Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Kryzys to autobiograficzna powieść Karin Boye z 1934 roku, a zarazem jeden z pierwszych tekstów opublikowanych przez zaledwie 34-letnią wówczas szwedzką pisarkę. Utwór przedstawia osobisty kryzys religijny i tożsamościowy autorki.
Akcja powieści toczy się w latach 20. ubiegłego stulecia, głównie w znajdującym się na przedmieściu Sztokholmu seminarium. Do szkoły tej uczęszcza główna bohaterka, Malin Forst, która studiuje tutaj, by w przyszłości zostać nauczycielką. Książka zawiera różnorodne wątki, wytyczające ramy życia dziewczyny — od spraw rodzinnych, poprzez kwestie związane z edukacją i przyszłą pracą panny Forst w tym kontekście, aż po najbardziej osobisty motyw miłości lesbijskiej. Na tym wnikliwie pokazanym tle zewnętrznym Malin w głębi duszy toczy zmagania z Bogiem, wywołane jej potrzebą odnalezienia swojej własnej prawdy.
Problematyka, poruszana w tekście przez Boye, doskonale wpisuje się w epokę: rola społeczna kobiety, jej pozycja w pracy oraz w rodzinie i związane z tym oczekiwania innych. Z drugiej strony pojawiają się liczne kwestie łączące się z wymiarem duchowym i intelektualnym: kryzys wiary głównej bohaterki i kryzys przynależności do szerzej rozumianej wspólnoty (nie tylko religijnej) wyrażający się między innymi w jej postawie wobec biednych i słabszych, wreszcie kryzys tożsamości emocjonalnej i seksualnej — zakochanie pełnej wątpliwości Malin w szkolnej koleżance.
Wiele spośród prezentowanych przez autorkę kwestii ma wymiar uniwersalny, jak relacja wiary i wiedzy czy refleksje na temat szwedzkiego systemu edukacji i jego niezbędnej reformy. Ponadto Karin Boye chętnie oddala się od podstawowego wątku fabularnego, by pokazać szeroki kontekst kulturowy, z którym jest znakomicie obeznana, a który tworzą literaci, artyści, intelektualiści, naukowcy, politycy etc. Pojawiają się również elementy z innych niż skandynawski obszarów — jak nawiązania do kultury indiańskiej lub do świata śródziemnomorskiej starożytności.
Kryzys jest najbardziej formalnie zaawansowaną powieścią Karin Boye; przeplatają się w niej trzy rodzaje literackie (epika, liryka i dramat), pisarka inspiruje się także rozmaitymi gatunkami (jak powieść, list czy pamiętnik), które umiejętnie łączy. W fabule wyraźnie widoczna jest formuła ronda — historia powraca z pewnymi zmianami do tych samych wątków, problemów i sposobów ich wyrażania. Ponadto w tekście następują częste i niezwykle dynamiczne zmiany narracji, jak chociażby te dotyczące płci wypowiadających się postaci. Liczne fragmenty tego dzieła są niejasne, niejednoznaczne i trudne do rozszyfrowania. Boye prowadzi swoistą grę z czytelnikiem, pozostawiając mu bardzo szerokie pole do własnej interpretacji i czyniąc go w pewnym sensie współautorem znaczeń wpisanych w tekst.
Pisarka posługuje się osobistym, dobrze już uformowanym językiem literackim, zarówno w partiach refleksyjnych („Lecz przy końcu świata, który spadnie w ciemność, myśli żywych łopotać będą niczym lękliwe nietoperze; lecąc w dół, zostaną oślepione ciemnością nocy, wzdrygną się przed przepaścią, trzepocząc nad krawędzią, słyszalne jedynie niczym daleki szept, szum obcego morza, obmywającego korzenie przebudzonego świata”), jaki i lirycznych („Wszystko to trwało przez jedną zastygłą w bezruchu chwilę, na którą nikt nie zwrócił uwagi”). Nie można jej również odmówić specyficznego, autoironicznego poczucia humoru („Kobiecy Hamlet w formacie kieszonkowym”).
Zaraz po publikacji powieść spotkała się z mieszanym przyjęciem. Niektórzy krytycy kwestionowali literackie metody Boye i nie byli przekonani do postaci głównej bohaterki. Inni sprzeciwiali się przedstawieniu kobiecego homoseksualizmu. Przez wielu recenzentów dzieło zostało uznane za atak na chrześcijaństwo. Spośród pozytywnych opinii warto przytoczyć słowa Ivara Harriego, który nazwał powieść „istotną interpretacją życia i wielkiej sztuki” i uznał ją za „jedną z najdziwniejszych i najpoważniejszych książek jesieni”. Kryzys często porównywany jest do Szklanego klosza Sylvii Plath, analizuje bowiem również psychologiczne zmagania związane z samobójstwem, eksplorując zarazem dylematy dotyczące wyborów między indywidualną wolnością a konformizmem.
