Kryptonim Romeo - Wojciech Nerkowski - ebook
NOWOŚĆ

Kryptonim Romeo ebook

Wojciech Nerkowski

4,3

38 osób interesuje się tą książką

Opis

 

Szpieg i dwie kobiety. Która okaże się miłością jego życia, a która śmiertelną pułapką?  

 

 

 

Robert Kidd pół Polak, pół Amerykanin otrzymuje szokującą wiadomość. Jego żona, która rzekomo zginęła trzy lata wcześniej w wypadku, nagle pojawia się gdzieś na Półwyspie Arabskim.

 

Polskie służby wywiadowcze uruchamiają tajną operację, ale Kidd zaczyna działać na własną rękę. Niczym we współczesnej wersji mitu o Orfeuszu i Eurydyce rusza na poszukiwania żony. Jeśli uda mu się ją odnaleźć, będzie musiał wyplątać się z uczuciowego trójkąta… Niedawno bowiem Kidd związał się z Kaśką, żywiołową dziewczyną, która doskonale potrafi zadbać o swoje sprawy.

 

Kryptonim Romeo” to pełna akcji powieść szpiegowska, a zarazem wciągający thriller o zdradzie i namiętnościach. Sceneria zmienia się jak w kalejdoskopie – Warszawa, Cypr, USA, Egipt, Izrael, Arabia Saudyjska, Bahrajn, Sycylia. Tropy się mnożą… A przeciwnik cały czas działa i nadal nie wiadomo, gdzie się ukrywa ani skąd uderzy ponownie.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 387

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




© Copyright by Lira Publishing Sp. z o.o., Warszawa 2021

© Copyright by Wojciech Nerkowski, 2021

Redaktor inicjujący: Paweł Pokora

Redakcja: Barbara Kaszubowska

Korekta: Joanna Zioło-Werstler

Skład: Klara Perepłyś-Pająk

Projekt okładki: Magdalena Wójcik

Zdjęcie na okładce: © hatem/AdobeStock,

© Vasyl Dolmatov/iStock

Zdjęcie Wojciecha Nerkowskiego: © Maciej Zienkiewicz Photography

Retusz zdjęcia okładkowego: Katarzyna Stachacz

Redakcja techniczna: Kaja Mikoszewska

Producenci wydawniczy: Anna Laskowska, Magdalena Wójcik, Wojciech Jannasz

Wydawca: Marek Jannasz

Lira Publishing Sp. z o.o.

Wydanie pierwsze

Warszawa 2021

ISBN: 978-83-66730-66-3 (EPUB); 978-83-66730-67-0 (MOBI)

www.wydawnictwolira.pl

Wydawnictwa Lira szukaj też na:

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

GŁÓWNE POSTACI:

Robert Kidd – pół Polak, pół Amerykanin, oficer Agencji Wywiadu

Julia Kidd – żona Roberta

Helena – matka Julii

Zenon – ojciec Julii

Łukasz i Tomasz – bracia bliźniacy, synowie Julii i Roberta

Kaśka Sobańska – była dziewczyna Roberta, na celowniku polskich służb

Centralne Biuro Śledcze Policji:

Szef – Ryszard Dąbrowski, pułkownik CBŚP

Młody – Paweł Malinowski, funkcjonariusz CBŚP

Agata Bartnicka – funkcjonariuszka CBŚP

Agencja Wywiadu:

Maciej Karpiński – podporucznik AW, szef sekcji prowadzącej operację Romeo

Sebastian Strzelecki – oficer AW

Krystyna Makowska – analityk AW, ekspertka od spraw Bliskiego Wschodu

Fidler – rezydent polskiego wywiadu w Katarze

Zarzycki – podpułkownik, wiceszef AW

Obce służby:

Oleg Szakunow – rezydent obcego wywiadu w Warszawie

Gabriel – agent Mosadu, przyjaciel Kidda

CZĘŚĆ I
1

Jego żona zmartwychwstała. Żyje. I prawdopodobnie ma się dobrze.

Trzy lata wcześniej Robert Kidd dostał wiadomość o jej śmierci. Włączył akurat komórkę po wyjściu z samolotu na lotnisku w Ras al-Chajma, stolicy emiratu o takiej samej nazwie. Oślepiło go słońce, nozdrza zapiekły od gorącego pustynnego powietrza. Zaczęły przychodzić esemesy o nieodebranych połączeniach: od matki, ojca, teściowej. Kolejne i następne, komórka wibrowała jak oszalała, nie chciała przestać.

„Zadzwoń, to pilne”.

„Zadzwoń!”.

„ZADZWOŃ!”.

Już wiedział, że stało się coś złego. Z bijącym sercem wybrał numer matki. Wokół niego pasażerowie spieszyli się do autokaru podstawionego na płytę lotniska. Czekając na połączenie, Kidd czuł przy uchu kolejne wibracje komórki informujące o nadchodzących esemesach. W końcu usłyszał w słuchawce histeryczny szloch.

– Julia... – Jego matka zdołała wyłkać tylko jedno słowo.

Przykucnął. Żeby się nie przewrócić, musiał podeprzeć się ręką o płytę lotniska.

Rozgrzany beton parzył, a powietrze wokół drżało. Przed oczami Kidd miał przykurzony biały autobus, do którego wsiadali pasażerowie jego samolotu. Nieco dalej kołował boeing 737 tanich indyjskich linii lotniczych SpiceJet. Na boku autobusu naklejona była wielka reklama przedstawiająca roześmianego mężczyznę na plaży, podającego równie roześmianej partnerce roześmiane dziecko.

Oni zawsze będą beztroscy i szczęśliwi, a on już nigdy.

– Are you all right? – spytała go szczupła staruszka w kapelusiku przeciwsłonecznym, myśląc, że zasłabł po wyjściu z klimatyzowanego samolotu na czterdziestostopniowy żar.

Nie był w stanie wydobyć z siebie głosu, pokiwał tylko głową. Był jak bokser, który upadł na deski i jest liczony.

W jednej chwili jego świat runął, rozsypał się w gruzy. Robert Kidd, szczęśliwy mąż i ojciec, z arcyciekawym życiem zawodowym, podróżujący po całym świecie oficer polskiego wywiadu, umarł tamtego dnia wraz z żoną.

A teraz, trzy lata później, kiedy już pogodził się z jej śmiercią, okazuje się, że Julia żyje. Została namierzona na Półwyspie Arabskim.

Podobno.

Targały nim sprzeczne emocje: od euforii do niedowierzania, dezorientacji, a nawet strachu. Jako oficer Agencji Wywiadu niejedno widział i przeżył. Był odporny i zahartowany, ale coś takiego przerosłoby każdego.

Na usta cisnęły mu się tysiące pytań. Jak? Jakim cudem Julia żyje? Co robi na Bliskim Wschodzie? Dlaczego, do cholery, ukrywa się przed nim? Przed synami?! Jak mogła pozwolić, by myśleli, że umarła?!

Nie, to na pewno jakaś perfidna pomyłka. Nie ma większego koszmaru niż trwanie w płonnej nadziei. Dlatego Kidd wolał zachować jak najdalej posuniętą ostrożność.

Otrząsnął się ze wspomnień i spojrzał przed siebie, w ciemność, na szosę, którą pokonywali w zawrotnym tempie. Służbowa skoda octavia rozwijała nieprzepisową prędkość. Oprócz świateł samochodu mrok nocy co chwilę rozświetlał granatowy błysk przyczepionego na dachu koguta. Sygnał dźwiękowy nie był włączony, nie było takiej potrzeby, bo droga krajowa numer siedem była niemal pusta. Rytmiczne sine rozbłyski dziwnie kontrastowały z ciszą, jaka panowała w aucie. Zakłócały ją jedynie warkot silnika i szum nawiewu. Na wprost oczu Kidda, który siedział na środku tylnej kanapy, dyndał zapach samochodowy, zielony kartonik w kształcie czterolistnej koniczynki.

Jako mężczyzna na wskroś racjonalny Kidd, z wykształcenia inżynier, wierzył tylko w to, co da się zobaczyć, obliczyć i zmierzyć. A najlepiej dotknąć. Kiedy pracował na Bliskim Wschodzie, zdarzało mu się widzieć na pustyni miraże, fatamorganę. Srebrzystą taflę jeziora, która, gdy podjechał autem bliżej, rozpływała się w powietrzu.

Czuł, że musi dotknąć żony, porozmawiać z nią, pocałować ją... Dopiero wtedy uwierzy, że Julia żyje.

Nagle przed oczami zobaczył jej smukłą dłoń, która mocno złapała go za rękę.

2

– Ja wiedziałam... – Głos teściowej wibrował od emocji, a jednocześnie wydawał się słaby, złamany. – Serce matki się nie myli. Nigdy się nie pogodziłam z jej śmiercią. Ja wiedziałam...

Helena siedziała po prawej stronie Kidda, zaciskając zimną, drżącą rękę na jego palcach. Dłonie miała identyczne jak jego żona, a jej córka: drobne, ale ze smukłymi, długimi palcami i starannie wypielęgnowanymi paznokciami w kształcie migdałów. Z taką samą skromną obrączką na serdecznym palcu.

Z lewej strony Kidda przysypiał teść, który znieczulił się większą niż zwykle dawką koniaku. Samochód prowadził policjant z CBŚP o przezwisku Młody. Zapach przetrawionego alkoholu mieszał się z intensywnym aromatem perfum Heleny i dymem papierosowym, którym przesiąknięte było ubranie ostatniego z pasażerów – siedzącego obok kierowcy pułkownika Ryszarda Dąbrowskiego zwanego Szefem.

Kidd znów spojrzał na dyndającą przed jego oczami zawieszkę w kształcie czterolistnej koniczynki. Nie czuł jej zapachu, mimo że napięcie wyostrzało mu zmysły. Zapewne odświeżacz powietrza zdążył już wywietrzeć. Kidd zaczął się zastanawiać, jak pachnie czterolistna koniczynka.

