Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Astarte to opublikowana w 1931 roku debiutancka powieść szwedzkiej pisarki, Karin Boye (tutaj w nowym polskim przekładzie Pauliny Rosińskiej). Akcja rozgrywa się w świecie mody, a głównym bohaterem — z pozoru — jest manekin (lalka z wystawy, nawiązująca właśnie do potężnej bogini Astarte), wokół którego krąży wiele osób. Powieść przedstawia fragmentarycznie losy młodych Szwedów — kobiet i mężczyzn, przedstawicieli elity i członków klas niższych, urodzonych w Sztokholmie i pochodzących z odległych prowincji kraju — próbujących poradzić sobie z wyzwaniami losu w gwałtownie modernizującej i komercjalizującej się rzeczywistości początków XX stulecia.
Bohaterowie mierzą się z różnymi problemami w życiu zawodowym i osobistym: pierwsza praca, pierwsza miłość, pierwsze doświadczenia seksualne, przeprowadzka do wielkiego miasta, śmierć rodzica, szkoła, bieda etc. Każdy z nich próbuje odnaleźć własną drogę w tym ogólnokulturowym pogubieniu. Ich losy splatają się i na powrót rozchodzą, a zaintrygowany czytelnik, zmieniając co rusz perspektywę, podaża śladami Britt, Tagego i Violi po — raz zalanych światłem, a kiedy indziej pełnych mrocznego strachu — alejach i zaułkach Sztokholmu.
Powieść jest niewątpliwie krytyką współczesnego autorce, rodzącego się wręcz na jej oczach, społeczeństwa konsumpcyjnego. Jednak refleksje Karin Boye idą o wiele dalej, pogłębiając podstawową problematykę o kwestie religijne, filozoficzne, estetyczne i te związane z pozycją kobiety w zmieniającej się gwałtownie rzeczywistości czy też z niebezpiecznymi związkami miedzy światem biznesu i środowiskiem polityków oraz intelektualistów. To także swoisty rozrachunek autorki ze szwedzką mentalnością — zarówno w jej wydaniu stołecznym, jak i tą wyrastającą z tradycyjnej prowincji. Poruszone zostają nawet zagadnienia pośrednio związane z kolonializmem, poprzez ukazanie zawiłej relacji między kulturami Zachodu i Wschodu.
Mimo że powieść jest debiutem prozatorskim Karin Boye, szwedzkiej pisarce udało się w stworzyć w niej własny, autonomiczny język literacki, bazujący w znacznym stopniu na stylistyce inspirowanej modernizmem, ale charakteryzujący się również obecnością elementów autorskich. Intrygująca jest także sama konstrukcja tekstu, który swą strukturą przywodzi na myśl o wiele późniejsze dzieła, jak np. Gra w klasy Julio Cortázara, pozostawiając czytelnikowi znaczną swobodę w sposobie lektury. Powieść podzielona jest na rozdziały, ale w zasadzie każdy z nich mógłby być odrębnym opowiadaniem.
Książka została nagrodzona w wielkim skandynawskim konkursie na nową powieść (szwedz. den stora nordiska romanpristävlan) organizowanym w czasach Karin Boye przez wydawnictwa Bonniers (Szwecja), Gyldendals boghandel Nordisk forlag (Dania) i Gyldendal Norsk Forlag (Norwegia).
Autorką przekładu Astarte na język polski, opublikowanego na portalu Wolnych Lektur, jest Paulina Rosińska. W tłumaczeniu zostały zachowane w znakomitej większości cechy stylistyczne typowe dla szwedzkiego modernizmu w literaturze i dla osobistego stylu autorki (np. liczne powtórzenia, często o charakterze anaforycznym).
Powieść Astarte Karin Boye dostępna jest jako e-book (EPUB i Mobi) oraz plik PDF.
Książkę polecają Wolne Lektury — najpopularniejsza biblioteka on-line.
Karin Boye
Astarte
tłum. Paulina Rosińska
Epoka: Modernizm Rodzaj: Epika Gatunek: powieść obyczajowa
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 184
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
tłum. Paulina Rosińska
Ta lektura, podobnie jak tysiące innych, jest dostępna on-line na stronie wolnelektury.pl.
