140 osób interesuje się tą książką

Opis

Michaela Klevisová - królowa czeskiej literatury detektywistycznej. Dwukrotna zdobywczyni nagrody Jiřiego Marka za najlepszą powieść kryminalną!

 

Literacka uczta! Nie tylko dla miłośników kryminału

Marta Guzowska

Laureatka Nagrody Wielkiego Kalibru

 

W lasku miejskim na peryferiach Pragi zostaje zamordowana młoda kobieta. Czy jej podobieństwo do córki mieszkającej w pobliżu dziennikarki jest przypadkowe? Śledztwo rozpoczyna inspektor Bergman.

 

Powieść Michaeli Klevisovej to doskonałe studium psychologiczne i obraz społeczeństwa, w którym pod powłoką pozornej normalności skrywają się tajemnice i pragnienia.

 

Inspektor Bergman - dwukrotnie rozwiedziony miłośnik kotów, wielbiący porządek i rzeczowość. Empatyczny, stanowczy i systematyczny. W pracy pomagają mu podwładni: Sylwia Rolnik i Adam Danesz. Kroki mordercy to pierwsza część cyklu z inspektorem Bergmanem.

 

Tak jak koty chodzą własnymi drogami, tak Michaela Klevisová obrała własną ścieżkę w literaturze gatunkowej. I odniosła sukces. Po tej lekturze każdy czytelnik będzie miau satysfakcję.

Marta Matyszczak

 

To więcej niż powieść kryminalna, to więcej niż historia obyczajowa! Tutaj wszyscy zdają się być uwikłani w tajemnice i kłamstwa, a zbrodnie to jedynie pretekst, by prawda o nich wyszła na jaw. Dobrze, że "Kroki mordercy" to dopiero początek serii, bo takich opowieści chcemy więcej i więcej! 

Olga Kowalska z WielkiBuk.com

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 542

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


PROLOG

Wyspa Belle-Île, Bretania, Francja, 20 czerwca 1975

Najgorszy dzień jej życia zaczął się całkiem normalnie.

Malowała się. Podkreśliła powieki czarną kreską, rzęsy obciążyła trzema warstwami tuszu, a wargi wypełniła ceglastą szminką, którą tydzień wcześniej kupiła sobie z rozrzutności na paryskim dworcu Gare de l'Est. Stanęła bokiem do lustra i uśmiechnęła się na widok swojej szczupłej sylwetki w białej tunice i brązowych spodniach z kantem. Wyglądała dokładnie tak, jak chciała: efektownie, a jednocześnie naturalnie. W tym stroju mogła spacerować po klifie, a potem zamienić tenisówki na sandały i iść do restauracji na obiad. Julia z radością zauważyła, że kobieta w pozłacanej florenckiej ramie wygląda na spokojną. W głębi duszy drżała. Przyszło jej na myśl porównanie do gitary, w której struny ktoś uderzył z całej siły. Ale na zewnątrz nie dawała po sobie niczego poznać. Absolutnie niczego. Ucieszyło ją, że tak dobrze nad sobą panuje.

Podeszła do okna mansardy. Biały domek, w którym mieszkała jej przyjaciółka Kamila z mężem Jacquesem, stał na prostokątnym rynku miasteczka Locmaria. Julia zmierzyła wzrokiem plac z kościółkiem i studnią pośrodku, przez większość dnia zalany słońcem i całkowicie wyludniony. Wychyliła się, żeby lepiej widzieć domki z niebieskimi okiennicami, zdobione kiśćmi hortensji. Przypomniała sobie podniecenie, które ogarnęło ją, gdy Kamila przywiozła ją tu tydzień temu. Julia po raz pierwszy w życiu wyjechała na Zachód. Po czterech latach rozłąki spotkała się ze swoją najlepszą przyjaciółką. To był najpiękniejszy prezent, jaki mogła sobie dać na dwudzieste trzecie urodziny.

Zaskoczyło ją, że Kamila żyje w tak idyllicznym miejscu, w którym czuć atmosferę ze starych pocztówek sanatoryjnych. I – dlaczegóż by tego nie przyznać – trochę oburzało to, że przyjaciółka traktuje swój piękny dom jak coś oczywistego, nie dba o ogród i nawet opiekę nad dzieckiem zazwyczaj pozostawia Jacquesowi. W trakcie wizyty Julii Kamila kilka razy zamknęła się w sypialni, z której pół godziny później wracała z zapłakanymi oczami. To małżeństwo najwyraźniej miało problemy. A Julia instynktownie wyczuła, że z powodu długiej rozłąki zaczynają się pojawiać rysy również na jej przyjaźni z Kamilą.

Znała ją od dziecka. Zaprzyjaźniły się w przedszkolu w rodzinnych Teplicach. Obie przeżyły pierwszą miłość podczas obowiązkowych zbiorów chmielu, zdały maturę z wyróżnieniem, czytały Appolinaira, pisały do gazet studenckich, złożyły podania na historię sztuki na uniwersytet w Pradze, zdały egzaminy, a przez cały pierwszy semestr musiały pracować w mleczarni, żeby „poznać życie klasy robotniczej". Obie były tak oszczędne, że same szyły sobie ubrania, a włosy rozjaśniały nad umywalką utleniaczem. Fizycznie były do siebie podobne do tego stopnia, że ludzie brali je za bliźniaczki. Lecz cztery lata temu ich życia gwałtownie się rozeszły. Julia do dziś studiowała i mieszkała w Pradze, natomiast Kamila przeprowadziła się tutaj, między te pobielone ściany. Miała dom, męża, dziecko. A to wszystko tylko dzięki temu, że pięć lat wcześniej na placu Wacława pewien francuski turysta spytał ją o drogę na zamek praski, a ona zaprowadziła go aż na Hradczany. Dziwne, że ci dwoje się w sobie zakochali – intelektualistka i robotnik portowy, mężczyzna z ludu. Kamila niespodziewanie zaszła w ciążę, wyszła za mąż i wyprowadziła się do Bretanii. Julia nie widziała jej od lipca 1970 roku. Ale bardzo często o niej myślała.

Teraz przerażona uświadomiła sobie, że każdy cień na szczęściu przyjaciółki przynosi jej złośliwą rozkosz. Kiedy Kamila wyjechała, Julię długo męczyła tęsknota i zazdrość. Lecz tęsknota z miesiąca na miesiąc słabła, natomiast zazdrość rozrastała się jak rak. Julia brzydziła się sobą. Ale jak zmienić swoje uczucia? Można sobie uświadomić, że są złe, można się za to nienawidzić, można próbować je ignorować, ale raczej nie uda się ich odegnać tylko dlatego, że się nam nie podobają.

Wycieczka na Belle-Île nie była nawet w połowie tak przyjemna, jak spodziewała się Julia. Najbardziej niepokoił ją mąż Kamili. Miał czarne oczy, zmierzwione brwi i preferował luźne, pogniecione i brudne ubrania. Wszystko robił z papierosem w dłoni, a Julia czuła, że jest cały przesiąknięty dymem. Tytoniem pachniał jego ulubiony fotel, ręcznik w łazience i gazeta, którą przez chwilę przeglądał. Podczas minionych siedmiu dni często spotykała się z tym mężczyzną wzrokiem. Na początku widziała w nim ostrożną ciekawość, jakby ten zaniedbany Francuz patrzył na nią niczym na jakieś egzotyczne zwierzę, które go fascynuje, ale jednocześnie przeraża. Później trochę rozluźnił się w jej towarzystwie. W ostatnich dniach jego spojrzenie zawierało coś więcej niż zainteresowanie obserwatora. Julia nie była już dla Jacquesa tylko dziwną istotą ze Wschodu, która nie potrafi korzystać z ekspresu do kawy, nigdy nie jadła krewetek i wytrzeszcza oczy na widok pełnych półek wiejskiego sklepu spożywczego. Ten mężczyzna – mąż jej najlepszej koleżanki – jej pragnął. Schlebiało jej to, ale jednocześnie przerażało. Na szczęście większość czasu spędzali w czwórkę: ona, Kamila, Jacques i ich czteroletnia córka Dominique. Jacques pracował jako zarządca portu w Le Palais, dokąd codziennie przed świtem wyjeżdżał, a wracał po południu. Dotychczas nigdy nie został z Julią sam na sam.

Ale dziś Kamila wybiera się na ląd do lekarza. Potem zrobi zakupy i wróci promem dopiero o szóstej. Uzgodnili, że Julia spędzi ostatni dzień na Belle-Île w towarzystwie Jacquesa i dziecka.

Praga, 24 października 2006

Julia usłyszała, że przed domem zatrzymuje się auto. Dźwięk silnika brzmiał obco, lecz mimo to zaczęła nasłuchiwać. Przerwała pisanie i rzuciła okiem na zegar z wahadłem wiszący nad stołem. Za dziesięć jedenasta. To nie może być on! Przyjedzie dopiero tak za godzinę, z pewnością nie wcześniej. Zawsze odwiedzał ją koło północy, w czasie, kiedy okna wszystkich domów przy ulicy Krokusowej były już ciemne, a chodniki puste. Tak się umówili. Żadne z nich nie chciało, żeby ktoś go tu zobaczył. „Jeśli dziś przyjechał wcześniej, to popełnił wielki błąd" – pomyślała Julia i wstała od stołu. Około jedenastej Joanna Truskawka z sąsiedniego domu chodzi na spacer z psem. W willi naprzeciw również jeszcze nie śpią… Julia podeszła do okna w przedpokoju i odsłoniła firankę dokładnie w chwili, kiedy kierowca zatrzasnął drzwi. Poczuła ulgę. Przy chodniku nie stał znajomy ciemny sedan, tylko małe czerwone autko, jakie zazwyczaj kobiety sprawiają sobie na jeżdżenie po sklepach. Oddalał się od niego młody mężczyzna w skórzanej kurtce – ciekawe, do kogo przyjechał? Julia była pewna, że mężczyzna nie mieszka przy ulicy Krokusowej i że nigdy wcześniej go nie widziała. Wiedziała, że nie powinna podglądać, skoro sama nie chce, by ludzie naruszali jej prywatność, ale mimo to patrzyła na młodzieńca, dopóki nie znikł jej z zasięgu wzroku. Potem z westchnieniem wróciła do stołu. Leżał na nim otwarty zeszyt szkolny, zapisany szybkim, zamaszystym, niedbałym pismem. Wersy wiły się jak węże, a niemal każde słowo kończyło się ostrym, długim, jakby agresywnym pociągnięciem. „Moja terapia" – pomyślała Julia. – „Już po tym strasznym piśmie widać, jak bardzo jej potrzebowałam".

