39,99 zł
Miłość wbrew przeznaczeniu, ryzykowna misja i królestwo na krawędzi wojny…
Odrzucona księżniczka…
Morgana Pendragon, wychowywana w cieniu brata – króla, nigdy nie mogła decydować o własnym losie. Ponoć w jej żyłach płynie skażona krew fae… Została pozbawiona dziedzictwa i przeznaczona boginiom, gdy osiągnie pełnoletność. Kiedy więc brat nakazuje jej odnaleźć legendarną broń fae o niewyobrażalnej mocy, Morgana chwyta tę szansę, by wyrwać się z okowów przeznaczenia.
Niebezpieczna pokusa…
Wyprawie przewodzi enigmatyczny wojownik, któremu Morgana musi się podporządkować. Jego bystry umysł i surowa uroda rozpalają jej serce. Lecz gdy Morgana próbuje pogodzić pragnienia z obowiązkiem, ona i jej nowi towarzysze stają w obliczu zagrożenia, które przerasta ich najgorsze koszmary.
Królestwo przebudzone krwią…
Złowrogie królestwo fae – od pokoleń uważane za zaginione – budzi się na nowo. Pragnie krwią i przemocą odzyskać to, co utraciło. A gdy Morgana odkrywa misterną sieć kłamstw i tajemnic fae, dociera do niej przerażająca prawda: sekrety zapisane w jej krwi czynią ją większym zagrożeniem, niż kiedykolwiek mogłaby przypuszczać.
KREW FAE – nowa, porywająca seria pełna magii, niebezpieczeństw i niejednoznacznych moralnie bohaterów, z hipnotyzującym romansem. Idealna dla fanów Rebekki Yarros, Holly Black, Sarah J. Maas i Jennifer L. Armentrout.
* * *
„Niesamowicie wciągająca historia z legendami arturiańskimi w tle. Świetnie przełamuje schematy gatunku” –Ola, mooncharm.books
„Mroczna i uwodzicielska opowieść, od której trudno się oderwać aż do ostatniej strony” –Karina, romancebookland
„Rycerskie romantasy, idealne połączenie mrocznej misji oraz zakazanego uczucia między księżniczką a jej strażnikiem” –Magda, mag_book_
„Świat inspirowany legendami arturiańskimi, ale z dodatkiem mrocznej magii, konfliktu fae z ludźmi i gorącym wątkiemenemies to lovers”– Natalia, przyjaciolka_od_ksiazek
„Porywające romantasy o podróży, w trakcie której poniżana siostra odkrywa, że jest silniejsza, niż jej się wydawało. W tej historii rządzą kobiety!”– Marcelina, readingpluscoffee
„Legendy arturiańskie z mrocznym twistem, intrygi, pradawne bestie i slow burn, który jest NAPRAWDĘslow” –Natalia, nattrook
„Klimatyczna powieść, z której magia, tajemnice, niebezpieczeństwo i romans wylewają się nieprzebraną miarą” –Martyna, bookish.starship
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Tytuł oryginału
Queen of Roses. Blood of a Fae, Book One
Copyright © Briar Boleyn 2023
Przekład
Natalia Gawrońska-Miszuk
Redakcja
Karolina Zelewska
Korekta
Katarzyna Zegadło-Gałecka
Skład i przygotowanie do druku
Martyna Potoczny
Opracowanie e-wydania
Karolina Kaiser,
Motywy kwiatowe
Polina K, Emmie Norfolk, Gordon Johnson (GDJ)
Copyright © for this edition
Insignis Media, Kraków 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone
ISBN 978-83-68639-37-7
StoryLight, imprint Insignis Media
ul. Lubicz 17D/21–22, 31-503 Kraków
[email protected], insignis.pl
Instagram, TikTok: @wydawnictwostorylight, @insignis_media
X: @insignis_media
Facebook: @Wydawnictwo.Insignis
Dziękuję Emberly, Carze i Sadie – moim najlepszym przyjaciółkom-autorkom, moim powierniczkom. Dziękuję, że cierpliwie odpowiadałyście na te same pytania! Mam nadzieję, że czeka nas jeszcze wiele, wiele lat pisania i przyjaźni.
Rachel – jestem wdzięczna za to, że pierwsza weszłaś na pokład!
Dziękuję Glorii, Elodie, Kelly, Mariah i wielu innym osobom – czytelnikom, dla których mam zaszczyt tworzyć. Nie ma słów, żeby wyrazić moją wdzięczność.
KREW FAE to seria romansów dark fantasy poruszająca tematy, które u niektórych czytelników mogą wywoływać silną reakcję emocjonalną.
Lista ostrzeżeń dotyczących treści znajduje się na końcu książki.
Pamiętaj jednak, że zawierają one spoilery dotyczące niektórych elementów fabuły. Nie czytaj listy, jeśli nie masz takiej potrzeby i nie chcesz znać szczegółów książki przed rozpoczęciem lektury.
Sztylet przeciął powietrze, świszcząc jak pikujący ptak.
Nie miałam dokąd uciec. Byłam w potrzasku.
Energia eksplodowała z hukiem, przetaczając się falą uderzeniową przez kamienną komnatę.
Zamknęłam oczy, żeby się przygotować.
Z niedaleka dobiegły mnie odgłosy bitwy. Dźwięki ścierania się oręża i stukot metalu. Ostrze przecinające ciało z przerażającą łatwością. Zatapiało się w nim i gładko wychodziło.
Czułam znajomy lepki zapach krwi.
Czy był okres w moim życiu, w którym go nie rozpoznawałam? Zawsze w ten czy inny sposób miałam krew na rękach.
Mimo że nic nie widziałam, wyczułam moment, w którym on zaczął się zbliżać. Zabrakło mi tchu. Powietrze robiło się coraz zimniejsze.
Nadciągał.
Raz za razem w mojej głowie rozbrzmiewał jego głos wykrzykujący moje imię. Był potężniejszy od morza. Bardziej pierwotny od gwiazd. Moje imię w jego ustach brzmiało tak, jakby obiecywał niewyobrażalne męki komukolwiek, kto spróbuje nas rozdzielić.
Pragnęłam walczyć u jego boku, jednak moje ciało było zbyt słabe, żeby się poruszyć.
Słuchałam dźwięków uderzających o siebie mieczy, które dochodziły zza komnaty. Ale miałam siłę jedynie, by leżeć w miejscu, w którym upadłam, i walczyć o każdy kolejny płytki oddech.
Jakie to dziwne.
Z początku go nienawidziłam. Może nadal jakaś część mnie żywiła do niego urazę. Ale jedno było pewne…
Był powietrzem, którym oddychałam, i nie mogłam bez niego żyć.
W dniu, w którym umarła moja mama, czytałam książkę pod jej łóżkiem.
To była moja ulubiona kryjówka. Między potężnym dębowym łożem z baldachimem a podłogą było około sześćdziesięciu centymetrów przerwy. Akurat tyle, żeby mogło się tam schować małe dziecko. Lubiłam kłaść się tam z podbródkiem opartym na dłoniach i powoli przewracać strony ciężkich tomów wartych więcej, niż mogłam sobie wyobrazić.
Najbardziej lubiłam ilustracje, a zwłaszcza te przedstawiające najróżniejsze stworzenia. Im bardziej były przerażające, tym lepiej. Tamtego dnia trzymałam w swoich małych rączkach książkę słynnej podróżniczki Lorei z Anselme Księgi zachwycających i rzadkich bestii. Przeglądałam jej wymyślne ilustracje. Najpierw były legendarne potwory – wielkie gawrony, fenriry, gelerty, exmoory, glatisanty i tym podobne.
Następnie te, które Lorea podobno widziała na własne oczy – mimo że mocno w to wątpiłam, i tak pożerałam wzrokiem urzekające wizerunki stworzeń z królestw fae. Każde wydawało się jeszcze bardziej fantastyczne od poprzedniego. Małe, choć zabójcze niksy z ostrymi zielonymi zębami, mieszkające pod wodą. Piękne puki z grubym ciemnym futrem. Spriggany ze złowieszczymi rozległymi gałęziami i gwylliony, które wędrowały we mgle po zmierzchu, sprowadzając biednych podróżników na manowce.
Najbardziej lubiłam nuggle – chytre, zmiennokształtne wodne konie, które z jakiegoś powodu zawsze były przedstawiane jako ogiery. Z perspektywy czasu wydaje mi się, że darzyłam je taką sympatią ze względu na ich nazwę.
Czasami mama kładła się na podłodze obok mnie i czytała opisy na głos. Innym razem siadała obok łóżka z własną książką i razem czytałyśmy godzinami w ciszy, zadowolone ze swojego towarzystwa.
Bywały też takie dni, gdy wsuwała głowę pod łóżko, żeby złożyć buziaka na moim policzku, a potem, zajęta własnymi sprawami, znikała w swojej komnacie albo w innej części zamku.
Kiedy było słonecznie, patrzyłam, jak w wirującej spódnicy krząta się po wieży, i czułam się szczęśliwa. Była moją mamą. Była wszystkim, co piękne i dobre. Była moim wyobrażeniem o tym mistycznym uczuciu zwanym miłością.
Mniej szczęśliwe były te dni, kiedy pojawiał się mój ojciec. Najpierw najczęściej dochodził mnie zapach alkoholu, a dopiero potem słyszałam jego ciężkie kroki. W końcu w polu widzenia pojawiały się grube, muskularne nogi.
Wtedy robiłam się niespokojna. Chowałam się głębiej pod łóżkiem, zanurzając się z książką w mroku.
