Kto zabije Georgię Morgan? - Aleksandra Maciejowska - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Kto zabije Georgię Morgan? ebook i audiobook

Maciejowska Aleksandra

0,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

20 osób interesuje się tą książką

Opis

„Myślisz, że będziesz panną młodą na weselu, ale ciebie czeka wesele ze śmiercią” – bracia Grimm.

Paddy nie miał szczęścia w życiu. Nawet teraz, w 1925 roku, jako asystent londyńskiego detektywa, zamiast zajmować się czymś ekscytującym, jest zmuszony chronić najbardziej irytującą dziewczynę na świecie. Towarzystwo impulsywnej, ciekawskiej, niebezpiecznej dla samej siebie przyszłej panny młodej wydaje się zemstą za to, jakim człowiekiem kiedyś był.

Georgia nie miała szczęścia w życiu. Mimo że jest młodą osobą, ktoś już planuje zarówno jej wesele, jak i śmierć, a ona sama nie wie, co byłoby gorsze. Pogróżki inspirowane baśniami braci Grimm są straszne, ale małżeństwo bez miłości wydaje się torturą. Szczególnie teraz, gdy poznała Paddy’ego, który z jakiegoś powodu ciągle jej towarzyszy i wydaje się lepszym kompanem niż jej narzeczony...

Ta baśń ma tylko dwa możliwe zakończenia: ślub lub morderstwo.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 440

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 12 godz. 37 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Michał Klawiter

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Rozdział 1

Pragnąłem zostać detektywem, dopóki nie zobaczyłem krwi na swoich rękach. Nie wiedzieć czemu uważałem, że detektywi nie muszą pracować ze zwłokami. Policja wykonuje swoją robotę, a gdy już obejrzą miejsce zbrodni, odzywają się do ciebie, ponieważ wiedzą, że odkryjesz, kim jest morderca. Podpytujesz o parę rzeczy lekarza i tyle – zagadka rozwiązana. Zostałbym detektywem, gdyby kariera ta wyglądała dokładnie w opisany przeze mnie sposób. Życie jednak miało dla mnie inne plany. I gdy zemdlałem na widok martwego ciała po raz trzeci, postanowiłem, że odpuszczę sobie bycie prywatnym detektywem. Była jeszcze alternatywa – mogłem zostać kimś równie ważnym. Mogłem zostać asystentem prywatnego detektywa. Tak, tak, naprawdę sądzę, że to równie ważne zajęcie, i mam na poparcie swojej tezy niezbity dowód. Odkąd podążam wszędzie za Finlayem Lewisem, gazety mówią i o nim, i o mnie, a to oznacza, że zdobyłem sławę, której pragnąłem. A czego nie muszę robić? Nie muszę stać przy zwłokach! Tak właśnie wygrałem rozgrywkę zwaną życiem. Chodziłem za Finlayem, a gdy ten badał miejsce zbrodni, czekałem na uboczu. Potem zapraszał mnie gdzieś, gdzie nie było żadnych zwłok, i przedstawiał mi, co wie lub co muszę na sam początek wiedzieć ja. A czemu właściwie za nim chodziłem?

Nim do tego przejdę, muszę wspomnieć o ważnej kwestii. Wychowałem się w tym samym sierocińcu co Finlay. On jednak nie był jak inni chłopcy w jego wieku. Gdy miał dwanaście lat, rozwiązał pierwszą sprawę – dowiedział się, że osobą, która wykradła wszystkie cukierki, byłem ja. Od razu na mnie naskarżył, a ja obiecałem sobie, że się zemszczę. Ale wtedy rozwiązał drugą sprawę, trzecią i czwartą. Kiedy miał piętnaście lat, spytał mnie, czy widziałem, jak ktoś kręci się przy sierocińcu. Odpowiedziałem, zgodnie z prawdą, że nie, a on wtedy westchnął, wcisnął mi w dłoń szylinga i kazał otworzyć zachodnie okno. Tak oto ja, wtedy jedenastoletni buntownik, dowiedziałem się, że dyrektorka domu dziecka spotyka się potajemnie z mleczarzem. Choć miała męża! Od razu pobiegłem z tą sensacją do Finlaya. Gdy w wieku szesnastu lat został adoptowany, czasem pisał do mnie listy (od sytuacji z mleczarzem minął tylko rok, ale tyle wystarczyło, byśmy się zaprzyjaźnili). W wieku siedemnastu lat Finlay pojawił się po raz pierwszy w gazecie. Rozwiązał sprawę kradzieży biżuterii. A potem już poszło… Rok później został najmłodszym prywatnym detektywem w Londynie. I ludzie podzielili się na tych, którzy wiecznie się nim zachwycali, oraz tych, którzy wyśmiewali go ze względu na wiek, pochodzenie i brak wykształcenia. Finlaya to nie zrażało. Zarobił na własny gabinet, współpracował z różnymi agencjami detektywistycznymi, a po kilku miesiącach spytał mnie, czy nie potrzebuję pracy. Na początku, tak jak już wspomniałem, nie szło mi zbyt dobrze. Dlatego po pewnym czasie uznał, że nie chce mnie mieć dłużej za wspólnika. Zaproponował mi jednak posadę asystenta. I tak właśnie w wieku szesnastu lat, w 1924 roku, zostałem asystentem najmłodszego prywatnego detektywa w Londynie.

Moje życie już nigdy nie było takie samo. Częściej kupowałem gazety, w których o nas pisali, niż te, w których nie wspominali o nas wcale. Finlayowi nie podobała się sława, nigdy nie przepadał za ludźmi – z tego właśnie powodu potrzebował mnie. Nie potrafił rozmawiać. Sam by tego nie przyznał, ale widziałem, że wstydzi się swojej natury. Miał talent do czytania z ludzi, lecz rozmowa go stresowała. Reagował na nią mniej więcej tak jak ja na trupy. Zmuszał się więc do przesłuchania świadków, badał miejsce zbrodni, a potem zdawał mi z tego relację. Rzetelnie zapisywałem każde słowo, po czym recytowałem jego wypowiedź policjantom lub innym zainteresowanym. Nikt nigdy nie pytał, czemu detektyw milczy. Finlay stał krok za mną ze splecionymi za plecami rękami, a jego postawa nie zdradzała zdenerwowania, dlatego też każdy uważał, że nie tyle stresuje się rozmową, ile sądzi, że jest na nią zbyt dobry, więc wykorzystuje do tak błahego zadania swojego pomagiera. Nie miałem problemu z taką teorią – byłem znany, dostawałem pieniądze i mieszkałem z przyjacielem w londyńskim apartamencie. Byłbym głupcem, gdyby cokolwiek mi przeszkadzało.

Co również podobało mi się w moim inteligentnym koledze, to jego niechęć do wyjazdów. Bywaliśmy w każdym zakamarku Londynu, ale nigdy nie opuszczaliśmy miasta.

– Dzisiaj, drogi Patricku – wyznał mi jednak pewnego dnia – wybierzemy się gdzieś dalej.

Zakrztusiłem się herbatą i oderwałem wzrok od porannej gazety.

– Powiedz mi, proszę, że chodzi ci o jakieś miasto graniczące z Londynem…

– Plymouth.

Gdybym miał jeszcze w ustach herbatę, znów bym się nią zakrztusił.

– Jest zbyt wcześnie na żarty, Finlay.

– Dobrze, nie chodzi o Plymouth, ale stamtąd już blisko. – Podszedł do lustra i wygładził dłonią swoją białą koszulę. – A teraz się pakuj, Paddy. Paddington czeka. – Uśmiechnął się na tę grę słów.

– Kiedy wyjeżdżamy?

Była dopiero siódma, a ja liczyłem na spokojne zjedzenie śniadania.

– O dziesiątej trzydzieści. Spakuj się na… – Podrapał się po świeżo ogolonej brodzie. – Na jakieś dwa tygodnie.

– Dwa tygodnie? – Wstałem oburzony, lecz on tylko uśmiechnął się szerzej, a następnie wyszedł z jadalni, by po chwili wrócić ze swoją skórzaną walizką.

