O mojej córce - Hye-jin Kim - ebook + książka
NOWOŚĆ

O mojej córce ebook

Hye-jin Kim

4,7

48 osób interesuje się tą książką

Opis

Green sprowadza się do Matki ze… swoją partnerką. Kobieta nie może pogodzić się z faktem, że jej córkę z inną kobietą łączy coś więcej niż przyjaźń. Wolałaby nie wiedzieć o różnych rzeczach i wciąż myśli, że Green byłoby łatwiej, gdyby znalazła męża, urodziła dzieci i spełniła społeczny obowiązek. Wtedy miałaby spokojne, normalne życie. Tylko co to znaczy? Rodzina to ludzie, którzy cię wspierają i zawsze są przy tobie – tłumaczy Matce Green. Dla niej partnerka, którą nazywa Rain, jest mężem, żoną i dziećmi. W takim razie, kto tak naprawdę buja w obłokach? Matka przesiąknięta kulturowo-społecznymi stereotypami i fantazyjnymi normami czy córka, która chce żyć prawdziwym życiem, biorąc za nie odpowiedzialność?

Nie dajcie się zwieść krótkości tej powieści. Nieduża forma kryje w sobie ogromny ładunek emocji i stawia wiele pytań. Czy można zrozumieć drugiego człowieka i otworzyć na niego serce? Czy bycie rodzicem daje nam prawo do rozporządzania życiem dziecka? Czym jest rodzina?

O mojej córce to uniwersalna opowieść o empatii i otwartości na innych, odwadze ich zrozumienia i wparciu, jakie możemy im zaoferować. Nie zawsze jest to łatwe, ale warto próbować, bo dzięki temu sami się zmieniamy na lepsze. Piękna i bardzo potrzebna książka!

Dariusz Mieczysław Mól, dziennikarz

Kim Hye-jin urodziła się w 1983 r. w Daegu, Korea Południowa. Zdobyła kilka prestiżowych nagród w Korei, ale największą popularność zyskała dzięki książce O mojej córce. Książkę przetłumaczono na kilkanaście języków.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 170

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,7 (7 ocen)
5
2
0
0
0

Popularność




Kim Hye-jin

O mojej córce

Kim Hye-jin

O mojej córce

Z koreańskiego przełożyłŁukasz Janik

.

*

Kelnerka podaje dwie gorące miski makaronu udon. Córka wygląda na zmęczoną – kiedy sięga po sztućce, jej twarz wydaje się sucha, a może nawet stara.

– Nie przeczytałaś mojej wiadomości? – pyta.

– Powinnam była do ciebie oddzwonić, ale ciągle mi to wylatywało z głowy – odpowiadam od razu. Ale to nieprawda. Cały weekend martwiłam się o nią, byłam tym wręcz wycieńczona. No, ale co zrobić. Siedzimy teraz razem, ja i ona.

– Gdzie byłaś w weekend?

Odpowiadam, że widziałam się z kimś, kogo ona też zna, i że poszliśmy razem coś zjeść. Córka przytakuje tylko, choć widać, że miała zamiar zapytać o coś jeszcze. Po chwili dodaje, chcąc okazać zainteresowanie:

– No, mówiłam, że powinnaś się czasem trochę przewietrzyć. Teraz jest dużo okazji: festiwale, parady.

– Tak, ale… do tego trzeba też mieć głowę.

Chwytam pałeczkami gruby makaron i zaczynam jeść. Kiedy byłam młoda, zajadałam się nim. Jeden na trzy posiłki to musiał być udon. Nadal go lubię, ale w tym wieku już mi nie służy, mój żołądek nie jest już taki, jak dawniej. Ileż to razy musiałam masować się po wzdętym brzuchu, kłaść i czekać, aż mi przejdzie. Po kolei, jedną po drugiej, tracę drobne życiowe przyjemności. Starość nie radość.

Młodzi ludzie, z wyglądu studenci, przychodzą małymi grupkami, jedzą, wstają i idą płacić. Wokół nas robi się głośniej od śmiechu i rozmów. Wszędzie tylko młodzi. I ja – z moimi zmarszczkami, przebarwieniami na twarzy, cienkimi włosami, lekko przygarbiona. Nie pasuję tutaj. Mam wrażenie, że gdziekolwiek się pojawię, ludzie pokazują, jak bardzo im to nie w smak. Ostrożnie, ukradkiem, rozglądam się wokół. Miska mojej córki w szybkim tempie robi się coraz bardziej pusta. Ja nadal się boję. Czy naprawdę trzeba to powiedzieć? Czy mam w ogóle prawo? Może lepiej nie? Ale boję się tak naprawdę tylko jednego – chęci zemsty, która pojawi się po odmowie.