Wzięła do ręki długopis i przyłożyła go do kartki. Dziwne, że po trzydziestu jeden latach przypominają się jej takie szczegóły jak kolor okiennic domku Kamili. Może skupia się na nieistotnych detalach właśnie dlatego, że istotne elementy tej historii próbowała przez wiele lat wyprzeć z pamięci. Na próżno.

Chciała zostać cały dzień w domu i czekać na Kamilę, ale Jacques oświadczył, że zaplanował wycieczkę. Po krótkiej wymianie zdań wyruszyli jego poobijanym renaultem na przylądek Pointe des Poulains na północnym zachodzie wyspy. Pomimo nadciągającej burzy Jacques upierał się, że spacer wokół latarni morskiej jest obowiązkiem każdego turysty odwiedzającego Belle-Île.

Ciągle mówił, a Julię trochę to denerwowało. Wprawdzie dość dobrze rozumiała język francuski, ale Jacques miał dziwny, twardy akcent, typowy dla Bretończyków.

– Będziesz zachwycona. Obiecuję. Pointe des Poulains to najpiękniejsze miejsce na Belle-Île. Podczas wakacji okupują je tłumy turystów, ale założę się, że dziś będziemy pod latarnią zupełnie sami. Przejdziemy się po skałach. Trochę wieje, ale dzięki temu przynajmniej zobaczysz porządne fale.

Zwolnił, kiedy mijali stado owiec, rozglądające się po okolicy.

– Mhm – mruknęła Julia, ponieważ przy swoim ograniczonym słownictwie nie potrafiła odpowiedzieć po francusku żadnym sensownym zdaniem.

Jacques postukał stawami palców w szybę auta. Nieogrodzone pastwisko gwałtownie opadało ku brzegowi, a dalej już tylko kłębił się Atlantyk. Kolor wody przechodził od przejrzystego turkusu poprzez błękit do rtęciowej szarości.

– Pięknie, nie?

Spojrzał na Julię, a ona zauważyła, że oczy błyszczą mu z zachwytu.

– Mhm – odpowiedziała banalnie.

– Lubię sztorm. Oczywiście pod warunkiem, że nie jestem akurat w pracy. W zeszłym roku w grudniu była tu piekielna zawierucha. Wiatr sto osiemdziesiąt kilometrów na godzinę. Fale pryskały aż na górę przy latarni, a skały mają tam dziesięć-piętnaście metrów. Wyobrażasz sobie?

Julia wzruszyła ramionami.

– Nie – odparła zgodnie z prawdą. – Byłam nad morzem tylko raz – dodała powoli. – W Jugosławii. Wyglądało spokojnie. Przypominało basen.

Zaskoczyła go.

– Powinnaś częściej podróżować, Julio. Im więcej miejsc poznajesz, tym większą liczbą żyć żyjesz. Nie lubisz przygód? Nie przepadasz za ryzykiem? Nie chcesz poszerzać swoich horyzontów?

Rozmowa zmierzała w kierunku, który się jej nie podobał. Wiedziała, że trzy ostatnie zdania nie dotyczyły podróży. Prawdopodobnie Jacques sugerował, że powinna poszerzyć swoje horyzonty poprzez seks z żonatym zarządcą portu w Le Palais.

– Co na tym przylądku jest takiego wyjątkowego? – wróciła surowym tonem do poprzedniego tematu.

Jacques mlasnął niezadowolony.

– Po prostu podoba się ludziom. Mnie trudno to oceniać, bo znam go od dziecka. W szkole prowadzaliśmy tam dziewczyny i podciągaliśmy im sukienki, schowani za twierdzą Sary Bernhard. – Zaśmiał się. – Znasz Sarę Bernhardt, tę aktorkę? W XIX wieku kupiła byłą twierdzę wojskową na Pointe des Poulains i przebudowała ją na letnią rezydencję. Teraz okna są tam zabite deskami, a drzwi zarastają chwastami. Popada w ruinę. – W kąciku ust zaczął mu się intensywnie ruszać papieros, nieodzowny dodatek, bez którego Francuzi chyba nie wychodzą z domu.

Julia nie odpowiedziała. Zmroził ją widok pastwiska pod ciężkim niebem. Nagle poczuła niemal pewność, że przyjazd na Pointe des Poulains był błędem.

Brzeg na Pointe des Poulains rozrywają fale, odgryzające z czarnych skał coraz to nowe i nowe kęsy. W wietrzne dni ocean wyje tu i zawodzi prawie ludzkim głosem.

– To płacz dusz utopionych marynarzy – oświadczył patetycznie Jacques, gdy Julia spytała go o te dziwne dźwięki.

„Jakież to przytłaczające" – pomyślała, ale zostawiła tę uwagę dla siebie. Jacques dobrze przewidział, że na przylądku będą sami. Bardzo się ochłodziło, a Julia w cienkim swetrze trzęsła się z zimna.

Niebo nad morzem było grafitowe, a w dali co jakiś czas rozlegały się grzmoty, ale Jacquesa pogoda wcale nie niepokoiła.

– Burza dotrze tu najwcześniej za pół godziny. Wierz mi, znam się na tym. Osiem lat pracuję w porcie. Znam Atlantyk jak własną kieszeń. Ty się boisz, księżniczko?

Zrobił Julii zdjęcie przed latarnią. Kiedy zaprowadził ją na skraj urwiska i zmusił, by spojrzała w dół, od wysokości skał i huku fal zakręciło się jej w głowie. Coś do niej krzyczał, ale wiatr wyrywał słowa z jego ust.

– Kręci mi się w głowie – odpowiedziała, mocno ściskając drobną dłoń Dominique. Wystarczyłby jeden fałszywy krok, a już nigdy nie wsiadłaby do renaulta Jacquesa, nie rzucałaby z promu mewom kawałków bagietki, nie wyganiałaby karaluchów spod materaca łóżka w akademiku, nie zazdrościłaby Kamili życia we Francji. Czy wiatr może porwać ją w dół?

– Naprawdę się boję. I przecież jest z nami dziecko! Niepotrzebnie ryzykujemy, Jacques. Chcę wracać – powiedziała zdecydowanie.

Lecz Jacques wciąż twierdził, że muszą się trochę przejść.

Szli po szczytach skał porośniętych trawą i janowcem, którego intensywnie żółte kwiaty wzbogacały słone powietrze zapachem kokosów.

Zatrzymali się po około pięciuset metrach. Patrzyli na dziwaczne kształty skał obijanych przybojem. Ze spokojną oczywistością, niemal jak przyjaciele, oparli się o siebie ramieniem, a  po chwili oboje się odsunęli. Spojrzeli na Dominique. Kucała przy krzakach i zrywała kwiaty. Wiatr czochrał jej włosy.

– Bądźmy wobec siebie szczerzy, Julio. Chcę być z tobą sam na sam. I wiem, że ty ze mną też. Wracajmy do domu. Kamila wróci dopiero za dwie godziny.

Kiedy nie odpowiadała, Jacques nieustępliwie kontynuował:

– Jeśli nadejdzie porządny sztorm, możliwe, że wieczorne promy zostaną odwołane, a Kamila będzie musiała przenocować na lądzie.

– A Dominique? – usłyszała swój głos Julia, pomimo iż poprawna reakcja powinna wyglądać całkiem inaczej.

– Zaprowadzę ją do sąsiadów. Przyjaźni się z ich córką.

– A jak to wyjaśnisz Kamili? Słuchaj, ja nie chcę… Kamila to moja przyjaciółka. Nie przyjechałam tu do niej, żeby…

– Powiem sąsiadom, że chcę cię zabrać na kolację do Le Palais, a Dominique jest już zmęczona.

Żeby nie musieć odpowiadać, Julia uwolniła się z objęcia Jacquesa, wzięła go za rękę i zaprowadziła na skraj urwiska. Poryw wiatru uderzył ją w piersi tak gwałtownie, że się zachwiała, ale dzielnie podeszła do przepaści. Czterometrowe fale rzucały się na skały sterczące z wody niczym czarne, wilgotne menhiry. Jacques miał rację, gdy mówił, że podczas sztormu morze jest najpiękniejsze. W tym, jak masy wody wdzierały się na brzeg i rozpryskiwały o skalny mur, było coś upojnego. Julię ogarnęło podniecenie, jakby robiła rzecz niebezpieczną i zakazaną, a przecież tylko stała z obcym mężczyzną na skraju urwiska i patrzyła, jak niebo ciężeje nad Atlantykiem. Na nic więcej się nie zdecyduje, więc dlaczego czuje się tak brawurowo, tak odważnie?

Jacques zdecydował za nią. Obrócił ją ku sobie i zamierzał pocałować.

Potem stało się coś strasznego.

Julia odłożyła długopis i oparła się w fotelu. Czuła zmęczenie, jakby wykonała ciężką, fizyczną pracę. A przecież tylko siedziała i pisała. Wypisała się z bólu, wyrzutów sumienia i poczucia winy. Po raz pierwszy po trzydziestu jeden latach.

Pisała w trzeciej osobie – wydawało się jej to mniej osobiste, mniej raniące. Lecz mimo to nie potrafiła zwierzyć się kartce ze wszystkiego. Dokończy opowieść, gdy zbierze potrzebną odwagę. Ale na dziś wystarczy już wspomnień.

CZĘŚĆ I PIERWSZE MORDERSTWO

ROZDZIAŁ 1

Praga, 25 października 2006

W nocy przed tym, jak w parku leśnym na końcu ulicy Krokusowej została znaleziona zamordowana dziewczyna, Julia Keller nie mogła usnąć. Było tak cicho, że wyraźnie słyszała dzwony z wieży Świętego Macieja. Wprawdzie kościółek znajdował się zaledwie nieco ponad kilometr od jej domu, ale za dnia dźwięk jego dzwonu ginął w hałasie drogi czteropasmowej, otaczającej dzielnicę willową niczym rozwarta obręcz. Julia starała się unikać zatłoczonych tras. Nie lubiła metropolii, jej smrodu, anonimowości, ulic zaścielonych śmieciami. Ale urodziła się w mieście, od pięćdziesięciu czterech lat oddychała powietrzem skażonym przez smog i nigdy nie znalazła w sobie odwagi na tak radykalną zmianę jak przeprowadzka na wieś.

