Kroniki Spiritii. Tom I - Wiktoria Anna Solich - ebook

Kroniki Spiritii. Tom I ebook

Wiktoria Anna Solich

0,0

Opis

Aby odnaleźć swoje prawdziwe miejsce, trzeba najpierw porzucić to, co bliskie

Kamila Belossi od tragicznego wypadku, w którym zginął jej były chłopak, boi się dopuścić do siebie kogokolwiek. Cisza stała się jej schronieniem, a samotność jedynym bezpiecznym wyborem – do czasu, gdy na jej włosach pojawiają się świecące, jasnoróżowe pasemka, a zakończenie roku szkolnego przerywa atak Ciemnej Armii.

Prawda o jej pochodzeniu prowadzi ją do Spiritii, miejsca, z którego została zabrana jako dziecko. Pięć regionów tej krainy wciąż żyje w cieniu dawnej klątwy, a wojna, zapowiedziana dziewiętnaście lat wcześniej, zbliża się nieuchronnie. Powrót zaginionej księżniczki jest nadzieją – i ryzykiem, którego nikt nie potrafi przewidzieć.

Kamila musi odnaleźć się w obcym świecie. Towarzyszy jej Damian, młody uczeń Akademii Rycerskiej, którego obecność zmusza ją do porzucenia wyuczonego dystansu.

Wszystko prowadzi do starcia, którego nie da się uniknąć – a wybór, przed którym stanie Kamila, zdecyduje o przyszłości Spiritii i o tym, co sama będzie musiała po drodze stracić.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 154

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Dla wszyst­kich, któ­rzyupar­cie wie­rzy­li, że ta hi­sto­riakie­dy­kol­wiek po­wsta­nie.W.S.

PROLOG

Daw­no, daw­no temu, z dala od na­sze­go świa­ta, w miej­scu, do któ­re­go nie do­tarł ża­den śmier­tel­nik ani nie­wie­rzą­cy w ma­gię czło­wiek, ist­nia­ła cu­dow­na, wręcz idyl­licz­na kra­ina czte­rech ży­wio­łów, mi­ło­ści i ma­gii, zwa­na Spi­ri­tią.

Ci, któ­rzy upar­cie twier­dzi­li, że tak do­sko­na­łe miej­sce – gdzie lu­dzie z ma­gicz­ny­mi mo­ca­mi żyją w zgo­dzie ze sobą i na­tu­rą – nie może ist­nieć, ni­g­dy nie do­stą­pi­li jego cu­dow­no­ści. Nie po­zna­li cza­ru, jaki to miej­sce rzu­ca­ło na miesz­kań­ców pię­ciu kró­lew­skich państw: wody, ognia, po­wie­trza, zie­mi i mi­ło­ści. Tyl­ko tu­byl­cy i kró­lew­skie rody mo­gli żyć w tym bło­go­sła­wio­nym świe­cie, pod­czas gdy zwy­kli lu­dzie nie mie­li po­ję­cia, że gdzieś da­le­ko ist­nie­je Spi­ri­tia, kra­ina, w któ­rej każ­dy mógł po­czuć się jak w domu.

Od chwi­li, gdy pięć kró­lestw zo­sta­ło stwo­rzo­ne dzię­ki ma­gii wład­ców, któ­rzy łą­cząc siły, po­wo­ła­li do ży­cia naj­pięk­niej­sze bu­dow­le i na­tu­rę, nikt w Spi­ri­tii nie czuł się po­mi­nię­ty. Po­śród pu­styń, gór, łąk i oce­anów każ­dy wie­dział, że to jego dom. Nie­za­leż­nie od tego, czy po­cho­dził z wio­sen­nej Flo­re­tii, ogni­ste­go Fla­ro, oce­anicz­nej Aqu­isii czy gó­rzy­stej Va­iri­ny. Spi­ri­tia była oazą dla każ­de­go miesz­kań­ca.

Jed­nak nic nie mo­gło się rów­nać z sa­mym Cen­trum, klej­no­tem w ko­ro­nie pię­ciu kró­lestw, w któ­rym wzno­sił się prze­pięk­ny za­mek. W Spi­ri­tii spra­wie­dli­wi wład­cy rzą­dzi­li w jed­no­ści. Choć każ­dy z nich był rów­ny i wła­dał swo­im kró­le­stwem mą­drze, to wła­śnie w Cen­trum spo­ty­ka­li się, by roz­ma­wiać o przy­szło­ści Spi­ri­tii, ob­da­rzać się po­mo­cą i pre­zen­ta­mi.

Po­moc czę­sto wy­kra­cza­ła poza gra­ni­ce ich ziem: Flo­re­ci sa­dzi­li kwia­ty w gó­rach Va­iri­ny, Aqu­isia­nie ga­si­li po­ża­ry w kró­le­stwie ognia. W Cen­trum jed­nak wszy­scy mo­gli na­praw­dę po­czuć więź, jaka łą­czy­ła ich od za­wsze. Mi­łość mię­dzy wład­ca­mi, przy­jaźń mię­dzy kró­le­stwa­mi i wszech­obec­ny spo­kój spra­wia­ły, że Spi­ri­tia była miej­scem, w któ­rym chcia­ło się żyć, azy­lem dla wszyst­kich.

