Księżyc jest pierwszym umarłym. Tom pierwszy cyklu - Gdzie diabeł mówi dobranoc - Karina Bonowicz - ebook
NOWOŚĆ

Księżyc jest pierwszym umarłym. Tom pierwszy cyklu - Gdzie diabeł mówi dobranoc ebook

Karina Bonowicz

0,0

25 osób interesuje się tą książką

Opis

Cztery rody. Jeden pakt. I krew, która musi zostać przelana.

W XI wieku czwórka przyjaciół sprzedała dusze za potęgę. Dziś ich potomkowie płacą za to najwyższą cenę.

Siedemnastoletnia Alicja Kujadynowicz po śmierci rodziców trafia pod opiekę ekscentrycznej ciotki. Przyjazd do Czarcisławia miał być nowym startem, a stał się inicjacją. Odkryła, że jest guślnicą – jedną z czterech spadkobierczyń przeklętej mocy. Pozostała trójka to wampiry i wilkołaki, które od wieków toczą cichą wojnę. Czarcisław to nie jest zwykła miejscowość na Podkarpaciu. To miejsce, gdzie zioła w oknach nie są ozdobą, a ochroną, zaś miejscowe legendy o paktach z diabłem są przerażająco prawdziwe.

Kiedy Alicja poznaje aroganckiego Nikodema – chłopaka o magnetycznym spojrzeniu i paskudnym charakterze – nie wie jeszcze, że ich losy zostały splecione wieki temu. Wkrótce odkrywa, że otaczają ją nie ludzie, lecz strzygi, nocnice i wilkołaki, a ona sama jest ostatnim elementem układanki potrzebnej do zdjęcia klątwy.

Słowiańska Magia, namiętność i walka o przetrwanie. Sięgnij po pierwszy tom serii „Gdzie diabeł mówi dobranoc”, a nie zmrużysz oka!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 523

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Copyright © 2026 KARINA BONOWICZ

All rights reserved / Wszelkie prawa zastrzeżone

Copyright © 2026 WYDAWNICTWO INITIUM

Wszelkie prawa zastrzeżone

Redakcja: MAŁGORZATA STAROSTA

Korekta: KATARZYNA KUSOJĆ

Projekt okładki: MICHAŁ LORANC

DTP: PATRYK LUBAS

Współpraca organizacyjna: ANITA BRYLEWSKA, MAŁGORZATA SZOSTAK

Fotografia wykorzystana na okładce: ARCANGEL

Lektor audiobooka: TOMASZ URBAŃSKI

WYDANIE II

ISBN 978-83-68205-66-4

Wydawnictwo INITIUM

www.initium.pl

e-mail: [email protected]

facebook.com/wydawnictwo.initium

Fragment

Rozdział pierwszy

Rozdział drugi

Rozdział trzeci

Rozdział czwarty

Rozdział piąty

Rozdział szósty

Rozdział siódmy

Rozdział ósmy

Rozdział dziewiąty

Rozdział dziesiąty

Przypisy

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

Rozdział pierwszy

– Ta książka nie jest chyba odpowiednia dla kogoś w twoim wieku.

Okładka Carrie Stephena Kinga obniżyła się powoli.

– To samo mogę powiedzieć o pani T-shircie.

Alicja ruchem głowy pokazała na biało-różowy top współpasażerki z wielkim, ozdobionym srebrnymi cekinami napisem LOVE, biegnącym tuż pod biustem, do którego dostępu broniły napięte do granic możliwości trzy białe guziczki.

Kobieta, która bardzo dawno temu skończyła szkołę średnią, chyba tego nie zauważyła, a już na pewno zapomniała, że należałoby jednak od tamtego czasu wymienić zawartość swojej szafy, zaczęła działać jej na nerwy już dziesięć minut po tym, jak pociąg wyjechał z Warszawy. W tym czasie Alicja dowiedziała się, że pani Lucyna, preferująca, żeby mówić do niej Roxana (przez x!), bo nie cierpi swojego imienia z dowodu, jedzie odwiedzić swojego chłopaka, którego poznała przez internet, a minął już miesiąc, od kiedy rozwiodła się z mężem, który oprócz tego, że był – oczywiście – draniem i nosił bardzo pospolite imię Henryk, to jeszcze był spod znaku Skorpiona, co absolutnie gryzło się z tym, że ona jest spod znaku Wodnika, dlatego małżeństwo nie miało żadnych szans na przetrwanie. A tak w ogóle to lubi sushi, tylko zupełnie nie rozumie, dlaczego w restauracji trzeba jeść je pałeczkami, skoro w zestawie z Biedronki nie ma dołączonych pałeczek, a zęby najlepiej posmarować wazeliną, żeby się nie przyklejały do ust, i tak dalej, i tak dalej.

Alicja, mimo że wcisnęła słuchawki najgłębiej, jak tylko mogła, ignorując zupełnie groźbę ogłuchnięcia (chociaż w tym momencie właściwie nie miałaby nic przeciwko) i mimo że zabrakło już skali dźwięku, a Till Lindemann z Rammsteina wydzierał się wniebogłosy już któryś raz z rzędu, wciąż słyszała jazgot współpasażerki przypominający ostrzenie tępych noży. Najpierw kierowany do niej, później do różowego smartfona, który chyba też nie wytrzymał napięcia, bo rozładował się kwadrans później, co wymusiło na współpasażerce chwilowe i zupełnie niezamierzone śluby milczenia i sięgnięcie po kolorowe czasopismo. Alicja uznała, że czas zaryzykować i wyjąć słuchawki z obolałych uszu, a z plecaka – książkę. Niestety, pani Lucyna, to znaczy Roxana, nie mogła się powstrzymać od komentarza.

A teraz siedziała z otwartymi ustami, wyglądając przy tym mało, a właściwie jeszcze mniej inteligentnie i nadymając się tak bardzo, że Alicja mimowolnie zmarszczyła czoło, zastanawiając się, czy guziki broniące dostępu do biustu Lucyny, to znaczy Roxany, puszczą teraz, czy jednak trochę później. Bo na razie trzymały się całkiem nieźle. Jakim cudem? Alicja wpatrywała się w skupieniu w guzik na samej górze.

Dziwne…

Powinien już dawno puścić.

No puść…

Puść w końcu – powtarzała uparcie w myślach, marszcząc coraz bardziej czoło, i nie spuszczała oczu z guzika. – Puść, do jasnej cholery!

Guzik puścił.

Najpierw jeden.

Potem drugi.

I na końcu trzeci.

Alicja zamarła.

Tego się nie spodziewała.

Zagryzła wargi, żeby nie parsknąć śmiechem. Kobieta spojrzała w dół na obnażony stanik. Oczywiście był różowy. Alicja wykorzystała ten moment i szybko sięgnęła po płócienny plecak, po czym wrzuciła do niego książkę, niedojedzoną paczkę chipsów i butelkę coli i mocno ściągnęła sznurek. Jednym ruchem zdjęła walizkę z górnej półki. Plecak przerzuciła przez ramię, kurtkę owinęła wokół bioder, w uszy włożyła słuchawki i w asyście wciąż otwartych ust współpasażerki ruszyła do wyjścia. Zawahała się jednak, odwróciła i wyjęła jedną słuchawkę z ucha.

