Uzyskaj dostęp do tej i ponad 360000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Aby odnaleźć swoje prawdziwe miejsce, trzeba najpierw porzucić to, co bliskie
Kamila Belossi od tragicznego wypadku, w którym zginął jej były chłopak, boi się dopuścić do siebie kogokolwiek. Cisza stała się jej schronieniem, a samotność jedynym bezpiecznym wyborem – do czasu, gdy na jej włosach pojawiają się świecące, jasnoróżowe pasemka, a zakończenie roku szkolnego przerywa atak Ciemnej Armii.
Prawda o jej pochodzeniu prowadzi ją do Spiritii, miejsca, z którego została zabrana jako dziecko. Pięć regionów tej krainy wciąż żyje w cieniu dawnej klątwy, a wojna, zapowiedziana dziewiętnaście lat wcześniej, zbliża się nieuchronnie. Powrót zaginionej księżniczki jest nadzieją – i ryzykiem, którego nikt nie potrafi przewidzieć.
Kamila musi odnaleźć się w obcym świecie. Towarzyszy jej Damian, młody uczeń Akademii Rycerskiej, którego obecność zmusza ją do porzucenia wyuczonego dystansu.
Wszystko prowadzi do starcia, którego nie da się uniknąć – a wybór, przed którym stanie Kamila, zdecyduje o przyszłości Spiritii i o tym, co sama będzie musiała po drodze stracić.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 154
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Dla wszystkich, którzyuparcie wierzyli, że ta historiakiedykolwiek powstanie.W.S.
Dawno, dawno temu, z dala od naszego świata, w miejscu, do którego nie dotarł żaden śmiertelnik ani niewierzący w magię człowiek, istniała cudowna, wręcz idylliczna kraina czterech żywiołów, miłości i magii, zwana Spiritią.
Ci, którzy uparcie twierdzili, że tak doskonałe miejsce – gdzie ludzie z magicznymi mocami żyją w zgodzie ze sobą i naturą – nie może istnieć, nigdy nie dostąpili jego cudowności. Nie poznali czaru, jaki to miejsce rzucało na mieszkańców pięciu królewskich państw: wody, ognia, powietrza, ziemi i miłości. Tylko tubylcy i królewskie rody mogli żyć w tym błogosławionym świecie, podczas gdy zwykli ludzie nie mieli pojęcia, że gdzieś daleko istnieje Spiritia, kraina, w której każdy mógł poczuć się jak w domu.
Od chwili, gdy pięć królestw zostało stworzone dzięki magii władców, którzy łącząc siły, powołali do życia najpiękniejsze budowle i naturę, nikt w Spiritii nie czuł się pominięty. Pośród pustyń, gór, łąk i oceanów każdy wiedział, że to jego dom. Niezależnie od tego, czy pochodził z wiosennej Floretii, ognistego Flaro, oceanicznej Aquisii czy górzystej Vairiny. Spiritia była oazą dla każdego mieszkańca.
Jednak nic nie mogło się równać z samym Centrum, klejnotem w koronie pięciu królestw, w którym wznosił się przepiękny zamek. W Spiritii sprawiedliwi władcy rządzili w jedności. Choć każdy z nich był równy i władał swoim królestwem mądrze, to właśnie w Centrum spotykali się, by rozmawiać o przyszłości Spiritii, obdarzać się pomocą i prezentami.
Pomoc często wykraczała poza granice ich ziem: Floreci sadzili kwiaty w górach Vairiny, Aquisianie gasili pożary w królestwie ognia. W Centrum jednak wszyscy mogli naprawdę poczuć więź, jaka łączyła ich od zawsze. Miłość między władcami, przyjaźń między królestwami i wszechobecny spokój sprawiały, że Spiritia była miejscem, w którym chciało się żyć, azylem dla wszystkich.
Magia, która otaczała tę krainę, była jej sercem. Czerpała moc z miłości między władcami a poddanymi, miłości, której nic nie mogło przerwać.
Lecz pewnego dnia wszystko się zmieniło. Podczas jednego z przyjęć w Centrum na spokojną uroczystość napadła Ciemna Armia, najwięksi wrogowie pięciu królestw, pragnący zniszczyć Spiritię. Za ich sprawą królewski pałac został zaatakowany, a lud zmuszony do ewakuacji.
Zanim jednak mieszkańcy zdążyli uciec, krainę dosięgła klątwa. Gdy po utracie przytomności odzyskali świadomość, odkryli, że pięć królestw zostało od siebie oddzielonych. Z ich domów zniknęła magia, a w sercach pojawiła się wrogość wobec dawnych przyjaciół.