Weź się w garść! – skarcił się w myślach.

Siny błysk. Ciemność. Znów błysk. Ciemność. Kidd łapał się kurczowo myśli, że jego żona żyje, po czym znów puszczał ją ze strachu, że to nieprawda. I tak mijała kolejna godzina tej upiornej podróży.

– Ty oczywiście ułożyłeś już sobie życie na nowo. Z tą... młódką – kontynuowała po chwili Helena, po czym zaczęła oddychać głośno przez otwarte usta, jakby walczyła z atakiem paniki. – Ale Zenon i ja... Jezu Chryste...

Raniące słowa teściowej nie ruszały go specjalnie. Był uodporniony. Nie miał też za złe Helenie, że gada od rzeczy. Była w szoku. Wiadomość, która spadła na nich jak grom z jasnego nieba, mogła odebrać zmysły. A przecież trzeba się było przygotować na kolejne wstrząsy.

To prawda, że u jego boku pojawiła się ostatnio inna kobieta. W zimie żałoby była jak jaskółka zwiastująca wiosnę. Czarnowłosa, piękna, miała na imię Kaśka i odczarowała go. Niestety, równie szybko jak się pojawiła, znikła.

– Mamo... – Kidd odwrócił głowę w stronę Heleny. Starał się zawrzeć w głosie troskę i opanowanie. – Wiem, że to trudne, ale musimy uzbroić się w cierpliwość. Jeszcze nic nie wiemy na pewno...

– Nie, ja tu zwariuję! – Teściowa odpięła klamrę pasa bezpieczeństwa. – Jeszcze to ustrojstwo mnie dusi. Niech pan jedzie szybciej, błagam, młody człowieku. Ja tu nie wytrzymam!

Kierowca nie odpowiedział, tylko na moment oderwał wzrok od drogi i spojrzał na Szefa, szukając u niego wskazówki, jak ma postąpić. Jednocześnie nacisnął przycisk zamka centralnego, jakby się bał, że kobieta za chwilę przy pełnej prędkości otworzy drzwi auta i wyskoczy.

– Szybciej! – poganiała Helena. – Dlaczego w ogóle musimy tłuc się do Warszawy? Naprawdę, mogliście zrobić ukłon w stronę zrozpaczonych rodziców, ale nie... Stolyca...

– Droga pani, nie ja o tym decydowałem – powiedział beznamiętnym tonem Szef. – Ani nikt inny z policji. Mamy za zadanie tylko dowieźć państwa na miejsce.

– Spychologia... Typowe! – mruknęła Helena, opatulając się szczelniej szerokim kremowym szalem, spiętym na piersi ozdobną złotą agrafką. – Nic dziwnego, że nic w tym państwie nie działa. Dziadostwo. Jak mawiał ksiądz Tischner... – Helena urwała. Trudno powiedzieć, czy cytat wyleciał jej z głowy, czy liczyła na to, że pozostali sami się domyślą.

Kidd zastanawiał się, czy dobrze zrobił, informując teściów od razu, gdy tylko dostał szokującą wiadomość. Uznał, że nie może inaczej, chodzi przecież o ich córkę. Natomiast synom jeszcze nie powiedział. Chłopcy spędzali wakacje w USA u jego rodziców. Zobaczy, czego się dowie, i wtedy do nich zadzwoni. Lepiej nie rozbudzać ich nadziei, dopóki informacje o Julii nie zostaną potwierdzone. Przecież to jest szaleńczo nierealne, że ich matka jednak żyje...

Kidd zaczął krążyć myślami wokół tamtego dnia trzy lata temu, kiedy dowiedział się o śmierci żony.

Czy to możliwe, że Julia nie zginęła?

Nie widział jej po śmierci, nie identyfikował ciała. Wypadek samochodowy spowodował jej szef i promotor, profesor Adamski. Zasłabł za kierownicą i uderzył w barierę na autostradzie tuż przed Hamburgiem, prawie u celu ich podróży. Julia była jego asystentką i współpracowniczką, razem mieli wziąć udział w konferencji naukowej. Trzy trupy na miejscu, bo w samochodzie jechał jeszcze syn profesora Adamskiego, doktorant idący w ślady ojca.

Kiedy do Kidda dotarła tragiczna wiadomość, stracił kilkanaście godzin, nim załatwił lot do domu. Wracał przez Stambuł, a gdy znalazł się w Polsce, w pierwszej kolejności chciał zająć się synami. Nie było już sensu jechać do Hamburga. Zaplombowane trumny z ciałami Julii, profesora i jego syna były w drodze do Warszawy.

– Jak mogłeś?! – Z zamyślenia wyrwał go wściekły, oskarżycielski jęk teściowej. – Jak mogłeś jej nie rozpoznać?

Kidd zrozumiał, że Helena nie mówi do niego, lecz do swojego męża. To Zenon pojechał wtedy do Niemiec i dokonał identyfikacji.

Teściowa sięgnęła do torebki, z której wyszarpnęła chusteczkę. Przytknęła ją sobie do oczu. Kidd poczuł, jak jej ciałem wstrząsa szloch. Z drugiej jego strony teść kulił się bez słowa, jakby chciał wtopić się w samochodową kanapę i zniknąć.

– Ależ kochanie... – wymamrotał Zenon.

– Przyznaj się, byłeś pijany! Schlany w trupa!

W samochodzie zapadła cisza, przerywana jedynie pomrukiem silnika i rytmicznym stukotem amortyzatorów, bo wjechali akurat na gorszy odcinek drogi. Kidd kątem oka zauważył, że podwójny podbródek teścia drży. Korpulentny mężczyzna o siwych kręconych włosach z trudem powstrzymywał szloch.

– Patrzyłem na nią, ale ona była... – Urwał, jakby nie był w stanie kontynuować.

Kidd obrócił się lekko i w uspokajającym geście dotknął jego ramienia. Domyślał się, co Zenon chce powiedzieć. Czytał raport. Właściwie znał go na pamięć. Samochód profesora po uderzeniu w barierę przerwał ją, spadł z estakady i spłonął. Z auta wydobyto trzy ciała. Kto mógł nim jechać, jeśli nie profesor, jego syn i asystentka? Nie przeprowadzono badań genetycznych, ponieważ nie było żadnych wątpliwości.

Aż do dziś.

Kidd przetarł zmęczoną twarz. Było mu gorąco, ale teściowa poprosiła, żeby ze względu na jej alergię nie włączać klimatyzacji. Rozświetlił ekran komórki i odpalił nawigację. Spojrzał na mapkę, na której pulsowała niebieska kropka. Byli już niecałe sto kilometrów od Warszawy.

Za godzinę wszystko się wyjaśni – pomyślał. Schował komórkę i poprawił pas bezpieczeństwa.

3

Do stolicy dojechali przed szóstą rano. Było już jasno. Cieć musiał zostać uprzedzony, bo stał przy bramie, z której łuszczyła się ciemnozielona farba. Otworzył ją ręcznie i wjechali na parking przed dawnym budynkiem Instytutu Maszyn Matematycznych przy ulicy Krzywickiego na Ochocie. Kidd lekko się zdziwił, bo nie miał pojęcia, że Agencja Wywiadu ma tu jakiś lokal.

Było pochmurno, ale ciepło. Miasto powoli budziło się do życia, choć pozostawało jeszcze we władaniu ptaków. Kawki i wrony przechadzały się po chodniku lub wydziobywały resztki z kosza na śmieci. Mżył ledwo wyczuwalny deszczyk, ale Helena, która pierwsza wysiadła z samochodu, głośno zganiła męża za to, że nie zabrał ze sobą parasola.

– Chodźcie – powiedział Szef, zapalając od razu papierosa. – Szkoda czasu.

We czwórkę podeszli do drzwi wejściowych. Kidd otworzył je i przytrzymał, puszczając teściów przodem. Kątem oka zarejestrował, jak Młody ziewa za kierownicą skody. Szef łapczywie zaciągnął się papierosem, po czym zgasił go w stojącej przed drzwiami popielniczce na długiej metalowej nóżce.

W recepcji przejął ich młody mężczyzna w mundurze funkcjonariusza ABW, który przedstawił się jako chorąży Staszczak. Obok niego stała młoda dziewczyna, chyba nie miała trzydziestu lat – krótko obcięta szatynka, chudziutka, nerwowa w ruchach, w szarym kostiumie i z zielonkawą apaszką ciasno zawiązaną wokół szyi.

– Martyna Dąbrowska – przedstawiła się. – Jestem psychologiem i będę się starała...

– Psychologiem? O Boże! – weszła jej w słowo Helena i zaczęła szlochać. – Co się stało? Dlaczego? Dlaczego!

Kidd zerknął na Szefa, zastanawiając się, czy to przypadkowa zbieżność nazwisk, czy ma przed sobą jego córkę. Pułkownik Dąbrowski, widząc spojrzenie Kidda, lekko pokręcił głową. Rozumieli się bez słów.

Psycholożka pospiesznie zapewniła Helenę, że jej obecność ma jedynie pomóc poradzić im sobie z silnymi emocjami. Ewentualnymi.

– Co za idiotyzm! – fuknęła teściowa. – Silne emocje to pani jak na razie wywołuje. I to negatywne.

Dziewczyna spąsowiała i zaproponowała im środki uspokajające; „wsparcie farmakologiczne”, jak to nazwała.

– Narkotyki? Nie, dziękuję... – powiedziała Helena zimnym tonem. – Nigdy nie szłam na skróty i teraz też nie pójdę. Jestem gotowa stanąć w prawdzie. Szybciej, idziemy!

Teściowa odzyskała panowanie nad sobą. Wyprostowana jak struna, otulona szalem, trzymała męża pod ramię, ale to raczej on potrzebował jej wsparcia niż ona jego.