– Być może na trzy – dodał beztrosko.

Dopiłem herbatę, ominąłem współlokatora i wszedłem do łazienki. Miałem sporo czasu, jednak dla kogoś, kto nigdy nie wyjeżdżał, spakowanie się na trzy tygodnie w trzy godziny wydawało się tak prawdopodobne jak spokojne życie przy Finlayu Lewisie.

– Wiesz co? – krzyczałem ze swojej sypialni, gdy pół godziny później zacząłem się pakować. – Ja mógłbym zachowywać się tak pochopnie, mam dopiero siedemnaście lat, ale ty, dwudziestojednolatek? Nie masz żadnego harmonogramu? Nagle rzucasz wszystko i wyjeżdżasz? A co na to Scotland Yard? I twoi klienci? – W pośpiechu upychałem ubrania do torby. – Czy pani Mackenzie nie chciała, żebyś rozwiązał sprawę zdradzającego ją męża?

Niedawno kobieta, starsza ode mnie o najwyżej kilka lat, zgłosiła się do nas z pewnym problemem – otóż jej mąż zniknął w niewyjaśnionych okolicznościach. Twierdził, że jedzie do hrabstwa Kent, do schorowanego przyjaciela, ale dowiedziała się, że wcale tam nie dotarł. Szczegóły zdradził mi Fin, ponieważ gdy pani Mackenzie zapukała do naszych drzwi, dopiero wracałem z kościoła, gdzie sprawdzałem pewną zakonnicę, którą mój przyjaciel podejrzewał o morderstwo. Mackenzie spędziła z Finem tylko chwilę i podobno nie powiedziała zbyt dużo – jedynie tyle, że jej mąż nazywa się Dicky Chandler i jest maklerem. A jednak gdy wychodziła, detektyw wyszeptał mi na ucho: „Była w ciąży. Straciła dziecko”. „Skąd ty to wiesz?”, spytałem zaskoczony, ponieważ kobieta wyglądała niezwykle szczupło w letniej sukience. „Ręka na brzuchu, przyjacielu. I smutek w oczach”. „Smutek w oczach może wynikać z tego, że mąż ją zdradza”, zasugerowałem, ale Fin pokręcił głową. „Nie. Ona jest na niego wściekła. Żadna z łez, które wylała z rozpaczy, nie była z powodu jej beznadziejnego męża”.

– Pani Mackenzie musi poczekać, ponieważ brat mojego przyjaciela bierze ślub – wytłumaczył tajemniczo Finlay.

Gdy już siedzieliśmy w pociągu, zaraz o dziesiątej trzydzieści jeden dodał:

– Tak się składa, że mój przyjaciel jest policjantem, a jego brat bierze ślub z panną, która być może zostanie zamordowana przed ceremonią.

Zrobiłem wielkie oczy, on zaś w odpowiedzi tylko podał mi owsiane ciasteczko.

Rozdział 2

Mój przyjaciel wiele czasu poświęcał korespondencji. Jego przybrany ojciec zatrudnił nawet kiedyś nauczyciela kaligrafii, by Finlay potrafił kreślić litery z najwyższą starannością. W trakcie podróży pisał więc listy, podczas gdy ja spałem. Obudziłem się pół godziny przed przyjazdem na stację docelową. Przy Finlayu piętrzyły się już trzy zalepione koperty. Kończył czwarty list, a obok leżał inny – sądząc po piśmie, nie jego autorstwa. Czasem bywałem wścibski, a poza tym wydawało mi się, że skądś kojarzę te serduszka nakreślone nad każdym „i” oraz „j”, dlatego chwyciłem kartkę.

 

Twoja droga przyjaciółka A.M.

Finlay nigdy nie chciał mi opowiedzieć o tajemniczej A.M. Tylko raz wyznał mi jedną informację, która wprawiła mnie w takie osłupienie, że już nigdy nie pytałem o nic więcej. A.M. była osobą, z którą mój przyjaciel przeżył swój pierwszy pocałunek. I chociaż to ja z naszej dwójki zakochiwałem się częściej, zatem nie do mnie należało ocenianie kogokolwiek, nie mogłem pojąć, jak doszło do tamtego pocałunku. Finlay Lewis bowiem nie należał do osób, które szukają romantycznych uniesień. To jedno zawsze było dla mnie pewne. Póki być nie przestało.

– Czuję, że bardzo chcesz się odezwać. – Przyjaciel uniósł głowę znad listu. Potrafił wydedukować to i znacznie więcej.

– Co do niej piszesz?

Sięgnąłem po list, lecz odsunął go od wścibskich dłoni wścibskiego asystenta.

– Nachalni i nazbyt ciekawscy umierają pierwsi. – Jego stonowana wypowiedź kompletnie nie pasowała do radosnego uśmieszku.

– A jako którzy umierają tajemniczy detektywi? – odgryzłem się.

– Ci nie umierają nigdy. – Wrócił do listu, a następnie podsumował: – Dura lex, sed lex.

Często używał tego sformułowania. Nie byłem pewny, czy wie, co ono oznacza.

Po wyjściu z pociągu musieliśmy jeszcze odbyć dwudziestominutową podróż bryczką konną. Nigdy nie widziałem, by Finlay wyglądał na tak zdegustowanego towarzystwem jak wtedy, gdy musiał usiąść obok starszej kobiety z płaczącym dzieckiem. Byłem jednak zadowolony z jego złego nastroju. Skoro nie potrafił od razu mi wyznać, czemu musieliśmy wyjechać z Londynu, mógł teraz pocierpieć.

Tuż przed trzecią trzydzieści znaleźliśmy się w kornwalijskiej wsi. Sierpniowe słońce przypiekało mi skórę, a po jeździe bryczką miałem spocone już całe plecy. Ściągnąłem kapelusz i powachlowałem się nim, na co Finlay przewrócił oczami.

– Wybacz – syknąłem, nie siląc się na uprzejmość. – Całe życie spędziłem w Londynie, nie sądziłem, że będę musiał zaopatrzyć się w przewiewną garderobę.

Widziałem po swoim przyjacielu, że i jemu nie podoba się tak słoneczna pogoda. Brązowe włosy, które zawsze miał utwardzone pomadą i zaczesane do tyłu, teraz lekko skręcały się pod wpływem potu. Jego cera błyszczała, z pewnością nie ze względu na nawilżenie, a i mrugał jakoś tak częściej, jakby słone krople wpadły mu do oczu.

Staliśmy już przed ogrodzeniem otaczającym posiadłość rodziny White, gdy po jego drugiej stronie dostrzegłem najpiękniejszą damę, jaką kiedykolwiek widziałem. Wyszła z domu, lecz nas nie zauważyła. Czytając książkę, usiadła na huśtawce. Odbiła się lekko od ziemi i zaczęła huśtać, a robiła to w najbardziej uroczy sposób. Długie blond włosy spływały jej po plecach, jakby były płynnym złotem. Nie pamiętałem, kiedy ostatnio widziałem dziewczynę z tak długimi włosami. W Londynie wszystkie spinały je masą spinek lub nosiły krótkie fryzury. Ta dziewczyna… ta wyglądała jak wszystko, czym nie był Londyn, i zdawało mi się przez moment, że nienawidzę Londynu tylko dlatego, że nie ma tam jej.

– Przepraszam…

Gdy wpatrywałem się w Afrodytę, Finlay postanowił przemówić. Nie usłyszała go, przez co mój przyjaciel z sekundy na sekundę stawał się coraz bardziej niecierpliwy.

– Przepraszam!

Uniosła głowę i w końcu nas zauważyła. Wstała zaskoczona, zamykając przy tym książkę. Było jasne, że nie zamierzała tego zrobić, ponieważ od razu próbowała ją otworzyć w miejscu, w którym skończyła czytać. Gdy się jej to nie udało, położyła ją na huśtawce i znów spojrzała na mnie i na Finlaya.