– Sama pewnie zdajesz sobie sprawę.

Otwieram usta po dłuższej chwili. Zdajesz sobie przecież sprawę. To przecież wyraźny sygnał odmowy. Córka domyśla się, widzę to w jej oczach.

– Wiem, mamo. Nie możesz sobie pozwolić – mówi. Nie przestaje jednak badać mnie wzrokiem i czeka, czy coś powiem.

Nie stać mnie na czynsz w kraju, gdzie ceny mieszkań rosną w szalonym tempie – nawet kiedy śpię. Tym podwyżkom nie ma końca. Już dawno wypadłam z tej gry, w której trzeba biegać, skakać, ciągle zwiększać obroty, żeby tylko móc trzymać na czymś rękę.

– No tak. Sama wiesz, że został już tylko ten dom.

Stary, walący się dom wciśnięty między inne, podobne do siebie, w ciasnej uliczce na skraju miasta. Piętrowy dom, swoim stanem przypominający właścicielkę, z jej sztywnymi stawami, kruchymi kośćmi, powoli sunącą przed siebie. Dom pogrążony w smutku, niepodobny do innych na całym świecie. Jedyne, co zostało mi po mężu. Rzeczywistość jest, jaka jest. Ten dom to jedyne, co pozostaje pod moją kontrolą.

– Wiem, wiem – mamrocze, grzebiąc pałeczkami w misce. – Mnie też nie jest łatwo. W takich chwilach zwracam się do ciebie, bo do kogóż by innego?

Jej głos oscyluje pomiędzy rezygnacją a wyczekiwaniem. Mówi jednak dalej. Obiecuje, że jeśli pożyczę jej pieniądze, będzie oddawała co miesiąc z odsetkami. Za chwilę napomknie o tych dwóch pomieszczeniach na piętrze, gdzie jest łazienka z plamami wilgoci na suficie, gdzie wypadają klepki z podłogi, a wiatr, pył i hałas z ulicy bez przerwy wdzierają się do środka przez stare nieszczelne drewniane okna. Wspomni, że lokatorzy tego piętra płacą mi czynsz co miesiąc, ale gdybym rozwiązała ich umowy i wynajęła piętro za kaucję*, miałabym sporą sumę, której ona potrzebuje.

Tyle tylko, że wcale nie byłoby to takie łatwe. Kilka dni temu ci nowożeńcy z piętra zeszli na dół poskarżyć się, że sufit w łazience przecieka. Sugerowali wymownie, że lepiej by było, gdyby naprawą zajęli się fachowcy, a nie „starsza osoba”, a na ich twarzach widziałam złość, żal, zażenowanie i wahanie.

– Wstrzymajcie się jeszcze trochę – powiedziałam im wtedy.

Sama jednak nie mam pojęcia, jak wyjść z tej sytuacji. Z jednej strony nie mam z czego zapłacić za naprawę, a kto w ogóle wie, ile to będzie kosztowało. Z drugiej, lokatorzy bez przerwy się na coś skarżą.

Córka macha nogami pod stołem, pocierając piętami adidasów o podłogę. Nogawki dżinsów też ma postrzępione. Czy ona naprawdę nie widzi, że przez takie drobiazgi ludzie ją źle postrzegają? Dlaczego ot tak sobie pokazuje wszystkim naokoło, czego oni wcale nie muszą widzieć – że sobie nie radzi, że jest zaniedbana, że jej nie zależy? Dlaczego pozwala innym źle ją oceniać? Szlachetność i skromność. Czystość i schludność. Ludzie najbardziej to sobie cenią. Dlaczego ona to ignoruje? Bardzo się staram, żeby nic jej nie powiedzieć.

– Mamo – ponagla mnie córka. – Słuchasz mnie?

Odkładam po chwili pałeczki, wycieram usta i patrzę jej w oczy. Jesteśmy w końcu rodziną. A ona ma tylko mnie. Być może mogłybyśmy być rodziną. Być może, dzięki temu domowi. Gdyby i ona miała dom.

– Dobrze. Pomyślimy o tym – odpowiadam krótko.