Ma­gia, któ­ra ota­cza­ła tę kra­inę, była jej ser­cem. Czer­pa­ła moc z mi­ło­ści mię­dzy wład­ca­mi a pod­da­ny­mi, mi­ło­ści, któ­rej nic nie mo­gło prze­rwać.

Lecz pew­ne­go dnia wszyst­ko się zmie­ni­ło. Pod­czas jed­ne­go z przy­jęć w Cen­trum na spo­koj­ną uro­czy­stość na­pa­dła Ciem­na Ar­mia, naj­więk­si wro­go­wie pię­ciu kró­lestw, pra­gną­cy znisz­czyć Spi­ri­tię. Za ich spra­wą kró­lew­ski pa­łac zo­stał za­ata­ko­wa­ny, a lud zmu­szo­ny do ewa­ku­acji.

Za­nim jed­nak miesz­kań­cy zdą­ży­li uciec, kra­inę do­się­gła klą­twa. Gdy po utra­cie przy­tom­no­ści od­zy­ska­li świa­do­mość, od­kry­li, że pięć kró­lestw zo­sta­ło od sie­bie od­dzie­lo­nych. Z ich do­mów znik­nę­ła ma­gia, a w ser­cach po­ja­wi­ła się wro­gość wo­bec daw­nych przy­ja­ciół.

Kró­le­stwa po­grą­ża­ły się w co­raz więk­szej roz­pa­czy, nie­na­wi­ści i mro­ku. Nikt nie znał praw­dy o tym, co wy­da­rzy­ło się tam­te­go dnia, po­zo­sta­wa­ła tyl­ko nie­uza­sad­nio­na wro­gość mię­dzy ludź­mi, któ­rych nie­gdyś łą­czy­ła przy­jaźń.

Wy­da­wa­ło się, że nie ma już na­dziei, że po­wrót do daw­ne­go ży­cia jest nie­moż­li­wy. Aż pew­ne­go dnia kro­ni­karz Cen­trum, pod­czas spi­sy­wa­nia hi­sto­rii nad­cho­dzą­cej woj­ny, od­krył prze­po­wied­nię. Gło­si­ła ona, że za­gi­nio­na w dniu ata­ku księż­nicz­ka Cen­trum po­wró­ci, by znisz­czyć mury dzie­lą­ce kró­le­stwa i oca­lić Spi­ri­tię przed woj­ną.

Od tam­tej pory wieść o za­gi­nio­nej na­stęp­czy­ni tro­nu ro­ze­szła się po wszyst­kich kra­inach. Choć wład­cy, do­tknię­ci klą­twą, nie pa­mię­ta­li, kim była, w ich ser­cach wciąż tli­ła się iskra na­dziei na po­wrót do po­ko­ju i mi­ło­ści, któ­re nie­gdyś łą­czy­ły Spi­ri­tię.

Mi­nę­ło dzie­więt­na­ście lat. Księż­nicz­ka wciąż nie wró­ci­ła, a wład­cy za­czę­li tra­cić wia­rę. Nie wie­dzie­li jed­nak, że jej po­wrót jest bliż­szy, niż mo­gli przy­pusz­czać.

Rozdział I

Po­zor­nie zwy­czaj­na dziew­czy­na

Li­ceum w No­wym Jor­ku – po­ło­żo­ne w sa­mym cen­trum wiel­kie­go mia­sta, jed­no z naj­lep­szych w ca­łej oko­li­cy, za­chwa­la­ne przez miesz­kań­ców – już z sa­mej fa­sa­dy i wy­glą­du pre­zen­to­wa­ło się im­po­nu­ją­co. Było to miej­sce, gdzie każ­dy mło­dy czło­wiek chciał­by uczęsz­czać na­wet z wła­snej, nie­przy­mu­szo­nej woli. Bia­ły bu­dy­nek z sza­rym da­chem, z po­wie­wa­ją­cą na nim fla­gą Sta­nów Zjed­no­czo­nych, wy­ko­na­ny z twar­de­go ka­mie­nia, wy­glą­dał na­praw­dę zdu­mie­wa­ją­co. Samo wnę­trze po­tęż­ne­go gma­chu rów­nież nie po­zo­sta­wia­ło zbyt wie­le do ży­cze­nia.

W szko­le znaj­do­wa­ło się mnó­stwo sal z róż­nych przed­mio­tów – mię­dzy in­ny­mi do­sko­na­le wy­po­sa­żo­ne sale che­micz­ne i ar­ty­stycz­ne. Sto­łów­ka ser­wo­wa­ła naj­bar­dziej wy­bor­ne je­dze­nie w ca­łym No­wym Jor­ku, a do szko­ły mógł uczęsz­czać do­słow­nie każ­dy. Miła, a jed­no­cze­śnie sa­tys­fak­cjo­nu­ją­ca at­mos­fe­ra spra­wia­ła, że miej­sce to było ob­le­ga­ne przez wie­lu No­wo­jor­czy­ków, któ­rzy chęt­nie po­sy­ła­li tam swo­je na­sto­let­nie dzie­ci.