Królestwa pogrążały się w coraz większej rozpaczy, nienawiści i mroku. Nikt nie znał prawdy o tym, co wydarzyło się tamtego dnia, pozostawała tylko nieuzasadniona wrogość między ludźmi, których niegdyś łączyła przyjaźń.
Wydawało się, że nie ma już nadziei, że powrót do dawnego życia jest niemożliwy. Aż pewnego dnia kronikarz Centrum, podczas spisywania historii nadchodzącej wojny, odkrył przepowiednię. Głosiła ona, że zaginiona w dniu ataku księżniczka Centrum powróci, by zniszczyć mury dzielące królestwa i ocalić Spiritię przed wojną.
Od tamtej pory wieść o zaginionej następczyni tronu rozeszła się po wszystkich krainach. Choć władcy, dotknięci klątwą, nie pamiętali, kim była, w ich sercach wciąż tliła się iskra nadziei na powrót do pokoju i miłości, które niegdyś łączyły Spiritię.
Minęło dziewiętnaście lat. Księżniczka wciąż nie wróciła, a władcy zaczęli tracić wiarę. Nie wiedzieli jednak, że jej powrót jest bliższy, niż mogli przypuszczać.
Liceum w Nowym Jorku – położone w samym centrum wielkiego miasta, jedno z najlepszych w całej okolicy, zachwalane przez mieszkańców – już z samej fasady i wyglądu prezentowało się imponująco. Było to miejsce, gdzie każdy młody człowiek chciałby uczęszczać nawet z własnej, nieprzymuszonej woli. Biały budynek z szarym dachem, z powiewającą na nim flagą Stanów Zjednoczonych, wykonany z twardego kamienia, wyglądał naprawdę zdumiewająco. Samo wnętrze potężnego gmachu również nie pozostawiało zbyt wiele do życzenia.
W szkole znajdowało się mnóstwo sal z różnych przedmiotów – między innymi doskonale wyposażone sale chemiczne i artystyczne. Stołówka serwowała najbardziej wyborne jedzenie w całym Nowym Jorku, a do szkoły mógł uczęszczać dosłownie każdy. Miła, a jednocześnie satysfakcjonująca atmosfera sprawiała, że miejsce to było oblegane przez wielu Nowojorczyków, którzy chętnie posyłali tam swoje nastoletnie dzieci.
Jednak w tym roku najważniejszymi osobami w szkole byli uczniowie ostatniej klasy, którzy przeżywali swój złoty rok nauki. Za kilka dni, tuż po rozpoczęciu lata, mieli zakończyć szkołę i rozpocząć studia. Dla niektórych była to życiowa szansa, inni szli dalej razem z przyjaciółmi. Mimo to jedna czarnowłosa, zielonooka dziewczyna – Camilla Belossi – nie była w tak dobrym nastroju jak reszta uczniów.
Nie wiedziała, czy pójdzie na studia z przyjaciółmi ani czy w ogóle da sobie radę w nowym życiu. Teraz, tuż przed ostatnią lekcją w dniu rozpoczęcia lata, szła korytarzem, niepewna i zamyślona.
„Błagam, niech ten dzień nie zakończy się katastrofą” – prosiła samą siebie. W jej oczach zbierały się łzy na samą myśl, że nie da rady w przyszłym życiu, że nawet jeśli będzie się starać, to i tak wszystko pójdzie nie tak, bo nie potrafi zadbać o własne szczęście. Czuła się jak chodząca katastrofa, zupełnie niepasująca nigdzie, jakby wyrwana z innego świata.
Nie wiedziała, gdzie naprawdę jest jej miejsce. Zamyślona nad przyszłością i tym, co się stanie, gdy odważy się zrobić krok dalej, poczuła nagle mocne szturchnięcie w plecy. Gwałtownie się odwróciła, dobrze wiedząc, kto zakłócił jej spokój.
– Błagam, nie róbcie sobie żartów, zostawcie mnie… – mruknęła, poprawiając wiszącą na plecach fioletową torbę.
– A co, boisz się? Boisz się, że ktoś zakłóci twoje głupie bajeczki o byciu ciągle samą? – dogryzł jej czarnowłosy łobuz, który wraz ze swoją grupą nie dawał Camilli spokoju od pierwszej klasy.
