Księgarenka na Miłosnej - Molicka Paulina - ebook + książka

Księgarenka na Miłosnej ebook

Molicka Paulina

4,2

Opis

Całym życiem trzydziestoletniej Oli jest Księgarnia na Miłosnej. Gdy dowiaduje się, że jej ukochane miejsce pracy ma zostać sprzedane, wpada w panikę. Nową właścicielką księgarenki zostaje urocza starsza pani Aniela. Kobieta od razu nawiązuje więź z Olą i proponuje jej wspólny weekend nad morzem. Podczas wyjazdu niespodziewanie dołącza do nich wnuk staruszki – przystojny adwokat Filip.

W międzyczasie Ola poznaje Janka, który jest lekarzem. Ich przypadkowe spotkania, prowokowane przez labradora Herosa stają się podejrzanie częste… Przyzwyczajona do życia w samotności Ola nie umie sobie poradzić w sytuacji, gdy rywalizuje o nią dwóch mężczyzn. Jej jedyną powierniczką jest Zosia – szalona fotografka, która namawia dziewczynę do otwarcia się na nowe.

Ciepła opowieść o tym, że czasem szczęście czeka tuż za rogiem. Wystarczy tylko odważyć się po nie sięgnąć. 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 202

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,2 (104 oceny)
56
26
12
7
3
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
magdala36

Nie polecam

Zaintrygował mnie tytuł, uwielbiam powieści z księgarniami w tle. Mimo szczerych chęci nie da się jej przeczytać. Wykonanie jest tragiczne, czy nikt nie nauczył autorki, że nie trzeba co chwilę powtarzać nazwiska bohaterki na zmianę z imieniem, bo.polski zna podmiot domyślny i zaimki osobowe. Szczegółowe opisy, w szafkach kuchennych zazwyczaj trzymamy kuchenne utensylia. Jeśli jest w nich coś innego, wtedy warto to powiedzieć czytelnikom. Nadużywanie słowa "ulubione", ulubiona herbata w ulubionej filiżance. Zazwyczaj pijemy to co lubimy, wszystko inne warto podkreślić. Powtórzenia, czytelnicy są jak słonie i mają dobrą pamięć. Istnieje niedookreśloność tekstu literackiego, warto zostawić coś wyobraźni odbiorców. Zawsze szukam w książce, nawet słabej, jakiegoś haczyka, wartościowego momentu dla którego warto się pomęczyć. A tu już sam początek mnie zniechęcił i uznalam lekturę za nie do przejścia. I nie ma nic do rzeczy fakt, że powieść jest debiutem. To grzechy większości autorów liter...
20
londyneczka

Nie polecam

Przykład jak nie pisać! Infantylna do bólu, słaba językowo, a słowo księgarenka występuje minimum 5 razy na każdej stronie!!! Wrrr
20
Tiga81
(edytowany)

Nie polecam

Wystawiona ilość gwiazdek mówi sama za siebie. Książkę zmęczyłam - dosłownie. Romansidło dla nastolatków, przewidywalna do bólu, dialogi... kto tak ze sobą rozmawia? Bohaterowie aż szkoda pisać prawnik... lekarz... miało się wrażenie że mają po 15 lat!!! Serio? Do tego mnóstwo powtórzeń. W kółko czytałam to samo. Jedynym plusem była Zosia i wątek związany z fundacją. Niestety to za mało i uważam książkę za stratę czasu 😔
10
phunwone

Z braku laku…

Fajna lekka I ckliwa.
10
Rzendkowska

Całkiem niezła

Zapowiadała się nieźle, ale główna bohaterka rozczarowała mnie. Jakaś taka miałka i niezdecydowana.
10

Popularność




Redakcja: Justyna Tomas

Korekta: Katarzyna Barcik

Skład: Izabela Kruźlak

Konwersja do ePub i mobi: mBooks. marcin siwiec

Projekt okładki: Maciej Pieda

Zdjęcia na okładce: Shutterstock© Millena, robuart, portret autorki: Edyta Bawłowicz

Redaktorka prowadząca: Angelika Ogrocka

Wydanie I © Copyright by Wydawnictwo Dragon Sp. z o.o.

Bielsko-Biała 2023

Niniejsza powieść jest fikcją literacką. Odniesienia do realnych osób, wydarzeń i miejsc są zabiegiem czysto literackim. Pozostali bohaterowie, miejsca i wydarzenia są wytworem wyobraźni autorki i jakakolwiek zbieżność z rzeczywistymi wydarzeniami, miejscami lub osobami, żyjącymi bądź zmarłymi, jest całkowicie przypadkowa.

Wydawnictwo Dragon Sp. z o.o.

ul. 11 Listopada 60-62

43-300 Bielsko-Biała

www.wydawnictwo-dragon.pl

ISBN 978-83-8274-296-1

Wyłączny dystrybutor:

TROY-DYSTRYBUCJA Sp. z o.o.

ul. Mazowiecka 11/49

00-052 Warszawa

tel. 795 159 275

Zapraszamy na zakupy: www.fabulo.com.pl

Znajdź nas na Facebooku: www.facebook.com/wydawnictwodragon

Rodzicom i Bratu…

1.

Porcelanowa filiżanka w niezapominajki zadrżała na spodku. Drżała bowiem drobna dłoń, która odstawiała ją na miejsce. Ola obtarła łzę wzruszenia. Ostatnio rzadko się wzruszała podczas przeglądania mediów społecznościowych. Dziś było inaczej. Jej ulubiona autorka, Marzena Rogalska, tak pięknie mówiła o ojcu. O dzieciństwie. O plecaku, który spakowali jej rodzice. O poczuciu bezpieczeństwa, o świadomości własnej wartości, o miłości… Tak, Ola Szulc też została wyposażona w taki plecak. Choć czasem miała wrażenie, że jest niedomknięty, że mama i tata nie włożyli do niego wszystkiego, czuła go. Dzięki temu oddychała. Funkcjonowała. Żyła dalej. Mimo wszystko. Na przekór pustce, która bezgłośnie krzyczała w jej sercu. Zamknęła ekran laptopa i mimowolnie spojrzała na zdjęcie stojące na półce regału. Biała ramka wysadzana bursztynem okalała – a jakże – fotografię wykonaną nad morzem. Dwoje ludzi w mocnym uścisku uśmiechało się od ucha do ucha na tle Bałtyku. Tamtego dnia wiało – bezsprzecznie można było to stwierdzić na podstawie wysokości fal i rozwianych włosów kobiety. To był wiatr szczęścia. I miłości. Bezgranicznej miłości w przededniu trzydziestej rocznicy ślubu… Był moment, że Ola nie mogła patrzeć na to zdjęcie. Ostatnie zapisane w pamięci telefonu taty. Z czasem jednak coraz częściej je otwierała. Po kilku miesiącach wywołała. Teraz patrzyła na nie z miłością. I z tęsknotą – głęboką jak to morze… Z plecaka uczuć i emocji, który codziennie nosiła na plecach, wyjęła dziś również wdzięczność. Za to, co zostawili. Za to, co spakowali. Za to, co mogła z tego bagażu wyjmować. Z zamyślenia wyrwał ją charakterystyczny dźwięk dzwoneczka umieszczonego nad drzwiami. Ola aż podskoczyła na krześle. Przecież o tej porze nikt nie powinien tu zaglądać!

Księgarenka przy ulicy Miłosnej była przytulnym, kameralnym miejscem – świątynią przyjaciół książek. W niewielkim lokalu w kilkudziesięcioletniej kamienicy mieściło się kilka regałów, które zajmowały przestrzeń od sufitu do podłogi. Książki były na nich poustawiane według gatunków i autorów. Poza półkami w księgarence znajdowały się trzy okrągłe stoliki i krzesła. Każde z innej parafii. Klienci mogli spocząć na nich na chwilę, napić się kawy, herbaty lub gorącej czekolady i zanurzyć w lekturze. Często bywało tak, że płacili za napoje, ale nie kupowali książki. Ola nie nalegała. Wiedziała, że codziennie będą wracać, by chłonąć kolejne strony, poznawać następne rozdziały. Miejsce miało swoich stałych bywalców, jednak mężczyzny, który właśnie wszedł do środka mimo późnej pory, nie kojarzyła.