Możliwe, że pozostała w Pradze głównie z powodu swojego domu na Dejvicach, na wzgórzu zwanym Baba. Po rozwodzie przypadła jej willa z początku dwudziestego wieku z odłażącym szarym tynkiem i balkonem, który od lat groził zawaleniem. Dom był zaniedbany i bynajmniej nie należał do praskich perełek architektonicznych, tak chętnie podziwianych przez turystów. Mimo to Julia ceniła nieco posępną atmosferę kamiennych schodów łączących drzwi wejściowe zdobione witrażem z niemal całkowicie zarośniętą ścieżką zanurzającą się w ogrodzie i bujną zielenią, której od lat nie dotknęła ręka ogrodnika. Dokładnie taki ogród Julia zawsze pragnęła mieć, ale dopóki mieszkała tu ze swoim mężem, nie mogła sobie na niego pozwolić. Ludwik prawie codziennie biegał wokół domu z kosiarką lub sekatorem jak samozwańczy architekt krajobrazu. Wszystkie linie żywopłotu musiały zachowywać harmonię, jednolitości trawnika angielskiego nie mógł szpecić żaden chwast. Gdy Ludwik odkrywał pojedynczy mniszek, ostrożnie wycinał go scyzorykiem. Był opętany porządkiem i dyscypliną – wartościami obcymi Julii. Dlatego od rozwodu sekator odpoczywał w szopie, a Julia z radością obserwowała, jak przyroda się rozrasta, wyciąga macki na wszystkie strony i zmienia pomysły Ludwika (niezbyt oryginalne) według własnego uznania.

Jesienią widok z okna przypominał Julii obraz impresjonistyczny. Ciężkie gałęzie przerośniętych krzewów pochylały się ku ziemi, a liście mieniły się na nich dziesiątkami odcieni zieleni, brązu i żółci. Spadały w wysoką trawę, skąd nikt ich nie zgrabiał i gdzie gniły, dopóki nie przykrył ich śnieg. Kiedy Julia przymykała powieki, nie widziała granicy między krzewami i trawnikiem. Po pniu starej jabłoni piął się bluszcz, wygięte gałęzie dzikiej róży zanurzały się w kępach turzycy. Julia nie rozumiała, jak ktoś może woleć pięciocentymetrowy trawnik umęczony kosiarką i okaleczone krzaki przycięte w nienaturalne kształty. Skąd ludzie biorą w sobie bezczelność do narzucania swoich poglądów przyrodzie, z której się wywodzą? Julia całym sercem kochała swój swobodnie rozrastający się ogród. Gdy ogarniał ją smutek lub wracały złe wspomnienia, uspakajała się widokiem szerokiej palety zieleni i brązu za swoim oknem. Teraz również wstała z łóżka, po ciemku podeszła do okna i z radością wpatrywała się w gąszcz. Dzwon Świętego Macieja właśnie wybił wpół do drugiej.

Wtedy to zobaczyła. Błysk ruchu w przestrzeni pomiędzy dwoma krzakami, oświetlonej światłem księżyca. Ludzka sylwetka na chwilę zastygła, a po sekundzie zniknęła w cieniu. Julia za drżała. Próbowała dojrzeć w ciemności coś więcej. Ktoś jest w jej ogrodzie. Kto? Co tam robi? Żołądek ścisnął się jej ze strachu. Nie bała się o siebie – była przecież w zamkniętym domu. Martwiła się o koty. Miała ich łącznie dwanaście i kochała je porywczą, altruistyczną miłością, jakiej – co przyznawała niechętnie – nigdy nie czuła do męża, a może nawet do dzieci. Wiedziała, że niektórzy sąsiedzi obgadują ją z powodu tej hodowli. Po rozwodzie przylgnęła do niej łatka dziwaczki lubiącej zwierzęta bardziej niż ludzi. Nie zamierzała jednak niczego w swoim życiu zmieniać. Przecież po dotychczasowych perypetiach życiowych ma pełne prawo do nietypowego hobby.

O jej łydkę otarło się jedwabiste futro rudego kota – Pana Ministra. Przed czterema laty, krótko po rozwodzie Julii, przyszedł pod drzwi i bardzo szybko zastąpił Ludwika Kellera w roli pana domu. Miał mądry wzrok, a Julia często przyłapywała się na tym, że przypisuje mu ludzkie cechy i motywacje. Zawsze, kiedy ogarniały ją obawy lub melancholia, Pan Minister przytulał się do niej, jakby chciał ją pocieszyć. Teraz również podbiegł i głośnym mruczeniem domagał się uwagi.

Lecz nie było czasu na czułostki. Julia delikatnie odsunęła kota, otworzyła okno i wychyliła się w noc. Znów zadrżała. Wprawdzie w drugiej połowie października słońce w dzień wciąż grzało jak w lecie, ale po zmroku temperatura szybko spadała. Łagodny wietrzyk szeleścił liśćmi jabłoni. Poza tym panowała cisza. Julia wytężała słuch, ale nigdzie nie rozlegał się dźwięk kroków ani żaden inny podejrzany hałas. Może się jej przywidziało? Nie ma powodów do paniki.

Po ciemku bała się sama wyjść z domu, postanowiła więc poczekać do świtu i wtedy sprawdzić ogród. Zamknęła okno i w nagłym przypływie strachu zaciągnęła zasłonę. Zazwyczaj chciała przez wszystkie okna widzieć niebo, ale teraz nie mogła pozbyć się wrażenia, że jeśli włączy światło, intruz będzie ją obserwować. Wracanie do łóżka nie miało sensu. Julia narzuciła na ramiona szlafrok, włączyła czajnik i wsypała do filiżanki dwie czubate łyżeczki kawy rozpuszczalnej. Oczywiście mogłaby zadzwonić na policję, ale co by powiedziała? Nie potrafiłaby udowodnić, że po jej ogrodzie chodził ktoś obcy. Właściwie już nie była pewna, co widziała. To była jedna z nielicznych sytuacji, gdy żałowała, że mieszka sama. Gdyby w pokoju na górze spała Klara lub Michał, obudziłaby ich i razem wyszliby przed dom. Ale ani jedno z dorosłych dzieci nie chciało żyć z nią pod jednym dachem.

Potrząsnęła głową, żeby odgonić nieprzyjemne myśli. Nie chciała grzebać w przeszłości i zastanawiać się, dlaczego zawiodła jako żona i matka. Usiadłszy przy stole kuchennym, popijała kawę i wzdrygała się przy każdym cichym dźwięku. Był to mimowolny strach. Julia wiedziała, że z wnętrza jej starego domu często dobiegają trzaski i jęki, których nie trzeba się bać.

O szóstej rano stwierdziła, że na zewnątrz jest wystarczająco jasno, by sprawdzić ogród. Znów otworzyła okno i wyjrzała na zewnątrz. Wszędzie panował zastygły spokój, typowy dla pory brzasku. Powietrze było mroźne, a krzaki w miękkim porannym świetle wyglądały jak scenografia przedstawienia teatralnego o Śpiącej Królewnie. Julia włożyła kalosze, do jednej ręki wzięła konserwę z karmą dla kotów, a do drugiej ciężką metalową latarkę. Najpierw pomyślała, że uzbroi się w pogrzebacz, ale nie chciała, żeby zobaczył ją z nim któryś z sąsiadów. Latarka była dyskretniejsza, a w razie potrzeby również mogła posłużyć jako broń.

Wzięła ze sobą też torebkę z witaminami dla zwierząt. Zamówiła je przez Internet, a pracowniczka wirtualnego sklepu osobiście je wczoraj przywiozła. „Świetna obsługa" – pomyślała Julia. Może w ten sposób mogłaby kupować wszystkie artykuły zoologiczne? Są tam tańsze, a Julia nie lubiła szastać pieniędzmi. Z drugiej strony – wpuszczanie do domu dostawców wydawało się jej dość ryzykowne. Wczoraj poczuła ulgę, kiedy zobaczyła, że witaminy przywiozła młoda kobieta, a nie mężczyzna. Mieszka sama, więc musi uważać na oszustów.

Wyszła przed dom i powoli szła między krzakami. Trawa pośrodku ogródka wyglądała, jakby ktoś ją udeptał. Czy mogła to zrobić Julia podczas wieczornego karmienia? Raczej nie, bo zawsze chodzi po żwirowej ścieżce. Teraz wysypała mięso do plastikowych misek w rogu ogrodu, a z kranu nalała do starego garnka świeżą wodę. Zawołała cicho, a po wysokiej trawie natychmiast zaczęli się do niej zbliżać pierwsi stołownicy.

Rzadko na wołanie przybiegały wszystkie koty. Błąkały się po okolicy i wracały do domu co dwa-trzy dni. Mimo to Julię zaniepokoiło to, że naliczyła tylko jedenaście zwierząt. Nie wiedziała, czego dokładnie się boi, ale ogarnęło ją złe przeczucie. Może z powodu niedawnej rozmowy z Joanną Truskawką z sąsiedniego domu, niemogącej znieść tego, że koty Julii wypróżniają się na jej angielski trawnik i czasem drzemią na jej huśtawce? Największym zuchwalstwem wykazał się Pan Minister, który tydzień temu wkradł się przez okno tarasowe do willi Truskawków, poszedł do sypialni i z dostojną oczywistością zwinął się w kłębek na ich łóżku.

– Jestem tolerancyjnym człowiekiem, ale to, że jakiś obcy kocur sypia sobie na mojej poduszce, to już przesada – ryczał Juraj Truskawka z balkonu, kiedy Julia myła przy kranie kocie miski, udając, że nie ma pojęcia, czyje zwierzę dopuściło się takiego wybryku.

Następnego ranka Joanna Truskawka wyszła z domu dokładnie w chwili, kiedy Julia zmierzała do piekarni po świeże rogaliki.

– Dziś będzie piękna pogoda – zaszczebiotała Joanna i dogoniła Julię. Była to korpulentna czterdziestopięciolatka, niegdyś uznana menadżerka, którą uzależnienie od alkoholu i leków pobudzających najpierw wystrzeliło na szczyt, a zaraz potem pozbawiło stanowiska i dobrej opinii. Julia wiedziała, że jej sąsiadka trzeci rok pozostaje bez pracy, pozwala utrzymywać się mężowi, a poczucie swej zbyteczności próbuje utopić w butelkach wermutu. Julii było żal sąsiadki, ale nie czuła wobec niej współczucia. Pomimo iż mieszkały obok siebie prawie od ćwierćwiecza, nie zaprzyjaźniły się, a nawet nie przeszły na „ty".

