Wydawca: Wydawnictwo Poznańskie Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2018

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 489 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Kroniki portowe - Annie Proulx

Kultowa powieść w nowym przekładzie!

Kroniki portowe to opowieść o człowieku, który na zapomnianej wyspie odnajduje swoją tożsamość i odzyskuje utracone w dzieciństwie poczucie własnej wartości. To także rozgrywająca się na surowych, mroźnych wybrzeżach Nowej Fundlandii historia o tym, że do odwrócenia kolei losu nie zawsze trzeba wielkich rewolucji, tylko wystarczy dać się ponieść sprzyjającym nurtom.

Annie Proulx jest autorką dziesięciu książek. Wśród jej wielu wyróżnień  znajdują się Nagroda Pulitzera, National Book Award, The Irish Times International Fiction Prize oraz PEN/Faulkner Award. Jej opowiadanie „Tajemnice Brokeback Mountain” stało się kanwą nagrodzonego Oscarami filmu. Jej najnowszą powieścią są Drwale.

Żywa, dowcipna… ukazuje surrealistyczne poczucie humoru pani Proulx oraz jej entuzjazm dla osobliwych słabostek ludzkości.

Howard Norman, „The New York Times Book Review”

Oszałamiająco wielkoduszne Kroniki portowe Annie Proulx topią zamarznięte żywoty bohaterów i ogrzewa życie czytelników.

Roz Spafford, „San Francisco Examiner & Chronicle” Kroniki portowe

Opinie o ebooku Kroniki portowe - Annie Proulx

Fragment ebooka Kroniki portowe - Annie Proulx

Tytuł oryginału: The Shipping News

Copyright © 1993 by Annie Proulx

All rights reserved, including the right of reproduction in whole or in part in any form.

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2018

Copyright © for the Polish translation

by Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2018

Redaktor prowadzący: Patryk Mierzwa, Adrian Tomczyk

Redakcja: Hanna Trubicka

Korekta: Magdalena Owczarzak, Paulina Jeske-Choińska

Projekt typograficzny, skład i łamanie: Stanisław Tuchołka / panbook.pl

Projekt okładki i stron tytułowych: Urszula Pągowska

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

Wydanie elektronczne 2018

ISBN 978-83-7976-960-5

Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

fax: 61 853-80-75

redakcja@wydawnictwopoznanskie.com

www.wydawnictwopoznanskie.com

Dla Jona, Gillisa i Morgana

W węźle o ośmiu półsztykach, a jest to węzeł

przeciętnej wielkości,

możliwe jest dwieście pięćdziesiąt sześć

różnych przełożeń od góry i od dołu…

Wystarczy zaledwie jedna zmiana

w porządku „góra – dół”, aby powstał

zupełnie inny węzeł albo nie powstał żaden.

Clifford W. Ashley

Księga węzłów

Podziękowania

Pomoc w pisaniu Kronik portowych nadeszła z wielu stron. Jestem wdzięczna National Endowment for the Arts za wsparcie finansowe oraz Ucross Foundation of Wyoming za spokojne miejsce do pracy. Rady, opinie i informacje wielu osób z Nowej Fundlandii pomogły mi zrozumieć tradycję i obecnie dokonujące się na „Skale” zmiany. Nowofundlandzki dowcip i zamiłowanie do rozmów sprawiały, że najbardziej przypadkowe spotkania stawały się przyjemnością. Za uprzejmość i miłe towarzystwo jestem wyjątkowo wdzięczna pogryzionej z mojej winy przez psa Belli Hodge z Gunner’s Cove i Goose Bay, która ukazała mi rozkosze domowej nowofundlandzkiej kuchni. Carolyn Lavers otworzyła mi oczy na wielowymiarowość i siłę nowofundlandzkich kobiet, podobnie zresztą jak pisarz Bill Gough w wydanej w 1984 roku powieści Maud’s House. Ratownicy z Canadian Coast Guard Search and Rescue, redakcja „Northern Pen” zSt. Anthony, rybacy i drwale, pracownicy Atmospheric Environment Service of Environment Canada– wszyscy oni pokazali mi, jak sprawy się mają. Szósty zmysł Johna Glusmana wychwycił tytuły książek o Nowej Fundlandii, na które nigdy bym nie trafiła. Walter Punch z Massachusetts Horticultural Society Library potwierdził niektóre mało znane fakty z ogrodniczej uprawy roślin. Dziękuję również moim towarzyszom podróży podczas wypraw do regionu Atlantic Canada: zmagającemu się z wiatrem, niedźwiedziami i komarami Tomowi Watkinowi oraz mojemu synowi, Morganowi Langowi, z którym dzieliłam kwietniowe sztormy, góry lodowe i karibu. Jestem wdzięczna Abi Thomas za rady i przyjaźń. Barbara Grossman jest redaktorką z moich marzeń – jest jak przejrzyste błękitne niebo w najgęstszej mgle. A bez natchnienia płynącego z cudownego dzieła Clifforda W. Ashleya z 1944 roku, Księga węzłów, które miałam szczęście kupić za ćwierć dolara na podwórkowej wyprzedaży, moja powieść pozostałaby strzępem pomysłu.

W trakcie pisania Kronik portowych zaglądałam do setek książek, dzienników, pamiętników i miejscowych wspomnień odnoszących się do wielu przejawów życia nowofundlandzkich wiosek rybackich. Nie jestem w stanie przywołać w tym miejscu wszystkich źródeł, ale najważniejszym z nich był mentorsko drobiazgowy Dictionary of Newfoundland English pod redakcją G.M. Story’ego, W.J. Kirwina i J.D.A. Widdowsona. George Morley Story zmarł krótko po wydaniu Kronik portowych, zostawiwszy mi najcenniejszą pamiątkę: swój słownik z dedykacją sporządzoną zaledwie kilka tygodni przed śmiercią. Bardzo pomocne okazały się również tomy ze wspaniałej serii Canadian National Museum of Man Mercury, a zwłaszcza doskonałe dzieło Davida A. Taylora Boat Building in Winterton, Trinity Bay, Newfoundland: gruntowny opis budowy niedużych jednostek pływających w rybackiej Nowej Fundlandii – coraz cenniejsze źródło dla znawców małych łodzi, gdyż szkutnicy zajmujący się na Nowej Fundlandii budową drewnianych kutrów zamykają warsztaty już na zawsze. Książki Folk Music in a Newfoundland Outport S.A. Gordona i Textile Traditions of Eastern Newfoundland Geralda L. Pociusa zawierają informacje, których nie znajdzie się nigdzie indziej. W moją badawczą sieć wpadały również słowniki żeglarskie, przepisy żeglugowe, wytyczne żeglugi przybrzeżnej na wodach Nowej Fundlandii, Chapmen’s Piloting, podręczniki tapicerskie, opisy życia na wybrzeżu Labradoru, dzieje budowy i żeglugi na rybackich łodziach płaskodennych, a także kutrach łowiących dorsze oraz szkunerach. Bardzo wnikliwa książka Williama W. Warnera Distant Water, the Fate of the North Atlantic Fisherman okazała się bezcenna, jeśli chodzi o tragiczne tło historyczne północnoatlantyckiego rybołówstwa. Przestudiowałam wreszcie wiele albumów fotograficznych zawierających zdjęcia społeczności z wybrzeży nowofundlandzkich, zwłaszcza te, które ukazywały wioski rybackie z niedalekiej przeszłości. Być może najbardziej poruszającym z nich jest album Candace Cochrane Outport.Reflections from the Newfoundland Coast. Wielogodzinne rozmowy z mieszkańcami Nowej Fundlandii: szkutnikami, rybakami, dziećmi i matkami, ludźmi, których nazwisk najczęściej nie znałam, wzmocniły i ożywiły opublikowany materiał źródłowy.

1

Quoyle

QUOYLEZNACZYZWÓJ

Słoneczkiem nazywa się ciasny i zupełnie płaski zwój liny. Wiąże się ów zwój na pokładzie, aby można było po nim chodzić w razie potrzeby.

Clifford W. Ashley

Księga węzłów

Oto zarys kilkuletnich dziejów Quoyle’a – urodzonego na Brooklynie i wychowanego podczas włóczęgi po drętwych miasteczkach w głębi stanu.

Obsypany pokrzywką, z wiatrami i skurczami w brzuszku, przetrwał jakoś dzieciństwo, a na uniwersytecie stanowym, zasłaniając dłonią podbródek, uśmiechami i milczeniem maskował udrękę. Przeczołgał się od dwudziestki do trzydziestki, ucząc się oddzielać uczucia od życia i nie licząc na nic. Jadł za dwóch, najbardziej lubił golonkę i kartofle z masełkiem.

Imał się przeróżnych prac, takich jak: dostawca cukierków do automatów, nocny ekspedient w sklepie ze wszystkim, trzeciorzędny dziennikarzyna. Mając trzydzieści sześć lat, osierocony, przepełniony żalem z powodu nieszczęśliwej miłości, pożeglował na Nową Fundlandię: „Skałę”, która zrodziła jego przodków, wyspę, na której nigdy nie był i której odwiedzać nie zamierzał.

Wodnistą krainę. AQuoyle bał się wody, nie umiał pływać. Ojciec raz po raz prostował jego zaciśnięte na czymś piąstki i wrzucał go do basenów, strumieni, jezior i w fale. Mały Quoyle znał tylko dwa smaki: tureckiego chlebka z rodzynkami i glonów.

Zsynowskiego niepowodzenia w pływaniu pieskiem ojciec wyczytał kolejne, które mnożyły się jak złośliwy wirus: niepowodzenie w wyraźnym mówieniu, w siedzeniu prosto, porannym wstawaniu, zachowaniu, ambitnych planach i umiejętnościach, doprawdy we wszystkim. Ujrzał w tym własną porażkę.

Quoyle powłóczył nogami, o głowę wyższy od pozostałych okolicznych dzieci, był mięczakiem. „Ach, ty łachudro”, mawiał ojciec. Który sam nie był pigmejem. Brat Quoyle’a, Dick, ulubieniec ojca, udawał, że rzyga, gdy łachudra wchodził do pokoju, apotem syczał: „tłuścioch, zasmarkaniec, wieprz, knur, idiota, śmierdziel, pierdziel, spaślak”, po czym tłukł i kopał Quoyle’a, aż ten zwijał się w kłębek, zakrywał rękami głowę i płakał. Wszystko to brało się z podstawowego mankamentu Quoyle’a: niedostatków wyglądu.