Szulc była na siebie zła. Gdy tylko wybiła osiemnasta, pobiegła do komputera, by włączyć wywiad z pisarką. Nie miała czasu na powrót do domu. Zresztą tutaj też czuła się jak w domu. A może nawet bardziej niż w prywatnych czterech ścianach…? Zaaferowana promocją nowej książki, zapomniała przekręcić kluczyk w zamku. Starszy pan, ubrany w zielony płaszcz i czarny kapelusz, bez trudu mógł się więc dostać do księgarenki.

– Dobry wieczór, młoda damo! – Chcąc okazać szacunek sprzedawczyni, mężczyzna uchylił kapelusza. Ola zauważyła siwe kosmyki.

– Dobry wieczór! – odpowiedziała i zamilkła na kilka sekund. Nie potrafiła powiedzieć klientowi, że jest zamknięte, że go nie obsłuży. Na pierwszy rzut oka był już po osiemdziesiątce – tyle lat mieliby jej dziadkowie, gdyby żyli. Jeden dziadek zmarł kilka lat przed jej przyjściem na świat, pozostałych przodków nie pamiętała zbyt dobrze – drugi dziadek umarł kilka miesięcy po jej narodzinach, a obie babcie musiała pożegnać przed dziesiątymi urodzinami. Mimo to, a może właśnie przez to, przez tę tęsknotę, lgnęła do starszych ludzi. Lubiła ich błysk w okalanym zmarszczkami oku, uśmiech, który zdawał się odpływać dziesiątki lat wstecz, szorstkie, a zarazem delikatne dłonie… To właśnie seniorzy byli jej ulubioną grupą klientów, zwłaszcza dwie przyjaciółki – Halina i Teresa. Z każdej rozmowy, z każdego spotkania, choćby krótkiego, chłonęła, ile potrafiła. Pod płaszczykiem recenzji przeczytanej książki, refleksji związanej z aktualną sytuacją społeczno-polityczną czy zwykłej rozmowy o pogodzie przekazywali młodej miłośniczce literatury życiowe drogowskazy i mądrości. Dzielili się swoimi wspomnieniami. Czasem wracali do czasu wojny, powstania… Przekazywali Oli swoją historię, wierząc, że po ich ostatniej wizycie w księgarence przy ulicy Miłosnej nie będzie ona zapomniana. Szulc była ciekawa starszego pana, „eleganta”, jak go nazwała w myślach. Po przywitaniu się mężczyzna podszedł do regału, na którym znajdowała się literatura faktu – publikacje historyczne dotyczące II wojny światowej. Szybko jednak odwrócił wzrok i spojrzał na dziewczynę.

– Zdaję sobie sprawę, że już zamknięte, ale kiedy zobaczyłem otwarte drzwi, nie mogłem nie wejść. – Uśmiechnął się przepraszająco. – Miała pani dobry dzień?

– Tak – odparła Ola, zaskoczona pytaniem. Rzadko je słyszała.

– Widzisz mnie tu po raz pierwszy, młoda damo, ale obiecuję, że będę częstym gościem – zapewnił, splatając dłonie na dolnej części kręgosłupa.

– Mieszka pan w pobliżu? – Szulc kojarzyła sąsiadów z najbliższej okolicy, w większości byli jej stałymi klientami i gośćmi na popołudniowych herbatach. Tego mężczyznę widziała po raz pierwszy, była tego pewna.

– Bardzo, bardzo blisko. – Znów się uśmiechnął. – Wiesz… W życiu nie trzeba się bać zmian. Przychodzą zazwyczaj niespodziewanie. Burzą zastany porządek, przewracają go do góry nogami. Ale często niosą coś dobrego. Innego, ale dobrego. Dają początek czemuś nowemu. Wymuszają odwagę, na którą być może nie było miejsca. Popychają do przodu, ale nie na tyle, by spaść z urwiska. Zawsze znajdzie się gałąź, by się jej złapać. Pamiętaj o tym – poprosił i ponownie uchylił kapelusza. Zszokowana Ola nie zdążyła się pożegnać. Odprowadzała tajemniczego gościa wzrokiem, dopóki nie zniknął za zakrętem ulicy Miłosnej. O tym, że przed chwilą zajrzał do księgarenki, świadczył tylko dźwięk dzwoneczka nad drzwiami…

*

Ola nie miała pojęcia, że zmiany przyjdą szybko. Tak szybko. Dzień nie zaczął się dla niej dobrze – zamiast włączyć drzemkę, wyłączyła budzik. W rezultacie zaspała. Nie miała czasu na śniadanie, nie traciła go także na makijaż. Dziś w księgarni musiała być wcześniej – już kilka dni temu właściciel zapowiedział się punktualnie o ósmej. Szulc nie przeczuwała niczego złego. Adam Brzozowski miał przecież prawo odwiedzać swój sklep w dowolnej chwili. To on ją zatrudnił. Była na czwartym roku studiów, szukała wakacyjnej pracy. Mieszkała niedaleko, przechodząc obok witryny, zauważyła kartkę z ogłoszeniem. Weszła i… została. Trafiła na awaryjną sytuację. Księgarenka przy ulicy Miłosnej tamtego upalnego dnia pękała w szwach. Wycieczka ze Śląska – kilkunastu podopiecznych lokalnego domu seniora – zapragnęła właśnie tam wypić popołudniową herbatę, rozkoszując się widokiem książek. Adam nie nadążał z podawaniem napoju, ze zdejmowaniem woluminów z wyższych półek i z zagadywaniem gości. Ola spadła mu jak z nieba. Próbny dzień zaliczyła na szóstkę, już kolejnego dnia podpisali umowę. Miała być do końca września, by Szulc spokojnie wróciła na studia, ale Brzozowski, który odziedziczył interes po wuju, nie wyobrażał sobie tracić sumiennej pracownicy. Dostosował grafik pracy do rozkładu zajęć na ostatnim roku studiów, a po obronie pracy magisterskiej zaproponował zatrudnienie na czas nieokreślony. Powtarzał, że dobrego pracownika traktuje się dobrze. Mająca takie relacje z szefem Ola nie obawiała się jego wizyty. Jak się okazało, niesłusznie…

– Nie wierzę… – szepnęła, opadając na krzesło ustawione przy jednym ze stolików. Adam Brzozowski stał obok i nie patrzył na pracownicę. Nerwowo ściskał trzymany w dłoniach kaszkiet.

– Przepraszam, że ci nie powiedziałem. – Chrząknął. – Nie chciałem cię stresować.

– Panie Adamie… – Głos wyraźnie świadczył o tym, że Ola była bliska płaczu. – Nie chciał mnie pan stresować? Przecież… Przecież ja właśnie straciłam pracę. Gdyby powiedział mi pan wcześniej…

– Nie straciłaś! – zaprzeczył stanowczo. – To był jeden z warunków sprzedaży księgarenki. Nowa właścicielka przez rok nie ma prawa cię zwolnić. Pani Adamska na to przystała.

– Dlaczego? – zapytała, niemal szepcząc. Wiedziała, że to miejsce jest całym światem Brzozowskiego. Nic nie wskazywało na to, że może chcieć tak po prostu oddać je w inne ręce. Przecież było czymś więcej niż sklepem. To było rodzinne dziedzictwo. To było ważne miejsce na mapie miasteczka!

– Pieniądze. – Był szczery. Aż do bólu. Nie owijał w bawełnę. – To nie jest dochodowy biznes. Wiesz, jakie były obroty. – Westchnął, siadając obok Oli. – Lokal wymaga remontu, a mnie zwyczajnie na niego nie stać. Zasługujesz na podwyżkę, tego też nie mogę zapewnić…

– Przecież pan wie, że nie jestem tutaj…

– … dla kariery, wiem. Ale musisz godnie żyć. Obiecałem twojemu ojcu, że będę dla ciebie dobry. Nie mogę dłużej dotrzymać słowa.

– Naprawdę woli pan sprzedać księgarenkę, niż mnie zwolnić? – Szulc otarła łzę, która mimowolnie spłynęła po jej policzku.

– W Polsce nic mnie nie trzyma, wnuki w Londynie rosną, zaraz Eliza wróci do pracy, chociaż tak jej pomogę, że zajmę się bliźniakami. – Adam objął drobną dłoń Aleksandry. – Nie potrafiłem ci tego powiedzieć wcześniej. Wiem, jak bardzo jesteś związana z tym miejscem. Przez rok nic ci nie grozi.

– A potem?

– Jestem pewny, że dogadacie się z panią Anielą. Będzie tu za godzinę, poznacie się.

Dziewczyna pokręciła głową.

– Ma pan jeszcze jakąś niespodziankę dla mnie?

