę z przestrachem. Elisa po raz kolejny złapała go za ramię i pociągnęła za sobą. Szła krokiem szybszym niż ludzki, ale wolniejszym niż zwykle – wspaniałomyślnie, żeby nie połamać mu nóg. Skierowali się w stronę rynku. Do jej domu był może kilometr. Niezbyt daleko. I niezbyt niebezpiecznie.
Elisa mieszkała przy miejskim szpitalu, on – nieopodal centrum. Do siebie przecież iść nie mógł. Matka zabiłaby go po raz kolejny, i ona dobrze o tym wiedziała. Zresztą, wychodząc, wspomniał, że może się tak zdarzyć, iż zostanie u Elisy na noc. Jak zwykle, Elisa poprosi sąsiadkę, żeby udawała jej babcię – i jego matka łyknie kolejną bajeczkę. To zawsze działało. Tym razem jednak – jak się domyślał, usiłując wyłapać cokolwiek z otoczenia podczas tego pędu – sytuacja wyglądała inaczej. Najpierw musieli po prostu dojść do jej domu.
Kiedy minęli blok Wenta i skręcili w stronę obskurnego centrum handlowego, Elisa nagle się zatrzymała.
Went poczuł, jak jego wnętrzności, rozruszane siłą pędu, zatrzymują się równie gwałtownie – cofając się przy tym gdzieś do gardła. Zakrył usta dłonią, ogarnięty nagłą paniką, że zaraz zwróci kolację.
Nie zdążył się jednak zastanowić, co dokładnie jadł i ile by z tego wyszło, bo Elisa pociągnęła go w stronę pobliskiego przejścia, prowadzącego na jakieś podwórze otoczone blokami.
– Went, posłuchaj mnie uważnie – szepnęła gorączkowo, zaciskając palce na jego ramionach. – Dzieje się coś, w czym nie potrafię się rozeznać. Musimy jak najszybciej dostać się do mojego mieszkania, ale nie wiem, czy po drodze niczego nie spotkamy. Dlatego zaufaj mi, proszę. I uwierz, że nie obiję cię o żadne elementy otoczenia, kiedy będę biegła.
Went powoli położył ręce na jej przedramionach. Próbował przetrawić to, co właśnie usłyszał – tak szybko, jak pozwalał mu na to zamarznięty mózg.
– Chcesz mnie nieść?! – zapytał z niedowierzaniem.
– Tak. Dokładnie tak – ucieszyła się, jakby właśnie rozwiązał jakąś skomplikowaną zagadkę. – Wezmę cię na ramiona...
– Ty chyba żartujesz... – wyszeptał.
– Tylko najpierw wyjdziemy stąd kawałek – pociągnęła go za rękę w stronę ulicy. – Idź normalnie. Jakby nigdy nic.
– Tak, jakby spacerowanie w śnieżycę o drugiej w nocy było czymś, co robię codziennie – mruknął. – Dla sportu.
– Właśnie – Elisa uśmiechnęła się przelotnie.
– I nawet ja bym sobie w to nie uwierzył.
– Na szczęście na naszej drodze na pewno nie spotkamy ciebie – zauważyła.
– A skąd wiesz...
Zatrzymała się. Obrzuciła go niemal nieobecnym spojrzeniem.
– Racja – rzuciła i ruszyła dalej.
Went zaśmiał się krótko.
– Pięknie – jęknął. – Wszyscy umrzemy.
– Cicho – Elisa przyłożyła palec do ust, zatrzymując się przy nowo budowanym bloku o skomplikowanym kształcie. – Coś tam jest – szepnęła, wskazując na krzaki otaczające dom kultury.
– Co... – Went zacisnął palce na jej dłoni, drugą ręką osłaniając ucho przed wyjącym wiatrem. Nie widział nawet tych krzaków.
– Nie wiem. Trzymaj się blisko mnie – zarządziła, ciągnąc go w stronę tego czegoś.
Nie protestował. I tak nie widział innego wyjścia. Zresztą – przy niej miał większe szanse. Na cokolwiek. Zwłaszcza na przeżycie, jeśli rzeczywiście czaiło się tam coś, co mogłoby go tego życia pozbawić.
Przeszli na drugą stronę placu budowy i schowali się za szerokim drzewem.
– Widzisz coś? – sapnął Went.