Wielka wilgotna klucha. Mając sześć lat, ważył osiemdziesiąt funtów. Jako szesnastolatek skrył się pod zwałami tłuszczu. Łeb jak melon bez szyi, riuszka rudych, zaczesanych do tyłu włosków. Rysy pomarszczone jak opuszki palców od wody. Oczy koloru plastiku. Oraz monstrualny podbródek jak luźna szuflada wystająca z dołu twarzy.

Wchwili jego poczęcia zaiskrzyła jakaś genetyczna anomalia– niczym rozżarzony węgielek wyskakujący z popielnika– i wyposażyła go w podbródek olbrzyma. Jako dziecko wymyślał różne sztuczki, żeby nikt się na niego nie gapił: uśmiech, wbijanie oczu w podłogę, szybkie zakrywanie podbródka prawą dłonią.

Od początku był dla siebie bardzo odległą postacią: na pierwszym planie zawsze znajdowała się rodzina, agdzieś daleko, tam, gdzie wzrok nie sięga, stał on sam. Do czternastego roku życia pielęgnował myśl, że go zamieniono, oddano nie tym rodzicom, co trzeba, i że gdzieś czeka nań z utęsknieniem prawdziwa rodzina obarczona podrzutkiem Quoyle’ów. Potem, buszując kiedyś w pudle z pamiątkami z wycieczek, natknął się na fotografię przedstawiającą ojca stojącego wraz z braćmi i siostrami przy relingu statku. Nieco oddalona od tej grupy dziewczyna wpatrywała się w morze, mrużąc oczy, jakby widząc oddalony o tysiąc mil na południe port przeznaczenia. Quoyle rozpoznawał siebie we włosach, nogach i ramionach krewnych. Ten sprytny obibok w przykusym sweterku z dłonią na kroczu to jego ojciec. Z tyłu napis nabazgrany kopiowym ołówkiem: „Wyjazd z domu, 1946”.

Na studiach zapisał się na zajęcia, z których nic nie rozumiał, wlókł się w tę i z powrotem, nie odzywając się do nikogo, i wracał do domu na weekendy miażdżącej krytyki. W końcu rzucił studia i rozejrzał się za pracą, nie przestając zasłaniać podbródka.

Nic nie było jasne w oczach osamotnionego Quoyle’a. Jego myśli kłębiły się niczym to bezkształtne coś widywane przez dawnych żeglarzy dryfujących w polarnym półmroku i nazywane „morskim płucem”: falujący lodowy śryż, nad którym we mgle powietrze stapia się z zamarzającą, aby się zaraz rozpuścić, wodą; nad którym zamarza niebo, aświatłość i ciemność zlewają się ze sobą.

Przypadkowo zajął się żurnalistyką, próżnując nad tłustą sosyską i kromką chleba. Chleb był dobry, zagnieciony bez drożdży, wyrośnięty dzięki fermentującemu ciastu i upieczony w piecu Partridge’a na dworze. Podwórko Partridge’a pachniało przypaloną mąką kukurydzianą, ściętą trawą i parującym chlebem.

Sosyska, chleb, wino, gadanina Partridge’a. Za ich sprawą stracił okazję na pracę pozwalającą przyssać się do jędrnej biurokratycznej piersi. Ojciec, który własnymi siłami osiągnął niebotyczną pozycję kierownika działu warzyw w sieci supermarketów, wygłosił kiedyś kazanie ilustrowane swoimi doświadczeniami: „Gdy tu przybyłem, woziłem piach taczką u kamieniarza”. I tak dalej. Był miłośnikiem biznesowych misteriów: ludzi podpisujących dokumenty i zasłaniających podpis lewą dłonią, spotkań za matowymi szybami, aktówek z szyfrowym zamkiem.

Ale Partridge, z oliwą ściekającą z brody, powiedział: „Apierdol to”. Pokroił fioletowego pomidora. Zmienił temat rozmowy na miejsca, które odwiedził: Strabane, South Amboy, Clark Fork. W Clark Fork grał w bilard z facetem ze skrzywioną przegrodą. W rękawiczkach z kangura. Quoyle siedział na drewnianym ogrodowym fotelu, słuchał i zasłaniał dłonią podbródek. Na biurowym garniturze miał plamę oliwy z oliwek, pestkę pomidora na krawacie w romby.

Quoyle poznał Partridge’a w samoobsługowej pralni w Mockingburgu w stanie Nowy Jork. Garbił się nad gazetą, zakreślając ogłoszenia „Dam pracę”, a w bębnie wirowały koszule XXXL. Partridge zagaił, że brakuje pracy. Owszem, odpowiedział Quoyle, brakuje. Partridge zawyrokował, że to przez tę suszę, Quoyle kiwnął głową. Partridge zmienił temat na likwidację przetwórni kiszonek. Quoyle szarpał się z koszulami w bębnie: wypadły na podłogę wraz z deszczem gorących od suszenia monet i długopisów. Na koszulach były plamy z atramentu.

– Do wyrzucenia– ocenił Quoyle.

– Skądże– odrzekł Partridge.– Natrzyj plamy rozgrzaną solą i talkiem. Potem znów je wypierz, dodając naparstek wybielacza.

Quoyle obiecał, że spróbuje. Drżał mu głos. Partridge był zdumiony, widząc, jak bezbarwne oczy tego wielkiego mężczyzny napełniają się łzami. Bo Quoyle poniósł porażkę w życiu w samotności, brakowało mu towarzystwa, pewności, że jego obecność sprawia przyjemność innym.

Suszarki zgrzytnęły.

– Hej, odwiedź mnie któregoś wieczoru– zaproponował Partridge, zapisując pochyłym pismem swój adres i numer z tyłu pogniecionego paragonu. Też nie miał zbyt wielu przyjaciół.

Następnego wieczoru Quoyle wybrał się w odwiedziny z naręczem papierowych toreb. Fronton domu Partridge’a, pusta ulica zalana bursztynowym światłem. Pozłocona godzina. W torbach paczka importowanych szwedzkich herbatników, butelki czerwonego, różowego i białego wina, owinięte folią trójkąty zagranicznych serów. Po drugiej stronie drzwi Partridge’a namiętna, brzękliwa muzyka przeszywająca Quoyle’a dreszczem.

Przez pewien czas byli przyjaciółmi: Quoyle, Partridge i Mercalia. Różnili się: czarny, nieduży Partridge, niestrudzony wędrowiec po zboczach życia, potrafiący gadać przez całą noc, Mercalia, druga żona Partridge’a koloru brązowego piórka na ciemnej wodzie, o ciętym dowcipie, i Quoyle, potężny, biały, zmierzający niepewnym krokiem donikąd.

Partridge umiał przewidywać przyszłość, pstrykał szybkie fotki nadchodzących wydarzeń, jakby spinało mu się na krótko poluzowane oprzyrządowanie mózgu. Był w czepku urodzony: mając trzy lata, widział piorun kulisty spadający po przeciwpożarowych schodach; w nocy przed użądleniem szwagra przez szerszenie śniły mu się ogórki. Był pewny, że mu się poszczęści. Umiał puszczać idealne kółka z dymu. Cedrowe jemiołuszki zawsze zatrzymywały się w jego ogrodzie w drodze na zimowiska.

Teraz, na podwórku za domem, widząc Quoyle’a przypominającego psa w biurowym garniturze na humorystycznej pocztówce, o czymś sobie przypomniał.

– Ed Punch, wydawca gazety, w której pracuję, rozgląda się za jakimś niezbyt wymagającym reporterem. Lato minęło i szczury z college’ów wróciły do nor. Ta gazeta to szmata, ale zahacz się na kilka miesięcy i rozejrzyj za czymś lepszym. Może ci się spodoba, niech mnie cholera, praca reportera!

Quoyle kiwnął głową, zasłaniając podbródek. Jeśli Partridge proponuje mu skok z mostu, wyjrzy przynajmniej przez poręcz. Dobra przyjacielska rada.

– Mercalia! Chodź do nas! Mam dla ciebie piętkę, mój skarbie. Pyszności!

Mercalia zakręciła pióro. Miała już dosyć pisaniny o młodych geniuszach, którzy obgryzali paznokcie, kręcili się na obrotowych fotelach, szastając niewiarygodnymi kwotami, i wzniecali tumany kurzu, tupiąc po perskich dywanach.

Ed Punch podczas mówienia robił dzióbek. Mówiąc, przyglądał się badawczo Quoyle’owi i zauważył tandetną tweedową marynarkę wielkości końskiej derki oraz opiłowane szlifierką, jak się wydawało, paznokcie. Wyczuwał wQuoyle’uuległość i przypuszczał, że da się go rozsmarować jak niezbyt mocno schłodzone masło.

Spojrzenie Quoyle’a powędrowało natomiast ku wiszącej na ścianie rycinie z plamami wilgoci. Ujrzał ziarniste oblicze, oczy jak szklane paciorki oraz kępkę włosów wystającą zza kołnierzyka koszuli i spływającą kaskadą ponad wykrochmalonym brzegiem. Czy to dziad Puncha w tej poszczerbionej ramie? Zastanawiał się nad przodkami.

– To rodzinna gazeta. Drukujemy optymistyczne wiadomości z naszego lokalnego punktu widzenia.– „The Mockingburg Record” specjalizowała się w anegdotycznej publicystyce podlizującej się miejscowym biznesmenom oraz sylwetkach przedstawicieli szerszych warstw ludności; ten cienki sos podlewano zagadkami i konkursami, przedrukami felietonów z wielkich gazet, reportażami i rysunkami satyrycznymi. I zawsze pojawiał się quiz: „Czy alkoholizujesz się już od śniadania?”.

Punch westchnął, udając, że podejmuje ważką decyzję.

– Dam cię do działu miejskiego, pomożesz Alowi Catalogowi. Wprowadzi cię. Przydzieli ci zadania.

Pensja była żałosna, ale Quoyle o tym nie wiedział.

Al Catalog, gęba jak nieogolona bułka, zgrabne usta, przejechał paznokciem po liście z zadaniami do przydziału. Odwrócił szybko wzrok od żuchwy Quoyle’a, wiedział już wszystko.

– OK, zaczniesz od posiedzenia komisji planowania. W podstawówce. Dziś wieczorem. Posiedzisz sobie na niskim krzesełeczku. Zapiszesz wszystko, co usłyszysz, a potem przepiszesz na maszynie. Pińcet znaków maks. Zabierz dyktafon, jak chcesz. Rano dasz mi artykuł. Pokażesz mi go przed zaniesieniem do sekretarza redakcji, na biurko tego czarnego sukinsyna. – Czarnym sukinsynem był Partridge.