– Właściwie to… tak. – Wyprostował się. – W przyszłym tygodniu rozpocznie się tutaj remont.

*

„W życiu nie trzeba się bać zmian. Przychodzą zazwyczaj niespodziewanie. Burzą zastany porządek, przewracają go do góry nogami. Ale często niosą dość dobrego. Innego, ale dobrego. Dają początek czemuś nowemu. Wymuszają odwagę, na którą być może nie było miejsca”… Oli wciąż dźwięczały w głowie słowa wczorajszego gościa. Elegant zajrzał do księgarenki w samą porę. Przekazał dziewczynie pewną mądrość w dniu, w którym to miejsce zostało sprzedane… Szulc nerwowo wyglądała przez okno. Bała się zmian, w jej sercu próżno było szukać odwagi. Musiała ją jednak wykrzesać. Nie chciała za kilka minut stanąć oko w oko z nową właścicielką, będąc kłębkiem nerwów. Pragnęła pokazać się z jak najlepszej strony, w końcu pierwsze wrażenie robi się tylko raz, szczególnie w wypadku pracodawcy. Owszem, umowa gwarantowała jej rok stabilizacji. A co potem? Miasteczko nie było metropolią, nie kusiło młodych perspektywą kariery. Utrata posady oznaczałaby dla Oli konieczność przeprowadzki. Dziewczyna nie była gotowa na to, by opuszczać ulicę Miłosną. Ani dziś, ani za rok.

– W porządku? – Adam stanął za plecami Oli i położył pulchną dłoń na drżącym ramieniu.

– Nie – odpowiedziała zgodnie z prawdą. Miała żal do właściciela, właściwie byłego właściciela księgarenki, że w tajemnicy przed nią przez kilka tygodni prowadził negocjacje, a wczoraj w obecności notariusza podpisał stosowne dokumenty. Rzeczywiście, musiała przyznać, że o nią zadbał. Widziała umowę, faktycznie znajdował się w niej zapis o ciąg­łości jej zatrudnienia przez najbliższy rok. Tylko co z tego? Co przyniesie ten rok? To pytanie niemal raniło duszę Oli. Kim właściwie jest ta Adamska? Czy będzie podzielała miłość do książek? Czy uszanuje to miejsce? Czy…

– Idą! – Brzozowski przygładził sztruksową marynarkę, kiedy zauważył postać wyłaniającą się zza zakrętu. Szarpnął za klamkę, a w księgarence rozległ się charakterystyczny dzwoneczek. Może po raz ostatni? Może nowa właścicielka każe go zdjąć…? Ola wzięła głęboki oddech. Pożałowała, że zaspała, że nie zatroszczyła się o strój i makijaż. Kobieta, która ściskała dłoń pana Adama, była niezwykle elegancka. Wysoka, szczupła, blond włosy zebrała w ciasny kok tuż nad karkiem. Miała na sobie granatowe spodnie sięgające kostek, łososiowe szpilki i wełniany płaszcz w takim samym odcieniu. Na nosie zaś dumnie prezentowały się okulary przeciwsłoneczne. Ola nie mogła dojrzeć koloru oczu kobiety. Do czasu. Wchodząc do księgarenki, nieznajoma zdjęła okulary, a dziewczyna dostrzegła duże, błękitne tęczówki.

– Olu, poznaj, proszę, Agnieszkę Adamską, synową nowej właścicielki. Pani Agnieszko, to Aleksandra Szulc, pracownica – dokonał prezentacji Brzozowski.

– Bardzo mi miło! – Agnieszka uśmiechnęła się, wyciągając wypielęgnowaną dłoń.

– Dzień dobry. – Ola niepewnie uścisnęła rękę.

– Teściowa nie czuje się dzisiaj najlepiej, więc ją zastępuję. Chciałam obejrzeć lokal przed remontem. – Uśmiech zgasł tak szybko, jak się pojawił. Agnieszka odwróciła się od Oli i zaczęła czujnie rozglądać się po kawiarence. Pracownica miała wrażenie, że w głowie kobiety tworzy się właś­nie nowa aranżacja wnętrza. – Oczywiście na czas remontu będziesz miała płatny urlop – oznajmiła Adamska, nie odwracając się do Oli. – Myślę, że dwa tygodnie wystarczą na wszystko, a ty w tym czasie odpoczniesz.

– Dawno nie miałaś urlopu! – Adam próbował rozładować napiętą atmosferę. Dziewczyna przytaknęła, kiwając głową. Faktycznie, ostatni raz wzięła wolne po śmierci rodziców… – Czy mają już panie jakiś pomysł na nowy wystrój, kolor ścian? – zapytał Brzozowski.

– Mama nie chce zbyt wiele zmieniać. – Ola odetchnęła z ulgą, usłyszawszy deklarację Agnieszki. – Zależy nam na odświeżeniu kolorów. Może wymienimy regały? – Adamska pogładziła dłonią oparcie krzesła. – Meble zostawimy – powiedziała stanowczo. – Poddamy je renowacji. Znam kogoś, kto się tym zajmuje… Zmiany będą nieznaczne, proszę się nie obawiać. – Podeszła do regału z literaturą kryminalną. Wyjęła jeden z woluminów. Otworzyła, przerzuciła kilka kartek i… zanurzyła nos między stronami. Ola nie mogła powstrzymać uśmiechu. Ona też wąchała książki. Uwielbiała aromat nowych wydań oraz starych perełek, których nie brakowało na półkach w księgarni. Zapach papieru był jak najpiękniejsze, najbardziej luksusowe perfumy.

– Wie pani, ja już nie mam prawa się obawiać. – Adam westchnął. – Od wczoraj to miejsce należy do pani teściowej.

– Mama powiedziała, że zawsze będzie tu część pana i pańskiego wuja, a ja się z nią zgadzam. – Agnieszka odłożyła egzemplarz na miejsce i oddaliła się w kierunku części socjalnej. – Ciasno tutaj  oceniła – patrząc na niewielkie biurko, przy którym wczorajszego wieczora Ola oglądała wywiad z pisarką.

– Dla jednej osoby w sam raz – odważyła się w końcu odezwać Szulc.

– Teraz nie będziesz tak często sama – oświadczyła Adamska, wycofując się do minikuchni. – Myślę, że mama będzie się aktywnie włączać w księgarenkowe życie, a i ja, i mój mąż chętnie zajrzymy. – Ola posłusznie pokiwała głową. Nie była przyzwyczajona do czyjegoś nadzoru. Brzozowski szybko wrzucił ją na głęboką wodę. – To pańscy bliscy? – zapytała Agnieszka, patrząc na fotografię oprawioną w ramkę wysadzaną bursztynem.

– To moi rodzice – powiedziała cicho Ola.

– Piękni ludzie – oceniła, uśmiechając się do dziewczyny. – I mają piękną córkę. – Szulc spuściła wzrok. Agnieszka natomiast ani na chwilę nie przestawała na nią patrzeć. – No dobrze! – Po chwili milczenia klasnęła w dłonie. – Pokaże mi pan te dokumenty, o których wspominał pan u notariusza? – zwróciła się do byłego już właściciela księgarenki. – Olu, jeżeli chcesz, to masz już wolne do końca dnia – zaoferowała pracownicy. – Przed nami nużąca biurokracja, nie chcę marnować twojego czasu. Jutro prosiłabym cię jeszcze o krótkie spotkanie, by ustalić szczegóły remontu, a potem zaczniesz urlop. Co ty na to?

*

Ola nie widziała innego wyjścia – zgodziła się i na spotkanie, i na urlop, i na opuszczenie księgarenki. Zamykając za sobą drzwi, czuła dziwny ucisk w sercu, a melodia dzwoneczków ani trochę nie wydawała się przyjazna.