Mama cicho do niego szeptała, ciągnęła go za rękę i wkrótce znikali, zamykając za sobą drzwi. Przechodzili do salonu, snuli się między ogrodowymi ścieżkami albo urządzali sobie przechadzkę po mieście.
Potrafiła go rozbroić, oczarować i do wszystkiego przekonać. Jej głos był łagodny, za to jego głośny i szorstki.
Ją kochałam. Jego się bałam.
Ale oboje byli moją rodziną.
Aż do tamtego pamiętnego dnia.
Jego nadejście zwiastowała woń miodu pitnego. Mogłabym przysiąc, że poczułam go, jeszcze zanim usłyszałyśmy pukanie.
Mama prędko ruszyła w stronę drzwi. Wydawało mi się, że jej serce zaczęło bić szybciej. Czasami miałam wrażenie, że jesteśmy połączone niewidzialną nicią i odczuwam każdą jej emocję. Zwykle przynosiło to ukojenie. Ale nie tego dnia.
Słyszałam ich głosy przy drzwiach i modliłam się, żeby sobie poszedł.
Niestety stawały się coraz głośniejsze. Mój ojciec wszedł do środka.
Obserwowałam go od kolan w dół, jak chodzi po wieży w tę i we w tę. Nawet jego kostki u nóg wydawały się wściekłe.
– Może zejdziemy do ogrodów? – zapytała kojącym, łagodnym głosem, przywodzącym na myśl ciepłą letnią bryzę. Kiedy ją usłyszałam, pomyślałam, że nie może się stać nic złego.
Ojciec się zatrzymał. Wstrzymałam oddech, licząc, że się zgodzi i wyjdą z pokoju.
Czułam kłujący smród alkoholu. Przytłaczał moje zmysły, wypierając zapach świeżych ziół – lawendy, rozmarynu i gałązek jarzębiny – które mama rozłożyła na podłodze.
– Jest taki piękny dzień – wyszeptała.
Patrzyłam, jak podchodzi do okna i odsłania adamaszkową zasłonę. Z takiej odległości widziałam całą jej sylwetkę. Była wysoka i królewska, a jej długie blond włosy spływały po plecach kaskadą błyszczących fal. Lśniły jak złote nici. Miała na sobie zjawiskową suknię w odcieniu głębokiego karmazynu ozdobioną misternym złotym haftem, który migotał przy każdym jej ruchu. Suknia spływała po jej ciele jak rzeka ognia, omiatając podłogę morzem miękkiego szkarłatu. Cera mamy była blada jak księżyc, a jej oczy błyszczały mądrością i tajemnicami.
Jak ojciec mógł nie być nią zauroczony?
– Zasuń je z powrotem, kobieto. Słońce świeci dziś zbyt mocno. – Jego głos był szorstki, a słowa niewyraźne. Był zalany w sztok.
Wsunęłam się głębiej pod łóżko, choć wiedziałam, że i tak by mnie nie zauważył. Nigdy mnie tu nie znalazł. Był zapatrzony tylko w nią, co niekoniecznie wychodziło na dobre.
– Czy mąż może jeszcze przyjść do komnaty swojej żony i nie być lekceważony albo proszony o wyjście? – Poszedł w kierunku łukowatego okna, przy którym stała moja mama.
– Oczywiście. – Głos mamy był cichy, jakby brakowało jej tchu. Czułam, że za wszelką cenę stara się wymyślić, co powiedzieć, żeby go uspokoić. Z całej siły nienawidziłam go za to, że nie docenia jej starań. – Po prostu pomyślałam, że spacer cię ucieszy. Zwykle chciałeś…
– Nie przyszedłem tutaj w poszukiwaniu rozrywki, tylko po to, żeby przypomnieć ci, jakie jest twoje miejsce na moim dworze.
W wieży na chwilę zapadła kompletna cisza.
– To znaczy, mój panie?
Usłyszałam, jak z gardła mojego ojca wydobył się warkot, pełen zgorzknienia i złości.
– Nie prowokuj mnie.
– Dobrze wiesz, że nigdy bym się nie odważyła. – Głos mojej mamy był łagodny, ale słychać w nim było nutę smutku.
Czułam złość w jej imieniu. Dlaczego się tak smuciła? Dlaczego on się tak wściekał? Nie kochał jej?
Zastanowiłam się nad tym i nagle uświadomiłam sobie, że nie odwiedzał jej od wielu miesięcy. Dla mnie było to ziszczenie marzeń, ale może dla niej nie?
– Tęskniłam za tobą – powiedziała. – Od dawna do mnie nie przychodziłeś.
W powietrzu zawisło milczenie.
– Wiem, że spędzałeś sporo czasu z córką lorda Beswicka – mówiła dalej i się zarumieniła. – Ettarde jest uroczą dziewczyną, prawda?
Znów cisza.
– Rozumiem to, naprawdę – powiedziała pospiesznie. – Potrzebowałeś odmiany. Ale cieszę się, że do mnie wróciłeś. – Smutek w głosie matki był dla mnie namacalny. Chciałam złapać ją za rękę, przytulić i pocieszyć. Zapewnić, że ją kocham, skoro mój ojciec nie zamierzał tego zrobić.
A on nadal milczał.
Wtedy zrozumiałam – milczenie oznaczało winę. Był winny. Nawet jako dziecko domyślałam się, co zaraz nastąpi, i skuliłam się ze strachu.
– Jest piękną kobietą. Jest wszystkim, czym ty nie jesteś. – Usłyszałam, jak spluwa. – Byłem głupcem, że cię poślubiłem, Igerno. Trójca wie, jak żałuję tamtego dnia.
Niemal poczułam falę nienawiści, która uderzyła w moją mamę. A potem rozlew bólu, kiedy słowa ojca wbiły się głębiej w jej serce.
– Potrzebowałam pomocy, a ty mi jej udzieliłeś. Zawsze będę ci za to wdzięczna – wyszeptała, jakby mówiła do siebie. – Ale złożyłeś mi przysięgę. Przyrzekałeś mi wieczną miłość. Zapomniałeś już…
– Wdzięczność, tak. Tylko tego od ciebie oczekuję. Więc dlaczego patrzysz na mnie z wyrzutem? – warknął mój ojciec.
Dźwięk dłoni uderzającej moją mamę w twarz rozległ się tak nagle, że prawie wrzasnęłam.
Patrzyłam, jak powoli opada na ziemię, a karmazynowy dół jej sukni rozkłada się wokół niej niczym płatki róż. Przyciskała dłonie do twarzy, a z jej ust płynęła krew.
Chciałam krzyknąć i do niej podbiec, ale zamiast tego przygryzłam wargę tak mocno, że aż poczułam smak żelaza. Przyglądałam się jej twarzy, prosząc w myślach, żeby na mnie zerknęła, ale miałam wrażenie, jakbym nagle stała się niewidzialna. Nie chciała na mnie spojrzeć, nieważne jak mocno wbijałam w nią wzrok.
Kiedy patrzyłam z przerażeniem na jej zakrwawioną twarz, coś nagle do mnie dotarło. Zrozumiałam, skąd miała inne drobne skaleczenia. Rany i siniaki, które szybko zakrywała i tłumaczyła niestworzonymi historiami.
On jej to zrobił. Jego dotyk ją skrzywdził.
Poczułam przypływ ognistej furii i pragnienie, jakiego nigdy dotąd nie doświadczyłam. Byłam wściekła jak małe dziecko, które widzi niesprawiedliwość świata i chce ją powstrzymać. Za wszelką cenę.
Wyobraziłam sobie małe piąstki uderzające w nieruchomą pierś mojego ojca i jeszcze mocniej przygryzłam wargę.
Ten obraz był wręcz komiczny. Nie mogłam nic zrobić, więc przełknęłam dumę i zostałam tam, gdzie byłam.
Mama znowu podjęła próbę.
– Ślubowałeś. Błagam cię, nie zapominaj o miłości, która nas połączyła. Jeśli nie możesz dotrzymać swojej obietnicy, jeśli nie możesz być mi wierny…
– Dlaczego miałbym być ci wierny?! – zaryczał mój ojciec. – Komuś takiemu jak ty? Gdy istnieje tak wiele kobiet, dobrych, atrakcyjnych, ludzkich kobiet, które są gotowe rzucić mi się do stóp? – Zachwiał się lekko na nogach. – Myślisz, że nie wiem, co mi zrobiłaś, kiedy kazałaś mi złożyć przysięgę?
Mama zamknęła oczy, po czym wytarła suknią krew z ust i położyła dłonie na kolanach, łapiąc się rubinowej tkaniny, jakby była jej ostatnią deską ratunku.
– Wiesz, co mi przysięgałeś – powiedziała cicho. – Czy tego chciałam, czy nie, nie da się tego cofnąć. Mamy córkę.
– Masz czelność mówić mi o przysięgach?! – Głos ojca zagrzmiał jak trzask pioruna. – Oszukałaś mnie. Rzuciłaś na mnie urok. A teraz spójrz! Kto by pomyślał, że ktoś taki jak ja może wpaść w pułapkę przysięgi fae. Cóż, istnieje sposób na jej zerwanie, Igerno. I doskonale o tym wiesz. Tak jak i ja.
Tym razem, żeby ją uderzyć, musiał się zgiąć. Usłyszałam chrzęst, a kiedy się cofnął, widziałam, że z nosa mamy trysnęła krew.
– Proszę…
Nadal na mnie nie spojrzała. Ścisnęłam kartki mojej książki tak mocno, że poczułam, jak jedna z nich się drze, a obiecywałam bibliotekarzowi, że będę się obchodziła ostrożnie z tym cennym tomem.
Jednak w tamtej chwili nie potrafiłam się tym przejmować. Niech stronice pofruną na wietrze. Moja kochana mama krwawiła.
