Kochanie, nie okłamuj mnie. Zakochana w kłamcy. Tom 2 - Karolina Wasilewska - ebook
NOWOŚĆ

Kochanie, nie okłamuj mnie. Zakochana w kłamcy. Tom 2 ebook

Karolina Wasilewska

4,5

85 osób interesuje się tą książką

Opis

Melody dowiaduje się, czym tak naprawdę zajmuje się Rhys. Jest nie tylko bardzo wpływowym biznesmenem, ale również głową hiszpańskiej rodziny mafijnej. Mimo że ta informacja zwala dziewczynę z nóg, Melody nie potrafi patrzeć na niego inaczej. Zakochała się.
Kiedy Rhys wylatuje do Alicante w sprawach służbowych, Mel poznaje jedną z najbardziej skrywanych tajemnic. Jest zdruzgotana. Jakby tego było mało, wkrótce dociera do niej wiadomość, że napadnięto Rhysa i mężczyzna jest w krytycznym stanie.
Niedługo po tym wychodzą na jaw kolejne sekrety. Melody czuje się oszukana przez ukochanego, który zadał jej tyle bólu, i już nie chce mu wybaczyć.
Okłamał ją po raz ostatni.
 

Opis pochodzi od wydawcy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 365

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,5 (686 ocen)
467
146
49
18
6
Sortuj według:
aga1420

Nie polecam

Nie pamiętam już pierwszej części, pierwszą oceniłam na 5, ale druga część nie zachęciła mnie do czytania. Dlatego nie lubię historii dzielonych na kilka książek, w dodatku wydawanych w długich odstępach czasowych.
30
maandyx3

Z braku laku…

pierwsza część była super choć główna bohaterka momentami irytująca a tu mam wrażenie ze historia pisana troche na siłę, strasznie chaotyczna
00
Monkamonczynska

Nie oderwiesz się od lektury

Rewelacyjna
00

Popularność




Copyright ©

Karolina Wasilewska

Wydawnictwo NieZwykłe

Oświęcim 2021

Wszelkie Prawa Zastrzeżone

All rights reserved

Redakcja:

Katarzyna Moch

Korekta:

Agnieszka Sajdyk

Joanna Kasprzyk

Redakcja techniczna:

Mateusz Bartel

Projekt okładki:

Paulina Klimek

www.wydawnictwoniezwykle.pl

Numer ISBN:  978-83-8178-612-6

Rozdział 1

Wtulona w Motyla przyglądam się jak moje bmw, a raczej to, co z niego zostało, zostaje wciągnięte na lawetę. Obejmuję Rhysa tak mocno, jakby zaraz znowu miał zniknąć. Krople deszczu wciąż spadają z nieba, przez co oboje jesteśmy przemoczeni do suchej nitki. Kątem oka spoglądam na trzy walizki stojące obok nas. Mam nadzieję, że nie dostanie się do nich woda i nie zniszczy ich zawartości.

– Wszystko dobrze? – upewnia się Rhys, kiedy pomoc drogowa odjeżdża.

Czy wszystko dobrze? Nie wiem…

I chyba lepiej będzie, jeśli nie odpowiem na to pytanie, dopóki nie będę miała czasu, żeby zastanowić się nad odpowiedzią.

– Musimy się przebrać. – Pokazuję na jego przemoczone ubranie.

Nie chcę, żeby nabawił się zapalenia płuc albo czegoś groźniejszego. Ja sama też nie zamierzam spędzić najbliższych dni w łóżku, walcząc z chorobą.

Motyl wyjmuje z wewnętrznej kieszeni kurtki telefon, po czym wybiera numer, a kilka sekund później się odzywa:

– Potrzebuję samochodu. Jak najszybciej. SMS-em wyślę ci adres. – Rozłącza się, pisze coś szybko, a następnie chowa urządzenie. – Zaraz zabiorę cię w jakieś suche i ciepłe miejsce.

Odsuwam się tak, żeby móc dobrze widzieć jego twarz.

– Rhys? – bąkam.

Patrzy na mnie, poświęcając mi całą uwagę. Jest przy tym tak piękny, że ten widok zapiera mi dech w piersi. Jego uroda za każdym razem zachwyca mnie tak samo, teraz może nawet bardziej.

– Hmm?

– Może to ja mogłabym zabrać cię w ciepłe i suche miejsce? – proponuję niepewnie, nie będąc pewna jego reakcji. Zaskoczony unosi nieco ciemne brwi. – Moja przyjaciółka mieszka niedaleko. Nie moglibyśmy pojechać do niej?

Nie mam pojęcia, jak Nancy zareaguje na nasz widok ani czy w ogóle będzie zadowolona z faktu, że przyprowadzam do jej mieszkania obcego faceta, ale ten pomysł wydaje mi się najsensowniejszy ze wszystkich.

– Nie ufasz mi – bardziej stwierdza niż pyta, a w jego spojrzeniu zauważam cień wstydu.

Ufam ci. Po wszystkim, co mi zrobiłeś, ufam ci jak cholera!

– Nie o to chodzi – mówię szybko. – Po prostu… – urywam na widok ciemnego, dużego volvo zatrzymującego się obok nas.

Wzdrygam się, gdyż nieznajome samochody stojące zbyt blisko wciąż budzą we mnie lęk. Winę za to ponosi upozorowane porwanie, które już dawno wyrzuciłam z głowy, lecz jego skutki odczuwam do dziś. Kiedy Motyl zauważa moje zachowanie, od razu przyciąga mnie bliżej siebie. Rozluźniam się nieco, opierając skroń o jego ramię. Silnik gaśnie, następnie z pojazdu wysiada starszy mężczyzna o oliwkowym kolorze skóry. Uśmiecha się szeroko na widok rozwalonego tyłu bentleya.

– Musiałeś komuś mocno zajść za skórę, młody – mówi, gwiżdżąc.

– Nawet nie wyobraża pan sobie jak mocno – odzywam się, zanim zdążę ugryźć się w język.

Szpakowaty mężczyzna patrzy na mnie, jakby dopiero mnie zauważył, po czym przenosi pytający wzrok na Rhysa.

– Mogę cię prosić, chłopcze?

Kąciki moich ust drgają nieznacznie.

Chłopcze? To ktoś tak jeszcze mówi?

– Dwie minuty – szepcze Rhys, muskając ustami mój policzek i odchodzi kilka metrów ode mnie.

Oplatam się mocno ramionami, chcąc jak najszybciej znaleźć się w mieszkaniu Nancy. Jest zimno i coraz bardziej boli mnie głowa. Na szczęście rozmowa mężczyzn nie trwa nawet dwóch minut.

– Zajmijcie się nim – zwraca się Mariposa do towarzysza, wskazując ruchem głowy bentleya, którego niechcący rozbiłam. – Przez jakiś czas mogę być nieosiągalny.

Rumienię się, gdy patrzy na mnie wymownie, a jego spojrzenie dosłownie rozgrzewa mnie od środka. We troje okrążamy volvo, a następnie Motyl otwiera drzwi od strony pasażera. Starszy mężczyzna ze zrezygnowaniem kręci głową, wręczając Rhysowi kluczyki.

– Mam nadzieję, że wiesz, co robisz – mówi pouczającym tonem, patrząc mi prosto w oczy.

Otwieram usta, żeby zapytać, co ma na myśli, lecz Rhys mi na to nie pozwala, dosłownie wpychając mnie na fotel.

– Zapnij pas – rzuca, zatrzaskując drzwi.

Zamienia jeszcze kilka zdań z mężczyzną, wrzucając na tylne siedzenie moje bagaże, po czym dołącza do mnie, zajmując miejsce za kierownicą. Jedno spojrzenie wystarcza, żebym wiedziała, że jest zły.

– Rhy…

– Zapnij ten cholerny pas – warczy, odpalając silnik i włączając się do ruchu.

– Dobrze, już dobrze – mamroczę pod nosem, szybko robiąc to, czego żąda, choć tak naprawdę mam ochotę pokazać mu środkowy palec. – Willow Street – mówię naburmuszona. – Nancy mieszka na Willow Street – powtarzam z naciskiem, gdyby za pierwszym razem nie zrozumiał, dokąd ma jechać.

Po tym, jak zatrzymuje samochód na jedynym wolnym miejscu, rozluźnia zaciśniętą szczękę, co oznacza, że jego złość nieco zmalała.

– Nie powinieneś dać się wyprowadzać z równowagi pracownikom – pouczam tonem znawcy, odpinając pas. – To źle wpływa na twój autorytet.

Rzuca mi wściekłe spojrzenie. Chyba jednak wciąż jest zły.

– To nie był mój pracownik.

– A więc kto? – pytam, lecz nie uzyskuję odpowiedzi, gdyż mój rozmówca jest już na zewnątrz.