Utwór opracowany został w ramach projektu Wolne Lektury przez fundację Wolne Lektury.
ISBN-978-83-288-7960-7
Eksperci od reklamy, obaj ze Sztokholmu, odchylili się w obitych skórą fotelach, po czym jeden i drugi nieco przekrzywił głowę, uczesaną z idealnym przedziałkiem, by z większą uwagą przyjrzeć się obiektowi z perspektywy — można rzec — publiczności. Obiektem była wysoka, szczupła figura kobiety, wykonana z drewna i pozłacana, zaprezentowana w lekko wystylizowanej postawie: biodro cofnięte, szyja i ramiona wysunięte do przodu, zaś ręce swobodnie, acz trochę niezdarnie uniesione w geście, który w istocie nie wyrażał najmniejszego choćby poruszenia duszy, przestrachu, tęsknoty czy też radości, za to cieszył oko grą subtelnych, łagodnych linii.
— No — powiedział pan Landers — przystojna kobieta.
Słynny artysta, zajmujący się reklamą, Sigfried Kauz, zwrócił ruchliwą, ostro zarysowaną twarz do swojego rozmówcy, a jego małe oczy roziskrzyły się przekonywająco.
— Ależ skąd — obwieścił. — To nie kobieta. To bogini.
Landers roześmiał się.
— Może bogini reklamy? Czy też bogini mody? Nie wydaje się stworzona do noszenia ubrań, mam rację?
Kauz pochylił się w przód z tajemniczą powagą.
— Stoi pan przed obliczem bogini wyższej rangi — powiedział. — To wcielenie Astarte1, która żąda, by składać jej w ofierze ciała i dusze.
— Darzę Astarte najwyższą czcią — stwierdził Landers, po czym skłonił się szarmancko przed pięknym manekinem. — Nigdy jednak nie przyszło mi do głowy, że takie bóstwo zniży się do działania w służbie reklamy.
— Żyjemy w czasach zeświecczenia — odrzekł artysta, wzruszając ramionami w nonszalanckim geście żalu. — Człowiek interesu musi wykorzystywać nawet i bogów. A które z bóstw jest potężniejsze od Astarte? Niebo i ziemia leżą u jej stóp. Jeśli jednak biznesmen potrafi ją na tyle okiełznać, by mu służyła, to czyż nie zyska w ten sposób najsilniejszej i najsprytniejszej sojuszniczki? A i owszem. Zresztą biznesmeni każdej epoki szukali u niej wsparcia. Ale świadomie, z rozmysłem wykorzystywać jej boską moc? Coś takiego możliwe jest dopiero w naszych czasach. Triumf sekularyzacji! Triumf reklamy!
Kauz pieszczotliwym gestem powiódł w powietrzu wzdłuż boku manekina. Jego czuła, a zarazem brutalna dłoń zdawała się wykonywać finalny ruch w misternym akcie kreacji.
— Mówi pan, że nie wygląda na stworzoną do noszenia ubrań — podjął. — To jak najbardziej słuszna uwaga. Ma uniesione ręce, by tkanina spływała po jej sylwetce niczym draperia, nie osłaniając całkowicie nagości ani jej w pełni nie eksponując.
— Ale dlaczego ją pan pozłocił? — zapytał Landers. — Jest przez to nierealistyczna. Żywa kobieta tak nie wygląda, poza tym w rzeczy samej nie sądziłem, że Astarte...
— Bogini najchętniej ukazuje się okryta, by nie oślepiać oczu śmiertelników — odpowiedział Kauz. — Pod werniksem kultury czają się pierwotne popędy, a tych nie wolno puścić luzem, można je tylko prowadzać na smyczy. I ja je właśnie tak prowadzam. Ale pod pozłotą przyzwoitości, rozumie pan, żeby nie przerazić żadnego spośród tych maluczkich... Wziąłem jeden element kobiecego ciała: formę, natomiast usunąłem kolor. Można było też postąpić odwrotnie: pozostawić kolor, a zeszlifować formę. Coś jest koniecznością — lecz wszystko jest nadmiarem.