– Proszę – zniżyła głos do najcichszego szeptu, delikatnego jak szelest liści.
– Żaden inny mężczyzna nie wytrwałby tak długo w małżeństwie z kobietą taką jak ty. Nikt inny nie zniósłby upokorzenia i wstydu. Wszyscy na dworze o tym plotkują, wiesz? – Mój ojciec mówił jeszcze bardziej niewyraźnie.
– Nikt nic nie mówi, mój panie. Czy nie widzą miłości, która nas łączy? – Krew spływała po jej policzkach jak łzy. – Nie widzą dowodu naszej miłości, jakim jest córka?
Czułam, że łzy płyną po mojej twarzy. Smutek mamy odbijał się we mnie jak w lustrze.
– Kłamiesz! – wrzasnął. – Nie robisz nic innego, Igerno. To są te same kłamstwa, które powtarzałaś mi od lat. Udawałaś, że jesteśmy szczęśliwi. Udawałaś, że to wszystko nie jest najobrzydliwszą hańbą.
– Byłam szczęśliwa – wyszeptała. – Nadal jestem. Ocaliłeś mnie przed znacznie gorszym losem. Nawet teraz tego nie żałuję.
Wiele lat później nadal nie wiedziałam, czy usłyszał jej ciche słowa.
Nagle eteryczne spojrzenie jej niebieskich oczu skierowało się na mnie i przeszyło mnie z ogromną mocą, aż do szpiku kości. Te słowa były skierowane do mnie, nie do niego. Zrozumiałam.
Odwróciła wzrok i przeniosła go na ojca, unosząc dłonie w błagalnym geście.
– Zdaję się na twoją łaskę, mój panie. Ostatni raz usilnie proszę przez wzgląd na nasze dziecko…
Błagała jednak na próżno.
Ojciec poruszył się, a jego nogi znów zasłoniły mi mamę.
Zaczął swoją przerażającą tyradę. Wyzywał ją od najgorszych. Z jego ust wydobywały się zbyt plugawe słowa, by je wspominać.
Skąd wzięła się cała ta nienawiść? Dlaczego dotąd jej nie dostrzegałam? Mama ukryła ją przede mną. Chroniła mnie. Otulała mnie swoją miłością. Była jak kurtyna osłaniająca mnie przed prawdą.
Jego pięść unosiła się i opadała, gdy raz za razem ją uderzał.
Zacisnęłam powieki. Po policzkach spłynęły mi łzy, które przemoczyły strony książki, zapewniając niksom prawdziwą wodę do pływania.
Mama nie próbowała odeprzeć ataku. Nie krzyczała. Nie starała się ani uciec, ani z nim walczyć.
Może miała nadzieję, że się opamięta, zrozumie, co robi, i weźmie ją w ramiona, tak jak robił to pewnie nie raz.
Jednak nie przestał.
Zaciskałam mocno powieki, dopóki nie usłyszałam głośnego trzasku, po którym otworzyłam oczy.
Głowa mojej mamy uderzyła o kamienną ścianę.
Mama zgięła się wpół i zaczęła się osuwać. Kiedy jej ciało uderzyło o podłogę, szafirowe oczy były otwarte i szkliste. Leżała na boku, całkiem nieruchoma.
Miałam jedynie pięć lat. A mimo to wiedziałam, że nie żyje.
Ojciec zastygł w miejscu.
Zastanawiałam się, czy padnie na kolana? Zacznie płakać jak dziecko nad swoim potwornym czynem? Zawoła mnie i przytuli mnie do piersi?
Jego stopy się poruszyły.
Pobiegł do drzwi, mocno tupiąc, i otworzył je szarpnięciem.
Zaczął wołać o pomoc, wzywać służbę.
Wiedziałam, co się stanie. Nie będzie żadnego żalu za grzechy. Powie, że to był wypadek, i nikt nie podważy jego słów.
W końcu był królem.
Piętnaście lat później
Plamy po krwi zniknęły. A wspomnienia o tych, których straciliśmy, odeszły w niepamięć wraz z upływem czasu.
Urodziłam się po to, żeby wstąpić na tron, ale nawet królowe mogą zostać zepchnięte na bok i zapomniane. Albo spotyka je gorszy los. Ktoś o nich pamięta, ale każe im pozostać w cieniu.
Przeszłam przez dziedziniec, dzierżąc miecz w dłoni, i przerzuciłam długi siwy warkocz przez ramię.
Przestronny dziedziniec treningowy był otoczony z trzech stron wysokimi kamiennymi murami zamku. Przemaszerowałam przez ubitą ziemię i słomę, wydeptane przez lata intensywnych treningów. W powietrzu unosiła się gęsta woń potu, skóry i metalu. Skierowałam się do ringu sparingowego, słuchając odbijającego się od ścian szczęku ścierających się mieczy i uderzeń tarcz.
W pobliżu grupa młodych giermków doskonaliła technikę poruszania się, wykonując skoki i obroty z drewnianymi mieczami, podczas gdy rycerz ze szpakowatymi włosami wydawał im rozkazy. Młodzieńcy trenowali z minami pełnymi skupienia, pilnie śledząc własne ruchy. Nagle jeden z chłopaków potknął się i upadł, co wywołało salwę śmiechu u jego towarzyszy.
Po drugiej stronie dziedzińca gromadka rycerzy w pełnym uzbrojeniu walczyła na miecze, a ich ruchy były płynne i pełne gracji. Słyszałam uderzenia stali i pełne wysiłku okrzyki, gdy brali zamach i napierali na siebie nawzajem.
Trzymając drewniany miecz, weszłam na ring. Nieopodal pod kamiennym murem stało kilka niskich ławek, na których mogli przesiadywać gapie. Jednak w pobliżu stał tylko sir Ector Prennell. Ciemnoskóry rycerz opierał się o drewniane ogrodzenie i się nam przyglądał.
– Pamiętaj, czego cię uczyłem! – krzyknął, gdy się przygotowywałam. – Skup się na pracy nóg i trzymaj gardę, Morgano.
Skinęłam głową i wbiłam wzrok w moją przeciwniczkę. Lancelet wyszczerzyła zęby.
– Gotowa?
– Jak zawsze – odparłam tak spokojnie, jak tylko umiałam.
Zaczęłyśmy się okrążać. Nasze drewniane miecze co chwila zderzały się, gdy testowałyśmy umiejętności obronne.
Lancelet była szybka i zwinna. Miała większy talent ode mnie – i byłam tego świadoma.
Moje ruchy były zaś bardziej przemyślane. Skupiłam się na jej defensywie, czekając, aż się odsłoni.
Wiedziałam, że sir Ector uważnie się nam przygląda, i poczułam nagłą falę determinacji. Chciałam pokazać mu, na co mnie stać. Udowodnić, że jego lekcje nie poszły na marne.
Nasze miecze ponownie o siebie uderzyły, potem znowu i jeszcze raz, a dźwięki odbijały się echem od murów. Zaczynało mi brakować cierpliwości, tak jak i wytrzymałości. Może i nie miałam nigdy zostać rycerką jak Lancelet, ale chciałam nauczyć się walczyć. Byłam zaskoczona, gdy sir Ector uznał, że to umiejętność, którą rzeczywiście powinnam posiąść.
Poczułam, jak po mojej skroni płynie strużka potu, ale nie pozwoliłam, aby mnie rozproszyła. Zamierzałam wygrać ten sparing.
Szkoda tylko, że determinacja niczego nie gwarantowała. Lancelet była silniejsza, szybsza i, powiedzmy sobie szczerze, brutalniejsza z natury.
– O co chodzi, księżniczko? Słońce cię razi? – drwiła ze mnie.
Zignorowałam ją i wreszcie dostrzegłam swoją szansę.
– Potrzebujesz odpoczynku? Może kielicha wody? Mam wezwać sługę, żeby cię powachlował?
Histerycznie roześmiała się ze swoich słów. A gdy się rozkojarzyła, zmyliłam ją, nisko zamachując się mieczem i udając, że celuję w lewo, a tak naprawdę szybko wymierzyłam cios w prawo. Mój drewniany miecz uderzył ją w ramię z głośnym trzaskiem, oznajmiając tym samym koniec walki.
Lancelet pogratulowała mi radośnie, co skwitowałam szerokim uśmiechem. Trzeba jej przyznać, że potrafi przegrywać.
Podeszła do mnie z otwartymi ramionami i pozwoliłam jej się objąć. Próbowałam się nie wzdrygnąć, mimo że nadal nie przywykłam do tak otwartego okazywania uczuć.
Sir Ector powoli zaczął klaskać.
– Na pewno nie chcesz zrobić z niej rycerki? – zapytała Lancelet.
Na ustach rycerza pojawił się lekki uśmiech.
– Dobra robota, Morgano – pochwalił mnie. – Obie świetnie sobie poradziłyście. Każdego dnia mnie zaskakujecie. Trzymajcie tak dalej.
Przepełniała mnie duma i poczułam gorący rumieniec na policzkach. Nie byłam świadoma tego, jak bardzo czekałam na jego aprobatę, do momentu gdy z trudem mi ją okazał.
Wróciłam z Lancelet do drewnianego budynku z kilkoma pomieszczeniami, które służyły jednocześnie za przebieralnie i skład sprzętu dla rycerek. Odkąd mój brat zasiadł na tronie, było ich coraz mniej – to tylko jeden z paskudnych skutków ubocznych jego rządów, ale wiedziałam, że Lancelet ma nadzieję to zmienić.
– Idziemy się napić? – Lancelet zaczęła zrzucać z siebie skórzaną kamizelkę, pod którą kryła się kremowa tunika spięta w talii paskiem. – W Niedźwiedziu i Syrenie występuje nowy bard.
