Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
73 osoby interesują się tą książką
Rupert Ogrodnik wyrusza do Sandomierza, by wraz z rodzeństwem nadrobić utracone lata. Chcą cieszyć się wspólnym towarzystwem, robić szalone rzeczy i przeżyć przygodę, którą zapamiętają na zawsze. Kiedy przyjeżdżają na miejsce, na starówce dochodzi do makabrycznego wydarzenia. Z wieży ratusza skacze młoda dziewczyna, a jej matka rozpaczliwie szuka zaginionej córki wśród tłumu turystów. Okazuje się jednak, że to nie Oliwia, a przebrana za nią kukła, którą ktoś na linie wyrzucił z wieży. Ruperta tak bardzo porusza rozpacz kobiety, że postanawia zaangażować się w śledztwo. Udając policjanta, wyciąga od miejscowego komendanta informacje i nawet nie przypuszcza, w jakie wpakuje się przez to kłopoty.
Alicja, siostra Ruperta, w sekrecie wyjawia mu, że ich brat Peter ma w Stanach duże problemy, a następnie przyznaje, że się go boi. Tyle że Piotr wydaje się porządnym, prawym człowiekiem, a dziwne zachowanie Alicji sprawia, że Ogrodnik nie wie, w co powinien wierzyć. A gdy na domiar złego otrzymuje telefon z groźbą od swojej córki Roksany oraz informację, że ktoś włamał się do jego domu w Szklarskiej Porębie, czuje się mocno przytłoczony.
Komendant Eryk Dobrowolski prowadzi sprawę zaginięcia nastoletniej Oliwii. Jednak śledztwo staje w miejscu, a jedynym punktem zaczepienia jest fakt, że człowiek, który kiedyś był podejrzany o zabójstwo żony, przyjechał do Sandomierza, udaje policjanta i nazbyt mocno interesuje się zaginioną dziewczynką…
Co tak naprawdę stało się z Oliwią? Czy miało to związek z niedawną śmiercią jej ojca, czy przyjazdem rodziny Ogrodników i komu z tej trójki powinien uwierzyć Dobrowolski?
Wszystko wskazuje na to, że Rupert Ogrodnik dostanie to, czego chciał, i zapamięta ten wyjazd na zawsze…
***
Katarzyna Wolwowicz, urodzona w 1983 roku. Magister stosunków międzynarodowych i psychologii klinicznej. Absolwentka studiów podyplomowych z mediacji.
Dorastała w malowniczej górskiej miejscowości – Szklarskiej Porębie. Kocha przestrzeń, wolność i naturę, ale także ogień trzaskający w kominku, saunę i morsowanie w górskich wodospadach. Uwielbia sport, zwłaszcza narciarstwo alpejskie, a także taniec towarzyski i latynoamerykański.
Autorka serii kryminalnych z Olgą Balicką, Tymonem Hanterem, Carmen Rodriguez i Rupertem Ogrodnikiem oraz thrillerów: W otchłani i Odpowiedź kryje się w tobie.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 306
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tytuł oryginału: Śladami utraconego życia
–fragment–
© Copyright by Katarzyna Wolwowicz, Warszawa 2026
© Copyright for the Polish edition by Wydawnictwo Zwierciadło Sp. z o.o., Warszawa 2026
Redakcja: Anna Jeziorska
Korekta: Agnieszka Dudek
Skład i łamanie: Sylwia Rogowska-Kusz, Magraf sp.j., Bydgoszcz
Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski, Magraf sp.j., Bydgoszcz
Zdjęcie autorki: z archiwum prywatnego
Projekt okładki: Eliza Luty
Redaktor inicjująca: Blanka Wośkowiak
Wszelkie podobieństwa zdarzeń, instytucji i osób są przypadkowe i niezamierzone.
Opowieść stanowi literacką fikcję.
Wydawnictwo nie ponosi żadnej odpowiedzialności wobec osób lub podmiotów za jakiekolwiek ewentualne szkody wynikłe bezpośrednio lub pośrednio z wykorzystania, zastosowania lub interpretacji informacji zawartych w książce.
ISBN: 978-83-8132-797-8
Dyrektor produkcji: Robert Jeżewski
Druk: Druk-Intro SA, Inowrocław
Wydawnictwo Zwierciadło Sp. z o.o.
ul. Widok 8, 00-023 Warszawa
tel. 603-798-616
Dział handlowy:
Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.
Wydanie I, 2026
Ten e-book jest zgodny z wymogami Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA).
Ta burza jest inna od wszystkich, jakie do tej pory dane mi było przetrwać. Przerażająca, złowieszcza i niosąca ze sobą śmierć. Czuję to. Nie potrafię tego uzasadnić, ale podskórnie czuję, że za chwilę ktoś z nas zginie. Jedziemy samochodem po wąskiej, skalistej drodze, dokładnie takiej, jakie czasem widuje się w horrorach. Mam wrażenie, że zaraz z naprzeciwka wyskoczy nam jakieś auto, chociaż jest tu tak mało miejsca, że z całą pewnością trasa jest jednokierunkowa. Siedzę z tyłu i kurczowo trzymam się przednich foteli. Za oknem rozbłyskuje jasne światło błyskawicy i rozchodzą się przeraźliwe grzmoty. A może to wcale nie są grzmoty na niebie? Może to spadająca przed nami lawina kamieni? Co, jeżeli wielkie głazy tarasują przejazd i zaraz w nie uderzymy?
Kątem oka widzę, jak Piotr wciska pedał gazu, a auto ledwo mieści się na wąskiej drodze. Serce bije mi tak mocno, że mam wrażenie, że zaraz wyskoczy z piersi.