Quoyle z tyłu sali na posiedzeniu, pisze w notatniku. Poszedł do domu, przepisał wszystko na maszynie, apotem przepisywał na nowo przez całą noc, siedząc przy kuchennym stole. Rano, z podkrążonymi oczami, rozdygotany od kawy, poszedł do redakcji. Czekał na Ala Cataloga.

Ed Punch zawsze przychodził do pracy jako pierwszy i wślizgiwał się do gabinetu niczym węgorz pod kamień. Zaczynał się poranny korowód. Gość z działu reportażu machał torebką kokosowych pączków z dziurką; wysoka Chinka z polakierowanymi włosami; straszy pan od prenumeraty z rękami grubymi jak cumy; dwie panie od layoutu; redaktor graficzny, wczorajsza koszula z plamami pod pachą. Quoyle przy biurku szczypie się w brodę z opuszczoną głową, udaje, że poprawia artykuł. Wyszło mu jedenaście stron.

O dziesiątej Partridge. Czerwone szelki na popelinowej koszuli. Kiwnął głową i powędrował przez redakcję, zajrzał do kanciapy Puncha, puścił oko do Quoyle’a i rozsiadł się przed terminalem redakcyjnego sekretarza.

Partridge znał się na wszystkim, wiedział, że mokre liny wytrzymują większe obciążenie, a jajko na twardo kręci się lepiej od surowego. Z przymkniętymi oczyma i odrzuconą do tyłu w lekkim transie głową recytował baseballowe statystyki, tak jak starożytni deklamowali Iliadę. Przeobrażał banalną prozę, zeskrobując pleśń z naśladowców Jimmy’ego Breslina.

– Gdzie się podziali niegdysiejsi reporterzy!– sarkał.– Te obgryzające paznokcie, zgryźliwe, chlejące do świtu sukinsyny, które naprawdę umiały pisać!

Quoyle zaniósł mu swój artykuł.

– Ala jeszcze nie ma– mruknął, układając równo kartki– więc pomyślałem, że ci to przyniosę.

Przyjaciel nie powitał go uśmiechem. Był w pracy. Czytał przez kilka sekund, uniósł głowę ku jarzeniówce.

– Gdyby była tu Edna, wrzuciłaby to do niszczarki. Gdyby zobaczył to Al, kazałby Punchowi cię zwolnić. Siadaj, proszę. Pokażę ci, co schrzaniłeś. Reportera, jak powiadają, da się ulepić ze wszystkiego. Możesz być sztandarowym przykładem.

Było tak, jak się spodziewał Quoyle.

– Ale masz lida!– zawołał Partridge.– Chryste!– I przeczytał na głos zprzeraźliwym zaśpiewem:

Wdniu wczorajszym Komisja Planowania Pine Eye przegłosowała większością głosów wniesienie poprawki do wcześniejszych zaleceń w sprawie zmian w miejskim kodeksie strefowym, która zwiększy do siedmiu akrów minimalną wielkość działki budowlanej na wszystkich obszarach z wyjątkiem śródmieścia.

– To dziennikarski beton. Za długie. Stanowczo za długie. Pogmatwane. Nie wzbudzi niczyjego zainteresowania. Brakuje czyjejś wypowiedzi. Nudy.– Ołówek Partridge’a błądził pośród zdań Quoyle’a, mieszając i zmieniając.– Krótkie słowa. Krótkie zdania. Potnij to. Spójrz na to i na to. Tu na dole masz własne ujęcie. To są wiadomości! Daj to wyżej.

Przestawiał słowa. Quoyle pochylił się bliżej, gapił, wiercił się, niczego nie rozumiejąc.

– OK, spróbuj tak:

Zasiadająca w Komisji Planowania Pine Eye Janice Foxley podała się do dymisji podczas burzliwego posiedzenia we wtorkowy wieczór. „Nie mam zamiaru przyglądać się bezczynnie, jak wpuszcza się w kanał uboższych mieszkańców miasta”, powiedziała.

Kilka minut przed dymisją Foxley komisja przyjęła głosami dziewięć do jednego nowe rozporządzenie w sprawie miejskich stref. Rozporządzenie to ogranicza minimalną wielkość działek budowlanych do siedmiu akrów.

– Niezbyt to chwytliwe, niezbyt stylowe i wciąż za długie – oznajmił Partridge – ale podąża we właściwym kierunku. Kapujesz? Kumasz, co jest wiadomością? Co powinieneś mieć w lidzie? Dobra, przerób to jeszcze trochę. Zadbaj o żywsze ujęcie.

Entuzjazm Partridge’a nigdy nie udzielił się Quoyle’owi. Po sześciu miesiącach pracy przy biurku sekretarza redakcji Quoyle nadal nie rozpoznawał newsów i nie umiał wyławiać z nich szczegółów. Obawiał się większości czasowników, z wyjątkiem dwunastu czy piętnastu. Miał też fatalne zamiłowanie do niepotrzebnej strony biernej. „Mówi się, iż gubernator Murchie został podarowany bukietem przez pierwszoklasistkę Kimberley Plud”– napisał jednego razu, aEdna, zrzędliwa maszynistka, wstała zza biurka i ryknęła na niego:

– Ty bezmózgi kretynie! „Mówi się” w rozmównicy! I jak, do cholery, można „podarować gubernatora”?

Quoyle, kolejny przykład półanalfabety praktykującego w dzisiejszych czasach dziennikarstwo. Pod ścianę z nimi i rozstrzelać!

Siadywał na przeróżnych zebraniach i pilnie gryzmolił w notesach. Miał wrażenie, iż stał się częścią czegoś ważnego. Ryki Edny, docinki Partridge’a wcale go nie raniły. Dorastał w towarzystwie brutalnego brata pod nieustająco krytycznym ojcowskim okiem. Czuł przyjemny dreszcz, widując w stopce swoje nazwisko. Nieregularne godziny pracy pozwalały mu wyobrażać sobie, iż jest panem własnego czasu. Wracając do domu po debacie na temat sformułowania drobnego municypalnego przepisu w sprawie recyklingu butelek, czuł się rozgrywającym na boisku władzy. Zwykłe życiowe wydarzenia stawały się prasowymi nagłówkami: „Mężczyzna Przechodzi Przez Parking Spokojnym Krokiem”, „Kobiety Plotkują O Deszczu”, „WPustym Pokoju Dzwoni Telefon”.

Partridge wytrwale nad nim pracował.

– Wiadomością, Quoyle, jest także to, co się nie wydarzyło.

– Rozumiem.– Nic nie rozumiał. Ręce w kieszeniach.

– Ten artykuł o zebraniu departamentu pomocy społecznej przy wydziale transportu hrabstwa? Przed miesiącem byli gotowi uruchomić w czterech miastach linię minibusów, jeśli tylko dołączy do nich Bugle Hollow. Piszesz, że spotkali się wczoraj wieczorem, a potem pod sam koniec wspominasz jak o nic nieznaczącym szczególe, że Bugle Hollow nie przyłącza się jednak do tego przedsięwzięcia. Wiesz, ile starszych osób, bez samochodów, takich, których nie stać na auto czy drugie auto, takich, którzy wszędzie dojeżdżają komunikacją publiczną, czekało na przyjazd tego cholernego minibusu? Który teraz nie przyjedzie! Wiadomości, Quoyle, wiadomości! Lepiej zbierz to swoje modżo do kupy!

Po chwili, zupełnie innym tonem dodał, że w piątkowy wieczór robi rybę po grecku i paprykę z grilla, i czy Quoyle wpadnie?

Wpadł, ale zastanawiał się głęboko, co to jest to „modżo”.

Pod koniec wiosny Ed Punch wezwał Quoyle’a do gabinetu i oznajmił, że jest zwolniony. Obrócił pobrużdżoną twarz w stronę ucha Quoyle’a.

– To coś takiego jak urlop bezpłatny. Jeśli później się nam polepszy…

Quoyle znalazł pracę na pół etatu jako taksówkarz.

Partridge wiedział, dlaczego go zwolniono. Namówił Quoyle’a do włożenia wielkiego fartucha, dał mu do ręki łyżkę i słoik.

– Jego dzieciaki wracają do domu z college’u. Dostaną twoją robotę. Nie ma się co mazać. Tak jest, natrzyj musztardą mięso, niech się wchłonie.

W sierpniu, podczas cięcia koperku do rosyjskiego gulaszu wołowego z ogórkami, Partridge oznajmił:

– Punch chce, żebyś wrócił. Mówi, że jak cię to interesuje, masz przyjść w poniedziałek rano.

Punch odgrywał ociąganie. Dał wyraźnie do zrozumienia Quoyle’owi, że powtórne przyjęcie do pracy jest aktem łaski. Tymczasowym.

Punch dostrzegł wszakże, iż Quoyle, który sam niewiele mówił, zachęcał ludzi do mówienia. Była to jego jedyna umiejętność w życiowej grze. Pełna skupienia postawa, pochlebne skinienia wzbudzały potoki spostrzeżeń, reminiscencji, wspomnień, teoretycznych dywagacji, szacunków, wyjaśnień, streszczeń i szczegółowych tłumaczeń, dojąc z nieznajomych życiowe doświadczenia.

Itak to się toczyło. Zwolnienie, praca w myjni, powtórne zatrudnienie.

Zwolnienie, jazda na taksówce, powtórne zatrudnienie.

Chodził w tę i z powrotem, po hrabstwie i wokół hrabstwa, słuchając awanturników od gospodarki odpadami, z komisji drogowej i tłukąc na maszynie artykuły o budżecie naprawy mostów. Drobne decyzje samorządu urastały w jego oczach do najgłębszych tajników życia. Uprawiając zawód, który kształcił praktyków w plugawości ludzkiej natury, który ukazywał skorodowany metal cywilizacji, Quoyle stworzył sobie prywatną iluzję uporządkowanego postępu. W atmosferze rozpadu i dymiącej zewsząd zawiści, imaginował sobie racjonalny kompromis.

Quoyle z Partridge’em jedli akurat gotowanego pstrąga i krewetki w czosnku. Mercalii nie było. Quoyle przerzucał sałatkę z fenkułu włoskiego. Pochylał się, żeby podnieść upadłą krewetkę, gdy Partridge zastukał nożem w butelkę z winem.

– Ogłoszenia! O Mercalii i o mnie.

Quoyle wyszczerzył zęby. Spodziewał się, że będą mieli dziecko. Widział się już w roli chrzestnego.

– Przenosimy się do Kalifornii. Wyjeżdżamy w piątek wieczorem.

– Co? – spytał Quoyle.

– Dlaczego jedziemy? Ze względu na surowce – odrzekł Partridge. – Wino, dojrzałe tomatillos, awokado. – Nalał fumé blanc, a potem powiedział Quoyle’owi, że prawdziwym powodem jest miłość, a nie warzywa.