Jed­nak w tym roku naj­waż­niej­szy­mi oso­ba­mi w szko­le byli ucznio­wie ostat­niej kla­sy, któ­rzy prze­ży­wa­li swój zło­ty rok na­uki. Za kil­ka dni, tuż po roz­po­czę­ciu lata, mie­li za­koń­czyć szko­łę i roz­po­cząć stu­dia. Dla nie­któ­rych była to ży­cio­wa szan­sa, inni szli da­lej ra­zem z przy­ja­ciół­mi. Mimo to jed­na czar­no­wło­sa, zie­lo­no­oka dziew­czy­na – Ca­mil­la Be­los­si – nie była w tak do­brym na­stro­ju jak resz­ta uczniów.

Nie wie­dzia­ła, czy pój­dzie na stu­dia z przy­ja­ciół­mi ani czy w ogó­le da so­bie radę w no­wym ży­ciu. Te­raz, tuż przed ostat­nią lek­cją w dniu roz­po­czę­cia lata, szła ko­ry­ta­rzem, nie­pew­na i za­my­ślo­na.

„Bła­gam, niech ten dzień nie za­koń­czy się ka­ta­stro­fą” – pro­si­ła samą sie­bie. W jej oczach zbie­ra­ły się łzy na samą myśl, że nie da rady w przy­szłym ży­ciu, że na­wet je­śli bę­dzie się sta­rać, to i tak wszyst­ko pój­dzie nie tak, bo nie po­tra­fi za­dbać o wła­sne szczę­ście. Czu­ła się jak cho­dzą­ca ka­ta­stro­fa, zu­peł­nie nie­pa­su­ją­ca ni­g­dzie, jak­by wy­rwa­na z in­ne­go świa­ta.

Nie wie­dzia­ła, gdzie na­praw­dę jest jej miej­sce. Za­my­ślo­na nad przy­szło­ścią i tym, co się sta­nie, gdy od­wa­ży się zro­bić krok da­lej, po­czu­ła na­gle moc­ne szturch­nię­cie w ple­cy. Gwał­tow­nie się od­wró­ci­ła, do­brze wie­dząc, kto za­kłó­cił jej spo­kój.

– Bła­gam, nie rób­cie so­bie żar­tów, zo­staw­cie mnie… – mruk­nę­ła, po­pra­wia­jąc wi­szą­cą na ple­cach fio­le­to­wą tor­bę.

– A co, bo­isz się? Bo­isz się, że ktoś za­kłó­ci two­je głu­pie ba­jecz­ki o by­ciu cią­gle samą? – do­gryzł jej czar­no­wło­sy ło­buz, któ­ry wraz ze swo­ją gru­pą nie da­wał Ca­mil­li spo­ko­ju od pierw­szej kla­sy.

– Nie… – od­po­wie­dzia­ła Ca­mil­la, ale dru­gi z ło­bu­zów, ja­sno­wło­sy, tyl­ko się ro­ze­śmiał. Chwy­cił ją za szy­ję, a dziew­czy­na po­czu­ła, że bra­ku­je jej po­wie­trza.

– Bo­isz się? – wy­sy­czał czar­no­wło­sy, za­ci­ska­jąc dłoń co­raz moc­niej.

Ca­mil­la mo­gła tyl­ko bła­gać w du­chu, by ta sy­tu­acja nie skoń­czy­ła się tra­ge­dią.

– Ja… – Nie po­tra­fi­ła wy­du­sić ani sło­wa pod na­po­rem stra­chu i stre­su.

– Jesz­cze raz coś po­wiesz, to spa­li­my tę głu­pią re­stau­ra­cję, któ­rą pro­wa­dzą twoi sta­rzy… – syk­nął ja­sno­wło­sy, a Ca­mil­la czu­ła, jak ze stre­su i prze­ra­że­nia co­raz bar­dziej tra­ci od­dech.

– Zo­staw­cie ją! – krzyk­nął głos, któ­ry dziew­czy­na na­tych­miast roz­po­zna­ła.

Po­czu­ła, jak uścisk ło­bu­za słab­nie. To była jej przy­ja­ciół­ka – pie­go­wa­ta blon­dyn­ka o imie­niu Mi­chel­le. Mó­wi­ła sta­now­czo, po­sy­ła­jąc na­past­ni­kom gniew­ne spoj­rze­nie.

„Mi­chel­le!” – wy­krzyk­nę­ła w my­ślach Ca­mil­la, czu­jąc ulgę, lecz sta­ra­jąc się nie pro­wo­ko­wać opraw­ców.

– Bawi was mę­cze­nie jej? – za­py­ta­ła Mi­chel­le, pod­cho­dząc bli­żej blond ło­bu­za.

Ten prych­nął pod no­sem.