– Uważaj! – krzyczę do niego, bo przyspiesza jak wariat tuż przed kolejnym zakrętem. – Chcesz nas zabić?!
Z powodu totalnej ciemności za oknem i ogromu lejącego się na przednią szybę deszczu nie mogę tego zobaczyć, ale jestem pewien, że po naszym przejeździe ze skalnej skarpy zsunęło się kilka kolejnych kamieni. Słyszę pisk opon i głośny płacz mojej siostry Alicji, siedzącej z przodu na miejscu pasażera i skrywającej twarz w dłoniach.
– Spokojnie. Wszystko będzie dobrze. – Kładę dłoń na jej ramieniu, chcąc dodać otuchy, ale przecież sam w to nie wierzę.
Czuję strach przed tym, co ma nadejść. Wiem, że nie jest to nic dobrego. Wiem, że przyniesie nam dużo cierpienia i rozpaczy, i wiem, że nie jesteśmy w stanie tego uniknąć. Przed czym właściwie uciekamy i czy w ogóle uciekamy? Próbuję odnaleźć się w czasie i przestrzeni i ustalić najważniejsze fakty. Jestem w aucie z bratem i siostrą, których dopiero niedawno odzyskałem. Pędzimy wąską drogą po urwisku skalnym. Ale dlaczego? Uciekamy, czy kogoś gonimy? Nie mam pojęcia, co wydarzyło się chwilę temu. I choć bardzo staram się sobie przypomnieć, w głowie mam jedynie pustkę i ogromny, wciąż narastający lęk przed stratą. Tak. Boję się. Boję się tego, że zaraz wszyscy zginiemy albo że zginą tylko oni, a ja dalej będę musiał żyć w tym przerażającym świecie. Sam. Bez rodziny, bez ciepła i miłości. Nie chcę tak żyć. Nie chcę znów być na świecie sam. Nie chcę ponownie zastanawiać się, dlaczego wszyscy, których kocham, odchodzą, dlaczego los wciąż zsyła na mnie to cierpienie, dlaczego zawsze zabiera mi bliskich.
– Uważaj!!! – z ust wyrywa mi się wrzask, bo nagle dostrzegam stojącą na drodze postać.
Słyszę krzyk Alicji, pisk klocków hamulcowych zaciskających się na tarczach, a potem odgłos uderzenia. Samochód wpada w jakiś dziwny wir i kręci się wokół własnej osi, a ja uderzam głową w szybę, o którą rozbryzguje się krew potrąconej ofiary. Świat nagle zwalnia i zaczynam widzieć wszystko w zwolnionym tempie, a docierające do mnie odgłosy stają się cichsze, zniekształcone i niewyraźne, zupełnie tak, jakbyśmy znaleźli się pod wodą.
Kiedy auto zatrzymuje się na skalnej ścianie, wszystko nagle cichnie. Podnoszę się z tylnej kanapy, odczuwając silny ból głowy. Dotykam skroni i pod palcami wyczuwam krew, a potem przerażony przenoszę wzrok na moją martwą siostrę. Ma szeroko otwarte oczy i usta, i wygląda przerażająco. Żyła na skroni zaczyna mi mocno pulsować i zlewać się w tempie ze zbyt szybko bijącym sercem. Mam ochotę krzyczeć, rzucić się Alicji na pomoc, przystąpić do reanimacji i starać się uratować jej życie, ale patrzę na nią i wiem, że to nie ma sensu. Alicja nie żyje, a z fotela kierowcy dochodzi ciche rzężenie.
– Piotr? – wymawiam w nadziei, że nie zostałem na świecie sam, i próbuję dotknąć mojego brata, by sprawdzić, czy jest cały.
– To… – odzywa się z przerażoną miną. – To… To była ona. Widziałem.
Głos mu drży, ale dla mnie najważniejsze jest to, że obaj żyjemy.
– Jaka ona? – pytam, starając się odpiąć pas, który ewidentnie się zaciął.
– Ona. To była ona. – Piotr cały się trzęsie.
Wydaje mi się, że jest w szoku. Jego ciało dopadają dreszcze, sprawiając, że ręce obijają się o trzymaną kurczowo kierownicę.
– Miała pistolet. Chciała nas zabić – mówi przerażony.
– Jaka ona?! – podnoszę głos, bo nie mam pojęcia, o kogo mu chodzi.
Udaje mi się odpiąć pas i kiedy z ulgą unoszę głowę, widzę zbliżający się do samochodu cień. Nie rozpoznaję postaci, ale wiem, że to kobieta. Piotr zaczyna się wiercić i krzyczeć ze strachu, a mnie serce znów bije tak głośno, że zagłusza moje własne myśli. Kobieta wyciąga w naszym kierunku dłoń, w której trzyma pistolet. Widzę go wyraźnie mimo padającego deszczu. Wytężam wzrok i podnoszę go na jej twarz, którą do tej pory skrywała ciemność.
– Roksana? – pytam zaskoczony, bo co, do cholery, moja córka robi w środku nocy na jakiejś drodze na przełęczy?
Ciekawe, że to pytanie nurtuje mnie bardziej niż to, dlaczego celuje do nas z broni. Przecież wiem, że nic nam nie zrobi, przecież to moja córka, przecież…
Los nie daje mi czasu na dalsze rozważania. Widzę, jak Roksana pociąga za spust, a potem słyszę już tylko odgłos wystrzału.