Szybko do niego dołączam, chwytam za rękę i ciągnę w stronę budynku. Czuję podekscytowanie, że za moment pokażę mu, gdzie spędziłam kilka lat swojego życia, nie licząc ostatnich siedmiu miesięcy. Cicho otwieram drzwi mieszkania, po czym przekraczam jego próg i ściągam buty – jedyną część garderoby, przez którą jakimś cudem woda nie przedostała się na wylot.

– Czy ty, do kurwy nędzy, nauczysz się odbierać ten telefon?! – krzyczy Nancy, otwierając drzwi łazienki. – Może potrzebujesz specjalnego kursu, bo twój mały mózg nie ogarnia, do czego to urządzenie służy?! Myślałam, że… – Urywa na mój widok. – Boże, miałaś wypadek! – wykrzykuje jeszcze głośniej, doskakując do mnie. Kładzie dłonie na moich ramionach i uważnie śledzi moją twarz. W końcu jej wzrok zatrzymuje się na rozcięciu tuż nad łukiem brwiowym. – Cholera! – zaklina, krzywiąc się.

To samo pomyślałam, gdy zobaczyłam swoje odbicie w lusterku wstecznym. Teraz może to wyglądać o wiele gorzej.

– Aż tak źle? – pytam, czując, że robi mi się słabo przez wysoką temperaturę panującą w mieszkaniu.

– Nie obejdzie się bez szycia.

Odsuwa się o krok, wbijając wzrok gdzieś ponad moje ramię.

Przez jej twarz przemyka cień odrazy, ale dzieje się to tak szybko, że Rhys na pewno tego nie zauważył. Jedną z rzeczy, które najbardziej w niej cenię, jest lojalność, którą okazuje przy każdej nadarzającej się okazji, ale, cholera, dlaczego musi okazywać ją właśnie teraz?

– Rhys Mariposa – przedstawia się Motyl, wyciągając dłoń w stronę mojej przyjaciółki.

Po samym wyrazie jej twarzy stwierdzam, że nieprędko się do niego przekona.

– Mariposa – powtarza, nawet nie ujmując jego dłoni. – Idę poszukać nici – zwraca się do mnie, po czym odwraca się na pięcie i znika za drzwiami swojego pokoju.

Staję twarzą do Motyla, wspinam się na palce i całuję delikatnie jego ciepłe wargi.

– Wie o wszystkim? – pyta rozbawiony pomiędzy pocałunkami.

Gdyby wiedziała o wszystkim, już byłbyś martwy, myślę.

– Polubi cię – mówię z udawanym przekonaniem, rozkoszując się jego smakiem.

Najpierw moja kurtka ląduje na podłodze w przedpokoju, a zaraz po niej jego. Jeszcze mocniej przywieram do niego, by naszych ciał nie dzielił nawet najmniejszy milimetr.

– Powinnaś zdjąć to mokre ubranie – syczy, wsuwając dłonie pod materiał mojej czarnej, przyklejonej do ciała bluzy.

Śmieję się, kiedy jego palce łaskoczą mnie w okolicach żeber.

– Wolę zdjąć twoje – odpowiadam z błyskiem w oku.

Od razu biorę się za rozsuwanie suwaka jego jasnej bluzy i z zadowoleniem odkrywam, że nic pod nią nie ma. Niemal z namaszczeniem gładząc miękką, oliwkową skórę, sunę dłońmi w dół, a Rhys ani na moment nie spuszcza pociemniałego wzroku z mojej twarzy.

– Oj, błagam! – słyszę za plecami w tym samym momencie, w którym moje dłonie zatrzymują się na pasku jego czarnych dżinsów.

Odwracam się, posyłając przyjaciółce mordercze spojrzenie. Jestem pewna, że gdyby mój wzrok mógł zabijać, padłaby teraz trupem. Przecież powinna domyślić się, że w tej właśnie chwili jej obecność nie jest mi do niczego potrzebna.

– Johnson – cedzę przez zęby – mogłabyś…

– Nie mogłabym – odparowuje natychmiast, nie pozwalając mi dokończyć. – Ty – rzuca w Rhysa tym, co przed sekundą trzymała w dłoniach – przebierz się, bo tak z ciebie kapie, że zaraz zalejesz sąsiadów. A ty – ponownie zwraca się do mnie – chodź ze mną. Muszę doprowadzić cię do stanu używalności, zanim pod wpływem emocji przez tę dziurę w czole zacznie tryskać krew. Chyba nigdy nie domyłabym podłogi.

Chwyta mnie za rękę, a następnie ciągnie do swojego pokoju, gdzie zatrzaskuje z impetem drzwi, zostawiając skonsternowanego Rhysa po ich drugiej stronie. Kładąc ręce na moich ramionach, zmusza mnie, żebym usiadła na obrotowym fotelu w kolorze pudrowego różu.

– Nancy, jestem mokra – jęczę bezsilnie, bojąc się, że przemoczę tapicerkę.

Szeroko otwartymi oczami przyglądam się, jak rozkłada na łóżku podkład higieniczny, następnie sięga po pudełko leżące na szafce nocnej i wysypuje jego zawartość na podkład. Ona żartuje, tak? Wcale nie zamierza mnie zszywać, prawda?

– Patrząc na tego skurwiela, wcale się nie dziwię – warczy, układając różnej wielkości nożyczki i pęsety obok siebie.

Wstaję, puszczając jej komplement co do urody Rhysa mimo uszu, a następnie rozpinam guzik białych spodni i zdejmuję je szybko, nie mogąc dłużej znieść dotyku mokrego materiału. Pozbywam się również bluzy i ponownie opadam na fotel w samej bieliźnie, podciągając kolana pod brodę.

– Co robisz? – pytam niepewnie, kiedy odwraca się do mnie z igłą, kształtem przypominającą półksiężyc, w dłoni. Drugą wylewa sporą ilość bezbarwnego płynu na gazę leżącą na łóżku, po czym chwyta ją i bez ostrzeżenia przykłada mi do rany. Syczę z bólu, lecz nie zabieram głowy. – Powiedz tylko, że to nie zestaw małego chirurga, który rodzice sprezentowali ci na piąte urodziny.

Patrzy na mnie jak na idiotkę.

– Wyluzuj, mała. Jestem w tym naprawdę świetna. Nawet nie poczujesz, kiedy zacznę.

Miała rację, mówiąc, że jest w tym dobra. Ból jest tak znośny, że przez chwilę udaje mi się odtworzyć w pamięci moment wypadku. Tuż po uderzeniu czułam tak dziwny spokój, że przez kilka sekund myślałam, że umarłam. Kiedy już wygramoliłam się z samochodu i stanęłam twarzą w twarz z Rhysem, wciąż wydawało mi się, że śnię. I gdyby nie gorąca krew spływająca mi tuż obok oka i zaskoczone, ale pełne pasji spojrzenie, którym przeszywał mnie Rhys, nigdy nie uwierzyłabym, że to wszystko wydarzyło się naprawdę.

Po tym, jak Nancy skończyła składać mnie do kupy, oddycham z ulgą, odchylając się na oparciu fotela.

– Dobrze, że cię mam – mówię pół żartem, pół serio z wciąż zamkniętymi oczami.

Słyszę, jak przyjaciółka porusza się po niedużym pokoju. Drzwi szafy wydają charakterystyczne skrzypnięcie, a chwilę później na moich kolanach ląduje coś miękkiego. Otwieram oczy, posyłając Nancy pytające spojrzenie.

– Masz zamiar paradować przed nim w samych majtkach? – pyta, a w jej głosie nie ma już tyle złości, co przedtem. – Chyba nie zamierzasz aż tak ułatwiać mu zadania?

Zadanie byłoby już dawno wykonane, gdybyś nam nie przerwała, myślę złośliwie.

Nagle przepełnia mnie tęsknota za bliskością Motyla. I jest to tak intensywne uczucie, że niemal boli. Wstaję i wciągam na tyłek jasnoszare legginsy, które leżą na mnie idealnie, podkreślając to, co powinny. Zakładam także krótki, luźny top kończący się tuż pod biustem.

– Nigdy ci tego nie mówiłam, ale zawsze zazdrościłam ci cyków – wyznaje Nancy, bez sił opadając na łóżko.

– A ja tobie tyłka. – Rozglądam się uważnie po pomieszczeniu, którego tak długo nie widziałam. – Zmieniłaś kolor ścian?

Kiedy wyjeżdżałam, zdobił je chłodny, pastelowy błękit, teraz pokrywa je wściekła czerwień. Przyjaciółka prostuje się, patrząc mi prosto w oczy.

– W co ty się znowu wpakowałaś? – pyta z rozpaczą w głosie. – Wyszłaś tylko na chwilę po szampana, a wracasz kilka godzin później ranna, w towarzystwie człowieka, który cię zranił, do tego bez pieprzonego szampana.

Opadam na łóżko obok niej.

– Kocham go – wyznaję, a bicie mojego serca staje się szybsze. – Jutro opowiem ci więcej, bo naprawdę jestem wykończona. Długa podróż, później ten wypadek i znowu Rhys… Nie mogę uwierzyć, że to wszystko dzieje się naprawdę.