– Ona przy­naj­mniej może się wy­mknąć, ty je­steś zbyt mała i drob­na, żeby… – Nie zdą­żył do­koń­czyć, bo Mi­chel­le wy­mie­rzy­ła mu z ca­łej siły pra­wy sier­po­wy.

Za­sko­cze­ni chłop­cy ucie­kli, a roz­trzę­sio­na Mi­chel­le pod­bie­gła do Ca­mil­li, któ­ra upa­dła na zie­mię.

– Ca­mil­lo, nic ci nie jest? Jesz­cze raz spró­bu­ją zro­bić ci krzyw­dę, to… – za­czę­ła, ale Ca­mil­la po­pa­trzy­ła na nią z lek­kim uśmie­chem, naj­lep­szym, na jaki było ją stać.

– Mi­chel­le, nie de­ner­wuj się… Wszyst­ko jest do­brze – po­wie­dzia­ła ci­cho, gdy przy­ja­ciół­ka po­ma­ga­ła jej wstać.

Była wdzięcz­na, że Mi­chel­le za­wsze była przy niej, na­wet w sy­tu­acjach, gdy mo­gła zgi­nąć. Tyl­ko ona na­praw­dę ro­zu­mia­ła, co Ca­mil­la prze­ży­wa każ­de­go dnia – na­wet bar­dziej niż ro­dzi­ce czy przy­bra­na bab­cia, któ­rzy pew­nie wła­śnie przy­go­to­wy­wa­li w swo­im ho­te­lu let­nie przy­ję­cie, na któ­re cze­ka­li wszy­scy miesz­kań­cy No­we­go Jor­ku.

– Jak mam się nie de­ner­wo­wać, kie­dy dzie­je ci się krzyw­da? Ja im dam… – Mi­chel­le za­ci­snę­ła pię­ści, lecz Ca­mil­la, gdy tyl­ko od­zy­ska­ła siły, ści­snę­ła jej rękę i spoj­rza­ła na dziew­czy­nę z uśmie­chem.

– Wszyst­ko w po­rząd­ku, nie mu­sisz im zdzie­lać sier­po­we­go… przy­naj­mniej na ra­zie – za­śmia­ła się de­li­kat­nie, co wy­wo­ła­ło u Mi­chel­le ulgę i uśmiech.

– Ale pa­mię­taj, za każ­dym ra­zem, gdy mnie po­trze­bu­jesz, będę przy to­bie, ja­sne? Nie po­zwo­lę, żeby ci kre­ty­ni zro­bi­li ci krzyw­dę – po­wie­dzia­ła sta­now­czo, a Ca­mil­lę ogar­nął spo­kój, ja­kie­go daw­no nie czu­ła.

– Ja­sne – od­par­ła naj­bar­dziej pew­nym gło­sem, wie­dząc, że do­pó­ki Mi­chel­le jest przy niej, nic jej nie gro­zi.

„Do­pó­ki nie roz­dzie­lą nas stu­dia” – po­my­śla­ła i na­tych­miast spo­chmur­nia­ła.

– Ca­mil­lo, coś się dzie­je? – za­py­ta­ła Mi­chel­le, a Ca­mil­la zwie­si­ła wzrok.

– Nic, Mi­chel­le… Nic się nie sta­ło. Po pro­stu przy­po­mnia­łam so­bie o rze­czach, o któ­rych nie mu­sisz wie­dzieć – od­po­wie­dzia­ła ci­cho.

– Nie mu­sisz nic ukry­wać… Cho­dzi o stu­dia, tak? – za­py­ta­ła blon­dyn­ka, a Ca­mil­la po­czu­ła gulę w gar­dle.

Mi­chel­le zna­ła ją zbyt do­brze, ale Ca­mil­la nie chcia­ła mó­wić o swo­ich lę­kach. Nie­któ­re rze­czy wo­la­ła za­cho­wać dla sie­bie, na­wet je­śli mia­ło to zra­nić przy­ja­ciół­kę. Chcia­ła chro­nić tych, któ­rych ko­cha­ła, i nie wy­wo­ły­wać nie­po­trzeb­ne­go za­mie­sza­nia.

– Nie chcę mó­wić, na­praw­dę nie trze­ba. Masz swo­je ży­cie, ja swo­je. Nie mu­szę opo­wia­dać ci o wszyst­kim – od­par­ła pół­żar­tem, pół­se­rio i szturch­nę­ła Mi­chel­le, któ­ra za­śmia­ła się lek­ko.

– Wiem… ale je­śli kie­dyś bę­dziesz chcia­ła, to po­wiedz. Nie będę oce­niać – do­da­ła Mi­chel­le, a Ca­mil­la uśmiech­nę­ła się de­li­kat­nie, skry­wa­jąc ból, któ­ry od lat no­si­ła w ser­cu.

– Ja­sne – za­pew­ni­ła, a wte­dy za­brzmiał dzwo­nek, oznaj­mia­jąc ostat­nią lek­cję w jej li­ce­al­nym ży­ciu. Była to ide­al­na oka­zja, by zmie­nić te­mat.