Obudź się, Rupert… Obudź się…
Jej głos dociera do mnie jakby z zaświatów. Mam wrażenie, że kręci mi się w głowie, chociaż oczy wciąż mam zamknięte i jedyne, co widzę, to ciemność.
– Rupert… Kochanie…
Głaszcze mnie po włosach i pochyla się nade mną, a ja czuję na skórze jej ciepły kojący oddech.
– Beata…? – pytam, zastanawiając się, gdzie właściwie jestem i co się wydarzyło.
W końcu udaje mi się unieść powieki i spojrzeć w jej zatroskane oczy, patrzące na mnie z przejęciem i miłością.
– No nareszcie! – mówi i klepie mnie delikatnie w ramię, a potem siada na łóżku, jakby się obraziła.
– Znowu miałem ten koszmar? – pytam, zaczynając orientować się w sytuacji i podnosząc się na łokciach.
– Słowo daję, Rupert. Umarłego byś wystraszył tym wydzieraniem się po nocy. – Zakłada na stopy skarpetki, zeskakuje z łóżka i narzuca na ramiona jedwabny szlafrok.
– Tak ci zimno? – zmieniam temat, bo zaczynam sobie przypominać, co mi się śniło i wiem, że nie chcę z nią o tym rozmawiać.
– Idę zrobić kawę. Nie zasnę już – mówi i wychodzi z pokoju.
Nagła zmiana jej zachowania wcale mnie nie dziwi. Wiem, że się o mnie martwi, wiem, że chce dla mnie dobrze i gdybym tylko dopuścił ją do swoich koszmarów i opowiedział jej o nich, pewnie z chęcią by mnie wysłuchała, ale ja za każdym razem odmawiam jej tej rozmowy. Nic dziwnego, że kiedy mnie wybudza, udaje obrażoną i zostawia mnie samego. Czy czuję się wtedy jak dupek? Trochę tak. Czy w związku z tym zamierzam się poprawić i tym razem zachować inaczej? Z pewnością nie.
Zawsze po przebudzeniu potrzebuję chwili, by sobie przypomnieć, o czym śniłem, a kiedy to następuje, uważam mój sen za głupi i świadczący o mojej słabej psychice. Biedny Rupercik, który boi się zostać sam. Zraniony, samotny i przerażony. A do tego Roksana.
Dwóch rzeczy mam obecnie w swoim życiu w nadmiarze. Pierwsza z nich to terapia. Uważam, że bardzo mi pomogła, ale już dosyć. Człowiek nie może całe życie uczęszczać do psychoterapeuty, bez jaj. Codziennie wmawiam sobie, że przecież jestem facetem. Opiekunem stada, gościem, który prowadzi firmę i zarabia konkretne pieniądze. Szczęśliwym człowiekiem, który miał kilka gorszych lat, ale wyszedł na prostą. I tego się trzymam. Nie mam ochoty roztkliwiać się i wynurzać przed moją partnerką, swoją drogą z zawodu psychologiem, na temat lęków, strachów i koszmarów, które regularnie nawiedzają mnie od dłuższego czasu. A jaka jest druga rzecz, której mam dosyć? Roksana. Zbyt długo jej pobłażałem. Zbyt wiele ode mnie dostała i za bardzo dałem się tej smarkuli owinąć wokół palca. Nie mogę całe życie bronić jej przed wszystkimi. Pomimo tego, że jest moją córką. Córką, która chciała mnie zabić dla spadku.
– Poczekaj. – Zeskakuję z łóżka i biegnę za Beatą do kuchni, odziany jedynie w bokserki.
Niemal przewracam się na śliskich drewnianych schodach prowadzących do salonu i widzę, że moja kobieta robi wszystko, by się nie zaśmiać i zachować powagę. Dobrze. Przynajmniej wprawiłem ją w dobry nastrój, choć nie chce mi tego pokazać. Podchodzę do niej i łapię ją w pasie, a potem odwracam do siebie i mocno się w nią wtulam.
– Spocznij sobie na kanapie – mówię, kiedy spoglądam jej w oczy. – Ja zrobię nam kawki.
Robi to, o co ją proszę. Siada na rozległym karmelowym narożniku, który kupiliśmy razem miesiąc temu, i patrzy na ogród przez przeszkloną ścianę budynku. Jest sierpień. Ogród żyje swoim bujnym życiem, na drzewach pojawiają się pierwsze owoce, a rabatki, o które tak pieczołowicie dba pani Maria, codziennie cieszą nas kolorowymi kwiatami.
Idę do kuchni i włączam ekspres do kawy. W przestrzeni rozchodzi się najpierw odgłos młynka, a potem aromat świeżo parzonego napoju. Uwielbiam ten zapach o poranku.
Zabieram z blatu dwa kubki i stawiam je na stoliku przy narożniku. Beata obserwuje mnie z zatroskaną miną i wiem, że chce coś powiedzieć, ale się powstrzymuje.
– Może przejdziemy się dzisiaj na Wysoki Kamień? – proponuję i podaję jej jeden z kubków.
Upija trochę kawy i znów przenosi wzrok na ogród.
– Nie masz ochoty? – pytam. – To może jakieś zakupy? Mieliśmy wybrać nowe donice na jesień. Coś mi się wydaje, że zbliża się wielkimi krokami – przypominam jej, ale ona nadal milczy. – OK. To może po prostu poleniuchujemy, a na zakupy pojedziemy kiedy indziej?
– Rupert, tak nie można – przerywa milczenie i spogląda na mnie smutnym wzrokiem.
– No, OK. To pojedźmy dzisiaj. Jestem otwarty na wszystkie twoje pomysły.