– Aha, do pani wiadomości: robią je też w pani rozmiarze. – Pokazała głową na koszmarny T-shirt, po czym szybko włożyła słuchawkę do ucha i zatrzasnęła drzwi przedziału.

Resztę podróży może spędzić na korytarzu. Nie ma problemu. Zresztą według jej obliczeń – spojrzała jeszcze raz na zegar w komórce – powinna być na miejscu mniej więcej za dziesięć minut. Opuściła okno i przechyliła się, żeby zobaczyć, gdzie się znajduje. Nawet nie zauważyła, że zmienił się krajobraz. Kiedy ostatni raz wyglądała przez okno, jej zaspane oczy widziały betonową Warszawę. A teraz czekał na nią widok ciągnących się w nieskończoność pasów zieleni i pól. Zupełnie jak na podrasowanej w Photoshopie pocztówce. Albo jak na jakimś kanale przyrodniczym. Alicja czekała już tylko na to, aż z głośników popłynie głos Krystyny Czubówny. Każdy na jej miejscu byłby zachwycony podkarpackimi widokami. Ale nie Alicja. Nie ona… Skrzywiła się. Wolała beton i szkło. Wieżowce. Blokowiska. McDonalda. Korki. Zatłoczone stacje metra. A teraz… Jak to się stało, że dziewczyna, która większość swojego siedemnastoletniego życia spędziła w dużych miastach, jedzie prosto do miejsca, gdzie z pewnością diabeł mówi dobranoc? I to nie na żadną wycieczkę krajoznawczą, ale żeby spędzić tam resztę swojego nieletniego życia. Tak przynajmniej ustaliła. Jak tylko stanie się pełnoletnia, będzie mogła robić, co chce. A robienie tego, co się chce, zakłada również mieszkanie, gdzie się chce. Ale na razie…

Jak przez mgłę pamiętała gabinet dyrektorki, która wywołała ją z biologii. Na podłodze leżał czerwony dywan. Miał wgniecenia od nóg krzesła i czarną okrągłą plamę, która wyglądała na wypaloną papierosem. Dziwne. Dyrektorka przecież nie paliła. „Alicjo, zdarzył się wypadek… Doszło do zderzenia czołowego… Samochód odbił się od barierki… Kierowca był trzeźwy… Twoi rodzice… Karetka przyjechała natychmiast… Niestety nie udało się… Czy jest ktoś, do kogo możemy zadzwonić? Czy ktoś może cię odebrać ze szkoły? Czy ktoś…”

Przyjechała ciotka Mela. To znaczy Manuela. Nie znosiła swojego imienia, dlatego nawet w urzędach podpisywała się „Mela”, robiąc sobie przy tej okazji mnóstwo problemów na przyszłość. Ciotka Mela była – według rodziców Alicji – jedyną godną zaufania osobą, która mogłaby zająć się ich córką podczas ich nieobecności. A tych było naprawdę dużo. Rodzice byli lekarzami: mama – kardiochirurgiem, tata – transplantologiem. A że byli zbyt dobrzy w tym, co robili, ich życie, a co za tym idzie, życie Alicji, toczyło się od jednej delegacji do drugiej. W międzyczasie tata coś przeszczepił, a mama uratowała kogoś przed zawałem, po nim, a niekiedy także i w trakcie. Kiedy mogli, zabierali ze sobą Alicję. Ale czasami Alicja musiała dla odmiany pochodzić trochę do szkoły, więc zatrzymywali się gdzieś na chwilę. A potem gdzieś indziej. Też na chwilę. Kiedy sytuacja była podbramkowa, Alicja lądowała u ciotki Meli.

Oczywiście, ciotka Mela nie była żadną ciotką. Była koleżanką rodziców. I to wyjątkowo wygodną koleżanką, bo choć była doktorem jak rodzice Alicji, to – w przeciwieństwie do nich – „jedynie” habilitowanym. I miała niewiele wspólnego ze stetoskopem. Była tłumaczką rosyjskiego, białoruskiego, ukraińskiego czy jakiegoś innego wschodniosłowiańskiego języka, który dla większości ludzi brzmi mniej więcej tak samo jak trzy poprzednie. Jej całym życiem było przekładanie jednych robaczków – jak Alicja nazywała śmieszne literki w notatkach ciotki – na inne robaczki, więc siedziała kamieniem w domu. Zawsze. Dlatego też zawsze można było tam zostawić Alicję na przechowanie. W ostateczności, rzecz jasna. Na szczęście tych ostateczności nie było wcale tak wiele. Inaczej Alicja z pewnością by umarła. Z nudów. I przejedzenia. I braku telewizji. Bo ciotka Mela była tak przejęta rolą ciotki, że codziennie robiła Alicji stos kanapek do szkoły, jakby nikt jej nie wytłumaczył na matematyce, że dwa i dwieście to nie to samo, sprawdzała wszystkie zeszyty i nie pozwalała oglądać do późna telewizji, bo po dwudziestej drugiej jest tam na pewno sama przemoc i nieprawość. O nieprawych łożach nie wspominając. Jakby nie wiedziała, że w internecie jest wszystkiego pod dostatkiem, i to o każdej porze.

Alicja poczuła, że pociąg zwalnia. Odetchnęła głęboko. Więc to już? Nerwowo poprawiła plecak na ramieniu. Ustrzyki Dolne. Miliard lat świetlnych od Warszawy. I od ciotki Meli. Przynajmniej tyle dobrego. Nie no… Ciotka nie była taka zła, nawet jeśli codziennie zmuszała Alicję do zjedzenia najważniejszego posiłku dnia, czyli śniadania, co nie byłoby takie trudne, gdyby Alicja o wpół do siódmej rano była w stanie przyjąć coś więcej niż kawę albo płatki z mlekiem, tyle że z pominięciem płatków. No a teraz… Ciotka Mela nie miała żadnych wątpliwości, że opieka nad Alicją przypadnie właśnie jej i będzie to czysta formalność. Alicja też tak myślała. Ale wtedy okazało się, że z dwojga rodziców, którzy byli jedynakami, jedynakiem okazał się jedynie ojciec. I w ten sposób wyrokiem sądu opieka nad nieletnią Alicją przypadła jedynej żyjącej osobie z rodziny – siostrze matki, która nie tylko istniała, ale również mieszkała na samym końcu świata. W miasteczku Czarcisław gdzieś na Podkarpaciu. Koniec świata. A przynajmniej koniec Polski. Dla Alicji był to jeszcze jeden koniec. Koniec jej życia. Przynajmniej na razie.

– Wysiadasz czy nie? – usłyszała za sobą czyjś zniecierpliwiony głos.

– Wysiadam, wysiadam… – mruknęła i przesunęła nogą walizkę.

Wyjęła słuchawki z uszu i rozejrzała się. Stacja kolejowa wcale nie wyglądała lepiej niż przez zaparowane okno pociągu. Stała w samym środku niczego. Po drugiej stronie stacji rosła trawa. Dużo trawy. Alicja westchnęła. Czekać tylko, aż przez tory przespacerują się kozy. Albo owce. Albo jedne i drugie. A na koniec baca z wszystkich istniejących dowcipów o bacy. Nagle jej wzrok padł na kobietę, która stała oparta o ścianę stacji z podkurczoną jedną nogą. Paliła w pośpiechu papierosa, jakby miał być ostatnim w jej życiu. To musiała być ciotka Tatiana. Nawet jeśli Alicja nigdy jej nie widziała, nie miała co do tego żadnych wątpliwości. Bo wyglądała zupełnie jak jej mama. I jak sama Alicja. Ciemna karnacja, lekko skośne oczy i długie, ciemne proste włosy, związane w dokładnie taki sam niedbały węzeł na karku. Ciotka Tatiana musiała dojść do podobnych wniosków, bo szybko przydeptała papierosa butem.