Z jednej strony dziewczyna powinna się cieszyć – mimo zmiany właściciela nie straciła pracy. Przynajmniej na rok… Z drugiej – nie potrafiła określić uczuć, które nią targały. Smutek, żal do Brzozowskiego, że tyle tygodni ukrywał przed nią prawdę, strach przed relacją z nowymi właścicielami… Czuła też tęsknotę i ból, że nie może pójść do mamy, przytulić się do niej i słuchać, że na pewno wszystko będzie dobrze… Stała na ulicy Miłosnej i nie wiedziała, w którym kierunku iść. Do domu? Nie, nie chciała być teraz sama. Spojrzała na piekarnię znajdującą się naprzeciwko. Uwielbiała to miejsce. Często kupowała tam świeże pieczywo – chleb lub bułki z ziarnami, a także coś słodkiego. Ola przepadała za słodyczami, ale nie lubiła piec. Zresztą co to za frajda piec tylko dla siebie? Chętnie korzystała więc z asortymentu w „Miłosnych Wypiekach”. Tak, przy tej ulicy wszystko było Miłosne… Nagle zmrużyła oczy. Zauważyła znajomą postać – piekarnię opuszczał tajemniczy elegant, który dzień wcześ­niej odwiedził dziewczynę w księgarence. Niewiele myśląc, pomachała mu. Liczyła, że mężczyzna się zatrzyma, ona przebiegnie przez jezdnię i zamienią kilka słów. Chciała… mu podziękować? Powiedzieć, że jego przypuszczenia okazały się w stu procentach trafne? Że faktycznie zapowiedział wielkie zmiany w jej życiu? Mężczyzna zdawał się jej jednak nie widzieć. Wolnym krokiem, z dłońmi splecionymi na plecach przemierzał ulicę Miłosną. Zniknął za zakrętem, zanim Ola zdążyła krzyknąć. Westchnęła z rezygnacją. Postanowiła wrócić do swojego mieszkania i wypić ulubioną herbatę. Przebiegła przez ulicę w niedozwolonym miejscu, korzystając z niewielkiego ruchu, i stanęła przed drzwiami piekarni i cukierni w jednym. Zamierzała umilić sobie dzień kawałkiem dobrego ciasta.

– Dzień dobry! – Weszła do środka i przywitała się z ekspedientką. Pani Basia pracowała tu od zawsze. Niska, przy kości, próbująca ujarzmić gęste czarne włosy pod czepkiem w kremówki. Nakrycie głowy było jej znakiem rozpoznawczym. Ola nieraz widziała przez okno księgarenki, jak pani Basia w pośpiechu opuszcza piekarnię i… wraca do domu w stroju służbowym. Nikt z okolicznych mieszkańców się nie śmiał. Z panią Basią trzeba było żyć w dobrych relacjach – świeży chleb, smaczne ciasto – to ona decydowała, który klient dostanie najsmaczniejsze kawałki pieczywa i słodkości. Asortyment wcale nie był oczywisty. Zamiast chlebów razowych, słonecznikowych czy z dodatkiem żurawiny sprzedawała „Bochen Stefana”, „Piętkę z masłem”, „Okruszynkę dla synka”… Ciekawe nazwy zwyczajnych produktów czyniły to miejsce wyjątkowym na mapie miasteczka.

– Witaj, Oleńko! – Ekspedientka uśmiechnęła się do Szulc. – Ty nie w pracy? – Spojrzała na okrągły zegar wiszący nad wejściem. Wskazywał kilkanaście minut po dziesiątej.

– Nie – odpowiedziała Ola, wpatrując się w półkę z ciastami. – Jest sernik? – zmieniła temat, ale bezskutecznie.

– Urlop masz?

– Tak. – Przecież nie skłamała!

– W czwartek?

– Tak wyszło…

– Ale przecież widziałam pana Adama. Jakaś klientka wchodziła i nie wychodziła… – Pani Basia była nie tylko wybitnym handlowcem, znawcą sztuki piekarniczej i cukierniczej, lecz także doskonałą obserwatorką okolicy. Chwilami aż zbyt doskonałą, dzięki czemu niektórym klientkom mogła serwować „przysmaki” w postaci najświeższych plotek.

– Trochę się pozmieniało…

– No, nie mów, że Brzozowski to sprzedał?! – Pani Basia aż wychyliła się przez ladę.

– Skąd pani wie?

– No, kiedyś był tu po bułki i mówił, że do córki chce pojechać, wnuki bawić… – Zmieszała się. Najwyraźniej dziewczyna jako ostatnia dowiedziała się o planach pracodawcy. Ekspedientka w duchu skarciła Adama, przecież Ola, jak mawiała do swoich koleżanek, to dobre dziecko i najwyraźniej nowa sytuacja ją przybiła. Nic dziwnego. – Ta blondyna to kupiła?

– Jej teściowa.

– Oby się nie okazała lafiryndą! – Pani Basia z nadzieją pokręciła głową. – Ja już niejedno widziałam, Oleńko. Ładna, elegancka, ale to właśnie takim często klasy brakuje. Myślą, że jak mają pieniądze, to mają wszystko. A pieniądze to przecież nic – urwała, widząc nietęgą minę dziewczyny. – To mówisz, że serniczka byś chciała? – Na szczęście „przesłuchanie” uznała za zakończone i przystąpiła do obsłużenia jednej z ulubionych klientek.

*

Ola po kilku minutach opuściła piekarnię. Z dwoma kawałkami sernika i reklamówką „Bułek od marynarza” postanowiła iść do domu. Nie zrobiła nawet kroku, gdy w jej torebce rozdzwoniła się komórka. Dziewczyna odebrała natychmiast, bez spoglądania na wyświetlacz. Myślała, że to Brzozowski lub nowa właścicielka – wymieniły się przecież numerami. Dzwonił jednak ktoś inny.

– Nienawidzę Zakopanego! – Usłyszała głos najlepszej przyjaciółki.

Zosia Wilczyńska była całkowitym przeciwieństwem Oli, nie tylko z wyglądu. Burza rudych loków, duże zielone oczy, piegi na nosie i policzkach – w szkole żartowano, że pewnie mieszka na Zielonym Wzgórzu, ale ona była dumna ze swojej urody. Wiele dziewcząt na jej miejscu miałoby kompleksy, ale nie Zośka. Ona miała duszę artystki, bujała w obłokach. Obracała się zresztą w świecie artystów. Po roku na filologii polskiej postanowiła rzucić studia i oddać się swojej pasji. Dziś fotografia była nie tylko jej hobby, lecz także źródłem dochodów, i to wysokich. Zosia robiła zdjęcia modelkom i artystom, bywała na planach filmowych. Jej nazwisko wiele mówiło w branży, co odzwierciedlały liczne zlecenia w Polsce i poza granicami kraju. Ostatnie kilka dni spędziła w stolicy Tatr i tłumacząc się nawałem pracy, rzadko odzywała się do przyjaciółki. Wymieniły zaledwie kilka SMS-ów i rozmawiały raz, próbując przekrzyczeć szum Krupówek.

– Mogę wpaść do księgarenki? Duży masz ruch czy możemy pogadać? Muszę to z siebie wyrzucić! – Tak, to je różniło. Ola wszystko chowała w sobie, skromna, skryta szara myszka, która nie lubiła wychylać się zza miotły, a właściwie zza księgarenkowej lady. Zosia natomiast była jak wulkan – zarówno w okazywaniu emocji, jak i w zwierzaniu się z targających nią uczuć.

– Mam dzisiaj urlop. – Szulc uznała, że w zmiany wprowadzi przyjaciółkę już na żywo. – Przyjedź do mieszkania, mam sernik!

– Ten „Prosto z Wiednia”?

– Właśnie ten!

– Będę za piętnaście minut!

*

Ola weszła do mieszkania dosłownie pięć minut później. Po śmierci rodziców nie sprzedała przestrzeni, w której się wychowała. Nadal zajmowała dwa pokoje z kuchnią i łazienką dwie kamienice od księgarenki. Pomieszczenia, jak to w kamienicznym budownictwie, były wysokie. Okna również zajmowały sporo miejsca, więc wnętrza były idealnie oświetlone, a wiosną i latem nasłonecznione. Prosto z niewielkiego przedpokoju, w którym mieściły się zaledwie szafka na buty połączona z lustrem i siedziskiem oraz wieszak, przechodziło się do salonu z kuchnią. Kiedyś były to dwa osobne pomieszczenia, jednak na życzenie mamy tata rozbił ścianę, dzięki czemu uzyskali dużą powierzchnię. Meble kuchenne z drewnianymi blatami i białymi frontami kryły w sobie naczynia i niezbędne urządzenia. Szafki wiszące i stojące rozdzielała kolorowa mozaika płytek – każda z innej parafii, ale każda z duszą. Część salonową od kuchni oddzielała wyspa, przy której stały dwa wysokie krzesła. Stół – stary, drewniany, okrągły – mieścił się pod oknem w rogu pokoju. Był przykryty śnieżnobiałym bieżnikiem, a na jego środku znajdował się wazon ze świeżymi kwiatami. Ola nauczyła się tego od mamy – w domu, na stole, zawsze powinny być kwiaty. Teraz ze względu na porę roku Szulc wybrała tulipany. Na przełomie kwietnia i maja mogła wybierać w ich kolorach u zaprzyjaźnionej kwiaciarki, pani Eli. Była to postać nie mniej barwna niż właścicielka sklepu z pieczywem. Prowadziła niewielką kwiaciarnię w pobliżu rynku. Z daleka klient widział nieduży blaszak z nieco obdartymi ścianami, które nosiły na sobie ślady upływającego czasu – zim, deszczy, słońca. Po przekroczeniu progu wchodził w sam środek tajemniczego ogrodu. Zamykał za sobą drzwi szarej rzeczywistości, zanurzając się w kolorach i zapachach mniej lub bardziej egzotycznych roślin. Pani Ela sama była kolorowa i egzotyczna. Bluzki w intensywnych barwach, dzwony lub spodnie typu alladynki były jej znakami rozpoznawczymi. Nigdy nie rozstawała się z bransoletkami i wisiorkami. Całości stylizacji zawsze dopełniała opaska z roślinnym motywem. Prawdziwa kobieta kwiat.