– Wszystkie poza szczerą rozmową – kwituje cierpko.
Posyłam jej wymowne spojrzenie, coś w stylu: „Daj spokój, jestem dużym chłopcem i nie potrzebuję rozmawiać o koszmarach sennych”, ale ona zdaje się w to nie wierzyć.
– Masz rację, chcąc iść do przodu – zaczyna, a ja wiem, że szybko nie da mi spokoju. – Ja też uważam, że wiele osób jest przeterapeutyzowanych, że nie potrafią stawić czoła rzeczywistości, zadziałać, wziąć życia we własne ręce, tylko wciąż opowiadają o sobie na terapii, ale…
Robi chwilę przerwy na zaczerpnięcie oddechu, a ja zastanawiam się, czy teraz nie wejść jej w słowo. Ostatecznie jednak uznaję, że przyniosłoby to skutek odwrotny od zamierzonego.
Spoglądam na nią i zaczynam się zastanawiać, czy powinienem coś odpowiedzieć. Chciałbym. Wolałbym nie zostawiać jej zdania na wierzchu. Może wystarczyłoby po prostu wyrazić swój zdecydowany sprzeciw i powiedzieć, że nie chcę dłużej o tym rozmawiać, ale to jest przecież Beata. Doskonale wiem, że nie odpuści, że i tak dopnie swego, a ja mogę jedynie starać się odsuwać od nas tę dyskusję, ale ostatecznie i tak do niej dojdzie.
– No więc? – Patrzy na mnie niecierpliwym wzrokiem.
Kasztanowe włosy zalotnie opadają jej na twarz. Wygląda pięknie, ale doskonale wiem, że to nie jest dobry moment, by jej to powiedzieć.
Muszę teraz udawać skupionego i dojrzałego człowieka, który nie ma nic przeciwko poważnej rozmowie o dręczących go demonach, i przy porannej kawie chętnie podzieli się swoimi lękami z partnerką. Ale nie chcę tego robić. Mam dosyć. Zbyt długo starałem się być dojrzałym emocjonalnie mężczyzną, który otwarcie mówi o tym, czego się obawia. Od czasu, kiedy zrozumiałem, że nic mi to nie daje i że wiele osób w moim życiu wykorzystuje moją dobrą naturę, staram się być kimś innym. Samcem alfa, który nie odczuwa słabości. A nawet jeżeli odczuwa, to się tym nie dzieli. Samiec alfa nie koncentruje się na wewnętrznych przeżyciach, on działa. Szybko ocenia zaistniałą sytuację i podejmuje decyzje, a nie koncentruje się na osobistych, emocjonalnych wynurzeniach. Koniec i kropka.
– Rupert… – Beata przysuwa się do mnie i kładzie mi rękę na kolanie. – Wiem, że ci ciężko. Wiem, że w nocy masz koszmary. To normalne w twojej sytuacji.
– W mojej sytuacji… – powtarzam i sam zaczynam się zastanawiać, ile osób na świecie jest obecnie w mojej sytuacji, skoro tak łatwo stwierdzić, że to, co przeżywam, jest zupełnie do niej adekwatne. – Skoro to normalne, to czy moglibyśmy przestać już o tym rozmawiać? – pytam, starając się zachować neutralny ton wypowiedzi. Taki, w którym nie słychać irytacji ani wciąż narastającej we mnie frustracji.
Ale zaraz potem zastanawiam się, czy samiec alfa nie powinien okazać złości i uderzyć pięścią w stół, kiedy ma czegoś dosyć. Powinien. Tyle że ja jeszcze nie potrafię tego zrobić.
– Przestać? – rzuca lekko piskliwym, ewidentnie zniecierpliwionym już głosem. – Do cholery, Rupert! My jeszcze nawet nie zaczęliśmy tej rozmowy.
– Beata, naprawdę chcesz się kłócić od rana? – Mój ton staje się niższy i nieco nieprzyjemny.
– Dlaczego nie? – odpowiada, jakby ucieszyła ją ta perspektywa. – Dobra kłótnia może nam się przysłużyć. Może w końcu się dowiem, co czujesz i co siedzi w twojej głowie.
– Chyba to wiesz, skoro uważasz, że to normalne w mojej sytuacji – kwituję, wiedząc, że to nie prowadzi do niczego dobrego. A jednak nie mogę się oprzeć rzuceniu tej drobnej złośliwości.
– Ależ ty mnie wkurzasz, Rupert! – podnosi głos i odstawiając kubek na stolik, ostentacyjnie wstaje z kanapy i podchodzi do przeszklonej ściany domu, wychodzącej na ogród.
Idę za Beatą i obejmuję ją od tyłu. Tak naprawdę nie chcę się kłócić. Uważam, że to totalna strata czasu, zwłaszcza że ten poranek mógłby być naprawdę przyjemny.
– Przepraszam, kochanie – szepczę, starając się załagodzić sytuację, i całuję ją w policzek. – Pamiętasz, co mi zawsze powtarzałaś o pomocy pacjentom?
– Że najtrudniej jest zacząć, ale jak już się to zrobi, człowieka ogarnia poczucie ulgi? – pyta retorycznie, wiedząc, że nie o to mi chodzi.
Beata to niezła szelma. Zawsze potrafi znaleźć odpowiedź, która da jej przewagę w polemice.
– Raczej miałem na myśli to, że po pierwsze, nie wolno terapeutyzować swoich bliskich, a po drugie, że można pomóc tylko tym, którzy tego chcą.