– Nie… – odpowiedziała Camilla, ale drugi z łobuzów, jasnowłosy, tylko się roześmiał. Chwycił ją za szyję, a dziewczyna poczuła, że brakuje jej powietrza.
– Boisz się? – wysyczał czarnowłosy, zaciskając dłoń coraz mocniej.
Camilla mogła tylko błagać w duchu, by ta sytuacja nie skończyła się tragedią.
– Ja… – Nie potrafiła wydusić ani słowa pod naporem strachu i stresu.
– Jeszcze raz coś powiesz, to spalimy tę głupią restaurację, którą prowadzą twoi starzy… – syknął jasnowłosy, a Camilla czuła, jak ze stresu i przerażenia coraz bardziej traci oddech.
– Zostawcie ją! – krzyknął głos, który dziewczyna natychmiast rozpoznała.
Poczuła, jak uścisk łobuza słabnie. To była jej przyjaciółka – piegowata blondynka o imieniu Michelle. Mówiła stanowczo, posyłając napastnikom gniewne spojrzenie.
„Michelle!” – wykrzyknęła w myślach Camilla, czując ulgę, lecz starając się nie prowokować oprawców.
– Bawi was męczenie jej? – zapytała Michelle, podchodząc bliżej blond łobuza.
Ten prychnął pod nosem.
– Ona przynajmniej może się wymknąć, ty jesteś zbyt mała i drobna, żeby… – Nie zdążył dokończyć, bo Michelle wymierzyła mu z całej siły prawy sierpowy.
Zaskoczeni chłopcy uciekli, a roztrzęsiona Michelle podbiegła do Camilli, która upadła na ziemię.
– Camillo, nic ci nie jest? Jeszcze raz spróbują zrobić ci krzywdę, to… – zaczęła, ale Camilla popatrzyła na nią z lekkim uśmiechem, najlepszym, na jaki było ją stać.
– Michelle, nie denerwuj się… Wszystko jest dobrze – powiedziała cicho, gdy przyjaciółka pomagała jej wstać.
Była wdzięczna, że Michelle zawsze była przy niej, nawet w sytuacjach, gdy mogła zginąć. Tylko ona naprawdę rozumiała, co Camilla przeżywa każdego dnia – nawet bardziej niż rodzice czy przybrana babcia, którzy pewnie właśnie przygotowywali w swoim hotelu letnie przyjęcie, na które czekali wszyscy mieszkańcy Nowego Jorku.
– Jak mam się nie denerwować, kiedy dzieje ci się krzywda? Ja im dam… – Michelle zacisnęła pięści, lecz Camilla, gdy tylko odzyskała siły, ścisnęła jej rękę i spojrzała na dziewczynę z uśmiechem.
– Wszystko w porządku, nie musisz im zdzielać sierpowego… przynajmniej na razie – zaśmiała się delikatnie, co wywołało u Michelle ulgę i uśmiech.
– Ale pamiętaj, za każdym razem, gdy mnie potrzebujesz, będę przy tobie, jasne? Nie pozwolę, żeby ci kretyni zrobili ci krzywdę – powiedziała stanowczo, a Camillę ogarnął spokój, jakiego dawno nie czuła.
– Jasne – odparła najbardziej pewnym głosem, wiedząc, że dopóki Michelle jest przy niej, nic jej nie grozi.
„Dopóki nie rozdzielą nas studia” – pomyślała i natychmiast spochmurniała.
– Camillo, coś się dzieje? – zapytała Michelle, a Camilla zwiesiła wzrok.
– Nic, Michelle… Nic się nie stało. Po prostu przypomniałam sobie o rzeczach, o których nie musisz wiedzieć – odpowiedziała cicho.
– Nie musisz nic ukrywać… Chodzi o studia, tak? – zapytała blondynka, a Camilla poczuła gulę w gardle.
Michelle znała ją zbyt dobrze, ale Camilla nie chciała mówić o swoich lękach. Niektóre rzeczy wolała zachować dla siebie, nawet jeśli miało to zranić przyjaciółkę. Chciała chronić tych, których kochała, i nie wywoływać niepotrzebnego zamieszania.
– Nie chcę mówić, naprawdę nie trzeba. Masz swoje życie, ja swoje. Nie muszę opowiadać ci o wszystkim – odparła półżartem, półserio i szturchnęła Michelle, która zaśmiała się lekko.
– Wiem… ale jeśli kiedyś będziesz chciała, to powiedz. Nie będę oceniać – dodała Michelle, a Camilla uśmiechnęła się delikatnie, skrywając ból, który od lat nosiła w sercu.