*

Ola postawiła zakupy na kuchennym blacie. Obmyła ręce w zlewie i wyciągnęła produkty z torby. Następnie nastawiła wodę na herbatę. Choć ją i Zosię wiele różniło, wiele je też łączyło, między innymi zamiłowanie do earl grey, białego naparu czy innych smakowitości zalewanych wodą o temperaturze od osiemdziesięciu do stu stopni w zależności od typu. Jedna z wiszących szafek była właśnie „herbaciarnią” – kolorowe, odpowiednio podpisane słoiczki i puszki oraz tekturowe pudełka z trudem mieściły się na dwóch półkach.

Do przybycia gościa pozostało jeszcze kilka minut, dlatego Ola postanowiła pomalować rzęsy tuszem i pociągnąć usta pomadką. Zosia – nawet jeśli planowała zajrzeć do Szulc prosto z trasy – na pewno wyglądała elegancko, a wszelkie niedoskonałości zakryła starannym makijażem i nie omieszkałaby skomentować braku choćby minimalnego kontaktu cery przyjaciółki z kosmetykami. Ola weszła więc do niewielkiej łazienki i zapaliła światło przy lustrze. Sięgnęła po ulubione drogeryjne produkty i po chwili była gotowa do pełnienia honorów pani domu.

*

Zosia pojawiła się dosłownie pięć minut później. Wpadła do mieszkania jak zawsze – jak burza – bez pukania, bez naciskania dzwonka. W biegu zrzuciła dżinsową kurtkę i zsunęła botki na kilkucentymetrowym obcasie. Od lat wyznawała zasadę, że płaskie buty to… nie buty. Opadła na jedno z krzeseł przy stole i od razu zwróciła uwagę na nakrycie. Czekały na nią porcja sernika i ulubiona filiżanka w drobne róże z pozłacanym brzeżkiem. W środku parzyła się herbata z dodatkiem bławatka.

– Nienawidzę Zakopanego! – Zosia powtórzyła opinię wyrażoną w krótkiej rozmowie telefonicznej, co upewniło Olę, że tym razem wyjazd służbowy przyjaciółki nie do końca się udał. Szulc nie zadawała jednak pytań. Wiedziała, że Zośka, być może nieco chaotycznie, opowie jej wszystko z najdrobniejszymi szczegółami. – I prawników! – dodała, biorąc do ust pierwszy kawałek ciasta. – Mówię ci, Olka, co za ludzie! Szczególnie jeden. Piotrek. – Przewróciła zielonymi oczami. – Dupek, po prostu dupek! Myśli, że jak ma drogi garniak, zegarek za tysiące i auto droższe od mojego mieszkania, to może wszystko. Otóż nie może i go uświadomiłam. I wiesz, co on zrobił? – W ustach Zosi lądowały kolejne porcje wypieku. – Powiedział, że jestem dla niego wyzwaniem. Wyzwanie to może być na Instagramie, ale kobieta nie może być jego przedmiotem! Nie chciałam iść z nim na kawę, na drinka, na mleko. Nie chcę mieć z nim nic wspólnego. A on swoje, że kręci go moja stanowczość i zrobi wszystko, żeby mnie zmiękczyć. Powtarzał, że jestem jego wilczycą… Obrzydliwy typ. Mówię ci, Olka, wiesz, gdzie im się poprzewracało? I pod krawatami też! Mam nadzieję, że więcej tej ekipy nie spotkam!

– A co to był w ogóle za projekt? – Ola wykorzystała moment, gdy Zosia pochłonęła sernik i sięgnęła po filiżankę.

– Sesja zdjęciowa dla pracowników kancelarii adwokackiej z miasteczka. Nie pytaj, po co im potrzebne te zdjęcia, też nie wiem. Mówili coś o jakiejś fundacji. – Machnęła ręką. – Było ich kilku. Dwóch, rodzeni bracia jak wywnioskowałam, bardzo sympatycznych. Widać, że mają poukładane w głowie. Z trzecim ze składu to nawet bym się mogła umówić. Ale pozostali dwaj to dramat! Współczuję ich szefom, babom, klientom i sprzedawczyniom z warzywniaka! – Skrzyżowała ręce. – A co ty tu w ogóle robisz?

– U siebie w domu? – Ola próbowała schować niepewność za uśmiechem.

– W ogóle w domu. – Zosia przewróciła oczami. – I nie wyjeżdżaj mi z tekstem, że pijesz ze mną herbatę, bo to widzę.

– W księgarence zaszły pewne zmiany…

– Brzozowski cię wylał?!

– Ciszej! Nie… On po prostu… sprzedał księgarenkę. – Ola dłubała widelczykiem w swoim kawałku sernika. Nie tknęła ciasta od początku rozmowy.

– Co on zrobił? – Zosia zaakcentowała każde słowo. – Dlaczego mi nie powiedziałaś, nie zadzwoniłaś, nie napisałaś, nie nadałaś depeszy? Przecież nie byłam na końcu świata!

– Sama dowiedziałam się o tym dziś rano.

– Straciłaś pracę?!

– Spokojnie, w umowie sprzedaży jest zapis, że nowa właścicielka przez rok nie może mnie zwolnić. Teraz dała mi urlop. – Wzruszyła ramionami. – Siedzą z panem Adamem nad dokumentami, jutro mamy się na chwilę spotkać, a od poniedziałku w księgarence rusza remont.

– Mam nadzieję, że to nie jest żadna lafirynda? – Wilczyńska zmrużyła oczy.

– Pani Basia mówi to samo. – Ola się zaśmiała. – Poznałam jedynie synową właścicielki. Wygląda na bizneswoman, ale jest sympatyczna. Z panią Anielą spotkam się jutro.

– I co ty o tym wszystkim sądzisz? Chyba to jeszcze do ciebie nie dotarło, co?

– No nie – przyznała szczerze. – Szkoda mi pana Adama, naprawdę go lubię…

– Pamiętam, jak ci pomógł…

– No właśnie. Z jednej strony będę za nim tęsknić. Z drugiej strony mam do niego żal, że przez tyle tygodni nic mi nie powiedział. Rozmowy z panią Anielą trwały od lutego, a przecież maj na horyzoncie… – oznajmiła ze smutkiem. – Z trzeciej zaś jestem wdzięczna, że o mnie zadbał, że w umowie jest zapis…

– Boisz się relacji z nową szefową, co? – Zosia bez trudu rozszyfrowała, co martwi Olę.

– Będę wypełniać swoje obowiązki jak zawsze. Będę sumienna, uczciwa, uśmiechnięta. Będę traktować gości księgarenki jak własnych. Boję się jednak, że mimo to nie przypadnę pani Anieli do gustu, że będzie mieć pretensje, że znajdzie na moje miejsce kogoś lepszego…

– Na twoje miejsce nie ma nikogo lepszego! – Zosia położyła na drobnej dłoni przyjaciółki swoją dłoń, chcąc dodać Oli otuchy. – Pamiętaj, że nie jesteś w tym sama, masz mnie i możesz do mnie zadzwonić o każdej porze dnia i nocy, tak? Razem znajdziemy wyjście z każdej sytuacji. W najgorszym wypadku napadniemy potencjalną lafiryndę w jakimś ciemnym zaułku i przyłożymy jej kilogramową encyklopedią.

– Dziękuję. – Ola odwzajemniła uścisk i się uśmiechnęła. Świadomość, że ma wsparcie, była bezcenna i obecnie niezwykle budująca.