Trochę mijam się z prawdą, ale nie mogę jej powiedzieć, że chcę jak najszybciej znaleźć się znowu przy nim.

– Boże, wypadek – jęczy, chowając twarz w dłoniach. – Idź już do niego. Muszę się zastanowić, czy jutro na pewno chcę cię wysłuchać.

Z uśmiechem cmokam ją w policzek, po czym wstaję i wychodzę z jej pokoju.

Czuję, jak ogarnia mnie panika, kiedy nie znajduję Mariposy ani w przedpokoju, ani w salonie połączonym z kuchnią, ani nawet w łazience. Już mam ochotę usiąść na środku mieszkania i rozpłakać się jak dziecko, lecz uświadamiam sobie, że przecież nie sprawdziłam jeszcze jednego pomieszczenia. Z mocno bijącym sercem otwieram drzwi mojego dawnego pokoju i oddycham z ulgą, gdy zastaję go siedzącego na łóżku z telefonem w ręku. Ma na sobie jasne dresy, które wręczyła mu Nancy. Nie założył koszulki, ale ani trochę mi to nie przeszkadza.

– Już się bałam, że zniknąłeś – szepczę, podchodząc do niego.

Na mój widok uśmiecha się szeroko, a w jego policzkach pojawiają się te urocze dołeczki, za którymi wciąż tak bardzo szaleję. Podchodzę do niego i siadam na nim okrakiem.

– Nigdzie się nie wybieram – zapewnia, odkładając telefon. Natychmiast przyciąga mnie bliżej siebie.

Gładzę dłońmi jego szerokie ramiona, rozkoszując się dotykiem aksamitnej skóry.

– Nie mogę uwierzyć, że tu jesteś – szepczę łamiącym się głosem. W emocjach pozwalam wypłynąć jednej łzie szczęścia, której Rhys chyba nawet nie zauważa. Delikatnie, ale stanowczo wbijam paznokcie w jego skórę. – Nienawidzę cię, wiesz? Za wszystko, co mi zrobiłeś.

– Ja również cię nienawidzę – mówi, zbliżając usta do moich. – Kocham i nienawidzę. – Pierwszy pocałunek. Serce przyspiesza bicie. – Jesteś chodzącym uosobieniem heroiny. – Drugi pocałunek. Chcę krzyczeć. – Nie chcę cię znać, Melody, wiem, że mnie niszczysz, a mimo to, kiedy jesteś w pobliżu, pozwalam ci sobą zawładnąć.

Trzeci pocałunek. Przepadam. Już po mnie.

Chore, pieprzone, niszczące uzależnienie. Obsesja, z której nigdy nie zamierzam się leczyć. Patrzę prosto w miodowe oczy i uśmiecham się krzywo. Mrok, który nas łączy rozumiemy tylko my.

– Będziemy ranić się do końca świata? – pytam, przygryzając jego dolną wargę.

Chwyta mnie w talii i jednym płynnym ruchem obraca nas tak, że teraz to ja jestem pod nim.

– Zdecydowanie dłużej, kochanie.

Zaciska palce na szwie legginsów w kroku, po czym dosłownie rozrywa ich cienki materiał. Oddycham ciężko, gdy zsuwa dresy i wchodzi we mnie, boleśnie mnie wypełniając. Jęczę cicho, odchylając głowę do tyłu.

– Kocham cię, Rhys – mówię, bezgłośnie poruszając ustami. – Nad życie.

Przestaje się we mnie poruszać i patrzy mi prosto w oczy.

– Kocham cię. – Całuje mnie delikatnie, znów poruszając biodrami. Ponownie jęczę, lecz ten dźwięk tłumią jego usta. – Nad życie.

***

Kiedy oddech Rhysa staje się spokojny i głęboki, odczekuję dobre piętnaście minut. Dopiero mając pewność, że mocno śpi, wymykam się z jego objęć najdelikatniej, jak potrafię. Na palcach przechodzę do drzwi, jednak zanim wyjdę, przystaję, żeby przyjrzeć się jego potężnej, silnej sylwetce rozłożonej na moim starym łóżku. Jest mężczyzną, którego należy się bać – świadczy o tym choćby broń leżąca spokojnie na szafce nocnej, jakby była niewinną książką – a mimo to w tej chwili jego przystojna twarz wygląda tak łagodnie i niewinnie jak u kilkuletniego chłopca.

Wiem, że czeka nas poważna rozmowa, ale najpierw musieliśmy dać upust wszystkim zgromadzonym przez ostatnie miesiące emocjom w jedyny znany i słuszny nam sposób. Z cichym westchnieniem naciskam na klamkę, po czym wychodzę z pokoju. Muszę napić się wody, więc to do kuchni kieruję się najpierw. Kiedy odkręcam butelkę wody gazowanej i napełniam szklankę, do kuchni wchodzi Nancy.

– Nie śpisz – bardziej stwierdzam niż pytam, patrząc na nią niepewnie.

Posyła mi krzywe spojrzenie.

– Miałam okazję przetestować nowe zatyczki do uszu, ale w waszym przypadku potrzeba czegoś znacznie skuteczniejszego. – Podchodzi do mnie, wyjmuje mi szklankę z rąk, a następnie wypija całą jej zawartość i z brzękiem odstawia naczynie na blat. – Gdzie twój mafioso?

– Śpi – odpowiadam, marszcząc brwi. – Nan…

– Kim on tak naprawdę jest? – pyta, zniżając głos do szeptu. – Ze szczytu muru chińskiego widać, że to pieprzony gangster.

– Uspokój się i przestań wygadywać głupstwa – mówię zirytowana. – Rhys nie jest żadnym gangsterem, tylko…

Czasem zdarzy mu się kogoś zastrzelić.

Blednę.

Dlaczego wcześniej na to nie wpadłam?

– No i co, mądralo? – Nancy krzyżuje ręce na piersi. – Nie rozumiem, jak mogłaś mi o niczym nie powiedzieć. Myślałam, że jesteśmy przyjaciółkami.

Prowokuje mnie. Myśli, że tak mnie zirytuje, że potwierdzę wszystkie jej domysły. Jednak ja nie mogę tego zrobić z kilku powodów. Po pierwsze i najważniejsze: sama nie znam prawdy. Po drugie: nie jestem pewna, czy gdyby było tak, jak zakłada Nancy, chciałabym, żeby ktokolwiek wiedział, kim jest mężczyzna, którego kocham do szaleństwa. Po trzecie: za wszelką cenę chciałabym chronić Rhysa, bez względu na to, ile by mnie to kosztowało.

– Czy mogłabyś mnie przez chwilę posłuchać? – teraz to ja zniżam głos do szeptu, w obawie, że Motyl już się obudził i może słyszeć naszą rozmowę.

Nancy jakby czyta mi w myślach, bo bez słowa chwyta mnie za rękę i ciągnie do swojego pokoju, po czym wyjątkowo ostrożnie zamyka drzwi. Obie opieramy się o nie plecami, a następnie zsuwamy na podłogę.

Podciągam kolana pod brodę, próbując ubrać w słowa rozbiegane myśli.

– Mel – ponagla, wiedząc, że nie mamy wiele czasu.

Biorę głęboki oddech.

– Za świństwo, które zrobiłam Jimowi, będę smażyć się w piekle przez wieczność – wyrzucam z siebie. – Powiedział, że nigdy nie wybaczy mi tego, że pozwoliłam mu uwierzyć, że go kocham. Boże, Nancy, gdybyś widziała, jak wtedy na mnie patrzył… Jakbym wyrwała mu serce gołymi rękoma.

– Nie powinnaś bać się piekła, skoro sam diabeł posuwał cię niespełna godzinę temu – dogryza mi. – Może to okrutne, co powiem, ale Jim sam jest sobie winien. To bystry i inteligentny facet. Na pewno widział, że z twojej strony to uczucie nie jest tak intensywne. Kochał cię, na pewno nadal cię kocha. Tak bardzo chciał cię mieć przy sobie, że przymykał oko na pewne niedociągnięcia w waszym związku. Ty natomiast szukałaś pocieszenia, łudząc się, że w końcu coś do niego poczujesz. Zgodziłaś się nawet z nim zamieszkać, choć wiedziałaś, że wciąż kochasz kogoś innego. Niestety, nie masz serca w rozmiarze XL i nie pomieściłabyś ich obu. Jim zapomni. Nic mu nie będzie.

Kręcę głową, chowając twarz w dłoniach.

– Ty nic nie rozumiesz – jęczę zrezygnowana. – Rhys jest jednym z najlepszych przyjaciół Jima.

Przyjaciółka wydaje z siebie okrzyk niedowierzania, po czym wstaje, a ja prostuję się, patrząc, jak nerwowo krąży po pokoju w tę i z powrotem.

– Jak to możliwe?

Chyba ktoś na górze tak sprytnie poukładał nasze drogi, że przypadkiem krzyżują się ze sobą za każdym razem, kiedy jesteśmy gotowi zapomnieć o sobie na dobre.