* Popularnym sposobem najmu nieruchomości w Korei jest opłacenie jednorazowej kaucji w wysokości odpowiadającej rocznym lub dwuletnim opłatom czynszowym. Właściciel nieruchomości inwestuje kaucję na własną korzyść przez czas trwania najmu.

.

*

– Ile tych pieniędzy tu włożyłaś? – pyta szeptem Profesorowa, na tyle jednak głośno, że wszyscy wokół odwracają głowy w naszym kierunku.

Zatrzymuję się przy wejściu do budynku i delikatnie poklepuję ją po dłoni.

– Tylko pięćdziesiąt tysięcy – odpowiadam. – Każdy daje, ile uważa za stosowne.

Profesorowa wyciąga kopertę z torebki i dokłada do niej jeszcze dwadzieścia tysięcy.

– Pięćdziesiąt tysięcy od każdej? – odburkuje. – Wystarczyłoby przecież po trzydzieści.

Z każdym jej ruchem rozchodzi się wokół niej zapach tanich różanych perfum. Cała jej torebka koloru wina pełna jest takich tanich kosmetyków. To wszystko rzeczy, które ktoś jej oddał, bo albo termin ważności minął, albo są w inny sposób wybrakowane. Ja też raz czy dwa coś takiego dostałam, ale nigdy ich nawet nie użyłam. Zawsze sobie powtarzam, że powinnam z nich skorzystać, ale kiedy się do tego zabieram, okazuje się, że jest już za późno. Ciągnie się za mną zawsze to moje roztargnienie, które tylko od czasu do czasu rozświetla przebłysk przytomności.

– Po co te całe pieniądze komuś, kto umarł? – Profesorowa nie przestaje mówić, kiedy wchodzimy do środka przez obrotowe drzwi. – Przydają się tylko tym, co zostali. Żeby sobie do drogiej restauracji mogli pójść. Nieprawda? – pyta retorycznie. – Trzeba z tym skończyć. Do czego to podobne?

Zajmuję miejsce z dala od ostrego światła skierowanego na złożone przez gości wieńce. Patrzę w górę na duży monitor i wypatruję informacji o uroczystości.

– Straszne rzeczy opowiadasz – odpowiadam tylko.

Sto tysięcy wonów na rzecz zmarłego pana Songa wydaje się mocno przesadzoną sumą. Ale co to jest sto tysięcy wonów? Pan Song zawsze przecież się dzielił wszystkim, co miał. Choć trudno byłoby powiedzieć, że jego stopa życiowa na to pozwalała. Ale i tak zawsze chciał za wszystkich płacić. Ludzie tym samym czuli się zobowiązani, żeby spędzić z nim trochę czasu. To i tak lepsze, niż być takim nieeleganckim dusigroszem jak Profesorowa. Trzeba jej też wierzyć na słowo, że jej mąż był profesorem. Nikt go nigdy nie widział, nikt nie wie, co i gdzie wykładał. W naszym wieku jednak przestaje to być w ogóle istotną kwestią. To w młodości wyznacza się linie i buduje mury, żeby łatwiej organizować sobie znajomości z ludźmi, których możemy już nigdy w życiu więcej nie zobaczyć.

To pewnie przez to, że wszyscy i tak kończymy jako starcy, jedno podobne do drugiego. I pewnie jeszcze przez to, że miejsc dla takich jak my jest tyle, co kot napłakał.

Nie mówi się jednak o tym na głos.

Znajdujemy salę, w której odbędzie się stypa. Syn pana Songa wita się z mistrzem ceremonii, a ja w tym czasie siedzę i popijam z termosu napar grzybowy. Profesorowa macza ryż w czerwonym jak szkarłat bulionie wołowym i wsuwa sobie do ust. Wyschnięte już i matowe plastry gotowanej wieprzowiny chwyta po dwa, trzy naraz. Wyciąga potem telefon i pokazuje mi zdjęcia syna i wnuków. Działa mi tym na nerwy.

– Masz może chusteczkę? Albo jakąś małą torebkę? – pyta Profesorowa.

Pochyla się lekko w moją stronę, jakby chciała się za mnie schować, zdejmuje folię przykrywającą stos jednorazowych talerzy i pakuje w nią suche przekąski ze stołu. Dyskretnie podsuwam w jej stronę kolejne talerze.

– Moje wnuki to uwielbiają – mówi. – Synowa nie pozwala im ich dawać. Kto to widział? Muszę im je przemycać.