Spojrzałam na nią sceptycznie.
– Jest środek dnia.
– No tak, ale namęczyłyśmy się i zasłużyłyśmy na to. – Puściła mi oczko. – Obie jesteśmy spragnione. Spójrz na siebie, jesteś zlana potem.
Spiorunowałam ją wzrokiem, po czym dotknęłam brwi i sięgnęłam po ręcznik, żeby zanurzyć go w wiadrze z czystą wodą. Mogłabym pójść do swojej komnaty, wezwać służącą i poprosić ją o przygotowanie mi nieskazitelnie białego ręcznika i misy krystalicznie czystej wody, ale wolałam być tu na dole z innymi.
Czasami w wieży, gdzie mieścił się mój pokój, było za cicho. A ostatnio przez spotkania z pewną osobą unikałam jej jeszcze bardziej.
Na dziedzińcu było głośno i śmierdziało, ale tu miałam towarzystwo. Przez chwilę mogłam się oszukiwać, że jestem jego częścią – choć prawda była taka, że zawsze byłam wyrzutkiem.
– Dzięki za przypomnienie – odparłam nieco ozięble, przecierając ręcznikiem twarz i szyję. Wiedziałam, że to głupota, ale pocenie się mnie krępowało. Mogłam podziękować za to moim licznym piastunkom, guwernantkom i dwórkom, które wbijały mi do głowy, że dama nie powinna się pocić. No chyba że była rycerką. Strasznie się to ze sobą kłóciło. – Zobacz, jak wyglądam. Nie mogę się tak pokazać w karczmie.
– Nikt nie zauważy. – Lancelet się uśmiechnęła. – Poza tym chcę, żebyś kogoś poznała.
– Niech zgadnę. Jest piękna, jej śmiech rozświetla każdy mrok i daje ci darmowe piwo.
– Nie tylko to mi daje. – Lancelet poruszyła znacząco brwiami i zachichotała.
– Zależy ci na niej? – zapytałam z ciekawością.
Jak zwykle ciężko było mi wyobrazić sobie świat, w którym mogłabym być tak beztroska jak ona. Lancelet… cóż, była wyjątkowa. Inne kobiety zdecydowanie były tego samego zdania. Łatwo znajdowała chętne, kiedy zapragnęła się zabawić. Mimo że gustowałam w mężczyznach, to podziwiałam jej bezwstydny urok.
Przyjrzałam się znajomej sylwetce. Jej jasna skóra była lekko opalona. Krótkie blond włosy podtrzymywał skórzany rzemień, żeby nie wpadały jej do oczu podczas walki. Miała niesamowite niebieskie oczy, które błyszczały figlarnie, ale skrywały też wielką inteligencję. Nie wspominając już o tym, że była piękna – dzięki delikatnym kobiecym rysom twarzy – a do tego odważna, bezczelna i nieustraszona. Miałam tylko dwoje przyjaciół i ona była jedną z nich.
Nie po raz pierwszy przeszło mi przez myśl, jak to jest wyróżniać się wyłącznie dzięki urodzie albo wrodzonej przebojowości. Wyróżniać się przez to, jakim się jest, a nie przez to, kim się jest.
– Zależy mi… trochę – odpowiedziała ostrożnie. – Jest zabawna. Miło spędza się z nią czas. Zobaczymy, co z tego wyjdzie.
– Czyli lubisz z nią spać, ale potrwa to najwyżej dwa tygodnie – doprecyzowałam z uśmieszkiem.
Lancelet uniosła brew.
– Może jeśli pójdziesz ze mną, to też znajdziesz kogoś, kogo chętnie zabrałabyś do łoża?
– Wątpię – odparłam z taką godnością, na jaką mogłam się zdobyć. – Po pierwsze mam zobowiązania wobec świątyni. A po drugie siostra króla…
Lancelet machnęła lekceważąco dłonią.
– …nie powinna chodzić do karczmy? Nie może się przespać z przystojnym młodym mężczyzną, którego darzy względami?
– Nikogo nie darzę względami – odparłam ze złością, sięgnęłam po manierkę z wodą i wzięłam duży łyk. – Nigdy. Poza tym Artur chyba wpadłby w szał, gdybym zachowała się w sposób, który w jego mniemaniu jest nieodpowiedni. A do tego jest jeszcze Merlin.
– I ta tragedia rozgrywa się na moich oczach – oznajmiła moja przyjaciółka z wyolbrzymionym smutkiem. – Zostałaś skazana na los pomarszczonej starej panny i śmierć w samotności.
Wzdrygnęłam się, ale miałam nadzieję, że Lancelet tego nie zauważyła. Nie chciała być okrutna. Na pewno nie. Skąd mogłaby wiedzieć, że to jeden z moich największych lęków? I nie chodziło o zostanie starą panną. Kto chciałby umrzeć w samotności?
– Oczywiście ten smutny scenariusz nigdy się nie ziści – zauważyła poniewczasie. Złapała ręcznik, którym ocierałam mokrą twarz, i zaczęła mnie nim uderzać. Pisnęłam i się wycofałam. – Bo zawsze będę u twojego boku.
– Żeby zamęczyć mnie na śmierć. – Lekko się do niej uśmiechnęłam. Musiała się zorientować, że przesadziła. – A teraz odłóż tę obrzydliwą szmatkę.
Lancelet posłała mi krzywy uśmieszek.
– Czy to rozkaz, księżniczko?
Wzruszyłam ramionami.
– Pokonałam cię na ringu. Jeśli chcesz, to chętnie ci udowodnię, że mogę ci ją wyrwać z rąk i wetrzeć ci w twarz mój pot, zanim odwiedzisz swoją dziewczynę w karczmie.
Lancelet zarechotała.
– Raczej nie chciałabym nim pachnieć.
– To mnie nie denerwuj.
Odłożyłam swój sprzęt, po czym założyłam czarną tunikę z kapturem i miękkie wełniane spodnie.
Kiedy wyszłyśmy z budynku, zapatrzyłam się na dwóch rycerzy walczących na ringu po drugiej stronie dziedzińca. Ich zbroje były wypolerowane na błysk, a miecze lśniły w promieniach słońca przy każdym płynnym ruchu. Widok był imponujący. Tak imponujący, że zdziwiłam się, gdy w polu mojego widzenia pojawił się cień i wpadłam w ścianę.
Usłyszałam, jak Lancelet krzyknęła ze zdumienia. Pewnie obie na nią wpadłyśmy.
Przyjrzałam się uważniej. To nie była ściana. To mężczyzna. Wysoki, postawny mężczyzna. Górował nade mną i wydawał się niesamowicie potężny przez swój wzrost, szerokie ramiona i mięśnie przykuwające mój wzrok, który wędrował coraz wyżej i wyżej.
Patrzył na mnie gniewnie w sposób, do którego nie przywykłam. A zwłaszcza u mężczyzn na dziedzińcu treningowym, którzy byli przyzwyczajeni do mojej obecności.
– Proszę wybaczyć – powiedziałam chłodno, czekając na jego przeprosiny.
Zamiast tego prychnął.
– Następnym razem patrz, gdzie idziesz – warknął.
Poczułam, jak mi opada szczęka.
Twarz nieznajomego okalały czarne włosy, które spływały falami na ramiona. Jego śniada skóra błyszczała w słońcu. Miał na sobie strój treningowy, solidny skórzany bezrękawnik. Ciemnobrązowy materiał opinał jego tors i plecy, uwydatniając szerokie ramiona i wąską talię. Skórzana zbroja leżała na nim idealnie; otulała jego mięśnie i podkreślała nieokrzesaną siłę. Przez kwadratową szczękę i jednodniowy zarost wydawał się niebezpieczny.
Kiedy ruszył, by nas ominąć, odnalazłam spojrzenie Lancelet, która wydawała się tak samo oszołomiona jak ja.
– Co proszę? – zaczęłam.
Nieznajomy zatrzymał się i obejrzał. Przełknęłam ślinę, czując intensywność jego wzroku. Obrzucił mnie uważnym, oceniającym spojrzeniem, przez które moje serce dziwnie załopotało.
Nagle na jego twarzy zagościła lekceważąca mina. Ewidentnie nie zainteresowało go to, co we mnie zobaczył.
Bez słowa obrócił się na pięcie i odszedł z gracją, która nie pasowała do jego gabarytów.
– A niech mnie – odezwała się zapalczywie Lancelet. – Czy on nie wie, kim jesteś? Dlaczego mu nie powiedziałaś?
– Ja… nie wiem – odparłam powoli.
Zbliżył się do nas sir Ector.
– Kto to, do diabła, był? – Lancelet zażądała odpowiedzi, zanim zdążyłam się odezwać.
Sir Ector spojrzał ze spokojem przez ramię.
– Widzę, że poznałyście jednego z naszych nowych rekrutów. To chłopak ze wsi. Podobno jest bardzo obiecujący. Wstawił się za nim sam lord Agravaine. – Na twarzy sir Ectora pojawił się lekki grymas, ponieważ on i lord Agravaine nie darzyli się sympatią. – Na treningach idzie mu znakomicie. Podejrzewam, że trafi do gwardii królewskiej.
– Chłopak ze wsi? – Lancelet głośno parsknęła. – Nigdy nie widziałam, żeby chłopak ze wsi tak wyglądał. – A ty, Morgano? – Spojrzała na mnie z uniesionymi brwiami i uśmieszkiem, który mówił, że zauważyła, jak się na niego zagapiłam.