– Rupert, czy ty próbujesz mną manipulować? – Odwraca się do mnie i mruży oczy. – Dobrze wiesz, że nie zamierzam stosować na tobie żadnej z moich metod. I pewnie po kilku miesiącach terapii, którą już odbyłeś, doskonale wiesz, że zdrowy związek wymaga szczerych rozmów i dzielenia się swoimi myślami i emocjami.
– A ty jako świetna pani psycholog na pewno wiesz, że zdrowo jest mieć w związku coś tylko dla siebie i nie wszystkim trzeba się dzielić. – Staram się sprawnie odbijać piłeczkę, ale odnoszę wrażenie, że jeśli któreś z nas nie odpuści, ten dzień może się okazać stracony.
– Do cholery, Rupert! – Odpycha mnie od siebie. – Tu chodzi bardziej o jakieś własne hobby czy zajęcia sportowe, a nie o ukrywanie emocji, które tobą targają i wpływają na naszą relację. Od miesięcy miewasz koszmary senne. Nie ma tygodnia, żebyś nie obudził się zlany potem. Często zdarza ci się w nocy krzyczeć, a w ciągu dnia udajesz, że nic się nie dzieje, że to nie ma znaczenia, że wszystko masz pod kontrolą.
– Bo mam – wzdycham. Z rezygnacją kręcę głową i siadam z powrotem na kanapie. – Nie będę cię na siłę przekonywał, że jest inaczej. Tak, śnią mi się koszmary. Moja córka okazała się seryjną morderczynią, którą sąd chciał skazać na dożywocie, ale postanowił zamknąć ją w psychiatryku na obserwacji. To wszystko trwa już wiele miesięcy, które ciągle nie przynoszą zakończenia tej historii, a ja być może nadal nie mogę pogodzić się z tym, że Roksana jest, jaka jest i raz jej nienawidzę, innym razem nienawidzę siebie i zastanawiam się, czy to przeze mnie jest taka, a kiedy indziej chcę jej wszystko wybaczyć i zacząć od nowa, ale wiem, że ona ma mnie gdzieś. Zastanawiam się, jak to jest, do cholery, możliwe, że znalazłem się w miejscu, w którym jestem, i czy mogłem postąpić inaczej. Może gdybym nie wysłał jej do Anglii, może gdybym był częściej w domu, kiedy była mała…
Na chwilę milknę, bo czuję wzbierający żal, że tak się to wszystko potoczyło.
– A potem przypominam sobie moją rozmowę z terapeutą, który utwierdzał mnie w przekonaniu, że to nic by nie dało – kontynuuję ciszej. – Że Roksana taka się urodziła, że się nie zmieni, że jest psychopatką, całkowicie pozbawioną skrupułów i sumienia, i jedyne, czego ode mnie chciała, to pieniądze. Była gotowa posunąć się do najgorszego, żeby je zdobyć. Racjonalnie ja to wszystko rozumiem. Wiem, że powinienem po prostu o niej zapomnieć i żyć dalej, i przecież to robię. Od roku staram się być mężczyzną, jakim zawsze chciałem być, i robić wszystko tak, jak powinienem. Zrównoważonym, ogarniętym, odpowiedzialnym, nieroztkliwiającym się zbyt długo nad niepowodzeniami. Bez zbędnych analiz i skrajnych emocji. Trenuję nawet sztuki walki, żeby poczuć się bardziej męsko, a ty ciągle się mnie czepiasz i każesz mówić o emocjach. Dlaczego? Nie możesz zaakceptować tego, że ja nie mam ochoty o nich rozmawiać? Że chcę być innym Rupertem? Nie dzielić włosa na czworo, ale stawać twarzą w twarz z problemem, radzić sobie z nim i iść dalej? – kończę moją przydługą mowę, bo zasycha mi w gardle i zaczyna brakować tchu. – I powiem ci jeszcze jedno – dodaję, choć nie wiem, czy już nie przegnę. – Nie obraź się, ale tym ciągłym zmuszaniem mnie do zwierzeń po prostu mnie kastrujesz.
Beata otwiera szeroko oczy i lekko rozchyla usta, jakby chciała od razu to zripostować, ale nie wie, co ma na to odpowiedzieć.
– Tak już jest – przytakuję sam sobie. – Faceci nie gadają w kółko o emocjach. Faceci są twardzi. Nie oglądałaś Chłopaki nie płaczą? – rzucam żartobliwie, bo chcę trochę rozładować napięcie.
– Naprawdę uważasz, że cię kastruję? – pyta, jakby ta informacja zaciekawiła ją najbardziej ze wszystkiego, co do tej pory powiedziałem.
– Szczerze? Tak – mówię z przekonaniem.
– Nie poznaję cię. Nigdy taki nie byłeś. Ja… – zaczyna myśl, ale urywa, bo nagle rozlega się pukanie do drzwi. – Spodziewasz się kogoś? – Patrzy na mnie zaskoczona.
– Nie. – Kręcę głową i sam zaczynam się zastanawiać, kto to może być.
Pani Maria i pan Józef mają dziś wolne, a ja nie należę do grona osób towarzysko spontanicznych. Zazwyczaj ja i moi znajomi dzwonimy do siebie przed odwiedzinami.
Wstaję z kanapy i idę w kierunku drzwi. Przez czyste jak łza hartowane szkło zaczynam widzieć zarysy postaci. Otwieram z uśmiechem, bo chyba nie ma lepszych osób, które mogłyby przyjść w trakcie naszej małej sprzeczki. Piotr i Alicja, moje odzyskane rok temu rodzeństwo, które kilka miesięcy temu przeniosło się na jakiś czas do Polski. Właściwie przyjechali na kilka miesięcy i wynajęli dom w Szklarskiej Porębie. Chcieliśmy się lepiej poznać, nadrobić stracony czas i choć każde z nas trochę się bało, jak to będzie i czy znajdziemy wspólne tematy do rozmów, wyszło lepiej, niż się spodziewaliśmy.