– Wszystko, co się liczy, dzieje się za sprawą miłości, Quoyle. To ona napędza życie.

Mercalia rzuciła rozprawę doktorską, powiedział, i została fizyczną. Podróże, kowbojki, pieniądze, westchnięcia pneumatycznych hamulców, cztery głośniki w kabinie i Uptown String Quartet z kasety. Zapisała się do szkoły dla kierowców dalekobieżnych ciężarówek. Dostała dyplom z wyróżnieniem. I pracę w Overland Express z Sausalito.

– Jest pierwszą w Ameryce czarną kobietą za kierownicą ciężarówki– dodał Partridge, mrugając oczami, żeby ukryć łzy.– Znaleźliśmy już mieszkanie. Za trzecim podejściem Mercalii.

Wkuchni są balkonowe drzwi, ciężka bambusowa markiza na podwórku. Zielnik wielkości dywanika do modlitwy. Na którym będzie klęczał.

– Dostała trasę do Nowego Orleanu. Aja jadę do Kalifornii. Będę jej robił kanapki z wędzoną kaczką, zimne piersi kurczaka z estragonem, dla niej w trasę, żeby nie jadała w przydrożnych barach. Nie chcę, żeby w ogóle do nich wchodziła. Będę hodował estragon. Znajdę pracę. Wszędzie brakuje sekretarzy redakcji. Dostanę robotę gdziekolwiek.

Quoyle chciał mu pogratulować, askończyło się na tym, że potrząsał dłonią Partridge’a i nie mógł przestać.

– Słuchaj, zbierz się i odwiedź nas kiedyś – zaproponował Partridge. – Pozostańmy w kontakcie. – I ciągle trzymali się za ręce, pompując nimi i pompując, jakby czerpali wodę ze studni głębinowej.

Quoyle został w błotnistym Mockingburgu. Mieście przeżywającym trzeci zgon. Wyrwanym przypadkowo przed dwustu laty zlasu i z rąk leśnych plemion z przeznaczeniem na farmy, apotem na przemysł maszynowy i oponiarski. Długa recesja wyludniła śródmieście, pozabijała galerie handlowe. Fabryki pod młotek. Uliczne slumsy, młodzież z bronią w kieszeniach, puste polityczne zaklęcia, obolałe usta i niezrealizowane pomysły. Kto wie, dokąd pojechali stąd ludzie? Może do Kalifornii.

Quoyle kupował produkty spożywcze w A&B Grocery, benzynę w D&G Convenience, prowadził samochód do R&R Garage, gdy chciał wymienić pompę albo paski klinowe. Pisał artykuły i mieszkał w wynajmowanej przyczepie, oglądając telewizję. Czasem śnił o miłości. Niby dlaczego nie? To wolny kraj. Gdy Ed Punch go zwalniał, wpadał w ciąg jedzenia wiśniowych lodów i ravioli z puszki.

Oderwał swoje życie od czasów, w których przyszło mu żyć. Uważał się za reportera, ale nie czytał żadnych gazet poza „The Mockingburg Record”, przez co udało mu się nie słyszeć o terroryzmie, zmianach klimatu, upadających rządach, katastrofach ekologicznych, zarazach, recesji i upadających bankach, pływających po morzach odpadach i dziurze ozonowej. Wulkany, trzęsienia ziemi i huragany, religijni oszuści, wadliwe pojazdy i naukowi szarlatani, masowi mordercy i seryjni zabójcy, wzrost zachorowań na raka, AIDS, wylesienie i wybuchające samoloty były mu tak samo obce, jak plecionki wędkarskie, kaniony czy ślubne podwiązki z rozetką. Naukowe czasopisma wypluwały doniesienia o zmutowanych wirusach, maszynach pompujących życie w niemal zmarłych, o odkryciu, że galaktyki szybują apokaliptycznie ku niewidzialnemu Wielkiemu Atraktorowi niczym muchy ku ssawce odkurzacza. Tym wszystkim żyli inni. Jego życie jeszcze się nie zaczęło.

Nabrał zwyczaju chodzenia wokół przyczepy i powtarzania głośno „kto wie?”.

– Kto wie? – mawiał.

Bo nikt nie wiedział. Chodziło mu o to, że wszystko mogło się wydarzyć.

Kręcąca się na krawędzi moneta może upaść w jedną albo drugą stronę.

2

Węzeł kochanków

W dawnych czasach zakochany żeglarz mógł wysłać wybrance kawałek rybackiej linki splecionej węzłem kochanków. Jeśli wybranka odesłała nienaruszony węzeł, związek był stabilny. Jeśli odesłała mocno zaciągnięty węzeł, odwzajemniała namiętność. Jeśli wszakże wywróciła węzeł na nice, doradzała bez słów, aby puścić się na morze.

Clifford W. Ashley

Księga węzłów

I wtedy, na jakimś spotkaniu, Petal Bear. Szczupła, wilgna, pasjonująca. Puściła do niego oko. Quoyle, jak każdy duży mężczyzna, miał słabość do drobnych kobiet. Stanął obok niej przy stole z przekąskami. Szare, blisko siebie osadzone oczy, kręcone włosy barwy dębu. W jarzeniowym świetle wydawała się blada jak wosk. Powieki lśniły jej jakimś mrocznym smarowidłem. Metaliczna nić w różowym sweterku. Jej słabe rozbłyski migoczą na wilgotnych od cydru wargach. Dłoń podskoczyła mu do podbródka. Wybrała ciasteczko z oczami z lukru i ustami z migdała. Zerknęła na niego, wygryzając w nim sierp księżyca. Niewidzialna dłoń wiązała supły ikluczki z wnętrzności Quoyle’a. Burczenie spod koszuli.

– Oczym myślisz?– zapytała. Mówiła szybko. Powiedziała to, co mówiła zawsze:– Chcesz się ze mną ożenić, prawda? Przyznaj, że masz na to ochotę.– Czekała na ciętą ripostę.

Mówiąc, zmieniła się w jakiś prowokacyjny sposób, nagle ociekała seksem niczym pływak wyskakujący z basenu spowity przez ułamek sekundy błyszczącą, chromowaną bańką wody.

– Tak– odpowiedział z przekonaniem. Pomyślała, że żartuje. Roześmiała się, wbiła ostre paznokcie we wnętrze dłoni Quoyle’a. Spojrzała w skupieniu w jego oczy, niczym optyk szukający plamki. Jakaś kobieta skrzywiła się na ich widok.

– Chodźmy stąd – szepnęła. – Chodźmy gdzieś na drinka. Jest dopiero dwadzieścia pięć po siódmej. Przypuszczam, że przelecę cię do dziesiątej, co ty na to?

Później oznajmiła:

– Mój Boże, największy, jakiego widziałam.

Petal ogrzała Quoyle’a tak, jak gorące wargi rozgrzewają zimną łyżeczkę. Wykaraskał się z wynajmowanej przyczepy, z pobojowiska niewypranych ubrań i pustych puszek po ravioli ku bolesnej miłości, z sercem pokrytym na zawsze bliznami po igłach, które wykłuły imię Petal Bear.

Przydarzył mu się miesiąc płomiennego szczęścia. A potem sześć pokręconych lat cierpienia.

Petal Bear znała smak tęsknoty, choć po ślubie nie tęskniła już za Quoyle’em. Pożądanie zamieniło się we wstręt, jak wywrócona na nice gumowa rękawiczka. W innych czasach, innej płci, byłaby Czyngis-chanem. Pragnęła płonących miast, zduszonego jęku brańców, koni zasapanych od ścigania uciekających nieustannie granic nowych terytoriów, a dostawała zaledwie nędzne seksualne podboje. I tak to leci, mawiała do siebie. Kij ci w oko, mawiała.

Za dnia sprzedawała alarmy przeciwwłamaniowe w Northern Security, a nocami stawała się kobietą, której nie dało się wyciągnąć z sypialni obcych mężczyzn, która odbywała stosunki płciowe zarówno w śmierdzących kiblach, jak i schowkach na szczotki. Chodziła wszędzie z obcymi typami. Latała do nocnych klubów w odległych miastach. Nakręciła pornograficzne wideo, w którym występowała w masce z torby po chipsach ziemniaczanych. Ostrzyła kredkę do oczu kuchennym nożem, aQuoyle zastanawiał się, dlaczego ser w kanapce ma zielone smugi.

Nie czuła wstrętu do podbródka Quoyle’a, ale do jego żenującej niepewności, jakby oczekującej na jej gniew, proszącej się o to, żeby cierpieć. Nie znosiła jego spoconych pleców, cielska we wspólnym łóżku. Ta część Quoyle’a, która wzbudzała jej podziw, była osadzona w całej jego reszcie. W morsie sapiącym na sąsiedniej poduszce. Ona natomiast pozostawała nierozwiązanym równaniem, budzącym zaciekawienie wielu matematyków.

– Wybacz – mamrotał z włochatą nogą na jej udzie. Proszące palce wspinały się po jej ramieniu w ciemności. Wzdrygnęła się, odepchnęła jego dłoń.

– Nie rób tego!

Nie mówiła „tłuściochu”, ale słyszał to w jej głosie. Nie znosiła w nim wszystkiego. Chciała, żeby umarł. Nic nie mogła na to poradzić, tak jak on nic nie mógł poradzić na swą bezrozumną miłość.

Quoyle nie odzywał się, czuł zaciskające się na ciele liny, jakby ściągane zapadkową wciągarką. Na co w zasadzie liczył, żeniąc się z nią? Nie na dyskontowe życie rodziców, ale coś zbliżonego do podwórka Partridge’a: przyjaciół, dym z grilla, czułość i jej niemy język. Ale tak się nie stało. Czuł się jak drzewo, na którym zaszczepiono ciernistą gałąź, napinającą się przy każdym podmuchu wiatru, smagającą poranioną korę.

Tylko udawał, że coś ma.

Cztery dni po narodzinach Bunny zjawiła się opiekunka, żeby przysypiać przed telewizorem – pani Moosup o ramionach tak grubych, że nie mieściły się w żadne rękawy – a Petal wyciągnęła sukienkę ukrywającą rozstępy na obwisłym brzuchu i broczące pokarmem piersi, po czym wyszła, żeby się rozejrzeć. Nadać pewien ton. A przez całą ciążę z Sunshine następnego roku dąsała się, aż ten alien opuścił jej ciało.