Młodszy spośród dwójki ekspertów do spraw reklamy, który do tej pory siedział w milczeniu, odchrząknął, po czym odezwał się rzeczowym, energicznym tonem:
— Chciałbym zapytać o kilka szczegółów. Po pierwsze: istotnie prawdopodobne jest, że taki manekin będzie przykuwał uwagę, co samo w sobie stanowi korzyść. Jednak owa uwaga powinna przecież zatrzymywać się nie na nim, a na towarach. Pytanie brzmi, czy to właśnie ma tu miejsce. Innymi słowy: czy taka reklama jest trafna?
Artysta z ironicznym skupieniem patrzył na niego spod przymrużonych powiek. Odezwał się głosem łagodnym i przeciągłym niczym cierpliwy nauczyciel do pilnego, acz nieuzdolnionego dziecka.
— Drogi panie — zaczął — naprawdę sądzi pan, że człowiek jest praktyczny? Że jego uwaga jest praktyczna? Może w przypadku obytego sprzedawcy, ale w odniesieniu do przeciętnego klienta nigdy! Widziałem ludzi pod sklepikiem obuwniczym, którzy wpatrywali się jak zaklęci w strzałkę na końcu skręconego spiralnie drutu, poruszającą się w górę i w dół, w górę i w dół nad wystawionymi tam butami. Te zaś nie miały w sobie nic szczególnego, ale rytmiczne ruchy strzałki przemawiały do instynktu patrzących. Cóż, nie zamierzam twierdzić, że ich uwaga przeniosła się w tym przypadku na towary, były one bowiem zbyt luźno powiązane ze strzałką. Rolą tkaniny natomiast jest w istocie podnieść atrakcyjność kobiety w nią ubranej, nie sądzi pan? Ma ona zatem wiele wspólnego z moją Astarte. W przeciwnym razie mógłbym przecież stworzyć funkcjonalistyczny2 wieszak z metalowej rury; przemówiłby do biznesmenów i artystów, których ciągnie do abstrakcjonizmu3, ale nie do przeciętnej kobiety. Niech pan łaskawie zwróci uwagę, że to nie sam widok obiektu rozpala pańską żądzę (młody ekspert od reklamy wyglądał na zakłopotanego), lecz skojarzenia, które ów widok wywołuje. Często dane skojarzenie jest tak bezpośrednie, że nie wymaga dodatkowego zaakcentowania. Gdy potrzebuje pan nowego kapelusza, gdy faktycznie odczuwa pan jego brak, wtedy skusi pana witryna z kapeluszami, choćby i najgorzej zaaranżowana. Kto natomiast potrafi owe skojarzenia zaakcentować, wydobyć na powierzchnię, skierować w kanały, w których swój początek biorą najsilniejsze nurty, ten przejmuje władzę nad potrzebą, wywołuje ją, steruje pragnieniami świata. Mój manekin jest sternikiem skojarzeń. Pan być może należy do tych, co sądzą, iż człowiek ubiera się powodowany tajemniczą siłą natury, zwaną Gustem — kontynuował. — No tak, gust... Ale czym on jest? W trzech dziesiątych składa się z doświadczenia, pozostałe siedem dziesiątych to wątpliwe, romantyczne ideały najróżniejszej maści. Widziało się znaną aktorkę w podobnym stroju albo pamięta się z wczesnego dzieciństwa elegancką ciotkę, która zawsze miała beżową wstawkę z koronki przy dekolcie. Być może lubi się niewielki, ledwie widoczny męski detal w ubiorze; wcale nie jest się jak inne kobiety, a w przypływie szczerości jest się, patrzcie tylko, prawie jak mężczyzna. Albo choćby symboliczną aluzję do niemowlęcia... Cóż to szkodzi, skoro nie ukończyło się jeszcze sześćdziesiątki? Młoda niewinna dziewczyna pała chęcią upodobnienia się do rodziny Borgiów4, ma bzika na punkcie renesansowych czepków, w których bezsprzecznie jest jej nie do twarzy. Tak właśnie wygląda ów indywidualny gust.