Prowadzeni przez młodego funkcjonariusza ABW, przeszli w milczeniu przez cały budynek, mijając trzy klatki schodowe wyłożone brunatnym lastrykiem. Kiedy doszli do czwartej, skierowali się do windy. Wjechali na trzecie piętro, potem jeszcze odbili pół kondygnacji schodami w bok, jakby do jakiegoś sekretnego półpiętra. Chorąży Staszczak użył karty magnetycznej, żeby otworzyć zamek w drzwiach, do których przyczepiona była tabliczka z napisem „Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Biuro analiz”.

– Bogowie, miejcie nas w swej opiece – powiedziała głośno Helena, przekraczając próg.

Z pozbawionego okien przedsionka już zwyczajne drewniane drzwi prowadziły do niewielkiej sali konferencyjnej z widokiem na zieleń Filtrów. Sielski obrazek zaraz zniknął, bo w oknach opuszczono rolety. Nikt z zewnątrz nie mógł widzieć materiałów, które za chwilę będą pokazane rodzicom oraz mężowi Julii Kidd.

– Dzień dobry, zapraszam państwa – powiedział niski, szczupły brunet.

Przedstawił się jako podporucznik Karpiński z Agencji Wywiadu. Kidd nigdy wcześniej nie spotkał go osobiście, ale miał świadomość, że ktoś taki istnieje. Jego nazwisko przewijało się w „wykazach osób znających sprawę”, w teczkach z dokumentacją kilku operacji, w których Kidd brał udział.

Karpiński był czterdziestolatkiem o zaciętej twarzy, z cieniem zarostu na policzkach. Miał wąskie usta i przenikliwe spojrzenie. Czarny garnitur, biała koszula, szary krawat – wypisz, wymaluj agent wywiadu. Jego ruchy były energiczne, ale nie nerwowe. Ich staranne, precyzyjne wręcz wykończenie zdradzało adepta wschodnich sztuk walki.

– Zanim zaczniemy... – Głos Karpińskiego był dość wysoki, szczekliwy, jednakże nie odbierało mu to charyzmy. – Państwa Słuckich poproszę o zapoznanie się z zobowiązaniem do zachowania poufności, a następnie złożenie swoich czytelnych podpisów.

Nawet teściowa Kidda poczuła respekt wobec Karpińskiego. Wprawdzie mruczała pod nosem coś o lojalce i czasach słusznie minionych, ale podporządkowała się. Pociągnęła męża za rękaw, oboje usiedli przy stole konferencyjnym i podpisali przygotowane dokumenty.

W sali była jeszcze dwójka oficerów Agencji Wywiadu, mężczyzna i kobieta. Po lewej stronie Karpińskiego siedział Sebastian Strzelecki – dobiegający pięćdziesiątki, wysoki, o jasnobrązowych włosach i oczach zmęczonego spaniela, trochę rozmemłany, w koszuli ekskluzywnej, acz niedoprasowanej, bez krawata. To nazwisko Kidd również kojarzył, bo kiedyś współpracowali, choć tylko wirtualnie, bez kontaktu twarzą w twarz. Po prawej zaś stronie Karpińskiego siedziała szczupła czterdziestoparolatka w okularach o grubych czarnych oprawkach, specjalistka od Bliskiego Wschodu. Nazywała się Krystyna Makowska. Ją Kidd znał osobiście, jeszcze z czasów, kiedy odszedł z pionu operacyjnego i zaczął pisać analizy dla Agencji.

Krystynę na swój sposób lubił, a na pewno cenił jej ogromną wiedzę. Była znana z tego, że zawsze ubierała się na szaro albo czarno, ale za to nosiła ekscentryczną biżuterię. Teraz też na jej szyi dyndała jakaś instalacja artystyczna z blachy i bursztynu, odcinająca się od skromnej szarej tuniki. Na palcach kobieta miała kilka pierścieni, do tego na obu przegubach srebrne bransolety.

Nie było nikogo z MSZ, jednak Kidd złożył to na karb wczesnej pory. Obecni w salce konferencyjnej pracowali pewnie całą noc, żeby przygotować briefing. Na stole stał metalowy dzbanek-termos z kawą, a przed każdym z trójki pracowników Agencji Wywiadu – identyczna biała filiżanka bez żadnego logo.

– Drogi panie! – Helena bezceremonialnie przerwała Karpińskiemu, który zaczął od biurokratycznej przemowy. – My już wiemy, że są jakieś zdjęcia. Szybciej, na miłość boską! Do ad remu! Serca pan nie masz?

– Właśnie dlatego, że je mam, chcę państwa przygotować na to, co się wydarzy – odszczeknął bez namysłu Karpiński.

W salce zapadła grobowa cisza.

4

Kidd po części solidaryzował się z teściową. On też wariował, czekając na wieści. Jednak jako oficer wywiadu znał procedury.

– Cyrk! – mówiła Helena coraz bardziej roszczeniowym tonem. – Ja chcę wiedzieć, co z moją córką!

– Pani Heleno, wszystko dobrze... – zaczęła psycholożka, ale pod wpływem miażdżącego spojrzenia starszej kobiety urwała w pół zdania i zaczęła nerwowo skubać apaszkę.

Kidd wiedział na razie tylko tyle, że katarski rezydent wywiadu zrobił wczoraj zdjęcia Julii. Rzekomo Julii. Facet miał kryptonim Fidler. Kidd dobrze go znał, kiedyś przez pół roku mieszkali w apartamentowcu w Kuwait City, w Trzeciej Dzielnicy, niedaleko szpitala Al-Amiri. Było więc bardzo prawdopodobne, że facet rozpoznał Julię, która wówczas towarzyszyła mężowi razem z dziećmi. Fidler często spędzał weekendy z rodziną Kidda. Oczywiście znali go nie jako rezydenta wywiadu, wówczas kuwejckiego, ale jako przedstawiciela handlowego polskiej firmy zbrojeniowej.

– Już skończyłem, szanowna pani, niezbędne wprowadzenie – powiedział Karpiński, sięgając po niewielkiego pilota. – Przejdźmy zatem do rzeczy.

Pod sufitem salki konferencyjnej podwieszony był projektor multimedialny. Karpiński uruchomił go guzikiem na pilocie. Lampa rozgrzewała się chwilę, rozległ się szum chłodzącego ją wiatraczka. Karpiński podłączył kabel projektora do laptopa, który miał przed sobą. Kidd wstał i podszedł do przeciwległej ściany. Nacisnął wmontowany w nią przełącznik, który zaczął opuszczać ekran. Karpiński spojrzał na niego z wdzięcznością.

– Nasz człowiek wykonał serię zdjęć przed hotelem La Cigale w Dosze. Wczoraj, o godzinie jedenastej trzydzieści czasu miejscowego – relacjonował Karpiński.

– W Dosze? – żachnęła się Helena. – No nie wiem.

– Tak, proszę pani, w stolicy Kataru. – Karpiński zachowywał olimpijski spokój.

– Czy to się aby na pewno tak odmienia? Zenon... Ty byłeś zawsze dobry w państwa miasta.

Kidd ignorował paplaninę teściowej, którą kładł na karb zdenerwowania. Za to niczym pies gończy obwąchiwał każde słowo wypowiedziane przez Karpińskiego. Zakładał, że Fidler został oddelegowany do prowadzenia obserwacji ustaleniowej. Poprzedniego dnia w Dosze rozpoczęło się spotkanie organizacji OPEC, czyli największych wydobywców ropy naftowej. Niedawno Katar wstąpił do niej z powrotem, w tle były jakieś przepychanki z Arabią Saudyjską, więc nic dziwnego, że rezydent wywiadu obstawiał ten zlot nafciarzy. Pytanie tylko, co mogła tam robić Julia. O ile to była ona.

Kiedy ekran rozwinął się do końca, Karpiński wyświetlił pierwszą fotografię. Przedstawiała profil kobiety wysiadającej z białej taksówki. Jej włosy skrywał hidżab, w tle widać było rozmyty szpaler zaparkowanych aut, a także nowoczesny budynek o fasadzie ze szkła i metalu.

– To nie Julia – wyrwało się Helenie. – Ona nigdy nie założyłaby na głowę tej szmaty.

Karpiński nie skomentował. Przycisnął jakiś klawisz i na ekranie wyświetliło się kolejne zdjęcie.

Helena krzyknęła. Kidd skulił się, jakby ktoś z całej siły uderzył go pięścią w splot słoneczny.

– Jezus Maria... – wyszeptał Zenon, przesłaniając usta ręką.

Tym razem kobieta na zdjęciu była odwrócona tak, że patrzyła niemal prosto w obiektyw aparatu. Te oczy... Julia nie lubiła nosić okularów ani soczewek, a ponieważ była krótkowidzem, mrużyła je nieustannie, przez co bardzo szybko dorobiła się zmarszczek zwanych kurzymi łapkami. Kidd zawsze jej powtarzał, że są urocze. Te usta, ten nos... Drobne rysy twarzy i delikatny jej owal. Julia, jego żona.

Kidd nie miał wątpliwości, choć w dzisiejszych czasach nigdy nic nie wiadomo. Fałszowano zdjęcia, a nawet nagrania wideo. Zaczęła się era deepfake’u, czyli głębokiej manipulacji wizerunkiem. Nawet gdyby przedstawiono mu nie tylko fotografie, ale film, na którym widać by było Julię i słychać by było jej głos, Kidd zachowałby ostrożność.

Tylko komu i po co chciałoby się przeprowadzać aż tak dziwaczną mistyfikację?

Nie licząc hidżabu, domniemana Julia była ubrana po europejsku, w białą bluzkę z długimi rękawami, nie miała na sobie abai. Towarzyszył jej wysoki mężczyzna w diszdaszy. Przynajmniej tak to wyglądało, jakby wysiadł z tej samej taksówki. Na głowie miał kefiję, a oczy przesłaniały mu okulary przeciwsłoneczne o dużych szkłach w czarnej oprawce, udekorowanej biegnącą wzdłuż czoła złotą krawędzią.