Spokojne wody Quoyle’a zmącił zamęt. Bo to on woził wszędzie dzieci, czasem zabierał je na posiedzenia – Sunshine w nosidełku na plecach, Bunny z kciukiem w buzi, wiszącą u nogawki spodni. Samochód zaśmiecony gazetami, maleńkimi rękawiczkami, rozdartymi kopertami, gryzaczkami. Na tylnym siedzeniu skorupa pasty do zębów z nadepniętej tubki. Puszki po napojach wytaczały się spod foteli i wtaczały pod nie na powrót.

Quoyle wracał do wynajętego domu wieczorami. Petal bywała w nim rzadko; najczęściej spotykał panią Moosup robiącą nadgodziny w transie elektronicznych kolorów i symulowanego życia, palącą papierosy, niezastanawiającą się nad niczym. Na podłodze wokół niej walały się bezwłose lalki. Brudne talerze piętrzyły się w zlewie, bo pani Moosup oznajmiła, iż nigdy nie była gosposią i nigdy nie będzie.

Do łazienki przez plątaninę ręczników i kabli, do dziecięcego pokoju, gdzie opuszczał rolety, żeby nie świeciła dzieciom uliczna lampa i gdzie otulał je kołderkami na noc. Dwa łóżeczka stojące obok siebie jak klatki dla ptaszków. Quoyle, ziewając, mył parę statków, żeby nie wypadły ze zlewu i wreszcie kładł się w szarej pościeli i zasypiał. Ale sprzątał w domu potajemnie, bo Petal wściekała się, gdy przyłapała go z mopem albo na ścieraniu kurzów, jakby tym samym o coś ją oskarżał. Albo o coś innego.

Kiedyś zadzwoniła do Quoyle’a z Montgomery w Alabamie.

– Jestem tu w Alabamie i nikt, nawet barman, nie wie, jak się przyrządza Alabamskiego Mamra. – Quoyle słyszał w słuchawce rozgwar i śmiech w barze. – Więc słuchaj, idź do kuchni i zajrzyj na lodówkę, powinien tam leżeć egzemplarz Mr. Boston. Tutaj mają tylko stare wydanie. Sprawdź dla mnie Alabamski Mamer. Zaczekam.

– Może wróciłabyś do domu? – poprosił rozżalonym głosem. – Przygotuję ci mamer.

Nie odpowiedziała. Cisza przeciągała się, więc w końcu poszedł po książkę i przeczytał przepis na koktajl, aprzez głowę przemykały mu niczym spłoszone ptaki wspomnienia o krótkim miesiącu miłości, gdy leżała w jego ramionach, gdy parzył go jedwab jej halki.

– Dzięki– powiedziała i rozłączyła się.

Zdarzały się też krwawe epizodziki. Czasem udawała, że nie poznaje dzieci.

– Co ten bachor robi w łazience? Szłam wziąć prysznic i jakiś dzieciak siedzi na nocniku! Co to w ogóle za smarkula?– Telewizor trząsł się od śmiechów.

– To Bunny– odpowiadał Quoyle.– Nasza córeczka Bunny.

Zmuszał się do uśmiechu, żeby pokazać jej, iż domyśla się, że żartuje. Lubił się pośmiać. Lubił.

– Mój Boże, zupełnie jej nie poznałam. Bunny, czy to naprawdę ty?– ryknęła w kierunku łazienki.

– Tak.– Wojowniczy głos.

– Jest jeszcze jedna, co nie? No dobra, wypadam stąd. Nie szukaj mnie aż do poniedziałku albo do kiedykolwiek.

Było mu przykro, że kocha ją tak rozpaczliwie, ale kochał.

– Słuchaj, to nic nie da– mówiła.– Znajdź sobie dziewczynę, wokół jest pełno kobiet.

– Chcę tylko ciebie– płakał. Żałośnie. Błagalnie. Liżąc mankiet.

– Jedyne, co nam się uda, to rozwód– oznajmiła Petal.

Ciągnął ją pod siebie. Przewracała go.

– Nie– jęknął.– Tylko nie rozwód.

– To twój pogrzeb– wrzasnęła. Srebrzyste źrenice w niedzielnym świetle. Zielony jak bluszcz materiał płaszczyka.

Pewnej nocy rozwiązywał w łóżku krzyżówkę, usłyszał, jak wchodzi, usłyszał rynsztokowe głosy. Otworzyły się i zamknęły drzwi lodówki, stuknęło szkło butelki z wódką, dźwięk z telewizora, apo chwili pisk, pisk, pisk składanego łóżka w salonie i ryk obcego. Zbroja obojętności, w której chronił to małżeństwo, była krucha. Słyszał, jak za tamtym zamykały się drzwi, słyszał odjeżdżający samochód, ale nie wstał i dalej leżał na plecach, gazeta szeleściła przy każdym jego oddechu, łzy spływały mu z oczu. Jak to możliwe, że coś, co robili w innym pokoju zupełnie inni ludzie boli tak okrutnie? Człowiek Umiera, Gdy Pęka Mu Serce. Opuścił dłoń do puszki z fistaszkami, stojącej na podłodze przy łóżku.

Rano piorunowała go wzrokiem, ale nic nie powiedział, kręcił się niezdarnie po kuchni z dzbankiem soku. Usiadł przy stole, kubek drżał mu w dłoni. W kącikach ust miał białą sól z orzeszków. Krzesło, na którym siedział, skrzypiało. Czuł zapach jej mokrych włosów. Znów zalał się łzami. Tarza się z rozpaczy, pomyślała. Co za oczy!

– Och, dorośnij, na rany Chrystusa – powiedziała. Zostawiła kubek z kawą na stole. Trzasnęły drzwi.

Quoyle uważał, że cierpi się w milczeniu, nie miał pojęcia, że to prowokuje.

Starał się uśmierzyć uczucia, dobrze zachowywać. Sprawdzian miłości. Im bardziej dojmujący ból, tym większa miłość. Jeśli przetrwa to teraz, jeśli to zniesie, wszystko skończy się dobrze. Na pewno skończy się dobrze.

Ale okoliczności zamknęły go jak sześć ścian metalowej skrzyni.

3

Węzeł zaciskowy

Węzeł zaciskowy mocno trzyma zwój… Najpierw wiąże się go luźno, a potem dopasowuje.

Clifford W. Ashley

Księga węzłów

Nadszedł rok, kiedy takie życie gwałtownie się skończyło. Głosy biegnące po drucie, zgrzyt giętej stali, płomień.

Zaczęło się od rodziców Quoyle’a. Najpierw od ojca, uktórego zdiagnozowano raka wątroby, wysyp zdziczałych, rozprzestrzeniających się komórek. Po miesiącu do mózgu matki przyczepił się guz niczym rzep, stłaczając jej myśli po jednej stronie. Ojciec obwiniał o to stację transformatorową. Dwieście metrów od domu skwierczały druty grube jak węgorze, zwieszały się z północnych wież.

Zwozili recepty na barbiturany od mrugających lekarzy, gromadzili kapsułki. Gdy mieli już dosyć, ojciec podyktował, amatka napisała na maszynie list pożegnalny: proklamację wolnego wyboru, samowybawienia– zdania skopiowane z biuletynów Towarzystwa Godnej Śmierci. Zażądali spalenia i rozsypania popiołów.

Była wiosna. Ziemia wilgotna i pachnąca. Wiatr poruszał gałązkami, niosąc świeży zapach jak przy krzesaniu ognia krzemieniem. Podbiał w rowach; wściekłe plamki tulipanów kołyszące się w ogródkach. Siekący deszcz. Wskazówki zegara przeskakiwały ku przejrzystym wieczorom. Niebo jak karty tasowane kredowobiałą dłonią.

Ojciec wyłączył piec do grzania ciepłej wody. Mama podlała roślinki wdoniczkach. Połknęli barwne kapsułki, popijając je herbatką ziołową Cicha Noc.

Przed samym zaśnięciem ojciec zadzwonił do gazety i nagrał się na automatycznej sekretarce Quoyle’a.

– Mówi ojciec. Dzwonię do ciebie, bo Dicky nie ma u siebie telefonu. No. Czas na nas, na twoją matkę i na mnie. Postanowiliśmy odejść. Oświadczenie, zalecenia dla zakładu pogrzebowego i krematorium, i wszystko inne, leżą na stole w jadalni. Będziesz musiał sam dać sobie radę. Ja dawałem sobie radę w nieprzyjaznym świecie, odkąd tylko tu przyjechałem. Nikomu nic nie zawdzięczam. Inni by się poddali i zostali włóczęgami, aja nie. Wylewałem pot wrobocie, pchałem taczki z piaskiem u kamieniarza, obywałem się bez niczego, żebyś miał z bratem dobrze, choć nie za bardzo skorzystałeś z tej szansy. Nie miałem ciekawego życia. Skontaktuj się z Dickym i moją siostrą Agnis Hamm i powiedz im o tym wszystkim. Adres Agnis leży na stole w jadalni. Nie wiem, gdzie podziała się reszta. Nie byli…– Buczenie. Taśma pełna.

Brat, duchowy podpsychopomp Kościoła Ucieleśnionego Magnetyzmu, miał jednak telefon, aQuoyle znał jego numer. Gdy usłyszał w słuchawce ten głos, poczuł skurcz jelit. Zapchane samogłoski nosowe, adenoidalne parsknięcia. Brat oznajmił, że nie może wziąć udziału w pogańskim pogrzebie.

– Nie wierzę w te gówniane przesądy– stwierdził.– Pogrzeby. A w KUM mamy akurat koktajl. Apoza tym, skąd wziąłeś pastora, który pomodli się za samobójców?

– Wielebny Stain należy do Towarzystwa Godnej Śmierci. Powinieneś przyjechać. Mógłbyś przynajmniej pomóc mi posprzątać piwnicę. Ojciec zostawił tam ze cztery tony starych czasopism. Słuchaj, byłem sam, jak ich wynoszono zdomu…– niemal załkał.

– Hej, tłusta dupo, acoś nam zostawili?

Quoyle wiedział, o co mu chodzi.

– Nie. Dom ma wysoką hipotekę. Wydali oszczędności. I to, moim zdaniem, było głównym powodem, dla którego zdecydowali się na ten krok. To znaczy, wiem, że chcieli godnej śmierci, ale wydali wszystkie pieniądze. Ta sieć supermarketów, w której pracował ojciec, zbankrutowała i przestali mu wypłacać emeryturę. Gdyby chcieli żyć dalej, musieliby poszukać pracy, zostać sprzedawcami w 7-Eleven czy coś. Myślałem, że mama też ma emeryturę, ale nie miała.

– Chyba żartujesz? Chyba jesteś głupszy niż myślałem. Słuchaj, rzygoworze, jak coś zostanie, przyślij mi udział. Znasz mój adres.– Rozłączył się.