Autorką przekładu, który publikujemy na portalu Wolnych Lektur, jest Elżbieta Frątczak-Nowotny.
Powieść Kryzys Karin Boye dostępna jest jako e-book (EPUB i Mobi) oraz plik PDF.
Książkę polecają Wolne Lektury — najpopularniejsza biblioteka on-line.
Karin Boye
Kryzys
tłum. Elżbieta Frątczak-Nowotny
Epoka: Modernizm Rodzaj: Epika Gatunek: powieść obyczajowa
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 200
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
tłum. Elżbieta Frątczak-Nowotny
Ta lektura, podobnie jak tysiące innych, jest dostępna on-line na stronie wolnelektury.pl.
Utwór opracowany został w ramach projektu Wolne Lektury przez fundację Wolne Lektury.
ISBN-978-83-288-8128-0
I znów siedziała tu, w seminaryjnej sali modlitwy, by rozpocząć kolejny semestr. Równie spełniony i tak samo przepełniony mocą jak poprzedni? Nie miała wątpliwości. Smutek i cierpienie w powierzchownym znaczeniu tych słów mogły ją oczywiście dotknąć, ale jedynie niczym podmuch wiatru. Spokój. Ale nie taki, jaki daje nam świat doczesny.
Powoli ławki zaczęły się zapełniać, zbierali się studenci seminarium i młodzież na stażu. Malin powiodła wzrokiem po ścianach. Duża jasna sala z malowidłami Hjortzberga1 za każdym razem wywierała na niej równie silne wrażenie.
Pobożne obrazy i symbole biegły wzdłuż ścian, zataczając koło. Prastare święte symbole, wykute — niektóre tysiąc, inne dwa tysiące lat temu — by dać wyraz najwyższym prawdom, którym kolejne stulecia, jedno po drugim, dodawały nowego życiowego ciepła i nowych życiowych doświadczeń, scalając wszystkich pobożnych ludzi w jedną wspólnotę. Potężne symbole, niewyczerpane, z których kolejne pokolenia będą czerpać niczym z głębokiej studni, dobywając z niej wciąż nowe skarby.
Ćwieki i cierniowa korona: męczeństwo czekające każdego, kto zechce spełnić Jego oczekiwania. Święci męczennicy Kościoła raczej nie wchodzą w grę. Znacznie liczniejsi są ci wszyscy, którzy niosą swój krzyż w milczeniu, nie będąc świętymi. Ci wszyscy, którzy z dala od kościoła złożyli swoją ofiarę boskiemu ogniowi, zmuszeni do tego wbrew sobie. „Nie podołam!”, mówi człowiek. Ale Bóg nie odpuszcza i siła, której człowiek nigdy nie przeczuwał, rośnie w nim i go uskrzydla. Ćwieki i cierniowa korona: w rzeczywistości nic pięknego, nic romantycznego, nic, czemu otoczenie miałoby ulec. A tam na ścianie ornament, stylizowana ozdoba. Ale taka jest prawda. Taka jest nasza wewnętrzna istota: niebiański ornament. Kto nie chciałby go mieć w chwili, gdy zostanie wezwany? Zaszczyt zaszczytów.
Pelikan, który karmi dzieci swoją krwią: odkupienie, które spełnia się każdego dnia, w każdej chwili i wszędzie. Bo ten, kto cierpi, jest Bogiem nieskończonym, który cierpi naszym cierpieniem, cierpi z nami, którzy jesteśmy narzędziami w jego rękach, cierpi, by zwyciężyć i błogosławić to, nad czym jeszcze nie posiadł władzy. Powolna droga Królestwa Bożego do panowania.
I kielich: znów ten sam. „To krew moja za was przelana”. Dziwna wspólnota. Fakt, że możemy zrobić coś dla drugiego, zastąpić jeden drugiego, dźwigać ciężary drugiego, zbierać to, co ktoś inny zasiał, i samemu zasiać coś, co kto inny zbierze. Przerażająca wspólnota, sięgająca poza świat człowieczy. Żyjemy śmiercią innych, zwierząt i roślin, które poświęcają swoje życia, umieramy, by przekazać nasze atomy materii, z której powstanie nowe życie — i tak, bez żadnych granic, jedno życie przechodzi w drugie. Czyż nie tak miało być w świecie duchowym? Żywa istota — fala podczas sztormu — składający ofiarę i przyjmujący ją, nic samo w sobie i wszystko w naszym oddaniu dla tego Jedynego, który jest, który zawsze był i który zawsze będzie.
Tam w oddali, okręt na morzu... Czyżby był to okręt Jonasza2? Wspaniała opowieść o małym, zbyt ludzkim Jonaszu, który w swej słabości także był narzędziem, zbyt małym jednak, by zrozumieć miłosierdzie Pana okazane Niniwie3, wielkiemu miastu z dziesięcioma tysiącami mieszkańców, którzy nie potrafili odróżnić lewa od prawa, i do tego jeszcze z „wieloma zwierzętami”. Takimi narzędziami jesteśmy, zbyt mali, by zrozumieć myśli Wiecznego. Ale jednak narzędziami.