– Mężczyzna na zdjęciu ma na sobie kandurę, na głowie kefiję – odezwała się Krystyna Makowska. Miała matowy, pozbawiony modulacji głos. – Sądząc po kroju kandury, została ona uszyta prawdopodobnie w Dubaju. Kefija również jest zawiązana na modłę emiracką.

Makowska posługiwała się słowem „kandura”, używanym głównie w Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Natomiast Kidd nazywał tę tradycyjną szatę, podobną do męskiej koszuli nocnej, „diszdaszą”. Pierwszy raz zetknął się z nią w Arabii Saudyjskiej, gdzie jest określana jeszcze inaczej – thawb – ale jemu utkwiło w pamięci słowo używane przez jego współpracowników z Kuwejtu i Iraku, z którymi spędzał wówczas najwięcej czasu.

Kidd zorientował się, że oddycha ciężko, w mgnieniu oka się spocił, mimo że w pomieszczeniu nie było gorąco. Grube mury starego budynku wręcz zachowały przyjemny chłód letniej nocy.

– I jeszcze, proszę państwa, ostatnie zdjęcie – powiedział Karpiński.

– Chwileczkę! – Helena próbowała go powstrzymać, jakby jeszcze nie zdążyła się napatrzeć, jednak Karpiński już z rozpędu nacisnął klawisz i na ekranie pojawił się kolejny obrazek.

Tym razem domniemana Julia stała bokiem, znów widać było jej profil, ale także całą sylwetkę. Towarzyszący jej mężczyzna trzymał rękę na drzwiczkach taksówki, pewnie zamierzał je zatrzasnąć.

Kiddowi pociemniało w oczach. Kobieta na zdjęciu była w zaawansowanej ciąży.

5

Niecały tydzień później, przed czwartą rano, na cmentarzu Rakowickim w Krakowie zaczął się ruch. Była jeszcze noc, niebo na wschodzie ledwie zaczynało jaśnieć – sceneria jak z horroru. Do grobowca w kwaterze Rb podjechał czarny minivan. Zgodnie z przepisami polskiego prawa ekshumacje wolno przeprowadzać jedynie od 16 października do 15 kwietnia, ale w wyjątkowych wypadkach powiatowy inspektor sanitarny ma prawo wyrazić zgodę na odstępstwo od ustalonych zasad.

Tak właśnie stało się tym razem. Trudno o lepszą przesłankę niż trauma rodziców, męża, dzieci, którzy nie wiedzą, czy kochana przez nich osoba naprawdę nie żyje i leży w grobie.

Bliscy Julii przeżywali straszne chwile. Po prezentacji zdjęć Kidd zawiózł oszołomionych teściów do swojego domu w Wilanowie, po czym pojechał na Miłobędzką, do siedziby Agencji Wywiadu. Przez kilka godzin składał wyjaśnienia. Najbardziej prawdopodobny był scenariusz, w którym pojawienie się Julii miało związek z pracą Kidda, z którąś z tajnych misji przeprowadzanych przez niego na Bliskim Wschodzie.

Po złożeniu wyjaśnień Kidd wrócił do domu. Było tuż przed piętnastą, a w Stanach Zjednoczonych, na Wschodnim Wybrzeżu, dochodziła dziewiąta rano. Nadeszła pora, by porozmawiać z synami. Teściowie krzątali się w kuchni, w której unosił się zapach kawy i przypalonego mleka. Kidd wszedł i w krótkich słowach wyjaśnił, gdzie był i co robił. Oznajmił też, że w sprawie Julii nie pojawiły się żadne nowe informacje.

– Mamo, może zamówimy obiad z restauracji. Ja się tym zajmę...

– Przestań – syknęła Helena, która z zacięciem, acz niezdarnie mieszała trzepaczką w szklanej misce coś, co wyglądało jak ciasto na naleśniki. – Już dość się nazajmowałeś. A skutki, jakie są, każdy widzi.

Kidd nie odpowiedział. Teściowa w mało zawoalowany sposób dała mu do zrozumienia, że też wiąże sprawę Julii z jego pracą. I obarcza go odpowiedzialnością. Poszedł na piętro, zamknął się w swoim gabinecie, usiadł przy biurku i połączył się z synami za pośrednictwem komunikatora internetowego.

Gdy mieli już za sobą powitanie, szybko przeszedł do sedna, nie chciał przeciągać rozmowy.

– Pojawiły się pewne informacje dotyczące mamy – powiedział, wpatrując się w ekran komputera.

– Co? Tata, ale weź gadaj po ludzku – powiedział Łukasz.

Chłopak siedział w zblazowanej pozie na żółtej sofie, ze wzrokiem zatopionym w komórkę. Był ubrany w biały bezrękawnik z jakimś nadrukiem. Kidd miał nadzieję, że tatuaż pnący się chłopakowi po chuderlawym ramieniu okaże się tymczasowy. Obok brata, w dużo grzeczniejszej pozie, siedział Tomek, w szarej koszulce polo i chinosach. Wzrok skupiał na oku kamerki.

Kidd zastanawiał się nad tym już milion razy, ale nadal nie mógł się nadziwić temu, jak bardzo potrafią różnić się od siebie bracia bliźniacy.

– Posłuchajcie... Ktoś zrobił zdjęcia... Na Bliskim Wschodzie... Przypadkiem – mówił, starannie dobierając słowa. – I wydaje się, że jest na nich mama. Choć nie można też na razie wykluczyć, że jest to po prostu osoba bardzo do mamy podobna.

Na moment zapadła grobowa cisza. Kidd myślał, że synowie zareagują bardzo emocjonalnie, że się popłaczą, chociaż na co dzień obaj siedemnastolatkowie próbowali uchodzić już za twardych mężczyzn. Szok chyba jednak był tak wielki, że milczenie się przedłużało, a on patrzył na ich zdumione, wręcz przerażone twarze. Potem jednocześnie, jak na komendę, zaczęli się przekrzykiwać i zadawać pytania, na które nie znał odpowiedzi.

– Co?! Ale jak to? Ale jak? Tato! Tato!

Rozmawiał z nimi jeszcze przez kilka minut. To jedyne, co teraz mógł zrobić – zapewnić im swoją obecność przynajmniej w szczątkowej formie fal głosowych i obrazów przesyłanych światłowodem, a potem do satelity, ponad Oceanem Atlantyckim i dalej... Kiddowi krajało się serce, że nie może być w tej chwili z synami, ale lot do USA odpadał. Za dużo spraw trzeba było załatwić na miejscu. Nie było też sensu ściągać bliźniaków do Polski. Tutaj tkwiliby w identycznej niepewności jak za oceanem. A z dwojga złego wolał, żeby byli pod opieką jego rodziców niż histerycznej Heleny i wiecznie zawianego Zenona.

Po skończonej rozmowie zatrzasnął komputer i długo siedział w milczeniu, podczas gdy po domu rozchodził się swąd przypalonych naleśników.

Następnego dnia odwiózł teściów służbowym samochodem do Krakowa i został u nich aż do dnia ekshumacji, kiedy to wstali we trójkę w środku nocy i pojechali na cmentarz.

– Jakie to szczęście, że nie skremowaliśmy Juleczki – mówiła ponurym głosem Helena, obserwując krzątaninę przy grobie.

– Nie spopieliliśmy – poprawił ją odruchowo Zenon.

– O Boże, nie wiem, dlaczego tak mówię. Przecież to nie jest Juleczka. To nie ona!

Kidd w milczeniu wpatrywał się w kryptę. Wokół niej kręciło się dwóch techników kryminalistycznych, a także grabarz z dwoma pomocnikami. Na miejscu obecny był też ksiądz oraz przedstawiciel zarządu cmentarza, podpierający się kulą starszy mężczyzna, który z niezadowoleniem rozmawiał z kierowcą samochodu transportowego. W zaparkowanym w alejce aucie znajdowała się szczelnie obita blachą skrzynia, w której miała zostać umieszczona trumna. Słychać było słodkie trele jakiegoś rannego ptaszka, pewnie słowika. Grabarz i jego pomocnicy z chrzęstem odsunęli drzwi krypty, ciągnąc za wmurowane w nie metalowe uchwyty w kształcie kół.

– Tylko ostrożnie! – krzyknęła Helena. – To nie jest byle lastryko, to, proszę panów, marmur Marron Emperador! Własnoręcznie sprowadziłam z Hiszpanii.

Śpiew ptaka ucichł. Po chwili grabarz i jego pomocnicy, sapiąc i pohukując na siebie nawzajem, wytaszczyli trumnę z jasnego drewna, którą ustawili na podłużnym wózku wykonanym z metalowych prętów. Helena się przeżegnała. Zenon odruchowo wykonał ten sam gest. Kidd pamiętał, że – choć słowem się nie zająknął, by nie dobijać Heleny – nie podobała mu się bombastyczna, masywna trumna z okuciami z jasnozłotego metalu i z biegnącymi po bokach artystycznymi żłobieniami w kształcie liści dębu.

– Boże, miej opiekę nad tą biedną duszą, tym lemurem, jak mawiali starożytni Rzymianie, którego spokój zakłócamy – powiedziała uroczystym tonem teściowa Kidda, po czym spojrzała znacząco na księdza.

Duchowny odchrząknął, by zyskać czas, i zaczął wertować modlitewnik.

Ptaszek znów zaczął śpiewać. Ale tylko na moment, bo zamilkł w momencie, gdy duchowny zaintonował „Wieczny odpoczynek”. Widocznie nie znalazł w brewiarzu żadnej modlitwy specjalnie na okoliczność ekshumacji.