– Jasne – zapewniła, a wtedy zabrzmiał dzwonek, oznajmiając ostatnią lekcję w jej licealnym życiu. Była to idealna okazja, by zmienić temat.
– Ale w sumie nieważne, dzwonek wybił ostatnią godzinę. Chyba nie chcesz się spóźnić.
– Oczywiście, że nie – parsknęła Michelle. – To w końcu ostatni dzień liceum, a potem…
– Nie musisz mówić, co potem. Sama zawsze powtarzasz, że trzeba cieszyć się tym, co jest, a nie tym, co ma nadejść – przypomniała jej Camilla.
– W sumie masz rację. Ale nieważne, nie spóźnię się na tak ważną lekcję… Choć szczerze, to nie wiem, czy ma to jakieś znaczenie! – wykrzyknęła Michelle, po czym obie ruszyły w stronę klasy.
W sercu Camilli wciąż jednak tlił się ból i wątpliwości, których nie potrafiła się pozbyć. Wiedziała, że szczęście, mimo optymizmu Michelle, nie trwa wiecznie. A ona sama nie chciała zmieniać swojego życia – było idealne takie, jakie było.
Jeden krok w przyszłość mógłby zniszczyć wszystko, na co pracowała przez lata.
Mimo że ta czekała tuż za rogiem.
Kilkanaście minut później, gdy Camilla i Michelle weszły do sali, w której miała odbyć się luźniejsza lekcja z okazji końca roku szkolnego i rozpoczęcia lata – święta szczególnie celebrowanego w Nowym Jorku – uczniowie zasiedli do biurek. Jedni mniej, inni bardziej uradowani z perspektywy wspólnych gier planszowych i zabawy, jakie zorganizowała ich wychowawczyni.
Camilla, mimo całej tej radosnej atmosfery i nadchodzącej perspektywy nowego życia, być może nawet poza Nowym Jorkiem, nie czuła się szczęśliwa. Wręcz przeciwnie – jedynym powodem, dla którego zgodziła się na wspólne gry, był fakt, że to jej ostatni dzień w szkole, do której chodziła od czternastego roku życia.
Zbliżały się jej dziewiętnaste urodziny, ale dziewczyna wiedziała, że po wakacjach – a zarazem po obchodach lata i tak ważnego dla niej dnia – wszystko się zmieni. Wolała jednak myśleć pozytywnie i nie zaprzątać sobie głowy przyszłością. Chciała cieszyć się tym, co ma: obecnością Michelle i swojej rodziny. Choć wciąż towarzyszył jej stres, starała się nie poddawać.
Na szczęście jej myśli zostały przerwane, gdy pani Elizabeth Crystal – kobieta o jasnobrązowych lokach i krystalicznie zielonych oczach – z beztroskim uśmiechem rozdała uczniom gry planszowe, które miały zapewnić im rozrywkę na całą lekcję.
Camilla przez kolejne minuty przyglądała się radosnym twarzom kolegów i koleżanek, rozkładających plansze i grających w wybrane gry. Sama jednak pozostawała uwięziona w świecie własnych myśli, mając tylko nadzieję, że lekcja przebiegnie spokojnie i bez żadnych nieprzyjemnych niespodzianek.
„Wszyscy są tacy szczęśliwi…” – pomyślała, obserwując uśmiechniętych znajomych. Czuła jednocześnie radość i ukłucie w sercu. Pragnęła poczuć tę samą beztroskę, jaką cieszyli się inni, nawet Michelle. Z drugiej strony radowała się, że przynajmniej oni mają w sobie tyle szczęścia i spokoju – których jej brakowało od lat.
Była jak samotna łódź na oceanie, niewiedząca, w którą stronę płynąć, gdy wszyscy inni mają wyraźny cel. Jak płomień, który nie potrafi zapłonąć. Jak burza, która nie nadchodzi, choć jest potrzebna. Jak kwiat, który nie potrafi rozkwitnąć. Była wszystkim, tylko nie sobą – a najbardziej pragnęła dowiedzieć się, gdzie naprawdę jest jej miejsce.
– Ej, Camillo… – zagadnęła ją Michelle z beztroskim uśmiechem. – Pani Crystal dała nam do gry UNO. Może zagramy razem?
– Wiesz, nie mam ochoty… – odparła Camilla, ale Michelle mimo to nie zrezygnowała. Najwyraźniej chciała ją rozruszać, choć dziewczyna marzyła tylko o spokoju i ciszy.