– Jakieś postacie – Elisa zmrużyła oczy. – To chyba mężczyźni.
Przesunęła się kilka kroków do przodu, zatrzymując za kolejnym, lichym drzewem. Went, pozostawiony sam sobie, chcąc nie chcąc, podbiegł do niej.
– Spróbuj poruszać się bezszelestnie – syknęła, nie odrywając wzroku od sceny za krzakami.
– No, wybacz, że nie posiadam nadludzkich zdolności!
Elisa machnęła na niego ręką – prawdopodobnie dając mu tym do zrozumienia, że powinien się uciszyć. I to najlepiej natychmiast.
Went jednak nie mógł nic poradzić na to, że nie była to jego ulubiona pora na spacery. Delikatnie mówiąc, sytuacja nie napawała go optymizmem. A już na pewno nie zamierzał przemilczeć faktu, że to właśnie przez nią teraz zastanawiał się nad swoim życiem.
– Tak, to chyba faceci – powtórzyła Elisa z zamyśleniem.
– To raczej niedobrze – rzucił lekko, ostatkiem sił powstrzymując atak paniki. Ucieczka gdzie popadnie nie wydawała się w tym momencie rozsądna.
– Nie, raczej niedobrze… – mruknęła Elisa, cofając się o krok. Wpadła na Wenta i od razu się odwróciła. – Powinniśmy się zwijać...
– Elisa – zaczął, patrząc na nią uważnie. – Ty się boisz? – spytał, z niedowierzaniem.
– Nie, ale lepiej będzie...
– Ty się boisz! – szepnął możliwie najgłośniej, żeby przebić się przez wiatr, choć akurat ona nie miała problemu z usłyszeniem go. – Ilu ich tam jest?! I co oni robią?! – zawołał, już wyraźnie histerycznie, próbując zajrzeć jej przez ramię.
Elisa zastąpiła mu drogę.
– Nie chcesz wiedzieć – powiedziała.
– Jak to nie chcę? To po co pytam!
Dziewczyna wywróciła oczami, próbując przybrać swój standardowy, lekceważący świat wyraz twarzy – ale nie udało jej się ukryć zdenerwowania. A to już było co najmniej dziwne.
Went wytrzeszczył na nią oczy.
– Lisa! – jęknął, przestępując krok do przodu. – Co oni robią?!
– Prawdopodobnie nie życzysz sobie, żebym cię odepchnęła – ostrzegła chłodno.
To go powstrzymało. Jej siła mogłaby go sponiewierać, a i tak już wyglądał jak siedem rudych nieszczęść.
– Elisa… – zawył błagalnie.
– Chryste, Went, ale jesteś natrętny! – warknęła, zerkając za siebie. – Oni jedzą!
– Jedzą? – Went zamrugał.
– No, zjadają!
– CO zjadają?!
– Jak to co! – uniosła głos, znów nerwowo zerknęła przez ramię, po czym wlepiła ciemniejące spojrzenie w Wenta. – Człowieka zjadają!
Went zbladł. Cofnął się dwa kroki i rozejrzał dookoła. Nie widział ani nie słyszał nic poza szalejącą śnieżycą.
– Zaraz… – wyjąkał. – Przecież JA jestem człowiekiem! – zawołał z przerażeniem.
Lisa rozłożyła ręce w geście bezradności.
– Musisz mnie zmienić – stwierdził, usiłując rozwiązać szalik.
– Went, co ty…
– No, Lisa. – Gdy w końcu poluzował szalik, zaczął rozpinać kurtkę. – Musisz mnie zmienić, nie zostawisz mnie tak! – Wyciągnął szyję w jej kierunku.
Tym razem to Lisa zamrugała z niedowierzania.
– Co proszę?! – zapytała głupkowato, jakby nagle ogłuchła. Nigdy nie wyobrażała sobie Wenta jako równego sobie. Nie w tej postaci. – Zastanów się – powiedziała szybko. – Chcesz utkwić w ciele siedemnastolatka?
– Zaraz mam osiemnaście! – zaprotestował.
– Nawet piwa ci nie sprzedadzą w tym kraju!
– Właśnie! – Went zrobił oświeconą minę. – Ten kraj! Pewnie jest na to jakaś ustawa!
– Ustawa?! – Elisa znów zamrugała. Nikt inny nie potrafił jej tak zaskoczyć.