Kidd przymknął oczy. Unikał religii. Jego pragmatyczna osobowość buntowała się przeciwko przyjmowaniu czegokolwiek na wiarę, bez dowodów, bez empirycznego potwierdzenia. Kierował się w życiu moralnością, był człowiekiem prawym. Jednak nie mógł zrozumieć, że jeśli byt doskonały stworzył wszystko wokół, to potem postanowił schować się i dodatkową wartością uczynił ślepą wiarę w swoje istnienie.

Stali na cmentarzu aż do odjazdu czarnego minivana. Badanie DNA miało odbyć się w słynnym Instytucie Ekspertyz Sądowych im. Sehna w Krakowie. Próbki porównawcze dostarczyli niezależnie rodzice Julii oraz Kidd, który w garderobie na piętrze swojego warszawskiego domu trzymał rzeczy osobiste żony.

Oficjalne wyniki miały być dostępne najwcześniej po miesiącu, ale Kidd chciał zrobić wszystko, by ten proces przyspieszyć.

Każda minuta niepewności była krzywdą wyrządzoną jego synom, rodzicom i teściom.

6

Kidd patrzył na swoją krew. Ciekła mu między palcami i nim zdążył zareagować, skapnęła na mankiet kremowej koszuli. Był zaskoczony i przez moment stał nieruchomo, jakby zastanawiał się, co zrobić. Odłożył nóż i podszedł do zlewu. Puścił strumień zimnej wody.

Nie najgorzej radził sobie w kuchni. Po śmierci żony musiał nauczyć się gotować. Początki były trudne, ale jak do wszystkiego w życiu i do tej kwestii Kidd podszedł ze spokojem i metodycznie, więc gdzieś po pół roku synowie przestali narzekać i proponować, by zamówił jedzenie na wynos.

Ale teraz, krojąc pomidory, zaciął się szpetnie. Pomyślał, że może ręce trzęsą mu się z nerwów. Albo przesadził dziś na siłowni, kiedy próbował rozładować emocje, dźwigając mordercze ciężary. Po takim wysiłku mięśnie rąk drżały mu czasem jeszcze przez kilka dni.

Strumień wody na moment zabarwił się na różowo. Kidd owinął palec papierowym ręcznikiem i popatrzył na plamę krwi na mankiecie. Choć w domu oprócz niego nie było nikogo, źle się z tym czuł. Był perfekcjonistą. Rozpiął guziki i ściągnął koszulę. Przeszła mu ochota na jedzenie, ale wiedział, że musi się czymś zająć i uspokoić myśli.

Kilka dni temu Szef pozwolił mu się zapoznać się ze wstępnymi, nieoficjalnymi wynikami badań DNA. Trzeba było jeszcze sprawdzić próbkę B, wyliczyć dokładne procenty, nie było jednak wątpliwości. W rodzinnym grobowcu teściów nie pochowano Julii.

Nie oznaczało to automatycznie, że jego żona żyje. Podobnie jak zdjęcia wykonane w Katarze, badanie DNA było jedynie poszlaką. Jedno było pewne: wypadek, który wydarzył się trzy lata wcześniej na autostradzie niedaleko Hamburga, miał inny przebieg, niż ustaliła to niemiecka policja. Przebieg bardzo dziwny i niepokojący, bo jakim cudem w samochodzie, którym jechała Julia, znalazło się ciało innej kobiety?

Kidd patrzył na owinięty papierowym ręcznikiem palec, na leżący na grubej drewnianej desce pokrojony do połowy pomidor, a jego umysł niezmordowanie analizował dane. Kilka dni po ekshumacji w Krakowie odbyła się kolejna, i to podwójna – na cmentarzu Bródnowskim w Warszawie. Tym razem inna rodzina pochylała się nad grobem w nadziei, że doszło do pomyłki i ich bliscy jednak żyją. Niestety, w przypadku profesora Adamskiego i jego syna badanie DNA potwierdziło tożsamość ofiar. Ojciec i syn zginęli w feralnym wypadku.

Informację o identyfikacji Adamskich Kidd dostał przed chwilą, kiedy brał się do szykowania obiadu. Ponownie zadzwonił do niego Szef, który koordynował działania służb i szykował się do objęcia dowodzenia śledztwem.

– I co ty o tym sądzisz? – zapytał Kidd. Komórkę przyciskał do ucha ramieniem, a w rękach trzymał nóż oraz dojrzałego pomidora, który intensywnie pachniał.

– Nie wiem, stary, takie akcje nie powinny się zdarzać. Na mój nos ktoś dał tam dupy i nie dopatrzył. Ale że w Dojczlandzie? To dość dziwne, nie sądzisz? Więc coś czuję, że to grubsza sprawa... – powiedział Szef, po czym zawiesił głos, a Kidd usłyszał w słuchawce trzask zapalniczki. – Ale nie takie rzeczy dało się rozgryźć, nie martw się.

– Wiem. Dzięki, Ryszard.

– Tyle że zrobi to już ktoś inny. Nie ja.

– Jak to?

– Tak to. Ja poleciałem. Odsunęli mnie od tej sprawy. Więc do zobaczenia, cześć.

– Poczekaj.

Kidd był zaskoczony i zawiedziony. Współpracował z Szefem już nie raz, miał o nim dobre zdanie. Wolał, żeby rozwikłaniem zagadki rzekomej śmierci Julii zajął się sprawdzony człowiek.

– Ryszard, co jest? – zapytał.

Szef najwyraźniej nie miał ochoty rozwijać tematu. Powiedział tylko, że dowództwo przejmie podporucznik Karpiński z Agencji Wywiadu. Pożegnał się jeszcze raz i rozłączył.

Kidd odtwarzał w myślach rozmowę sprzed kilkunastu minut, bo wiedział, że przekazane w niej informacje – choć nieoficjalne – mają kolosalne znaczenie. Do tej pory był przekonany, że jego żona stała się ofiarą jakichś ciemnych sił. Porwania, uprowadzenia, pewnie też gwałtu, skoro była w ciąży. Jednak wynik badania DNA Adamskich na pewno sprawi, że będzie rozważana hipoteza o jej współudziale. W morderstwie profesora i jego syna? To absurd.

Ale ona przeżyła i zniknęła. A oni zginęli...

Kidd wyrwał się z zamyślenia i popatrzył na skaleczony palec. Krew przesiąkła przez papierowy ręcznik, lecz rdzawa plama już się nie powiększała. W kuchni domu przy ulicy Rumianej w Wilanowie powoli zapadał zmrok. Przez wychodzące na zachód okna wpadała pomarańczowa poświata, wspomnienie słońca, które już zaszło. Po chwili zapaliły się uliczne latarnie. W domu panowała idealna cisza, którą zaburzał jedynie bulgoczący garnek z sosem pomidorowym i gotujący się pręgowany makaron rigatoni.

W głowie Kidda kłębiły się niepokojące myśli. Postanowił rozprawić się z nimi, ale najpierw otworzył szufladę ze sztućcami. Grzebał, uważając, żeby nie nadziać się na jeden z długich noży, i po chwili wyciągnął korkociąg. Z lodówki wyjął czerwone wino nerello mascalese, szczepu rosnącego na Sycylii, na zboczach Etny. Okazało się, że butelka nie jest zamknięta korkiem, ale zakrętką.

Co za czasy – pomyślał i odłożył korkociąg z powrotem do szuflady. Otworzył przeszkloną witrynę i sięgnął po kieliszek w kształcie walca. Nalał wina do jednej trzeciej wysokości. Zjadł późny obiad, ewentualnie wczesną kolację, dolał sobie jeszcze alkoholu, po czym zakręcił butelkę i odstawił ją do lodówki. Trzymając w ręce kieliszek, poszedł do łazienki na parterze. Wrzucił zaplamioną krwią koszulę do kosza na pranie. Z szafki za lustrem wyjął tekturowe pudełeczko z plastrami. Pomyślał, że chyba kupiła je jeszcze Julia, kiedy bliźniacy byli dzieciakami, bo na opakowaniu widniały jakieś postaci z kreskówki. Poczuł dziwny ścisk w gardle. Wybrał najszerszy plaster i zakleił rozcięty palec.

Wszedł schodami na piętro i usiadł po turecku na podłodze w przylegającej do jego sypialni garderobie. Na co dzień z niej nie korzystał. Trzy lata temu zgromadził tu wszystkie rzeczy żony. Na podłodze wyłożonej jasnym drewnem, ale z wyraźnym rysunkiem słojów, stały trzy spore pudła z zielonkawego półprzezroczystego plastiku. Dalej zaczynały się wieszaki. Pierwsza z brzegu wisiała sukienka, którą Kidd kupił żonie na trzydzieste urodziny. Julia nigdy jej nie włożyła, bo choć trafił z rozmiarem, chyba nie była w jej stylu. Dla niego była niebieska, ale ona się śmiała, że to kolor miętowy.

Już raz, dzień po tym, jak wypłynęły zdjęcia, przetrząsnął wszystkie jej rzeczy. Przede wszystkim szpargały, notatki, a także komputer i komórkę. Nie znalazł niczego, co mogłoby rzucić jakiekolwiek światło na rzekomą śmierć Julii i jej niespodziewane pojawienie się trzy lata później w Katarze.

Wiedział, że czeka go długa noc. Będzie musiał jeszcze raz wszystko przejrzeć. Tym razem uważniej i staranniej, bo może poprzednio przeoczył jakiś ślad, jakąś wskazówkę. Gdy upora się z garderobą, pójdzie jeszcze do piwnicy, w której stało kilka kartonowych pudeł z książkami, głównie publikacjami naukowymi. Przecież tam gdzieś też, między kartkami albo na marginesie, może znajdować się punkt zaczepienia.

Kim tak naprawdę jest osoba, z którą dzielił kilkanaście lat życia? Może kimś zupełnie innym, niż myślał?