– Zadałam sobie to samo pytanie, gdy się o tym dowiedziałam na jednym z ich wspólnych spotkań.

– I co było dalej? – dopytuje, gdy pozwalam myślom wrócić do dnia, w którym Jim urządził w swoim mieszkaniu imprezę powitalną dla swojego przyjaciela.

Nigdy nie zapomnę szoku, jaki wtedy czułam. Szoku i strachu, że ktoś z obecnych zauważy żar, który wciąż iskrzył między mną a Mariposą.

– Rhys zlecił swoim ludziom mnie porwać – wyznaję po chwili zastanowienia.

Nie chciałam mówić o tym nikomu, ale ona musi wiedzieć. Musi poznać całą prawdę.

– Żartujesz sobie ze mnie? – pyta ze złością. Jednak wystarczy jedno jej spojrzenie w moje oczy, by wiedzieć, że mówię prawdę. – O cholera, nie wiem, po co opłacam Netfliksa, skoro to, co mówisz, jest o wiele ciekawsze niż niejeden serial.

To prawda, myślę.

Gdybym zaczęła transmitować w sieci swoje życie, mogłabym zarobić na tym kupę kasy.

– Wciągnęli mnie do samochodu i nafaszerowali jakimś gównem, przez które o mało nie umarłam. Przynajmniej wtedy tak czułam. Jak przez mgłę pamiętam, że tłumaczyli Rhysowi, że mój organizm źle zareagował, ale on wiedział, że złamali jego zalecenia i podali mi więcej narkotyku, niż powinni. Jeden z nich został… zlikwidowany.

Nancy przystaje.

– Co znaczy zlikwidowany?

Wzdycham zrezygnowana.

– To znaczy, że Rhys go zabił albo kazał komuś to zrobić. – Nie wspominam jednak o tym, że byłam tego świadkiem. Już i tak wystarczająco przeraża mnie obojętność, którą słyszę we własnym głosie, gdy o tym opowiadam. – Proszę, nie pytaj o to – dodaję, widząc jej przerażoną, ale zaciekawioną minę. Na szczęście milczy, więc szybko kontynuuję: – Po kilku dniach wróciłam do domu, gdzie udawałam, że nic się nie stało. Po tym wszystkim tak bardzo pragnęłam szczęścia, że pozwoliłam zajść sprawom o wiele za daleko i przez to tak bardzo skrzywdziłam Jima.

Nancy opada na kolana u moich stóp, chwytając mnie za nadgarstki.

– To jest tak popieprzone, że teraz żałuję, że chciałam wiedzieć.

Przesuwam ręce, a następnie splatam palce dłoni z jej.

– Kiedy powiedziałam Jimowi, że odchodzę, wzięłam tylko kilka walizek i od razu przyjechałam do ciebie.

Patrzy na mnie, nieznacznie mrużąc zielone oczy, zupełnie inne od oczu Jima.

– Okej, jeszcze jedno. Dlaczego wróciłaś przemoczona, ranna i w towarzystwie Mariposy zamiast Moëta?

Uśmiecham się w końcu.

Najlepsze zawsze zostawiam na koniec.

– Kiedy wysłałaś mnie do sklepu, na chwilę straciłam panowanie nad własnymi emocjami, przez co zupełnym przypadkiem rozbiłam jego bentleya. Później wszystko potoczyło się samo.

Nancy puszcza moje ręce, żeby zakryć swoją twarz.

– W co ty się wpakowałaś? – mamrocze zrezygnowanym głosem.

Nie mam cholernego pojęcia.

– Poradzę sobie – zapewniam, wstając. – Może jeszcze uda mi się zasnąć. Ty też odpocznij.

Jeśli ci się to uda po tym, czego się dowiedziałaś, dodaję w myślach, gdy ta również wstaje.

– Nie skrzywdzi cię więcej – mówi, a jej głos jest tak donośny, że pewnie słychać go piętro wyżej. – Już ja tego dopilnuję.

Z uśmiechem naciskam klamkę drzwi i nic nie mówiąc, wracam do swojego dawnego pokoju. Motyl wciąż śpi. Nawet nie zmienił pozycji podczas mojej rozmowy z przyjaciółką. Zdejmuję porwane legginsy i bieliznę, rzucając je niedbale na podłogę, po czym wsuwam się pod silne, męskie ramię. Na sekundę zamykam oczy i po raz pierwszy od dawna zasypiam głębokim spokojnym snem.

***

Budzę się po dziesiątej, a to oznacza, że spałam ponad osiem godzin. To zadziwiająco dobry wynik jak na mnie, zwłaszcza że odkąd pozwoliłam powiekom opaść, nie otwierałam ich aż do teraz. Jestem wypoczęta, a co za tym idzie w wyśmienitym humorze, mimo że Rhysa nie ma obok. Przekręcam się na stronę łóżka, na której spał i zaciągam się zapachem, jaki zostawił na pościeli. Nigdy nie pomyślałabym, że z pozoru tak nieistotne szczegóły mogą dać człowiekowi tyle radości.

Jeszcze przez chwilę leżę z twarzą w poduszce, po czym wstaję, ubieram koronkowe stringi oraz męski T-shirt, który Nancy pożyczyła Rhysowi, i wychodzę z pokoju. W całym mieszkaniu unosi się słodki zapach naleśników, przez co mój brzuch od razu odzywa się głośnym burczeniem.

Do moich uszu dobiegają odgłosy żywo prowadzonej rozmowy, jednak z tej odległości nie jestem w stanie odróżnić żadnych słów, lecz gdy tylko wchodzę do kuchni, Rhys i Nancy natychmiast milkną.

– Cześć. – Uśmiecham się słodko, podziwiając przystojną twarz, której oczy wpatrzone są w moje bez reszty.

– Cześć – powtarza kpiąco Motyl, podchodząc do mnie. Zanim zdążę zaprotestować, bo przecież nie zdążyłam nawet umyć zębów, przyciąga mnie do siebie i całuje delikatnie, ale stanowczo. – Tak lepiej. – Prostuje się, chwytając palcem wskazującym i kciukiem moją brodę. – Wyspałaś się?

Potwierdzam skinieniem głowy, ponieważ jego widok ponownie zapiera mi dech w piersi.

– Nie masz koszulki? – pytam nieśmiało, gładząc dłońmi gładką skórę na jego klatce piersiowej.

Zachowuję się jak piętnastolatka, ale zupełnie mi to nie przeszkadza.

– Moja jeszcze nie wyschła, a w zastępstwie dostałem tylko taką z logo zespołu Rammstein.

Uśmiecham się szeroko na wyobrażenie Mariposy ubranego w T-shirt, który mam na sobie.

– Nie moja wina, że masz jakieś chore uprzedzenia – odzywa się Nancy.

Zupełnie zapomniałam, że również tu jest.

– Nie mam uprzedzeń – zaprzecza Rhys, nie odrywając ode mnie wzroku. – Po prostu twój były chłopak musiał mieć niecały metr siedemdziesiąt, bo koszulka sięga mi wyżej pępka.

Parskam śmiechem.

– Jonathan – przypominam sobie głośno imię chłopaka, którego czubek głowy kończył się na wysokości połowy ucha Nancy i wyswobadzam się z objęć Motyla.

– Wcale nie był taki niski – obrusza się moja przyjaciółka, przewracając naleśnik na patelni. Kiedy staje twarzą do mnie, nasze spojrzenia się spotykają. – Skończmy temat moich byłych facetów, bo zupełnie stracę apetyt. Już i tak niedobrze mi od patrzenia, jak się mizdrzycie.

Zaskakuje mnie, z jaką swobodą zachowuje się w obecności Rhysa. Mimowolnie zastanawiam się, dlaczego ja nigdy nie pokazałam mu stuprocentowej siebie. Chyba po prostu bałam się, co mógłby o mnie pomyśleć. W moich oczach jest wyśnionym ideałem, a jego inteligencja nieco mnie onieśmiela. Dlatego wciąż hamuję się, nie ujawniając swojego prawdziwego oblicza w pełni.

– Wyjeżdżamy zaraz po śniadaniu, więc obiad zjesz już bez dolegliwości żołądkowych – dogryza jej Rhys.

Posyłam mu pytające spojrzenie.

– Wyjeżdżamy?

Potwierdza skinieniem głowy, siadając przy niewielkim, okrągłym stoliku, który przy nim wydaje się jeszcze mniejszy, niż jest w rzeczywistości.

– Obiecałaś mi wieczór z trio, pamiętasz? – mówi z wyrzutem Nancy.

Zamykam oczy, próbując zebrać myśli. Tak dużo dla mnie zrobiła, że nie mam serca powiedzieć jej, że nic z tego. Z drugiej strony pozostanie moją jedyną przyjaciółką już na zawsze. Będziemy miały jeszcze wiele okazji do rozkoszowania się wybornym smakiem szczypiących w podniebienie bąbelków.