– Czy panowie do nas?

Poczułem się dziwnie staro. Ta dziewczyna nie mogła być młodsza ode mnie chociażby o jeden dzień, a mimo to uznała mnie za pana.

– Tak – odpowiedział Finlay. – Paddy, wytłumacz wszystko.

– Oczywiście. – Chociaż wciąż byłem na niego zły, i tak rozpierała mnie duma, że udało mu się wydusić tych kilka słów. – To Finlay Lewis, ja nazywam się Patrick Young. Zaprosił nas Hugh White.

– Hugh? – Zmarszczyła brwi. – Młody czy stary?

– Brat pana młodego.

Nawet nie wiedziałem, że mieszkało tam więcej Hugh White’ów.

– Już rozumiem. – Zarumieniła się lekko i podeszła do bramki.

Dopiero teraz mogłem dostrzec jej niebiańskie oczy. Naprawdę, miały kolor nieba, a do tego byłem przekonany, że gdybym właśnie umarł, nie spotkałbym anioła o piękniejszych oczach niż jej.

– Proszę wejść.

Otworzyła nam bramę i uniosła wzrok, aby na mnie spojrzeć. Tylko lekko, ponieważ była niemal tego samego wzrostu co ja. Dopiero wtedy, gdy o tym pomyślałem, uświadomiłem sobie również, że mamy podobny kolor włosów i zbliżoną posturę ciała. Dotknąłem swoich okularów, żeby się upewnić, że nadal spoczywają na moim nosie. Próbowałem przekonać samego siebie, że nie zauroczyła mnie tylko dlatego, że wyglądała jak ja. Ona nie nosiła okularów, prawda? A ja nie byłem narcyzem.

W połowie drogi do domu White’ów przystanęła.

– Całkowicie zapomniałam. – Uderzyła się wewnętrzną stroną dłoni w czoło. – Ależ ze mnie idiotka. Zapomniałam się przedstawić. Nazywam się Alexa Duran. Proszę wybaczyć bałagan, od razu mówię. Wszyscy się dzisiaj zjechali, a pani White tak się przejmuje, żeby każdemu było jak najlepiej, że obawiam się, iż jest bliska apopleksji.

– Nie musi się pani martwić – odparłem grzecznie, wciąż podążając za nią i za jej włosami. – Mieszkaliśmy w gorszych warunkach… – Przypomniałem sobie sypialnię w sierocińcu, w której żyło jednocześnie kilkunastu chłopców. – Znacznie gorszych.

Gdy weszliśmy, usłyszeliśmy muzykę i krzyki. Jeśli ktoś liczył na spokojny wyjazd, mocno się przeliczył.

– Na litość boską! – ryknął jakiś mężczyzna. – Hildo, czy możesz przestać znęcać się nad tym fortepianem? – W tym samym momencie muzyka stała się głośniejsza. – Hildo!

– Wiesz dobrze, Hugh, że tylko to mi pomaga ukoić nerwy!

– Ale nie koi moich!

– Przywykniecie. – Alexa machnęła ręką. – To Hugh i Hilda White’owie. Rodzice Hugh Juniora oraz Hectora, pana młodego. – Zaprowadziła nas do salonu, gdzie wysoki siwo-rudy mężczyzna odciągał pulchną rudą kobietę od fortepianu. – Państwo White. – Wyprostowała się, a na twarzy wykwitł jej szerszy uśmiech. – Proszę, poznajcie przyjaciół Hugh, Finlaya Lewisa i Patricka Younga.

Powitaliśmy ich uściskiem ręki. Następnie zaprowadzono nas do Reginalda i Irene Morganów, rodziców panny młodej. Oboje mieli ciemne włosy i opaloną skórę, czym różnili się od trupiobladych White’ów. Wyglądali też bardzo młodo – żadne z nich nie miało na pewno nawet czterdziestu lat.

Zastanawiałem się, gdzie przepadli para młoda oraz przyjaciel Finlaya, ale zanim się pojawili, Hilda już zapraszała na posiłek. Zjedliśmy obiad w odświętnie przystrojonej jadalni. Spoglądałem raz po raz na Finlaya, który, jak zwykle, był mało rozmowny. Myślałem, że ktoś spyta nas o powód wizyty – być może nie tylko dla mnie było podejrzane to, że wprosiliśmy się na ślub osób, których nie znaliśmy – ale nie, zamiast tego rozmawialiśmy o innych posiadłościach White’ów i o planach na miesiąc miodowy przyszłych małżonków. Po posiłku udaliśmy się do pokojów. Mój mieścił się na pierwszym piętrze na prawo. Finlay miał natomiast mieszkać nieco dalej, lecz po tej samej stronie, w sypialni sąsiadującej z sypialnią Hugh Juniora.

Zdrzemnąłem się, a wieczorem obudził mnie dźwięk fortepianu. Hilda najwidoczniej znów była nie w humorze. Tylko… Tak, tak – nie zdawało mi się. Tym razem to nie ona musiała grać, ponieważ muzyka była przyjemna dla uszu. Przez chwilę myślałem, czy nie zejść na dół, by dowiedzieć się, kto w tym domu jest tak utalentowany, ale przypomniałem sobie, że należałoby się wypakować. Kiedy już to zrobiłem, umyłem się i przebrałem w codzienny strój, gdyż po tak długiej drzemce nie sądziłem, bym musiał wkładać piżamę – jeśli miałem zasnąć tej nocy, to pewnie dopiero gdzieś po czwartej.

Zszedłem do jadalni z nadzieją, że znajdę tam coś po kolacji. Faktycznie, na stole leżały rogale i miski z powidłami, obok talerza zaś karteczka: „Dla Patricka”. Odłożyłem nóż, który podniosłem dosłownie trzy sekundy wcześniej, i spojrzałem dookoła. Być może nie powinienem być podejrzliwy, ale pismo nie należało do Finlaya, a ja zbyt często słyszałem o morderstwach przy użyciu trucizny, by dać się sprzątnąć tak łatwo. Gdy już miałem się odsunąć od stołu, usłyszałem czyjś chichot. Panna Alexa właśnie schodziła po schodach, lecz nie sama. Wkrótce pojawiła się w jadalni wraz z chłopakiem, który musiał być jednym z White’ów.

– Patrick – uśmiechnęła się wesoło – wyglądasz… – Zlustrowała mnie wzrokiem i wcale mi to nie przeszkadzało. – Przepraszam. – Potrząsnęła głową. – O czym to ja mówiłam?

– Cześć. – Ryży chłopak zrobił krok w moją stronę. – Jestem Hector.

– Pan młody?

Wiadomo, o czym myślałem. Ten chichot? Hector zabawiał piękną Alexę, choć za niecałe trzy tygodnie się żenił? Poza tym ile on właściwie miał lat? Wyglądał, jakby dopiero co pożegnał się z kołyską. Chociaż, przyznaję, jego ramiona były tak masywne, jakby codziennie podnosił tę kołyskę z tysiąc razy.

– Tak – przytaknął, spoglądając na Alexę. – Właśnie rozmawialiśmy o komediach Moliera. Czytałeś może?

– Nie, raczej nie. – Schowałem dłonie do kieszeni spodni. – Ale najwidoczniej są przezabawne – dodałem oskarżycielsko.

Sam nie wiedziałem, o co mi chodzi. Byłem zły, bo rozbawił Alexę? A może po prostu uznałem jego flirt za niestosowny? Nie poznałem jego wybranki, ale skoro ją miał, nie powinien włóczyć się sam na sam z inną, prawda?

– Och, Patricku – zaśmiała się Alexa, podchodząc do mnie i kładąc mi dłoń na ramieniu. – Chyba nie myślisz, że… – Jej śmiech zrobił się głośniejszy. – Wyglądasz, jakbyś zaraz miał spalić nas na stosie. Przysięgam ci, że Hector jest dla mnie jak brat.

Rudzielec także się zaśmiał, lecz jego śmiech pozostawał… przygaszony.