Ciężko było wytrzymać z enigmą, która zawisła mu nad głową i szeptała do ucha niewygodne pytania. Musiał znaleźć odpowiedzi. Sięgnął do pierwszego z plastikowych pudeł. Zdjął wieczko i od razu poczuł znajomy zapach. Mimo upływu trzech lat flakon jej ulubionych perfum, które pachniały bardziej wanilią niż kwiatami, jeszcze nie zwietrzał całkowicie.

Zalała go fala wspomnień dotyczących Julii, ich wspólnych chwil, jej pachnącego wanilią ciała. Chwila nieuwagi i zawładnęły nim emocje, które do tej pory trzymał żelazną ręką. Zagotował się w środku, a przed oczami zrobiło mu się biało, błysnęło jak w momencie wybuchu bomby atomowej.

Cisnął trzymanym w ręku flakonem o podłogę, wydając przy tym z siebie ni to skowyt, ni ryk. Grube szkło rozprysło się z hukiem, a siła uderzenia była tak wielka, że w drewnianej desce pojawiło się wgniecenie. Zapach wanilii, podbity nutami kwiatów, zalał niewielkie pomieszczenie. Kidd rzucił się w stronę wieszaków i zerwał sukienkę, którą podarował żonie, a której ona nigdy nie włożyła. W tym momencie przebudziła się samokontrola. Zatrzymał się, wypuścił z rąk niebieski materiał.

We wbudowanym w ścianę lustrze ujrzał dziką twarz i poruszającą się miarowo klatkę piersiową, która błyszczała, pokryta warstewką potu. Otarł czoło i zobaczył, że zostawił na nim czerwoną pręgę. W chwili szału plaster się odkleił, a rana się otworzyła.

„Rana się otworzyła”. Kidd zaśmiał się bezgłośnie, powtarzając w myślach to zdanie. Odszukał leżący na podłodze plaster i znów owinął go wokół palca. Przykucnął i podniósł z podłogi kieliszek. Upił spory łyk wina.

Nie powinien angażować się osobiście, tylko oddać to wszystko w ręce specjalistów. Ale już wiedział, że emocje, które trzymają go za gardło, są zbyt silne, by zachować spokój i działać zgodnie z procedurami. Zwłaszcza że wnioski, które się nasuwały, były niepokojące.

Po pierwsze: Julia żyje. Po drugie: ukrywa się nawet przed rodziną, co wydało mu się absolutnie niemożliwe. Po trzecie: przebywa na Bliskim Wschodzie, co z wysokim prawdopodobieństwem łączy całą sprawę z jego przeszłością, z pracą dla Agencji Wywiadu. Ostatnia konkluzja była najtrudniejsza do przełknięcia: Julia była zamieszana w śmierć swojego promotora i jego syna. Nikt już nie wierzył, że to, co wydarzyło się trzy lata temu na autostradzie w Niemczech, było zwykłym wypadkiem samochodowym.

Wątki szpiegowskie połączyły się z kryminalnymi.

Służby wywiadowcze oraz policyjne musiały przeprowadzić podobne rozumowanie, ponieważ już nazajutrz AW i CBŚP utworzyły wspólną sekcję. Podporucznik Karpiński został wyznaczony na dowódcę operacji, która miała na celu odnalezienie Julii Kidd i wyjaśnienie okoliczności wypadku pod Hamburgiem.

Operacji nadano kryptonim Romeo.

7

Na zachodnim brzegu Cypru, w odległości około dwudziestu kilometrów od miasta Pafos, znajduje się Skała Afrodyty, czyli wystający z morza malowniczy głaz, o który rozbijają się fale. Według legendy to tu wyłoniła się z morskiej piany bogini miłości, piękna i pożądania.

Współczesna Wenus postanowiła narodzić się w tym samym miejscu.

Oczywiście Kaśka Sobańska zdawała sobie sprawę z tego, że Skała Afrodyty to już nawet nie jest mit grecki, tylko bujda na resorach, wymyślona po to, by naganiać turystów. Jednak w tej ułudzie było coś interesującego. Czyli już w zamierzchłych czasach można było spreparować fake newsa, zrobić coś z niczego, mówiąc kolokwialnie – wcisnąć ludziom kit. Kaśka pomyślała, że Cypryjczycy celują w tego typu bajkach, bo mają też grób Łazarza. Niebywałe, że w XXI wieku tysiące, jeśli nie miliony turystów dają się na to nabrać.

Kaśka wierzyła w siłę kreacji. Nigdy nie czekała, aż pojawi się dobra wróżka i przemieni Kopciuszka w księżniczkę. Sama pracowała ciężko, żeby ze zwykłej córki fryzjerki przeistoczyć się w kobietę z wyższych sfer, prawdziwą damę. I prawie jej się udało. Została żoną księcia z bajki, który wprawdzie okazał się dupkiem, ale jak spadać, to z wysokiego konia.

Nic nie stało na przeszkodzie, żeby spróbowała ponownie, tym razem mądrzej. Któregoś dnia dopnie swego. A ponieważ ostatnio nastała moda, że prawdziwi książęta żenią się ze zwykłymi śmiertelniczkami, kto wie, jak daleko zajdzie. Ktoś jej nawet powiedział, że jest podobna do tej całej Meghan.

Choć na Skałę Afrodyty nie wolno się wspinać, Kaśka wdrapała się na nią w dniu, w którym narodziła się na nowo. Z Kaśki Sobańskiej przemieniła się w Dominique Navarro. Miała wrażenie, że to piękne nazwisko do niej pasuje. Imię trochę mniej, ale przecież darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby.

Stanęła w dumnej pozie. Karmazynowe bikini podkreślało jej zgrabną sylwetkę i opalone ciało. Przez moment zastanawiała się, czy nie zdjąć góry od kostiumu, bo przecież na słynnym obrazie Botticellego Wenus jest naga, ale do zatoczki zbliżała się akurat grupa turystów, więc ograniczyła się do odgarnięcia ponętnym gestem ciemnych włosów.

Jak na komendę stojący na brzegu Mark Navarro zaczął robić jej zdjęcia komórką.

– Zrób też parę zbliżeń – zawołała po angielsku, przekrzykując huk fal rozbijających się o kamienie. – OK?

– What?!

– Zoom in!

– Oh, OK!

Wiedziała, że ze względów bezpieczeństwa nie będzie mogła nikomu tych zdjęć pokazać. Musiała ukrywać się przed polskim wymiarem sprawiedliwości, a pewnie już i europejskim. Kiedyś wrzucała sporo zdjęć na konto na Instagramie, ale od kilku tygodni niczego tam nie publikowała, żeby nie kusić losu. Jeszcze ją namierzą po kształcie latarni morskiej w tle albo kącie padania promieni słonecznych.

Cholera ich wie – pomyślała, lekko wyginając biodro. Kolejna fala rozbryznęła się o skałę tak mocno, że kilka kropli spadło Kaśce na plecy. Mark śmiał się głośno i cykał zdjęcia.

Zachowa je, może kiedyś, na starość, jej przewiny zostaną zapomniane, a wówczas pochwali się wnukom, że ich pomarszczona i zgrzybiała babcia kiedyś była jak Wenus. Jak aktorka Ursula Andress, która na zawsze pozostanie w zbiorowej pamięci po tym, jak wyłoniła się z morza w „Doktorze No” – pierwszym filmie o Bondzie.

Od rozstania z jej własnym Bondem minął prawie miesiąc. Za mało czasu, by zapomnieć o Robercie Kiddzie, ale wystarczająco dużo, by przestać wyczekiwać, aż facet się odezwie.

Widocznie nie było im pisane.

Sama zadzwoniła do niego raz, już z Cypru. Szła promenadą w Pafos, wpatrując się w słońce tonące powoli w morzu. Myślała o upływającym czasie, kolejnym straconym dniu, wietrzejącym uczuciu. Takie memento... Szarpnęła nią jakaś tęsknota, a może był to lęk przed zapadającymi ciemnościami, w które znowu będzie musiała wejść samotnie. Zatrzymała się i po prostu wybrała jego numer. Czekała, a z każdym kolejnym sygnałem jej serce biło szybciej.

Nie odebrał. Potem wysłał jej wiadomość, z innego numeru, że jest zajęty, odezwie się, ale nie teraz. I żeby nie dzwoniła, bo jego telefon jest na podsłuchu. Pomyślała, że ma kłopoty, pewnie przez nią. Dlatego że pozwolił jej uciec z Polski?

– You’re fucking beautiful! – zawołał jej „mąż” i znów zaczął pstrykać fotki. – And crazy!

Piękna i szalona. Tak, cała ona. Po rozstaniu z Kiddem i po ucieczce z Polski Kaśka przedostała się stopem do Niemiec, a potem pociągiem pojechała do Grecji. W porcie w Pireusie znalazła kuter, na którego pokładzie dopłynęła na Cypr. Samolotem byłoby prościej, ale wtedy prześwietliliby jej paszport, a przecież była wyjęta spod prawa.

Na wyspie, która słynie z nie do końca przejrzystych transakcji finansowo-podatkowych, Kaśka miała konto offshore w BDM Bank of Cyprus. Jej ostatni klient, zanim został aresztowany, zdeponował na nim sporą sumę pieniędzy w ramach zapłaty za jej usługi. Kaśka nie miała pojęcia, czym tak naprawdę jest konto offshore. Ważne, że działało.

Gorzej było z jej tożsamością. Mogłaby rozpocząć teraz dolce far niente, pozwolić sobie na wszelkie luksusy, opływać w dostatki, lecz szybko się okazało, że pierwszą rzeczą, którą musi kupić, nie jest modny ciuch od Balenciagi, perfumy Empressa w cenie prawie tysiaka za flakon, biżuteria Choparda ani nawet butelka dobrego wina, ale nowy paszport.