– Ale w su­mie nie­waż­ne, dzwo­nek wy­bił ostat­nią go­dzi­nę. Chy­ba nie chcesz się spóź­nić.

– Oczy­wi­ście, że nie – par­sk­nę­ła Mi­chel­le. – To w koń­cu ostat­ni dzień li­ceum, a po­tem…

– Nie mu­sisz mó­wić, co po­tem. Sama za­wsze po­wta­rzasz, że trze­ba cie­szyć się tym, co jest, a nie tym, co ma na­dejść – przy­po­mnia­ła jej Ca­mil­la.

– W su­mie masz ra­cję. Ale nie­waż­ne, nie spóź­nię się na tak waż­ną lek­cję… Choć szcze­rze, to nie wiem, czy ma to ja­kieś zna­cze­nie! – wy­krzyk­nę­ła Mi­chel­le, po czym obie ru­szy­ły w stro­nę kla­sy.

W ser­cu Ca­mil­li wciąż jed­nak tlił się ból i wąt­pli­wo­ści, któ­rych nie po­tra­fi­ła się po­zbyć. Wie­dzia­ła, że szczę­ście, mimo opty­mi­zmu Mi­chel­le, nie trwa wiecz­nie. A ona sama nie chcia­ła zmie­niać swo­je­go ży­cia – było ide­al­ne ta­kie, ja­kie było.

Je­den krok w przy­szłość mógł­by znisz­czyć wszyst­ko, na co pra­co­wa­ła przez lata.

Mimo że ta cze­ka­ła tuż za ro­giem.

Rozdział II

Nie z tego świa­ta

Kil­ka­na­ście mi­nut póź­niej, gdy Ca­mil­la i Mi­chel­le we­szły do sali, w któ­rej mia­ła od­być się luź­niej­sza lek­cja z oka­zji koń­ca roku szkol­ne­go i roz­po­czę­cia lata – świę­ta szcze­gól­nie ce­le­bro­wa­ne­go w No­wym Jor­ku – ucznio­wie za­sie­dli do biu­rek. Jed­ni mniej, inni bar­dziej ura­do­wa­ni z per­spek­ty­wy wspól­nych gier plan­szo­wych i za­ba­wy, ja­kie zor­ga­ni­zo­wa­ła ich wy­cho­waw­czy­ni.

Ca­mil­la, mimo ca­łej tej ra­do­snej at­mos­fe­ry i nad­cho­dzą­cej per­spek­ty­wy no­we­go ży­cia, być może na­wet poza No­wym Jor­kiem, nie czu­ła się szczę­śli­wa. Wręcz prze­ciw­nie – je­dy­nym po­wo­dem, dla któ­re­go zgo­dzi­ła się na wspól­ne gry, był fakt, że to jej ostat­ni dzień w szko­le, do któ­rej cho­dzi­ła od czter­na­ste­go roku ży­cia.

Zbli­ża­ły się jej dzie­więt­na­ste uro­dzi­ny, ale dziew­czy­na wie­dzia­ła, że po wa­ka­cjach – a za­ra­zem po ob­cho­dach lata i tak waż­ne­go dla niej dnia – wszyst­ko się zmie­ni. Wo­la­ła jed­nak my­śleć po­zy­tyw­nie i nie za­przą­tać so­bie gło­wy przy­szło­ścią. Chcia­ła cie­szyć się tym, co ma: obec­no­ścią Mi­chel­le i swo­jej ro­dzi­ny. Choć wciąż to­wa­rzy­szył jej stres, sta­ra­ła się nie pod­da­wać.

Na szczę­ście jej my­śli zo­sta­ły prze­rwa­ne, gdy pani Eli­za­beth Cry­stal – ko­bie­ta o ja­sno­brą­zo­wych lo­kach i kry­sta­licz­nie zie­lo­nych oczach – z bez­tro­skim uśmie­chem roz­da­ła uczniom gry plan­szo­we, któ­re mia­ły za­pew­nić im roz­ryw­kę na całą lek­cję.

Ca­mil­la przez ko­lej­ne mi­nu­ty przy­glą­da­ła się ra­do­snym twa­rzom ko­le­gów i ko­le­ża­nek, roz­kła­da­ją­cych plan­sze i gra­ją­cych w wy­bra­ne gry. Sama jed­nak po­zo­sta­wa­ła uwię­zio­na w świe­cie wła­snych my­śli, ma­jąc tyl­ko na­dzie­ję, że lek­cja prze­bie­gnie spo­koj­nie i bez żad­nych nie­przy­jem­nych nie­spo­dzia­nek.

„Wszy­scy są tacy szczę­śli­wi…” – po­my­śla­ła, ob­ser­wu­jąc uśmiech­nię­tych zna­jo­mych. Czu­ła jed­no­cze­śnie ra­dość i ukłu­cie w ser­cu. Pra­gnę­ła po­czuć tę samą bez­tro­skę, jaką cie­szy­li się inni, na­wet Mi­chel­le. Z dru­giej stro­ny ra­do­wa­ła się, że przy­naj­mniej oni mają w so­bie tyle szczę­ścia i spo­ko­ju – któ­rych jej bra­ko­wa­ło od lat.