– Jestem wychowanką państwa White’ów, a moją drogą Georgię również kocham jak własną siostrę. Być może nie zna się na Molierze, ale gdybym kochała tylko tych, którzy czytali jego komedie, musiałabym się okropnie ograniczać.

– Alexa ma rację – przytaknął Hector. – A ja będę się już zbierał. Miło było cię poznać, Patricku. – Ukłonił się i zostawił nas samych.

Dziewczyna spojrzała na mnie, a jej oczy błyszczały.

– Poznaliśmy się dopiero kilka godzin temu, a już męczy cię zazdrość? To chyba mój rekord.

– Nie męczy mnie zazdrość. – Poczułem, jak rumieniec oblewa mi twarz.

– Oczywiście. – Jej chichot pieścił mi ucho. – Idę już spać, ale – dodała, wskazując na stół – zostawiłam ci rogaliki. Założyłam, że będziesz głodny.

– To ty je zostawiłaś? – Znów zerknąłem na kartkę. – Masz wspaniały charakter pisma.

– Wszystko mam wspaniałe. – Uniosła głowę i mrugnęła do mnie kokieteryjnie, po czym tanecznym krokiem ruszyła w kierunku schodów.

Odprowadziłem ją wzrokiem i zabrałem się do pałaszowania rogalików.

Rozdział 3

O czwartej w nocy nadal nie byłem zmęczony, co powoli zaczynało doprowadzać mnie do szału. Powietrze, dało się odczuć, było suche i gorące, przez co ciągle piłem wodę i chodziłem do toalety. Gdy w końcu zaakceptowałem, że nie zasnę, udałem się na spacer do ogrodu. Huśtawka była pusta, więc usiadłem na niej i spojrzałem w górę. Wpatrywałem się w miliony gwiazd… a może – jaka intrygująca myśl – to one wpatrywały się we mnie? Migały nieśmiało. Czy wiedziały, że ktoś na nie patrzy? Czy przygasłyby, gdyby miały zostać zignorowane?

Patrzyłem w niebo, a kiedy rozbolał mnie kark, zacząłem obserwować drzewo. Gdy dostrzegłem ślepia wpatrzone wprost we mnie, odskoczyłem i upadłem na kolana.

Po tej kompromitującej chwili wstałem i wyprostowałem się dumnie.

– Kim jesteś? – spytałem.

– Nie przeszkadzaj mi – mruknęło licho kryjące się na gałęzi.

– W czym konkretnie mam ci nie przeszkadzać?

Postać nie odpowiedziała, a że nie byłem zachwycony perspektywą rozmowy z kimś, kto w nocy wspina się po drzewach, wróciłem do sypialni i po kolejnych dwóch godzinach kręcenia się na prawo i lewo zasnąłem.

Rano udało mi się poznać następne dwie osoby. Na śniadaniu pojawił się bowiem przyjaciel Finlaya – Hugh Junior, który zakazał tak do siebie mówić (uznał, że odpowiedniejsze będzie mówienie do jego ojca Hugh Senior). Był kopią swojego brata, lecz nieco starszą – Hugh miał bowiem dwadzieścia trzy lata. Gdy dowiedziałem się, że Hector jest w moim wieku, zadławiłem się tostem. Uznałem, że nigdy więcej nie będę czekać na odpowiedź podczas spożywania posiłku. Poznałem również Georgię. Weszła do jadalni i usiadła, nie zauważając ani mnie, ani mojego kolegi.

– Gio… – usłyszałem głos Hildy White. – To przyjaciele Hugh, Finlay i Patrick.

– Miło mi was poznać. – Uśmiechnęła się lekko.

Od razu poznałem jej głos.

Czemu wspinała się po drzewie? I czemu nie chciała ze mną rozmawiać, gdy ją na tym przyłapałem? Szybko przypomniałem sobie słowa przyjaciela i w głowie pojawiło się kolejne pytanie: dlaczego Hugh uważał, że ktoś będzie chciał ją zabić? Nie była może tak słodka jak Alexa, ale też nie miała w sobie nic szczególnie rażącego. Wyglądała jak typowa mieszkanka Londynu – krótkie, brązowe włosy, które jednak u niej były bardzo kręcone, oraz typowo miejski styl. Nie pasowała do spokojnego życia na wsi. Chciałem spytać ją o jej nocne zainteresowania, ale uznałem to za niestosowne. Hector mógłby mieć mi za złe, że jak ostatni hipokryta przebywałem sam na sam z jego narzeczoną, choć kilka godzin wcześniej patrzyłem na niego z niesmakiem.

Po śniadaniu wstałem od stołu. Żadna z obecnych osób po sobie nie posprzątała, dlatego gdy tylko zobaczyłem kroczącą w naszą stronę młodziutką służącą, również dałem sobie spokój z nadgorliwością i wyszedłem do ogrodu. Uznałem, że poranki to najlepsza pora na spacery, ponieważ nie jest ani zbyt zimno, ani zbyt gorąco. Uważałem też, że mogę od razu wprowadzić plan w życie i pozwiedzać. Nie powiedziawszy nikomu o swoim zamiarze, zamknąłem za sobą bramkę i zacząłem wyprawę. Nie powinienem zostawiać Finlaya samego i w żadnym innym wypadku bym tego nie zrobił. Miał jednak Hugh, dlatego stwierdziłem, że być może nikt nawet nie zauważy mojej nieobecności.

Minąłem posiadłość White’ów, a następnie kolejny dom, w którym akurat pewien mężczyzna podlewał kwiaty. Gdy spacerowałem już jakieś siedem minut, minęła mnie jadąca na rowerze Gia. Nie odwróciła się ani nie odezwała.

– Panno Morgan. – Pobiegłem za nią, sam nie wiedząc czemu.

Zahamowała i zeskoczyła z roweru.

– Tak? – Odwróciła głowę. Spojrzała na mnie, zatrzymując przez chwilę wzrok na moich okularach lub nosie, i dodała: – Czy my się znamy? Skąd wiesz, jak się nazywam?

– Jak to skąd? – zaśmiałem się nerwowo. – Jedliśmy razem śniadanie.

– Nie sądzę. – Znów wsiadła na rower.

– Chwileczkę. – Dotknąłem kierownicy. – Znamy się, bo przyjechałem na twój ślub. Jestem przyjacielem… przyjaciela brata twojego narzeczonego. – Matko, jak to skomplikowanie brzmiało. – Czemu siedziałaś na drzewie?

Dopiero w tym momencie na jej twarzy pojawiły się jakiekolwiek emocje. Parsknęła śmiechem, po czym zakryła usta dłonią.

– Ty to jesteś zabawny. Ja? Na drzewie?

– Przecież widziałem.

– Nic nie widziałeś, było ciemno.

Zrobiłem krok w jej stronę.

– Skąd wiesz, że było ciemno, skoro cię tam nie było?

– Bo… – Jej policzki zrobiły się różowe. – Bo mówiłeś, że to było w nocy.

– Nic takiego nie mówiłem.

Złapała mocniej kierownicę, a następnie uderzyła w moją dłoń, bym puścił jej pojazd.

– Przyjacielu przyjaciela brata mojego narzeczonego… – zaczęła. Ciekawe, że zapamiętała to, ale nie to, że już kiedyś mnie widziała. – Nie wtrącaj się w sprawy, które cię nie dotyczą.

– W porządku, chociaż ten cały Hector…

Pokręciłem głową, na co ona, oburzona, otworzyła szerzej usta. Zmarszczyła brwi, przez co pojawiło się między nimi kilka zmarszczek.

– To mój narzeczony!

– On ma siedemnaście lat. A ty ile? Dziewiętnaście?

Była niska i z pewnością młodsza ode mnie, ale chciałem jej dopiec.

– Ty… – Zacisnęła dłonie w pięści. – Ja też mam siedemnaście lat. – Nie wsiadła na rower ani nie odjechała. Odsunęła się od dwukołowca i rzuciła go na ziemię. Potem przeskoczyła przez niego i stanęła zaraz przede mną. Uniosła wysoko głowę, by spojrzeć mi w oczy. – Słuchaj, ty londyński idioto.