– Nie użyłabym w odniesieniu do niego słowa „chłopak” – wybąkałam. Niemiły, tak. Ale zdecydowanie był mężczyzną. Dorosłym. Wyrośniętym. A nawet przerośniętym.
Sir Ector zerknął na Lancelet z rozbawieniem.
– No tak, bo zazwyczaj zwracasz uwagę właśnie na mężczyzn.
– Cóż, nie, ale jak to taki kawał chłopa, to ciężko go nie zauważyć. – Ujęła się pod boki i pokręciła głową. – Był opryskliwy wobec Morgany.
Sir Ector popatrzył na mnie opiekuńczo.
– To prawda?
– Nic się nie stało – powiedziałam szybko, czując, że moją twarz znowu oblewa rumieniec. – Nie wiedział, kim jestem.
– Cóż, wkrótce się dowie, a wtedy z pewnością poczuje się jak skończony idiota – podsumował sir Ector. – Chcesz, żebym z nim porozmawiał?
– Nie! – rzuciłam. – Absolutnie. – Pokręciłam gwałtownie głową. – Sam powiedziałeś, że wkrótce się dowie.
– Możesz zmierzyć się z nim na ringu sparingowym. – Sir Ector się zadumał. – Razem z damą Haliną uważamy, że nowi rekruci powinni stanąć do walki z każdym z giermków. To dobry trening.
Lancelet i ja wymieniłyśmy szybkie spojrzenia.
– Nawet ze mną? – zapytałam. Technicznie rzecz biorąc, nie byłam giermką.
Sir Ector podrapał się po siwym zaroście.
– Cóż, nie. Chyba że bardzo byś chciała, to…
– Chcę! – Nie byłam pewna, czy słowa padną z moich ust, dopóki ich nie wymówiłam. – To część mojego szkolenia, prawda?
Nie żebym szczególnie chciała mierzyć się z… kimkolwiek on był. Ale chciałam być uwzględniona.
– No dobrze. Dama Halina raczej nie będzie miała nic przeciwko. – Obdarzył mnie uśmiechem z nutką dumy, na widok której się rozpromieniłam. – Pewnie obie pokonacie większość giermków. Jeśli zaś chodzi o nowych rekrutów, to w większości dorośli mężczyźni. – Zmierzył nas wzrokiem. – Zobaczymy.
– Ale kiedy indziej – rzuciła Lancelet i złapała mnie za ramię. – Skończyłyśmy już na dzisiaj. Czas na wieczorny wypoczynek. – Zniżyła głos. – Zabierz mnie stąd, zanim dama Halina nas zobaczy i każde mi czyścić zbroje albo pomagać najmłodszym giermkom w treningu do końca wieczoru.
– Oj, nie chciałybyśmy tego, co nie? Nie, kiedy czeka na ciebie zimne piwo i piękna… – zawahałam się. – Jak ona ma na imię?
– Blanchefleur – syknęła.
Parsknęłam śmiechem.
– Blanchefleur? – To bardzo staromodne imię.
– Jeśli nie macie nic przeciwko, pójdę sprawdzić, co planuje sir Lucan – oznajmił cierpko sir Ector. Całe szczęście nie obchodziło go, o czym tak ze sobą szeptałyśmy.
– Miłego wieczoru, sir Ectorze! – zawołałyśmy, gdy odchodził.
– Jest naprawdę najlepszym nauczycielem – zauważyła Lancelet, gdy wychodziłyśmy z dziedzińca, kierując się do zamku. – Mam szczęście, że poprosiłaś go o pomoc. Dama Halina mówi, że robię ogromne postępy. A wiesz, jak rzadko zdarza jej się prawić komplementy.
– Może wkrótce pasują cię na rycerkę? – zasugerowałam.
– Wątpię. Przede mną jeszcze kilka lat.
Usłyszałyśmy śmiech i po chwili wpadł na nas młody mężczyzna. Był zupełnym przeciwieństwem rekruta, z którym się zderzyłam.
– Galahad! – zawołałam radośnie.
Galahad Prennell był synem sir Ectora, ale w wielu aspektach stanowił jego całkowite przeciwieństwo.
Był ubrany zupełnie inaczej niż my. Mieliśmy na sobie skórzane kaftany i dopasowane bryczesy, a on jako akolita w świątyni nosił białą szatę do kostek. Spod jej rąbka wystawały pokryte kurzem sandały. Jego talię oplatała bordowa szarfa, której koniec sięgał kolan. Prosta lniana opaska trzymała w ryzach niesforne brązowe loki. Na szyi nosił mały talizman – słońce, które było symbolem jego wiary i oddania Trójcy.
Mimo poważnego stroju miał pogodne usposobienie. Jego błyszczące oczy były ciepłe i pogodne, a uśmiech tak szeroki, że marszczyły mu się kąciki oczu.
– Idziesz z nami do karczmy, Galahad? – zapytała Lancelet z udawaną niewinnością. – Znajdziemy Morganie mężczyznę.
Chciałam zdzielić ją łokciem, ale w porę odskoczyła ze śmiechem.
– Do karczmy, mówisz? Chętnie bym poszedł, ale przybyłem z Merlin. – Galahad odnalazł moje spojrzenie, a jego mina zrzedła. – Wróciła do Wielkiej Sali razem z królem. Twój brat… udziela audiencji.
– Poważnie? A wzywał mnie? – To dziwne. Mój brat zwykle zwoływał audiencje innego dnia i były one planowane z wyprzedzeniem. Zasiadał wówczas w Wielkiej Sali, otoczony dworzanami, doradcami i szlachtą, wysłuchiwał próśb, odbierał podarki i wydawał dekrety. Słuchał nawet skarg swoich poddanych (choć zdarzało się to bardzo rzadko).
Zazwyczaj audiencje niepomiernie go nudziły.
– Nie. Właściwie to… – Galahad się zawahał. – Nie wiem, czy bym tam szedł na twoim miejscu.
Zmarszczyłam nos.
– A to dlaczego?
– Bo zajmują się pewną sprawą. Twój brat się nią zajmuje… To znaczy król – poprawił się szybko. – Podejrzewam, że zrobi się nieprzyjemnie.
– Nieprzyjemnie?
– Chodzi o chłopca. Chłopca półfae… – urwał.
Wszystko stało się jasne. Mój brat gardził fae, ale zwykle udawało mu się to ukryć przed poddanymi. Oczywiście prawdziwi fae już nie istnieli. Ale od czasu do czasu pojawiali się ludzie, w żyłach których płynęła odrobina ich krwi.
Jak u mojej mamy. Albo u mnie.
Mimo to niektórzy starsi szlachcice nadal twierdzili, że moja mama była pełnokrwistą fae, choć wiedziałam, że to niemożliwe. Bez względu na to, skąd pochodziła, jej przodkowie na pewno nie zachowali czystości krwi. Poza tym nie miała żadnych cech charakterystycznych dla fae. Jasne, była wyjątkowo piękna, ale zbyt krucha i zbyt ludzka. Wystarczyło, że przywołałam wspomnienia, żeby zdobyć na to niezbite dowody.
Przełknęłam ślinę.
– A czy… zrobił coś złego?
– Król twierdzi, że tak. – Galahad wbił wzrok w ziemię.
– Rozumiem. – Spróbowałam się uśmiechnąć. – Idźcie beze mnie. I tak nie wybierałam się do karczmy.
To prawda. Przebywanie w karczmie nie sprawiało mi przyjemności. Wolałam ciszę biblioteki albo księgarni. Nawet ogród pachnący słodkimi ziołami był lepszy. Zresztą ring sparingowy przesycony wonią potu też.
Założyłam kaptur i ruszyłam w kierunku zamku, kiedy usłyszałam za sobą kroki.
– Idziesz do sali? – zapytał cicho Galahad.
Potaknęłam. Możliwe, że niczego nie wskóram. Kto wie, może w ogóle nie było czym się martwić. Choć to pewnie płonna nadzieja.
– Merlin już tam jest – przypomniał mi Galahad, a ja znów skinęłam głową.
Przeszliśmy przez tereny zamkowe i wkroczyliśmy do Wielkiej Sali. To wspaniałe pomieszczenie zostało wzniesione przez moich przodków. Wysokie sklepienie wspierały masywne kamienne kolumny, na których wyrzeźbiono sceny z historii Pendrathu. Ściany pokryte były wielobarwnymi gobelinami przedstawiającymi chwalebne bitwy i podboje. Oczywiście utkana na nich historia została skrupulatnie wybrana. O rodzinie królewskiej można się wiele dowiedzieć z tego, co postanowiła uwiecznić – a jeszcze więcej z tego, co postanowiła zapomnieć.
Tron mojego brata – tron króla – stał na podwyższeniu w głębi sali. Został wyrzeźbiony z ciemnego drewna i ozdobiony złotymi liśćmi. Całość pokrywał misterny wzór z cierni i róż. Po obu stronach stały dwa mniejsze trony dla innych członków rodziny królewskiej oraz Wysokiej Kapłanki. Nad podwyższeniem wisiał dumnie nasz rodzinny herb. Była to okrągła tarcza ze złotym smokiem pośrodku, otoczonym pierścieniem czerwonych róż. Skraj tarczy wieńczyły ciernie, a na jej szczycie widniała złota korona.
Nie mogłam uciec przed przyprawiającą o mdłości słodką wonią róż. Wisiała w powietrzu niczym chmura. Posadzka Wielkiej Sali, wykonana z wypolerowanego kamienia, była usłana dzikimi różami i sitowiem, splecionymi w skomplikowane supły. Wzdłuż ścian we wnękach stały wazy pełne róż, a nad nimi paliły się ogromne pochodnie oświetlające twarze zgromadzonych dworzan i szlachty.