– No właśnie – odpowiadam. – Spakuj im, ile możesz.

Mnie samej jedzenie nie interesuje.

Bardzo się boję, że mogę dotknąć śladów pozostawionych przez tych, którzy są już po drugiej stronie. Boję się, że mogę otrzeć się o ich aurę, która nadal gdzieś się unosi. W odległej części sali siedzi ktoś, oparty o ścianę. Nasze spojrzenia spotykają się. Patrzę w oczy pełne rezygnacji. Ten wzrok zdaje się wiedzieć wszystko i wygląda na to, że teraz obrał sobie za cel właśnie mnie. Patrzę szybko w innym kierunku. Zamykam oczy, liczę: „jeden, dwa, trzy”. Zaraz potem coś, co zakradło się za moje plecy, chwyta mnie nagle za ramię. Pan Song zmarł niespodziewanie pewnego dnia, kiedy wychodził z pracy. Jego serce po prostu przestało bić, miał atak serca. Jak blisko czai się śmierć, tak naprawdę? Skąd to przeczucie, że jest tuż przy mnie?

Kilka miesięcy wcześniej zapukała do mnie rodzina kobiety, która mieszkała na piętrze, w rogu. Wcześniej zjawiali się ludzie podający się za jej przyjaciół albo ukochanych, ale nikomu z nich nie dałam kluczy. Przyjaciele, ukochani… to nie są relacje na tyle silne, żebym mogła tym ludziom zaufać.

– Nie ma z nią kontaktu – tłumaczyli. – Potrzebujemy pilnie jej podpisu.

Mężczyzna twierdził, że jest jej młodszym bratem. Kiedy nic nie mówiłam, tłumaczył, że mają problem, bo trzeba przenieść grób ich ojca. Pokazał mi nawet jakiś dokument. Patrzyłam chwilę później, jak wchodzi po schodach na piętro, po czym usłyszałam, że otwierają się drzwi. Przez dłuższą chwilę nic się nie działo.

– Halo! Proszę pana!

Krzyczałam do niego na piętro, ale nie poszłam tam. Po jakimś czasie pojawił się na szczycie schodów i zszedł na dół. Twarz miał ponurą.

– Ona jest w swoim pokoju – powiedział. – Chyba trzeba… na policję. Sam nie wiem. Trzeba na policję…

Wybiegł prędko z budynku i więcej go nie wi­działam. Przyjechała karetka i zabrała tę kobietę. Policja przeszukała jej pokój, zadawała mi szczegółowe pytania aż do wieczora. Tamten mężczyzna jakby zapadł się pod ziemię.

– Czy znaleźliście tego jej niby-brata? – pytałam następnego dnia po tych wydarzeniach.

– Ile razy mam pani powtarzać? – irytował się policjant. – Rodzina odmawia zajęcia się tą kobietą. Musi pani na własną rękę pozbyć się jej rzeczy. Samym ciałem zajmą się odpowiednie służby. Pani ma przecież kaucję, proszę z niej po prostu skorzystać. My tutaj mamy co robić, proszę do nas nie dzwonić co pięć minut.

Rozłączył się. Nie zdążyłam nawet zapytać, dlaczego, kiedy i jak właściwie zmarła ta kobieta.

Poszłam do jej pokoju dwa dni później. Był środek dnia, na dworze drzewa budziły się do życia, pełne de­likatnej, ciepłej energii. A ja stałam przerażona z ręką na klamce. W pokoju nie zobaczyłam nic, czego się spodziewałam. Był bardzo schludny. Był to czysty i porządny pokój kobiety, która mieszkała sama, wypełniony przedmiotami, które mówiły o jej nawykach, stylu życia, o tym, jak wyglądał jej zwykły dzień. Śmierć przyszła po nią bez żadnego ostrzeżenia.

– Nieodżałowana strata – mamroczę do starych ludzi, którzy przyszli na pogrzeb.

Wcale bym się nie zdziwiła, gdyby ktoś z nich umarł właśnie teraz. „To nieodżałowana strata”. Ale oni pewnie zaczną się wyzłośliwiać na kogoś, kto żył pełnią życia. Reszta będzie oceniać zmarłego z zimnymi oczami, zamiast współczuć albo się smucić. Wkrótce też o całej sprawie zapomną, jeśli mało będzie kwestii, które mogliby krytycznym okiem pooceniać. Niedługo to wszystko odejdzie w niepamięć. Przy wyjściu przyglądam się jeszcze synowi pana Songa, jak w czarnym garniturze z białą żałobną opaską przyjmuje kolejne kondolencje.