– Skąd wiesz, że…

– Śmierdzisz Londynem z daleka, nie przerywaj mi. – Wyciągnęła palec przed siebie i stuknęła mnie w klatkę piersiową. – Skończyłam siedemnaście lat w czerwcu.

– A ja w lutym, dzielą nas tylko cztery miesiące…

– Jednak to ja biorę ślub, a ty jedynie próbujesz drażnić pannę młodą.

– Nie spodziewałem się po prostu, że ta panna młoda jest aż tak młoda.

– Dla twojej informacji – prychnęła lekceważąco – ostatnio byłam na ślubie czternastolatków.

Teraz to ja zmarszczyłem brwi i otworzyłem szeroko usta.

– Co? – Więcej nie udało mi się powiedzieć.

– Daj spokój, u was w Szkocji pewnie jest tak samo.

Szkoda, że wcześniej wykorzystałem zaskoczoną minę, ponieważ nie miałem pojęcia, jak wyrazić zdumienie wywołane jej kolejną wypowiedzią.

– U nas? – zapytałem całkowicie wytrącony z równowagi. – W Szkocji?

– No przecież słyszę akcent.

– Jaki akcent?

Nie pamiętałem rodziców, ale chyba nie wylądowałbym w londyńskim sierocińcu, gdyby nie byli z Londynu.

– Szkocki – powtórzyła z manierą, jakby mówiła do małego dziecka. Chwyciła rower i wsiadła na niego. – Więcej mnie nie zaczepiaj, szkocki siedemnastoletni przyjacielu przyjaciela brata mojego narzeczonego.

– Mam na imię Patrick! – krzyknąłem, ale Georgia już się oddalała.

Rozdział 4

Nie potrafię opisywać miejsc, ale żeby każdy mógł lepiej wyobrazić sobie, co działo się w domu White’ów, muszę zabrać czytelników tej relacji na wycieczkę.

Poszczególne posiadłości, najczęściej letniskowe, należały – co rozpoznałem po ich rozmiarze i wyglądzie – do osób zamożnych. Wszystkie działki były ze sobą połączone murem. To oznaczało, że jedna ze ścian kamiennego ogrodzenia sąsiada była też jedną ze ścian kamiennego ogrodzenia White’ów. Szereg ten złożony był z około dziesięciu domów.

Na posesję White’ów wchodziliśmy przez starą, ciemnozieloną bramkę. Witał nas ogród – piękny, zadbany, kolorowy. To tam stały huśtawka oraz drzewo, na którym schowała się Georgia. Zaraz przy drzewie ciągnął się szary, kamienny mur, należący zarówno do White’ów, jak i do ich sąsiada – jak później się dowiedzieliśmy, Mosesa Mertona. Można było obejść posesję drugą alejką i dojść do tylnych ogrodzeń. Te nie miały jednak bramek, dlatego na tyły ogrodu dało się dostać jedynie od frontu.

Ogród za domem był równie malowniczy. Stała tam biała ławeczka, idealna, by przysiąść z książką. Mimo to większość czasu spędzano z przodu posiadłości – zapewne dlatego, że właśnie tam znajdowało się wejście do domu, które prowadziło prosto do kuchni. Wydało mi się to dziwne. Zastanawiałem się, czy nie jest ono przypadkiem dla służby, ale jeśli tak, to gdzie to dla reszty domowników?

Otwieraliśmy więc drzwi i trafialiśmy do kuchni, stamtąd zaś na korytarz, z którego mogliśmy przejść do salonu czy jadalni, a także do sypialni rodziców panny młodej, sypialni przeznaczonej dla dawnej guwernantki Gii, lub wspiąć się schodami na piętro. Na dole najczęściej rozmawialiśmy i przyjmowaliśmy gości, a na górze spaliśmy. Nie pamiętam już pełnego układu pomieszczeń na piętrze, ale zaraz przy schodach mieściły się sypialnie Alexy i Georgii. Pokoje Hugh Juniora i Finlaya znajdowały się na samym końcu korytarza, tuż obok jedynego gabinetu na górze. Ja zajmowałem pokój po tej samej stronie, lecz nieco bliżej schodów. Miałem tam przyjemny kącik z własną toaletą. Nie opowiadam teraz zbyt wiele o swojej sypialni, ponieważ do jej opisu jeszcze wrócę.

Warto też wspomnieć, że w każdym pokoju znajdował się nóż do listów.

Na koniec należy zaznaczyć, że zbrodni dokonano w pokoju Georgii.

Rozdział 5

Trzy dni po naszym przyjeździe dom White’ów odwiedził ksiądz. Ojciec Benedict Glover był starszym mężczyzną, podobno bardzo pobożnym, co powinno być oczywiste, ale zbyt dużo niepobożnych księży poznałem w życiu, by z góry w nich wierzyć. Muszę jednak przyznać, że ksiądz Glover i mnie wydał się całkiem w porządku. Przyszedł z samego rana, na piechotę, by poznać parę młodą, i już od pierwszej minuty szeroko się uśmiechał. Był niskim człowieczkiem, niższym nawet od Finlaya, który w porównaniu ze mną był jak cherubin, a gdy szedł – ksiądz, nie mój przyjaciel – człapał i przekrzywiał się na prawą stronę.

– No to gdzie moje dwa anioły? – Rozłożył dłonie, jakby chciał pobłogosławić kuchnię, w której stał. – Czy to wy?

Wskazał na mnie i Alexę, z którą właśnie rozmawiałem o książce Virginii Woolf. Wprawdzie czytałem tylko kilka pierwszych stron Pokoju Jakuba, ale mogłem słuchać godzinami, jak Alexa opowiada o swoich ulubionych wątkach.

– Och, ojcze Glover – zachichotała Alexa.

Gdy przelotnie pogładziła palcami moją szyję, przełknąłem nerwowo ślinę. Widziała to, lecz nadal nie odrywała dłoni od mojej skóry. Może właśnie dlatego tego nie robiła. Może podobała jej się moja reakcja.

– Czy wyglądam na taką, która tak wcześnie i chętnie wzięłaby ślub?

– No tak, tak, ma panienka rację. – Ksiądz pokiwał głową. – Toż to panienka nie ma nawet osiemnastu lat, prawda?

– Będę je miała za kilka dni.

Zaskoczony spojrzałem na dziewczynę. Nigdy nie pomyślałbym, że zauroczy mnie ktoś starszy. W tamtej chwili jednak, nawet gdyby się okazało, że zaraz stuknie jej trzydziestka, powiedziałbym tylko: „Wyjdź za mnie”. Musiałem gryźć się we wnętrze policzków, żeby nie otworzyć ust, bo obawiałem się, że wypadnie z nich ta zbyt śmiała deklaracja. Co Finlay pomyślałby o moim braku rozwagi? Przecież i on wiedział, że nie zgodziłaby się wziąć ze mną ślubu. Mieszkałem z nim w apartamencie, ale to on płacił większość rachunków. Nie wywodziłem się z dobrej rodziny. I nie byłem nikim ważnym, nie pracowałem jako prawnik czy lekarz. Mogłem mieć w głowie pełno argumentów, czemu asystent prywatnego detektywa zasługuje na szacunek i sławę, ale nie wypowiedziałbym żadnego z nich na głos, bo rozumiałem, że w prawdziwym życiu się nie liczą.

– A, to jeszcze zbyt wcześnie. – Ojciec Glover machnął ręką.

Gdy poznał Georgię i Hectora, spojrzał na mnie, a w jego oczach dostrzegłem politowanie. Podzielał moją opinię. Siedemnastolatkowie biorący ślub? Kto chciałby mieć siedemnastoletnią żonę? I kto przy zdrowych zmysłach chciałby brać ślub właśnie z Georgią?

W domu przebywali już rodzice pary młodej, para młoda, brat pana młodego i jego przyjaciele oraz Alexa. Czekaliśmy jeszcze tylko na panią Florę.