– No, ustawa! To Polska – oznajmił tonem eksperta. – Tu na wszystko są ustawy!
Wampirzyca objęła głowę dłońmi, przy okazji odgarniając z twarzy mokre kosmyki włosów.
– Ty chcesz ustawy na człekopodobne stwory zjadające ludzi? – zapytała, cedząc każde słowo powoli, jakby nie miała pewności, czy dobrze zrozumiała.
– No… – Went podrapał się odruchowo po czole. – Musi coś być. Jakaś regulacja prawna. Wiesz... – miotał się. – Coś, co nakazuje, co i kiedy mogą jeść. Ilu ludzi i jakich. Może rudych im nie wolno...
Lisa wybuchła niekontrolowanym śmiechem, przerywając irracjonalny potok słów przyjaciela. W tej samej sekundzie zorientowała się, co zrobiła, i spojrzała za siebie.
– W nogi! – krzyknęła, tylko odrobinę przestraszona.
Porwała Wenta pod pachę, niezdarnie zarzuciła go sobie na plecy jak szmacianą lalkę i wysiliła wszystkie zmysły, by uciec. Nawet jeśli jej przyjaciel – przez swoją rudość – był ciężkostrawny i nie figurował w jadłospisie tych istot, ona nie zamierzała tego sprawdzać.
– Co to było?! – wrzasnął Went.
Sterczał na środku pokoju w mieszkaniu Lisy i trząsł się z zimna. Lisa wyszła z łazienki, przyjrzała mu się uważnie. Jego ciało zachowało normalną, dziwnie wyprostowaną postawę, więc raczej go nie połamała. Gdyby coś mu było, pewnie by się krzywił – chociażby. Tymczasem tkwił w jednej pozycji, ignorując wodę ściekającą z przemoczonych ubrań na puchaty dywan.
Elisa zreflektowała się i wyciągnęła w jego stronę ręcznik.
– Nie wiem – bąknęła. – Czy ja kończyłam kulturoznawstwo?
Went rozdziawił usta w przypływie chwilowej niemocy.
– A co ma kulturoznawstwo do określenia faktu, czym było to , co widziałaś? – zapytał szczerze ciekawy.
– Nie wiem – powtórzyła, wpychając mu ręcznik w dłonie. – To jakieś istoty. Na pewno nie ludzie, wierz mi. Nigdy nie widziałam, żeby ludzie mieli skrzydła – jakkolwiek mocno by tego chcieli. – Zamilkła na moment, patrząc gdzieś ponad jego głową. – Ale jakąś kulturę przedstawiają. To nie ulega wątpliwości.
– No, tak! – Went wyrzucił ręce w górę, odwracając się plecami do Lisy. Niemal zawadził nieszczęsnym ręcznikiem o żyrandol. – Kulturalnie przecież jest jeść ludzi po północy, a nie przed! Prawie tak samo, jak kulturalnie jest pić alkohol po południu!
– Dobra, ale po co krzyczysz? – skomentowała jego histeryczne wrzaski Lisa. – Słyszę cię doskonale. Moi sąsiedzi nie muszą.
– Chcesz ukryć przed światem to, co widziałaś?! – zapytał, ściągając kurtkę. Odrzucił ją na podłogę z rozmachem.
Elisa pokręciła głową. Rozpięła koszulę i poszła w ślady przyjaciela. Co prawda nie czuła szczególnego zimna, a wilgoć jej nie przeszkadzała, ale głupio byłoby siedzieć na kanapie obok przemoczonego Wenta w równie mokrym ubraniu.
Poza tym – gdzieś musiał spać. A poza jej łóżkiem zostawała mu właśnie kanapa. Jej łóżko w ogóle nie wchodziło w grę. Nigdy.
– A co mam temu światu powiedzieć, skoro nawet nie wiem, czym było to, co widziałam? – odpowiedziała na jego pytanie.
– To , co widziałaś – wydusił Went, zamaszyście wycierając swoją rudą czuprynę.
– Nie wiem, co widziałam – warknęła, obserwując go uważnie.
Był blady i trochę za chudy. Pewnie niewiele krwi płynęło w jego żyłach. Nawet jeśli tamci chcieliby go zjeść, raczej by się nie najedli. Wzdrygnęła się na samą myśl i zaczęła wycierać włosy.
– Skup się – sapnął, spoglądając na nią.