– Po południu ma być aż dwadzieścia stopni. Jak na połowę października, jest naprawdę ciepło – odparła ostrożnie Julia i na chwilę zatrzymała wzrok na czarnych czółenkach Joanny. Bez wątpienia kiedyś kosztowały mnóstwo pieniędzy, ale teraz były znoszone i miały zdarte czubki. Od kiedy Joanna zaczęła wykonywać „wolny zawód", jak podniośle określała swoje bezrobocie, przestała dbać o wygląd. Czasem nawet było czuć od niej pot. Julia odsunęła się. Nie lubiła, kiedy ktoś obcy szedł obok i delikatnie ją przy tym dotykał. Poza tym spodziewała się problemów, a intuicja jej nie zawiodła.

– Wie pani, zawsze dobrze się dogadywałyśmy, prawda? Lubię panią, pani Julio. Jest pani bardzo miłą kobietą. Tylko te koty mi przeszkadzają. Musi je pani zlikwidować – oświadczyła Joanna. Mimo iż była dopiero siódma rano, w jej oddechu czuć było delikatny zapach wermutu.

– Nie rozumiem. To moje koty i trzymam je na terenie prywatnym.

– Niech się pani opamięta. Od kiedy Ludwik się wyprowadził, zachowuje się pani… dziwnie. Ja też kocham zwierzęta, oczywiście, że tak, ale co za dużo, to niezdrowo. Pani koty wciąż pojawiają się w naszym ogrodzie. Kiedy wjeżdżam autem, boję się, że któregoś z nich rozjadę. Jestem wrażliwym człowiekiem, pani Julio. Nie zniosłabym widoku martwego kota!

Julia posłała jej ostre spojrzenie. Joanna w ogóle nie wydawała się jej wrażliwa.

– Nie pozbędę się ich. Nie ma mowy.

– Ach, Boże, po co ten oficjalny ton? Ja naprawdę uwielbiam zwierzęta. Chodzi mi tylko o ich dobro. Rozumiem, że potrzebowała pani jakiegoś zajęcia, kiedy dzieci tak szybko się wyprowadziły. Pewnie czuje się pani samotna, ale… – Nie dokończyła i zmierzyła Julię złośliwym wzrokiem. Wiedziała, że trafiła w czuły punkt.

– Nie czuję się samotna! Nie przeszkadza mi, że Klara i Michał się wyprowadzili. Przecież każde dziecko musi kiedyś opuścić gniazdo, a moje po prostu zrobiły to kilka lat wcześniej niż inne. Koty nie mają z tym nic wspólnego – odparła Julia, ale wiedziała, jak nieszczerze to brzmi.

– To pani opinia. Według mnie nie jest normalne, że ktoś mieszka w mieście i ma tyle zwierząt. – Joanna pogłaska ją po ręce. – Pani kotki zasługują na to, by każdy miał osobnego właściciela, który mógłby się nim odpowiednio zająć. W schronisku nie byłoby im źle, a potem na pewno wziąłby je stamtąd ktoś dobry. Żeby pani pomóc, zadzwoniłam do Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami i spytałam, czy mogliby wziąć pani koty do siebie. Oczywiście najpierw odmówili, ale kiedy wspomniałam, że jest pani wpływową osobą z kontaktami w Ministerstwie Ochrony Środowiska – zrobiła znaczącą pauzę – …zmienili zdanie i powiedzieli, że przyjadą. Zaszczepią je, odrobaczywią i zaczną oferować nowym właścicielom.

– Czy pani żartuje? – spytała Julia z nadzieją w głosie.

– Oczywiście, że nie żartuję. Dla pani informacji: większość schronisk nie przyjmuje dorosłych kotów. Biorą tylko kocięta. Powinna się pani cieszyć, że to załatwiłam. Radzę pani tam zadzwonić i powołać się na ustalenia ze mną. Bez pani zgody nie przyjadą, bo ma pani koty na terenie prywatnym – dodała sąsiadka niemal z żalem. – Coś pani powiem, pani Julio, ale zostanie to tylko między nami, dobrze? Mężowi wczoraj skończyła się cierpliwość. Twierdzi, że od kiedy pani zwierzęta okupują nasz ogród, nie czuje się w domu dobrze. Wie pani, on nie jest taki jak ja. Nie znosi kotów. – Stanowczo spojrzała na Julię. – Powiedział, że jeśli nie pozbędzie się ich pani dobrowolnie, załatwi je trutką na szczury.

– Pani mi grozi? – Tylko na takie słowa zdobyła się Julia. Dlaczego sąsiedzi nie zostawią jej w spokoju? Dlaczego nawet w swoim ogrodzie nie może robić tego, co chce?

– Boże, po cóż te mocne słowa? Powiedzmy, że panią ostrzegam.

Julii nie wydawało się prawdopodobne, że pogróżki Truskawków są poważne. Słyszała, że ich małżeństwo się rozpada. Pewnie znów są pokłóceni, a podpita Joanna odreagowuje złość na niej i na kotach.

Lecz teraz przypomniała sobie każde słowo tej dziwnej rozmowy, a po plecach przeszły jej ciarki. A jeśli Joanna mówiła prawdę? Czy to możliwe, że sąsiad wszedł w nocy na jej teren, żeby wrzucić do kocich misek trującą przynętę?

Z głębi ogrodu dobiegło ciche, pełne żalu miauknięcie. Chwilę trwało, zanim Julia zorientowała się, skąd dokładnie dochodzi. Po tonie kociego głosu poznała, że jest źle. Nauczyła się rozróżniać różne rodzaje miauczenia – znała kocie przywitanie, okazywanie radości i bólu. To było wołanie o pomoc.

Rozgarnęła krzaki, a przerażenie ją sparaliżowało. Przez kilka sekund nie mogła się ruszyć, krzyknąć, oddychać. Potem chrypliwie wciągnęła do płuc chłodne powietrze i zaczęła działać.

Pod niską gałęzią samotnie rosnącego świerku srebrnego leżała prostokątna pułapka klatkowa, jakiej myśliwi używają do łapania szkodników. Była stara, a na zardzewiałych kratkach wisiały przylepione kłębki starej sierści. Teraz w środku trząsł się czarno-biały kot Julii – Chaplin.

Julia nie miała pojęcia, jak się tę pułapkę otwiera. Wiedziała jedno: musi szybko wydostać z niej kota. Zwierzę trochę się uspokoiło, wbijało w nią przerażony wzrok i tylko co jakiś czas cicho piszczało. Julia szarpała drzwiczkami. Bez skutku. Złamała sobie dwa paznokcie i zadrapała się o zardzewiałą krawędź klatki. Potem zauważyła zapadkę, mocno przytrzymującą drzwiczki. Palce Julii były tak rozedrgane, że z początku nie potrafiła jej odblokować. Potem klatka nareszcie się otworzyła, a kot wystrzelił z niej jak z procy. Wyglądał na przestraszonego, ale zdrowego.

Julia rozpłakała się w przypływie ulgi. Co by się stało, gdyby dziś wyjątkowo nie przyszła do ogrodu tak wcześnie? Zazwyczaj karmiła koty około ósmej, po powrocie ze sklepu i po śniadaniu. Uświadomiła sobie, jak wielkie szczęście miał Chaplin. Gdyby nie jej bezsenność i cień dostrzeżony w ogrodzie, kocur za kilka godzin mógłby umrzeć. Właściciel klatki mógłby po nią przyjść i Bóg wie, co zrobiłby ze zwierzęciem.

Kto przyniósł tu tę pułapkę? Dlaczego? Towarzystwo Opieki nad Zwierzętami na pewno nie łapałoby zwierząt w prywatnym ogrodzie bez zgody właściciela. Jeśli klatkę przyniósł Truskawka, to do czego było mu potrzebne żywe zwierzę, skoro mógł je po prostu otruć? Julia znów spojrzała na pułapkę, w której została przynęta: duża, śmierdząca kość wołowa. Spokojny ogród, który tak uwielbiała, nagle wydał się jej przerażający. Jednego była pewna: ta klatka nie skrzywdzi już żadnego zwierzęcia. Julia mogła obciążyć ją kamieniem i rzucić z mostu do rzeki lub, jeśli będzie mieć wystarczająco dużo siły, zniszczyć młotkiem w piwnicy. Szła przez ogród szybkim krokiem, niosąc otwartą klatkę w jednej ręce, a latarkę w drugiej. Gdyby w tamtej chwili stanął jej na drodze ktokolwiek z rodziny Truskawków, zmobilizowałaby całą energię, która drzemała w jej wątłym ciele, i przeciągnęłaby go ciężką pułapką po głowie.

Wiedziała, że właściciel przyjdzie po swój łup. Wystarczy czekać przy oknie i patrzeć. Prawdopodobnie pojawi się lada moment…

Była już prawie przy drzwiach domu, kiedy mimowolnie podniosła wzrok ku sąsiedniej willi.

Za firanką na pierwszym piętrze ktoś stał i obserwował ją.

ROZDZIAŁ 2

Weronika Truskawka jeszcze nigdy nie widziała zwłok. Lubiła oglądać seriale kryminalne, więc myślała, że umie sobie jako tako wyobrazić, jak wygląda zamordowany człowiek, lecz rzeczywistość okazała się całkiem inna. Weronice trochę podniósł się żołądek, ale nie potrafiła odwrócić wzroku od zamordowanej dziewczyny. Blada twarz z sinymi wargami i odsłoniętymi zębami przyciągała jej uwagę jak magnes.

Ofiara leżała na boku w rzadkich paprociach, patrzyła wytrzeszczonymi oczami w niebo, a ręce miała rozrzucone w teatralnym geście, jakby dziwiła się swojemu nieszczególnemu końcowi. Jedna noga zawinęła się w nienaturalnej pozycji pod ciałem, druga stopa w skórzanej tenisówce opierała się o pień. Spod podciągniętej nogawki czarnych płóciennych spodni wystawała mlecznobiała łydka. Z dębowego sklepienia co jakiś czas opadał na dziewczynę suchy liść, a jesienne słońce prześwitujące przez korony drzew tworzyło na czerwonej kurtce koronkowe, złote odblaski. Gdyby nie wytrzeszczone oczy i wyszczerzone zęby, ciało wyglądałoby niemal spokojnie. Wzrok Weroniki zatrzymał się na ciemnym czerwonym krwiaku na chudej szyi. Owszem, to również zna z seriali kryminalnych – najprawdopodobniej są to ślady po duszeniu. Zatem ma przed sobą ofiarę morderstwa. Morderstwa! Na rękach poczuła gęsią skórkę, a dobrze znany młody lasek w sąsiedztwie dzielnicy willowej nagle wydał się jej złowrogi i niebezpieczny.