– Kim jest pani Flora? – spytałem podczas kolejnego spokojnego popołudnia, które spędzaliśmy w ogrodzie.

– Byłą guwernantką Gii. – Irene Morgan sięgała po kolejną borówkę, gdy podleciała do niej pszczoła.

Siedząca obok niej Hilda od razu podskoczyła, Irene za to spokojnie czekała, aż owad odleci.

– Gia bardzo ją lubiła i nawet gdy Flora odeszła z pracy i wyszła za mąż, pisałyśmy do siebie listy. To oczywiste, że musiałam zaprosić ją na ślub mojej córeczki.

Uśmiechnąłem się. Następnie, jak przystało na profesjonalistę, przeprosiłem kobiety i wszedłem do domu, po czym wspiąłem się po schodach, zapukałem do sypialni Finlaya, a gdy ten otworzył, usiadłem na jego łóżku i zacząłem:

– Będzie tu jeszcze jakaś pani Flora, guwernantka Georgii.

– Znasz ją? – Finlay odwrócił się do Hugh.

– Nie. Często spędzaliśmy wakacje razem, White’owie i Morganowie, ale nigdy nie brali ze sobą guwernantki. Nie zabierają już ze sobą nawet służby. Na wyjazdach towarzyszy nam tylko Martha, nasza służąca – wspomniał młodą kobietę, która od czterech dni pracowała jak maszyna. Gotowała, sprzątała i podawała do stołu.

– Czy myślisz, że mogłaby skrzywdzić Gię?

– Martha?

– Nie. Flora.

– Nie mam pojęcia. – Hugh pokręcił głową.

Nie mogłem już wytrzymać. W końcu zadałem ciążące mi na sercu od kilku dni pytanie:

– Czemu tak właściwie sądzisz, że ktoś będzie chciał ją zabić?

Nie to, że Georgia była osobą, którą chciało się chronić za wszelką cenę – po czterech dniach nadal nie znała mojego imienia i najwidoczniej nie zamierzała się go nauczyć. Patrzyła na mnie pustym wzrokiem, jakby widziała mnie po raz pierwszy, ale i z innymi nie miała najlepszych relacji.

– Morganowie są naszymi dalekimi krewnymi – wytłumaczył Hugh, kładąc rękę na oparciu krzesła, na którym siedział Finlay. – Jak wam wiadomo, mój ojciec pracuje w policji, a i ja w maju zacząłem pracę w tym samym zawodzie. Wiem, jak ludzie potrafią zastraszać innych i manipulować, by osiągnąć cel. Na kilka dni przed naszym wyjazdem z Londynu do Kornwalii pojawiła się na posterunku pewna kobieta. Złapała mnie za rękę i wyszeptała: „Ten ślub przyniesie ze sobą tylko kolejne tragedie”. Rzuciła mi na biurko kartkę, a gdy podniosłem wzrok, kobiety już nie było. – Hugh wsunął dłoń do kieszeni spodni. Wyciągnął z niej zmięty kawałek papieru i pokazał mi go.

– „Do narzeczonej: «Ptaszynka moja przyśpiewuje smutno– przeczytałem na głos. – Niedola, niedola, niedola! Ptaszynka moja wieści śmierć okrutną»”*. Co to… co to znaczy?

– Z początku też nie wiedziałem. – Chwycił znów kartkę i ją schował. – Szukałem w książkach, aż jedna z bibliotekarek zasugerowała mi baśnie braci Grimm. Ten cytat pochodzi z baśni Jorinda iJoringel. Para się zaręczyła, ale starsza kobieta zmieniła dziewczynę w słowika i rozdzieliła kochanków.

– To może oznaczać mnóstwo rzeczy…

Przecież nigdzie nie było wspomniane morderstwo Georgii, prawda? Więc po co dramatyzować?

– Joringel mówi swojej ukochanej: „Strzeż się, abyś nie podchodziła zbyt blisko do zamku”**. Gia musi wziąć ślub z moim bratem, ponieważ jej brat zmarł dwa lata temu. Żeby jej rodzina nadal miała dostęp do majątku po naszym wspólnym pradziadku, Georgia musi wyjść za któregoś z nas, gdyż po śmierci Gavina to my jesteśmy spadkobiercami tej fortuny. Na początku miała wziąć ślub ze mną, ale zniechęciłem rodzinę do tego pomysłu. Hector jest dla niej lepszym wyborem. Tylko że gdy ostatnio rozmawiałem z Gią, okazało się, że otrzymała dziwne listy. Zgadnijcie, co napisano w pierwszym z nich.

– Cytat z baśni? – zaproponował Finlay, a Hugh przytaknął.

– „Strzeż się, abyś nie podchodziła zbyt blisko do zamku”. Próbowałem wypytać ją o coś więcej, ale zbyła mnie machnięciem ręki. Wymusiła na mnie obietnicę, że nikomu nie powiem o pogróżkach. Uznała je za żart. Rozumiem, że nie chce zawieść rodziców. Musiałem jednak wtajemniczyć chociaż ciebie, Fin. Ta dziewczyna nigdy nie myśli o tym, co bezpieczne, a co nie. Sądzę, że ktoś próbuje zasugerować, że jeśli wejdzie do naszej rodziny, stanie się jej krzywda. Nie zamierzam tego bagatelizować. Ale też nie mogę za bardzo dramatyzować, na wypadek gdyby to wcale nie było tak poważne, jak mi się teraz wydaje.

– Więc może faktycznie to tylko żart – stwierdziłem. – Według ciebie ktoś jednocześnie chce ją skrzywdzić i ostrzec. Czy nie łatwiej byłoby ją porządnie nastraszyć? Po co ktoś miałby bawić się w takie skomplikowane gierki i nawiązania do starych baśni?

– W zasadzie – Finlay wstał z krzesła – są dwie opcje. Albo ktoś chce nie dopuścić do ślubu, dlatego próbuje odsunąć Gię od Hectora i jej grozi, albo osoba, która ją ostrzega, i osoba, która próbuje ją skrzywdzić, to dwie różne osoby.

– Chcesz powiedzieć – kontynuowałem – że ta kobieta dowiedziała się o planie przyszłego mordercy i uznała, że jeśli nie dopuści do ślubu, to uratuje Gię?

– To prawdopodobne. Musimy się dowiedzieć, kim była ta kobieta i czy właściwie jest powiązana ze sprawą.

Gdy spojrzeliśmy pytająco na Finlaya, dodał:

– Jak wyglądała?

– No… chyba była blondynką. – Hugh podrapał się po głowie. – Nie była elegancka ani nic takiego. Wziąłem ją za bezdomną.

– A jednak jej zaufałeś.

– Nie wyglądała na wariatkę.

– W takim razie czemu bezdomnej niewariatce miałoby zależeć na Gii? Paddy, jak zarobiłeś pierwsze pieniądze?

– Ty mi je dałeś.

– Za?

– Za to, żebym spojrzał przez okno.

– I? Czego się dowiedziałeś?

– Że dyrektorka sierocińca ma romans.

– Rozumiesz już?

Patrzyłem z lekko rozchylonymi ustami na przyjaciela i powoli pokręciłem głową.

– Łatwo wynająć osoby bez pieniędzy, by wykonały jakąkolwiek pracę – próbował wytłumaczyć Finlay. – Oczywiście gdybym kazał ci nakryć dyrektorkę na zdradzie, mógłbyś się zawahać, ale bez wahania otworzyłeś okno. Bezdomna kobieta chętnie przyjmie pieniądze za to, że przyjdzie do młodego policjanta, powie mu coś i podłoży liścik. Nie ma w tym nic ryzykownego, szczególnie jeśli jest szybka i niewidoczna. A tak się składa, że biedni zawsze są bardziej niewidoczni niż ci bogaci. Gdyby na posterunek przyszedł ktoś zamożny, Hugh od razu zapamiętałby jego ubranie, rodzaj kapelusza i rysy twarzy. Bezdomną kobietę ktoś musiał wynająć. Tylko czy zrobił to morderca, czy osoba, która poznała jego plany? Gdy dowiemy się, kto wynajął kobietę, dowiemy się wszystkiego.