Motyw Różanego Dworu był wszechobecny; pojawiał się nawet na strojach i dodatkach dworzan. Zgromadzona w sali szlachta z Camelotu nosiła się z przepychem – nieobce im były wspaniałe aksamity i jedwabie. Kobiety miały na sobie powłóczyste suknie ozdobione różami – wyhaftowanymi na delikatnych jedwabnych tkaninach lub w postaci dekoracji na brzegach rękawów bądź rąbkach spódnic. Niektóre nosiły również misterne nakrycia głowy ozdobione różami, a inne trzymały w dłoniach niewielkie bukieciki.
Mimo że w Wielkiej Sali było trochę rycerzy, którzy woleli nosić zbroje, to większość mężczyzn miała na sobie bardziej odświętne stroje – dublety i spodnie do kolan, wykonane z kosztownych tkanin. Na ich strojach również znajdowały się róże: w formie haftu albo koralików wyszywanych na rękawach czy kołnierzykach. W uchu jednego z mężczyzn zauważyłam kolczyk w kształcie róży wykonany z różowych pereł.
Kiedy zajęliśmy miejsce w tłumie, usłyszałam szmer rozmów. W powietrzu unosiło się pełne napięcia nerwowe oczekiwanie. Z łatwością mogłam sobie wyobrazić, o czym szeptano: „Co zrobi dzisiaj król?” i „Komu to zrobi?”.
Wiele ze szlacheckich rodzin przybyło ze swoimi najstarszymi synami. Nigdzie jednak nie było widać ich córek. Odkąd Artur zasiadł na tronie, rodziny przyprowadzały na dwór swoje niezaślubione córki na własne ryzyko.
Nikt mnie nie zauważył i chciałam, żeby tak pozostało. Przysunęłam się do wielkiej kolumny i stanęłam tuż za nią. Galahad podążył za mną bez słowa.
Kiedy spojrzałam na podwyższenie, nie mogłam uwierzyć własnym oczom. Mój najmłodszy brat, Kaye, zajął właśnie jedno z miejsc obok króla. Jego małe, smukłe ciało nie pasowało do wielkiego tronu. Nerwowo się wiercił, a jasnobrązowe włosy opadały w nieładzie na twarz, jakby nie były czesane od kilku dni. Kaye lekko się uśmiechał, ale widziałam, że denerwuje się byciem na widoku.
Zaciskając dłonie w pięści, próbowałam zrozumieć, po co Artur wezwał go na podwyższenie. Miałam złe przeczucie. Przeniosłam wzrok na drugą stronę podwyższenia, gdzie kolejne miejsce zajęła kapłanka. Merlin, Wysoka Kapłanka Świątyni Trzech Sióstr, Strażniczka Świętego Płomienia, Wyrocznia Sekretnych Tajemnic i Strażniczka Niebiańskiego Sanktuarium, była piękną kobietą w średnim wieku. Jej oblicze emanowało inteligencją i wnikliwością. Jedwabiste i czarne jak heban włosy ze srebrnymi pasemkami były splecione w kłos i upięte wokół głowy. Nosiła nieskazitelnie białą powłóczystą szatę, ozdobioną złotą i srebrną nicią. Materiał został elegancko udrapowany wokół jej powabnej figury.
W przeciwieństwie do Kaye’a Merlin siedziała na tronie prosto i dumnie. Ręce skrzyżowała na kolanach, a długie, rozkloszowane rękawy jej sukni spływały po obu stronach siedzenia niczym łabędzie skrzydła. Dzięki wydatnym kościom policzkowym i przenikliwym oczom była uderzająco piękna. Pełne wargi z determinacją zacisnęła w wąską kreskę, co dodawało jej władczego wyglądu. Wszystko w kapłance wskazywało na to, że z jej zdaniem trzeba się liczyć.
Jeszcze bardziej schowałam się za filarem. Wątpiłam, żeby Artur mnie zauważył, ale co do Merlin nie mogłam być tego taka pewna. Zdecydowanie była spostrzegawcza.
Pośrodku, na Różanym Tronie, siedział Artur. Jego brązowe włosy zostały wystylizowane zgodnie z panującą na dworze modą. Na puklach spoczywała złota korona, która lśniła w świetle. Jego ubiór jak zwykle ociekał bogactwem, dominowały w nim ciemnoczerwone i złote jedwabie oraz aksamit. Dublet i pończochy były wyhaftowane złotą nicią, a płaszcz został podszyty futrem z gronostajów.
Król spojrzał przeszywającym wzrokiem na dworzan, a na jego ustach zagościł szyderczy uśmieszek. Oparł głowę na dłoni, przybierając znudzoną i nadąsaną pozę.
Poczułam ulgę, a moje serce zwolniło swój rytm. Jego znudzenie dobrze wróżyło. Z pewnością okazałby więcej zainteresowania, gdyby podczas procesu miało wydarzyć się coś ważnego.
Artur machnął dłonią i w sali nagle zapadła cisza.
– Wprowadzić więźnia. – Rozległ się pełen królewskiego autorytetu głos mojego brata.
Wtem ciężkie drewniane drzwi po prawej stronie sali stanęły otworem, a grupa strażników zaciągnęła młodego chłopaka do środka. Wydawał się młodszy ode mnie o kilka lat. Ręce miał związane za plecami, a jego ubranie było postrzępione i rozdarte, uwidaczniając ślady po uderzeniach bata na jego plecach.
Poczułam, jak żółć podchodzi mi do gardła. Ewidentnie Artur rozkazał swojej prywatnej straży wcześniej ukarać chłopca. Nie traciłam jednak nadziei. Może król uzna, że sprawiedliwości stało się zadość po tym, jak wymierzono mu chłostę.
Od razu poznałam, że chłopak ma w sobie krew fae i najwyraźniej nie byłam jedyna, bo w Wielkiej Sali aż zawrzało od rozmów. Jego skóra miała lekko fioletowy odcień, a włosy wyróżniały się niesamowitą niebieską barwą. Te cechy wyglądu nie były co prawda typowe, ale również nie niespotykane.
Widziałam, że chłopiec rozgląda się po ogromnym pomieszczeniu z desperacją i przerażeniem w oczach.
Siedząc na tronie Pendragonów na Różanym Dworze Camelotu, mój brat pochylił się do przodu.
– Jaką popełnił zbrodnię?
Pytanie było czystą farsą. Z pewnością Artur już znał na nie odpowiedź. Ale w końcu całość była jedynie spektaklem okrucieństwa. Biedny Kaye utknął obok Artura i został zmuszony do patrzenia i bezwiednej zgody.
Jeden ze strażników, którego nie kojarzyłam, wystąpił do przodu.
– Złapano go na kradzieży na rynku, Wasza Wysokość. Twierdzi, że przybył do miasta z jednej z mniejszych wsi, żeby znaleźć tu pracę, ale mu się nie udało.
Chłopiec opadł na kolana i zaczął szlochać.
– Wziąłem tylko jabłko, Wasza Wysokość. Jedno jabłko.
Mimowolnie zrobiłam krok do przodu, ale czyjaś dłoń złapała mnie za ramię. Obróciłam się i zobaczyłam, że Galahad delikatnie kręci głową. Widocznie pobladł.
Artur zignorował chłopca.
– A więc to złodziej – zadumał się i zabębnił palcami w podłokietniki tronu. – Ale z pewnością to nie wszystko. Powiedz mi prawdę, strażniku. To szpieg, prawda? Przybył na zwiady? Czyż Rheged nie wysyłało ostatnio coraz więcej szpiegów na nasze ziemie?
Strażnik odchrząknął. Widać było, że nie przećwiczył tej części przedstawienia, jednak nie zamierzał przeczyć słowom swojego władcy. Był tchórzem. Ale kim w takim razie byłam ja w porównaniu z nim?
– Tak jest, królu – oświadczył strażnik na tyle głośno, by słychać go było w całej sali. – Racja. Pewnie jest z Rheged.
Patrzyłam, jak usta mojego brata wykrzywiają się w okrutny uśmiech.
– Tak jak wszyscy tu zebrani dobrze wiecie, karą za kradzież jest strata ręki.
Płacz chłopca stał się głośniejszy. Im dłużej na niego patrzyłam, tym bardziej miałam wrażenie, że jest rówieśnikiem Kaye’a. Dopiero co był dzieckiem. Gdzie była jego rodzina? Czy porzucił ją w poszukiwaniu lepszego życia tylko po to, żeby skończyć w ten sposób?
Jestem pewna, że nie tak wyobrażał sobie ujrzenie skrawka słynnej Wielkiej Sali Różanego Dworu Camelot, złamany duchem i krwawiący na kamienną posadzkę.
Artur mówił dalej.
– Jednak szpiegowanie to już kompletnie inna sprawa. Tu kara jest poważniejsza. – Zamilkł, po czym powiedział jeszcze głośniej: – Wszyscy wiemy, że grozi za nie śmierć.
Szepty szlachty i dworzan przybrały teraz na sile. Usłyszałam, jak stojąca nieopodal kobieta sugeruje, że ciężka praca byłaby bardziej sprawiedliwa dla takiego chłopca. I choć mężczyzna obok niej szybko ją uciszył, to ucieszyłam się, że wśród szlachty istniał jeszcze odruch miłosierdzia.
Chłopiec przyciskał dłonie do podłogi i wydawał z siebie łamiący serce szloch.
– Błagam cię, mój królu – zapłakał – miej dla mnie litość. Czy nie jestem jednym z twoich poddanych? Przysięgam, że żaden ze mnie szpieg! Tak, popełniłem błąd. Pozwól mi za niego zapłacić i przyjmij moją szczerą skruchę.
