Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
18 osób interesuje się tą książką
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 389
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tytuł oryginału: The Second Chance Cinema
Copyright © 2025 by Written by Thea, LLC
Copyright © for the Polish translation by Dobromiła Jankowska, 2026
Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2026
Redaktorka inicjująca i prowadząca: Joanna Jeziorna-Kramarz
Marketing i promocja: Wiktoria Jadziewicz
Redakcja: Marta Chelińska
Korekta: Agnieszka Śliz, Anna Zientek
Projekt typograficzny, skład i łamanie: Magdalena Rząsa
Fotografie na okładce: © Penatic Studio, © Tartila | Adobe Stock
Fotografia na zadruku wnętrza: © Roberto Sorin | Adobe Stock
Projekt okładki i strony tytułowe: Magda Bloch
Fotografia autorki na skrzydełku: Emily LC Photography
Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.
ISBN 978-83-68692-29-7
CZWARTASTRONA
Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.
ul. Fredry 8, 61-701 Poznań
tel.: 61 853-99-10
www.czwartastrona.pl
Czołówka
Część pierwsza – Ellie
Rozdział 1
Rozdział 2
Rozdział 3
Rozdział 4
Rozdział 5
Rozdział 6
Rozdział 7
Rozdział 8
Rozdział 9
Rozdział 10
Rozdział 11
Rozdział 12
Rozdział 13
Rozdział 14
Rozdział 15
Rozdział 16
Rozdział 17
Rozdział 18
Rozdział 19
Rozdział 20
Rozdział 21
Rozdział 22
Część druga – Drake
Rozdział 23
Rozdział 24
Rozdział 25
Rozdział 26
Rozdział 27
Rozdział 28
Rozdział 29
Rozdział 30
Rozdział 31
Rozdział 32
Część trzecia – razem
Rozdział 33
Rozdział 34
Rozdział 35
Rozdział 36
Scena po napisach
Podziękowania
Przypisy
Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.
Dla Chrisa, który zainspirował mnie do napisania książki, oraz dla Maeve, która zainspirowała mnie do wysłania owej książki w świat.
Pierwsza miłość Lucasa pojawiła się niespodziewanie w jego urodziny w mieszkaniu, które dzielił z obecną dziewczyną.
– No otwórz! – ponaglała Stephanie, podawszy mu prezent.
Opakowana w ozdobny papier koralowa książka w twardej oprawie miała wypisany jasnożółtymi literami tytuł: Kompendium rzeczy zapomnianych. Lucas przekartkował tom: był to zbiór opowieści o miejscach, które w jego pamięci zdążyły niemal całkiem zblednąć. O barze z pinballem w zagubionym miasteczku na pustyni, o miniaturowym muzeum starych pocztówek. Rozpoznawał styl.
– Co to jest? – zapytał.
– Debiutująca pisarka – odparła Stephanie. – Ellie Marshall, kojarzysz?
Lucas obrócił książkę i spojrzał na tył okładki, dotykając jej drżącymi palcami. Znad biogramu autorki szeroko uśmiechała się do niego Ellie, która w uszach miała złote kolczyki w kształcie maleńkich zamków. Rany, ależ się uśmiechała. Chaos, jaki wywołała w życiu Lucasa, jej najwyraźniej służył.
– Podoba ci się?
– Tak. – Próbował nie okazać zdenerwowania. – Tak, jasne, tak.
Musiał się opanować. Wiedział, że rozpamiętywanie tego, jak Ellie z nim zerwała (czy raczej jak tego n i e zrobiła), nie przyniesie mu nic dobrego. Pewnego wieczoru wynajął nawet wrotkarnię, żeby zorganizować dla niej imprezę urodzinową w klimacie lat osiemdziesiątych. A następnego ranka już jej nie było. Zniknęła w mgnieniu oka – zniknęły cytrusowo-ziołowy zapach jej pościeli, niesamowite teksty, które czytała, siedząc okrakiem na krześle, i wszędzie porozrzucane draski do zapałek, których nigdy nie używała, bo uwielbiała świece, ale nie ufała sobie na tyle, by je zapalać. Lucas nadal kartkował książkę i nagle zamarł, gdy natrafił na znajome słowa.
„Pierwsza miłość to tak naprawdę szukanie siebie. Druga miłość to dzielenie się tym odnalezionym kimś z drugą osobą”. Sfrustrowane westchnięcie rozległo się zbyt donośnie.
– Wszystko w porządku? – zapytała Stephanie. Wpadające przez szybę wczesnopopołudniowe słońce rysowało małą tęczę na jej policzku.
– Doskonale – skłamał.
Książka ciążyła mu na kolanach jak zamarznięta kotwica. Objął Stephanie. To ona pomogła mu odnaleźć siebie, nie Ellie. E l l i e… O Ellie próbował zapomnieć i nawet dobrze mu to szło.
Do dzisiaj.
Jak to możliwe, że choć minęło tyle lat, wciąż tak na niego działała? I jeszcze ten irytujący komentarz o pierwszej i drugiej miłości. Ellie nieświadomie pisała właśnie o nim, o Lucasie. Odegrała znaczącą rolę w jego opowieści. A on? Czy zająłby choć stronę jej historii?