– Cześć! – Witam ich uściskami i szeroko otwieram drzwi. – Wchodźcie. Właśnie pijemy z Beatą poranną kawę. Macie ochotę?
– Nie przeszkadzamy? – Alicja wygląda na lekko niepewną. – Mówiłam temu durniowi, żeby najpierw zadzwonił, że nie można tak wchodzić komuś na chatę bez zapowiedzi. Ale on mnie totalnie nie słucha. – Uderza brata w ramię i pokazuje mu język.
Uwielbiam patrzeć na to, jak się do siebie odnoszą. Oboje są już po czterdziestce, ale zachowują się jak kilkuletnie rodzeństwo, które ciągle się sprzecza. Bardzo żałuję, że nie było mi dane z nimi dorastać, że sam nie doznałem tego uczucia.
– Wszystko OK. Naprawdę – zapewniam. – Rodzina nie musi się zapowiadać. Wchodźcie. – Wyciągam rękę w stronę salonu, dając im znać, żeby tam się skierowali. – I wybaczcie mój strój. – Dopiero teraz przypominam sobie, że jestem niemal w negliżu, i robi mi się nieco głupio. – Skoczę na górę i się przebiorę, a potem zrobię wam kawę. Siadajcie. – Rozglądam się po pokoju, w którym jeszcze przed chwilą była Beata, i widzę, że schodzi po schodach ubrana w brązowy dres.
– Cześć. Miło, że wpadliście – mówi z uśmiechem. – Czego się napijecie? A może macie ochotę na śniadanie? Jedliście już?
– Polska gościnność nigdy nie przestanie mnie zadziwiać. – Alicja chichocze, chwyta Beatę pod ramię i prowadzi ją do kuchni, jakby to ona była tu panią domu. – Chodź. Pomogę ci zrobić kawę, a chłopaki sobie pogadają. My tylko na chwilę. Nie chcemy przeszkadzać, ale mamy dla was propozycję nie do odrzucenia.
– Nie do odrzucenia? – podchwytuję od razu i spoglądam zaciekawiony na Piotra.
– Tak – potwierdza. – Nie do odrzucenia! – Szczerzy zęby w uśmiechu, w którym widzę i szczerą radość, i nadzieję, że przystaniemy na ich pomysł.
– No to opowiadaj. – Wskazuję mu ręką kanapę i siadamy obaj niemal w identycznej pozycji.
Opieramy mocno plecy i zakładamy nogę na nogę, kładąc stopę na kolanie. „Genów nie oszukasz” – śmieję się w duchu.
Generalnie moje rodzeństwo nie jest do mnie bardzo podobne. Z wyglądu przypominają naszych rodziców z czasów, kiedy ci byli młodzi. Ich fotografia od kilku miesięcy wisi na ścianie mojego gabinetu. Ja przypominam bardziej dziadka Antoniego i jego przodków. A jednak jest coś w naszej postawie, ruchach ciała i ogólnej aparycji, co nas łączy. Bardzo mnie to ciekawi, bo zawsze myślałem, że gesty, sposób jedzenia, siedzenia czy kolejność wykonywania pewnych czynności są bardziej kwestią częstego przebywania ze sobą niż genów, ale, jak widać, w naszym przypadku jest odwrotnie.
– Słuchaj, za parę tygodni wracamy do Stanów – zaczyna mój brat i robi poważną minę, a ja czuję lekki zawód.
Dobrze było mieć ich przy sobie, zwłaszcza w sytuacji, kiedy zostałem na świecie zupełnie sam. Tak, wiem, że to brzmi tak, jakbym się nad sobą użalał, ale absolutnie nie mam takiego zamiaru. Po prostu stwierdzam fakty. Poza Roksaną, która podczas mojej ostatniej wizyty w psychiatryku wykrzyczała mi w twarz, że mnie nienawidzi i nie chce znać, nie mam w Polsce żadnej rodziny. Odzyskanie rodzeństwa okazało się dla mnie wybawieniem. Piotr i Alicja nie tylko dali mi odczuć, że nie jestem sam, ale odciągali moje myśli od sytuacji, w której się znalazłem. Będzie mi szkoda znowu ich stracić.
– Żałuję. Nawet bardzo – mówię poważnym tonem. – Ale przecież są samoloty. Może tym razem to my przylecimy do was? – proponuję, mając nadzieję, że od razu się zgodzi.
– No pewnie. Ale poczekaj, poczekaj. Bo zanim to nastąpi, mamy jeszcze sporo do zrobienia. – Podnosi palec wskazujący, jakby chciał zaznaczyć ważność wypowiadanych słów.
– Ooo! Zamieniam się w słuch – rzucam i kątem oka widzę, że Beata z ciekawością patrzy na nas z kuchni.
– Nazwij mnie szaleńcem, ale długo o nas myślałem i szukałem czegoś, co moglibyśmy zrobić wspólnie, żeby dla każdego był to pierwszy raz. Nie zrozum mnie źle, lecz kiedy dzieciaki wychowują się razem, często robią różne durnoty, za które potem zbierają cięgi, ale to dla nich wspomnienia na całe życie i nawet po latach, kiedy są już dorosłymi ludźmi, przy wigilijnym stole wspominają to, co razem wyprawiali. – Przerywa, by zaczerpnąć tchu, a ja jestem coraz bardziej zainteresowany, co tam ciekawego wymyślił, bo w mojej obecnej sytuacji niczego nie brakuje mi tak bardzo, jak wspomnień z utraconego życia.