Była jak sa­mot­na łódź na oce­anie, nie­wie­dzą­ca, w któ­rą stro­nę pły­nąć, gdy wszy­scy inni mają wy­raź­ny cel. Jak pło­mień, któ­ry nie po­tra­fi za­pło­nąć. Jak bu­rza, któ­ra nie nad­cho­dzi, choć jest po­trzeb­na. Jak kwiat, któ­ry nie po­tra­fi roz­kwit­nąć. Była wszyst­kim, tyl­ko nie sobą – a naj­bar­dziej pra­gnę­ła do­wie­dzieć się, gdzie na­praw­dę jest jej miej­sce.

– Ej, Ca­mil­lo… – za­gad­nę­ła ją Mi­chel­le z bez­tro­skim uśmie­chem. – Pani Cry­stal dała nam do gry UNO. Może za­gra­my ra­zem?

– Wiesz, nie mam ocho­ty… – od­par­ła Ca­mil­la, ale Mi­chel­le mimo to nie zre­zy­gno­wa­ła. Naj­wy­raź­niej chcia­ła ją roz­ru­szać, choć dziew­czy­na ma­rzy­ła tyl­ko o spo­ko­ju i ci­szy.

– Weź, Ca­mil­lo, pro­szę. Za­graj ze mną cho­ciaż raz. Na pew­no je­steś w tym do­bra. Może dziś ci się po­szczę­ści – bła­ga­ła Mi­chel­le, kła­dąc jej rękę na ra­mie­niu.

Ca­mil­la od­wró­ci­ła się. Nie­win­ny, pe­łen tro­ski wzrok przy­ja­ciół­ki do­dał jej jed­no­cze­śnie otu­chy i za­kło­po­ta­nia.

– A co, je­śli nie wy­gram? Wiesz prze­cież, że nie je­stem w tym do­bra. Ni­g­dy nie by­łam – od­po­wie­dzia­ła zre­zy­gno­wa­na.

W grze w UNO za­wsze była ofer­mą, po­raż­ką, kimś nie­waż­nym, więc wie­dzia­ła, że i tym ra­zem wy­gra­nie w grze, przy­naj­mniej dla wła­snej sa­tys­fak­cji, było wręcz nie­moż­li­we.

– Wiem, że dziś wy­grasz. Może aku­rat bę­dziesz mia­ła szczę­ście, w koń­cu to pierw­szy dzień lata! Poza tym na pew­no po­ja­wię się na przy­ję­ciu w ho­te­lu Tra­mon­to, mo­żesz na mnie li­czyć! – po­wie­dzia­ła ra­do­śnie Mi­chel­le i mru­gnę­ła okiem.

Ca­mil­la za­śmia­ła się pod no­sem, czu­jąc na mo­ment ulgę.

– No do­brze, jak chcesz – ule­gła.

Obie roz­ło­ży­ły kar­ty na biur­ku i za­czę­ły roz­gryw­kę. Po kil­ku mi­nu­tach wszyst­ko się roz­strzy­gnę­ło – Ca­mil­la prze­gra­ła, ma­jąc w rę­kach o jed­ną kar­tę wię­cej. Nie była to wiel­ka tra­ge­dia, ale zo­sta­wi­ła po so­bie cień roz­cza­ro­wa­nia. Dziew­czy­na pod­świa­do­mie li­czy­ła na małe zwy­cię­stwo, choć­by dziś, w tak waż­nym dniu.

– Ca­mil­lo, nic się nie sta­ło, se­rio. Każ­de­mu zda­rza się prze­grać – rze­kła Mi­chel­le, lecz Ca­mil­la od­wró­ci­ła wzrok i oplo­tła ra­mio­na­mi cia­ło.

– Wiem, i tak rzad­ko kie­dy wy­gry­wam. Ale mimo wszyst­ko… to było dla mnie na­praw­dę waż­ne – od­po­wie­dzia­ła z ża­lem.

Mia­ła wra­że­nie, że wszyst­ko, cze­go się do­tknie, za­mie­nia się w po­raż­kę. Czu­ła się jak ktoś, kto bu­rzy cu­dze szczę­ście jak wiatr prze­wra­ca­ją­cy do­mek z kart, i nie po­tra­fi­ła pa­trzeć na sie­bie ina­czej. Była pro­ble­mem, któ­re­go nikt nie umiał roz­wią­zać, po­wo­dem smut­ku i roz­pa­czy.

– Weź, nie prze­sa­dzaj. Może na­stęp­nym ra­zem ci się uda – pró­bo­wa­ła ją po­cie­szyć Mi­chel­le. Ca­mil­la do­ce­nia­ła te sło­wa, ale w środ­ku wszyst­ko bo­la­ło ją jesz­cze bar­dziej. Mia­ła wra­że­nie, że przez swo­ją obec­ność tyl­ko spro­wa­dza na in­nych kło­po­ty, zwłasz­cza na Mi­chel­le.