Quoyle zasłonił dłonią podbródek.

Agnis Hamm, siostra ojca, też nie przyjechała na pogrzeb. Przysłała Quoyle’owi list na niebieskiej papeterii z jej nazwiskiem iadresem w nagłówku, wydrukowanym na zamawianym wysyłkowo urządzeniu.

Nie dojadę na pogrzeb. Ale zjawię się w przyszłym miesiącu, koło 12-go. Zabiorę prochy Twojego ojca, zgodnie z jego wolą, spotkam się z Tobą i Twoją rodziną. Wtedy porozmawiamy. Twoja kochająca ciotka, Agnis Hamm.

Ale zanim przyjechała ciotka, okoliczności obsadziły osieroconego Quoyle’a w nowej roli: z porzuconego i zdradzanego męża stał się wdowcem.

– Pet, muszę z tobą porozmawiać – błagał zrozpaczonym głosem.

Wiedział o jej najnowszym: bezrobotnym agencie nieruchomości, który oblepiał zderzaki swojego auta mistycznymi hieroglifami i wierzył w gazetowe horoskopy. Mieszkała z nim, wracała do domu po rzeczy co jakiś czas. Albo rzadziej. Quoyle mamrotał pocztówkowe życzenia. Odwracała się od niego, zerkając na swoje odbicie w sypialnianym lustrze.

– Nie mów na mnie „Pet”. Wystarczy, że mam głupie imię. Płatek! Mogli mi dać na imię Huta albo Dzida!

– Niedźwiedzia Huta? – Wyszczerzył zęby w uśmiechu. Albo grymasie.

– Nie staraj się być miły, Quoyle. Nie udawaj, że wszystko jest cacy. Daj mi tylko spokój. – Odwróciła się od niego z sukienkami przewieszonymi przez ramię: wieszaki wyglądały jak łebki wędzonych gęsi.– Zrozum, to był żart. Nie chciałam wychodzić za mąż za nikogo. I nie czuję się niczyją mamą. To wszystko było błędem, mówię poważnie.

Któregoś dnia zniknęła, nie pojawiła się w pracy w Northern Security. Do Quoyle’a zadzwonił kierownik. Ricky Jakiśtam.

– Ta, trochę się martwię. Petal, jak mówisz, „nie wybywa”, nie informując mnie o tym.– Z tonu Ricky’ego Quoyle domyślił się, że Petal z nim spała. Robiła mu głupią nadzieję.

Kilka dni po tej rozmowie Ed Punch, przechodząc obok biurka Quoyle’a, wskazał podbródkiem swój gabinet. Zawsze było tak samo.

– Musisz odejść– oznajmił, błyskając żółtymi białkami i oblizując się.

Oczy Quoyle’a powędrowały ku rycinie na ścianie. W końcu udało mu się odczytać podpis pod włochatą szyją: Horace Greeley.

– Kryzys w gospodarce. Nie wiem, jak długo jeszcze utrzyma się gazeta. Cięcia. Obawiam się, że tym razem nie będę mógł przyjąć cię z powrotem.

O szóstej trzydzieści otworzył kuchenne drzwi. Pani Moosup siedziała przy stole i pisała coś z tyłu koperty. Cętkowane ramiona grubości zmarzniętych ud.

– A, jest! – zawołała. – Miałam nadzieję, że przyjdzie, żebym nie musiała wszystkiego pisać. Drętwieje mi od tego ręka. Idę dziś na akupunkturę. Pomaga, naprawdę. Ale do rzeczy: pani Bear mówi, że ma mi zapłacić. Wisi mi za siedem tygodni, co daje czy tysionczki iosimdziesiąt dolarów. By było dobrze, jakby od razu dał mi czek. Mam rachunki do popłacenia jak każden jeden.

– Dzwoniła?– zapytał Quoyle.– Mówiła, kiedy wróci? Szef jej szuka.– W głębi domu grał telewizor. Falujące marakasy, chichoczące nerwowo bongosy.

– Nie dzwoniła. Wpadła tu jakieś dwie godziny temu nazad, zabrała wszystkie rzeczy, przekazała, co mam mu powiedzieć, zabrała dzieci i odjechała z tym gościem w czerwonym geo. Wie, o kogo chodzi? Z tym, no. Powiedziała, że się przenosi znim na Florydę, powiedziała, że przyśle mu jakieś papiery. Rzuciła robotę i pojechała. Zadzwoniła do szefa i powiedziała: „Ricky, odchodzę”. Stałam o tu, jak to mówiła. Powiedziała, że ma mi wypisać czek od razu.

– Nie dam rady– odpowiedział Quoyle. Usta miał pełne, zimny hot dog.– Zabrała dzieci? Nigdy nie zabierała dzieci.– „Zbiegła Matka Porywa Potomstwo”.

– No, tak czy siak, panie Quoyle, zabrała je. Może źle usłyszałam, ale mówiła przed samym wyjściem, że zostawią dziewczynki u jakichś ludzi w Connecticut. Adziewczynki nie mogły się doczekać, aż się przejadą tym małym samochodzikiem. Sam wie, że prawie nigdzie teraz nie jeżdżą. Podobało im się. Ale powiedziała wyraźnie oczeku. Moim czeku.– Potężne ramiona znikały w kimonowych rękawach okrycia z tweedu w fioletowo-złociste cętki.

– Pani Moosup, mam na koncie w banku jakieś dwanaście dolarów. Przed godziną wylali mnie z pracy. Petal miała pani dać pieniądze. Jeśli mówi pani poważnie o trzech tysiącach osiemdziesięciu dolarach, będę musiał sprzedać całą kolekcję płyt, żeby pani dać pieniądze. Ale nie zrobię tego wcześniej niż jutro. Proszę się nie martwić, zapłacę pani.– Jadł wyschniętego hot doga. Co jeszcze?

– Ciągle powtarzała to samo– mruknęła poirytowana pani Moosup.– Więc się za bardzo nie przejmuję. Ale niefajnie pracuje się za darmo.

Quoyle kiwnął głową. Później, gdy wyszła, zadzwonił na policję stanową.

– Moja żona. Chcę odzyskać dzieci– powiedział do słuchawki, do urzędowego głosu.– Moje córki, Bunny i Sunshine Quoyle. Bunny ma sześć lat, aSunshine cztery i pół.– Były jego. Rudawe włoski, piegi jak posiekana trawa na mokrym psie. Sunshine jest małą pięknością z gęstwiną marchewkowych loków. Bunny brzydka. Ale mądra. Odziedziczyła po ojcu bezbarwne oczy i rude brwi, lewą uniesioną i krzywą od blizny po tym, jak wypadła ze sklepowego wózka. Kędzierzawe, krótko przycięte włoski. Grubokościste dziewuchy.

– Obie wyglądają jak meble zpalet– zażartowała kiedyś Petal. Dyrektorka przedszkola ujrzała w nich nieopanowane awanturnice i wyrzuciła najpierw Bunny, apotem Sunshine. Za szczypanie, popychanie, wrzaski i roszczeniową postawę. Pani Moosup widziała w nich bachory, które wyły, gdy były głodne i nie pozwalały jej oglądać telewizji.

Odkąd tylko Petal wściekła się, że jest w ciąży, odkąd walnęła torebką o podłogę niczym ścierką i rzuciła w niego szpilkami, przysięgając, że zrobi sobie aborcję, Quoyle kochał najpierw Bunny, a potem Sunshine, kochał je i bał się, że jeśli przyjdą na ten świat, będą żyć wraz z nim na kredyt i któregoś dnia wbiją mu szpilę prosto w serce, bo wydarzy się coś strasznego. Nigdy nie przypuszczał, że szpilą będzie Petal. Choć doświadczył od niej wszystkiego, co najgorsze.

Ciotka, w spodniumie w czarno-białą kratkę, siedziała na sofie i słuchała łkającego i szlochającego Quoyle’a. Zaparzyła herbatę w nigdy nieużywanym imbryku. Trzymała się prosto i sztywno, miała rudawe włosy z siwymi pasemkami. Z profilu wyglądała jak strzelecka tarcza. Na szyi miała płowożółty pieprzyk. Zamieszała herbatę w imbryku, nalała, dodała mleka. Jej płaszcz wiszący nad oparciem sofy przypominał kelnera prezentującego wino.

– Wypij to. Herbata jest dobra, chce się po niej żyć. Taka jest prawda.– Wjej głosie kryła się jakaś świszcząca nuta, niczym w wietrze wpadającym przez uchylone okno pędzącego samochodu. Sylwetka z kawałków jak krawiecki wykrój.

– Prawie jej nie znałem– siąknął– wiedziałem tylko, że kierują nią jakieś straszne siły. Chciała żyć na swój sposób. Powtarzała to miliony razy.

Niechlujny pokój był pełen zwierciadlanych powierzchni, które go oskarżały: imbryk, fotografie, jego obrączka, okładki czasopism, łyżeczka, ekran telewizora.

– Napij się herbaty.

– Niektórzy pewnie uważają, że była zła, ale moim zdaniem pragnęła tylko miłości. I ciągle było jej za mało. Dlatego była właśnie taka. W głębi duszy nie miała o sobie dobrego zdania. To, co robiła… dawało jej zapomnienie na pewien czas. Ja jej nie wystarczałem.

Wierzy w te brednie?, zastanawiała się ciotka. Przypuszczała, że spragniona miłości Petal była wymysłem Quoyle’a. Wystarczy spojrzeć na jej lodowate oczy, wyraźnie wyzywającą sylwetkę na fotografii; Quoyle postawił przed nią głupiutką różyczkę w wazoniku; pomyślała: oto prawdziwa suka na wysokich obcasach.

Quoyle wciągnął gwałtownie powietrze z słuchawką przy uchu, żal zalewał go jak morze rozbity kadłub. Powiedzieli, że geo zjechał z autostrady i stoczył się po zboczu porośniętym polnymi kwiatkami, po czym stanął w płomieniach. Z piersi agenta nieruchomości buchał dym, paliły się włosy Petal. Miała skręcony kark.

Wiatr rozwiewał wycinki z gazet po autostradzie: doniesienia o monstrualnym jaju w Teksasie, grzybie zpodobizną Jaschy Heifetza, rzepie wielkiej jak dynia i dyni małej jak rzodkiewka.

Policja, przeszukując nadpalone czasopisma astrologiczne oraz ubrania, znalazła portmonetkę Petal wypchaną ponad dziewięcioma tysiącami dolarów w gotówce, atakże jej kalendarz, w którym zapisała, że rano przed wypadkiem spotka się z niejakim Bruce’em Cuddem. W Bacon Falls w Connecticut. Było tam także potwierdzenie przyjęcia siedmiu tysięcy dolarów w zamian za „osobistą przysługę”. Wygląda na to, że sprzedała dzieci temu Cuddowi, zawyrokowała policja.