— Zgoda — powiedział młody dyrektor do spraw reklamy — rozumiem. Zamierzałem jednak zapytać jeszcze o rzecz następującą: przecież chce pan dotrzeć do kobiet. Gdyby chciał pan dotrzeć do mężczyzn, taka „Astarte”, jak ją pan nazywa, byłaby, rzecz jasna, silnym magnesem. Ale co z kobietami?
— W takim razie zupełnie mnie pan nie zrozumiał — odparł Kauz z niezmiennie anielską cierpliwością, tym bardziej zaskakującą, że poza tym nie miał w sobie ani jednej cechy, ani jednej właściwości, której można by przypisać anielskość. — W takim razie zupełnie mnie pan nie zrozumiał. Sądzi pan, że pragnę wywołać zakochanie? Cóż, skoro tak, to w istocie pragnę wydobyć na jaw ów szczególny rodzaj zakochania, które już istnieje, istniało od zawsze: moje zakochanie we mnie samym!
Uderzył się w pierś w komicznym geście, który Landersa rozśmieszył, a tego drugiego poruszył w nieprzyjemny sposób. Artysta wydał się mu nazbyt cyniczny. Przyzwoity człowiek nie kocha siebie samego, co najwyżej żywi do własnej osoby szacunek.
— Ach, istnieją inne rodzaje zakochania, tyle różnych rodzajów — westchnął Kauz i pokiwał głową. — Jest zakochanie w ludziach, pieniądzach, pieskach salonowych, rokokowych fotelach, obrazach... Może mieć ono temperaturę dwóch stopni albo osiągać punkt wrzenia, może trwać pół minuty albo wiele lat. Tego ostatniego rodzaju nie chcę wywoływać. Wprost przeciwnie, wolałem go unikać.
Przerwał, po czym odwrócił się i zlustrował złotą twarz manekina o drobnych wiśniowoczerwonych ustach i wąskich łukach brwi nad czarnymi, migdałowymi oczami.
— A co pan powie o jej duszy? — zapytał ni stąd, ni zowąd.
Ten o energicznym głosie nie krył zdenerwowania.
— Co to, to nie, podziwiam pańskiego manekina i doceniam jego walory jako dekoracji, ale proszę wybaczyć, nie znajduję w tym kawałku drewna ani grama duszy. Przecież nawet rysy tej lalki nie są realistyczne, a jedynie ledwie zaznaczone. W jej twarzy nie ma śladu intelektu czy poczucia moralności, podobnie zresztą jak w postawie jej ciała. Niech pan nie sądzi, iż jestem na tyle głupi, by takie wymagania stawiać wobec manekina w witrynie sklepowej. Ale skoro już pan mnie o to pyta...
— Właśnie, dlaczego lalka sklepowa miałaby potrzebować duszy? — wtrącił uspokajającym tonem Landers.
— Dlaczego Astarte miałaby potrzebować duszy? — skorygował artysta podniośle. — O, nie, ona jej nie potrzebuje. Do tego właśnie zmierzałem. Astarte jako taka nie ma rysów, to o wiele późniejszy wynalazek, podobnie jak dusza... Gdy zmienimy natomiast perspektywę metafizyczną na handlową, dla salonu mody to prawdziwe szczęście, że Astarte duszy nie posiada. Dopiero co mówiłem o zakochaniu w innych ludziach, rzeczach. Uniknąłem zakochania, unikając rysów i duszy. Uniknąłem indywidualności. Pozostał jedynie rudyment.
— Nie rozumiem — powiedział energiczny.
(W jego głosie dało się słyszeć, że ów fakt napawa go dumą).
— Nie rozumie pan, że z tego wszystkiego, co odróżnia jedną osobę od drugiej, nie pozostało tu nic do pokochania? Tu jest już tylko Płeć, ale to płeć w jej najbardziej uwodzicielskiej i pewnej swego zwycięstwa formie. Kobieta, która, mijając wystawę, uchwyci istotę samej siebie w oderwaniu od indywidualności, rozpozna własne skryte pragnienia, z satysfakcją ujrzy siebie w skończonym pięknie drugiego ja. Na moment ona i lalka stają się jednym. Przepraszam, ona i bogini. W poczuciu, że jest się dwiema osobami, nie ma zgoła nic dziwnego. Z pewnością przytrafiło się to panu czasem we śnie. Warto jednak zwrócić uwagę, że owo słodkie zakochanie w samym sobie, wywoływane przez manekina, z łatwością, z ogromną łatwością rozciąga się na tkaniny, spływające z jego ramienia. Bo przecież w takim usposobieniu czyż istnieje coś, co będzie wystarczająco dobre dla owego „ja”, które jest kochane, czy też raczej dla owej Płci, w której budzą się samoświadomość i marzenia o zwycięstwie? Tak oto mamy w swoim ręku najpotężniejszą ze wszystkich mocy, badamy ją, wykorzystujemy...