Nie pa­so­wa­ła do świa­ta, w któ­rym żyła – choć nie wie­dzia­ła dla­cze­go.

W tej chwi­li roz­legł się szkol­ny dzwo­nek oznaj­mia­ją­cy ko­niec lek­cji, a Ca­mil­la pod­nio­sła gło­wę, pró­bu­jąc ukryć ci­sną­ce się do oczu łzy.

– Nie mogę uwie­rzyć, że to już lato! Jak cu­dow­nie, praw­da, Jack? – za­wo­ła­ła ener­gicz­nie So­phia, ko­le­żan­ka Ca­mil­li i Mi­chel­le, zwra­ca­jąc się do swo­je­go ru­do­wło­se­go bra­ta bliź­nia­ka.

– Wię­cej niż wspa­nia­le! To po­czą­tek cze­goś no­we­go – od­parł chło­pak, sztur­cha­jąc ją żar­to­bli­wie.

Ca­mil­la uśmiech­nę­ła się bla­do, ob­ser­wu­jąc ich bez­tro­ską ra­dość. Po­dzi­wia­ła, jak ła­two po­tra­fią cie­szyć się dro­bia­zga­mi, jak­by cały świat był dla nich przy­go­dą. Sama czu­ła się, jak­by tkwi­ła w miej­scu – jak­by je­den krok w przy­szłość mógł zbu­rzyć cały jej świat. Bała się zro­bić ten krok, bo wie­rzy­ła, że tyl­ko wszyst­ko ze­psu­je. Nie po­tra­fi­ła prze­sko­czyć „wiel­kie­go ka­nio­nu” jej do­tych­cza­so­wych prze­żyć i sta­nąć u pro­gu pięk­nej przy­szło­ści, któ­ra ja­wi­ła się ni­czym wspa­nia­ły wo­do­spad.

– Ca­mil­lo, idziesz? Au­to­bus za­raz od­je­dzie! – za­wo­ła­ła we­so­ło Mi­chel­le, ale po chwi­li spo­strze­gła smu­tek na twa­rzy przy­ja­ciół­ki. – Czy coś się sta­ło? Wy­glą­dasz na przy­gnę­bio­ną.

Ca­mil­la na­wet się nie od­wró­ci­ła. Wsty­dzi­ła się, że przy tak wspa­nia­łej oso­bie jak Mi­chel­le czu­je się jak cień. Nie mo­gła się rów­nać z ide­al­ną i bez­tro­ską blon­dyn­ką. Na­wet jej wy­gląd su­ge­ro­wał, że nie na­le­ża­ła do tego świa­ta – kru­czo­czar­ne wło­sy, in­ten­syw­nie zie­lo­ne oczy, spoj­rze­nie utkwio­ne za­wsze gdzieś w dal. Za­mknię­ta w świe­cie roz­pa­czy i smut­ku. Mia­ła nie­od­par­te wra­że­nie, że inni miesz­kań­cy No­we­go Jor­ku byli słoń­cem dla ca­łe­go świa­ta, na­to­miast ona spra­wia­ła, że słoń­ce od razu za­cho­dzi­ło.

– Nic się nie sta­ło – po­wie­dzia­ła ci­cho, po­cią­ga­jąc no­sem. – Po pro­stu idź­my do au­to­bu­su, jak za­wsze.

– Coś się sta­ło, prze­cież wi­dzę… – od­par­ła z tro­ską Mi­chel­le.

Ca­mil­la od­wró­ci­ła się, sta­ra­jąc się uśmiech­nąć, by ją uspo­ko­ić.

– Nie, na­praw­dę. Wszyst­ko w po­rząd­ku – za­pew­ni­ła, a Mi­chel­le, choć z ma­lu­ją­cy­mi się na twa­rzy wąt­pli­wo­ścia­mi, od­wza­jem­ni­ła uśmiech.

– W ta­kim ra­zie chodź­my – po­wie­dzia­ła po­god­nie, a Ca­mil­la utrzy­ma­ła wy­mu­szo­ny uśmiech.

Nie mo­gła jed­nak prze­stać my­śleć o jed­nym – że róż­ni się od wszyst­kich lu­dzi wo­kół.

Nie pa­so­wa­ła do świa­ta, w któ­rym się uro­dzi­ła. Zu­peł­nie jak­by miej­sce, do któ­re­go na­praw­dę na­le­ża­ła, znaj­do­wa­ło się wie­le mil stąd.

Rozdział III

Gło­sy zni­kąd

Gdy Ca­mil­la i Mi­chel­le wy­szły z par­te­ru szko­ły na dzie­dzi­niec, cze­kał już na nie pan Mills – kie­row­ca szkol­ne­go au­to­bu­su, któ­ry jak co dzień od­wo­ził uczniów spra­gnio­nych od­po­czyn­ku po ca­łym dniu na­uki. Tym ra­zem wiózł ich do do­mów i miesz­kań w cen­trum oraz na obrze­żach No­we­go Jor­ku, by mo­gli w peł­ni cie­szyć się pierw­szym dniem lata.