– No, a teraz rozchmurz się i jedz, bo inaczej ja porwę ten serniczek!

2.

Zosia Wilczyńska miała dwie twarze. Jedną szaloną – zgodnie z tytułem pewnej piosenki o rudowłosej kobiecie. Głośną, radosną, pełną energii. Z aparatem w dłoni. Rozstawiającą modelki i modeli po kątach. Pewną siebie, ambitną, nieznoszącą sprzeciwu. Mało kto znał drugą twarz Zosi. Ten fragment życia, który pokazywała nielicznym. Tak naprawdę tylko Ola została wpuszczona do tego świata. Świata naznaczonego chorobą, cierpieniem, poczuciem bezsilności. Zosia była starszą siostrą. Niby nic, ale dla niej wiązało się to z misją. Dla dziesięcioletniej Wiktorii chciała być bohaterką. Superkobietą. I była. Jak nikt wywoływała na jej twarzy uśmiech, a spastyczne kończyny wprawiała w ruch przypominający taniec radości. Wiki od urodzenia dzielnie zmagała się z mózgowym porażeniem dziecięcym. Razem z nią walczyła cała rodzina, także Zosia.

Z rodzinnego domu wyprowadziła się szybko. Dwupokojowe mieszkanie stało się za ciasne dla matki, niepełnosprawnego dziecka i dziewiętnastolatki z głową pełną marzeń i szaleństw. Gdy zdecydowała się rzucić studia, nie wróciła do bloku. Zaryzykowała i za pieniądze z pierwszych zleceń fotograficznych oraz różnych dodatkowych prac wynajęła ciasną kawalerkę na obrzeżach miasteczka. Kilka lat temu ceny w niedużych miejscowościach nie porażały tak jak kwoty płacone dziś w metropoliach, dlatego Wilczyńska raz lepiej, raz gorzej radziła sobie, żyjąc na własny rachunek. Kiedy jej kariera fotografki nabrała tempa, wystarczało nie tylko na opłaty i przyjemności, lecz także na wsparcie matki oraz siostry.

– Cześć, młoda! – Jak burza wpadła do pokoju Wiktorii. Gdy wracała od Oli, nie mogła do niej nie zajrzeć. Starała się odwiedzać bliskich co najmniej raz w tygodniu, a przez wyjazd do Zakopanego i wcześniejsze przygotowania nie była tam zdecydowanie dłużej.

– Hej! – Na twarzy dziesięciolatki pojawił się szeroki uśmiech. – Co przywiozłaś mi z gór? – Wiki od razu przeszła do konkretów.

Zosia wyjęła z torby prezentowej poduszkę w kształcie owieczki.

– Podoba ci się? – zapytała, wręczając upominek.

– Jest piękna i mięciutka! – Dziewczynka od razu przytuliła do poduszki twarz. – Nazwę ją Beatka, tak jak owca z Ulicy Sezamkowej. – Choć siostry dzieliło kilkanaście lat, kiedy Zosia mieszkała jeszcze w domu, brała aktywny udział w wychowywaniu i dostarczaniu rozrywek Wiktorii. Dbała o codzienną lekturę bajek i wspólne seanse produkcji z jej dzieciństwa. Współczesne propozycje kompletnie nie wpasowywały się w gust fotografki. – Zrobiłaś ładne zdjęcia w Zakopanem?

– Jeszcze ich nie obrobiłam. Jak tylko skończę, urządzimy sobie pokaz, dobrze? – To była ich mała tradycja. Wiki była największą fanką talentu siostry i musiała zobaczyć efekty każdej sesji – czy to wyjazdowej, czy to małego zlecenia na potrzeby lokalnego sklepu. – Byłam dziś rano u Oli.

– Wszystko u niej dobrze?

– Nie do końca. Księgarenka zmieniła właściciela i Ola trochę się martwi, jak to będzie.

– Nad Olą czuwają dwa anioły: jej mama i tata. Musi być dobrze – powiedziała pewnie Wiktoria, jakby wygłaszała oczywistość znaną wszystkim. Zosia poczuła, że zazdrości siostrze właśnie tej pewności i ufności. I jednocześnie podziwia, że mimo wielu trudów i cierpienia ma w sobie ich niekończące się pokłady. Tak, Wiktoria zdecydowanie była jej największą nauczycielką. Nauczycielką życia. I znała się na aniołach jak nikt na świecie. Sama miała dwóch dodatkowych oprócz Anioła Stróża. Dosłownie toczyli wózek jej życia i mimo bólu i trudności, jakich doświadczała na co dzień, pozwalali jej się unosić na skrzydłach uśmiechu po to, by zarażała nim innych. Zosia musiała przyznać, że Wiki robiła to po mistrzowsku.

*

Po wyjściu Zosi Ola nie potrafiła znaleźć sobie miejsca. Nie była przyzwyczajona do spędzania środka tygodnia w pustym mieszkaniu… W telewizji nie znalazła ciekawego programu, książkę odłożyła po kilku stronach. Snuła się z kąta w kąt, minuty przypominały godziny, a godziny wieczność. Niepewność była jedyną towarzyszką dziewczyny. Strach przed zmianą. Niemożność odzyskania równowagi na życiowym gruncie. Nie tylko zawodowym. Przecież ta praca była życiem Oli. Jedyną stałością, której nie miały prawa dotknąć żadne zmienne. A jednak dotknęły. To nie ona układała kodeks. Ktoś zrobił to za nią, a ona musiała się podporządkować nowym zasadom. Kiedy na dworze zrobiło się ciemno, nie wytrzymała. Wiedziona impulsem, wzięła z komody w pokoju klucze i w pośpiechu wyszła z mieszkania. Zatrzymała się dopiero za drzwiami księgarenki, gdy usłyszała charakterystyczny dźwięk dzwoneczka. „Ciekawe, czy go zostawią” – zastanowiła się. Z jednej strony była ciekawa zmian, które zaprowadzi nowa właścicielka – przecież Agnieszka jasno powiedziała, że będą kosmetyczne. Z drugiej zaś Ola bała się, że po przestawieniu czegokolwiek chociaż o centymetr zniknie magia tego miejsca. Dusza. Niepowtarzalny czar. W kącie pomieszczenia zobaczyła złożone pudełka. No tak, przed remontem trzeba będzie spakować wszystkie książki. Nie pomyślała, by zapytać o to Adamską, ale pewnie jutro będzie okazja.

Ola przeszła do części socjalnej i stanęła naprzeciwko regału. Sięgnęła po zdjęcie rodziców. Kciukiem przejeżdżała raz po twarzy mamy, raz po uśmiechu taty. Poczuła tęsknotę. Tak, życiowy plecak dziewczyny był nią wypełniony po brzegi… Dziś szczególnie odczuła brak rodziców, zwłaszcza mamy. Gdyby żyła, Ola znalazłaby schronienie w jej ramionach. Mama na pewno by powiedziała, że wszystko będzie dobrze, że nie musi się martwić, że nie jest z tym sama… Owszem, nie była sama – wiedziała, że może liczyć na wsparcie Zosi, jednak im była starsza i im więcej czasu mijało od śmierci rodziców, tym bardziej jej to nie wystarczało. W sercu Szulc była jeszcze jedna tęsknota…

Ola gwałtownie się odwróciła, usłyszawszy dzwoneczek. No tak, znowu nie przekręciła klucza.

– Dobry wieczór, młoda damo! – Elegant w płaszczu ukłonił się nisko. – Nie przeszkadzam? – Uśmiechnął się delikatnie. – Przyszedłem po…

– Nie wiem, czy mogę panu cokolwiek sprzedać. Jeszcze wczoraj nie miałabym z tym problemu, ale teraz… Po godzinach… Ja nie wiem, co na to…

– Nowa właścicielka? – Mężczyzna odwrócił się w kierunku półek z literaturą faktu. – Księgarenka przy ulicy Miłosnej trafiła w najlepsze ręce, uwierz mi.

– Zna pan panią Adamską? – zdziwiła się Ola. Wiele wskazywało na to, że o planach Brzozowskiego wiedzieli wszyscy okoliczni mieszkańcy, tylko nie ona. Poczuła, że w jej gardle pojawia się nieprzyjemny ucisk. Miasteczko nie było zbyt duże, to fakt, wieści rozchodziły się szybko, ale dziewczyna bardzo nie lubiła takich sytuacji. Nie lubiła dowiadywać się ostatnia. Zwłaszcza o sprawach, które dotyczą bezpośrednio niej.