Gdyby Weronika była bohaterką serialu, prawdopodobnie uciekłaby z krzykiem lub zemdlałaby z wrażenia. Lecz pozosta ła względnie spokojna. Ją samą zaskoczyło, że nawet nie czuje strachu. Ciekawość przezwyciężyła mdłości, a Weronika zrobiła kolejny krok w stronę nieruchomego ciała. Zamordowana dziewczyna mogła mieć tak dwadzieścia cztery – dwadzieścia sześć lat. W lewym uchu wisiały dwa srebrne kółeczka, jakie nosiła również Weronika. Kto mógł ją zabić? Dlaczego?

Gdzieś w gęstwinie trzasnęła gałązka, a Weronika gwałtownie się wyprostowała. Miała dopiero szesnaście lat i nie do końca rozumiała, w jak poważnej sytuacji się znalazła. Wyobrażała sobie, jak będzie opowiadać rodzicom, chłopakowi, koleżankom i policji o tym, co odkryła podczas porannego joggingu, a zamiast ze strachu – trzęsła się z podekscytowania. Znajdzie się w centrum uwagi, wszyscy będą ją wypytywać, a ojciec i matka – rozpieszczać przez kilka kolejnych dni, jakby była chora… Dopiero gdy usłyszała czyjeś kroki, dotarło do niej, że być może znalazła się w nieodpowiednim miejscu w nieodpowiednim czasie. Morderca wciąż może być blisko. Powinna stąd jak najszybciej zniknąć!

Panika ścisnęła jej gardło. Weronika odwróciła się gwałtownie, potknęła się o suchą gałąź, rozdarła sobie spodnie o jej czubek i boleśnie uderzyła się w łydkę. Cicho krzyknęła, ale nie zatrzymywała się. Kluczyła między drzewami, brodziła przez zaspy suchych liści i biegła coraz szybciej, dopóki w boku nie zaczęło ją kłuć z wyczerpania. Oświetlony słońcem skraj lasu zbliżał się zbyt powoli. Dopiero teraz dziewczyna zaczynała rozumieć, jak straszną rzecz widziała, a jej ramionami wstrząsnął płacz. Dlaczego tu nikogo nie ma? Uświadomiła sobie, że gdyby morderca ją zaatakował, prawdopodobnie nikt nie usłyszałby wołania o pomoc. A potem – co za ulga – ujrzała na ścieżce małżeństwo z psem na smyczy.

Weronika stanęła. Oddychała gwałtownie i połykała łzy.

– Tam jest ciało! – krzyknęła. – Widziałam martwą kobietę! Martwą… kobietę! Leży za mną, w paprociach.

Potem musiała usiąść na ziemi, bo ugięły się pod nią kolana. Klara Keller siedziała na dywanie w pokoju swojego wynajmowanego mieszkania, oparta plecami o szafę. Dochodziła dopiero dziewiąta rano, ale ona już była pijana. Piła ze szklanki drogie czerwone wino i, pomimo że jej nie smakowało, czuła wdzięczność za otępienie, które dzięki niemu ją ogarnęło. Otaczały ją porozrzucane rachunki, wyciągi z banku i wciąż zaklejone koperty z groźnymi czerwonymi paskami.

Przez ostatnie pół roku Klara wyczerpała limity kilku kart kredytowych, wzięła pożyczkę i kupiła mnóstwo rzeczy na raty. Miała tyle nowych ubrań, że nie mieściły się w szafie, więc wieszała je na klamkach okien i na karniszach. Używała kremu na noc z dodatkiem kawioru. Do kolacji piła drogie wina. Z pracy wracała taksówką, a włosy strzygła i farbowała w najdroższym salonie w Pradze. Było tak cudownie czuć się bogatą! Już prawie zapomniała, jak to jest, kiedy trzeba przeżyć za śmieszną pensję i kiedy nie posiada się do dyspozycji tych wszystkich magicznych kart, którymi można płacić, choć nie ma się żadnych pieniędzy…

Dopiero niedawno zrozumiała, jak naiwnie dała się nabrać sloganom reklamowym typu: „Z naszym kredytem już nigdy nie będziecie musieli się ograniczać". To była prawda, ale tylko do czasu, gdy wydała pożyczone pieniądze. Potem musiała zacząć spłacać długi, a łączna suma miesięcznych spłat przekraczała wysokość jej zarobków telefonistki w biurze podróży. Sprzedała więc pierścień po prababci, a potem pożyczyła od koleżanki dwadzieścia tysięcy koron, choć nie miała pojęcia, z czego je odda. Zaciągała jedne długi, by spłacać inne. Wypłacała pieniądze z karty kredytowej, by mogła spłacić inną kartę. Wczoraj wieczorem po raz pierwszy uświadomiła sobie, że przesadziła. Wróciła z domku letniskowego w Marzenicach w Górach Łużyckich, gdzie spędziła tydzień ze swoim chłopakiem, a po powrocie czekała na nią skrzynka pocztowa pełna wezwań do zapłaty i kar finansowych. W jednej z kopert była również wiadomość od właściciela mieszkania. Informował ją, że jeśli do południa następnego dnia nie otrzyma czynszu, natychmiast ją wyeksmituje.

Klarze trzęsły się ręce. Wzięła dla kurażu kolejny łyk i zadzwoniła do matki. To jej ostatnia nadzieja.

Julia odebrała po pierwszym sygnale.

– Pracuję – powiedziała zamiast przywitania. Cała ona, przeciwieństwo stereotypu kochającej, gotowej do poświęceń matki utrzymującej ciepło domowego ogniska. Praca była dla niej wszystkim. Praca, a ostatnimi laty również koty. Klara sądziła, że jej matka nigdy tak naprawdę nie kochała jej, syna ani męża. Wyszła za Ludwika Kellera z nudów lub z przekonania, że złe małżeństwo jest lepsze niż żadne. Klara nie wiedziała, czym tak naprawdę kierowała się matka. Jedno było pewne – Julia nie była typem matki i dusiła się w jednowymiarowym związku. Zrobiłaby lepiej, gdyby pozostała wolna i bezdzietna lub ewentualnie poślubiła wolnomyśliciela wyznającego taką samą hierarchię wartości jak ona. Klara wyobraziła sobie, jak matka siedzi teraz w pokoju przy laptopie, a na kolanach panoszy się jej jeden z tych dumnych, egoistycznych ulubieńców. Kochała matkę, ale nie rozumiała jej. Jakby każda z nich pochodziła z innej planety.

– Słuchaj, mamo, muszę od ciebie pożyczyć pieniądze – powiedziała Klara bez ogródek.

– Nie da rady, skarbie. Nie mam nawet na dopłatę za prąd.

Przesadzała. Klara była pewna, że pensja redaktorki czasopisma artystycznego musi bez problemów wystarczać na utrzymanie domu i jednego człowieka, nawet pomimo tego, że jest to specjalistyczna gazeta z wąskim gronem czytelników. Może i Julia Keller była postrzelona, ale na pewno nie była biedna.

– Wystarczyłoby mi pięćdziesiąt tysięcy.

– Żartujesz sobie ze mnie?

Klara wyraźnie słyszała stukot klawiatury laptopa. Matka rozmawia z nią, ale ani na chwilę nie przestaje pracować.

– Mam problemy. Duże problemy – podkreśliła Klara, żeby matka nie lekceważyła jej słów. – Po raz pierwszy proszę cię o coś takiego, mamo. A ściślej mówiąc, po raz pierwszy proszę cię o cokolwiek.

– Wiem, skarbie.

Klara w duchu przeklęła matkę za obojętny, niecierpliwy ton. Traktuje córkę jak natrętnego właściciela galerii, który dzwoni do niej po raz trzeci w tym tygodniu i próbuje przekonać ją, by w swoich artykułach promowała jego, a nie konkurencję.

– Nie, nie wiesz, mamo. Niczego o mnie nie wiesz. Kiedy mnie ostatnio odwiedziłaś? Kiedy zadzwoniłaś, żeby zapytać, jak się mam?

– Przecież co środę chodzimy na obiad – odpowiedziała Julia lekko. – Klaro, co się z tobą dzieje? Piłaś, prawda?

Klara odłożyła szklankę na stolik konferencyjny.

– Nie. Oczywiście, że nie piłam. Jest dziewiąta rano – odparła urażona. Uświadomiła sobie, że odeszły od tematu. – Może i wystarczyłoby mi czterdzieści tysięcy, mamo. No dobrze, powiem ci prawdę. Zadłużyłam się. Wyczyściłam kilka kart kredytowych i wzięłam parę pożyczek. Tę pierwszą mi w banku wręcz wcisnęli… Kupiłam sobie masę ubrań. I komputer, i auto. Nie mam z czego spłacić długów.

– Musisz wypić piwo, którego nawarzyłaś.

Klara zacisnęła wargi. Czasem zastanawiała się, dlaczego jej matka, przez większość osób uznawana za kobietę ciepłą i wrażliwą, jest tak chłodna wobec własnych dzieci. Czy nie potrafi wznieść się ponad nienawiść do męża, z którym spłodziła Klarę i Michała? Klara bała się ojca, a do serca matki nigdy nie znalazła drogi. Czasami uważała to za swoją klęskę, a czasami za niesprawiedliwość. Tak czy inaczej, czuła się samotna, nieodwołalnie i rozpaczliwie samotna.

– Łącznie mam długów na ponad ćwierć miliona. Dwieście pięćdziesiąt tysięcy! Potrafisz sobie wyobrazić, ile to pieniędzy? Muszę szybko spłacić przynajmniej część.

– Klaro, przestań z tymi głupimi żartami. Przecież słyszę, że jesteś pijana. Wstydź się.

– Mamo, mówię śmiertelnie poważnie. Nie płacę czynszu. Nie stać mnie. Nie chciałam ci o tym w ogóle mówić. – Teraz już nie potrafiła powstrzymać szlochu. – Chciałam, żebyś myślała, że jestem samodzielna. Chciałam sama się o siebie zatroszczyć. Mam trzydzieści lat, a nie potrafię niczego.

Matka głośno westchnęła.

– Uspokój się, Klaro. Jeśli naprawdę masz takie długi, powinnaś się nad sobą zastanowić. Czy nie wiedziałaś od razu, że nie będzie cię stać na ich spłatę?

– Nie chcę tego słuchać, mamo. Wyrzuty mogę sobie robić sama.

– Dobrze. Jeśli chcesz rady, to poproś bank o przedłużenie terminów. Słyszałam, że to możliwe. A z właścicielem mieszkania spotkaj się osobiście, przeproś i ubłagaj, żeby jeszcze poczekał. Ja nie mam oszczędności. Za samo ogrzanie tego domu płacę horrendalne kwoty, a w zeszłym tygodniu znów zostawiłam prawie dwa tysiące u weterynarza. Wyobraź sobie, że jeszcze rok temu sterylizacja kotki kosztowała sześćset koron, a teraz już osiemset. A ja akurat musiałam wysterylizować dwie dziewczynki. Potrafiły krzyczeć przez całą noc. Dziwne, że kota kastrują za trzysta.