– Hej, ty jesteś Alicja, prawda? – zawołała lekko chrapliwym głosem. – Jestem Tatiana. Tylko nie mów do mnie Tania, bo tego nie znoszę. Możesz mówić Taja, jeśli Tatiana wyda ci się za długie.

Zanim Alicja zdążyła cokolwiek odpowiedzieć, ciotka Tatiana objęła ją ramieniem i mocno poklepała po plecach. Stanowczo za mocno. Może uznała, że tak będzie cool… Alicja jęknęła w duchu i wysunęła się z objęć kobiety.

– Nie powinnaś być… stara? – spytała bez ogródek.

– Mnie też miło cię widzieć – odcięła się Tatiana, unosząc wysoko brew.

Alicja pomyślała, że robi to dokładnie tak samo jak ona. I jej mama. No tak, w końcu są siostrami. To znaczy były… Zdecydowanie nie tak wyobrażała sobie ciotkę. Oczami wyobraźni widziała raczej starszą panią w koku, nierozstającą się z koszykiem z kulkami na mole, włóczką i burym kotem w środku. Tymczasem ciotka miała na sobie zwykłe tenisówki, jeansy i szary T-shirt. Nadgarstki oplatały jej dziwaczne rzemienie i plecione bransoletki. Alicja pomyślała, że takie rzeczy nosiło się chyba z dziesięć lat temu, ale czego można było się spodziewać po Czarcisławiu. Nawet moda musi, siłą rzeczy, docierać na koniec świata z dużym opóźnieniem. Na szyi ciotki wisiały jakieś wisiorki, ale nie wiadomo, jak wyglądały, bo wszystkie były włożone pod koszulkę. I… zaraz… Czy to tatuaż? Bez wątpienia Tatiana miała coś wytatuowane na ramieniu, ale Alicja nie mogła dopatrzyć się, co to takiego, bo spod rękawa wychynął tylko nic niemówiący jego fragment.

– Czego się spodziewałaś? – Tatiana uśmiechnęła się ironicznie. – Że będę nosić dziergany sweter i okulary na łańcuszku? Sorry, że cię rozczarowałam. Chodź, zaparkowałam z drugiej strony. – Chwyciła za rączkę walizki. – Jezu Chryste! Co ty tam masz? – jęknęła.

– Nic – burknęła Alicja. – Książki.

– Książki?! Nie słyszałaś o e-bookach?

Alicja wykrzywiła usta i przewróciła oczami. W samochodzie ciotki, o którym Alicja była w stanie powiedzieć tylko tyle, że jest czarny i zakurzony, znajdowało się mnóstwo pustych plastikowych butelek po napojach energetycznych. Czuć w nim było papierosami i waniliową choinką zapachową. Alicja zauważyła też coś, co ją bardzo ucieszyło. W bocznej kieszeni drzwi upchnięty był papierowy kubek po kawie i zgnieciona torebka po frytkach. Oznaczało to, że Tatiana – w przeciwieństwie do rodziców Alicji i częściowo ciotki Meli – nie ma świra na punkcie zdrowej żywności, a w dodatku na tym zadupiu jest McDonald. Albo przynajmniej jakaś jego imitacja.

– Zapnij pas – mruknęła Tatiana, wsuwając papierosa między zęby. Zapięła swój, po czym sięgnęła po zapalniczkę. Zaciągnęła się mocno i mimowolnie zerknęła na przyglądającą się jej Alicję.

– O, sorry. – Natychmiast wyrzuciła papierosa przez okno, choć zrobiła to z nieukrywanym żalem.

– Spoko. – Alicja prawie się roześmiała. – Wiem, jak wygląda papieros. I powiem ci coś jeszcze – zniżyła głos. – Wiem też, jak smakuje.

– Nie chcę nic o tym wiedzieć! – Tatiana wymierzyła w Alicję palec wskazujący.

– Kiepsko to zabrzmiało. Spróbuj jeszcze raz.

Tatiana parsknęła śmiechem i przekręciła klucz w stacyjce. Alicja zapięła pas i podciągnęła nogi.

– Hej! Opuść je, ale już! – wrzasnęła ciotka.

Alicja niechętnie opuściła nogi i skrzyżowała ramiona na piersi.

– Ile ty właściwie masz lat? – spytała po chwili, przyglądając się ciotce.

– Dwadzieścia sześć. Dla ciebie to chyba jestem już prawie martwa, nie? – spytała ironicznie Tatiana.

– Co?

– Dla nastolatka każdy, kto skończył dwadzieścia lat, jest stary, nie?

Alicja wzruszyła ramionami i odwróciła się do okna. Po chwili przymknęła oczy. Mdliło ją od tych sielskich widoków, które – mimo że był początek października – wciąż wyglądały tak, jakby właśnie kończyło się lato. Kiedy otworzyła oczy, od razu zerknęła na zegar w komórce. Minęło jakieś pół godziny. Tylko tyle jechały? Alicja odwróciła się do szyby. Lekko starty napis na zielonej tablicy głosił, że wjeżdżają do Czarcisławia. Dziwna nazwa… Dziewczyna uśmiechnęła się mimowolnie. Jak komuś w ogóle mogło przyjść do głowy coś takiego? Trzeba być nieźle zwichrowanym, żeby wymyślić taką nazwę…

Miasteczko prezentowało się dość przygnębiająco. Przynajmniej dla niej. Wszystkie budynki były takie… niskie. Miała wrażenie, że znajduje się w samym środku jakiejś inżynierskiej makiety. Albo miasteczka z klocków Lego. Domy wyglądały – i to dosłownie – jak chatki z piernika. Nawet te najstarsze, które chyba pamiętały ubiegłe stulecia, pomalowane były na cukierkowe kolory, przez co Alicja miała wrażenie, że za chwilę usłyszy krzyk Jasia i Małgosi wsuwanych właśnie do pieca. Do tego wszystko było w wersji mini. Maleńkie uliczki, chodniczki, skwerki z maleńkimi – a jakże – ławeczkami. A to co, do licha? Od kiedy kościół wygląda jak chatka Baby Jagi?

– To cerkiew – mruknęła ciotka.

Co jakiś czas pojawiali się też ludzie, których Alicja spodziewała się prędzej zobaczyć w skansenie niż na ulicy. Na przykład kobieta w kwiecistej chustce na głowie z naręczem jakichś badyli albo najprawdziwszym chrustem, wyglądająca tak, jakby miała za chwilę zrobić z niego miotłę do latania. Albo facet niosący jak gdyby nigdy nic siekierę na ramieniu, który mógł przed chwilą rąbać drewno, ale równie dobrze obcinać palce przyłapanym na gorącym uczynku złodziejom. Alicja poczuła się nieswojo. Bardzo nieswojo. Nic dziwnego, że mama tak szybko dała nogę i już nigdy nie wróciła. Ale co, do licha, robił tu ktoś taki jak ciotka Tatiana? Powinna mieszkać w Warszawie. Pracować w salonie tatuażu albo robić piercingi nastolatkom, którzy ukrywają je potem do osiemnastki przed rodzicami. Dziewczyna uśmiechnęła się do siebie. Tak właśnie sobie wyobrażała poznaną przed czterdziestoma minutami ciotkę. Obie tu nie pasowały. A jednak obie były właśnie tutaj. Jedna z własnej, druga z cudzej woli.