– Weź, Camillo, proszę. Zagraj ze mną chociaż raz. Na pewno jesteś w tym dobra. Może dziś ci się poszczęści – błagała Michelle, kładąc jej rękę na ramieniu.
Camilla odwróciła się. Niewinny, pełen troski wzrok przyjaciółki dodał jej jednocześnie otuchy i zakłopotania.
– A co, jeśli nie wygram? Wiesz przecież, że nie jestem w tym dobra. Nigdy nie byłam – odpowiedziała zrezygnowana.
W grze w UNO zawsze była ofermą, porażką, kimś nieważnym, więc wiedziała, że i tym razem wygranie w grze, przynajmniej dla własnej satysfakcji, było wręcz niemożliwe.
– Wiem, że dziś wygrasz. Może akurat będziesz miała szczęście, w końcu to pierwszy dzień lata! Poza tym na pewno pojawię się na przyjęciu w hotelu Tramonto, możesz na mnie liczyć! – powiedziała radośnie Michelle i mrugnęła okiem.
Camilla zaśmiała się pod nosem, czując na moment ulgę.
– No dobrze, jak chcesz – uległa.
Obie rozłożyły karty na biurku i zaczęły rozgrywkę. Po kilku minutach wszystko się rozstrzygnęło – Camilla przegrała, mając w rękach o jedną kartę więcej. Nie była to wielka tragedia, ale zostawiła po sobie cień rozczarowania. Dziewczyna podświadomie liczyła na małe zwycięstwo, choćby dziś, w tak ważnym dniu.
– Camillo, nic się nie stało, serio. Każdemu zdarza się przegrać – rzekła Michelle, lecz Camilla odwróciła wzrok i oplotła ramionami ciało.
– Wiem, i tak rzadko kiedy wygrywam. Ale mimo wszystko… to było dla mnie naprawdę ważne – odpowiedziała z żalem.
Miała wrażenie, że wszystko, czego się dotknie, zamienia się w porażkę. Czuła się jak ktoś, kto burzy cudze szczęście jak wiatr przewracający domek z kart, i nie potrafiła patrzeć na siebie inaczej. Była problemem, którego nikt nie umiał rozwiązać, powodem smutku i rozpaczy.
– Weź, nie przesadzaj. Może następnym razem ci się uda – próbowała ją pocieszyć Michelle. Camilla doceniała te słowa, ale w środku wszystko bolało ją jeszcze bardziej. Miała wrażenie, że przez swoją obecność tylko sprowadza na innych kłopoty, zwłaszcza na Michelle.
Nie pasowała do świata, w którym żyła – choć nie wiedziała dlaczego.
W tej chwili rozległ się szkolny dzwonek oznajmiający koniec lekcji, a Camilla podniosła głowę, próbując ukryć cisnące się do oczu łzy.
– Nie mogę uwierzyć, że to już lato! Jak cudownie, prawda, Jack? – zawołała energicznie Sophia, koleżanka Camilli i Michelle, zwracając się do swojego rudowłosego brata bliźniaka.
– Więcej niż wspaniale! To początek czegoś nowego – odparł chłopak, szturchając ją żartobliwie.
Camilla uśmiechnęła się blado, obserwując ich beztroską radość. Podziwiała, jak łatwo potrafią cieszyć się drobiazgami, jakby cały świat był dla nich przygodą. Sama czuła się, jakby tkwiła w miejscu – jakby jeden krok w przyszłość mógł zburzyć cały jej świat. Bała się zrobić ten krok, bo wierzyła, że tylko wszystko zepsuje. Nie potrafiła przeskoczyć „wielkiego kanionu” jej dotychczasowych przeżyć i stanąć u progu pięknej przyszłości, która jawiła się niczym wspaniały wodospad.
– Camillo, idziesz? Autobus zaraz odjedzie! – zawołała wesoło Michelle, ale po chwili spostrzegła smutek na twarzy przyjaciółki. – Czy coś się stało? Wyglądasz na przygnębioną.
Camilla nawet się nie odwróciła. Wstydziła się, że przy tak wspaniałej osobie jak Michelle czuje się jak cień. Nie mogła się równać z idealną i beztroską blondynką. Nawet jej wygląd sugerował, że nie należała do tego świata – kruczoczarne włosy, intensywnie zielone oczy, spojrzenie utkwione zawsze gdzieś w dal. Zamknięta w świecie rozpaczy i smutku. Miała nieodparte wrażenie, że inni mieszkańcy Nowego Jorku byli słońcem dla całego świata, natomiast ona sprawiała, że słońce od razu zachodziło.