Zamrugał. Jego przyjaciółka stała przed nim w dżinsach – smukła, blada jeszcze bardziej niż on, a mokre włosy opadały długimi pasmami na kształtną twarz.
– Went, gapisz się na mnie – powiedziała, nie spuszczając z niego wzroku.
Went przestał się wycierać.
– To może byś... – Machnął w jej stronę ręką, jakby chciał ją pogonić.
– Przypominam, że to nie ja ci się podobam – skomentowała z lekkim grymasem. Przeszła kilka kroków i zatrzymała się tuż obok. – To moja urocza natura – szepnęła mu do ucha.
Przez ciało Wenta przebiegł dreszcz grozy. Lisa uśmiechnęła się słodko i zniknęła w łazience.
Fakt, miała rację. Jej natura musiała przyciągać go do niej wszystkimi możliwymi sposobami. Czasami czuł się jak bohater „Zmierzchu”.
Różnica polegała na tym, że Elisa nie błyszczała – o nie. Przeciwnie – kiedy chciała go na przykład wystraszyć, prezentowała się nie gorzej niż Lucyfer w najgorszych filmach, jakie widział.
No i nie jadła zwierząt. Uparcie twierdziła, że nie lubi sałaty.
Aha, i jeszcze na tym, że mieszkała w Skierniewicach, a nie w USA – i jakimś dziwnym trafem nikt się jak dotąd nie pokapował.
Podejrzewał, że wszystkie staruszki w okolicy nie do końca kojarzyły, z kim mają do czynienia – i możliwe, że raz brały ją za jej matkę, innym razem za nią samą, a Bóg wiedział, za kogo jeszcze.
Na szczęście on potrafił walczyć z tą jej naturą – albo ze swoją, chociaż swojej nie znał za dobrze. Zresztą, nie umawiał się ze starymi kobietami.
Co prawda, nie umawiał się z nikim. Ale gdyby już się umawiał – to na pewno nie byłyby to staruszki.
I musiałyby interesować się informatyką. A najlepiej jeszcze grami.
Może i nie miał urody Edwarda ani Jacoba, ale miał rozległe, całkiem ciekawe zainteresowania.
– Powtarzam – usłyszał głos Lisy dobiegający z łazienki. – Nie wiem, co widziałam. To byli wielcy faceci ze skrzydłami. I nie mieli ubrań.
– Jak to nie mieli ubrań? – zdziwił się. – Nie mówiłaś mi o tym.
Lisa wychyliła głowę zza drzwi.
– Miałam ci opisywać ich anatomię, zastanawiając się, czy ujdziemy z tego z życiem?
– Nie – odparł, wciągając na siebie swoje lekko znoszone dresy, które kiedyś u niej zostawił na wszelki wypadek. – Ale mogłaś napomknąć, że są bez ubrań.
– A jakie to ma znaczenie? – Lisa wyszła z łazienki. Opadła na kanapę i wbiła w niego uważne spojrzenie.
– No, nie wiem, może wniosłoby coś istotnego do sprawy? – Went rozłożył ręce.
Patrzył na nią przez moment, po czym z zaciętą miną zaczął zbierać porzucone na dywanie ubrania. Za każdym razem tak robił – sprzątał, kiedy się denerwował. Właściwie to sprzątał zawsze.
W przeciwieństwie do niej.
Nawet mając do dyspozycji wieczność, Elisa uważała, że życie jest zbyt krótkie na sprzątanie.
– Nie rozumiem – odezwała się w końcu. – Co takiego miałoby to wnieść. I do jakiej sprawy?
– No, do naszej – stwierdził, jakby to było dla niej oczywiste. – Musimy dowiedzieć się, czym oni byli. Czym są .
– Ale po co? – Elisa zamrugała powiekami.
Went zatrzymał się w miejscu, podparł pod boki i spojrzał na nią niemal karcąco.
– Widziałaś, jak coś zjada człowieka, i chcesz o tym zapomnieć?
– Nie pierwszy i nie ostatni zapewne raz widziałam, jak coś kogoś zjada. Albo jak ktoś zjada coś – odparła z namysłem. – Chociaż fakt, ten przypadek był… dość niespotykany.
Zamyśliła się na sekundę, po czym wzruszyła ramionami.
– Ale to nie oznacza, że rano wyjdę na ulicę i będę głosić nadejście apokalipsy.