– Wstąpimy jeszcze do sklepu, okej? – Tatiana skręciła nagle i zatrzymała się na parkingu przed niewielkim supermarketem. Albo czymś, co udawało supermarket. – Muszę… to znaczy musimy kupić kilka rzeczy. – Uśmiechnęła się.

– Jasne – mruknęła Alicja i odpięła pas. Nie mogła uwierzyć, że mają tutaj prawdziwy sklep samoobsługowy. Może nawet dostanie wiśniową colę…

Ciotka Tatiana chwyciła koszyk i od razu poszła do działu z mrożonkami. Sądząc po liczbie pudełek zapiekanek i pizzy, gotowanie nie było jej mocną stroną. Alicja włożyła do koszyka wodę mineralną, aby zachować pozory, że nie ma obsesji na punkcie cukru, a zaraz po niej paczkę chipsów i dwa czekoladowe batony. Colę wcisnęła na samo dno. Oczywiście nie było wiśniowej. Rozejrzała się w poszukiwaniu ciotki. Kiedy zobaczyła ją przy nabiale, skręciła szybko za puszkami z fasolą. Jakaś starsza kobieta w chustce syknęła cicho, mijając ją, a potem przeżegnała się ukradkiem. Alicja stanęła jak wryta. Co jest? Przecież jej nie potrąciła ani nic takiego. Spojrzała w dół. O co chodzi? Coś nie tak z jej wyglądem? Przecież miała na sobie zupełnie zwyczajne trampki, jeansy i czarną koszulkę. Żadnych kolczyków w nosie, różowych włosów czy tatuaży na szyi. Odwróciła się, ale kobieta zniknęła już za regałem z sokami.

– Co jest? – Ciotka Tatiana wyrosła jak spod ziemi. – Co tam masz? – Zajrzała do koszyka Alicji. – No, no… nie próżnowałaś. – Podniosła wzrok na siostrzenicę, która wciąż patrzyła na półkę z sokami. – O co chodzi?

– Ta kobieta… Dlaczego zrobiła znak krzyża na mój widok?

Tatiana odwróciła się kierunku, w którym wciąż patrzyła Alicja.

– Jaka kobieta?

– Stara. W chustce.

Tatiana zawahała się, po czym odłożyła koszyk i odwróciła Alicję w swoją stronę, położywszy jej ręce na ramionach.

– Posłuchaj. Wiem, że to dla ciebie trochę… dziwne, ale musisz się do tego przyzwyczaić.

– Przyzwyczaić? Do czego?

– Tak to właśnie tutaj wygląda. Tutaj ludzie wciąż wierzą, że czosnek odstrasza nie tylko komary, ale i upiory, a włożenie ciuchów na lewą stronę odczynia urok. Nic nie poradzisz. Jesteśmy w samym środku przecięcia kultur. Rano idziesz do kościoła, a po powrocie wkładasz siekierę pod łóżko. Proste?

– Nie mówisz poważnie… – Alicja coraz bardziej marszczyła czoło. Chyba się przesłyszała…

– Mówię śmiertelnie poważnie.

– Chcesz mi powiedzieć, że ci ludzie, którzy, jak zakładam, wiedzą, do czego służy telefon i komputer, wracają po pracy do domu, włączają telewizor i mikrofalówkę, a potem wkładają ciuchy na lewą stronę, bo ktoś na nich krzywo spojrzał?

– Nooo… Coś w tym stylu.

– Dzieci też wkładają na trzy zdrowaśki do pieca, zamiast podać antybiotyk?

– O tym akurat nic mi nie wiadomo, ale kto wie? – Tatiana mrugnęła do Alicji i sięgnęła po koszyk. – Idziemy!

Alicja nie ruszyła się z miejsca. Stała wciąż osłupiała.

– Powiedziałam: idziemy!

Kiedy pakowały zakupy do foliowych reklamówek, Alicja poczuła na sobie czyjś palący wzrok. Przy rozsuwanych drzwiach sklepu stała ta sama starsza kobieta w chustce. Kiedy ich oczy się spotkały, staruszka szybko spuściła wzrok i zaczęła poprawiać chustkę.

– Hej, jeszcze to! – Ciotka Tatiana pomachała jej przed nosem ostatnią mrożoną pizzą.

Alicja dopchnęła ją do pozostałych mrożonek i szybko odwróciła głowę w stronę drzwi, ale kobiety już nie było. Poczuła zimny pot na karku.

***

– Voilà! – zawołała Tatiana. – Jesteśmy na miejscu.

Alicja wysiadła i stanęła naprzeciwko domu, który – jak się mogła jedynie domyślić – był domem jej dziadków, jej mamy, jej ciotki, a teraz miał się stać jej domem. Poczuła się tak, jakby właśnie cofnęła się w czasie o stulecia. Bała się, że po przekroczeniu progu ciotka wskoczy w strój ludowy i zacznie zamiatać werandę. Tak, tak, dom miał werandę. Nawet ławkę zawieszoną na linach zamocowanych w suficie, z którego zwisały też – to nie żart – zasuszone wiechcie. Na parapetach suszyły się z kolei liście. Alicja nie zdziwiłaby się, gdyby obok wietrzyła się kocia skórka. Albo wypatroszone króliki. Brrr… Dom miał też drewniany płot i źle przystrzyżony trawnik. I, zdaje się, ogródek położony tuż za nim, o czym świadczyła furtka, za którą widać było jakieś zielsko wysokie na co najmniej metr. Na szczęście pod oknami nie rosły malwy, bo to byłoby dla Alicji gwoździem do trumny. Położony na obrzeżach miasteczka dom różnił się od tych, które widziała w centrum. Przynajmniej nie przypominał chatki z piernika, tylko dom, w którym kiedyś straszyło, ale ktoś chciał ocieplić jego wizerunek, więc pomalował go na przyjazne kolory i postawił skrzynkę na listy, żeby wyglądało na to, że i tu dotarła cywilizacja.

– I jak? – mruknęła Tatiana przez zęby, w których trzymała klucze. – Jak się napatrzysz, to czekam na ciebie w kuchni.

Alicja oczami wyobraźni zobaczyła kamionkowe naczynia ze zsiadłym mlekiem i kiszonymi ogórkami, wieńce czosnku nad kuchenką, która oczywiście nie była ani elektryczna, ani gazowa, tylko paliło się w niej drewnem, lniane serwety, drewniane sztućce i wiadro z wodą nabraną ze studni.