Klara obróciła oczy w słup. Dziewczynki! Nie cierpiała, kiedy matka mówiła o zwierzętach jak o ludziach. Poza tym kiedy tylko zaczynała mówić o kotach, była nie do zatrzymania.

Julia wzięła głęboki oddech.

– Skoro już mowa o kotach, posłuchaj, co mi się przydarzyło. Znalazłam w ogrodzie…

Klara wiedziała, że jeśli szybko nie zatrzyma matki, wysłucha półgodzinnego monologu o uroczych, ale doskonale bezużytecznych niemych pyszczkach.

– Mamo! Te bestie mnie nie obchodzą! Pomóż mi. Proszę! – Nienawidziła się za to skomlenie, za głos przepełniony poniżeniem. Ale od kogo innego zdobyć pieniądze, jeśli nie od matki? Auta nie mogła sprzedać, bo było zapisane na jej chłopaka. Powinna przynajmniej zacząć oszczędzać, żyć skromnie, jeść grzanki z czosnkiem zamiast kawioru na francuskiej bagiecie, ale czy Piotr zostałby z nią, gdyby nagle okazało się, że jest biedna?

Poznali się pół roku temu w barze. Piotr jest osiem lat młodszy od niej, przebojowy i nieodpowiedzialny. Na studiach utrzymywał się z handlu akcjami i czasem udawało mu się zarobić niezłą sumkę, ale uwielbiał drogie i luksusowe rzeczy, więc nigdy nie miał pieniędzy. „Kasa" była jego bożkiem, sensem życia, motorem napędowym.

– Chcę wreszcie się wzbogacić, żeby być szczęśliwym – wyznał Klarze kilka godzin po tym, jak się poznali. – Nie rozumiem, jak ktoś może spokojnie żyć, nie mając oszczędności. Ja potrzebowałbym kilku milionów na koncie, żeby czuć się pewnie. To byłoby coś wspaniałego. To byłoby jak sen! Ty tak nie uważasz?

Miała wtedy we krwi sporo alkoholu i chciała zrobić dobre wrażenie. Bez namysłu palnęła, że jest doskonale zabezpieczona, ponieważ ojciec-przedsiębiorca regularnie wysyła jej szczodre kieszonkowe. Nie podejrzewała wtedy, że jeszcze kiedyś spotka się z Piotrem. Ale on zadzwonił następnego dnia, a ona ciągnęła swoje kłamstwa. Wypłaciła z banku oszczędności i zapraszała Piotra na kolacje do luksusowych lokali. Wyposażyła mieszkanie drogą elektroniką, zapłaciła za ich wspólny urlop nad morzem, na urodziny kupiła swojemu chłopakowi komputer. Od stóp do głów ubierała się w drogich butikach, a gdy szła po mieście z firmową torebką na ramieniu, trzymała brodę wysoko, jakby ta mała skórzana rzecz jakimś cudem podniosła również jej własną wartość. Było to dziwne, całkiem nowe uczucie. A Klarze spodobało się tak bardzo, że sprawiała sobie kolejne niepotrzebne rzeczy z okazałymi znakami firmowymi: pióro, jedwabną chustę, kalendarz w skórzanej oprawie.

– Ile to kosztowało? – pytał Piotr, gdy wypakowywała w domu zakupy z zadrukowanych toreb.

– Nawet nie wiem. Zbytnio się nad tym nie zastanawiam – odparła obojętnie.

Dlaczego to robiła? Dlaczego w wieku trzydziestu lat kłamała jak licealistka? Najprawdopodobniej kupowała sobie miłość. Piotr często powtarzał, że ją kocha. Szeptał jej zdania, których Klara ani razu nie słyszała od matki ani od ojca: „Jesteś dla mnie wszystkim. Potrzebuję cię". A Klara czuła, że jako dziewczyna z biednej rodziny, zarabiająca piętnaście tysięcy koron brutto, niczego podobnego nigdy by nie usłyszała.

Ponieważ swój związek zbudowała na wymysłach, musiała kontynuować kłamstwa. Kiedy skończyły się oszczędności, próbowała utrzymać wysoki poziom życia, zadłużając się. Piotr wciąż wierzył w jej bogatego ojca, którego wprawdzie nigdy nie widział, ale chętnie wydawał jego pieniądze. Chciał używane auto, to je dostał. Ostatnimi czasy namawiał Klarę, żeby rozejrzała się za droższym mieszkaniem w lepszej dzielnicy. A wczoraj wspominał o telewizorze, który nie wygląda jak pudło, tylko jest płaski jak obraz i można go powiesić na ścianie… Klara jęknęła. Będzie musiała wyznać mu prawdę. Ach, Boże. Nie wybaczy jej, że go okłamywała! Zostawi ją. Z nerwów podniósł się jej żołądek. Skoro nie udał się plan A, trzeba wypróbować plan B.

– Jeśli nie możesz mi nic pożyczyć, to może mogłabym… Mamo? Jesteś tam?

– Przepraszam, ale dzwoni mi drugi telefon. Widzimy się w środę, tak?

Rozłączyła się! Julia, zawsze tak uprzejma wobec obcych i tak czuła wobec swoich kotów, nie uznała swojej córki za osobę godną pożegnania.

– Cholera! Cholera, cholera, cholera! – Klara sięgnęła po szklankę. Na dnie został ostatni łyk wina, więc wypiła go szybko i poszła sprawdzić, czy coś zostało w butelce. To koniec. Koniec nadziei na szybką spłatę chociaż najpilniejszych długów. Bez pomocy matki sobie nie poradzi. Właściciel wyrzuci ją z mieszkania. A Piotr ją opuści.

W wieku trzydziestu lat miała wrażenie, że życie to rozpędzony pociąg, do którego musi szybko wsiąść, bo w przeciwnym razie już go nie dogoni. Wszystkie jej koleżanki były zamężne lub żyły w długich związkach. Niektóre miały dzieci i wyglądały z tymi wrzeszczącymi zawiniątkami na rękach na jakieś takie… spokojne, spełnione. Klara nie chodziła jeszcze z żadnym mężczyzną dłużej niż kilka miesięcy. Adoratorów nie brakowało, lecz im była starsza, tym mniej im wierzyła. Z nieudanego małżeństwa rodziców wyniosła przeświadczenie, do jakiego niektóre kobiety dojrzewają w dużo późniejszym wieku i dopiero po naiwnych marzeniach, nadziejach, wierze, rozczarowaniach i stracie iluzji dochodzą do wniosku, że najlepiej jest żyć samemu. Dlatego Klara nigdy nie zaczynała związków z nadzieją, wręcz przeciwnie, była ostrożna i nieufna. Jej młodość zmieniła się przez to w serię zmarnowanych miłostek, nadeszły trzydzieste urodziny, a wraz z nimi nieuniknione poczucie całkowitego krachu. Klara była samotna i miała nudną pracę bez perspektyw, ponieważ na przekór rodzicom odeszła z liceum tuż przed maturą i nigdy nie zadbała o wykształcenie.

Zanim poznała Piotra, często siadywała z butelką wina na balkonie i zastanawiała się, gdzie popełniła błąd. Dlaczego nie jest mężatką i nie ma dziecka? Dlaczego mieszka sama w wynajętym mieszkaniu, które traktuje bardziej jak noclegownię niż jak dom? Czasem myślała o powrocie do matki, mieszkającej w dużej willi z wieloma niewykorzystanymi pokojami. Tylko czy chciałaby żyć w domu, w którym każdy kąt przypomina jej kłótnie rodziców i poczucie własnej bezsilności? Wciąż dobrze pamiętała dziurę w ścianie, wybitą tłuczkiem do mięsa, którym ojciec próbował trafić matkę. Potrafiłaby z dokładnością co do centymetra wskazać miejsce, w którym w wieku sześciu lat klęczała i prosiła ojca na kolanach, żeby przestał krzyczeć na mamę. Miała około ośmiu lat, kiedy po raz pierwszy uświadomiła sobie, że przestała być dzieckiem. Kiedy zasypiała, zostawiała uchylone drzwi swojego pokoju na wypadek, gdyby rodzice znów się pokłócili. Już nie była dzieckiem mamy. Była jej strażniczką.

Dlaczego rodzice zaczęli ze sobą chodzić? Tak bardzo do siebie nie pasowali! Matka całymi dniami pracowała, a ojca doprowadzało to do szału. Chciał mieć w domu doskonałą gospodynię, a kiedy zorientował się, że nie zmieni żony-intelektualistki, zaczął na niej przynajmniej rozładowywać agresję. Ubóstwiał porządek, natomiast matka była niewiarygodnie chaotyczna. Klara nie rozumiała, dlaczego Julia od niego nie odeszła. Cierpiała w milczeniu, niemal z zadowoleniem, jakby wszystkie wyrzuty męża uważała za zasłużoną karę. Klara często modliła się do Boga o śmierć ojca. „Byłoby nam bez niego tak dobrze" – szeptała do złożonych dłoni. „Matka byłaby szczęśliwsza. Uśmiechałaby się. Chodziłaby ze mną i z Michałem do zoo i do cyrku. Miałaby dla nas więcej czasu. Kochałaby nas".

Modliła się często, ale najwyraźniej niewystarczająco gorliwie, ponieważ Bóg wysłuchał jej próśb po długim czasie i tylko częściowo. Ojciec nie umarł, ale znalazł sobie młodszą kobietę z większym upodobaniem do porządku. Lecz matka nie zaczęła się dzięki temu uśmiechać, tylko chodziła po domu jak lunatyczka. Na zoo, cyrk i matczyną miłość było za późno, ponieważ Klara już dorosła i pragnęła mieć własne życie.

Westchnęła. Nie, nie chciała aż tak głęboko zanurzać się we wspomnieniach. O czym myślała na początku? A, tak, o czasie po swoich trzydziestych urodzinach. Była wtedy zrozpaczona i samotna. Pragnęła mężczyzny, jakiegokolwiek mężczyzny, z którym mogłaby żyć i założyć rodzinę. „Tym razem go od siebie nie odepchnę – obiecywała sobie. „Nie będę zdystansowana i nieufna, przeciwnie, zrobię wszystko, żeby ze mną został". Spotkała Piotra i…

Z rozmyślań wyrwał ją dzwonek telefonu.