Symbole, niczym błyszczące złoto, wtapiały się w spokojną i pełną oczekiwania duszę Malin. Wypełnione sensem i znaczeniem, nieskończone w swej różnorodności obejmowały wszystkie dziedziny życia, niosąc pobożne przypomnienie, które pod różnymi kształtami dawało pożywienie jedynemu odwiecznemu dążeniu: dążeniu woli człowieka do stania się jednym z wolą Boga.
Krótsza ściana przed nią wciąż jeszcze była pusta i niczym nieozdobiona. Po tym, jak zagłębiła się w obrazy na innych murach, mogła teraz odpocząć, patrząc na nagą białą prostotę. I wtedy przypomniał jej się sen, który miała jesienią.
Szła przez ogromny kościół. Światło wpadało przez mroczne, wielobarwne okna, rzeźby i malowidła niezliczonych rodzajów zdobiły nawę główną i boczne. „Oto świątynia, którą budują i ludzie, i czas”, powiedział znany historyk religii, który ją po niej oprowadzał. A ona patrzyła i patrzyła, wręcz zaniemówiła z podziwu, chociaż różnorodność kolorów i kształtów sprawiała oczom ból. „Wszystko to”, ciągnął jej przewodnik, „znajduje ujście w Mysterium Magnum4. Spójrz, jakie to proste”. Dotarli do miejsca, gdzie drewniany sufit był niski, a ściany pobielone wapnem. Żadnych ozdób, żadnych ornamentów. Spokojne, białe światło wypełniało pomieszczenie, jasne i łagodne, nie oślepiając oczu. Co za ulga po poprzednim zawrocie głowy. „Co to jest Mysterium Magnum?”, spytała, ale nie dostała odpowiedzi. W tym momencie poczuła, że się budzi i przepełnił ją lęk, że być może nigdy nie pozna rozwiązania zagadki. Zaczęła wołać: „Co to jest Mysterium Magnum? Co to jest Mysterium Magnum?”. I wtedy, w chwili, gdy się obudziła, usłyszała odpowiedź — czy padła z ust jej towarzysza czy był to głos gdzieś z góry lub być może pochodził z jej wnętrza, tego nie wiedziała: „Tak się dzieje, gdy życie człowieka staje się życiem Boga”.
O tym śnie pomyślała, kiedy zobaczyła białą niepomalowaną ścianę. Tak prosty i oczywisty był ten wielki cel: nie moja wola, tylko Twoja. Unicestwienie własnej woli, by pozwolić działać jedynej dobrej woli, pustka, która miała zostać wypełniona. Malin pochyliła głowę i zaczęła się modlić z pełnym oddaniem i pokorą o to, o co zawsze się modliła: o Ducha Świętego.
Nigdy o nic innego. Najczęściej bez słów.
Początkowo wymagało to wysiłku. Człowiek musiał się skupić, w pełni skoncentrować, zapukać do bramy lub wędrować daleko, daleko — pokonywać pierwotne lasy, pozbawione blasku morza, niedostępne ścieżki i zasadzki. I nagle był już na miejscu. Zyskiwał spokój. Fala wielkiego spokoju przenikała całą jego istotę, jego duszę, ale też żyły — aż do najdalszych koniuszków palców. Spokój i błogosławieństwo otaczało go i wypełniało, znikał trud skupienia się, żadnego rozdarcia, żadnego lęku. A potem już nic nie było trudne, nie było żadnych pokus. Człowiek był gotów ruszyć w świat, nie będąc z tego świata. Stać się naczyniem, łaską bożą i narzędziem. Nie mógł odpowiadać nieuprzejmie na niegrzeczne zaczepki; ból przeszywał go, ostry niczym miecz, ale nie budził jego sprzeciwu, bo człowiek nie stronił już od niego w swoim egoistycznym lęku — nie budząc nienawiści czy złości. Nie można już było osądzać drugiego czy buntować się przeciwko krzywdzie — cóż złego mógł zrobić krzywdziciel, gdy ten drugi zrezygnował ze wszystkiego, co doń należało? Można było jedynie osądzać samego siebie, człowieka, który nie miał dość siły, by swoją miłością czy raczej miłością Bożą, która go przeszywała, ujarzmić i zmieniać to, co spotykał na swojej drodze. Nie było już lenistwa, nogi same szły tam, gdzie miały iść, a jeśli pojawiłoby się oczekiwanie, by wejść w ogień, to człowiek też by to zrobił, bez walki i jakichkolwiek wątpliwości, bo pragnął tego, czego pragnął Bóg. Bóg pragnął osiągnąć to przez porzuconą, poddaną sobie ludzką duszę. To właśnie był stan, o którym wspominał Mistrz Eckhart5, mówiąc, iż lepiej w takim stanie ducha przekroczyć kamień niż w innym dokonywać rzeczy wielkich.