Ostrożnie wspięła się po drewnianych schodach na ganek, zastanawiając się, czy ten dom jest w ogóle ubezpieczony. Pewnie nie, skoro sam się prosił o jakiś nieszczęśliwy wypadek. Na szczęście ciotka jej nie zawiodła i kuchnia wyglądała, jak należy. Żadnych glinianych garnków czy cynowych miednic. Uff, była mikrofalówka. I ekspres do kawy. Blender. Zwykłe talerze i kubki z Ikei. Kuchnia prezentowała się całkiem normalnie. Zwłaszcza sterta niepozmywanych naczyń w zlewie. I stos ulotek na podłodze obok kosza na śmieci. Alicja położyła zakupy na stole i podeszła do blatu.

– Po co ci tyle przypraw? – zapytała, biorąc do ręki jeden z co najmniej dwudziestu pojemników. – Werbena? – Zerknęła na nalepkę. – Co to, u diabła? Chyba nie dodajesz tego do ciasta?

– Do ciasta nie, ale wrzucam zamiast soli do kąpieli – mruknęła Tatiana, upychając stertę pudełek do zamrażarki.

Alicja skrzywiła się i odłożyła pojemnik. No dobra. Mogło być gorzej. To przynajmniej nieszkodliwe dziwactwo.

– To co? – Tatiana wstała z kucek. – Pokażę ci twój pokój.

Byle nie był różowy. Byle nie był różowy. Byle nie był…

Nie był różowy. Był biały. Nie był to ulubiony kolor Alicji, ale przynajmniej gwarantował, że doprowadzi ją do szału znacznie później niż każdy inny.

– Nie mam pojęcia, co tam wieszacie na ścianach, więc na wszelki wypadek nie powiesiłam niczego. I? – Tatiana zajrzała przez ramię stojącej wciąż w drzwiach pokoju Alicji.

– Jest okej – powiedziała szybko dziewczyna. – A to co takiego? – spytała, podchodząc do łóżka i sięgając po zasuszony wiecheć wiszący na ścianie. Idealnie nad jej poduszką. To znaczy jej przyszłą poduszką.

– Aaa… To? Werbena. I biała szałwia. Chroni przed komarami – rzuciła od niechcenia ciotka, wyrównując nieistniejące zagniecenia na kapie przykrywającej łóżko.

– Jakimi komarami? Jest październik. Poza tym nie zamierzam spać przy otwartym oknie – zdziwiła się Alicja.

– Nie masz pojęcia, z jakimi komarami musimy się tu użerać – odparła Tatiana. – No dobra! – Skończyła poprawiać narzutę, która w ogóle nie wymagała poprawienia. – Rozgość się. Kolacja za dwadzieścia minut!

Alicja położyła walizkę na łóżko, po czym usiadła obok i rozejrzała się po pokoju. Był duży. Większy niż wszystkie, jakie kiedykolwiek miała. I jasny. To pewnie przez ten sterylny biały kolor. I wciąż pachniał farbą. Ciotka musiała go malować dosłownie kilka dni temu. Nie dało się ukryć, że za wszelką cenę starała się go unowocześnić: regał i stół były na bank z Ikei, tak samo jak lampka nocna. I granatowa pościel w – a niech to – ciasteczka! Alicja uśmiechnęła się mimo woli. Jedyne, co z pewnością pozostało nieruszone, to wielka okuta szafa, teraz otwarta na oścież, gdzie ciotka włożyła chyba z milion plastikowych wieszaków, oraz kufer pod oknem. Najwyraźniej były zbyt ciężkie, żeby je ruszać. Alicja z ciekawości zajrzała do kufra. Był pusty. Czego się spodziewała? Czyjejś głowy?

Sięgnęła po plecak i wyjęła z niego laptop, smartfon i książkę Stephena Kinga, która tak rozeźliła panią Lucynę. To znaczy Roxanę… Ciekawe, jak się ma jej T-shirt? Alicja uśmiechnęła się na myśl o tym, co zdarzyło się w pociągu. Dziwne…

Otworzyła walizkę i wyjęła z niej ubrania. Nie było tego dużo. Stos T-shirtów, kilka bluz z kapturem, buty na zmianę. Zerknęła w stronę otwartej szafy i niezliczonej liczby wieszaków. Ciotka chyba spodziewała się blogerki modowej. Chyba nigdy nie miała wielu rzeczy. Zbyt często się przeprowadzali, żeby mogła gdzieś coś zachomikować. Za to nabyła wyjątkowej wprawy w szybkim i sprawnym pakowaniu się. Zupełnie jej to nie przeszkadzało. Zresztą nie przywiązywała się za bardzo do przedmiotów. Ani do ludzi. W końcu wszystkich i tak trzeba będzie pożegnać. Wcześniej czy później. Spojrzała na rozbebeszoną walizkę. Teraz mogła śmiało powiedzieć, że całe jej życie zmieściło się w jednej torbie. Oczywiście masa rzeczy została u ciotki Meli, ale Alicja nie zamierzała się tym przejmować. Nie były jej potrzebne. Poza tym ciotka chyba się ucieszyła, że coś zostało. Jakby miała nadzieję, że Alicja wróci…

Otrząsnęła się z odrętwienia. Właśnie przypomniało jej się, że nie sikała od… O Boże! Od Warszawy! Wstała i zaczęła szukać łazienki. Po drodze minęła pokój, który musiał być pokojem ciotki. Nawet jeśli poznały się godzinę temu, Alicja mogłaby dać sobie rękę, a może nawet i nogę uciąć, że za ten bajzel musi odpowiadać Tatiana. Wyglądał zupełnie jak pokój nastolatki, czyli tak jak pokój Alicji nigdy nie wyglądał. Zawalony był ciuchami, kosmetykami i kolorowymi czasopismami. Na ścianie wisiało kilka korkowych tablic z rozmaitymi wycinkami. A nad łóżkiem wielki plakat ze zdjęciem Marilyn Monroe w antyramie. Dziewczyna westchnęła i uśmiechnęła się pobłażliwie. A to co? Uchyliła drzwi i zobaczyła coś, co wprawiło ją w osłupienie.

– Nie słyszałaś o e-bookach? – przedrzeźniła ciotkę.

To musiała być biblioteka. Ale jaka! Od podłogi po sufit – wszędzie książki. Alicja pociągnęła nosem. Stare, zakurzone i, zdaje się, oprawione w skórę albo w coś równie drażniącego nozdrza. No, no… Chyba będę tu często zaglądać – pomyślała. Oparła się jednak pokusie wejścia do środka i zobaczenia, co ciotka czytuje w długie zimowe wieczory. Była na to zbyt zmęczona. Poza tym Tatiana na pewno nie da jej żyć, jeśli nie zje kolacji. Oby tylko nie była to jakaś regionalna potrawa z kozy. Albo ekologiczna żywność, którą koniecznie trzeba później zapić Coca-Colą, żeby zabić smak.

– Długo jeszcze? – usłyszała z dołu. – Pospiesz się, bo wystygnie!

Zaczyna się…

W łazience Alicja przeżyła kolejny szok. Kosmetyki ciotki zajmowały całą przestrzeń. Alicja spojrzała w lustro. O Boże… Wyglądam, jakbym jechała nie w pociągu, ale pod pociągiem – pomyślała.

– Idziesz czy nie?!

Chryste…

– Mam nadzieję, że się upiekła w środku. Bo jak nie, to będziemy musiały ubić kota sąsiadów – mamrotała Tatiana, wyjmując coś z piekarnika. Coś, co według Alicji mogło być zapiekanką, ale równie dobrze podgrzanym kawałkiem perskiego dywanu.