– Właśnie! – podchwycił Went. – To na pewno jakiś początek apokalipsy!
– O, Jezu… – jęknęła Lisa, opierając głowę na oparciu kanapy. Wpatrzyła się w biały sufit, podczas gdy jej przyjaciel rozwieszał mokre ubrania na sznurach w łazience.
Po chwili ciszy z łazienki dobiegł wrzask:
– Ciebie nie boli język, kiedy tak wzywasz Go nadaremno?!
Lisa parsknęła śmiechem.
– Późna pora rzuca ci się na umysł – skomentowała, kiedy znów pojawił się w pokoju. Lubiła go obserwować. A jego to irytowało. I to też lubiła.
– Na umysł to mi się rzucił zamarznięty mózg – mruknął Went, a Elisa zmarszczyła brwi w rozbawieniu – kiedy właziłem po ciebie na ten dach.
– Właśnie – usiadła, opierając łokcie na kolanach. – Co ty w ogóle robiłeś w nocy w środku miasta? I jakim cudem matka cię wypuściła?
– Mieliśmy się spotkać, pamiętasz? Nie pamiętasz – odpowiedział sam sobie, kiedy milczała. – Miałaś mnie odpytywać z wierszy. Znasz na pamięć połowę literatury polskiej. A ja pojutrze mam egzamin. Byłem u Roberta po książki, potem przyszedłem tutaj, zapomniałem klucza, ciebie nie było, więc znów wróciłem do Roberta. A potem znów do ciebie. I tak w kółko, aż cię usłyszałem.
– Cholera, Went… – zaklęła, odgarniając włosy do tyłu.
– Spoko – podniósł dłoń na znak stopu – ogarnąłem temat. Jeszcze kilka dni i ferie. Powiedziałem matce, że śpię u ciebie, bo będziemy się uczyć.
– Przepraszam – Elisa ściszyła głos. – Nauczymy cię tych wierszy – uśmiechnęła się lekko.
Went machnął ręką.
– Teraz mamy ważniejszy problem – stwierdził, zaglądając do lodówki. – Nie masz nic w lodówce? – zapytał zdziwiony, wpatrując się w jasną pustkę.
– Myślisz, że to, co ja jem, nadaje się do przechowywania w lodówce?
Went zamknął białe drzwi lodówki i obrócił się w jej stronę.
– No, a nie?
– Zimna tak nie smakuje – wywróciła oczami. – To by było tak, jakbyś ty codziennie jadł chłodny obiad.
– To po co ci lodówka? – zmarszczył nos w zastanowieniu.
Elisa westchnęła. Wstała i zaczęła szykować kanapę do spania.
– Bo wolę odpowiadać na pytania z serii: „dlaczego nie masz nic w lodówce?”, niż na te: „dlaczego nie masz lodówki?” – spojrzała na niego znacząco. – Możemy coś zamówić.
Went zwyczajowo roztrzepał grzywkę.
– Mniejsza o to. O tej porze się nie je. I już nie dowożą.
– Mów za siebie. Ja tam chętnie bym coś zjadła, ale chyba nie będę ryzykować...
Podeszła do okna i odsłoniła lekko firankę. Śnieg wciąż wirował w mroźnym wietrze. Went stanął obok niej.
– Nadal wieje – stwierdził, przyglądając się zamieci.
– To tak jakby… nie wiatr – powiedziała powoli, wytężając słuch.
– Nie wiatr?
– W sensie: nie do końca naturalny. Jest mocny – nawet jak na tutejsze mini zamiecie, które wszyscy mają za klęski żywiołowe – zamilkła na moment. – A to wycie, które ty słyszysz – to szepty.
Went machinalnie odsunął się od okna.
– Szepty? – powtórzył nieco ciszej.
Elisa zasłoniła okna i obróciła się w jego stronę. Wzruszyła ramionami.
– Coś takiego. Nie rozróżniam słów, ale wiem, że to są słowa. Szepczą zbyt szybko. Nie wiem nawet, czy to w jakimkolwiek znanym nam języku.
Went zbladł. Usiadł na łóżku i wbił niewidzące spojrzenie w dywan.
– Apokalipsa – powtórzył, przerażony.
– Nieee – Lisa pocieszająco poklepała go po ramieniu. Zmarszczyła czoło, rzucając ostatnie spojrzenie w stronę okna. – Chyba nie – poprawiła się. – Ale nie martw się – uprzedziła jego kolejne słowa – tutaj nic ci nie grozi. Wierz mi – uśmiechnęła się słodko.