.

*

Czasem jest tak, że człowiek zaczyna chorować bez wyraźnej przyczyny. Mówią wtedy, że to wcale nie choroba, a „wola Boża” i trzeba to po prostu zaakceptować. Bo jeśli się z tym walczy i opiera, wszystko przejdzie na dzieci. A kto, u diabła, chciałby coś takiego przekazać swoim dzieciom? Trzeba całą chorobę wziąć wtedy na siebie.

Sama tak do siebie mówię. Te słowa nie dają mi spokoju, czepiają się mnie za każdym razem, kiedy tylko pomyślę o mojej córce. Czy to kara? Czy przekazuję jej coś, co sama kiedyś źle zrobiłam? Jen siedzi w wózku inwalidzkim i patrzy przez okno, jak jeden z pracowników spryskuje wodą rozległy parking. Strumień wody wylatujący z węża rozdziela się na rozliczne przezroczyste stróżki, które następnie uderzają w asfalt, lekko podskakując.

– Chce pani wyjść? – pytam, mimo że sama nie mam najmniejszej ochoty. Patrzymy na siebie nawzajem.

Jen żyje już bardzo długo. Pamięć też ją zawodzi. Jest tak wiekowa, że wraca do początków, do tego stanu zaraz po narodzinach, kiedy nie ma jeszcze podziału na kobiety i mężczyzn, jest się po prostu ludzką istotą.

Jest tak mała, chuda i niepozorna, że czasami jej życie wydaje się zmyśloną historią. Urodziła się w Korei, studiowała w Stanach, karierę zawodową rozwijała w Europie. Po powrocie do kraju zajmowała się ludźmi, z którymi, na dobrą sprawę, nic jej nie łączyło. Aż trudno uwierzyć, że ta kobieta była w wielkim świecie, o którym ja mogłam tylko marzyć. Nigdy nie wyszła za mąż, nie ma dzieci. Przez okrągły rok siedzi tu sama, nikt jej nigdy nie odwiedza.

Przy stoliku w drugim końcu sali robi się zamieszanie. Starszy mężczyzna, przeklinając, ciska pilotem od telewizora i zaczyna rozrzucać leżące na blacie pomoce naukowe. Nie widać nigdzie Profesorowej, która ma też dzisiaj zmianę. Pewnie znowu gdzieś się schowała i rozmawia przez telefon albo coś podjada. Wstaję szybko i chwytam za wózek Jen. Ja sama i tak nie dam rady takim agresywnym mężczyznom.

Przed kolacją ktoś puka do pokoju i prosi mnie na chwilę. To pan Kwon, kierownik administracji. Kiedy jestem już na korytarzu, pyta, czy mogę następnego dnia przyjść do pracy godzinę wcześniej. Mają się pojawić ludzie z telewizji, będą kręcić materiał o Jen. Zgadzam się, pan Kwon wdzięcznie się kłania. Profesorowa już też kiedyś wspomniała, że pan Kwon jest wobec mnie nadzwyczaj uprzejmy. Jak dla mnie, to on jest nadzwyczaj uprzejmy, zamiast po prostu być miłym. Nie wiem, czy to nie wpływa na postawę wszystkich pozostałych pracowników wobec mnie. Może to i lepiej, zważywszy na fakt, że większość opiekunów osób starszych to osoby źle opłacane, w głębi duszy zimne, traktujące innych z pogardą. To, że opiekuję się akurat Jen, też na pewno ma swoje znaczenie. W tym ośrodku to, kim się opiekujemy, ma duże znaczenie. Do samej Jen ludzie odnoszą się z szacunkiem. Ale tylko, kiedy jest w pobliżu.

– Ona naprawdę nigdy nie założyła rodziny? – plotkują o niej, gdy tylko zniknie im z oczu.

Zwłaszcza ludzie pokroju Profesorowej zmieniają zupełnie oblicze, kiedy tylko odwrócić się do nich plecami.

– Kto to widział, żeby rodziny nie założyć? Jak wszyscy.

Nieczęsto się widzi, żeby dzieci zostawiały rodziców w ośrodku i potem regularnie ich odwiedzały. Profesorowa dobrze o tym wie, ale i tak nie daje spokoju.