Malin miała wrażenie, że potrzebuje najwyżej dwudziestu minut walki i usiłowań, by udało jej się osiągnąć ten stan spokoju i rezygnacji z własnej woli. Należało tylko zebrać się w sobie. Jak Jakub6: „Nie puszczę cię, jeśli mnie nie pobłogosławisz”7. Dużo się modliła. To była największa radość, jaką posiadała. Ale zawsze modliła się o Ducha Świętego, nigdy o nic innego,
Gdy jej najlepsza przyjaciółka, wbrew wszystkiemu, zdała maturę, dyrektorka szkoły podeszła do Malin, wzięła jej dłoń i powiedziała: „Twe prośby zostały wysłuchane, dziecko!”. Dziewczyna patrzyła na nią, nic nie rozumiejąc: czyżby panna Dalén sądziła, że Malin powinna była się modlić o maturę dla Netty? To byłoby bluźnierstwo... Tak więc na wszelki wypadek milczała, ponieważ nie był to odpowiedni moment, żeby zaczynać dyskusję na takie tematy. Czy może jednak milczała ze strachu i z lenistwa? Zawsze cierpiała, gdy w obecności innych musiała poruszać najbardziej czułe struny swojej duszy, ale mimo to zabierała głos i spowiadała się, rumieniąc się zawstydzona. Oczywiście była tchórzliwa, a także leniwa. Dlatego jej wielkim marzeniem było stać się nikim, umrzeć i zamienić się w powietrze — które przepuszczałoby światło słoneczne. A gdyby zawiodła, to wszystko wokół byłoby całe i czyste, bo ona na nowo poświęciła swoją wolę.
Poprzedniej jesieni, tej wspaniałej jesieni... Oddała się pracy w seminarium, a mimo to mogła powiedzieć: „Aczkolwiek to nie ja...”. Nie opierając się i nie buntując, pozwoliła, by wszelka nieuprzejmość, tu i w domu, przeszyła ją niczym cios mieczem podarowanym przez Boga. Stany ekstazy, które od czasu do czasu przeżywała w poprzednich latach, zamieniły się w całkowite poddanie się. „Żyję, aczkolwiek to nie ja...”.
Wcześniej pojawiały się zaćmienia, susze niczym na pustyni, o których wspominają wszyscy mistycy, gdy mamy wrażenie, że wszelkie źródła naszej duszy wyschły, a z nieba nie spada kropla deszczu. Ale ona czekała, dobrze wiedząc, że pokusą wiodącą do zła jest sytuacja, gdy człowiek pragnie szczęścia i bogactwa dla siebie, zamiast czynić wolę bożą na pustyni, tak jak i podczas tropikalnej wiosny. Czekała i wszystko minęło. Nie miała już żadnych pragnień poza tym, by stać się posłusznym narzędziem. I jej życzenie się spełniło.
Więc co mogło jej się przytrafić?
„Ten, kto wszystko w Tobie odnalazł, szczęśliwie wszystko przezwyciężył”8.
Oto Malin Forst, lat dwadzieścia.
Nie, choroba to choroba! Niby dlaczego należałoby traktować neurastenię inaczej niż na przykład zapalenie gardła! Myślę, że w tej kwestii naprawdę pozbyłem się przesądów.
Jeśli tak, to jest to ten rodzaj wolności od przesądów, do którego ja nie dążę. Różnica wydaje mi się niebotyczna. Między zapaleniem gardła a jego brakiem można pociągnąć ostrą granicę, bazując na czysto naukowych kryteriach: z jednej strony we krwi znajdujesz taką a nie inną bakterię i, jak zakładam, wywołane przez nią zmiany chorobowe, z drugiej zaś nie znajdujesz ich. Ale gdzie, z naukowo-przyrodniczego punktu widzenia, przeprowadzisz zdecydowane rozróżnienie między zdrową a chorą duszą? Zawsze będzie to w mniejszym bądź większym stopniu uznaniowe. To znaczy, oczywiście, gdy opuścimy obszar urojeń.
Nie muszą to chyba być urojenia. Kiedy z jakimś człowiekiem trudno wytrzymać w jednym pomieszczeniu, to jest z nim coś nie w porządku
No i proszę! To chyba dość uznaniowe kryterium. Nie jesteśmy w stanie wskazać na coś tak prostego jak bakteria neurastenii, musimy przejść do czegoś znacznie bardziej nieokreślonego, jak na przykład sposób bycia danej osoby. A ten, jak wiadomo, może się zmieniać w zależności od czasu, miejsca i klasy społecznej; staje się normą społeczną i tak naprawdę zależy od upodobań i oczekiwań oceniającego!