– Powiedziała wampirzyca.
Elisa zaśmiała się krótko, kierując się do drugiego pokoju.
– I wciąż twoja przyjaciółka – przypomniała. Mina Wenta nieco złagodniała. – Idź spać, zanim nadejdzie godzina duchów.
Went spojrzał na zegarek. Wskazywał trzecią piętnaście. Jęknął i rzucił w dziewczynę poduszką.
Oczywiście chybił.
– Wynocha! – zawył.
Lisa zaśmiała się radośniej. Odrzuciła mu poduszkę, która wylądowała tam, gdzie powinna.
– Dobranoc – dodała i zniknęła za drzwiami.
Went jęknął ponownie i opadł na pościel. Życie z tą kobietą wykończy go szybciej niż jego własna, nadopiekuńcza matka. Od matki miał zamiar kiedyś się wyprowadzić.
Od Lisy nie mógł się wyprowadzić – po pierwsze, z nią nie mieszkał, a po drugie… ona i tak by go znalazła. Wszędzie.
Ostatecznie przysięgli sobie przyjaźń aż po grób. Czyjkolwiek.
– Jutro to wygooglujemy! – zawołał do zamkniętych drzwi, po czym owinął się w kołdrę. Westchnął. – Umrę na zawał w bardzo młodym wieku – zawyrokował.
Wiedział, że Elisa go słyszy. Pewnie teraz uśmiechała się do siebie pod nosem.
– Elisa!
Lisa przekręciła się na drugi bok. Stłumiła jęk. Went już nie spał. Po odgłosach dobiegających z drugiego pokoju domyśliła się, że okupował jej laptop.
Nie czuła się ani przesadnie wyspana, ani szczególnie zmęczona, ale wstawać o siódmej rano po prostu jej się nie chciało.Owszem, może i nie potrzebowała snu – tak samo, jak nie musiała sikać – ale lubiła to. I jedno, i drugie.
Czasem spała, chociaż ten sen przypominał raczej zawieszenie pomiędzy świadomością a nieświadomością.
Czasem też sikała. Tyle że jej siki ze zwykłymi sikami miały niewiele wspólnego. Miała dietę dwuskładnikową, w związku z czym dysponowała tylko dwoma składnikami, jeśli chodziło o wszelkiego rodzaju wydzieliny. Na logikę.
Kiedy została wampirem kilkadziesiąt lat temu, po prostu przyjęła to do wiadomości. Stan ten różnił się od tych, o których czytała czy słyszała, ale szybko przeszła nad swoją nową naturą do porządku dziennego.
Zresztą i tak nie miała wyjścia.
No i była cynikiem. Chyba największym, jakiego widział ten świat.
Nie pamiętała, jak to się stało.
Możliwe, że wracała pijana z jakiejś wiejskiej potańcówki i jej ludzkie życie zakończyło się w którymś rynsztoku.
Możliwe było wszystko.
Lisa jednak nie bardzo starała się przypomnieć sobie cokolwiek. Po co? Następnego dnia obudziła się we własnym łóżku, wstała i poszła pomóc matce w polu – nieważne, że na jej widok wszystkie krowy uciekły.
Wiedziała tyle: że zwierzęta jej nie lubią, że Went ją lubi, że słońce ją strasznie drażni, a dłuższy kontakt z promieniami sprawia, że wygląda jak spalony placek.
Że lubi polować.
I że jest prawdopodobnie najgroźniejszym drapieżnikiem na ziemi.
Poprawka – była. Aż do wczoraj.
Nie miała jednak pojęcia, czym były istoty, które widziała w nocy. Domyślała się, że stan tej błogiej niewiedzy potrwa jeszcze chwilę – ale tylko chwilę.
Za sprawką Wenta, rzecz jasna.
Went będzie szukał, dopóki nie znajdzie czegoś sensownego, a przy okazji zasypie ją masą pytań. Momentami żałowała, że to nie był tylko sen. Nawet przy najlepszych chęciach nie mogła uznać tego za sen – jej mózg pracował na takich obrotach, których Went sobie nawet nie wyobrażał.
Mimo że ciało, technicznie rzecz ujmując, było martwe.