– Imię Aniela zobowiązuje – kontynuował, uważnie śledząc grzbiety książek. – Ta kobieta będzie twoim aniołem. Weźmie cię pod swoje skrzydła i uchroni przed każdą burzą, a gdy trzeba, szturchnie łokciem. Nie bój się jej, daj wam szansę. – Zanim Ola zdążyła zareagować, gość uchylił kapelusza i wyszedł z księgarenki, zostawiwszy za sobą tylko melodię dzwonka nad drzwiami.

– Kto to jest? – zapytała sama siebie, ale nie uzyskała odpowiedzi. Wzięła głęboki oddech i podążyła śladem starszego pana. Do mieszkania wracała ze zdjęciem rodziców dłoniach. Postawiła je w sypialni, tuż przy łóżku. Delikatne światło lampki nocnej oświetlało uśmiechnięte twarze, gdy za dziewczyną zamknęły się drzwi łazienki.

*

Obudziła się ponad pół godziny przed budzikiem. Kundelek sąsiadów – Psot – obwieszczał okolicy, że właśnie został sam w mieszkaniu, na przemian wyjąc i szczekając. Zazwyczaj Oli to nie przeszkadzało. Wiedziała, że pies został przygarnięty ze schroniska, do którego trafił w opłakanym stanie. Był ofiarą przemocy – fizycznej i psychicznej. Głodzony, bity, trzymany na łańcuchu – wciąż borykał się ze swoimi traumami. Dziś jednak nie potrafiła się zdobyć na współczucie. Nie spała do drugiej. Sądziła, że prysznic ukoił jej skołatane serce i rozbiegane myśli. Kiedy przyłożyła głowę do poduszki, na nowo ożyła gonitwa przypuszczeń, zmartwień i strachu. Pojawiały się kolejne pytania, wszystkie bez odpowiedzi… Ola analizowała też krótką rozmowę z tajemniczym gościem księgarenki. Była ciekawa, skąd wiedział o sprzedaży tego miejsca, skąd znał Anielę i… czego chciał. Dopiero przykrywając się kołdrą, uzmysłowiła sobie, że nie dała mu dojść do słowa. Wyraźnie zaznaczył, że przyszedł po… No właśnie, po co? Po książkę? O tej porze? Dziewczyna postanowiła, że przy najbliższej okazji wypyta o niego panią Basię. Jeśli ktoś w okolicy miał znać starszego pana, z pewnością była to właścicielka piekarni.

Mamrocząc pod nosem przy akompaniamencie psich żalów, Ola przeszła do kuchni. W piżamie z motywem z ulubionej bajki włączyła ekspres. Z lodówki wyjęła masło, wędlinę i pomidor. W chlebaku czekała wczorajsza bułka. Dziewczyna nie była kulinarną mistrzynią, nie przepadała za gotowaniem. Jej śniadania i kolacje stanowiły zazwyczaj zwykłe kanapki, od czasu do czasu przygotowywała sałatki. Wyjątkiem był obiad – musiał być ciepły. Zupy, mięsa, makarony – przepisy, z których tajnikami zaznajamiała ją mama, nie nudziły się jej i nie czuła potrzeby, by eksperymentować. Gdy kawa się parzyła, Ola przeszła do łazienki, żeby wykonać poranną toaletę. Obiecała sobie, że tym razem zadba o makijaż. Wczoraj nie czuła się dobrze w towarzystwie Agnieszki. Do dzisiejszego spotkania – z Anielą – chciała być przygotowana perfekcyjnie, także w kwestii wyglądu. Kanapki spożywała z telefonem w ręku. Przeglądała ulubione konta w mediach społecznościowych. Uśmiechnęła się, widząc, że także Zosia miała problemy ze snem – tuż po północy dodała na swój profil kilka zdjęć z Zakopanego. Kadry, jak wszystkie autorstwa Zośki, były obłędne. Gra światła, kolorów, troska o każdy detal. Ola powtarzała przyjaciółce, że uchwytuje nie tylko to, co widzi. Oglądając jej fotografie, Szulc miała wrażenie, że czuje, dotyka, smakuje, słyszy… Wilczyńska była prawdziwą artystką – sztuka poruszała każdy zmysł. Kiedy tylko Ola zostawiła pod fotorelacją serduszko, na wyświetlaczu pojawiło się powiadomienie o połączeniu przychodzącym.

– Dlaczego ty już nie śpisz, tylko rozdajesz wirtualne zachwyty?

– Cześć, Zosiu, cieszę się, że cię słyszę.

– Psot ujada, co?

– Trochę. W sumie nie ma tego złego. Nie zaśpię na spotkanie z nową szefową.

– Jak nastrój?

– Sama nie wiem – przyznała szczerze Ola. – Z jednej strony jestem jej ciekawa, z drugiej…

– Boisz się. – Zosia znała przyjaciółkę jak nikt.

– To wszystko dzieje się bardzo szybko, jeszcze dobrze nie oswoiłam się z myślą, że Brzozowski przeprowadza się do córki, a już poznam nową właścicielkę księgarenki. W dodatku zastanawia mnie…

– Tak?

– Wiesz, wczoraj zapomniałam powiedzieć ci o tym, że dwa razy odwiedził mnie… tajemniczy klient.

– Taki z agencji detektywistycznej, który sprawdza twoją wydajność i podejście do klienta? Czytałam o tym! Nie spodziewałam się, że Adaś na to wpadnie. Chyba że to sprawka…

– Nie, nie, źle się wyraziłam! Do księgarenki zagląda… starszy mężczyzna. Elegant. Nie kupuje, a… właściwie to on mi sprzedaje.

– Co?

– Mądrości. – Ola nie umiała znaleźć właściwszego słowa. – Tak jakby… mnie znał.

– Co na przykład?

– Wie o sprzedaży księgarenki.

– Jeśli wiedziała o tym pani Basia, dziwię się, że to do ciebie nie dotarło, serio.

– Zosia…

– No, przepraszam, ale wiesz, że ona zamiast ziarenek ma w bułkach ploteczki. – Ola parsknęła śmiechem, usłyszawszy to porównanie. – Widzimy się wieczorem? O osiemnastej rozliczam się z prawnikami, więc powinnam być u ciebie najpóźniej o dziewiętnastej.

– Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że nie będę sama.

– Nie objadaj się, zamówimy pizzę. Powodzenia z nową szefową! – Zosia się rozłączyła.

Ola odłożyła telefon na stół. Podczas rozmowy dojadła kanapki, a kawa została na dnie kubka. Wystygła, dziewczyna nie lubiła zimnej.

– Pora się szykować – powiedziała sama do siebie i poszła się przebrać.

*

Przy księgarence pojawiła się dziesięć minut przed czasem. Tak jak wczoraj wieczorem, nie potrafiła usiedzieć w miejscu. Ubrana w białą sukienkę w delikatne kwiaty i ze starannym makijażem (użycie podkładu wcale nie było dla niej oczywistością!), wyglądała Adama oraz nowej właścicielki. Przyszli punktualnie. Brzozowski prowadził pod rękę starszą, ale niezwykle elegancką panią. Ola miała w pamięci styl Agnieszki i musiała przyznać, że niedaleko padła synowa od teściowej.

Klasa to było pierwsze skojarzenie. Mama Oli zwykła powtarzać, że tego się nie nabywa. Z tym, zwłaszcza kobieta, się rodzi. Aniela Adamska zachwycała elegancją. Miała na sobie spódnicę w kolorowe kwiaty oraz białą koszulę z kołnierzykiem, a na szyi zawiesiła sznur pereł. Na ramiona narzuciła popielatą marynarkę. Siwe włosy spięła w ciasny kok, z którego nie wystawał ani jeden kosmyk. W pierwszej chwili Ola się wystraszyła. Obawiała się, że ma przed sobą surową, pozbawioną uczuć kobietę. Wystarczyły jeden uśmiech i błysk w oku, by zmieniła zdanie. Poczuła… ciepło.

– Witaj, Oleńko! – Aniela wyciągnęła w jej kierunku pomarszczoną dłoń. – Nareszcie możemy się poznać!

– Dzień dobry! – Dziewczyna nie mogła się nie uśmiechnąć. Elegant miał rację. Przed nią stał prawdziwy anioł, a właściwie anielica. – Bardzo mi miło i… dziękuję, że mnie pani nie zwolniła – wyrzuciła z siebie to, co najbardziej ciążyło jej na sercu.