Mój brzuch ponownie odzywa się głośnym burczeniem, czym przywołuje mnie na ziemię. Dołączam do Motyla, siadając na krześle obok, lecz ten od razu wciąga mnie na swoje kolana i chowa nos w zagłębieniu pomiędzy moją szyją a barkiem.

– Przepraszam, Nancy. Nie miałam…

– Daj spokój – przerywa mi, stawiając przed nami talerz ze stertą pachnących naleśników. – Jeszcze niejeden wieczór przed nami. O ile ktoś cię nie porwie, nie znarkotyzuje albo nie zabije.

– Johnson, przeginasz – syczę, posyłając jej tysiące morderczych spojrzeń.

Patrzę też na Rhysa, który wydaje się niewzruszony słowami mojej przyjaciółki i dziękuję w duchu, że jego pistolet wciąż leży na szafce w innym pomieszczeniu, bo chyba sama bym ją w tej chwili zastrzeliła.

– Wybacz – mówi, uśmiechając się tak słodko, że tym razem to mnie mdli. – Tak tylko głupio palnęłam.

Ponownie zamykam oczy, licząc w myślach do dziesięciu, a dłoń Motyla uspokajająco ściska moje udo. Nie odzywaj się, podpowiada głos z tyłu głowy. Gniew Nancy jest jak burza, a burzę najlepiej przeczekać.

W milczeniu zjadamy swoje porcje, ja nawet o jedną więcej niż powinnam, po czym wstaję od stołu i sprzątam talerze, wkładając je do zmywarki. Podczas posiłku Nancy ani na chwilę nie odrywała czujnego wzroku od Rhysa, ale nie odezwała się ani słowem.

– Świetne te naleśniki, Johnson – odzywam się, żeby przełamać lody. – Zawsze byłaś mistrzem kuchni, ale dzisiaj przeszłaś samą siebie. Naprawdę.

Przyjaciółka podnosi się, wbijając we mnie poważne spojrzenie.

– To przepis twojego gangstera – wyrzuca szybko ze złością.

Przewracam oczami, a rozbawiony Rhys krztusi się sokiem pomarańczowym.

Bez słowa podchodzę do niego, chwytam za rękę i ciągnę do swojego pokoju. Po tym, jak drzwi się za nami zamykają, wypuszczam z płuc wstrzymywane powietrze.

– Przepraszam cię za nią – mówię ze skruchą. – Nie mam pojęcia, co w nią wstąpiło. Jeszcze nigdy nie zachowywała się tak zołzowato.

Uśmiecha się, dzięki czemu kolejny raz mogę rozpływać się na widok dołeczków w jego policzkach. Przyciąga mnie do siebie i jedną ręką obejmuje w talii, a drugą zakłada mi włosy za ucho.

– Nie przepraszaj. Jest całkiem zabawnie.

Rozciągam usta w szerokim uśmiechu.

Chyba nigdy nie widziałam go tak wyluzowanego i beztroskiego.

– Zbierajmy się, zanim Nancy każe nam spadać. Dziwię się, że jeszcze tego nie zrobiła po tym, co jej o tobie powiedziałam.

– Próbowała – przyznaje Rhys, a moje oczy robią się okrągłe jak spodki. – Spokojnie, nie udało się jej. Jak widać, wciąż tu jestem.

Mruga okiem, ale coś w jego postawie się zmienia. Staje się bardziej wycofany i poważny. Cholera, że też wcześniej nie pomyślałam o tym, żeby zabronić przyjaciółce wspominać o tym, że wie więcej, niż powinna. Niestety, wygląda na to, że całkiem puściły jej hamulce.

– Przepraszam – powtarzam, mając ochotę wrócić do kuchni, żeby skopać jej zgrabny tyłek.

Rhys odsuwa się ode mnie, po czym sięga po pistolet leżący na szafce nocnej. Przestaję oddychać, a z mojej twarzy odpływa cała krew. Przygląda mi się przez chwilę, unosząc brew, a gdy odgaduje moje myśli, wybucha głośnym śmiechem i jest to najpiękniejsza melodia, jaką kiedykolwiek słyszałam.

– Spokojnie – rzuca broń na materac łóżka – nie zamierzam jej zastrzelić. Choć muszę przyznać, że przeszło mi to przez myśl raz czy dwa.

Uderzam go pięścią w klatkę piersiową.

– Nie rób tak więcej – proszę, przełykając głośno ślinę. – Chyba za dużo zjadłam – dodaję. – Swoją drogą nigdy nie pomyślałabym, że umiesz gotować.

– Wychowywałem się bez matki, więc musiałem się tego nauczyć, żeby codziennie nie jeść pizzy, którą serwował mi wujek – odpowiada normalnym głosem, zakładając swój suchy już T-shirt i bluzę, na której gdzieniegdzie widnieją jeszcze mokre plamy.

Serce boli mnie na myśl o małym chłopcu o czarnych jak atrament włosach pozostawionym samemu sobie. To pierwsza rzecz, którą mi o sobie powiedział sam z siebie, jednak wcale się z tego nie cieszę.

– Musiało być ci ciężko – wypalam głupio.

Podnosi na mnie miodowe spojrzenie, wzruszając ramionami.

– Nie bardziej niż innym. – Zmienia dresy na dżinsy, a ja mam kilkanaście sekund, by podziwiać go w pełnej okazałości od pasa w dół. – Nie mamy wiele czasu, Melody.

Melody… Zawsze, gdy używa mojego imienia, rozmowa staje się poważna, więc wolę nie dyskutować i biorę się za sprawdzanie, czy moje rzeczy również wyschły po wczorajszej ulewie.

Gdy oboje jesteśmy gotowi, mam ochotę wyjść niepostrzeżenie bez pożegnania z Nancy, ale wiem, że nie mogę tak postąpić. Rhys wychodzi z mieszkania, żeby zapakować bagaże, do których jakimś cudem nie dostała się woda, a ja pukam cicho do uchylonych drzwi pokoju mojej przyjaciółki. Odpowiada mi cisza, więc popycham je lekko. Zamieram w chwili, w której się otwierają, a moje serce przestaje bić na ułamek sekundy.

– Johnson – szepczę łamiącym się głosem.

Leży na łóżku zwinięta w kłębek i płacze, nie wydając z siebie żadnych dźwięków. Gdyby nie łzy znaczące czarne ścieżki tuszu na jej policzkach, nie miałabym pojęcia, w jakim jest stanie. Do tej pory widziałam tylko kilka razy, jak płakała. Raz, jak zmarł jej dziadek, drugi raz, jak oblała najważniejszy egzamin na swojej uczelni, i trzeci – właśnie teraz. Odzyskując panowanie nad własnym ciałem, doskakuję do niej i chwytam za zaciśnięte w pięści dłonie.

– Co się stało? – dopytuję, szukając wzrokiem jej spojrzenia.

Zabiera ręce z mojego uścisku, po czym siada, podciągając kolana pod brodę.

– Po prostu cholernie się o ciebie boję – wyznaje, patrząc gdzieś ponad mnie. – Wiem, że jesteś zakochana. Wiem, że nigdy nie zrozumiem tego, co do niego czujesz, bo cokolwiek to jest, jest dziwne i pokręcone, ale zajebiście silne. Znalazłaś mężczyznę swoich marzeń: inteligentny, władczy, chwilami zabawny, doskonały w łóżku, o sylwetce greckiego boga i nieziemsko przystojnej, niemal anielskiej twarzy. Nie patrz tak na mnie – syczy. – Jest idealny pod wieloma względami, ale, Mel, on śpi z pieprzonym pistoletem!

Wiem, co ma na myśli. Mnie samą przeraża to wszystko bardziej, niż daję po sobie poznać.

– Rhys mnie nie skrzywdzi – mówię pewnym, spokojnym głosem.

Przynajmniej nie fizycznie, dodaję w myślach.

– On za tobą szaleje, Mel, może nawet cię kocha, ale nie ufam mu. Jest niebezpieczny i dobrze o tym wiesz. Nie mogę zatrzymać cię tu siłą, ale błagam, uważaj na siebie. Cokolwiek by się działo, nie trać czujności i dzwoń… – urywa, połykając spływające do gardła łzy. – Dzwoń codziennie. – Teraz to jej łamie się głos.

Obejmuję niepewnie jej szczupłe ciało, lecz ona nie odwzajemnia uścisku.

Wstaję, a poczucie winy już nie daje mi spokoju, mimo że jeszcze jej nie opuściłam. Wzdrygam się, kiedy ktoś za moimi plecami chrząka znacząco.

– Musimy jechać, skarbie.

Pochylam się i całuję przyjaciółkę w czoło.

– Nie martw się – szepczę tak cicho, żeby tylko ona słyszała moje słowa. – Jeśli coś mi zrobi, ty pierwsza będziesz mogła odstrzelić mu jaja.