Nawet jeśli zostało to tu dość ostro wyrażone, to właśnie coś takiego miałem na myśli. Norma ta nie jest nam dana przez naturę, to nie jest norma biologiczna. Została wyznaczona przez życie, tylko i wyłącznie, co do tego się zgadzam. Ludzkie życie wniosło coś całkowicie nowego do procesu tworzenia. Coś, czego nie można podporządkować kryteriom biologicznym. To nowe to życie duchowe, które rządzi się własnymi prawami i posiada własne cele. Natomiast norma „społeczna” wydaje mi się równie mocno powierzchowna jak norma biologiczna. Jest postrzegana z zewnątrz i nie ma nic wspólnego z duchowością.
Do czego zmierzasz, posługując się tą ezoteryczną zagadką? Przepraszam, powiem teraz coś niestosownego, ale podejrzewam, że kierujesz się uprzedzeniami, że zerkasz na własne środowisko i ustanawiasz swoje ambitne życie duchowe jako normę jedynie po to, żeby ratować opinię dużej części neurotyków, którzy być może nie prezentowaliby się tak imponująco z medycznego punktu widzenia...
Tak, oczywiście, że „zerkam”, jak to określiłeś! Osobiście zdaję sobie w pełni sprawę z własnych „uwarunkowań”, które ty uznajesz za tak okropne, i daleki jestem od tego, żebym się ich wstydził. Jestem bowiem w stanie wątpić we wszystko, w naukę i tabliczkę mnożenia, ale nie w to, co stanowi o wartościach. I proszę nie cytować frazesów o „życiowym kłamstwie” z czasów, gdy modne było intelektualne podejście do życia. Tu nie chodzi o jakieś wypaczone rozumienie faktów, tylko o specyficzne ich wartościowanie, zatem nic, co miałoby cokolwiek wspólnego z „prawdą” czy z „kłamstwem” w znaczeniu intelektualnym. A więc tak, tak to wygląda: miliony ludzi spotkały swojego osobistego Boga, czy to we własnym wnętrzu, w historii, czy przez jego posłańców, a najwyraźniej i w najwyższym stopniu nieporównywalnie w Synu Człowieczym. I jeśli spojrzymy na postacie historyczne w tym właśnie świetle, wówczas uświadomimy sobie, jak całkowicie nieistotne są poglądy, które my w naszej nowoczesnej, durnej, higienicznej świadomości stosujemy do tych wielkich kwestii. Jakie znaczenie ma fakt, że ci oddani Bogu ludzie od czasu do czasu wyrażą swoją pobożność, którą wy zapewne będzie skłonni określić jako patologiczną i być może ja również w stopniu, w jakim także i mnie dotyczą przesądy naszych czasów? My czynimy to z innej perspektywy niż oni, to inna ocena, która bazuje na mniejszym doświadczeniu. Nazywacie Lutra9 neurotykiem, ja nazywam go duchowo w pełni zdrowym człowiekiem i mędrcem. Mogę również powiedzieć, że jego skala wartości, jak i chrześcijan przed nim i po nim, była zdrowa, ponieważ budowała na doświadczeniu, na przeżyciach tych, którzy dotarli najdalej i widzieli najwięcej, podczas gdy nowoczesna świecka skala wartości jest niezdrowa, ponieważ polega na ocenianiu z dołu, widzi najwyższe duchowe zjawiska z perspektywy duchowej, podkreślam: duchowej, niekoniecznie intelektualnej, na poziomie niedorozwiniętej żaby.
Dobrze, że masz silne i zdecydowane doświadczenia świata. Ale dlaczego sądzisz, że my, poganie, ich nie mamy, chociaż nasze oceny i ich gradacja mogą być inne niż twoje? Albo dlaczego zakładasz, że inni się mylą, a ty masz rację — o ile w kwestii wartości w ogóle można mówić o racji. Jeśli kogoś nienawidzę, to na pewno topornych moralizatorów, a głównie dlatego, że mieszacie dwie całkowicie różne rzeczy: jedno to wasze prywatne wewnętrzne doświadczanie piękna — chociaż przyznaję, że to właśnie ono nadaje życiu światło i kolor, co nie znaczy, że różne osoby nie mogą tego odbierać rozmaicie. A druga sprawa to to, co nazwałbym moralnością, a mianowicie zasady naszych działań. Zważ, że mówię o naszych działaniach, nie o naszym myśleniu czy o naszych odczuciach, które powstrzymują nas przed pożarciem siebie nawzajem. Im mniej miesza się te dwie kwestie, tym lepiej. Czy, prawdę mówiąc, nie jest przestępstwem ograniczanie, zastraszanie i zniekształcanie tego, co najbardziej wrażliwe i może się rozwinąć jedynie samo z siebie niczym delikatny kwiat, mianowicie wnętrze etyczne (lub jeśli ktoś woli: nasze wnętrze etyczne czy może nawet bardziej nasze wnętrze uczuciowe, które dokonuje wyboru, nasza subtelna duchowa moc miłości? Czy należy ograniczać ją, straszyć i zniekształcać przykazaniami? A z drugiej strony bezdennie głupie mieszanie waszych prywatnych estetycznych poglądów do wszystkiego, co dotyczy funkcji społecznych; myślę tu głównie o regulacjach prawnych, ale również o wszelkim wychowaniu, gdzie celem powinno być stworzenie jak najłagodniejszego i najmniej zauważalnego mechanizmu chroniącego życie obywateli i ich dobre samopoczucie, a nie tworzenie bożków spełniających wasze estetyczne oczekiwania!