– To ja, dziewczynko. Przepraszam, że tak cię zbyłam, ale dzwonili do mnie z redakcji.

Matka. Świat nie widział: zadzwoniła, żeby przeprosić!

– Nic się nie stało, mamo.

– Poczekaj sekundkę… Wyobraź sobie, że po ulicy właśnie przejechały trzy radiowozy. Wjechały do lasku. Dziwne. Ciekawe, co się tam stało. Pójdę sprawdzić, czy…

Klara przerwała jej wymownym westchnieniem. Miała dużo poważniejsze problemy niż radiowozy przy ulicy Krokusowej. Matka natychmiast się opamiętała.

– Przepraszam. Mów. Potrzebujesz czegoś jeszcze?

Klara wzięła głęboki oddech. Nie, nie chciałaby wracać do domu, z którym łączy ją tyle złych wspomnień. Tyle że jeśli zamierza utrzymać przy sobie Piotra – a to jest jedyne, na czym jej teraz zależy – nie ma innego wyjścia.

– Jeśli nie możesz pożyczyć mi pieniędzy, to może mogłabyś mi pomóc w inny sposób – wyrzuciła z siebie przygotowane wcześniej zdanie. – Nie korzystasz z tych pokoi na poddaszu, gdzie mieliście kiedyś z tatą sypialnię i pracownię, prawda? Chciałabym wprowadzić się tam z Piotrem. Dzięki temu zaoszczędzę na czynszu i będę mogła szybciej spłacić długi.

Cisza.

– Mamo? Jesteś tam?

– A gdzie miałabym być? – Znowu cisza. – Ty chciałabyś mieszkać tutaj? Co za pomysł? Przyzwyczaiłaś się już przecież do swojej prywatności. Wyprowadziłaś się, jak miałaś siedemnaście lat, to było tak dawno… I chcesz mi tu przyciągnąć tego Piotra? Czy on nie ma gdzie mieszkać? Naprawdę nie wiem, gdzie się tu wszyscy pomieścimy.

Klarze się wydawało, czy może naprawdę w głosie matki słyszała panikę?

– Mamo! Mieszkasz w tym domu zupełnie sama!

Cisza.

– Przecież wiem. Tylko poddasze trochę zacieka i… – Julia westchnęła zrezygnowana. – Dobra. Niech będzie. Tylko mam nadzieję, że ten twój Piotr lubi zwierzęta. Właściwie dlaczego jeszcze mi go nie przedstawiłaś? Mógłby przyjść z tobą w środę na obiad?

Klara mocno ściskała słuchawkę. Starała się nie płakać, ale po policzku spływała jej łza.

– Nie bój się, mamo. Piotr bardzo, bardzo lubi zwierzęta.

– Mam nadzieję, że mówisz prawdę. Kiedy chcecie się wprowadzić?

– Dostałam czas do dzisiejszego południa. Albo zapłacę, albo muszę opuścić mieszkanie. Spakuję najpilniejsze rzeczy i przyjadę. Nie chcę tu być, kiedy przyjdzie właściciel.

W słuchawce zabrzmiał cichy szelest, a potem matka odkaszlnęła. Klara nie była pewna, ale miała nieprzyjemne wrażenie, że ten dziwny szum to wypowiedziane szeptem słowa:

– Ach, Boże.

Julia otworzyła domowy barek i nalała sobie brandy. Zazwyczaj nie pijała alkoholu, ale zawsze miała w zapasie coś mocniejszego dla gości. Podniosła rzeźbiony kieliszek pod światło i przyjrzała się bursztynowej cieczy. Może powinna się upić. Właśnie traci wolność – tę wolność, o której przez dwadzieścia sześć lat małżeństwa mogła tylko tajnie marzyć i której przez te cztery lata nie zdążyła jeszcze w pełni wykorzystać. Kiedy Ludwik odszedł do młodszej kobiety, dzieci już dawno mieszkały poza domem, więc Julia została sama w niszczejącej willi, a kiedy tylko pokonała początkową depresję, stwierdziła, że samotność niezmiernie jej odpowiada. Mogła kiedykolwiek i gdziekolwiek iść, nie musząc nikomu tego zgłaszać. Mogła robić, na co tylko miała ochotę, i nie musiała się z tego rozliczać. Nagle samodzielnie decydowała o swoim życiu i tylko od niej zależało, w którą stronę je skieruje. Przez dwadzieścia sześć lat Ludwik nieustannie ją kontrolował. Woził ją autem do pracy i z pracy, towarzyszył jej na zakupach i u dentysty, chyba po to, by nigdzie nie mogła porozmawiać z mężczyzną, który wydałby się jej bardziej interesujący niż mąż. Po rozwodzie zaczęła wszędzie chodzić sama i musiało minąć trochę czasu, nim pozbyła się uczucia, że jej samotność jest w pewien sposób niestosowna – że to upośledzenie, za które powinna się wstydzić. Zdenerwowana niepewnie rozglądała się po ludziach, a w duchu zastanawiała się, co o niej myślą. Jest im jej żal? Na ulicy czasami ulegała poczuciu zagrożenia, jakby samotność automatycznie zmieniała ją w potencjalną ofiarę przestępców. Ciągle oglądała się za siebie. Sprawdzała, kto za nią idzie. Kilka razy nawet zboczyła z zaplanowanej trasy, bo zdawało się jej, że ktoś ją śledzi.

Lecz po kilku miesiącach przywykła do samotności, a nawet polubiła ją. Wreszcie mogła rozwinąć skrzydła. Uczyła się radości życia, zupełnie jakby wiele lat przeżyła w tunelu, a teraz po raz pierwszy mogła wyjrzeć na zewnątrz. Zaskoczyło ją, że świat jest taki kolorowy. Nagle zaczęła zwracać uwagę na dźwięki, barwy, smaki i zapachy, zastanawiać się nad drobnostkami i być dzięki nim szczęśliwa. Znów zaczęła o siebie dbać. Zafarbowała siwiejące włosy, kupiła absurdalnie drogie kosmetyki, wymieniła sukienki w kolorze skórki od ziemniaka na kolorowe kostiumiki. I znalazła hobby, na jakie jej mąż nie zgodziłby się za żadne skarby. Od wielu lat służbowo odwiedzała aukcje dzieł sztuki (zazwyczaj w towarzystwie Ludwika), ale po rozwodzie zaczęła na nich również kupować. Interesowały ją przede wszystkim tanie dzieła młodych, jeszcze niedocenionych artystów. Czasem również grafiki i szkice w przystępnych cenach. Kiedy tylko udało się jej z pensji zaoszczędzić kilka tysięcy, inwestowała te pieniądze w swoją nową pasję. Uwielbiała podniecenie, które ogarniało ją podczas licytacji upatrzonego dzieła. Podbijała cenę uparcie, ale nigdy nie przekraczała wyznaczonego sobie wcześniej limitu. A kiedy pozostali zainteresowani odpadali, a licytator potwierdzał zwycięstwo Julii, czuła upojne poczucie zwycięstwa.

To nie była jedyna przyjemność, na jaką pozwalała sobie po rozwodzie. Miała jeszcze coś, jedną zakazaną rozkosz, którą starannie ukrywała przed całym światem. Teraz prawdopodobnie będzie musiała z niej zrezygnować. Już nie będzie żyć sama, a jej życie znów będą obserwować inni ludzie.

Z lęku ścisnął się jej żołądek. Zakosztowała wolności, a teraz znów ją traci. Ale jak mogłaby odmówić Klarze? Obowiązkiem matki jest przybycie z odsieczą, kiedy córka ma problemy. Czy może nie? Julia przyznawała to niechętnie, ale wolałaby pomóc Klarze spłacić długi niż mieszkać z nią pod jednym dachem. Ponadto jeśli wierzyciele podaliby Klarę do sądu, komornik przyszedłby do miejsca jej stałego zameldowania, czyli na ulicę Krokusową. Julia wiedziała, że komornicy bezlitośnie zabierają wszystko, co znajdą w domu dłużnika, bez względu na to, do kogo to należy. I z pewnością nie marzyła o tym, żeby ktoś obcy kręcił się tu i szperał w jej rzeczach.

Lecz oszczędności nie posiadała. Wszystkie dochody inwestowała w dom, koty, zakupy lub aukcje. Gdyby miała problemy, wiedziała, od kogo pożyczyć. Niektóre rzeczy mogła też sprzedać… Mimo to wciąż się wahała.

Zanim poda Klarze pomocną dłoń, musi dowiedzieć się, dlaczego jej córka znalazła się w tej sytuacji bez wyjścia. Za wysokimi długami z pewnością kryje się coś dużo poważniejszego niż nieprzemyślane zakupy odzieżowe.

ROZDZIAŁ 3

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

Jedna z najpopularniejszych brytyjskich komedii literackich!

Kiedy Reginald I. Perrin, pracownik Słonecznych Deserów, obudził się pewnego czwartkowego poranka, bynajmniej nie zamierzał nazwać swej teściowej hipopotamem. Lecz później wszystko uległo diametralnej zmianie.

Reggie poczuł, że musi zmienić swoje życie. Nie chciał,

by ograniczało się do nudnej pracy i przewidywalnego małżeństwa. Przewraca więc swój świat do góry nogami. Czy to pozwoli mu odwrócić złą kartę?

Brytyjski humor w najlepszym, starym stylu!

Czwarta część najpopularniejszego literackiego sitcomu ostatnich lat!

Spokój na zamku zostaje zakłócony. Personel musi zmierzyć się z falą przestępstw przetaczających się przez Kostkę.

Czy w obliczu tak dramatycznych wydarzeń można zachować dobry humor? Oczywiście! Nowi bohaterowie, nowe wątki i kolejna dawka doskonałej rozrywki. Evžen Boček mistrzowsko bawi się konwencją, serwując gagi i humor sytuacyjny, za które pokochały go setki tysięcy czytelników!

Pamiętnik surrealistyczny. Gwarancja czeskiego humoru.

Przewrotny humor i galeria nietuzinkowych osobowości gwarantują dobrą zabawę. Obok historii opowiedzianej w taki sposób nie można przejść obojętnie. Mamy do czynienia z jedną z najzabawniejszych książek XXI wieku!

Rodzina Kostków powraca z Ameryki do Czech, by przejąć dawną siedzibę rodu – zamek Kostka. W zamku zastają dotychczasowych pracowników: kasztelana, ogrodnika oraz kucharkę. Jak nowi właściciele poradzą sobie w nowej rzeczywistości? Jak odnajdą się w rolach dotychczas nieodgrywanych?