Kiedy powoli wycofuję się z pokoju, na jej twarzy błąka się uśmiech. Nie mówię nic więcej. Nie żegnam się, ponieważ nie znikam na zawsze. Bez słowa mijam Motyla, a następnie wychodzę z mieszkania, do którego wrócę jeszcze nie raz, bo to właśnie tu jest mój prawdziwy dom. A dom to nie mury. Dom to kochający cię ludzie. Ludzie, którzy trwają przy twoim boku bez względu na wszystko. Nancy bez wahania oddałaby za mnie życie i ja zrobiłabym dla niej to samo.

Może nawet i więcej.

Rozdział 2

Mimo kilku prób podjęcia przeze mnie rozmowy, której widmo wciąż nad nami wisi, psując całą atmosferę, Rhys skutecznie mnie zbywa. Po godzinie poddaję się i milknę na kolejne trzy godziny. Kiedy wjeżdżamy na teren prywatnego osiedla, Lana Del Rey przepięknie śpiewa o tym, że szczęście jest motylem. Moje na pewno, myślę, dlatego jeszcze dokładniej wsłuchuję się w jej słowa.

– If he’s as bad as they say, then I guess I’m cursed – powtarzam, nucąc cicho.

Rhys parkuje volvo na jednym z miejsc podziemnego parkingu okazałego wieżowca, a ja nie mogę oprzeć się wrażeniu, że Lana śpiewa właśnie o nas. Zawsze mocno odczuwałam sztukę, lecz odkąd w moim życiu pojawił się Mariposa, mój motyl, wszystko uderza we mnie znacznie intensywniej. Silnik gaśnie, a wraz z nim milknie smutny, melancholijny głos Lany, któremu udało się wedrzeć w dalekie zakamarki mojej duszy. Otwieram drzwi, po czym wysiadam, a Rhys razem ze mną.

W zamyśleniu przyglądam się, jak Motyl wyjmuje z samochodu wszystkie moje walizki. Nancy boi się, że Rhys zrobi mi krzywdę. Czy jest do tego zdolny? Oczywiście, że tak! Mimo pełnej świadomości o zagrożeniu płynącym z jego strony, nie boję się. Ufam mu i…

– Dlaczego tak na mnie patrzysz? – pyta, wręczając mi uchwyt jednej z walizek.

– Kocham cię – kończę myśl na głos, uśmiechając się nieśmiało.

I na jego twarzy pojawia się uśmiech, choć jest przelotny i nie obejmuje oczu, które wwiercają się w tarczę, którą się osłaniam. Muska ustami moją skroń, po czym chwyta dwie pozostałe walizki i wskazuje gestem, żebym szła pierwsza. Ruszam przed siebie po betonowej nawierzchni. Przystaję przy szklanych, przesuwnych drzwiach, czekając, aż się otworzą, a gdy to się dzieje, przechodzę prosto do wind. Dziwnie być w budynku, z którego nie tak dawno temu chciałam jak najszybciej się wydostać.

– Mieszkasz tutaj? – pytam głupio w momencie, w którym Rhys do mnie dołącza, wybierając numer piętra. Potwierdza skinieniem głowy. – Znam to miejsce. Amelie marzyła, żeby kupić tu apartament, ale chyba nie było jej wtedy na to stać. Gdyby jej się udało, bylibyśmy sąsiadami. – Chichoczę. – Wyobrażasz to sobie? Wpadalibyśmy na siebie przypadkiem w windzie, na parkingu, siłowni… Rhys?

Przenosi na mnie nieobecne spojrzenie.

– Jasne – mówi odległym głosem.

Marszczę brwi, zastanawiając się, gdzie podział się mój ciepły, czuły chłopak, którym był jeszcze kilka godzin temu.

– Wszystko w porządku? – pytam, gdy drzwi windy rozsuwają się na osiemdziesiątym ósmym piętrze.

– W jak najlepszym – zapewnia, czekając, aż wyjdę.

Szybko pokonujemy otwartą, jasną przestrzeń, po czym Rhys otwiera jedne z dwóch drzwi znajdujących się na tej kondygnacji. Jeśli to apartament Amelie zrobił na mnie duże wrażenie, to teraz muszę mieć naprawdę śmieszną minę. Zsuwam buty ze stóp i niedbale zostawiając walizkę, wchodzę dalej. Kiedy byłam tu ostatni raz, nie zwracałam dużej uwagi na to, co mnie otacza, a fakt, że mój organizm był nieco otumaniony działaniem leków, ani trochę nie pomagał mi skupić się na wystroju. Kręcę głową, odganiając nieprzyjemne wspomnienia. To nie najlepszy czas, żeby się w nich zatapiać.

Oczami wielkimi jak spodki przyglądam się ogromnemu salonowi. Dosłownie wszystkie ściany zewnętrzne budynku są z czegoś, co na pierwszy rzut oka wygląda jak szkło. Na wprost mnie stoi okazała kanapa w kształcie litery L obita beżowym materiałem, który w promieniach słońca wpada w złotawe odcienie. Po mojej prawej stoi przepiękny fortepian, a litery na jego lśniącej, czarnej obudowie układają się w napis Kawai. Jest naprawdę duży i nawet z tej odległości robi na mnie wrażenie. Dlaczego nigdy nie zapytałam Rhysa, czy gra? W siedzibie jego firmy stało pianino, to oczywiste, że musi to robić.

– Czego się napijesz? – pyta, omijając mnie.

Przechodzi do kuchni, która znajduje się po mojej lewej stronie.

– Wody – odpowiadam nieco za głośno, w obawie, że mnie nie usłyszy, mimo że nie dzieli nas żadna ściana.

Ruszam przed siebie, podziwiając spływające kurtyny tysięcy malutkich lampek. Zapadam się w kanapę, przyglądając się słońcu, które chyli się ku zachodowi. Rhys do tej pory interesował mnie jako mężczyzna. Zakochałam się w jego urodzie, umięśnionej sylwetce, dotyku, gestach, bliskości. Dlaczego nigdy nie zainteresowałam się nim jako człowiekiem? A przynajmniej nie na tyle, by wiedzieć, jak dużą przyjemność sprawia mu muzyka, jakie są jego inne pasje, co lubi jeść i jak najchętniej spędza wolny czas. Dużo rozmawialiśmy, ale głównie były to rozmowy o mnie i mojej rodzinie. Mój humor nagle ulatuje.

– Dziękuję – bąkam po tym, jak wręcza mi szklankę zimnej wody.

Upijam niewielki łyk, a następnie odstawiam naczynie na marmurowy blat stolika kawowego o złotych rzeźbionych nogach.

– O czym myślisz?

Przenoszę spojrzenie błękitnych oczu na Rhysa, który siada bokiem na kanapie, z twarzą zwróconą w moją stronę.

– Co się dzieje? – pytam wprost, mając po dziurki w nosie tych wszystkich niedomówień. – Zachowujesz się zupełnie inaczej niż wczoraj i dzisiejszego ranka. Jeśli myślałeś, że nie zauważę, to muszę ci powiedzieć, że kiepski z ciebie aktor.

Odchyla się nieco do tyłu, patrząc na mnie z góry.

– Co z Jimem, Melody?

Biorę głęboki oddech.

A więc o to mu chodzi…

– A co ma być z Jimem? – irytuję się. – To świetny facet i męczą mnie ogromne wyrzuty sumienia, że tak go potraktowałam, ale nie mogłam go dłużej oszukiwać. Nie mogłam oszukiwać siebie. Kiedy dotarło do mnie, że był tylko lekiem na twoją nieobecność, zakończyłam to. Chciałam zniknąć, zapomnieć o wszystkim u Nancy, ale ty znowu wpadłeś do mojego życia jak huragan, siejąc w nim totalne spustoszenie.

Rozbawiony unosi brwi.

– Huragan?

– Rhys, co teraz będzie? – Czuję, jak w moim gardle zaczyna rosnąć spora gula. Przełykam szybko ślinę i mówię dalej, zanim Motyl cokolwiek odpowie: – Tak naprawdę nic o tobie nie wiem, a sam nie jesteś skory do zwierzeń. Boże, nie wiem nawet, czym tak naprawdę się zajmujesz. Wiem, że masz kilka klubów oraz hotel. Domyślam się, że grasz – wskazuję gestem fortepian – ale poza tym nie wiem o tobie zupełnie nic. Udowodniłeś mi, do czego jesteś zdolny i przeraża mnie to, że się tego nie boję. Cholera, przeraża mnie to, kim się przy tobie staję.

Rhys patrzy na mnie przez chwilę uważnie, nie spuszczając wzroku z mojej twarzy, po czym pochyla się tak, że nasze usta dzieli zaledwie kilka centymetrów.

– Wiesz więcej, niż myślisz, skarbie – szepcze, a jego ciepły oddech łaskocze moją skórę nad górną wargą. – Musisz tylko bardziej ufać sobie i swojej intuicji.

Odsuwam się, ponieważ od jego bliskości kręci mi się w głowie.

– Nancy miała rację – mówię bardziej do siebie. – Jesteś gangsterem.