Była wyjęta spod prawa. Ścigana w Polsce, a więc pewnie i w całej Europie. Nie mogła zatrzymać się w hotelu, bo musiałaby się wylegitymować dowodem osobistym albo paszportem. Latanie samolotem – nie dla niej. O kupnie jakiejkolwiek nieruchomości mogła tylko pomarzyć.

Przecież na dłuższą metę nie da się tak żyć. Nie mówiąc już o tym, że chciała mieć możliwość powrotu do Polski, zobaczenia się z mamą i młodszym rodzeństwem. Część pieniędzy chciała wydać na nich, żeby zapewnić im lepszą przyszłość.

Na odpuszczenie win nie mogła liczyć, więc jedynym logicznym rozwiązaniem była nowa tożsamość. Niby proste, ale Kaśka nie miała pojęcia, jak się do tego zabrać. Nie wpisze przecież w wyszukiwarkę internetową: „jak załatwić sobie fałszywy paszport?”.

Podejrzewała, że w XXI wieku, w erze dokumentów biometrycznych, preparowanie paszportów jest domeną wyłącznie filmów sensacyjnych i służb specjalnych. Stawiała raczej na scenariusz, w którym weźmie fikcyjny ślub i w ten sposób zyska nowe nazwisko, może też nowe obywatelstwo, najlepiej państwa, które nie zgadza się na ekstradycję swoich obywateli. Takie numery na pewno odchodziły pod każdą szerokością geograficzną. Widziała co najmniej trzy filmy oparte na podobnym schemacie – polskie „Papierowe małżeństwo” z Joanną Trzepiecińską, amerykańską „Zieloną kartę” z Andie MacDowell oraz Gérardem Depardieu i australijskie „Wesele Muriel” z Toni Collette. Tylko żeby legalnie wziąć ślub, nawet fikcyjny, też trzeba przecież okazać dowód osobisty. A do tego nie rozwiodła się jeszcze z Maksem.

Czy fikcyjny ślub z drugim mężem to prawdziwa bigamia?

Mglistą nadzieję wiązała z terytorium Cypru Północnego, do którego granicy doszła już pierwszego dnia pobytu na wyspie, szwendając się po ulicach Nikozji. Budki graniczne, zasieki i barykady z worków z piaskiem biegły przez środek miasta. Gdyby się uparła, znalazłaby sposób, żeby przeleźć na północną stronę. A tam za pieniądze można podobno załatwić wszystko, łącznie z doktoratem z fizyki kwantowej, statuetką Oscara i dyplomem Miss Universe.

Po wizycie w banku, w którym podjęła dziesięć tysięcy euro, schroniła się w kafejce, bo akurat zaczęło padać. Wypiła kawę, zjadła ciastko, które przypominało jej oblaną czekoladą baklavę. Kiedy deszcz przeszedł w mżawkę, ruszyła uliczką, która nagle skończyła się barykadą zrobioną z dwóch rzędów metalowych beczek pomalowanych na biało i błękitno. Bez trudu przeszłaby na drugą stronę. Wiedziała, że Cypr Północny uznawany jest za odrębne państwo jedynie przez Turcję. Jako szara strefa, a jednocześnie biała plama na mapach, z pewnością stwarzał możliwość wyrobienia fałszywego paszportu, którego nie będzie na żadnych czarnych listach ani w policyjnych bazach danych. Tylko jak się do tego zabrać? Od czego zacząć?

Kaśka dłuższą chwilę wpatrywała się w kolorowe beczki, ale ostatecznie zawróciła. Zatrzymała się na nocleg po cypryjskiej stronie Nikozji, w niewielkim pensjonacie, w którego oknie zobaczyła informację o wolnych pokojach napisaną po angielsku, niemiecku i rosyjsku. W szczycie sezonu turystycznego nie wróżyło to luksusowych warunków, ale właściciel, sześćdziesięciolatek farbujący na czarno włosy, które przerzedzały mu się na czubku, bez mrugnięcia okiem przyjął wyjaśnienia Kaśki, że paszport zostawiła w wypożyczalni samochodów. Zwłaszcza że zapłaciła mu z góry za cztery dni całe sto osiemdziesiąt euro.

Jej pokoik był mały, nagrzany od słońca, pachniał kurzem, ale pościel była czysta. Kaśka wzięła prysznic w odnowionej nowoczesnej łazience wyłożonej kaflami w kolorze kawy z mlekiem. Odświeżona poszła do salonu, który oddano do dyspozycji gości. Tu jeszcze królowały dawne czasy: sczerniała boazeria na ścianach, a na podłodze wypłowiały dywan. W rogu dogorywała wielka otomana, poplamiona i wytarta, która w czasach świetności obita była pluszem w odcieniu błękitu. Przy oknie stało ażurowe biurko, a na nim komputer. Internet był wolny, ale Kaśka zaczęła cierpliwie przeglądać fora dla ekspatów. Ciepły klimat oraz ruch lewostronny sprawiają, że osiedla się tu sporo Brytyjczyków. Nie brakuje też bogatych Rosjan, którzy na potęgę inwestują w nieruchomości. Kaśka przedzierała się przez gąszcz postów dotyczących ubezpieczenia zdrowotnego, tanich rozmów telefonicznych do Wielkiej Brytanii, polecanych szkół i tak dalej.

W wątku dotyczącym obywatelstwa, naturalizacji i legalizacji pobytu małżonka spoza Unii Europejskiej napisała post, w którym w zawoalowany sposób przedstawiała swój problem: „Cudzoziemka szuka możliwości zalegalizowania pobytu”. W ciągu doby dostała kilka mniej lub bardziej idiotycznych odpowiedzi, ale po dwóch dniach napisał do niej facet mieszkający w Pafos na południowo-zachodnim wybrzeżu Cypru, który twierdził, że ma na zbyciu paszport swojej żony. „Który nie jest już jej potrzebny” – tak napisał, co Kaśkę rozbawiło i zaintrygowało.

Tak poznała Marka Navarro.

8

Sierpień zaczął się w Warszawie falą upałów. Poziom wody w Wiśle był rekordowo niski, a w programach informacyjnych eksperci grzmieli o skutkach globalnego ocieplenia. Na zmianę z innymi ekspertami, którzy wieszczyli rychłą wojnę na Bliskim Wschodzie.

Młody przestał skakać po kanałach i wyłączył pilotem wiszący na ścianie telewizor. Uznał, że poranną prasówkę ma odhaczoną. Usiadł na krześle tak, by znaleźć się w polu oddziaływania wiatraka, który furczał na środku stołu. Na niewiele się to zdało, wentylator przegrywał w starciu z Celsjuszem. Młody otarł pot z czoła. Rozpierała go duma kiedy wpatrywał się w trzymaną w ręku tekturową teczkę o szorstkiej oliwkowej okładce, z logo Agencji Wywiadu. Zawierała dokumentację dotyczącą operacji o kryptonimie Romeo.

Młody cieszył się jak dziecko z samego faktu, że został do niej przydzielony. Po ostatniej operacji, w której brał udział, bał się, że zostanie zweryfikowany negatywnie. Tak jak Szef, który już szykował się do przejęcia dowodzenia nad akcją Romeo, a potem z dnia na dzień poleciał. Został podobno oddelegowany do papierkowej roboty w wydziale analizy kryminalnej. Młody nie miał poczucia, że pokazał się z dobrej strony, jednak ktoś w dowództwie docenił jego wysiłki lub dojrzał w nim potencjał.

Raczej chodziło o to, że Romeo jest nietypową operacją, która łączy wątki wywiadowcze i kryminalne. Jeszcze kilka lat temu polska policja i Agencja Wywiadowcza podchodziły do siebie z niechęcią i o żadnej efektywnej współpracy nie byłoby mowy. Dopiero niedawno zaczęło się to zmieniać. Obie służby podpisały w 2017 roku porozumienie początkowo regulujące jedynie przepływ informacji. A potem miała miejsce między innymi operacja Sarajewo, w której Centralne Biuro Śledcze Policji korzystało z pomocy oficera wywiadu Roberta Kidda.

Teraz znów mają na talerzu sprawę, która wymaga połączenia sił AW i CBŚP. Oto na Bliskim Wschodzie objawiła się żona Kidda, która ponoć od trzech lat nie żyje. Afera szpiegowska jak nic, ale zadaniem policji, czyli właśnie między innymi Młodego, będzie rozwikłanie zagadki wypadku, w którym rzekomo zginęła Julia Kidd. Młody jarał się, bo już miał zarezerwowany lot do Hamburga. I nie miał tam lecieć sam...

Drugi powód, dla którego Młody tak się cieszył z udziału w operacji Romeo, przebywał aktualnie za ścianą. Miał śliczną dziewczęcą buzię i uroczo krzywe nogi. Młody skakał z radości, że znów będzie się kręcił blisko Agaty Bartnickiej, koleżanki z CBŚP, w której od jakiegoś czasu się podkochiwał. Liczył na to, że będą trzymać się razem. Sekcja, którą współtworzyli, była ledwie pięcioosobowa. Oprócz niego i Agaty była w niej trójka pracowników Agencji Wywiadu, którzy znali się jak łyse konie i na pewno do kolegów z policji będą podchodzili z rezerwą.

Pięć osób bezpośrednio zaangażowanych w operację to trochę mało, ale może Julia Kidd nie była aż tak wielkim priorytetem, żeby rzucać od razu większe siły? Młody wolał myśleć, że szefostwo wybrało małą elitarną grupę, złotą piątkę, która poradzi sobie ze sprawą szybko i bez rozgłosu.

Z kubka z nadrukiem jakieś arabskiej budowli Młody upił łyk wody. Popatrzył z namaszczeniem na tabelkę, którą wyjął z chudej jeszcze teczki akt operacyjnych. Był to wykaz osób znających sprawę, a jego nazwisko widniało w nim obok tuzów Agencji Wywiadu – dyrektora i jego zastępcy. Na liście był jeszcze dowodzący operacją Romeo podporucznik Karpiński, rezydent w Katarze, dwoje jego nowych współpracowników z sekcji, Agata, a na końcu on – Paweł Malinowski.