Oczywiście gdy jej życie uległo zmianie – to znaczy, kiedy przestało być dosłownym życiem – stało się życiem prawdziwym.
Tak to pojmowała Elisa.
Cały ten wampiryzm...
Osiemdziesiąt lat wcześniej nie miała o tym większego pojęcia. Musiała zrewidować wszystkie swoje poglądy i całą wiedzę, uczyć się na błędach – a mało ich nie było.
Matka w pewnym momencie zorientowała się, że coś jest nie tak: zauważyła uczulenie na słońce, stwierdziła, że Elisę opętał demon...
Więc w końcu – zamiast wyjść za mąż – Lisa po prostu wyprowadziła się z rodzinnego domu.
Jakiś czas temu osiadła na zadupiu i tkwiła tu do dziś.
Ludzie na początku postrzegali ją jako ją , później jako jej córkę, potem wnuczkę – a ona cieszyła się z tej wielkiej ślepoty, która nie pozwalała im dostrzec, że jest jedną i tą samą osobą.
Obecnie Elisa była już swoją trzecią albo czwartą generacją, co ją nawet bawiło.
Bawiło i cieszyło – bo najzwyczajniej w świecie nie chciało jej się ruszać stąd tyłka.
– Elisa! Elisaelisaelisaelisa!
A, no i miała tu Wenta.
Jedyną osobę, na której jej zależało. Której zależało na niej.
Jęknęła cicho i nakryła głowę poduszką.
– Wiem, że mnie słyszysz – odezwał się Went po raz kolejny. – Wcale nie mówię do siebie, nie będziesz mi mogła tego wytknąć, bo masz super słuch, a ja będę mówił i mówił bez sensu, dopóki się tu nie zjawisz. Jestem głodny i bardzo chcę zjeść cokolwiek, nie wymiotując tego posiłku, który prędzej czy później zjem, na myśl o tym, co wczoraj zaszło. Przyjdź więc i pomóż mi odkryć, co takiego nawiedziło nasze urocze, ciche miasteczko… Elżbieto!
Elisa odrzuciła poduszkę i uniosła głowę.
Jak on ją nazwał?
– Elż…
Zakryła mu usta dłonią, zanim zdążył dokończyć. Nachyliła się ku niemu, przysłuchując się szybkiemu biciu serca.
– Nazwij mnie tak jeszcze raz, a to ty staniesz się moim śniadaniem – i wierz mi, nie będzie ci się wtedy chciało myśleć o niczym – szepnęła mu do ucha.
Patrzyła przez chwilę, jak jeżą mu się rude włoski na karku, po czym uśmiechnęła się, oblizała wargi i wypuściła przyjaciela z uścisku. Odstąpiła od niego o krok.
Went zmierzył Lisę ponurym spojrzeniem.
– Czy ty wiesz – zaczął, odchylając się na krześle – że w wieku osiemnastu lat można dostać zawału? Zwłaszcza w sytuacji skrajnie stresowej, do jakiej tylko ty potrafisz mnie doprowadzić, pojawiając się znikąd?
– Świetnie – Elisa uśmiechnęła się szerzej. – To znaczy, że przy mnie nie znudzisz się życiem.
– Słucham? – Went zamrugał. – Wiesz co? Ja czasem chciałbym się ponudzić.
Zaśmiała się. Podeszła do okna, związała włosy w luźny kucyk i odsłoniła zasłony.
Zima była jej ulubioną porą roku.
Nigdy nie czuła za bardzo zimna, a słońca było jak na lekarstwo. Bez bezpośrednich promieni mogła poruszać się swobodniej za dnia – i nie posądzano jej nawet o brak rozumu, chociażby przez wzgląd na dziwny sposób ubierania się.
– Przypomnij sobie wszystkie szczegóły wczorajszej nocy – powiedział Went poważnym tonem.
– W lodówce masz śniadanie – mruknęła Lisa, ignorując jego polecenie.
– Jak to ? – zdziwił się.
– Normalnie – spojrzała na niego pobłażliwie. – To, że ja jestem na płynnej diecie, nie oznacza, że ty też musisz. Poza tym wiem, że lubisz herbatę.
– Super – ucieszył się i z rumorem wstał od biurka. – Parówki, jajka, świetnie – mówił z głową w lodówce. – A chleb?
Spojrzał na siedzącą na blacie dziewczynę. Wskazała palcem stół.
To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