— To nawet niezłe — stwierdził Landers. — Zdaje mi się, że ma pan nieco skłonności do metafizyki. W końcu jest pan Niemcem. — Mile połechtany Kauz skłonił się w odpowiedzi. — Tak czy siak, rozumiem doskonale, jak to działa. Tylko nie trzeba było z początku nazywać manekina boginią, a zwłaszcza Astarte. Uległem nieco przesądom, przez co zrobiło mi się nieswojo.
— Bogini pohańbiona. Przestraszył się pan? — Kauz roześmiał się. — Dokona zemsty? Możliwe. Ale dlaczego akurat na nas? Przecież wiemy, co robimy. Przede wszystkim pobłogosławi pańskie źródło utrzymania, a także, śmiem mieć nadzieję, moje. Przynajmniej uniknie bezrobocia. To nie są czasy dobre dla bogów. Nawet najdumniejsi muszą zniżyć się do służby jednemu prawdziwemu bogu: Mamonie.
Energiczny dyrektor był w głębi serca dość mocno zbulwersowany lekceważącym tonem słów artysty. Lubił w święta chodzić do kościoła. By zakończyć rozmowę, której i tak wkrótce groziło zejście na tematy mało handlowe, powiedział:
— Z punktu widzenia reklamy lalka ta wydaje się dobrym pomysłem. Jako reprezentant firmy potwierdzam, że ją bierzemy.
Landers przytaknął kiwnięciem głowy. Energiczny mówił dalej:
— Jeśli zaś chodzi o pozostałe lalki, o manekiny, chciałbym zmienić nieco sylwetkę. Niech pan spojrzy. — Wziął do ręki magazyn. — To jest ostatni krzyk mody, będzie obowiązywać w tym sezonie. Mógłby pan jednak spłaszczyć nieco linię bioder i podciągnąć ją trochę wyżej? Taka figura najlepiej pasowałaby do naszych modeli, a zdaje pan sobie z pewnością sprawę, że inne przedsiębiorstwa z tej branży mają podobną opinię w tej kwestii, zatem wprowadzenie zmiany będzie korzystne również dla pana.
Kauz z uśmiechem zerkał spod przymrużonych powiek na wąskie rysunki modeli, przypominające rozciągnięte gumki do bielizny.
— Żadna kobieta tak nie wygląda — powiedział — i na szczęście nigdy nie będzie, z pożytkiem dla przedłużenia gatunku. Lecz ideał powinien pozostać nieosiągalny, jak to mówią. Si Dieu n’existait pas5... Tak samo jest z tymi biodrami. All right6, grunt, by modele się sprzedawały. Zrobię, co w mojej mocy.
Obaj panowie podpisali swoje zamówienia, po czym wstali, ukłonili się i wyszli.
Na ulicy Landers, z ledwie wyraźnym uśmiechem, zapalił cygaro.
— Tak, powiem jak królowa w Hamlecie7: „Zdaje mi się, że ta dama przyrzeka za wiele”8. Zobaczymy, czy dotrzyma słowa. Wywiem się później, jakie wrażenie zrobi na mojej młodej bratanicy, która jesienią przyjedzie do Sztokholmu z Riltuny; ot, mieścina w szczerym polu. Jak to dziwnie dziś brzmi: w szczerym polu.
— Czyżby sądził pan, panie Landers, że w obecnych czasach nie ma już nic szczerego?