– Nic się nie stało – powiedziała cicho, pociągając nosem. – Po prostu idźmy do autobusu, jak zawsze.
– Coś się stało, przecież widzę… – odparła z troską Michelle.
Camilla odwróciła się, starając się uśmiechnąć, by ją uspokoić.
– Nie, naprawdę. Wszystko w porządku – zapewniła, a Michelle, choć z malującymi się na twarzy wątpliwościami, odwzajemniła uśmiech.
– W takim razie chodźmy – powiedziała pogodnie, a Camilla utrzymała wymuszony uśmiech.
Nie mogła jednak przestać myśleć o jednym – że różni się od wszystkich ludzi wokół.
Nie pasowała do świata, w którym się urodziła. Zupełnie jakby miejsce, do którego naprawdę należała, znajdowało się wiele mil stąd.
Gdy Camilla i Michelle wyszły z parteru szkoły na dziedziniec, czekał już na nie pan Mills – kierowca szkolnego autobusu, który jak co dzień odwoził uczniów spragnionych odpoczynku po całym dniu nauki. Tym razem wiózł ich do domów i mieszkań w centrum oraz na obrzeżach Nowego Jorku, by mogli w pełni cieszyć się pierwszym dniem lata.
Idąc w stronę autobusu, Camilla, w przeciwieństwie do roześmianych uczniów gnających przed siebie, nie potrafiła cieszyć się tą chwilą. Nawet myśl o letnim przyjęciu w restauracji jej rodziców nie przynosiła radości. Choć kochała pomagać innym, dziś nie miała na to siły. Wiedziała, że jej głowę wciąż wypełniają obawy i lęk, że nawet podczas tak cudownego święta coś pójdzie nie tak. Bała się, że znów udowodni, że nie pasuje do świata, w którym żyje.
Wszyscy w szkole rozmawiali o przyjęciu w hotelu jej rodziny, ale Camilla wolała się nie wtrącać. Była przekonana, że prędzej czy później i tak wszystko popsuje. Chciała tylko, by tym razem nie przyniosła wstydu swoim rodzicom i nie sprowadziła na nich pecha – jak to miała w zwyczaju, odkąd pamiętała.
Wokół panowała euforia, a ona czuła się jak zachód słońca – widoczny, ale niezauważany. Jak serce, które daje życie, choć nikt nie zwraca na nie uwagi. Jak ktoś, kto istnieje obok, lecz nikt go nie potrzebuje.
Z rozmyślań wyrwał ją głos pana Millsa:
– Wsiadajcie, kochani. Chyba nie chcecie spóźnić się na obchody Dnia Lata? – zawołał, pomagając uczniom wejść do autobusu.
– Pewnie, że nie! – wykrzyknął radośnie Mark, uczeń poruszający się na wózku inwalidzkim, któremu kierowca pomagał jako jednemu z pierwszych.
– W życiu nie można przegapić takiej okazji! – dodała Sophia, uśmiechając się szeroko.
Camilla stała jeszcze chwilę na dziedzińcu, nie mając odwagi dołączyć do reszty. Dopiero Michelle przekonała ją, by weszła do pojazdu i wróciła do centrum – miejsca, w którym dorastała i które mimo wszystko kochała. Cokolwiek by mówić, lepsze to niż zostawać w szkole, gdzie czuła się bardziej obco niż gdziekolwiek indziej.
Po kilku minutach obie siedziały już obok siebie. Camilla nerwowo kręciła na palcu pasmo czarnych włosów, wpatrując się bezmyślnie w mijający za oknem krajobraz.
[…]
Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.
Kroniki Spiritii. Tom I
isbn: 978-83-8423-401-3
© Wiktoria Anna Solich i Wydawnictwo Novae Res 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody Wydawnictwa Novae Res.
redakcja: Aleksandra Płotka
korekta: Kinga Dolczewska
okładka: Artur Rostocki
konwersja e-booka: Gabriel Wyględacz – Studio Akapit
Wydawnictwo Novae Res należy do grupy wydawniczej Zaczytani.
Grupa Zaczytani sp. z o.o.
ul. Świętojańska 9/4, 81-368 Gdynia
tel.: 58 716 78 59, e-mail: sekretariat@grupazaczytani.pl
https://novaeres.pl
Publikacja dostępna jest na stronie zaczytani.pl.