* W.K. Grimm, J.L.K. Grimm, dz. cyt.

** Tamże.

Rozdział 6

Finlay i Hugh wyjechali do Londynu, gdzie chcieli odszukać bezdomną kobietę. Nie sądziłem, że trzy dni, które sobie dali na to zadanie, wystarczą, ale jaka istniała alternatywa? Mieliśmy czekać, aż morderca zrobi swoje?

Pod nieobecność mojego przyjaciela uznałem, że być może czekanie na mordercę nie byłoby aż tak złym pomysłem. Coś głęboko we mnie krzyczało z wściekłości, gdy tylko w pomieszczeniu pojawiała się Gia.

– Przepraszam – odezwała się, gdy kroczyłem po wiejskiej drodze. – Wie pan, która jest godzina?

Patrzyłem na nią przez około minutę, zanim sfrustrowany odpowiedziałem:

– Mam na imię Patrick!

Zmarszczyła brwi i pokręciła głową.

– W takim razie, Patricku, czy wiesz, która godzina?

– Nie mam pojęcia.

Zacząłem iść szybciej. Co ona tak właściwie robiła znów sama na spacerze? Tym razem nie jechała na rowerze. Gdyby ktoś ją napadł, nawet nie miałaby jak uciec.

– Nie musisz być taki niemiły. – Dobiegła do mnie. – Nie mam obowiązku znać twojego imienia.

– Mieszkamy w tym samym domu już od tygodnia – zauważyłem.

Otworzyła szerzej oczy. Gdy doszło do mnie, że nie ma pojęcia, kim jestem, i poczułem gorąc na policzkach, zaczęła się śmiać.

– Jak ciebie łatwo wyprowadzić z równowagi, przyjacielu przyjaciela brata mojego narzeczonego.

Miałem ochotę ją zamordować.

– Za każdym razem sobie ze mnie żartowałaś?

– Nie za każdym – przyznała. – Ale gdy wczoraj nazwałam cię Pablo, a dzień wcześniej Pierre, być może chciałam tylko nieco się zabawić.

– Świetna zabawa.

Teraz szliśmy już obok siebie. Spojrzałem na nią. Uśmiechała się wesoło, pierwszy raz ją taką widziałem. Najwidoczniej cieszyło ją moje cierpienie.

– Dobrze wiedzieć, że lubisz dręczyć innych.

– Chcę się tylko trochę odprężyć. – Z jej uśmiechu nic już nie zostało. – Jako panna młoda mam teraz mnóstwo nerwów, ale oczywiście ciebie to nie interesuje.

– Bardzo mnie interesuje. – Wprawdzie nie zdołałem pozbyć się sarkazmu ze swojego głosu, ale próbowałem zabrzmieć jak najbardziej autentycznie. Chciałem, by mi się zwierzyła. Tylko w taki sposób mogłem się dowiedzieć, czy ma jakichś wrogów. Oczywiście oprócz mnie. Aż dziw, że kogoś mogła męczyć jeszcze bardziej. – Czym konkretnie się denerwujesz?

– No wiesz… – Wzruszyła ramionami. – Robieniem dzieci. – Pozwoliła mi rumienić się przez kolejnych kilka sekund, a potem znów wybuchnęła śmiechem. – Ale z ciebie świętoszek.

– Możemy porozmawiać o czymś innym? – Odchrząknąłem.

– Właśnie. Lepiej mi powiedz, czemu tu jesteś.

– Tu? – Zaschło mi w ustach. – Tu z tobą?

– Tu, a nie w Londynie. Kim jesteś, czym się zajmujesz i czemu przyjechałeś na mój ślub?

– Jestem Paddy, chodzę wszędzie za swoim przyjacielem, a że on został zaproszony, to też przyjechałem…

– Ale jego tu nie ma, a ty jesteś.

– Być może czasami mogę się z nim rozstać.

– Więc pewnie masz powód.

– Żebyś wiedziała, że mam.

Przystanęła. Ja też. Odwróciła się w moją stronę. Również na nią spojrzałem.

– Kto? – Podniosła głowę, by spojrzeć mi w oczy.

– Słucham?

– Alexa?

Zatkało mnie. W życiu nie słyszałem, żeby ktoś był tak bezpośredni.

– A jeśli tak?

– Wtedy życzę powodzenia.

– Ironicznie czy naprawdę?

– Serio, Paddy? – Przewróciła oczami i wróciła do marszu.

– Serio. – Poszedłem za nią.

– Co niby miałabym ci na to odpowiedzieć? Alexa jest piękna.

– Zauważyłem.

– Oczytana.

– To prawda.

– Więc?

– Co: więc? To ty najwidoczniej masz z nią jakiś problem, nie ja.

– Nie mam z nią problemu – fuknęła Gia. – Na twoim miejscu zawróciłabym i do niej poszła. Jeśli będziesz miał szczęście, może nawet zastaniesz ją bez kręcącego się obok Hectora.

– Czyli to o to chodzi? Jesteś o nią zazdrosna?

– A jak ty byś się czuł, gdyby całe twoje życie ktoś porównywał cię do wyższej, szczuplejszej, mądrzejszej, piękniejszej…

– Też jesteś piękna – wymsknęło mi się.

– Nie tak jak Alexa. – Zatrzymała się i westchnęła. – A teraz proszę mi wybaczyć, chciałabym jeszcze pospacerować. – Ruszyła na nowo, a gdy i ja zrobiłem kolejny krok, dodała: – W samotności, Pablo.

Wróciłem do posiadłości White’ów. Gdy Gia nie wracała, zacząłem się martwić. Finlay zabiłby mnie, gdyby z mojego powodu coś jej się stało. To dlatego musiałem zostać w Kornwalii – miałem mieć ją na oku. Tylko że było to niemożliwe, bo każda rozmowa z nią sprawiała mi mniej więcej tyle przyjemności, co wbijanie sobie widelca w oko.

– Myśleliśmy o tym, żeby pojechać do miasta. – Obok mnie usiadła Hilda White. Włosy miała splecione w warkocz, a w dłoni trzymała kieliszek z czerwonym winem. – Wybrałbyś się z nami, Patricku?

Wyjrzałem przez okno. Jeszcze się nie ściemniało, lecz nieobecność Gii zaczynała mi ciążyć. Co, jeśli ktoś ją zaatakował? A co, jeżeli wiedziała, kim jestem, i specjalnie nie wracała, żeby mnie zdenerwować? Być może powinienem pojechać do miasta, żeby pokazać, jak bardzo nie przejmuję się jej losem.

– Proszę wybaczyć. Boli mnie głowa.

– Rozumiem. No cóż, w takim razie zostaniesz z Irene i Florą.

Uśmiechnąłem się ciepło.

– Miłej wyprawy.

O ósmej Hilda, Hugh Senior, Hector i Alexa wyjechali do Plymouth.

– A gdzie pan Reginald? – spytałem jego żonę. – Myślałem, że pojedzie z całą resztą.

– Reggie wyjechał rano do Londynu.

Irene Morgan przesunęła się w bok i poklepała dłonią miejsce obok siebie. Usiadłem na sofie. Kobieta pachniała różami. Zapach byłby przyjemny, gdyby nie jego intensywność. Zrobiło mi się niedobrze.

– Proszę mi powiedzieć – kontynuowała – widział pan Gię?

– Tak, tak. Natknąłem się na nią podczas spaceru.

– Więc gdzie ona się podziewa?

Też chciałem to wiedzieć. Irene i Flora przyglądały mi się, czekając na odpowiedź. Zastanawiałem się, czemu ich obecność tak na mnie wpływa. W domu została tylko nasza trójka, ja zaś czułem się osaczony, jakby otaczali mnie wszyscy Londyńczycy.