— Ależ jest, na tyle, na ile sytuacja tego wymaga, jak to się mówi. Myślałem raczej o tym, że miejsca przybliżyły się do siebie. Riltuna... Cóż to takiego, mógłbym dotrzeć tam pojutrze, gdybym chciał. Ale nie będziemy filozofować. Dziękuję panu za miłe towarzystwo, panie Westman. Przyjemnie było pana poznać. Liczę, że spotkamy się jeszcze kiedyś w Sztokholmie.
Panna Jansson ubiera manekiny na wystawie dużego salonu mody. W tym roku obowiązuje tweed, niebieski melanż, sól i pieprz, brązowy melanż... Lekkie komplety spacerowe, praktyczne w swojej prostocie, do tego mały sportowy kapelusz bez ozdób — samowystarczalne, staranne, konkretne, do biura, jak i na spacer wzdłuż Strandvägen9 oraz przedpołudniową przechadzkę po sklepach.
Moda nie powstaje z przypadku. W jej zmianach odzwierciedla się duch czasu, swoiste dla owego ducha jak i młodego pokolenia usposobienie oraz wartości. Prosta spódnica noszona przed południem, która nie może być za długa, wyraża kobietę kompetentną na polu zawodowym, partnerkę dla mężczyzny w pracy i w sporcie. Dyskretne kolory — a zarazem jakże wyrafinowane! — subtelnie akcentują powagę i obowiązkowość. Natomiast peleryna, miękko opadająca na ramiona, faluje poruszana powiewem z romantycznej krainy marzeń; nie chodzi tu jednak o sielankowy romantyzm, który miał się dobrze w starych ziemiańskich dworach wśród kwitnących jabłoni, lecz o inny, bardziej mroczny i surowy, taki, którego aura wciąż jeszcze spowija podróż i przygodę. Bo czyż ta pelerynka nie przypomina nieco skrzydeł? Podróżny to tajemniczy ptak, którego bystre oczy skrywają wiele pytań. Skąd przybywa nieznajomy? Co widział, co robił w obcych krajach? Lecz to nie tylko podróżny, od dawien dawna osłaniający się peleryną — to również poszukiwacz przygód... Dżentelmen zawadiaka, który w powieściach kryminalnych skrada się po pogrążonych w mroku schodach, nocny mściciel, działający poza prawem i społeczeństwem, któremu złoto daje jednak władzę, jakiej nie ma nikt inny... Znika praktyczna powaga. Możliwe, że proste linie to pozór. Zielony kapelusz10, „pour le sport”11 — czy w rzeczy samej oznacza on prostotę i konkret? Pędzący ze świstem, elegancki sportowy samochód — czyż istotnie jest przejawem triumfu pracy?
Uniesione z gracją ramiona pozłacanej kobiecej sylwetki spowija tweed w wyszukanych odcieniach, ciepła, miękka wełna o misternym splocie. Przygaszone tony czerwieni i zieleni zyskują głębię na tle matowego złota i przesycają promieniami ciepła pierwszy jesienny chłód.
Daleko, na szkockich wyżynach pasą się w wilgotnej mgle stada owiec. W ciszy rozbrzmiewa dzwoneczek, smętnie, a zarazem swojsko i uspokajająco. W letni dzień godziny trwają — długie, senne, szare; niebo jest jednolite i szare, cisza jednolita i usypiająca. Pachnie mokrą trawą, mokrą macierzanką i mokrą ziemią, pachnie wilgocią i chłodem, a gdy odwrócić głowę — owcami, stadem i bezpieczeństwem.