– Żartowałam z tym kotem. – Tatiana mrugnęła do siostrzenicy, wykładając po parującym kawałku na szare talerze.

– No coś ty… – mruknęła Alicja, rozgrzebując zapiekankę widelcem. – Co to jest?

– Pasterska zapiekanka z kozim serem.

Aha…

Alicja wzięła do ust pierwszy kęs. O rany… Wolałaby jednak perski dywan…

Zerknęła na ciotkę, która właśnie przeżuwała.

– Zbieraj się, zjemy na mieście – rzuciła, przełknąwszy, Tatiana i ściągnęła jednym ruchem kurtkę z oparcia krzesła.

Na mieście? Na jakim mieście? Cokolwiek to znaczyło, Alicja z ulgą zostawiła nietkniętą zapiekankę z perskiego dywanu zamiast koziego sera i sięgnęła po swoją kurtkę.

***

– Chyba żartujesz… – mruknęła Alicja, kiedy wysiadły przed czymś, co wyglądało jak zajazd staropolski, z którego w każdej chwili mógł wypaść Kmicic z kolegami. „U Nikolaja”, głosił lekko wytarty napis na drewnianej belce. – Bardzo oryginalnie. Bardzo. – Dziewczyna wzniosła oczy ku niebu i westchnęła.

– Nie oceniaj książki po okładce – odcięła się Tatiana, zatrzaskując drzwi. – Wszyscy tu jedzą. To znaczy wszyscy ci, którzy nie gotują. Albo nie umieją gotować – dodała z niewyraźną miną.

Wnętrze wyglądało tak, jakby Magda Gessler zrobiła tu kuchenną rewolucję, ale właściciel się rozmyślił i za jej plecami postanowił wrócić do poprzedniego stanu. Rezultat był taki, że całkiem nowoczesny bar kontrastował z rustykalnymi drewnianymi ławami i stołami, które na sto procent nie były żadną stylizacją. No i te skóry na ścianach…

W lokalu było dość tłoczno. Większą część klienteli stanowiły rozchichotane nastolatki, robiące sobie zdjęcia telefonem komórkowym. Przy barze siedziało kilku facetów, którzy obejmując z czułością butelkę piwa, gapili się w zawieszony nad barem mały telewizor.

Tatiana stuknęła Alicję w łokieć i pokazała wolny stół tuż przy wielkim słupie, który najprawdopodobniej podtrzymywał strop, bo raczej nie stał tam dla ozdoby.

– To na co mogę tutaj liczyć? Na niedźwiedzią łapę? Golonkę z włosami? A może po prostu od razu poproszę o ćwierć prosiaka? – Nastolatka przetarła stół rękawem i odsunęła stos brudnych naczyń.

– Żebyś się nie zdziwiła, młoda damo – usłyszała nad sobą huczący bas z wyraźnym wschodnim akcentem.

– Nikolaj! – Tatiana się rozpromieniła i puściła oko do faceta o niedźwiedziej posturze z lekko skośnymi oczami i ciemnymi kręconymi włosami. Mężczyzna wytarł wielkie łapy w fartuch i wyciągnął jedną z nich do Alicji.

– Nikolaj.

– Alicja. – Dziewczyna niepewnie uścisnęła dłoń wielkości koła młyńskiego.

– Wiem. Twoja ciotka mówiła o tobie cały czas.

– Ciekawe… – Dziewczyna odwróciła się w stronę krewnej. – Zwłaszcza że dopiero co się poznałyśmy.

– Dobra, dość tych powitań. Możemy dostać menu? – Tatiana udała, że nie widzi wyczekującego (i kpiącego) wzroku siostrzenicy.

– Tak, oczywiście. – Nikolaj sięgnął po leżące na sąsiednim stoliku menu i położył przed nimi. – To… miłego pobytu – rzucił w stronę Alicji.

Tatiana westchnęła.

– Bycie miłym jeszcze nikogo nie zabiło – zauważyła, lekko unosząc brwi.

– Przekonamy się? – mruknęła Alicja, wsadzając głowę w kartę. Po chwili ją odłożyła. – Słuchaj, skąd on właściwie jest?

– Kto?

– No, ten cały Nikolaj…

– A skąd ma być? Stąd.

– Ale jego akcent…

– Moja droga, tu każdy jest skądś, co nie znaczy, że nie jest stąd. – Kobieta oparła łokcie o stół i splotła dłonie. – Nikolaj jest z Gruzji. Grzegorz albo, jak wolisz, Grisza… – pokazała głową na chudego blondyna sączącego piwo – …ma ojca Rosjanina. Nina… – rzuciła szybkie spojrzenie czarnowłosej kelnerce, która dwa stoliki dalej przecierała stół – …pochodzi z Krymu. Artem… – odwróciła się w prawo i uśmiechnęła do chłopaka w jasnych włosach luźno związanych na plecach – przyjechał z Ukrainy. A tamten… – Zmarszczyła brwi na widok zwalistego faceta ze strzechą czarnych włosów. – A nie, tego nie znam.

Alicja uniosła brew.

– Żartowałam. To Kola. – Tatiana wybuchnęła śmiechem na widok miny siostrzenicy. – Najprawdziwszy Kozak.

– Naprawdę znasz tu każdego? – Dziewczyna spojrzała na nią z niedowierzaniem.

– Tak.

– To…

– Chore?

– Dziwne… – Alicja skrzywiła się lekko.

– Tak to wygląda. Tu wszyscy wszystkich znają. I wszyscy wszystko wiedzą. Kto ukradł kurę i kto całował się za chałupą. Dlatego radzę ci, uważaj! – Tatiana pogroziła jej palcem. – Dowiem się o wszystkich twoich chłopakach wcześniej, niż myślisz.

– Jasne – mruknęła Alicja. – Na pewno są tu całe hordy interesujących chłopaków. – Nie przeraża cię to? – spytała po chwili.

– Co?

– No wiesz… że wszyscy się znają i… w ogóle.

– Nie. Dopóki żyjesz z nimi w zgodzie, nic ci nie grozi.

– A jeśli nie…

– Wywożą cię na taczkach z gnojem. – Ciotka wzruszyła ramionami. – O, a ta dziewczyna za tobą z fryzurą na Tymoszenko to Marika.

– A tamci? – Alicja zmrużyła oczy i pokazała ruchem głowy na siedzącą w boksie przy ścianie parę. Nie dało się ich nie zauważyć. Oboje mieli jasne, prawie białe włosy i równie jasną karnację. – Gapią się na nas, od kiedy weszłyśmy.

Tatiana przeciągnęła się, dyskretnie odwróciła głowę do tyłu i… pomachała bladej parze. Ci uśmiechnęli się lekko i podnieśli rękę w geście powitania.

– Znasz ich?

– Oczywiście, że znam. Zamawiaj! – pogoniła Alicję, stukając palcem w menu.

– Kim oni są?

– Kto? – Ciotka podniosła wzrok znad karty.

– Jak to kto? Te blondasy.

– Aaa… Olga i Borys. Bliźniaki. Jak już pewnie zauważyłaś. Są chyba w twoim wieku. A on jest… – przechyliła się przez stół w stronę Alicji – …całkiem niezły.