Idąc w stro­nę au­to­bu­su, Ca­mil­la, w prze­ci­wień­stwie do ro­ze­śmia­nych uczniów gna­ją­cych przed sie­bie, nie po­tra­fi­ła cie­szyć się tą chwi­lą. Na­wet myśl o let­nim przy­ję­ciu w re­stau­ra­cji jej ro­dzi­ców nie przy­no­si­ła ra­do­ści. Choć ko­cha­ła po­ma­gać in­nym, dziś nie mia­ła na to siły. Wie­dzia­ła, że jej gło­wę wciąż wy­peł­nia­ją oba­wy i lęk, że na­wet pod­czas tak cu­dow­ne­go świę­ta coś pój­dzie nie tak. Bała się, że znów udo­wod­ni, że nie pa­su­je do świa­ta, w któ­rym żyje.

Wszy­scy w szko­le roz­ma­wia­li o przy­ję­ciu w ho­te­lu jej ro­dzi­ny, ale Ca­mil­la wo­la­ła się nie wtrą­cać. Była prze­ko­na­na, że prę­dzej czy póź­niej i tak wszyst­ko po­psu­je. Chcia­ła tyl­ko, by tym ra­zem nie przy­nio­sła wsty­du swo­im ro­dzi­com i nie spro­wa­dzi­ła na nich pe­cha – jak to mia­ła w zwy­cza­ju, od­kąd pa­mię­ta­ła.

Wo­kół pa­no­wa­ła eu­fo­ria, a ona czu­ła się jak za­chód słoń­ca – wi­docz­ny, ale nie­zau­wa­ża­ny. Jak ser­ce, któ­re daje ży­cie, choć nikt nie zwra­ca na nie uwa­gi. Jak ktoś, kto ist­nie­je obok, lecz nikt go nie po­trze­bu­je.

Z roz­my­ślań wy­rwał ją głos pana Mil­l­sa:

– Wsia­daj­cie, ko­cha­ni. Chy­ba nie chce­cie spóź­nić się na ob­cho­dy Dnia Lata? – za­wo­łał, po­ma­ga­jąc uczniom wejść do au­to­bu­su.

– Pew­nie, że nie! – wy­krzyk­nął ra­do­śnie Mark, uczeń po­ru­sza­ją­cy się na wóz­ku in­wa­lidz­kim, któ­re­mu kie­row­ca po­ma­gał jako jed­ne­mu z pierw­szych.

– W ży­ciu nie moż­na prze­ga­pić ta­kiej oka­zji! – do­da­ła So­phia, uśmie­cha­jąc się sze­ro­ko.

Ca­mil­la sta­ła jesz­cze chwi­lę na dzie­dziń­cu, nie ma­jąc od­wa­gi do­łą­czyć do resz­ty. Do­pie­ro Mi­chel­le prze­ko­na­ła ją, by we­szła do po­jaz­du i wró­ci­ła do cen­trum – miej­sca, w któ­rym do­ra­sta­ła i któ­re mimo wszyst­ko ko­cha­ła. Co­kol­wiek by mó­wić, lep­sze to niż zo­sta­wać w szko­le, gdzie czu­ła się bar­dziej obco niż gdzie­kol­wiek in­dziej.

Po kil­ku mi­nu­tach obie sie­dzia­ły już obok sie­bie. Ca­mil­la ner­wo­wo krę­ci­ła na pal­cu pa­smo czar­nych wło­sów, wpa­tru­jąc się bez­myśl­nie w mi­ja­ją­cy za oknem kra­jo­braz.

[…]

Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.

Kro­ni­ki Spi­ri­tii. Tom I

isbn: 978-83-8423-401-3

© Wik­to­ria Anna So­lich i Wy­daw­nic­two No­vae Res 2026

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Ko­pio­wa­nie, re­pro­duk­cja lub od­czyt ja­kie­go­kol­wiek frag­men­tu tej książ­ki w środ­kach ma­so­we­go prze­ka­zu wy­ma­ga pi­sem­nej zgo­dy Wy­daw­nic­twa No­vae Res.

re­dak­cja: Alek­san­dra Płot­ka

ko­rek­ta: Kin­ga Do­lczew­ska

okład­ka: Ar­tur Ros­to­cki

kon­wer­sja e-bo­oka: Ga­briel Wy­glę­dacz – Stu­dio Aka­pit

Wy­daw­nic­two No­vae Res na­le­ży do gru­py wy­daw­ni­czej Za­czy­ta­ni.

Gru­pa Za­czy­ta­ni sp. z o.o.

ul. Świę­to­jań­ska 9/4, 81-368 Gdy­nia

tel.: 58 716 78 59, e-mail: se­kre­ta­riat@gru­pa­za­czy­ta­ni.pl

https://no­va­eres.pl

Pu­bli­ka­cja do­stęp­na jest na stro­nie za­czy­ta­ni.pl.