– To zupełnie co innego, nie mieć kompletnie nikogo. Naprawdę ciężko patrzeć latami na jej samotność. Dlatego trzeba dobrze wychować dzieci, nawet jak ci jest ciężko. One są twoim majątkiem i zabezpieczeniem.

Kiedy nic się nie odzywam, Profesorowa karmi swoimi życiowymi mądrościami nowo przyjętą do pracy dziewczynę, po czym robi dumną minę, wystawiając przy tym język. Uświadamiam sobie w tej chwili, że osiągnęłam już taki punkt w życiu, w którym nie jest mi dane decydować o tym, z kim się zadaję. Przebywam z tymi ludźmi. Sprzeczamy się, wymieniamy poglądami, przytakujemy sobie. Czy to mnie już czyni tym starym człowiekiem, który tylko płaci podatki i jest pełen uprzedzeń? Dokładnie tak, jak widzą to młodzi? Ta nowa, młoda jest uprzejma i widzę, że całe to gadanie Profesorowej nie robi na niej żadnego wrażenia. Może to dlatego, że jeszcze się na dobre nie wdrożyła w pracę. Dostali jej się pacjenci zmarłego pana Songa, a to specyficzne jednostki. Poskarży się tak ze trzy, cztery razy, że nie ma już sił, a potem się przyzwyczai. Wielu jednak rezygnuje z pracy, zanim to nastąpi. Większość nie wyobraża sobie pracować u nas na stałe.

Wracam do pokoju i przyglądam się łóżku Jen.

– Nic pani nie boli? – pytam. – Będę znowu jutro rano.

– A gdzie ty mieszkasz? – Jen chwyta mnie za rękę. – Daleko masz?

Odpowiadam jej, że blisko, że tylko parę minut autobusem.

Jen kiwa głową.

– Na samochody uważaj – upomina mnie. – Pamiętaj.

Po tym, jak do mnie mówi, wiem, że jej umysł jest w tej chwili klarowny. Głaszczę ją dłonią po czole. Patrzę w jej twarz, która widziała dwadzieścia lat życia więcej niż moja. Spod zmarszczek i zmęczenia przebija nadal jej naturalna uroda. Chwytam jej rękę, życzę jej kolejnej spokojnej nocy i wychodzę. Ona zaśnie za chwilę, bo wzięła już swoje tabletki nasenne.

Przed windą czekają na mnie Profesorowa i ta nowa, młoda. Kłaniamy się pielęgniarce z nocnego dyżuru i wychodzimy z budynku. Daleko, na końcu uliczki, słychać głośną muzykę. Kiedy się wychodzi z naszego zaułku, trafia się na ruchliwe skrzyżowanie pełne sklepów i barów czynnych do późna. W miarę jak idziemy, schodzi ze mnie napięcie i czuję mrowienie w kolanach.

– A tak w ogóle, mówiłaś, że masz się z córką zobaczyć. Widziałyście się? – pyta Profesorowa.

Jest już noc, ale powietrze nadal jest gorące. Czuję, jak fala ciepła przepływa mi po plecach.

– Teraz mamy się spotkać – odpowiadam. – Kurczę, mam mało czasu – odpowiadam naprędce, nie wiedząc za bardzo, co powiedzieć.

Dobrze przecież wiem, dlaczego tak szczegółowo wypytuje o córkę. Wiem, jakie intencje się za tym kryją. Nawet kiedy wiem, że tylko wściubia nosa, nie mogę się uspokoić i odpowiedzieć jej czymkolwiek. Profesorowa przytakuje, wyciąga komórkę i zaczyna pokazywać mi zdjęcia swoich wnuków.

– Jakie mądre dzieci. – Ta nowa odzywa się krótko, siląc się na ochłap uprzejmości. – Ile mają lat?

Ja nic nie mówię. Wyciągam swój telefon i idę dalej, udając, że coś na nim sprawdzam. Przyspieszam kroku i dochodzę do przejścia dla pieszych.

– Dobranoc – mówię.

W letnie noce ciężko mi zasnąć. Przez otwarte okno wpada do sypialni hałas z ulicy: warkot motorynki dostawcy jedzenia, dźwięki telewizora, kłótnia małżeństwa mieszkającego wyżej. W świetle rzucanym przez ekran telewizora nakładam kremy oraz maści na kolana i ramiona. Wyjmuję potem z lodówki połówkę arbuza i jem go łyżką. Potem nie mam już się czym zająć.

Leżę w cichym, ciemnym pokoju i rozmyślam.