Marszczy brwi, słysząc moje słowa, a gdy dociera do niego ich sens, wybucha głośnym śmiechem. Czerwienieję, wbijając zawstydzony wzrok w dłonie leżące na udach.

Przeklęta Nancy i jej teorie!, zaklinam w myślach.

– Twoja przyjaciółka posiada dużą wyobraźnię – odzywa się. Jego kciuk wraz z palcem wskazującym lądują na mojej brodzie, zmuszając, bym spojrzała mu w oczy. – Nie jestem zwykłym gangsterem, skarbie. Jestem kimś o wiele gorszym.

Chce mnie nastraszyć czy jest zupełnie szczery?

Jedno spojrzenie w jego poważne oczy wystarczy mi, żeby poznać odpowiedź.

– Czy Jim i reszta wiedzą, kim jesteś?

Pamiętam, że Jim zwracał się do niego nazwiskiem, które poznałam jako pierwsze. Już wtedy zastanawiało mnie, czy wie, jak naprawdę nazywa się jego przyjaciel, czy nie chce zdradzić się przede mną, ponieważ jestem kimś z zewnątrz i należy przy mnie trzymać język za zębami.

– Paul wie o wszystkim – przyznaje. – Lou i Jim mogliby nie znieść całej prawdy.

Czyli muszą coś wiedzieć… Pytanie tylko co i ile więcej ode mnie.

– Jest dla ciebie ważny – myślę na głos. – Paul – dodaję, kiedy widzę jego pytające spojrzenie.

Puszcza moją brodę, odsuwając się nieznacznie.

– Odkąd pojawiłaś się w moim życiu, nikt nie jest ważniejszy od ciebie.

Motyl ma umiejętność odpowiadania na pytania właściwie nie odpowiadając na nie, co niesamowicie mnie denerwuje, ale jednocześnie bardzo mu tego zazdroszczę. W chwili, w której ktoś przypiera mnie do ściany, daję mu to, czego oczekuje. Rhys natomiast zrobi wszystko, żeby być o krok dalej, nawet wtedy, gdy wydaje się, że przegrywa.

– To miłe, ale…

– Paul jest dla mnie jak brat – mówi szybko, widząc, że nie odpuszczam. – Jest moim powiernikiem, wspólnikiem, przyjacielem. Gdybym tylko go poprosił, oddałby za ciebie życie.

Prycham.

– Poznałam go, Rhys. Nie znosi mnie. Prędzej zabiłby ciebie, niż umarł za mnie.

– Próbował cię chronić.

– Przed tobą?

– Przed konsekwencjami, jakie niesie znajomość ze mną.

Przysuwam się do niego i mocno wtulam w jego klatkę piersiową.

– Jeśli kolejny raz postanowisz odejść, nie zniosę bólu, który po sobie zostawisz – wyznaję drżącym głosem. – Przyrzeknij, że od teraz będziesz przy mnie bez względu na wszystko. Kocham cię nad życie, ale muszę wiedzieć, czy traktujesz mnie poważnie, bo czuję, że tym razem moje, nasze – poprawiam się – życie diametralnie się zmieni. Kiedy pierwszy raz zobaczyłam cię w tym twoim klubie, jakiś element układanki wskoczył na swoje miejsce. Jakby nagle odnalazła się zaginiona połowa mojej duszy. Wiem, że to ty nią jesteś, częścią mnie samej, bez której nigdy nie będę w pełni szczęśliwa. – Odsuwam się, patrząc prosto w miodowe, chmurne jak burza oczy. – Oddaję ci serce i całą siebie. Na zawsze i bezpowrotnie. Jeśli znikniesz z mojego życia, równie dobrze możesz mnie zastrzelić tym swoim Glockiem, z którym się nie rozstajesz. Rozumiesz, Mariposa?

Oddycha szybko i ciężko, jakby moje słowa sprawiały mu ból.

– Ja też cierpiałem – wyznaje, przeszywając mnie spojrzeniem. Chcę uciec wzrokiem, ale powstrzymuje mnie hipnotyzujący mrok, który po raz kolejny pojawia się w jego oczach. – Każdy dzień bez ciebie sprawiał mi niemal fizyczny ból. Miałem ochotę cię zabić, kiedy zobaczyłem, że tą „gorącą laską Jima”, jak mówił Louis, jesteś ty. I gdyby nie Paul, pewnie bym to zrobił.

Blednę.

– Nie mówisz poważnie, prawda?

Posyła mi takie spojrzenie, że nie mam odwagi więcej się odezwać. Podnoszę się z kanapy, a następnie staję przy szklanej ścianie, niemal dotykając jej nosem. Tutaj, na osiemdziesiątym ósmym piętrze, wszystko wydaje się o wiele prostsze. Przynajmniej do momentu, w którym ręce Rhysa oplatają mnie na wysokości bioder.

– Nie chcę żyć bez ciebie – szepcze mi wprost do ucha, a jego głęboki głos gra na każdym kawałeczku mojej duszy.

W tej chwili czuję, że stoję na krawędzi świata i tylko jego ramiona mogą powstrzymać mnie przed upadkiem w otchłań. Równie dobrze mogą mnie w nią wepchnąć. Niestety, oba rozwiązania wydają się równie prawdopodobne.

***

Po kąpieli w równie klimatycznej łazience, co reszta mieszkania, ubieram wcześniej przygotowany jedwabny top na ramiączkach w srebrnoszarym kolorze oraz krótkie spodenki do kompletu, a stopy wsuwam w białe pantofle z futerkiem. Wpatrując się w duże, okrągłe lustro w ramie z jasnego, rzeźbionego ręcznie drewna, rozczesuję wilgotne jeszcze włosy. Skóra na mojej twarzy jest jasna i promienna, a błękitne spojrzenie żywe i wesołe. Wyglądałabym naprawdę świetnie, gdyby nie te paskudne szwy na łuku brwiowym.

Z niezadowoleniem wydymam wargi, po czym wrzucam szczotkę do otwartej walizki. Zakładam włosy za uszy i ponownie wbijam wzrok w swoje odbicie. Nie wiem, ile czasu spędziłam w tej pięknej łazience, ale playlista w moim telefonie zdążyła już zapętlić się trzy razy, a to oznacza, że jestem tu ponad godzinę. W tym czasie zrobiłam peeling całego ciała, nałożyłam maseczkę na twarz i maskę na włosy – wszystko tylko po to, żeby jak najwięcej czasu spędzić samotnie.

Musiałam w spokoju przemyśleć to, co wydarzyło się wczoraj. Ostatecznie im więcej czasu temu poświęcam, rozkładając wszystko na czynniki pierwsze i analizując każde słowo, które zapamiętałam, tym bardziej się w tym wszystkim gubię. Jedyną rzeczą, której jestem pewna, to miłość do Rhysa i ta dziwna pewność, że tym razem nasza relacja będzie wyglądała inaczej, lepiej.

Najbardziej boję się, że nie będę umiała zapomnieć o cierpieniu, które świadomie mi zadał, a wszystkie niedopowiedzenia, które wielokrotnie zamieniałam w wymuszony uśmiech, zjedzą mnie żywcem. Niestety, nie zawsze potrafię rozmawiać o swoich uczuciach, przez co głównie sama na tym cierpię. Biorę w dłoń telefon z szafki wiszącej pod umywalką, a następnie wyłączam odtwarzacz muzyki, nie pozwalając Annie Lennox wyśpiewać ostatnich wersów I put a spell on you.

Zanim wychodzę z łazienki, robię sobie jeszcze zdjęcie, które wysyłam Nancy z krótkim dopiskiem, że wszystko u mnie w porządku. Gdy wychodzę na korytarz, przez chwilę stoję bez ruchu, zastanawiając się, w którą stronę powinnam pójść. Mój mózg nigdy nie potrafił zapamiętać drogi powrotnej w zamkniętych pomieszczeniach. Tak samo jest teraz, mimo że miałam okazję być tu wcześniej. Rozglądam się na boki, nie zauważając nic, co mogłoby mnie nakierować, ponieważ wszystko wygląda dla mnie jak lustrzane odbicie.

Nagle do moich uszu docierają odgłosy rozmowy dwóch mężczyzn. Ruszam więc w ich kierunku, przekonana, że właśnie tędy szłam z Rhysem, gdy pomagał mi zanieść walizkę do łazienki. Jednak, kiedy docieram do zamkniętych drzwi, uświadamiam sobie, że to był nietrafiony wybór. Chcę zawrócić, lecz wtedy głosy mężczyzn dobiegające z mojej prawej strony stają się wyraźniejsze.

– Carmelo nic nie mógł zrobić, Rhys – odzywa się głos, który skądś znam. – Produkcja na chwilę stanęła, co będzie nas sporo kosztować, ale nikt tego nie odczuje.

– Tu nie chodzi o pieniądze, wujku – odpowiada lodowatym głosem Motyl. – Chodzi o mój autorytet, który został mocno nadszarpnięty. Ludzie czekają na dostawy. Nie możemy sobie pozwolić na żadne przerwy w produkcji.