Quoyle mazał się w salonie, zakrywając twarz zaczerwienionymi palcami ipowiedział, że wybaczy jej wszystko, jeśli tylko dzieci wrócą bezpiecznie.

Dlaczego płaczemy z rozpaczy?, zastanawiała się ciotka. Psy, jelenie, ptaki cierpią z suchymi oczami, abywa, że w milczeniu. Głupie cierpienie zwierząt. Pewnie to technika przetrwania.

– Masz dobre serce– powiedziała.– Niektórzy przeklinaliby jej okaleczone ciało za to, że sprzedała dziewczynki.– Mleko prawie kwaśne. W cukiernicy grudki od mokrych łyżeczek po kawie.

– Nigdy nie uwierzę, że… że je sprzedała. Nigdy!– zawył Quoyle. Uderzył udami o stół. Zaskrzypiała sofa.

– Może nie. Kto wie?– pocieszała go ciotka.– Tak, masz dobre serce. Po Sianie Quoyle’u. Twoim nieszczęsnym dziadku. Nie było mi dane go poznać. Umarł, zanim się urodziłam. Ale wiele razy przyglądałam się jego fotografii, nosił na szyi wisiorek z zębem zmarłego. Żeby odegnać ból zębów. Wierzyli w takie rzeczy. Mówili, że był bardzo dobroduszny. Śmiał się i śpiewał. I pozwalał wszystkim z siebie żartować.

– Może był wiejskim głupkiem– załkał Quoyle wfiliżankę z herbatą.

– Cóż, jeśli był, nigdy o tym nie słyszałam. Mówili, że gdy tonął pod lodem, wołał: „Do zobaczenia w niebie”.

– Słyszałem tę opowieść– mruknął Quoyle, w ustach miał słoną ślinę, nos spuchnięty.– Był jeszcze dzieckiem.

– Dwunastolatkiem. Polował na foki. Umiał upolować tyle grenlandek, co każdy dorosły mężczyzna, apotem znów miał atak i wpadł pod lód. W tysiąc dziewięćset dwudziestym siódmym.

– Ojciec kiedyś onim opowiadał. Ale nie mógł mieć dwunastu lat. Ojciec nie mówił, że był dwunastolatkiem. Jeśli utopił się, mając dwanaście lat, nie mógł być moim dziadkiem.

– Ach, nie znasz Nowofundlandczyków. Miał dwanaście lat i był ojcem twojego ojca. Ale nie moim. Moją matką, atwoją babką, była siostra Siana, Addy, ajak młody Sian się utopił, zadała się z Turveyem, drugim bratem. Potem utopił się i Turvey, więc wyszła za mąż za Cokeya Hamma, mojego ojca. Mieszkali w domu na Cyplu Quoyle’a przez wiele lat, tam się urodziłam, apotem przenieśli się do Catspaw. Wyjechaliśmy w roku 1946, gdy zginął ojciec…

– Gdy się utopił– poprawił ją Quoyle. Słuchał wbrew sobie. Wydmuchiwał nos w papierową serwetkę. Którą złożył i oparł o spodek.

– Nie. Później pojechaliśmy do śmierdzącego Catspaw Harbor, gdzie tamtejsi traktowali nas jak bydło. Była tam taka dziewczynka z fioletowym liszajem nad brwią. Rzucała kamieniami. A potem popłynęliśmy do Stanów. – Zaśpiewała: – „Terra Nova w rozpaczy, odpływają rodacy”. Tylko tyle zapamiętałam…

Quoyle nie chciał się pogodzić z myślą, że jego dziad był kazirodczym, epileptycznym, mordującym foki dwunastolatkiem, ale nie miał wyboru. Tajemnice nieznanej rodziny.

Gdy wpadła policja, fotograf w poplamionych sportowych szortach szczekał coś do telefonu. Gołe córeczki Quoyle’a wypsikały płyn do mycia naczyń na kuchennej posadzce i ślizgały się jak po lodzie.

– Wszystko wskazuje na to, panie Quoyle, że nie zostały wykorzystane seksualnie – oznajmił głos w telefonie. Quoyle nie potrafił orzec, czy to głos męski czy kobiecy. – Znaleźliśmy kamerę wideo. I puste kasety z taśmą w całym mieszkaniu, ale kamera musiała się zaciąć czy coś w tym rodzaju. Gdy funkcjonariusze wkroczyli do mieszkania, dzwonił do sklepu, w którym kupił kamerę i wrzeszczał na sprzedawcę. Dzieci przebadała pediatra wyspecjalizowana w wykorzystywaniu. Twierdzi, że nie ma dowodów na to, iż zrobił im jakąkolwiek krzywdę fizyczną, poza rozebraniem dziewczynek i obcięciem im paznokci u rąk i nóg. Nie ulega wszakże wątpliwości, że miał jakieś zamiary.

Quoyle nie był w stanie się odezwać.

– Dziewczynki są pod opieką pani Bailey z pomocy społecznej – dodał nieokreślony głos. – Wie pan, gdzie mieszczą się ich biura?

Sunshine usmarowała się czekoladą, mozoląc się nad dźwignią uruchamiającą łańcuch z plastikowymi przekładniami. Bunny spała na foteliku, poruszając gałkami ocznymi pod fioletowymi powiekami. Wyniósł je do samochodu, ściskając gorąco w ramionach, pomrukując, że je kocha.

– Są bardzo podobne do Feeny i Fanny, moich młodszych sióstr – orzekła ciotka, to podnosząc, to opuszczając głowę. – Dwie krople wody. Feeny mieszka teraz w Nowej Zelandii, jest biologiem morskiej fauny i wie wszystko o rekinach. Tej wiosny złamała biodro. Z kolei Fanny jest w Arabii Saudyjskiej. Wyszła za sokolnika. Musi zakrywać twarz takim czymś czarnym. Chodźcie do mnie, dziewczynki, i uściskajcie mocno ciotkę – zwróciła się do nich.

Ale popędziły do Quoyle’a i chwyciły go mocno jak samobójca chwyta się parapetu, jak strumień elektrycznych cząstek, zamykający łuk i obwód. Pachniały nagietkowo-monardowym płynem do mycia naczyń Sierra Free. Ciotka, patrząc na nie, miała nieodgadnioną minę. Może z tęsknoty?

Quoyle znajdował się w paszczy rekina i ujrzał w niej niezłomną starszą kobietę. Swoją jedyną krewną.

– Zostań z nami– poprosił.– Nie wiem, co dalej robić.– Czekał, aż ciotka pokręci głową, powie nie, musi wracać, może zostać jeszcze tylko dwie minuty.

Ale skinęła.

– Kilka dni. Żeby doprowadzić wszystko do porządku.– Zatarła dłonie, jakby kelner postawił przed nią jakiś delikates. – Możesz spojrzeć na to tak… – dodała – …masz szansę zacząć wszystko od nowa. W nowym miejscu, z nowymi ludźmi, w nowych okolicznościach. Tabula rasa. Możesz, rozumiesz, zostać kim tylko chcesz, zaczynając od nowa. W pewnym sensie sama to robię.

Przypomniała sobie o czymś.

– Przedstawię ci Warrena, dobrze? – zapytała.– Warren czeka w samochodzie, śniąc o dniach dawnej chwały.

Quoyle wyobrażał sobie stetryczałego męża, ale Warren okazała się suką o czarnych rzęsach i zapadniętej mordzie. Warknęła, gdy ciotka otworzyła tylne drzwi.

– Nie bój się– mruknęła ciotka.– Warren już nigdy nikogo nie ugryzie. Przed dwoma laty wyrwali jej wszystkie zęby.

4

Rozbitek

Rozbitek – wyrzucony na morze lub ląd po katastrofie statku.

Słowik terminów żeglarskich

Twarz Quoyle’a barwy perły ze skazą. Siedział wciśnięty w fotel na promie płynącym ku Nowej Fundlandii, z wiatrówką pod głową, z jej wilgotnym od zagryzania rękawem.

Wilgotny zapach morza, farby, parzonej kawy. Żadnej ucieczki od szumu i trzasków w głośnikach megafonu, od ostrzału z wyświetlanego filmu. Pasażerowie śpiewają: „Jeszcze po dolarze, jeszcze po dolarze…”, kołysząc się na whiskey.

Bunny i Sunshine stały na fotelach naprzeciw Quoyle’a, patrząc przez szybę do pokoju zabaw. Fioletowe ściany z mylaru, sufit odbijający same głowy i barki niczym u bezcielesnych cherubinów na starej walentynkowej pocztówce. Dziewczynki wyciągające szyje ku bulgoczącej jak woda muzyce.

Obok Quoyle’a zwinięta robótka ciotki. Druty kłuły go w udo, ale nie przejmował się tym. Było mu niedobrze.

Ciotka miała rację. Co go czekało w Mockingburgu? Bezrobocie, wdowieństwo, osierocenie. Ale pojawiły się pieniądze z polisy Petal na wypadek niespodziewanej śmierci lub trwałego kalectwa. Trzydzieści tysięcy dla małżonka i po dziesięć tysięcy dla każdego prawowitego dziecka. Quoyle nie pamiętał o polisie, ale ciotka od razu o nią zapytała. Dziewczynki spały, aQuoyle siedział z ciotką przy kuchennym stole. Miała na sobie sutą fioletową sukienkę i piła odrobinę whiskey z filiżanki do herbaty. Quoyle sączył ovaltinę. Nasen, oznajmiła ciotka. Niebieskie tabletki nasenne. Było mu wstyd, ale połknął. Paznokcie obgryzione do krwi.

– Powinieneś– powiedziała– zacząć nowe życie w nowym miejscu, to jedyne rozwiązanie. Dla dobra dzieci i swojego. To pomogłoby wam wszystkim uporać się z tym, co się stało. Potrzeba roku, pełnych dwunastu miesięcy, żeby pogodzić się ze stratą. Toprawda. Apobyt w innym miejscu pomaga. Aczy jest na świecie odpowiedniejsze miejsce od tego, z którego pochodzi twoja rodzina? Popytaj ludzi, przyjaciół z gazety, nadstaw ucha, wywiedz się. Może znajdziesz tam pracę. Już sama podróż będzie dobrodziejstwem dla dziewczynek. Zobaczą świat. Amówiąc szczerze…– poklepała go po ramieniu pomarszczoną piegowatą dłonią– …twoje towarzystwo bardzo mi pomoże. Założę się, że stworzymy znakomity zespół.