Ciągle tylko pracuję. Uświadamiam sobie, że nie ma nikogo, kto by mnie od tego uwolnił. Martwię się, co ze mną będzie, kiedy nie będę już w stanie pracować. Cały czas boję się więc nie śmierci, ale samego życia. Tak czy inaczej, dopóki żyję, muszę zmagać się z tym znojem. Za późno się zorientowałam, na czym polega życie. Może tu wcale nie chodzi o starość. Może, jak mówią ludzie, to kwestia tych czasów. Tego pokolenia. Tego nowego pokolenia. Moje myśli automatycznie kierują się ku córce. Jest już po trzydziestce. Ja jestem już po sześćdziesiątce, a dopiero teraz uświadamiam sobie pewne rzeczy. Jak będzie wyglądał świat, w którym żyć będzie moja córka, a którego ja już nie doświadczę? Czy będzie lepszy? A może przeciwnie – gorszy, niż jest teraz…

Następnego dnia, kiedy tylko pojawiam się w pracy, myję Jen, zakładam jej pieluchę i sięgam po prosty zestaw do makijażu.

– Opowiadałam już może o moim liceum? – zaczynam mówić. – Chodziłam do szkoły na prowincji, pomieszkiwałam w domu koleżanki, bo ode mnie było za daleko. Musiałabym jechać trzema autobusami. Starsza siostra mojej koleżanki zatrudniła się w fabryce i nie mieszkała już z rodzicami. Spałam w małym pokoiku przyklejonym do kuchni. Kiedy teraz o tym myślę, dociera do mnie, że ta starsza siostra musiała mieć wtedy jakieś dwadzieścia dwa lata. Dlaczego tak się jej wtedy bałam? Dlaczego tak jest, kiedy ma się tyle lat? Dlaczego rok czy dwa więcej robi wtedy aż taką różnicę?

– Że co? Że gdzie idziesz? – Jen szeroko otwiera oczy.

Moja dłoń zbliżała się do jej twarzy, ale ręka zastyga mi na chwilę w połowie drogi.

– Nie – odpowiadam jej. – Mówię, że do liceum chodziłam. Dawno temu. Doszkoły.

– A, że do szkoły. Tak, do szkoły trzeba chodzić. Trzeba się uczyć.

Kiedy po chwili maluję jej brwi, do pokoju wchodzi pan Kwon.

– Już są – odzywa się. – Czekają w pokoju wypoczyn­kowym. Pani już gotowa?

Pozostali pensjonariusze są w pokoju gier albo na zabiegach. Twarz Jen pozbawiona jest jakiegokolwiek wyrazu. Może źle się czuje? Próbuję ją podpytać, ale wcale nie odpowiada.

– Możemy iść? – ponagla nas Kwon.

Pospiesznie nakładam błyszczyk na usta Jen i kiwam głową.

– Mam ją zaprowadzić? – pytam.

– Bardzo bym prosił – odpowiada. Idąc cicho za nami odzywa się po chwili: – To niecodzienna sytuacja, rozumie pani. Proszę się postarać. Zależy nam, żeby widać było, że się tu nimi dobrze zajmujemy. To może być dla nas dobra reklama.

Przytakuję.

.

*

– W 1989 roku napisała pani książkę Dzieci granicy. To opowieść o dzieciach przekazanych do adopcji w Stanach Zjednoczonych. Bohaterem jest Brandon Kim… ach, nie, Brandon Lee. Poruszyła mnie historia tego dziesięciolatka. Śledzimy jego losy na przestrzeni pięciu lat, kiedy zostaje zaadoptowany przez białą rodzinę. Czy to prawda, że materiały do książki zbierała pani osobiście? Jesteśmy ciekawi, kiedy i jak spotkała się pani z tym chłopcem.

Młody mężczyzna w czapce wskazuje na kamerę i wykonuje kilka gestów dłonią. Inny w tym czasie poprawia swoje okrągłe okulary i mówi. Głos ma z początku drżący jak cienka blaszka, ale po chwili opa­nowuje się.

– Opowie nam pani o tym centrum kształcenia w Los Angeles? Pisze pani o nim jako o szkole z programem eksperymentalnym. Była to w swoim czasie jedna z pierwszych placówek nastawionych na dzieci imigrantów. Pisze pani, że wystarała się o zezwolenie od kierownictwa oraz o wsparcie. I że sama wykonywała pani podobną pracę. Nie miała pani żadnych specjalnych trudności?