– Jeśli jest w moim wieku, to chyba nie powinnaś się z nim umawiać, bo możesz mieć prokuratora na karku.

Tatiana prychnęła.

– Wyglądają na cholernych wikingów – mruknęła Alicja znad karty.

– To pewnie przez te włosy. Podręcznikowy przykład rasy kaukaskiej. – Tatiana parsknęła śmiechem. – Tym bardziej że ich przodkowie, zdaje się, faktycznie pochodzą z Kaukazu.

– Zdecydowałyście się na coś? – Nikolaj wyrósł jak spod ziemi.

– Taa… – Tatiana przebiegła wzrokiem po menu. – Może po prostu to co zawsze?

– Jak zwykle – zażartował Nikolaj. – A ty, młoda damo?

– Ja… – Alicja skrzywiła się lekko. – Macie tu jakieś hamburgery?

– Mamy, mamy. Pewnie, że mamy. Dzieciaki w kółko jedzą to świństwo… – Nikolaj zebrał karty i mrucząc pod nosem, poszedł do kuchni.

– Z sosem czosnkowym! – krzyknęła za nim Tatiana.

– Nie lubię czosnku. – Alicja spojrzała na nią spode łba. Czyżby ciotka Tatiana zamieniała się właśnie w ciotkę Melę? Niedobrze. Bardzo niedobrze…

– Cześć.

Alicja podniosła wzrok. To „cześć” z całą pewnością nie było skierowane do niej. Wysoki, a nawet bardzo wysoki facet o jasnych włosach, z opadającą na oczy grzywką, którą odrzucał co chwilę na bok, ubrany w jeansy i bardzo grzeczną granatową koszulkę polo raczej nie był jej znajomym. Przynajmniej nie przypominała sobie, żeby znała jakiegoś przystojnego faceta przed trzydziestką. Ale ciotka musiała go znać. I to, zdaje się, bardzo dobrze… Alicja z rozbawieniem patrzyła, jak Tatiana żywo, ale przede wszystkim dość nagle zainteresowała się origami, bo zaczęła szybko składać i rozkładać papierową serwetkę.

– Cześć – mruknęła, nawet na niego nie patrząc.

Noooo… To chyba oznacza, że nie tylko się znają, ale że bardzo dobrze się znają – pomyślała Alicja i uśmiechnęła się do siebie, co przystojniak najwyraźniej odczytał jako zachęcający powitalny uśmiech.

– Ty musisz być Alicja. Jestem Wiktor. – Wyciągnął do niej rękę.

– Miło mi, Wiktorze. – Dziewczyna uśmiechnęła się jeszcze szerzej, zwracając się do niego w wołaczu, którego szczerze nienawidziła, więc zachowywała go na specjalne okazje. – Tatiana nic mi o tobie nie wspominała. – Posłała ciotce wymowne spojrzenie.

– Bo nie było o czym wspominać – mruknęła Tatiana, nadal składając i rozkładając serwetkę, która nie nadawała się już do żadnego składania. Ani tym bardziej rozkładania.

Wiktor pokiwał głową, starając się ukryć rozbawienie.

– Okej, w takim razie nie przeszkadzam. Smacznego. – Odrzucił na bok grzywkę. – Miło było cię poznać. – Ukłonił się lekko Alicji, po czym zerknął na Tatianę. – To do zobaczenia.

– Taa… – mruknęła jeszcze bardziej niewyraźnie Tatiana, walcząc tak zawzięcie z serwetką, jakby chciała ją reanimować.

– Co to miało być? – Alicja przechyliła się przez stół.

– Nic. – Ciotka odłożyła w końcu serwetkę i skrzyżowała ramiona na piersi.

– Ładne mi nic – mruknęła dziewczyna i osunęła się lekko na krześle, też krzyżując ramiona. – Nomen omen…

– Nie ma o czym mówić. Dzięki, Nikolaj. – Tatiana uśmiechnęła się do olbrzyma, który postawił przed nią wielki talerz baraniny z pieczonymi ziemniakami i surówką. Drugi talerz wylądował przed Alicją, która z uznaniem popatrzyła na hamburgera wielkości bochna chleba z kopą frytek i trzema sosami. Oczywiście, jeden z nich był czosnkowy.

– Czy to był twój były chłopak? – nie dawała za wygraną Alicja. – Czy może były chłopak, który wciąż ci się podoba?

Ciotka się skrzywiła. Nie wiadomo, czy z powodu Wiktora, czy gorącego ziemniaka.

– O rany! Rozumiem, że to drugie. No, no… Możesz mi powiedzieć, jak to się stało, że taki facet jak Wiktor stał się twoim byłym facetem? – spytała nastolatka, wkładając sobie do ust kilka frytek naraz.

– Jedz sos czosnkowy. – Tatiana w końcu przełknęła ziemniaka i od razu przestawiła się na ciotkowy ton.

– Ani myślę!

– Bo?

– Bo go nie cierpię.

– Musisz jeść czosnek. Przynajmniej dopóki tu jesteś.

– Co??? – Alicja była coraz bardziej rozbawiona. To pewnie przez to niespodziewane pojawienie się Wiktora ciotka zaczęła gadać od rzeczy. – A to dlaczego?

– Bo… czosnek jest… zdrowy. Poza tym wszystko tutaj podaje się z czosnkiem. Jesteśmy na wsi, na miłość boską! – żachnęła się Tatiana i zaczęła rozgrzebywać mięso widelcem.

– Proszę, proszę… Dwie panny Korsakow za jednym zamachem. Tyle szczęścia naraz!

Tym razem i Alicja, i Tatiana równocześnie odwróciły głowy. Ciotka zesztywniała, co nie uszło uwagi Alicji. Czyżby kolejny były chłopak?

Cholera, jakim cudem w tej dziurze jest tylu przystojnych facetów? – pomyślała dziewczyna, przyglądając się bezczelnie nieznajomemu, który co prawda stanowił zupełne przeciwieństwo Wiktora, ale razem z nim mógłby spokojnie reklamować męską bieliznę. Albo cokolwiek innego. Byle w bieliźnie.

W odróżnieniu od Wiktora ten przystojniak miał smoliste włosy, tak samo opadające na czoło, czarne jak węgiel oczy w ciemnej oprawie i niemniej ciemny zarost. Alicja nie znała się za bardzo na genetyce, ale coś jej mówiło, że mamusia tego Bohuna musiała się zapatrzyć na jakiegoś Kozaka. Albo Tatara.

– Czego chcesz, Dymitri? – syknęła Tatiana.

– Chciałem się przedstawić, bo chyba jeszcze nie mieliśmy okazji się poznać… – Ukłonił się lekko. – Ty musisz być Alicja.

Alicja przyrzekła sobie, że jeśli jeszcze raz usłyszy zdanie: „Ty musisz być Alicja”, własnoręcznie pozbawi życia wypowiadającego te słowa, ale tym razem chyba sobie odpuści…

– Eee… – zaczęła mało inteligentnie, z czego natychmiast zdała sobie sprawę i momentalnie zamknęła usta.