Owce mają stare oblicza, same też są stare. Gdy odchylają głowy i beczą, ich pobekiwania brzmią niczym tęskne echo, dochodzące z szarej głębi prawieków. Stada owiec, grzbiet przy grzbiecie jak fale na morzu, były przy Abrahamie12 i Locie13, gdy ci powoli przemieszczali swoje szałasy, dzień po dniu, po równinach Mezopotamii14. Już wtedy spijały rześkie zapachy, patrzyły ze spokojem na ginące w oddali wzgórza, łagodnym pobekiwaniem przerywały ciszę, zaś człowiek prowadził je dalej i dalej, ku niecierpliwie wyczekiwanym nowym królestwom, które miał wziąć w posiadanie. Każda trawiasta równina przynosiła takie samo szczęście jak inna, w wiecznej teraźniejszości nie było miejsca na tęsknotę; jedynie człowiek był nienasycony, zmusił stworzenie, by podążało za nim w niekończącej się wędrówce ku Ziemi Obiecanej15. Pewnego dnia pasterz schwytał przeżuwające zwierzęta — jedno po drugim — i powiązał im nogi. Ogarnął je strach! Jednak po kilku przerażonych wierzgnięciach, gdy zimny metal dotknął ich ciepłej skóry, zastygły w bezruchu, a wełna poddawała się nożycom i opadała w dużych kłębach, choć same owce nie pojmowały, dlaczego tak się dzieje ani nawet nie potrafiły się nad tym zastanowić. I pewnego wieczora przyszli mężczyźni, i wybrali ze stada jagnięta i barany, i zanieśli je na ołtarz ułożony z pozbieranych kamieni, a wtedy zwierzęta wierzgały tak samo gwałtownie i beczały tak samo bezradnie — tym razem jednak nie zdążyły się uspokoić, albowiem w owej chwili chodziło o życie. Ale nie przeczuwały znaczenia wąskiej smugi dymu, która wydobywała się ze stosu kamieni i pięła ku gęstniejącym, burzowym chmurom; nie wiedziały nawet, że istnieje powód, by coś przeczuwać. I tak ostrzyżono ich wełnę i odebrano im życie w wyższym celu, a posłuszną i łagodną owcę przedstawiono jako obraz cierpliwej ofiarności. Ale o czym tu w ogóle mówić? Ich ofiara nie była wielka. Im bowiem każda trawiasta równina przynosiła takie samo szczęście jak inna, zaś w wiecznej teraźniejszości nie było miejsca na tęsknotę.
Tymczasem wzgórza Południowej Afryki i wyżyny Australii są czerwone od owczej krwi i białe od owczej wełny. W porze strzyżenia owiec kłęby wełny opadają na ziemię niczym tłusty, żółty śnieg, potem prasowane są w duże bele i ładowane na duże statki. Hen, za morza!
Gdy słyszymy o odległościach, dzielących układy słoneczne, nie doznajemy zawrotów głowy. Liczby te są zbyt wielkie, by objąć je myślą. A gdy mówimy: „Pomyśl!” , udajemy zdumienie, którego nie odczuwamy. Tak samo jest z przepastnymi głębinami mórz. Wiemy, że pod powierzchnią chłostaną sztormem kryje się bezwietrzna otchłań gęstniejącego mroku, i wpatrujemy się w owe warstwy wody, w których powoli gubi się światło — jak gdybyśmy zaglądali w marzenia senne śpiącego.
Od czasu do czasu wydobywane są na wierzch przeróżne bestie: ślepe albo fluorescencyjne istoty z wiecznej ciemności, drapieżne ryby o ogromnych zębach, baśniowe potwory o wijących się mackach. To marzenia senne morza! I wytrzeszczamy oczy, lecz w gruncie rzeczy owe stwory nie budzą w nas przerażenia, bo czyż my sami nie zostaliśmy wyśnieni przez moce, o których sądzimy, co tylko nam się podoba; moce, które stwarzają najprzedziwniejsze formy z żywej materii, z krwi i kości?
Lecz bardziej niezwykłe od morskich potworów są wielkie statki. Są one bowiem złożone z elementów martwej materii, żelaznych belek, blachy pancernej i nitów, a mimo to żyją własnym życiem, wędrują, choć nie mają chęci działania, omijają przeszkody, choć nie widzą, wyją, choć nie doświadczają bólu, żywią się czarnym węglem, choć nie czują głodu ani nie posiadają zmysłu smaku. To nie jest marzenie morza, to marzenie człowieka. Zaś najbardziej obce i przerażające w wielkich statkach jest to, że choć same są bez życia, decydują o życiu tysięcy.