Czyli jak najwięcej laisser-aller10! Tak uważasz? Przyznaję, że dla mnie to nieco za mało. Pomyśl o praktycznych konsekwencjach: masz przed sobą grupę dzieci i młodzieży, dokąd zamierzasz ich poprowadzić? Co chcesz zaproponować tym młodym, gdy staną przed tobą, gorąco pragnąc ideałów? Dasz im kamienie obojętności zamiast chleba życia? Pozwolisz, by szukali po omacku na własną rękę w ciemności? Nie, musimy wyjść od tego co najwyższe, nie najniższe, a już na pewno nie od niczego.
Jeśli człowiek potrzebuje ideałów, to możesz by pewien, że je znajdzie!
Ale jakie, jeśli nie otrzyma żadnych wskazówek? Zapewne strasznie prymitywne.
Przynajmniej nie będą sztucznie przyklejone.
Prawdę mówiąc uważam, że obaj jesteście nieco zanurzeni w abstrakcji. Osobiście chciałbym wrócić do tak zwanej perspektywy żaby, a mianowicie empirycznych faktów. To zawsze stały grunt, szczególnie jeśli chodzi o moje doświadczenia, chociaż patrząc w szerszym kontekście, to one oczywiście nie są aż tak istotne. Mam na myśli moich pacjentów z dolegliwościami nerwowymi, których znam znacznie lepiej niż legendarne postaci historyczne. To znaczy, wiem nie tylko, co mówią o sobie, kim twierdzą, że są, i jakimi ideałami świadomie się kierowali, ale znam ich także z nieco innej perspektywy i w nieco innym wymiarze: znam ich ciemne tajemnice, do których niechętnie się przyznają, ale które przecież mają. One istnieją i tworzą własne strachy, które żyją i mają się dobrze, mimo wszelkich wysiłków woli. Niewykluczone, a w każdym razie nie wydaje się to całkiem niemożliwe, że ich ideały są zbyt ciasne i zbyt duża część ich wewnętrznej siły nie znalazła tam miejsca i musiała stworzyć swoje własne, z uszczerbkiem dla sąsiadów. Jeśli to prawda, to takie ideały nazwałbym niezdrowymi. W każdym razie w odniesieniu do tych konkretnych osób. A być może w ogóle, bo przecież wydaje się, że wszyscy zostaliśmy stworzeni dość podobnie. Twoi legendarni święci też mogliby wiele powiedzieć na ten temat. Pokaż mi świętego, który niósł swoją świętość, nie będąc jednocześnie obarczony własnym prywatnym piekiełkiem, jeszcze gorszym od tego, z jakim mają do czynienia zwykli śmiertelnicy! Pokaż mi ich od wewnątrz, a nie ich legendę! Myślę, że na pewno wyglądają nieco inaczej. Są mniej godni zazdrości!
Godni zazdrości! Owszem, z punktu widzenia twojej moralności szczęścia być może mniej. A przecież nie wiesz nic o tym, co zyskali! Poza tym, łagodnie mówiąc, mijasz się z prawdą, utrzymując, że wszystkim pobożnym ludziom jest trudno. Posunę się nawet do stwierdzenia, że człowiek, który z twojej perspektywy jest jedynie biednym neurotykiem, z wyższego, duchowego punktu widzenia, może być szlachetniejszego zdrowia niż powiedzmy właściwie się odżywiająca i dobrze sypiająca maszyna, która biega w koło, szerząc zdrowy rozsądek i zaspokajając naturalne potrzeby. Biedne człowiecze dziecko, któremu nie dane zostało życie duchowe z jego lękami. Ono nawet nie wie, jakie to uczucie, kiedy zostaje się uwolnionym od tego strachu.
Naprawdę nie wiem, dlaczego zdrowsze miałoby być życie w uczuciowym uniesieniu niż posiadanie urojeń, na przykład, że jest się ptakiem i potrafi się fruwać. Czy koniec tak czy inaczej nie jest taki sam: życie nam zaprzecza, fakty chronią nas przed błędami?