Spotykali się na mieście, w dwupokojowym mieszkaniu na jedenastym piętrze bloku przy ulicy Wiejskiej. Mieszkanie należało do zasobów Agencji, podobno był to kiedyś lokal konspiracyjny, ale został spalony. Nie dosłownie, lecz w przenośni. Młody nie miał pojęcia w jakich okolicznościach, podczas jakiej operacji, ale bez trudu snuł domysły, zważywszy na to, że po sąsiedzku mieli budynek sejmu, a z okien widać było ambasadę Kanady, a jak się mocniej wychyliło z balkonu, to również przedstawicielstwa dyplomatyczne Francji i Niemiec.

Mieszkanie składało się z dwóch niewielkich pokoi, łazienki i mikroskopijnej, ale widnej kuchni. Salon został urządzony jak pokój konferencyjny, z eliptycznym stołem pośrodku i dwoma biurkami przy oknie. W drugim pokoju można było odpocząć, ewentualnie się przespać. Stały w nim rozkładana kanapa oraz sporych rozmiarów sejf na tajne dokumenty i broń.

– Mamy Kidda na podsłuchu?! – prawie krzyknął Młody, kiedy zaczął czytać najnowszy raport.

Od razu skarcił się w myślach. Przecież miał nie zachowywać się jak gówniarz, tylko jak stary wyga. Zero emocji, profesjonalny chłód. Ale jego impulsywna natura okazała się silniejsza. Wstał od stołu i zajrzał do kuchni.

Agata, która była zajęta parzeniem kawy, bez słowa zgasiła go spojrzeniem. Miała dziś na sobie jasnoniebieską letnią sukienkę z odważnym dekoltem. Nie błękitną, ale w chłodniejszym odcieniu, który pasował do koloru jej oczu. Prawie nigdy nie chodziła w spodniach, bo miała krzywe nogi. Młody nie zwracał na to uwagi, przede wszystkim zachwycał się jej twarzą, zadartym noskiem i pełnymi ustami. Dziewczęca uroda kontrastowała z opanowaniem i rezerwą, które były znakiem firmowym Agaty.

– Kidd jest na podsłuchu? – powtórzył pytanie Młody, tym razem siląc się na obojętny ton.

– No i co z tego? – mruknęła Agata, podnosząc wzrok na Młodego, który górował nad nią wzrostem.

– Jak to co?!

– Jezu, czego się tak pultasz? – powiedziała znad zlewu z brudnymi naczyniami Krystyna Makowska, trzymając w ręku gąbkę. – I kto ci pozwolił wziąć mój kubek?!

– Sorry.

– Sprzątajcie po sobie, ludzie! – gderała Krystyna. – Ostatni raz zmywam po was.

Młody nie potrafił rozgryźć nowej koleżanki. Wydawało mu się, że Krystyna kompletnie nie pasuje do tajnych służb. Mocno po czterdziestce, oficjalna i drętwa, przypominała mu nauczycielkę matematyki z liceum. Miała nawet niezłą figurę, była bardzo szczupła, ale w ogóle o siebie nie dbała. Ciemne proste włosy miała tu i ówdzie przyprószone siwizną. Zdaniem Młodego wyglądało to tak, jakby jej gołąb nasrał na głowę, a ona tego nie zauważyła i rozczesała. Nie malowała się, za to ubierała się dziwnie i była obwieszona obciachową biżuterią. No dobrze, Krystyna Makowska miała ogromną wiedzę o Bliskim Wschodzie, ale żeby od razu brać ją do pionu operacyjnego? Młody uznał, że musi to być taka dziwna, nieprzystosowana geniuszka, o której czytał niedawno w jakiejś powieści kryminalnej, baba z aspergerem, coś w tym stylu.

– Kidda nikt o nic nie podejrzewa, wyluzuj – powiedziała Agata.

– Jak to o nic, skoro odpalili na niego Pegasusa? – spytał Młody, ściszając odruchowo głos.

Program do inwigilacji smartfonów został zakupiony w tajemnicy i nielegalnie, ale wszyscy w służbach wiedzieli, że od kilku lat działa, i to całkiem sprawnie.

– Sam się zgodził. To na wypadek, gdyby ktoś się do niego odezwał w sprawie żony – wyjaśniła Agata. – Żeby tego kogoś namierzyć.

Młody wzruszył ramionami i poczuł przy tym zakwasy w mięśniach kapturowych. Wczoraj zaszalał na siłowni, pracując nad dawno nietrenowanymi plecami.

Z oczywistych względów Robert Kidd nie mógł uczestniczyć w operacji Romeo. Złożył wyjaśnienia, ale kiedy podzielił się już wszystkim, co wiedział na temat rzekomej śmierci swojej żony, podziękowano mu. Proponował dalszą pomoc, jednak prowadzący operację porucznik Karpiński odmówił.

– Zobaczycie, okaże się, że w końcu ta jego żona sama zadzwoni i mu powie, żeby się odpierdolił. Odeszła, bo miała go dość – powiedział prowokacyjnie Młody, zerkając w stronę Agaty.

– I sfingowała swój wypadek? – Krystyna odłożyła gąbkę i teatralnym gestem splotła ręce na piersiach. – Nie sądzę.

– Czemu nie? Podobno jak kobieta jest zdesperowana...

– Tak dobrze go sfingowała – weszła mu w słowo Krystyna – że przy okazji zabiła aż trzy niewinne osoby?

Młody myślał nad ripostą. Cóż, sprawa była naprawdę dziwna. Nic tu nie trzymało się kupy. Ciężko było zmontować nawet roboczą hipotezę. Jedno wydawało się Młodemu pewne: Julia Kidd albo została przez kogoś potwornie skrzywdzona, albo sama była bardzo, ale to bardzo złym człowiekiem.

Zapikał domofon. Ktoś wstukiwał kod na dole. Po chwili Młody usłyszał cichutkie stęknięcie windy, a kilkadziesiąt sekund później do mieszkania wszedł Sebastian Strzelecki. On też nie pasował Młodemu do wizerunku oficera wywiadu. Pociągła twarz pięćdziesięciolatka była smutna i zmęczona, jakby naznaczona udręką. Dziś jednak malowała się na niej odrobina ożywienia, a może nawet ekscytacji.

– A gdzie porucznik Karpiński? – spytała z pretensją w głosie Krystyna. – Mieliście przyjechać razem.

– Spóźni się, o ile w ogóle dziś będzie – mruknął Strzelecki, po czym przekręcił zamek w drzwiach. – Na Miłobędzkiej jest pilna narada. Niezła chryja się zrobiła.

– Co znowu? – chciała wiedzieć Krystyna, poprawiając okulary, które lekko zsunęły się jej na nosie.

– Kidd spierdolił – powiedział Strzelecki takim tonem, jakby sprawiło mu to satysfakcję. – Czuję kawę? Cudownie, dajcie kawy, ludzie.

– Co?! – wyrwało się Agacie.

– Jajco. Robert Kidd zniknął. Podobno wyleciał wczoraj do Dubaju. Odpierdala jakąś samowolkę. Nikt nic nie wie, wszyscy są wściekli.

– O, kurwa! – zawołała Krystyna. – Ale kozak!

9

– Shit – syknęła Kaśka.

Kiedy zeszła ze Skały Afrodyty i ruszyła do brzegu, fala podcięła ją i rzuciła o kamienne dno.

– You all right? – zawołał Mark.

Uderzyła się w udo i w piszczel, jak nic będą siniaki. Klnąc pod nosem, podniosła się i, zaciskając zęby, brnęła w wodzie, by zdążyć przed kolejną falą.

– You rocked! – zawołał mężczyzna, po czym zaśmiał się.

Kaśka zrozumiała, że to taka gra słów, bo wyrażenie oznacza „dałaś czadu”, ale rock to po angielsku „skała”. Uśmiechnęła się i przyjęła wyciągniętą rękę. Wyszła z wody i podbiegła do leżącego nieopodal plażowego ręcznika w biało-granatowe pasy.

Mark Navarro był sympatycznym mężczyzną, nawet niebrzydkim. Kaśka w myślach nazywała go podstarzałym hipsterem, bo dawno przekroczył trzydziestkę, ale nadal był beztroski, wyluzowany i pozbawiony jakichkolwiek aspiracji. Wysoki, chudy jak szczapa, miał przydługie, proste włosy w kolorze ciemnego blondu, które rudziały w słońcu, bransoletki z rzemyków na przegubach obu rąk oraz ciasny naszyjnik z turkusowych koralików. Chodził w szortach i spranych T-shirtach z nadrukami. Brakowało mu tylko deski surfingowej.

Wieczni chłopcy średnio pociągali Kaśkę. Zastanawiała się, czy w ogóle kiedykolwiek była wrażliwa na ich wdzięki. Może gdy była nastolatką, pióra, stylówa etno i gitara robiły na niej wrażenie. Ale szybko jej przeszło, gdy się zorientowała, jak ten świat jest skonstruowany. Nie była kobietą bluszczem, potrafiła zadbać o siebie, ale podobało się jej, jeśli facet potrafił coś w życiu osiągnąć.

Na dłuższą metę Mark Navarro nie zapunktował również u swojej żony Dominique. Znużyły ją jałowa egzystencja, wieczne imprezowanie i dziadowanie. Któregoś dnia zrobiła mu tysięczną awanturę, po czym spakowała manatki i wróciła do USA. Użyła swojego amerykańskiego paszportu wystawionego na panieńskie nazwisko. Brytyjski, na nazwisko męża, który wyrobiła po ślubie, zostawiła w wynajmowanym przez nich pokoiku. Albo w pośpiechu zapomniała o nim, a może w ten symboliczny sposób chciała odciąć się od przeszłości i nieudanego małżeństwa.