Wszechmocny człowiek! Wędrowiec widzi okręty, sunące niczym zwycięskie kolosy w stronę nabrzeża, by rozładować i załadować, a w jego sercu wzbiera duma — potęga bestii to jego dzieło, dzieło człowieka! Chwytaki wciągarek opadają na wagony z węglem, zagłębiają się między bryły, nabierają w paszczę gigantyczną masę, podnoszą się z mocno zaciśniętymi szczękami, po czym przesuwają się nad oczekujące statki, by bezwolnie się rozdziawić i z niezmienną precyzją wypluć swą zdobycz. Jeden tylko mężczyzna kieruje maszyną, mężczyzna, który nie zdołałby unieść więcej niż ułamek tego, co zagarnął chwytak. Wędrowiec obserwuje go z życzliwym podziwem — oto człowiek, pan sił natury.
Cóż z tego, że nosi niebieską bluzę roboczą, a dłonie ma spracowane i czarne. Na to władca może sobie pozwolić, jeśli jest pewien swego panowania. W istocie stanowią one insygnia jego władzy. Jego twarz nie przypomina jednak twarzy władcy. Przymiotem władcy nie jest gburowate posłuszeństwo. A pochylona postawa nie oznacza wyłącznie chwilowego zmęczenia. Kto tu właściwie jest panem — człowiek czy maszyna?
Zmierzcha — na statkach świecą się zielone i czerwone światła nawigacyjne, w wodach portu odbijają się latarnie nabrzeża i blask z okienek kajut. O tej porze marynarze garną się do burdeli, do miłości, na którą statek i morze dały im placet16. Uderzając o czarne kadłuby, wyrastające z wody niczym niezdobyte twierdze widma, drobne, brudne fale nucą swe pochwalne pieśni.
Tymczasem bele wełny przewozi się z portów do ośrodków przemysłowych pociągami sunącymi po lśniących szynach, nasypy są czarne od sadzy. Lasy węgla kamiennego, które w parnym gorącu bujnie rosły przez ciągnące się leniwie miliony lat, gdy płazy taplały się w przybrzeżnym błocie szerokich rzek, wreszcie zyskały przeznaczenie — są wykorzystywane, by karmić najbardziej niestrudzoną z kultur i rozsiewać przesycony ciepłem pył niczym brudnoszarą mgłę nad krajobrazem o roślinności dużo bardziej niezwykłej niż ta z okresu karbonu; lasy prostych, solidnie wymurowanych kominów fabrycznych, które niczym filary podpierają ciężkie, szare niebo, nieustający nigdy w swej pracy pomnik zwycięstwa myśli człowieka i jego woli. Myśli? Woli? I znów — człowiek? Nie są jednak zwycięzcami ci, którzy wędrują do fabryk, gdy w półmroku poranka rozbrzmiewa gwizdek parowy, nie są zwycięzcami ci, którzy z rozgorączkowanym wzrokiem pokornie obsługują krosna. Jaka będzie dzisiaj przędza? Od tego zależy dzienny zarobek. Czółenka latają jak jaskółki, jak strzały, szybciej od jaskółek i strzał, tak szybko, że oko za nimi nie nadąża. Dzisiaj przędza jest dobra, wytrzymała. Dzięki Ci, łaskawy Boże! Dzięki wam, łaskawe wrzeciona w przędzalni! Dzięki wam, zawiłe i niepojęte, dudniące, warkoczące moce! Zważ, nieskończona w swej dobroci maszyno, że tak mój mąż, jak i szwagier nie mają pracy, jak długo jeszcze? Weź pod rozwagę, wszechmocna konstrukcjo ze stali, że moja siostra wkrótce urodzi dziecko — wielkie nieba, co teraz z nimi będzie?
Panna Jansson ubiera manekiny na wystawie. W tym roku obowiązuje tweed. Proste, dalekie od ekstrawagancji modele odzwierciedlają ducha czasu — praktyczna codzienność, urozmaicona dodatkiem w formie peleryny, która wnosi delikatny powiew sportowej i gangsterskiej romantyki. Jeśli chcesz poznać atmosferę czasu, uchwycić usposobienie młodego pokolenia, spójrz na przestronne witryny! Tam wyzwolenie kobiety wyraża się w wełnie w szary melanż, tam z konkretnych, rygorystycznych linii bije triumf techniki. A ów duch czasu jest tak piękny, że nie ma kobiety, która, przechodząc obok, nie rzuciłaby tęsknego spojrzenia na jego wyeksponowany splendor...