Dymitri wyciągnął rękę na powitanie. Tatiana drgnęła i obróciła się tak niezręcznie, że wysypała sól z solniczki, a potem niefortunnie przesunęła łokciem po stole, rozprowadzając sól grubą warstwą w poprzek blatu tuż przed osłupiałą Alicją. Dymitri cofnął rękę, mimo że Alicja już wyciągała swoją, i roześmiał się głośno, ukazując zdumionemu światu porażającą biel zębów.

– Gratuluję zręczności – rzucił rozbawiony, patrząc na rozsypaną sól. – Naprawdę, imponujące. – Pochylił się nad Tatianą.

– Uważaj, Dymitri – powiedziała bardzo wolno ciotka, cedząc każde słowo. – Trzymajmy się zasad. Ja nie wchodzę ci w drogę, a ty mnie. Zapamiętanie tego chyba nie przekracza twoich możliwości intelektualnych, prawda? – Uśmiechnęła się z niekłamaną złośliwością.

– Do czasu… – szepnął tuż przy jej uchu, mrużąc lekko oczy. – Do czasu…

Wyprostował się nagle i uśmiechnął szeroko do Alicji.

– Do zobaczenia. Bo to, że się jeszcze zobaczymy, jest bardziej niż pewne.

Totalnie oniemiała Alicja odprowadziła go wzrokiem. Ciotka siedziała sztywno, zaciskając palce na blacie stołu.

– Wszystko w porządku? – usłyszały znajomy wschodni akcent.

– Tak. – Tatiana ocknęła się z odrętwienia. – Tak, Nikolaj. Wiesz przecież, jaki on jest. – Wzruszyła ramionami.

– Wiem, wiem – westchnął głośno Nikolaj, patrząc na rozsypaną sól.

– Co to było?! – wrzasnęła Alicja, kiedy ochłonęła. – Kolejny były chłopak? Bo jeśli tak, to tego zdecydowanie nie lubisz.

Ciotka zacisnęła zęby i znów zaczęła grzebać w baraninie.

– Nie masz mi nic do powiedzenia? – Dziewczyna przechyliła się nad swoim talerzem. – Cholera! – syknęła, wyjmując łokieć z rozsypanej soli. – Powiedz coś!

– Dobra, powiem ci coś. – Tatiana odłożyła sztućce i odetchnęła głęboko. – Trzymaj się od niego z daleka.

– Co?

– To co słyszałaś! – syknęła ciotka.

– Dlaczego?

– Bo ja tak mówię! I masz mnie słuchać!

– Nie jesteś moją matką! – wrzasnęła Alicja. Kilka osób siedzących przy sąsiednich stolikach odwróciło się w ich stronę.

– Dobra, w porządku. Nie jestem twoją matką. – Tatiana potarła dłonią skroń. – Po prostu… Trzymaj się od niego z daleka. I tyle.

– Bo?

– Bo cię o to proszę, okej? – powiedziała już spokojniejszym tonem ciotka.

– W porządku – skapitulowała w końcu cicho i sięgnęła po frytkę. Była już zimna.

Tatiana spuściła głowę i pogrzebała w ziemniakach.

– Pójdę po sól. – Zerwała się nagle.

Alicja długo przyglądała się sosom. Wreszcie sięgnęła po kolejną frytkę i zanurzyła ją w ketchupie. Kiedy podniosła głowę, natknęła się na wzrok blond pary spod ściany. Poczuła niczym nieuzasadniony niepokój. I chłód. No, chyba że to wina zimnych frytek… Spojrzała na rozsypaną na stole sól. Sięgnęła po frytkę, zanurzyła w słonej ścieżce i włożyła do ust. Na oczach wciąż obserwujących ją blondynów.

***

– Mogę? – Ciotka Tatiana zapukała w półotwarte drzwi.

– Jasne – mruknęła Alicja. Siedziała po turecku na łóżku i czytała książkę. Miała na sobie swoją ulubioną piżamę w szkocką kratę. To znaczy dół od piżamy. Górę gdzieś zawieruszyła, więc musiała ją zastąpić koszulką na ramiączkach. Była to jedna z nielicznych rzeczy w jej walizce, które się nie zmieniały wraz z kolejnymi przeprowadzkami.

Tatiana usiadła obok niej na łóżku i podała jej szklankę.

– Mleko? Daj spokój… – Alicja wzniosła oczy ku niebu. – Naoglądałaś się amerykańskich filmów czy co?

– To ty daj spokój. Lepiej ci się będzie spało.

– Z tym chyba nie będzie problemu. Jak się domyślasz, nie po raz pierwszy śpię w nowym miejscu.

– Dobra, dobra… Pozwól mi trochę pociotkować – roześmiała się Tatiana.

Alicja wzięła szklankę i pociągnęła spory łyk. Mleko smakowało miodem, cynamonem i czymś, czego nie rozpoznawała. Miała tylko nadzieję, że nie jest to zakamuflowany czosnek.

– Dzień był do bani – westchnęła, oblizując wąsy z mleka.

– Jutro będzie lepiej – stwierdziła z przekonaniem ciotka.

– Kto ci to powiedział? – żachnęła się Alicja. – Jutro zacznie się prawdziwe piekło.

– Czemu? – Tatiana zmarszczyła brwi.

– Szkoła.

– No i?

– Jezu, chodziłaś kiedyś do szkoły, prawda? Czy za twoich czasów nie było żadnej?

Milczały przez chwilę obie.

– Słuchaj… – zaczęła w końcu kobieta. – Gdybyś chciała pogadać… Wiesz, o rodzicach… Albo w ogóle.

– Nie chcę.

– Okej, rozumiem. Ale gdybyś chciała… Kiedyś. To wiesz…

– Tak, wiem. – Alicja odstawiła szklankę, nie patrząc na ciotkę.

– No dobra. – Tatiana podniosła się z wyraźną ulgą, jakby udało jej rozwiązać jakieś wyjątkowo złośliwe zadanie z matematyki. Chyba bała się tej rozmowy. Której właściwie nie było. – Jutro wstajesz punkt siódma, okej? Podrzucę cię. Ale nie przyzwyczajaj się, dobra? To tylko dlatego, że w poniedziałki nie pracuję. Dobranoc.

– Jasne. Dobranoc – mruknęła dziewczyna i zgasiła światło.

Leżała z otwartymi oczami, patrząc w sufit. Skłamała. Mimo że co najmniej milion razy spała już w nowym miejscu, jeszcze w żadnym nie czuła się tak nieswojo jak tu. I po raz pierwszy nie wiedziała dlaczego.

***

Tatiana nie spała. Pozamykała dokładnie wszystkie okna. Pogasiła światła. Dwukrotnie przekręciła klucz w drzwiach. A zaraz potem usypała równą ścieżkę z soli wzdłuż progu. Na palcach weszła po schodach i stanęła przed drzwiami pokoju Alicji. Przez moment słuchała, jak dziewczyna spokojnie oddycha przez sen, a potem rozsypała sól wzdłuż progu jej drzwi. Równie cicho zeszła na dół. W przedpokoju zdjęła z wieszaka kurtkę Alicji. Odpruła kawałek podszewki i wsunęła tam maleńką foliową saszetkę z solą. Następnie weszła do kuchni. Usiadła przy stole i sięgnęła po telefon. Przez chwilę wpatrywała się w wyświetlacz. Wreszcie wybrała numer.

– To ja. Przyjechała. Wiecie, co macie robić, prawda?