Staram się za dużo o tym nie rozmyślać, bo do niczego dobrego mnie to nie zaprowadzi, ale nie mogę ukryć przed sobą faktu, że czuję się odarty z dzieciństwa. Nie dość, że nigdy nie miałem rodziców, to jeszcze nie dane mi było dorastać z własnym rodzeństwem. Świadomość tego boli, ale wiem też, że najlepsze, co możemy teraz zrobić, to wykorzystać szansę, którą dał nam los. Jestem otwarty na wszystko, co Piotr wymyśli.
– Grałeś kiedyś w filmie? – Patrzy na mnie, a w jego oczach widzę wielką nadzieję na to, że zaprzeczę.
– Nie. – Kręcę głową, a jego twarz mocno się rozpromienia.
– Idealnie! – Klaszcze w dłonie i podekscytowany zrywa się z kanapy.
– Nic nie rozumiem. – Zaczynam się śmiać, rozbawiony jego entuzjazmem.
– Poczekaj, poczekaj – z kuchni dobiega głos Alicji. – Nie ciesz się tak bardzo, dopóki nie poznasz całego szalonego planu naszego braciszka – uprzedza mnie z szelmowskim uśmiechem.
– Nie mogę się go doczekać – mówię szczerze i spoglądam z powrotem na Piotra. – A więc?
– My z Alicją też nigdy nie graliśmy. A więc… Moja propozycja jest taka, żebyśmy zrobili to razem. We trójkę. To znaczy we czwórkę – dodaje, patrząc na stojącą w kuchni Beatę.
– O nie, nie. Ja dziękuję – odpowiada natychmiast i ponownie odwraca się do ekspresu.
– Daj spokój, kochanie. Dlaczego nie? Przecież to może być świetna zabawa – próbuję ją zachęcić, mając nadzieję, że po wyjściu mojego rodzeństwa będziemy z ekscytacją omawiać te plany, zamiast wciąż i na okrętkę dyskutować o moich utajonych lękach.
– Po pierwsze, to ma być wasza chwila – odpowiada Beata, niosąc dwa kubki kawy dla naszych gości.
Razem z Alicją siadają przy nas, a do mnie dociera, że bardzo dobrze czuję się w tym towarzystwie. Nasza czwórka zawsze zachowuje się swobodnie, jakbyśmy znali się całe życie.
– Po drugie, ja już kiedyś grałam w filmie. I to dwa razy. Więc odpadam. – Wzrusza ramionami, a ja zastanawiam się, czy to prawda, czy zręczne kłamstwo, które ma ją wykreślić z uczestniczenia w naszym nowym planie. – Niemniej będę was wspierała mentalnie – dodaje.
– OK. Ale obiecaj, że z nami pojedziesz – mówi mój brat i nie spuszcza z niej wzroku.
– Gdzie? – pytamy w tym samym czasie ja i Beata.
– Do Sandomierza – rzuca radośnie Alicja. – Piotr zgłosił nas wszystkich do castingu do Ojca Mateusza. Wysłał nasze zdjęcia, dane fizyczne i od razu nas przyjęli. Będziemy grać wiernych idących w procesji.
– Wiernych idących w procesji – powtarzam ze śmiechem. – Nie wiem, czy to nie ponad nasze możliwości.
Nie potrafię powstrzymać rozbawienia, bo już się bałem, że faktycznie trzeba będzie nauczyć się jakiejś roli i robić z siebie głupka. Ale rolę wiernego w procesji chyba jakoś przyswoję.
– Zgódź się – mówi poważniej moja siostra i siada bliżej, łapiąc mnie za rękę. – Nie mogę przeboleć tego, że nie mieliśmy wspólnego dzieciństwa, nie robiliśmy razem żadnych głupich i śmiesznych rzeczy, nie przeżywaliśmy ekscytacji towarzyszącej wspólnym przedsięwzięciom.
– Zgadzam się – rzucam od razu, bo czuję dokładnie to, co ona. – I powiem wam więcej. Jestem szczerze wzruszony, że o czymś takim pomyśleliście. Kiedy wyruszamy?
– W środę – oznajmia z uśmiechem mój brat, który w amerykańskim stylu rozkłada ręce na oparciu kanapy, okazując mową ciała zadowolenie i chyba dumę, że jego pomysł został tak szybko zaakceptowany.
– W środę? Kurczę, nie wiem, czy dam radę. – Pochylam się i intensywnie myślę o spotkaniach i projektach czekających mnie w najbliższych paru dniach. Czy uda mi się je wszystkie przełożyć?
– Ale Rupert! – Alicja spogląda na mnie zaskoczona, a na jej twarzy maluje się lekki zawód. – Przecież ty jesteś szefem. Ty możesz poukładać sobie wszystko dokładnie tak, jak chcesz. – Wyszczerza do mnie szereg równych białych zębów i zaczyna głośno się śmiać.