– Robimy, co możemy – tym razem odzywa się trzeci głos i jestem pewna, że ten należy do Paula. – Twoje dobre imię aż tak bardzo nie ucierpi. Lepiej powiedz, co mamy zrobić z ludźmi, którzy są za to odpowiedzialni. Pozbyć się ich?

Pozbyć się, jak to okropnie brzmi. Mam ochotę wejść tam i krzyknąć, żeby tego nie robili, choć tak naprawdę nie mam pojęcia, o co chodzi. Jednak nie mogę tego zrobić, ponieważ wydałoby się, że podsłuchuję.

– Nie. – Oddycham z ulgą, słysząc odpowiedź Mariposy. – Niech dostaną nauczkę, ale taką, by zapamiętali ją do końca życia. Niech Carmelo osobiście tego dopilnuje.

Moje serce przyspiesza w chwili, w której słyszę kroki zbliżające się w moim kierunku. Cholera!, zaklinam w duchu. Wiedząc, że nie zdążę uciec, pukam do drzwi i dopiero teraz zauważam, że wcale nie są zamknięte. Mijają trzy sekundy, w ciągu których nikt się nie odzywa, więc chwytam za klamkę, biorę głęboki oddech i wchodzę do pomieszczenia spowitego ciepłym, delikatnym światłem. Każda ze ścian wyłożona jest od podłogi po sufit regałami pełnymi książek, a na środku stoi okrągły stół ze szklanym blatem.

– Szukałam cię – zwracam się niepewnie do ukochanego.

Zmienił ubranie. Ma na sobie czarny golf doskonale podkreślający jego umięśnioną sylwetkę i czarne Levisy. Wyjmuje dłoń z kieszeni i przywołuje mnie gestem, widząc, że zakłopotana przestępuję z nogi na nogę. Chowam się pod jego ramieniem, obejmując jedną ręką jego pas.

– Melody – mówi Paul tytułem powitania – dobrze cię widzieć.

Czyżby?

Nieznacznie unoszę jedną, tę zdrową brew, ale nic nie mówię.

– Jednak nie wiesz, co robisz – odzywa się starszy, szpakowaty mężczyzna, świdrując mnie spojrzeniem. – Nie mogę cię winić, skoro mój siostrzeniec nie powiedział ci całej prawdy.

Nie jestem pewna, ale to chyba ten sam człowiek, który przywiózł nam samochód zastępczy, kiedy moje bmw zniszczyło śliczny tył błękitnego bentleya.

– Siostrzeniec? – wymyka się z moich ust.

Rhys odsuwa się ode mnie, a w miejscu, w którym dopiero co się stykaliśmy, czuję nieprzyjemny chłód.

– Poznaj mojego wujka – mówi oficjalnym tonem. – Cecilio Mariposa, brat mojej matki, nadzoruje najważniejsze przerzuty towaru i największe produkcje broni w rodzinnym interesie. Teraz już wiesz wszystko.

Szeroko otwieram oczy, obejmując się ramionami. Przez wyznanie Motyla nagle zrobiło mi się zimno. Jednak kolejny raz odnoszę wrażenie, że robi sobie ze mnie żarty. Patrzę po kolei na poważne twarze pozostałych mężczyzn.

– Powiedzcie, że on się zgrywa. – W moim głosie niemal słychać błaganie. Odpowiada mi cisza, więc przenoszę wzrok na Rhysa. – Wy naprawdę jesteście jakimś pieprzonym gangiem!

– Nie jakimś tam, dziecko – odpowiada za mojego faceta jego wujek. – Nasze zasięgi sięgają dalej niż twoja wyobraźnia, a Rhys…

– Wystarczy – syczy Motyl.

– Co Rhys? – nie odpuszczam. – Chyba nie jesteś szef…

– Szefem? – Cecilio śmieje się dobrotliwie. – Można to tak nazwać. – Chwyta kurtkę przewieszoną przez oparcie jednego z krzeseł, a następnie ubiera ją i rusza do drzwi. – Teraz wiesz wszystko.

Po tym, jak wychodzi, zostawiając mnie samą z Rhysem i Paulem, uświadamiam sobie, że jeśli istnieje jakaś osoba, przed którą ten pierwszy czuje respekt, to właśnie Cecilio Mariposa. Naprawdę jest coś w tym starszym mężczyźnie, że człowiek kuli się w jego obecności mimo jego niewysokiego wzrostu.

– Stąd wiedziałeś, że mój dziadek współpracuje z przywódcami największych gangów narkotykowych? – pytam, przypominając sobie, co mi kiedyś powiedział. – Bo sam jesteś jednym z nich i korzystasz z jego usług?

Rytmicznie zaciska i naprzemiennie rozluźnia szczękę.

– Mam swoich prawników niemal w każdym kraju, a Hudson nie ma pojęcia, kim jestem. Jego kancelaria jest jedynie środkiem do celu i nie ma nic wspólnego z naszą… działalnością. Paul – mówi znacząco, nie odrywając wzroku od mojej twarzy, na co jego przyjaciel natychmiast wychodzi.

Mój oddech przyspiesza, kiedy Rhys staje niebezpiecznie blisko mnie, chwyta w talii i przyciąga do siebie. Całuje mnie delikatnie, a ja mimowolnie odwzajemniam pocałunek. Dłońmi sunie powoli w dół i zaciska je na moich pośladkach. Mruczy z zadowoleniem prosto w moje usta, nie przestając całować. Napiera na mnie, więc cofam się kilka kroków, aż moje lędźwie napotykają opór. Podnosi mnie bez wysiłku, po czym sadza na szklanym blacie stołu.

Odchylam głowę do tyłu w chwili, w której jego usta opadają na moją szyję. Odszukuję dłońmi brzeg jego golfu i ciągnę w górę, odsłaniając twarde mięśnie brzucha. Odsuwa się, unosząc ręce tak, żeby łatwiej było mi go zdjąć, a gdy mi się to udaje, przywiera do mnie ponownie. Unoszę biodra i jedną ręką zsuwam jedwabne spodenki, pozwalając im upaść na podłogę, a drugą sprawnie rozpinam jego czarne dżinsy. Pieści moje piersi przez cienki materiał bluzeczki, doprowadzając moją krew do wrzenia. Nagle odsuwa się ode mnie, a całe moje ciało, spragnione jego dotyku, aż krzyczy, żeby wrócił i dokończył, co zaczął.

– Coś się zmieniło? – pyta, patrząc na mnie z góry.

Kosmyki atramentowych włosów opadają mu na czoło, przez co wygląda cholernie seksownie. Wiem, o co pyta. Chce się upewnić, czy nie odejdę po tym, czego przed chwilą się dowiedziałam.

– Wszystko, Rhys – odpowiadam, dysząc ciężko. Wyciągam rękę w jego stronę, a kiedy nasze dłonie się łączą, przyciągam go z powrotem do siebie i całuję, wpychając język głęboko do jego ust. – Pragnę cię – szepczę, patrząc prosto w miodowe oczy.

Zsuwa dżinsy, po czym jednym ruchem wchodzi we mnie brutalnie, ale się nie porusza. Jęczę, odchylając głowę do tyłu.

– Twój jęk mnie zabija – warczy, zaciskając palce na moich włosach. – Czy coś się zmieniło? – ponawia pytanie, szarpiąc mną delikatnie.

Unoszę powieki i chłonę żar, który płynie z jego oczu. Wiem, że już od niego nie spłonę. Mogę go jedynie podsycić i sprawić, że będzie jeszcze intensywniejszy. Odważnie wyginam plecy w łuk, pokazując, że jego brutalność sprawia mi przyjemność.

– Nic – szepczę zgodnie z prawdą. – Wciąż kocham cię równie mocno.

Uśmiecha się triumfalnie, po czym zaczyna poruszać biodrami, wypełniając mnie do ostatniego centymetra. Mój niebezpieczny Motyl. Wbijam paznokcie w jego szyję, chłonąc całą przyjemność, którą mi daje. Przyjemność naznaczoną bólem, który sprawiamy sobie wzajemnie. Mruczy cicho i przyspiesza, a ja czuję, że wzbierająca we mnie fala zaraz eksploduje, ale nie ugasi otaczających nas płomieni. Kiedy nogi zaczynają mi drżeć, Rhys całuje mnie brutalnie, co sprawia, że pozbywam się wszelkich barier. Dochodzę, krzycząc prosto w jego usta i delektuję się żarem, który stworzył nas na nowo.

Rozdział 3

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

Rozdział 4

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

Rozdział 5

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

Rozdział 6

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

Rozdział 7

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

Rozdział 8

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

Rozdział 9

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

Rozdział 10

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

Rozdział 11

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

Rozdział 12

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

Rozdział 13

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

Rozdział 14

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

Rozdział 15

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

Rozdział 16

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

Rozdział 17

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

Rozdział 18

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

Rozdział 19

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

Epilog

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.