– Jakżebym mogła?! – Kobieta klasnęła w ręce. – Adaś nie mógł się ciebie nachwalić. Poza tym zależy mi, by księgarenka nie straciła nic z dotychczasowego uroku.

– Może być pani pewna, że nie straci! – do rozmowy włączył się Brzozowski. – Zapraszam do środka! – Otworzył drzwi, a dzwonek radośnie powitał gości.

– Możesz się ze mnie śmiać, drogie dziecko, ale pokochałam to miejsce od pierwszego wejrzenia! – Aniela rozejrzała się po pomieszczeniu. – Dlatego kiedy tylko dotarły do mnie pogłoski o planach Adasia, postanowiłam działać.

– Absolutnie się nie dziwię. – Ola podążyła za nią wzrokiem.

– Mam wiele wspomnień związanych z tym miejscem. – Adamska westchnęła, zsuwając z ramion marynarkę.

– Proszę wybaczyć, ale nie pamiętam pani jako gościa. Kojarzę stałych bywalców księgarenki – oznajmiła dziewczyna.

– Bywałam tu długo przed tobą, moja droga. – Aniela zajęła jedno z krzeseł przy stoliku pod oknem. – Znałam wuja Adasia, brata jego matki. – Uśmiechnęła się, ale tym razem inaczej. Ola wyczytała z jej uśmiechu i oczu tęsknotę, smutek, odrobinę żalu… Nie znalazła jednak w sobie odwagi, by drążyć temat. Przecież znała tę kobietę dopiero od kilku minut, w dodatku Aniela była jej nową szefową.

– Może zaparzę pani herbaty? Mamy naprawdę spory wybór. Żadnych torebek, same liściaste!

– Poproszę, moje dziecko. Jakiegoś dobrego earl grey!

Nie wiadomo kiedy poranek z herbatą zmienił się we wspólne popołudnie. Aniela, Ola i Adam wciąż zajmowali stolik pod oknem. Dyskutowali nie tylko o księgarence, dostawach, obrotach i klientach. Rozmawiali o wszystkim. Adamska raczyła swoich towarzyszy opowieściami o wnukach, przygodach syna z dzieciństwa czy ulubionych lekturach synowej. Dała się poznać jako niezwykle ciepła i rodzinna osoba. Z czułością mówiła o bliskich.

– Żałuję tylko jednego, przyznam wam. – Niczym mała dziewczynka oblizała łyżeczkę, którą chwilę wcześniej zanurzyła w filiżance z gorącą czekoladą. – Że nie mam wnusi.

– Wspominała pani, że wnuk Artur ma żonę? – Ola uważnie słuchała.

– Joanna bardzo dużo pracuje, jest lekarzem. Krąży między przychodnią a oddziałem. Zastanawiam się, kiedy oni z Arturkiem się widują… – Westchnęła. – Ale… dość o mnie! – Klasnęła w dłonie. – Opowiedz coś o sobie, drogie dziecko! – poprosiła Olę.

– Ja zaparzę sobie kawy – oznajmił Adam i znikł w aneksie kuchennym.

– Coś nie tak? – zapytała Aniela, zauważywszy dziwne zachowanie Brzozowskiego.

– Pan Adam to dobry człowiek, ale mimo upływu lat nie zawsze wie, jak się zachować – przyznała dziewczyna, bawiąc się materiałem bluzki. W stresowych sytuacjach lubiła mieć zajęte ręce. Materiał, klucze, telefon – byleby dotykać czegoś palcami. – Moja opowieść będzie zdecydowanie krótsza niż pani. – Wzruszyła ramionami. – Jestem sierotą, nie mam rodzeństwa, męża, chłopaka… Oprócz przyjaciółki nie mam nikogo. Moją rodziną są ludzie, którzy tu przychodzą – wyrzuciła z siebie na jednym oddechu.

– Moje dziecko… – Dłoń Anieli powędrowała ku Oli. Adamska pogłaskała ją po ramieniu. – Nawet nie wiesz, jak mi przykro.

– Dziękuję. – Chrząknęła. – Taka duża rodzina, taka jak pani… Dla mnie to coś niezwykłego – przyznała po chwili milczenia. – Moim światem byli rodzice. Po ich śmierci pojawiła się pustka. Okropna pustka, która czasem we mnie krzyczy. Raz głośniej, raz ciszej. Cholernie za nimi tęsknię. Od wypadku minęły trzy lata, a ja mam wrażenie, że wciąż się z tym nie pogodziłam…

– I nigdy się nie pogodzisz, bo tęsknota, poczucie niesprawiedliwości będą w tobie zawsze. Może nie będą krzyczeć tak głośno i wyraźnie jak teraz, ale zawsze usłyszysz ich cichutki głos. Przeświadczenie, że odeszli za szybko, nagle… Nie pożegnałaś ich po długiej chorobie. Nie zdążyłaś się pożegnać.

– Zna mnie pani tylko kilka godzin, a czyta pani ze mnie jak z otwartej książki. – Ola obtarła łzę, która mimowolnie spłynęła po jej policzku.

– W końcu jesteśmy w księgarni! – Śmiech Adamskiej nieco rozluźnił atmosferę. – A skoro mowa o książkach… Domyślam się, że jeżeli pracujesz w takim miejscu, lubisz czytać.

– Bardzo! – Ola natychmiast się rozpromieniła. Książki były jej prawdziwą pasją. Miłością. Lekiem na całe zło otaczającego ją świata. Były jej azylem. Chroniła się między kartkami, uciekała w kolejne strony przed swoimi lękami, tęsknotami. Czytając, brała głęboki oddech, odcinała się od tego, co na co dzień ją dusiło. – Najczęściej sięgam po książki obyczajowe, ale od czasu do czasu czytam też kryminały lub powieści fabularno-historyczne.

– Interesujesz się historią?

– Tak, tata to we mnie zaszczepił. Interesuję się drugą wojną światową, szczególnie powstaniem warszawskim. Nie mamy rodziny w stolicy, nikt z przodków nie walczył w powstaniu, ale… czuję, że ten czas jest mi bardzo bliski. Do walki stanęli ludzie w moim wieku, a w większości młodsi, dużo młodsi. Nie wahali się ani chwili. Walczyli o wolność, wierzyli w zwycięstwo. Swoje najlepsze lata oddali ojczyźnie. Chyba nie może być piękniejszego i bardziej bohaterskiego okazania patriotyzmu. Nie udało się, teraz to wiemy, ale wtedy… Pewnych wydarzeń człowiek nie potrafi przewidzieć…

– Walczyłam w powstaniu – powiedziała Aniela, wyglądając przez okno. – W miasteczku zamieszkałam po wojnie, mój mąż zaczął tu pracę.

– Naprawdę? – Ola nie była w stanie wydusić z siebie nic więcej.

– Nie lubię o tym mówić.

– Oczywiście, nie będę pani ciągnęła za język, to musiało być piekło…

– Wiesz, tu nawet nie chodzi o to spalone miasto, z którego nie został kamień na kamieniu… O ten krzyk, o śmierć za każdym rogiem. Przez lata nauczyłam się to wypierać z pamięci, nie mówiąc o tym. Ale powstanie zabrało mi kogoś bardzo bliskiego. Dlatego rozumiem twoją tęsknotę, twój żal… – Aniela nie zdążyła nic więcej dodać, ponieważ do stolika wrócił Adam z kubkiem kawy w dłoni.

– Będzie pani osobiście doglądać remontu? – zapytał, siadając na swoim miejscu.

– Nie, zostawiam to synowej i wnukom. Ja uciekam nad morze, w poniedziałek syn mnie odwozi. Spędzę tam dwa tygodnie i wrócę na gotowe. – Spojrzała z uśmiechem na Olę. – A ty masz jakieś plany na przymusowy urlop, drogie dziecko?

– Szczerze mówiąc, to nie, wszystko wydarzyło się bardzo szybko i…

– W takim razie mam dla ciebie propozycję!

Archiwum historii mówionej Muzeum Powstania Warszawskiego.

Domagała Paweł, Anioł stróż, 2018.

Anna Herbich, Dziewczyny z powstania, Wydawnictwo Znak 2014.

Magda Łucyan, Powstańcy. Ostatni świadkowie walczącej Warszawy, Wydawnictwo Znak 2019

Sanah, 2020, Melodia, sanah, Magic Records.

Sanah, 2022, Szary świat, Kwiat Jabłoni i sanah, Magic Records.