Ciotka podparła się na łokciu. Oparła podbródek o dłoń.

– Gdy człowiek się starzeje, miejsce, z którego pochodzi, przywołuje go coraz głośniej i głośniej. Kiedy byłam młoda, przysięgałam sobie, że moja stopa już nigdy nie postanie na Nowej Fundlandii, ale od kilku lat dręczy mnie tęsknota, żeby tam wrócić. To pewnie jakiś atawizm: żeby umrzeć tam, gdzie się przyszło na świat. Więc w jakimś sensie ja też zaczynam od nowa. Mam zamiar przenieść tam swój skromny interes. Anie zaszkodzi, jeśli ty dowiesz się o pracę.

Zastanawiał się nad zadzwonieniem do Partridge’a, żeby mu opowiedzieć. Przetaczał się przez niego bezwład rozpaczy. Nie zdołał zadzwonić. Nie teraz.

Obudził się o północy, wypływając na powierzchnię fioletowego koszmaru. Petal wsiada do furgonetki piekarza. Kierowca jest odrażający, łysy, ze smarkami wiszącymi u nosa, z dłońmi pokrytymi jakąś niewypowiedzianie ohydną mazią. Quoyle widzi w tym śnie furgonetkę od zewnątrz i od środka. Widzi dłonie wpychające się coraz wyżej pod sukienkę Petal, gębę opadającą ku jej dębowym włosom, a przez cały ten czas furgonetka pędzi po drodze, kołysząc się nad krawędziami mostów bez żadnego zabezpieczenia. Quoyle jakimś cudem leci obok nich, gnany strachem. Z przeciwka zbliżają się światła. Wyciąga rękę, żeby chwycić dłoń Petal, wyciągnąć ją z furgonetki piekarza, bo wie, co się stanie (bo życzy kierowcy jak najgorzej, bo ten przeobraził się nagle w jego ojca), ale nie może jej dosięgnąć. Światła bliziuteńko. Krzyczy, że grozi jej śmierć, ale nie potrafi wydobyć głosu. Budzi się, ciągnąc za pościel.

Resztę nocy przesiedział z książką na kolanach. Przesuwał gałkami ocznymi w tę i z powrotem, czytał, ale nic nie rozumiał. Ciotka miała rację. Trzeba stąd uciec.

Zdobycie numeru Partridge’a zajęło pół godziny.

– Jasna cholera! Właśnie o tobie myślałem któregoś dnia. – Biegnący po drutach głos Partridge’a brzmiał otrzeźwiająco. – Zastanawiałem się, czy już szlag trafił starego Quoyle’a! Kiedy do nas przyjedziesz w odwiedziny? Słyszałeś, że rzuciłem gazety? Ta, rzuciłem. – Myśl o samotnej Mercalii w drodze, powiedział, zmusiła go do podjęcia nauki w szkole dla kierowców ciężarówek.

– Jeździmy teraz w zespole. Kupiliśmy dom przed dwoma laty. Planujemy kupić własny ciągnik, żeby jeździć niezależnie od nikogo. Te ciężarówki to marzenie! Podwójne kojo, mała kucheneczka. Klimatyzacja. Siedzimy wysoko nad całym ruchem, patrzymy z góry na samochody. Zarabiam trzy razy tyle, co niegdyś. W ogóle nie tęsknię za gazetami. No a co u ciebie, wciąż pracujesz u Puncha?

Opowiedzenie wszystkiego Partridge’owi zajęło mu jakieś dziesięć-jedenaście minut, począwszy od nieszczęśliwej miłości przez nocne drogowe koszmary po studiowanie z ciotką map zaścielających kuchenny stół.

– Kurwa mać, Quoyle! Miałeś niezłą jazdę. Obiad z wszystkich dań. Przynajmniej zostały ci dzieci. Dobra, coś ci powiem. Nie siedzę już w gazetach, ale mam stare kontakty. Zobaczymy, co uda mi się załatwić. Podaj mi jeszcze raz nazwy miast w okolicy.

Było tylko jedno o dziwnej nazwie Killick-Claw.

Partridge oddzwonił po dwóch dniach. Zadowolony, że znów może pomóc stanąć Quoyle’owi na nogi. Wjego oczach Quoyle przypominał wielką belę gazetowego papieru prosto z papierni. Pustą i nakrapianą skazami. Ale za tym brakiem właściwości potrafił dostrzec coś jak odbicie światła z dalekiego samochodowego dekla: migotanie wskazujące, że w życiu Quoyle’a istnieje szansa na iluminację. Szczęście? Powodzenie? Sławę i majątek? Kto wie?, myślał Partridge. Sam delektował się soczystym smakiem życia i życzył Quoyle’owi paru znośnych dań.

– Zdumiewa mnie, że wciąż umiem pociągać za przetarte sznurki. Ta, jest tam jedna gazeta. Tygodnik. I wyobraź sobie, że kogoś szukają. Zainteresowany? Dam ci nazwisko, które mi podano. Szukają kogoś do działu wiadomości portowych. Więc to chyba na wybrzeżu. Chcą kogoś, kto zna się, o ile to możliwe, na żegludze. Znasz się na żegludze, Quoyle?

– Mój dziadek polował na foki.

– Jezu. Zawsze umiesz mnie zaskoczyć. Tak czy siak, jak wyjdzie, musisz załatwić sobie pozwolenie na pracę, stały pobyt i takie tam. Negocjuj z tymi ludźmi. OK. Redaktor naczelny nazywa się Tertius Card. Masz ołówek? Podam ci numer.

Quoyle zapisał.

– No, powodzenia. Daj mi znać, jak ci idzie. I słuchaj, jak tylko będziesz chciał tutaj przyjechać, pobyć trochę ze mną i z Mercalią, przyjeżdżaj. To świetne miejsce na zarabianie pieniędzy.

Ale Quoyle’owi coraz bardziej podobała się myśl o północy. Potrzebował jakichś przeciwności.

Po miesiącu wsiedli do kombi i wyjechali. Po raz ostatni spojrzał na wynajmowany dom we wstecznym lusterku, na pustą werandę, krzew forsycji, cieliste halki sąsiadki falujące na sznurku.

I w ten sposób Quoyle iciotka z przodu, dziewczynki z tyłu, astara Warren już to między walizkami, już to gramoląca się niezdarnie, żeby usiąść między Bunny i Sunshine. Robiły jej papierowe kapelusze z serwetek, wiązały szal ciotki wokół włochatej szyi i karmiły frytkami, kiedy ciotka nie widziała.

Tysiąc pięćset mil przez stan Nowy Jork, Vermont i wspinaczki poprzez okaleczone lasy Maine. Dalej przez Nowy Brunszwik i Nową Szkocję po trzypasmowych autostradach, po zakorkowanym środkowym pasie, przez co ciotka zaciskała ręce. W North Sydney talerze tłustej ryby na obiad i nikogo, kto by się przejmował, a bladym świtem prom do Port-Aux-Basques. Wreszcie.

Quoyle cierpiał na fotelu, ciotka przechadzała się po pokładzie i wyglądała przez reling na drżącą wodę. Albo stała, szeroko rozstawiwszy nogi, z dłońmi splecionymi na plecach, wystawiając twarz na wiatr. Włosy ukryte pod chustką, kamienne oblicze o małych inteligentnych oczkach.

Rozmawiała o pogodzie z mężczyzną w wełnianej marynarskiej czapeczce. Rozmawiali przez chwilę. Ktoś podszedł chwiejnym krokiem, rzucił: Trochę kołysze, nie? Martwiła się o Warren, która została w miotanym falami kombi. Nie wie, co się dzieje. Nigdy nie była na morzu. Wyobraża sobie pewnie, że to koniec świata, aona została sama w obcym aucie. Mężczyzna w wełnianej czapeczce powiedział:

– Się nie martwi, psy śpią przez całą przeprawę. Tak już mają.

Ciotka wyjrzała ponad dziobem, przed nimi sinawy ląd, po raz pierwszy od blisko pięćdziesięciu lat widziała wyspę. Nie zdołała powstrzymać łez.

– Wraca do domu, nie?– mruknął mężczyzna w wełnianej czapeczce.– Ta, to chwyta człowieka za serce.

To miejsce, myślała, ta skała, sześć tysięcy mil linii brzegowej otulonej mgłą. Śmiertelnie groźne dla żeglugi skały pod pomarszczoną wodą, łodzie przemierzające przesmyki między skutymi lodem klifami. Tundra i jałowa ziemia porośnięta niegdyś karłowatą świerczyną, którą ludzie wycięli i uciekli.

Ilu tu przypływało, wychylając się przez relingi, jak teraz ona? Wypatrując skał w morzu. Wikingowie, Baskowie, Francuzi, Anglicy, Hiszpanie, Portugalczycy. Wabił ich dorsz, bo działo się to w czasach, gdy ławice ryb zwalniały bieg statków dryfujących w poszukiwaniu przejścia ku Wyspom Korzennym, w poszukiwaniu złotych miast. Majtek w bocianim gnieździe marzył o pieczonej alce albo słodkich jagodach w kubku z plecionej wikliny, ale widział tylko załamujące się fale, latarnie migoczące wzdłuż relingu innych statków. Jedyne miasta były skute lodem, były górami z jądrem z berylu, niebieskich kamieni w białych kamieniach pachnących, jak mówiono, migdałami. Czuła ten zapach, gdy była dziewczynką.

Zwiadowcy wracali na statek pokryci skorupą krwi od ugryzień owadów. Mokradła, mokradła we wnętrzu wyspy, meldowali, bagna i trzęsawiska, rzeki i łańcuchy jezior ożywionych metalicznym śpiewem ptaków. Statki ocierały się o cyple. Amajtek z bocianiego gniazda widział sylwetki karibu we mgle.

Później znano to miejsce jako siedlisko złych duchów. Wiosenny głód ukazywał łyse czaszki, przebijające skórę kości. Cóż to za rozpaczliwy mozół, żeby tu przeżyć, przedrzeć się pazurami przez najgorsze! Alchemiczny ocean zamieniał rybaków w mokre worki kości, posyłał łodzie dryfem ku ławicom dorsza, by wyrzucić je na brzeg. Pamiętała opowieści starszych: o ojcu, który zastrzelił najstarsze dzieci i siebie, żeby reszta mogła przeżyć, jedząc resztki mąki; o myśliwych polujących na foki, przykucniętych na krze zalewanej wodą pod ich ciężarem, aż jeden postanowił wskoczyć do morza; o rejsach w sztormie po leki– zawsze nie te, co trzeba, i zawsze dowożone za późno dla umierających w konwulsjach darmozjadów.