Wystawił przed siebie drżącą dłoń i zamknął oczy.
Mój brat przez chwilę przyglądał mu się w ciszy, a zebrani zamilkli.
– Cóż, tak właśnie powiedziałby szpieg, prawda? – Artur rozejrzał się z beztroskim uśmiechem na twarzy, jakby spodziewał się, że wszyscy wokół odpowiedzą mu tym samym.
Słychać było śmiechy poniektórych pochlebców stojących bliżej podwyższenia, na co w nerwach uderzyłam pięścią w kolumnę, ocierając sobie knykcie.
– Jeśli mogę, Wasza Miłość… – Merlin powoli podniosła się ze swojego tronu. Jej ruchy były pewne i pełne gracji. Stanęła na skraju podwyższenia ze złożonymi dłońmi i spojrzała z góry na chłopca.
Przyglądałam się twarzy Artura i mogłabym przysiąc, że za wszelką cenę starał się zachować spokój.
– Kapłanko?
– Jeśli chłopak jest półfae, to dzięki swojej krwi mógłby być idealnym materiałem na akolitę. Jak wiesz, wielu mieszańców posiada szczątkową magię. – Merlin mówiła spokojnie i dumnie. Nie okazała chłopakowi ani krztyny współczucia. Patrzyła na niego eksperckim okiem i nic więcej.
– A potrafisz teraz stwierdzić, czy ma w sobie jakieś ukryte talenty? – zapytał król i znów zaczął bębnić palcami.
Zerknęłam na Galahada i zobaczyłam płomyk nadziei w jego oczach.
– Jeszcze nie, Wasza Miłość – odparła kapłanka. – Musiałabym zabrać go ze sobą do świątyni. Ale z czasem…
– Proszę o wybaczenie, królu, że ośmielam się wtrącać, ale czy mogę coś powiedzieć? – Znajomy złośliwy męski głos przerwał Wysokiej Kapłance.
Mężczyzna z przylizanymi blond włosami wyszedł przed grupkę szlachty zgromadzonej najbliżej podwyższenia.
Lord Agravaine Emrys.
Zacisnęłam szczęki, gdy patrzyłam, jak podchodzi. Lord Agravaine był najbliższym doradcą mojego brata i potrafił na niego wpłynąć. Na jego ustach malował się lekki uśmieszek, jakby uważał to wszystko za zabawne.
Mój brat machnął dłonią.
– Wierzę, że Wasza Wysokość pragnie okazać łaskę, ale błagam, żeby król nie pozwolił kobiecie o miękkim sercu wpływać na swój osąd… – Zerknęłam na Galahada i zobaczyłam jego pochmurną minę. Jak Agravaine śmiał mówić w ten sposób o Wysokiej Kapłance? – To przykra prawda, ale nisko urodzeni robią się coraz odważniejsi, a kradzieże na rynkach coraz powszechniejsze. Poza tym, jak sam król wspomniał, niefortunne pochodzenie chłopaka sprawia, że jest skłonniejszy do podstępów i oszustwa. Twoi strażnicy potwierdzili, że chłopak jest szpiegiem, więc zaufaj swojemu mądremu osądowi, Wasza Wysokość. Jedynie sroga kara sprawi, że ci ludzie zrozumieją, gdzie ich miejsce.
Widziałam, jak Merlin mruży oczy. Wydawało się, że chce coś powiedzieć, ale Artur już kiwał głową, podczas gdy Lord Agravaine z udawaną skromnością wycofał się w tłum.
– Dziękuję wam, Lordzie Agravaine i Wysoka Kapłanko. Jak zawsze wasze mądre rady są nieocenione.
Merlin z szacunkiem skłoniła głowę i z powrotem zajęła swoje miejsce obok Artura.
– Zostały mi zasugerowane dwie ścieżki, jednak dzisiaj muszę podążyć tą trudniejszą – kontynuował mój brat, szybko przybierając poważną minę. – Dla dobra królestwa, dla dobra całego Pendrathu, muszę wymierzyć sprawiedliwość. I to jak najszybciej. Dla takiej przebiegłej i nędznej kreatury jedyną odpowiednią karą jest śmierć.
Zgromadzony tłum wydał z siebie zduszone okrzyki, a mnie zaczęły się trząść dłonie. Już nie raz byliśmy świadkami okrutnych kar wymierzonych w Wielkiej Sali, ale ta… Ta była o wiele bardziej surowa i ostateczna.
Chciałam przedrzeć się przez tłum, pobiec do Artura i wypowiedzieć się tak jak Merlin. Ale znałam swojego brata. Byłam świadoma swojej niepewnej pozycji na dworze. Wiedziałam, że nic by to nie dało.
Przywódca grupki strażników wydawał się zagubiony. Wahał się, spoglądając to na chłopca, to na króla.
– No dalej, strażniku. – Niezadowolony Artur zacisnął wargi. – Wasz król wydał wyrok. Należy wykonać go natychmiast.
Przez sekundę strażnik wpatrywał się w niego z niedowierzaniem, kiedy doszło do niego, co musi zrobić. Po chwili zamknął usta i skinął głową.
Czułam, że Galahad się trzęsie. Złapałam go za ramię w geście pocieszenia, ale nie zamierzałam odwracać wzroku.
Strażnik dobył miecza z pochwy i podszedł do chłopaka, który siedział zrezygnowany ze spuszczoną głową.
Ostrze świsnęło w powietrzu i zobaczyłam rozbryzg szkarłatu.
Niektórzy dworzanie stali zbyt blisko, by uniknąć przykrych konsekwencji egzekucji. Salę przeszył chór krzyków – pełnych zgrozy i dziwnej fascynacji – gdy krew splamiła ich wytworne szaty.
– Cisza! – zagrzmiał Artur. Wstał i spojrzał na pozbawione głowy ciało chłopaka leżące na usłanej różami i trzcinami podłodze. Potem skinął głową i lekko się uśmiechnął, jakby wszystko poszło po jego myśli.
Odwrócił się i zszedł z podwyższenia.
Wreszcie pozwoliłam sobie spojrzeć na twarz mojego młodszego brata i od razu pożałowałam. Był blady i wyglądał, jakby miał zaraz stracić przytomność. Zaklęłam pod nosem i ruszyłam do przodu, ale Galahad znowu mnie złapał i wskazał coś palcem.
Merlin ponownie wstała ze swojego tronu. Podeszła szybko do Kaye’a i kucnęła obok niego, delikatnie kładąc mu dłoń na ramieniu. Nie wiem, co mu powiedziała, ale jej słowa zadziałały na niego kojąco. Patrzyłam, jak Kaye skinął głową, i poczułam ulgę.
Oczywiście Kaye też był księciem Pendrathu i drugim w kolejce do tronu, więc zdobycie jego wdzięczności leżało w interesie Merlin. Poznanie jego słabości też mogło jej pomóc.
Mimo to byłam wdzięczna za ten miły gest. Bez względu na to, jakie kryły się za nim motywy.
– To było… niespodziewane – odezwał się Galahad. Odwróciłam się do niego. Wyglądał na tak samo obrzydzonego jak ja. – Tak myślałem, że dostanie jakąś surową karę, ale chłopak już został wcześniej wychłostany i… – urwał.
– Nie sądziłam, że będzie to śmierć – powiedziałam cicho. – Śmierć za wyssane z palca zarzuty. Czemu to służyło?
W głębi serca znałam odpowiedź. Artur chciał zaznaczyć swoją pozycję. Pokazać szlachcie, jak szybko jego słowo staje się czynem.
– Podejrzewam, że król uczynił z niego przykład. Może za kulisami dzieje się więcej, niż nam się wydaje – powiedział Galahad. Oczywiście desperacko pragnął usprawiedliwić to, co się właśnie wydarzyło.
– Może – odparłam spokojnie. Nigdy nie potrafiłam otwarcie powiedzieć Galahadowi i Lancelet o tym, jakim według mnie królem będzie mój brat. Zwłaszcza że to z mojej winy zasiadł na tronie.
Uniosłam dłoń, zsunęłam kaptur i pomasowałam sobie głowę. Rano zwinęłam swój warkocz w ciasny koczek nad karkiem i nagle rozpaczliwie pragnęłam rozpuścić włosy.
– Przepraszam, Galahadzie, ale jestem bardziej zmęczona, niż sądziłam. Podziękuj, proszę, Merlin za to… cóż, za dodanie otuchy Kaye’owi.
Galahad skinął głową.
Zarzuciłam z powrotem kaptur na głowę i ruszyłam w stronę drzwi znajdujących się na lewo od podwyższenia.
Sala nadal była wypełniona szlachcicami i dworzanami. Ci, którzy byli we krwi, pewnie zostali taktownie wyproszeni, żeby ułatwić służbie sprzątanie.
Kiedy przechodziłam, moją uwagę przykuła znajoma twarz. Wysoki mężczyzna o kruczoczarnych włosach odziany w skórzaną zbroję opierał się o ścianę, stojąc z daleka od reszty tłumu. Spojrzenie utkwił w tronie – tronie Artura. Jego intensywnie zielone oczy płonęły determinacją.
Nagle uświadomiłam sobie, że to ten olbrzym z dziedzińca. Widziałam po jego minie, że targają nim silne emocje, i zastanawiałam się, co mogło wywołać w nim taką reakcję.
Delikatnie przekręcił głowę. Podążyłam za jego wzrokiem do miejsca, gdzie upadło ciało chłopca z krwią fae.
Zwłoki już zniknęły. Wynieśli je służący. Teraz inni zbierali zakrwawione trzciny i kwiaty, po czym wrzucali je do koszy, żeby potem je wynieść. Krew wkrótce zniknie z posadzki, a na jej miejscu pojawią się świeże róże. Za kilka minut nie będzie śladu po horrorze, którego byliśmy świadkami w imię sprawiedliwości naszego króla.