– Wróciłem, a ona poszła dalej. Może powinienem… – Wstałem. – Może powinienem jej poszukać.

– Proszę usiąść. – Irene złapała mnie za nadgarstek i pociągnęła ponownie na sofę. – Jestem pewna, że Gia sobie poradzi. Widzi pan, ona tak ciągle. Codziennie wychodzi na te piesze wycieczki. Tak jest, odkąd tu przyjechaliśmy, ale gdy pomieszkujemy w Londynie lub w Yorku, robi to samo. Zapewne jednak te wiejskie spacery podobają jej się bardziej. Tu nie ma tak wielu ludzi, a i powietrze jest jakieś takie czystsze, nie sądzi pan?

– Zgadzam się.

Zdążyłem powiedzieć tylko tyle, bo zaraz wtrąciła się Flora:

– Już od dzieciństwa taka była. – Kobieta stukała czerwonymi paznokciami w blat stolika. Było w niej coś swojskiego i arystokratycznego jednocześnie. Z pewnością nie zachowywała się jak zwykła guwernantka. – W porównaniu z nią moje dzieci są rozleniwione.

– Ma pani dzieci? – spytałem jak idiota.

– Tak. Dwójkę. Teraz opiekuje się nimi mój mąż. Na pewno skorzystałyby z wyjazdu na te trzy tygodnie na wieś, ale nie chciałam wprowadzać tu chaosu. Dzieci krzyczą, płaczą. Gia musi mieć spokój. I ja… – zaśmiała się. – Ja też na niego zasługuję. – Potem, jakby chciała się wytłumaczyć, dodała: – Moja najmłodsza, Royal, ma dwa latka. Takiego spokoju jak tutaj już od dawna nie doświadczyłam.

– Nie tęskni pani za nią?

Wydało mi się to co najmniej dziwne. Myślałem, że matka chce spędzać każdą wolną chwilę ze swoimi maluchami. Oczywiście tylko ta, która nie porzuca dziecka w szpitalu lub sierocińcu.

– Ma się rozumieć, że tęsknię. – Flora założyła nogę na nogę. – Ale Gia również jest dla mnie ważna. Kocham ją jak własną córkę.

– Właśnie.

Wstałem po raz drugi, lecz znów pociągnęła mnie w dół ręka Irene.

Wydało mi się, że jak na tak kochającą matkę wcale by się nie zmartwiła, gdyby Georgia zgubiła się gdzieś w lesie lub utopiła w jeziorze. Gdy tylko pomyślałem o tych dwóch perspektywach, poczułem ucisk w żołądku. Jak daleko było w ogóle do jeziora?

– Przepraszam. – Wstałem po raz kolejny i odsunąłem się od sofy na tyle szybko, by tym razem matka Georgii nie miała szansy mnie chwycić. – Pójdę się przejść, dobrze?

– Jeśli to panu odpowiada… Trochę się ściemnia, ale…

– Właśnie dlatego muszę wyjść.

Ukłoniłem się kobietom, chwyciłem marynarkę i opuściłem dom.

Nie miałem pojęcia, od czego zacząć. Ruszyłem w kierunku miejsca, w którym rano rozstałem się z Gią. Zastanawiałem się, co jadła przez cały dzień. Ominął ją obiad, więc przecież musiała być głodna. Pomyślałem, żeby zawrócić do kuchni i wziąć ze sobą jakieś resztki, ale uznałem, że drugi raz Irene Morgan może mnie już nie wypuścić. Stwierdziłem, że to naprawdę ciekawa kobieta. Szczególnie jej zachowanie wydało mi się bardzo zagadkowe. U Flory za to zastanowiła mnie jej beztroska. Wyjechała, zostawiając w Londynie męża i małe dzieci. Czy jej mąż nie pracował? Wprawdzie i ona zasługiwała na chwilę odpoczynku. Byłem jednak w szoku, usłyszawszy, że wolała wybrać się w podróż sama. Coś w głowie mi mówiło, że kochające matki się tak nie zachowują, ale… co ja wiedziałem o kochających matkach?

Krążyłem po wsi już dwadzieścia minut, gdy w końcu dotarłem do małego parku, w którym jeszcze nigdy nie byłem. Park był zapuszczony, a księżyc zniknął za chmurami. Nie uważam się za tchórza, lecz przyznaję, że w tamtym momencie, w zapadającej ciemności, otoczony drzewami, nie czułem się dostatecznie odważnie.

Ale wtedy ją ujrzałem. Leżała na trawie, a wzrok miała utkwiony w niebie. Nie ruszała się. Poczułem mrowienie w dłoniach, a następnie zaczęły trząść mi się również nogi. Odgłosy ptaków zastąpił dźwięk pulsowania. Tętno podskoczyło mi jak szalone.

Pobiegłem w jej stronę. Była tak daleko, a ja musiałem znaleźć się przy niej jak najszybciej. Gdy już zbliżyłem się dostatecznie, dostrzegłem, że mrugnęła. Zamrugała kilka razy, a po policzku spłynęła jej łza.

– Gia! – krzyknąłem.

Odwróciła głowę. Otarła policzek i wstała z trawy. Nie śmiała się, nie szydziła z mojego zachowania. Tylko wlepiała we mnie wzrok i czekała na moją reakcję. A ja nie miałem pojęcia, jakiej reakcji ode mnie oczekuje. Podchodziłem coraz bliżej i z każdym krokiem moja panika gdzieś ulatywała, ale serce wciąż biło zbyt mocno, zbyt głośno, zbyt szybko.

– Co ty tu robisz? – spytałem w końcu. – Wszyscy się o ciebie martwią.

To wyrwało ją z zadumy. Nie wpatrywała się już we mnie, jakby zastanawiała się, czy śni, czy sobie mnie wyobraża. Zamiast tego parsknęła śmiechem.

– Martwią się? Kto konkretnie?

Pytania te były przepełnione żalem, o który bym jej nie podejrzewał. Myślałem, że jest szczęśliwa, lecz w tamtej chwili już sam nie wiedziałem, jak mógłbym ją opisać. Wtedy w parku wydała mi się chyba… nieobecna. Nieobecna i niedostępna.

– Twoja mama. I Flora. Reszta pojechała do miasta, ale pewnie też by się zamartwiali, gdyby wiedzieli, że nie ma cię jeszcze w domu.

Podeszła bliżej i złapała mnie za ramię.

– W takim razie prowadź – zakomenderowała. – Wróćmy, żeby się nie martwili.

Chciałem spytać, czy wszystko w porządku, lecz nie potrafiłem. Nie powinno mnie zastanawiać, czy jest szczęśliwa. Miałem ją chronić, więc powinienem być na nią zły. Powinienem się wściekać, że tak mało ją obchodzi własne bezpieczeństwo, lecz gdy tak mocno zaciskała dłonie na moim ramieniu, nie mogłem wydusić z siebie choć jednego słowa. Pozwoliłem jej milczeć i sam milczałem.

O jedenastej, leżąc już w łóżku, usłyszałem grę na fortepianie. Chociaż nigdy nie widziałem, by grała, byłem niemal pewny, że każdego wieczora przygrywa mi do snu właśnie Gia. Trwało to około dziesięciu minut, po czym dom White’ów opanowywała głucha cisza. Tak jakby dziewczyna chciała nam coś przekazać. Tak jakby próbowała dać nam do zrozumienia, jak puste będą nasze życia, gdy jej zabraknie.

Redakcja: Joanna Wiśniewska

Korekta: Adrianna Hess, Katarzyna Wieczorek

 

Projekt okładki i stron tytułowych, ilustracje wykorzystane na okładce: Urszula Gireń

 

Skład i łamanie: Plus 2 Witold Kuśmierczyk

Konwersja do EPUB/MOBI: InkPad.pl

 

Wydawnictwo Mięta Sp. z o.o.

03-475 Warszawa, ul. Borowskiego 2 lok. 210

[email protected]

www.wydawnictwomieta.pl

tel. +48 505 636 224

 

ISBN 978-83-68608-29-8