Ja nie mówiłem o uczuciowym uniesieniu. Powiedziałem jedynie, że moralność szczęścia to kiepska moralność i że nie należy się bać prób i cierpienia: złoto hartuje się w żarze, a „tajemnica walki i bólu” zasługuje na wdzięczność. Tak więc myślę, że uniesienie nie jest nikomu potrzebne, nawet jeśli ma się wiarę wielkości ziarnka gorczycy. Wręcz przeciwnie, jestem przekonany, iż wielu pacjentów szpitala psychiatrycznego nigdy nie padłoby ofiarą swoich „chorobliwych” ciągot, które początkowo zapewne były zwykłą złośliwością, lenistwem czy inną złą skłonnością, gdyby posiedli ten prosty nawyk: a mianowicie codziennie rano modlili się poważnie i szczerze. Wtedy byliby w stanie stawić czoło zarówno zewnętrznym, jak i wewnętrznym burzom lepiej, niż mając wsparcie jedynie w świecie doczesnym. Na pewno musieliby borykać się z trudnościami i pokusami, musieliby walczyć, cierpieliby, ale być może wygraliby tę walkę. I to jest poważna konsekwencja waszej biologicznej perspektywy! Tak więc wygodniej jest, oczywiście na początku, bo koniec zawsze jest przerażający, obwiniać „chorobę”, z którą nie można nic zrobić, niż poważnie i rzetelnie podejść do tego, co najważniejsze i co stawia największy opór: grzech, na który jest jedno i tylko jedno lekarstwo, a mianowicie wybaczenie. Jeśli ucieknie się do ziemskiego lekarza i innych szarlatanów zatruwających dusze, by pozbyć się poczucia grzechu i winy, to znaczy, że sprzedało się swoje prawo pierworodztwa za miskę soczewicy11. By nie powiedzieć, że sprzedało się swoją duszę.
Przecież nic o tym nie wiesz, jedynie w to wierzysz!
Wiem to z doświadczenia. A ty mówisz, jakbyście wy „wiedzieli” więcej, czy chociażby tyle, szafując tymi waszymi twierdzeniami i hipotezami!
To są hipotezy robocze! My przynajmniej chcemy zyskać wiedzę, a ty nie chcesz wiedzieć, nie pragniesz nawet jej poszukiwać, bo przecież skończyłeś z tym. Pragniesz jedynie wierzyć!
Nasze etyczne podstawy są przynajmniej stałe, a to więcej niż to, co nauka kiedykolwiek może nam zapewnić! Poza tym my także musimy szukać i walczyć, co, powiem ci, na ogół jest ciężkie i gorzkie. „Tylko wierzyć!”. Gdyby to było takie proste. Nasza faktyczna „wiedza” jest jak powiew wiatru, jutro wasze świątynie nauki zostaną zastąpione innymi, które w swoim czasie zostaną zburzone, by ustąpić miejsca czemuś nowszemu, nowocześniejszemu... Przypomina mi się coś, co podobno Hans Christian Andersen12 napisał w jednej ze swoich baśni: „Wiara ma wszystko, a nasza wiedza jest uboga!”.
I to według niego miałby być dowód na wyższość wiary nad wiedzą?
Tak to brzmi!
Pragnę zwrócić uwagę, iż dyskusja nasza zeszła na bardzo niski poziom, chociaż pewnie żaden z panów tego nie zauważył! Prawdę mówiąc, powróciliśmy do przestarzałego intelektualnego stawiania problemu. Ale czyż nie jest to pułapka, którą warto rozważyć? Czy to rzeczywiście możliwe, że wartości pozostają niezmienione, gdy fakty ukazują nam nową twarz? Nie sądzę. Myślę, że one też się zmieniają.
To niemożliwe. Czegoś, co dla mnie jest wartością, nikt mi nie odbierze.
Cisza, podczas której wszyscy trzej oddają się rozmyślaniom.
Cóż za zły wódz kieruje chmurami, gdy w ciemnościach zbierają swoje armie, otaczają niebo, potrząsają zbrojami i ruszają do szturmu, by ukraść światu światło?
O Panie, czy nawet Ty nie pozostajesz niezmienny? Jak twoja twarz może ciemnieć w naszej duszy i zmieniać się z dnia na dzień? Jak Ojciec może zrzucić swój świetlisty płaszcz i stać się bezlitosnym Sędzią?
Nic, Panie, nie łączy Cię z bożkami, które ludzie stworzyli dla siebie. To cuda z głowami zwierząt, ukoronowanymi podwójnym diademem władzy i przerażenia. Migoczą w ciemności zielonymi kocimi oczami, pomrukują na okrucieństwo, które ludzkość odłożyła na bok. One nie są twoją rodziną, Panie, Ojcze mój!
Lecz przy końcu świata, który spadnie w ciemność, myśli żywych łopotać będą niczym lękliwe nietoperze; lecąc w dół, zostaną oślepione ciemnością nocy, wzdrygną się przed przepaścią, trzepocząc nad krawędzią, słyszalne jedynie niczym daleki szept, szum obcego morza, obmywającego korzenie przebudzonego świata.