Thriller psychologiczno-sądowy.

Jedna z najważniejszych powieści grozy ostatnich lat.

Szkocja, 1869 rok. W zapomnianej przez Boga i ludzi osadzie zostaje popełnione potrójne morderstwo. Do winy przyznaje się siedemnastoletni Roderick Macrae. Czy rzeczywiście jest odpowiedzialny za zbrodnię. Co mogło sprawić, że postanowił zrealizować swe krwawe zamiary?

Finalista Nagrody Bookera 2016

Zdobywca Nagrody Saltire 2016 w kategorii Najlepsza Powieść 2016 Zdobywca Nagrody Vrij Nederland w kategorii Najlepszy Thriller 2017 Finalista Nagrody Los Angeles Times w kategorii Najlepsza Książka Grozy 2017

Finalista Sunday Herald Culture Awards w kategorii Autor Roku 2017

Trybecz, pasmo górskie na Słowacji. Od dziesięcioleci krążą o nim legendy z powodu tajemniczych zaginięć. Niektóre ofiary zostały znalezione martwe. Niektóre zniknęły bez śladu. A jeszcze inne powróciły – ranne i niezdolne do życia.

Igor zdobył tytuł magistra. Po pięciu latach wreszcie może zacząć karierę jako… robotnik budowlany. Na swojej pierwszej budowie odkrywa tajemniczy sejf. Znajduje w nim płyty gramofonowe sprzed kilkudziesięciu lat. Słyszy na nich głos człowieka, który przez ponad trzy miesiące błąkał się w górach Trybecza.

Legenda, mistyfikacja czy przerażająca rzeczywistość?

Świetna powieść najpopularniejszego słowackiego pisarza. Jozef Karika staje twarzą w twarz z legendą Trybecza.

Szczelina zdobyła najważniejszą słowacką nagrodę literacką

ANASOFT LITERA w kategorii NAGRODA CZYTELNIKÓW!

Jakie wydarzenie najbardziej zmienia świat dorosłego mężczyzny? Oczywiście narodziny dziecka.

Dziecko w wieku przedszkolnym to zbiór opowieści napisanych przez tatę trzyletniej Wiki. M. M. Cabicar opisuje rodzicielską rzeczywistość bezkompromisowo, czasem dosadnie, ale przede wszystkim z rozbrajającą szczerością i kapitalnym poczuciem humoru. Nie zdejmuje różowych okularów nawet w najbardziej kłopotliwych sytuacjach, wychowując dzięki temu niezwykle pogodne dziecko!

Jeremiasz jest inny. Żyjew świecie, w którym dni tygodnia mają swoje kolory, a najlepszą zabawką jest zamek błyskawiczny. Jeremiasz wychodzi z domu tylko z olbrzymią pokrywką.

Jeremiaszem opiekuje się siostra Pamela. Dlaczego to właśnie ona rozumie go najlepiej? Chłopiec, jego siostra oraz ich mama przeprowadzają się do kolejnego miasta. Muszą rozpocząć życie na nowo. Czy tym razem im się to uda?

Ta pełna ciepła i humoru historia łamie serca i uczy zrozumienia.

Ta powieść chwyta za gardło i trzyma do ostatniej strony!

Zmęczony metropolią Wiktor wyjeżdża z Pragi, by zostać kasztelanem morawskiego zamku. Pragnie odnaleźć wewnętrzną równowagę i zażegnać kryzys małżeński. Jednak wizja spokojnego życia wśród zabytkowych mebli i dzieł sztuki szybko odchodzi w zapomnienie. Na zamku czeka dość zagadkowy personel oraz… demony przeszłości.

Tajemnicze odgłosy i niewyjaśnione zdarzenia przejmują władzę nad Wiktorem i jego rodziną. Czy mają swoje wytłumaczenie? Czy racjonalny umysł Wiktora rozwikła tajemnicę zamku?

Pamiętajcie: niczemu się tutaj nie dziwcie!

Zabawna powieść o kobietach i mężczyznach. Tę książkę kupił co setny Czech!

Ekożona stawia wiele aktualnych pytań: Czego oczekujemy od swoich partnerów? Jakie jest znaczenie porodu naturalnego? Co tak naprawdę oznacza życie w zgodzie z naturą i z samym sobą? Czy naturalny jest na przykład ogród? Albo małżeństwo?

Poruszane przez autora poważne tematy zostały ubrane w brawurową narrację. Szczerość, autoironia i humor sprawiają, że mamy do czynienia z powieścią niezwykle inteligentną i nowoczesną.

Kiedy Mojmirowi pęka aorta, jego świat oraz światopogląd ulegają gwałtownym zmianom. Mojmir zmienia się z butnego racjonalisty… no właśnie, w kogo?

W tej brawurowej narracji pełnej ciętych ripost Michal Viewegh z humorem i autoironią opowiada o byciu pacjentem VIP oraz o poszukiwaniu nowej drogi życiowej po osobistym kataklizmie.

Ekomąż to jedna z najważniejszych powieści najpopularniejszego czeskiego pisarza.

Jeden na milion to zbiór czternastu opowiadań jednego z najpopularniejszych czeskich prozaików. Martin Reiner zabiera nas na łąki pełne hipisów, na próby chóru więziennego, do Ameryki – a szerokiemu wachlarzowi tematów towarzyszą różnorodne formy literackie. Lektura dla smakoszy!

MISTYCZNY PORNO-GASTRO THRILLER Z XIX-WIECZNEJ PRAGI

Nadchodzi nowy rok. Kiedy praski Orloj wybija północ, odkryta zostaje bestialska zbrodnia. Śledztwo w tej sprawie prowadzi ekscentryczny komisarz Durman. Czy jego nietypowe metody doprowadzą do ujęcia sprawcy? Jak powstrzymać mordercę, który zawsze o krok wyprzedza policję? I czym jest tajemnicze Ordo Novi Ordinis?

Pewien praski bankier z braku innego pomysłu kupuje synowi na Boże Narodzenie świnkę morską. Jak dalece to niewinne wydarzenie zmieni życie rodziny? Jakie sekrety skrywa bank narodowy? I czy przed kryzysem finansowym można schować się w beczce?

W żadnym innym utworze literatura czeska nie zbliżyła się do twórczości Franza Kafki tak bardzo, jak w Świnkach morskich. (Milan Exner)

Powracający w rodzinne morawskie góry praski dziennikarz dokonuje bilansu swojego życia.

Siekiera jest dowodem na to, że sytuacja człowieka w społeczeństwie i w rodzinie nie zmieniła się w przeciągu ostatniego półwiecza tak bardzo, jak zwykliśmy sądzić. Ta powieść wciąż jest niezwykle aktualna.

Mistyczny thriller przesiąknięty strachem.

Po rozpadzie kilkuletniego związku Jożo Karski powraca do rodzinnego Rużomberka. Tam czeka na niego puste mieszkanie rodziców, najmroźniejsza od kilku dziesięcioleci zima i podnóże góry skrywające mroczną tajemnicę.

Wkrótce w sąsiedztwie zaczynają znikać dzieci.

Pamiętacie, jak to jest: mieć czternaście lat i być zagubionym, wrażliwym, lekkomyślnym, romantycznym i niezwykle napalonym nastolatkiem? Przypomni Wam to Nick Twisp – młody buntownik, którego zna cała Ameryka!

Miłość, bunt, inicjacje seksualne, młodzieńcze przyjaźnie, problemy w szkole, problemy w domu – i szalone wakacje. A to wszystko doprawione czarnym humorem i przezabawnymi dialogami.

Uczniowie Cobaina to pełna dzikich przygód i humoru historia grupy nastolatków uwielbiających Johna Lennona i Kurta Cobaina. Razem przeżywają imprezy, zakładają zespoły rockowe i próbują osiągnąć sukces.

To również – a może przede wszystkim – poszukiwanie źródeł wyalienowania i bezradności w dzisiejszym świecie. Co czeka bohaterów, gdy karuzela młodości nieubłaganie się zatrzyma?

Puchar od Pana Boga to zbiór tekstów, w których sport stanowi pretekst do opowieści o sprawach najważniejszych: życiu i śmierci, miłości, przyjaźni i pasji. Ota Pavel mówi o zwycięstwach i porażkach równie pięknie, jak o sarnach i rybach.

Lektura dla czytelników w każdym wieku i wspaniała lekcja życia.

Lucynka, Macoszka i ja to opowieść o sile przeszłości, o miłości do dziecka i tęsknocie za samym sobą. Ta książka – choć w dużej mierze oparta na prawdziwych wydarzeniach – zabiera czytelników do innego świata. Znacznie piękniejszego.

Czytelnik ma tu do czynienia z prozą niemal doskonałą. (Pavel Janoušek, „Tvar”)

Chcesz wygrać z Barceloną, a potem zostać mistrzem świata w piłce nożnej? Musisz być biednym rolnikiem i mieć jedenastu synów. Załóż drużynę piłkarską, a potem będzie już z górki. Rozgrywki ligowe, mistrzostwo kraju...

Książka mądra, z uśmiechem. Podróże, relacje z meczów, niekłamane emocje.

Świetna dla dzieci. Wciągająca dla dorosłych.

Spis treści:
Okładka
Karta tytułowa
PROLOG
CZĘŚĆ I. PIERWSZE MORDERSTWO
Rozdział 1
Rozdział 2
Rozdział 3
Rozdział 4
Rozdział 5
Rozdział 6
Rozdział 7
Rozdział 8
Rozdział 9
Rozdział 10
Rozdział 11
Rozdział 12
Rozdział 13
Rozdział 14
Rozdział 15
Rozdział 16
Rozdział 17
Rozdział 18
CZĘŚĆ II. DRUGIE MORDERSTWO
Rozdział 19
Rozdział 20
Rozdział 21
Rozdział 22

Karta redakcyjna

Copyright © Michaela Klevisová, 2007

Copyright © for Polish edition by Stara Szkoła Sp. z o.o., 2019

All rights reserved

Wszystkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, udostępnianie i rozpowszechnianie całości lub fragmentów bez pisemnej zgody wydawnictwa zabronione.

Książka została wydana dzięki wsparciu finansowemu Ministerstwa Kultury Republiki Czeskiej.

Tłumaczenie: Mirosław Śmigielski

Redakcja: Dagmara Ślęk-Paw

Korekta: Ewa Żak

Projekt okładki: Tomáš Cikán

Wydawca:

Stara Szkoła Sp. z o.o.

Rudno 16, 56-100 Wołów

[email protected]

www.stara-szkola.com

ISBN 978-83-66013-17-9

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Rek