Spojrzałam ponownie na ciemnowłosego mężczyznę. Skrzywił się z wyraźnym niesmakiem na to, co tu zobaczył. Nie mogłam nic poradzić na to, że poczułam nutkę podziwu dla brutalnej szczerości wymalowanej na jego twarzy – choć było to ryzykowne zagranie.
Zanim zdołałam dojść do miejsca, w którym stał, i ukradkowo go minąć, oderwał się od ściany i wypadł jak burza z sali, a jego ciężkie kroki odbijały się po korytarzu echem.
Poszłam za nim wolniejszym tempem i skierowałam się ku schodom prowadzącym na wyższe piętra zamku, gdzie w jednej z wież mieściły się moje komnaty.
Moje ciało było zmęczone i ociężałe. Z trudem wlokłam się po płytkich kamiennych stopniach. Część mnie żałowała, że nie poszłam z Lancelet i że w ogóle wróciłam do Wielkiej Sali. Jednak dawno temu powiedziałam sobie, że przyglądanie się okrucieństwu Artura samo w sobie jest aktem oporu. A któregoś dnia zrobię o wiele więcej, żeby mu się sprzeciwić.
Mogłabym uciec teraz od przytłaczającej atmosfery zamku i pójść do ogrodów na wieczorny spacer.
Ale musiałam wziąć moje lekarstwo.
Mój ojciec, Uther Pendragon, miał trzy żony. Wszystkie już nie żyły.
Moją mamę, Igernę, spotkał tragiczny wypadek. Potknęła się i uderzyła głową w twardą kamienną ścianę, kiedy mój ojciec odwiedzał ją w komnatach w wieży. Od razu wezwał uzdrowicieli oraz Wysoką Kapłankę, ale nie zdołali jej odratować.
Tak brzmiała oficjalna wersja zdarzeń.
Druga żona mojego ojca była matką Artura. Miała na imię Ettarde. Była młoda i naprawdę piękna, ale z jej ust sączył się jad i miała wielu wrogów. Nie lubiano jej na dworze, zwłaszcza gdy została królową. Uwielbiała się śmiać, flirtować i dokuczać innym – i robiła to aż nazbyt dobrze. Wybrała swoje ulubienice spośród dam i stworzyła wokół siebie swój własny dwór. Nazywała go „Dworem miłości”, co zakrawało na ironię, bo nie żywiła wobec mnie żadnych cieplejszych uczuć.
Uchodziło jej to na sucho, ale zaczęła okazywać względy również mężczyznom i na tym skończyła się ograniczona tolerancja mojego ojca.
Ettarde została skazana na karę śmierci za zdradę z jednym z jego najlepszych przyjaciół, sir Pelleasem.
On zresztą też.
Po ich śmierci wyszło na jaw, że Ettarde urodziła ojcu syna, jeszcze zanim wzięli ślub.
Artura.
Ojciec sprowadził go na Różany Dwór, naradził się z doradcami oraz kapłanką i oświadczył, że jego nieślubny syn, którego spłodził z Ettarde, zostaje oficjalnie uznany za dziedzica.
I tak Artur zajął miejsce w kolejce do tronu Camelotu.
To był początek mojej zguby, ale wtedy jeszcze tego nie wiedziałam.
Może powinnam być zła. W końcu Artur urodził się, kiedy moja mama nadal żyła, a ja miałam zaledwie roczek.
Ale nie byłam.
Jako mała dziewczynka uwielbiałam Artura. Zawsze chciałam mieć brata. Gdy Artur bywał okrutny i kradł mi zabawki albo niszczył moje ulubione książki, tłumaczyłam sobie, że to nic dziwnego. W końcu stracił mamę. Myślałam, że potrafię zrozumieć tę złość. A Artur potrafił być bardzo uroczy, jeśli tylko chciał.
Enid była trzecią i ostatnią żoną mojego ojca. Była młoda, tak jak Ettarde, lecz pod każdym innym względem stanowiła jej całkowite przeciwieństwo. Enid była ładna, pulchna i miała łagodne usposobienie. Dokonała tego, czego nie uczyniła Ettarde – na pewien czas przywróciła spokój na Różanym Dworze. A przynajmniej tyle spokoju, ile się dało, mając za męża kogoś takiego jak mój ojciec.
Enid traktowała mnie tak, jakbym była jej rodzoną córką. Była dobra dla mnie i dla Artura, bez względu na to, jak okropnie się zachowywał. Byłam jej za to wdzięczna.
Zmarła przy porodzie Kaye’a.
Kiedy moja mama umarła, ojciec z początku był dla mnie miły.
Nigdy się nie dowiedział, że tamtego dnia leżałam pod łóżkiem.
Podejrzewałam, że i tak zżerały go wyrzuty sumienia, bo przez pierwsze miesiące po śmierci mamy był nadzwyczaj łagodny. A Uther Pendragon nigdy nie był łagodny.
Jakimś cudem zdołałam się powstrzymać, by go od siebie nie odepchnąć. Nawet jako małe dziecko wiedziałam, że nie mogę sobie pozwolić na takie ryzyko. Nie mogłam narażać się na gniew króla – nawet jeśli był moim ojcem.
Kiedy Ettarde została stracona, sytuacja się pogorszyła.
A kiedy Enid umarła przy porodzie, Artur i ja zaczęliśmy żyć w ciągłym strachu.
Ale ja żyłam w obawie przed gniewem króla na długo przed tym.
Podejrzewam, że ojciec uznał Artura za prawowitego syna, bo nie chciał, żebym to ja zasiadła na tronie.
Wedle prawa tron należał do mnie. To ja byłam pierwsza do objęcia korony.
Dopóki ojciec nie stwierdził, że moje mieszane pochodzenie było zbyt dużym problemem, żeby je zignorować.
Czy mój wygląd aż tak go raził?
Nigdy nie miałam idealnie ludzkich uszu. Nie były spiczaste jak u fae, ale nie były też całkiem zaokrąglone.
A może chodziło o moje włosy.
Zanim mama umarła, moje włosy były tak jasne, że wszyscy podejrzewali, że w przyszłości przybiorą blady odcień blondu albo będą złote jak u niej.
Ale kiedy odeszła, stały się popielate. A potem zrobiły się siwe.
Teraz byłam dwudziestoletnią kobietą z włosami jak u staruszki.
Może, jeśli będę miała szczęście, staną się nieskazitelnie białe, zanim skończę dwadzieścia pięć lat.
Szary nie był kolorem fae. Ich karnacja miała bardziej barwne odcienie. Jaskrawe zielenie, intensywne niebieskości, głębokie czerwienie. Kiedyś czytałam opowieść o fae z fioletowymi włosami i fiołkową skórą. Dla mnie brzmiało to przepięknie.
Ludzie z domieszką krwi fae rzadko mieli tak wyraziste cechy. W żyłach wielu rodów szlacheckich nadal płynęła domieszka krwi fae, ale coraz mniej z nich przybywało na zamek, wiedząc o niewypowiedzianych uprzedzeniach Artura.
Mieszańcy zwykle z łatwością wtapiali się w tłum. Na ogół nie kończyli zamordowani z zimną krwią przez własnego króla na oczach całego dworu.
Podejrzewałam, że w Wielkiej Sali było sporo szlachciców, którzy pochodzili od fae i tego dnia trzęśli się w butach z jeleniej skórki albo jedwabnych pantofelkach na widok króla, który bez wahania kazał ściąć chłopca fae pod byle wymówką.
Ogólnie rzecz biorąc, mieszańcy byli akceptowani. Jasne, bywali ofiarami okrutnego zachowania i wyśmiewani. Jednak mogli żyć swoim życiem. Brali śluby, rodzili dzieci i umierali jak reszta z nas – nie cieszyli się długowiecznością.
Ale królowa Pendrathu z krwią fae? Byłam wspomnieniem rasy, która według wielu już nie istniała. Nie mówiąc o tym, że przypominałam ojcu o żonie pochodzącej od fae, o której wolałby nie pamiętać.
Dlatego zdecydował, że nigdy nie zostanę królową.
W gruncie rzeczy chodziło o jedno – uważał, że nie jestem godna tego tytułu.
Łatwiej było zrozumieć, że po prostu wolał Artura. Artura, który przypominał mu samego siebie z dawnych lat. Artura, który był silny, twardy i miał w sobie nutę nikczemności, którą według mojego ojca powinien szczycić się każdy dobry władca.
Więc niedługo po tym, jak zginęła Ettarde i Artur stał się prawowitym synem, a Uther poślubił Enid, wydano kolejne obwieszczenie.
Morgana Pendragon, córka Uthera i Igerny, nie jest już dziedziczką tronu Pendrathu.
Zamiast tego zostanie oddana Świątyni Trzech Sióstr, gdy osiągnie wiek dwudziestu jeden lat.
Artur Pendragon zostanie przyszłym królem Pendrathu. Dla mojego ojca wszystko to było bardzo proste i bardzo wygodne.
Oficjalnie nadal byłam księżniczką z królewską krwią, bez względu na to, jak mętna była od domieszki krwi fae.
Nie odesłał mnie, nie wyrzekł się mnie. Nie zrobił nic okrutnego. Nie, to było bardzo… łaskawe.
Po prostu nie miałam zostać królową.
Ale nieoficjalnie od tego dnia stałam się wyrzutkiem na Różanym Dworze.
Inni zadecydowali o moim losie, zanim dorosłam na tyle, by zakwestionować ich zdanie.