Czasem zastanawiają mnie te jej zmiany mimiki. Już wcześniej zauważyłem, że potrafi przeskakiwać z jednej emocji w drugą tak szybko i sprawnie, jakby jeszcze przed chwilą wcale nie była w innym nastroju. Generalnie uważam, że ludzie wychowani w Stanach różnią się od Polaków. Są otwarci i bardziej szaleni, w pozytywnym tego słowa znaczeniu, i nie dopatrują się we wszystkim problemów. A Alicja to chyba typowa kobieta z Los Angeles. Piękna, wysportowana, uśmiechnięta i beztroska. Są z Piotrem bardzo zżyci. Nawet pracują razem. On jest chirurgiem plastycznym, a ona zarządza recepcją w jego klinice i zajmuje się dokumentami. Czasem zastanawiam się, czy gdybyśmy wychowywali się razem, ja też poszedłbym w tym kierunku i założylibyśmy wspólny biznes. Ale nie ma co rozmyślać o tym, co by było, gdyby, trzeba żyć dniem, który mamy dzisiaj.
– No dobra! – Klepię się po udzie i wstaję energicznie. – Niech będzie. Zróbmy coś szalonego. W środę wyjeżdżamy – oznajmiam i widzę, że miny mojego rodzeństwa są uradowane, ale na twarzy Beaty pojawia się jakiś nieprzyjemny grymas.
Odprowadzam naszych gości do drzwi i macham im na pożegnanie. Kiedy wracam do salonu, wzdycham ciężko, bo wiem, że znów czeka mnie rozmowa z gatunku tych nieprzyjemnych. Może powinienem się cieszyć, że przynajmniej tym razem nie będzie gadki o moich emocjach.
– No dobra. Mów, bo widzę, że coś jest nie tak, a ja nie zamierzam przez pół dnia chodzić i zastanawiać się, co się stało – zagajam może nie do końca przyjemnym tonem, ale, kurczę, zaczyna mnie irytować, że Beata ciągle się mnie o coś czepia.
To sprawia, że nawet kiedy jeszcze nic nie powiedziała, w głębi trzewi czuję napięcie, spodziewając się, że za chwilę może nadejść jakaś burza.
– Nie, nic – oznajmia z ewidentnym fochem i zbiera kubki ze stolika.
– Beata, proszę cię, nie psujmy sobie dnia.
– Aha, czyli jeżeli będziesz miał kiepski dzień, to będzie moja wina? – Spogląda na mnie z wyrzutem, jakby jej poranek już był beznadziejny i doskonale powinienem znać przyczynę.
– Widzę, że nie jesteś zadowolona. Dlaczego? – Staję na wprost niej i blokuję jej drogę do kuchni. – Rano chciałaś rozmawiać, więc porozmawiajmy. Nie zachowujmy się jak dzieciaki.
– Czyli to ja zachowuję się jak dzieciak? – oskarżycielsko rzuca mi w twarz.
– Dobra. Wiesz co? Mam dosyć. – Podnoszę ręce i odchodzę w kierunku schodów. – Wybacz, ale nie będę tak dyskutował ani błagał cię, żebyś zechciała mi powiedzieć, co znowu zrobiłem nie tak, że czujesz się urażona. To już nie ten Rupert, którym można było pomiatać.
Czuję, że poziom adrenaliny znacznie mi się podniósł.
– Rupert! – Beata woła za mną, wyraźnie zaskoczona. – Przepraszam. Porozmawiajmy.
Siadamy na kanapie i pozwalam jej zacząć.
– Poczułam się źle, bo nie pomyślałeś o mnie. Nie zapytałeś, czy mogę jechać, czy mam możliwość, by odwołać pacjentów, w ogóle nie wziąłeś mnie pod uwagę.
– Tak. Masz rację – mówię, ale z niewiadomego powodu nadal odczuwam silną frustrację. – Beata, wybacz to, co powiem, ale chciałaś, żebym był szczery i mówił o tym, co czuję, a czuję, że ciągle muszę brać pod uwagę opinię innych. Kiedy w końcu odzyskałem rodzinę, nie mogę nawet wyjechać z nimi na parę dni, żeby nie oglądać się na ciebie i twoje fochy.
– Moje fochy? – Marszczy brwi, zaskoczona.
– Tak. Twoje fochy – powtarzam dobitnie. – Dostałem zaproszenie od rodzeństwa. Cieszę się, że wyszli z taką inicjatywą i że będziemy mogli zrobić coś wspólnie. Chciałbym, żebyś z nami pojechała, ale jeżeli nie będziesz mogła, zrozumiem. I przepraszam, jeśli poczujesz się urażona, ale wybiorę się z nimi niezależnie od tego, czy zdecydujesz się wziąć udział w tej eskapadzie, czy nie. A wiesz dlaczego? Bo to moja rodzina i nie wszystko, co robię, muszę konsultować z tobą. Wybacz.
Dobra. Wiem, że przegiąłem, bo Beata siedzi na kanapie wyraźnie zszokowana, i gdybym jej dobrze nie znał, pomyślałbym, że zaraz się rozpłacze.
– Rozumiem – rzuca i wstaje z miejsca. – Masz rację, Piotr i Alicja to faktycznie twoja rodzina, a ja ewidentnie do niej nie należę. Nie chcę cię ograniczać. Masz rację, twierdząc, że niezależnie od mojej decyzji powinieneś wybrać się z nimi do Sandomierza. Ja i tak nie przełożę pacjentów tylko po to, by zagrać wiernych w procesji. Jedź i baw się dobrze.
Nie jestem w stanie wychwycić, czy mówi to z pretensją, urazą czy szczerze. Ona sama chyba jeszcze tego nie wie. Ale zdaję sobie sprawę, że coś się we mnie zmienia. Nauczyłem się stawiać granice i dbać o własne dobro. I tylko czas pokaże, czy mi się to opłaci.
koniec darmowego fragmentuzapraszamy do zakupu pełnej wersji