W głębinie może się on odrodzić niczym wiatr czy oddech wokół czegoś, co się porusza. To wystarczy, by przepaść zaczęła rozbrzmiewać burzą i lśnić błyskawicami, a nietoperze uciekły, jęcząc i wzdychając. Na skalnych górskich zboczach drżą niebywałe cienie.
Co my wiemy o tym Straszliwym!
Klub szachowy sił władzy.
Gra toczy się we wszystkich kierunkach. Wysiłki przeciwnika przecinają przestrzeń niczym napięte nici błyskawic, powstają miliardy delikatnie zmieniających się kombinacji, powstają, by sekundę później zostać unicestwione. Odkładane na później problemy, zniekształcone, pomieszane, zyskują niezliczone rozwiązania i napotykają niezliczone przeszkody. Spojrzenie wypatruje końca walk na jednym z milionów pól — i już to jest za dużo dla ludzkiego oka.
Czarne otwierają grę. Pierwszy ruch zawsze jest pogrążony w mroku, owiany tajemnicą. Nikt nie wie, jakie możliwości stworzy ten zalążek początku. Nowe życie rodzi się z jednokomórkowych istot pierwotnych, po czym przechodzi cały długi cykl rozwoju, prowadzący do powstania człowieka. W swym prehistorycznym śnie musi rosnąc — powtórzyć wszystkie fantastyczne zmiany, wykonać kolejny raz ten ogromy wysiłek przed potężnym skokiem, ponownie przetrwać napięte sytuacje, w których życie rzuciło się w wir odważnego procesu dostosowania się, odtworzyć niczym żywiołowa Missisipi13 wielowiekowy proces kreacji, ograniczony do trwającej zaledwie dziewięć miesięcy Imatry14. Dziewięć miesięcy...? Być może embrion rzeczywiście odbywa wędrówkę w czasie. Na początku każdego życia otwiera się czarna wieczność.
Białe odpowiadają jednym ruchem, ale równie głęboko tajemniczym. Nieznany strach napiera na proces tworzenia, blokuje go niczym niewzruszone kamienne głazy, zmusza do przejścia na inny, wciąż jeszcze dostępny tor, idzie za zmieniającymi się formami z ich przeszkodami, aż zaczyna dyszeć niczym ktoś ścigany i rzuca się w dziki eksperyment bądź usycha w bezsilnej degeneracji. Jakie pierwotne marzenia oporu i strachu tkwią w komórkach płodu, zmuszonego bez przerwy do przybierania nowego kształtu, by już po chwili porzucić go dla kolejnej formy? Zasysające prądy morskie, pchające bezwładne istoty pierwotne ku zagładzie, ale i ku życiu? Przeczucie śmierci w zimnej krwi gadów? Wieczne poczucie niewystarczalności wobec nieobliczalnej przyrody i ciężaru materii?
Czarne idą dalej. Gromady półludzi, stworzeń podobnych do cieni, zbierają się wokół tego, co ma nastąpić, by dojrzeć błysk własnego odbicia w tym nasieniu przyszłości. Zielonoocy przodkowie mieszkający w grotach, z błyszczącymi zębami. Powstał człowiek, największy drapieżnik, gatunek dysponujący bronią groźniejszą niż tygrys o kłach niczym szable i wystarczająco szalony, by ją dalej rozwijać.
Białe podążają dalej i chronią się. Napór trwa z dwóch stron: ze strony otaczających nas potężnych sił — to ciemność nocy, oberwanie chmury, trzęsienia ziemi i drapieżniki — zmuszających do uciążliwego nieustannego czuwania i uciążliwych przemyśleń, lecz także ze strony własnego plemienia — to bliskość drugiego człowieka, ale i ludzie zmuszani do kontroli, posłuszeństwa, poddania się czy porzucenia. Wieki, gdy porządek stawał się coraz bardziej surowy, gdy przykazania czerpały z kielicha śmierci i cierpienia, gdy społeczeństwa kształtowały się i rozwarstwiały. Wszystko to tkwi niczym ponury sen w tym, co jeszcze wciąż powstaje. Czy stanie się cechą charakteru, ciągotą, silną skłonnością do uniku, gdy przemówi srogi głos?
Czarne — prosty konkretny ruch. To, co rośnie, rozsadza swoją powłokę: poród. Brutalny niczym morderstwo na tle seksualnym — rozwarcie, krew i ból.
Białe odpowiadają na miarę swoich możliwości. Tkanki napinają się niczym sieć wokół miotającej się ryby. Wyrzucony w nieznany świat, na granicy świadomości, w uścisku między ciałem a krwią, zmuszony do walki o życie... Strach, odwieczny strach bierze w posiadanie szamocące się maleństwo, przechodzące przez zawirowania porodu.
...