Pierwszym, co Ellie zauważyła w barze, była jego przyjazna, udająca napisaną odręcznie nazwa, wręcz wołająca o melodyjny głos: „U Finna”. Drugim zaś – nieszczęsna kartka papieru wetknięta za tabliczkę z logo i nazwą: informacja o sprzedaży lokalu. Ellie z trudem powstrzymała się przed załamaniem rąk. Musiała odsunąć na bok myśl o smutnym właścicielu i porzuconych klientach. Zdążyła w samą porę. Wciąż mogła coś zdziałać.
– Wyjątkowe miejsce, prawda? – zapytał barman, kiedy siadała przy barze. Zamieszał bourbon mosiężną łyżeczką i przesunął szklankę w stronę Ellie, która po chwili poczuła na języku piekący smak pierwszego łyku old fashioned. – Od dawna należy do rodziny.
„Wyjątkowe” okazało się niedopowiedzeniem. To było miejsce naprawdę niezwykłe. W sali mającej kształt pudełka na buty mieściło się maksymalnie czterdzieści osób. Ściany z miłością obito boazerią i pomalowano na ciemnozielony kolor. Ciepłe światło zamknięto w kulistych lampach z mrożonego szkła, a z gramofonu leciały jazzowe nagrania z poprzedniej epoki. Za plecami Ellie na niewielkich marmurowych stolikach świece rzucały blask na skromne ścienne ozdoby: akwarele z wizerunkami żeglarzy, którzy wyglądali, jakby właśnie im się poszczęściło. By znaleźć takie miejsce, trzeba było najpierw od kogoś o nim usłyszeć. Serce Ellie biło coraz szybciej. Wtopiła się w zmęczone siedzisko skórzanego hokera, który od razu zawłaszczyła.
– Nie musisz się martwić – odparła. – Z barem nie stanie się nic złego.
– Masz jakiś tajny plan? – dopytywał barman. Wysoka, szczupła sylwetka nachyliła się w stronę Ellie. Mężczyzna poprawił szelki, wyraźnie niebędące częścią służbowego stroju.
– Plan to… magia – odparła, żartobliwie pstrykając palcami.
Ale Ellie nie była czarodziejką. Po prostu pisała o zapomnianych miejscach zagrożonych zamknięciem – któremu zwykle udawało się zapobiec. Niektórzy nazywali ją „zaklinaczką barów” albo „knajpianą bohaterką”, ale te określenia niesłusznie przypisywały jej wszystkie zasługi. Jeśli uważnie słuchała, historie opowiadały się same. Dlatego teraz przymknęła oczy i chłonęła toczące się wokół rozmowy. Przytłumiony odgłos padającego na zewnątrz deszczu akompaniował chrypce Billie Holiday. Kiedy Ellie wyjmowała notes, by zapisać słowo „należeć”, przy jej uchu rozbrzmiał nowy głos.
– Cześć.
Po prawej stronie usiadł mężczyzna: kilka lat młodszy – a może tylko nastawiony bardziej optymistycznie? Śniady, z kręconymi włosami okalającymi czerwone, okrągłe policzki – czyżby się rumienił? Uroczy chłopak ze Środkowego Zachodu, taki, który pewnie śmieje się z nieśmiesznych żartów, byle tylko nikogo nie urazić. I choć rzeczywiście był przystojny, to zdecydowanie nie był w typie Ellie. Ona wolała niegrzecznych. Ostatnio byli to Jonathan, tatuażysta i gitarzysta w jednej osobie, oraz Clay, który organizował niebezpieczne wspinaczki skałkowe w Sedonie. Ten mężczyzna zaś, kimkolwiek był, miał w sobie coś z nauczyciela wychowania przedszkolnego. Mimo to poczuła, że instynktownie nachyla się w jego kierunku.
– Drake. – Wyciągnął rękę na powitanie.
– Ellie.
– Ellie. Nie chciałem ci przeszkadzać. – Wskazał na otwarty notes.
Zamknęła go.
– Nie przeszkadzasz.
– Piszesz coś. – Drake podrapał się po lekko zarośniętym podbródku. – Z pewnością namiętną historię o wampirach. – Dołeczki w jego policzkach intensywnie pracowały.
– Nie o wampirach. – Ellie odgryzła wisienkę z łodyżki. Już prawie słyszała jeden z pseudokomplementów swojej matki: „jesteś taka ś m i a ł a”. Z naciskiem na „śmiała”.
– A, hmm… To może o zombie?
Drake wyłamywał palce. Nie był nieśmiały, ale chyba trochę zdenerwowany. Zdecydowanie tak. Nie należał do facetów, którzy zaczepiają kobiety w barach. Absolutnie lojalny. Nierozpieszczony jedynak. Ellie zakładała to wszystko, bazując na języku ciała i fakcie, że wciąż nie zdjął dżinsowej kurtki, której większość ludzi zdążyłaby się pozbyć. Zazwyczaj zręcznie unikała opowiadania o swojej pracy. Po tym, jak odniosła sukces, ludzie dystansowali się na wieść o tym, co robi zawodowo.
– Życie jest ciekawsze, jeśli ma w sobie jakąś tajemnicę – powiedziała. – Prawda?
Drake pokręcił głową.
– Cóż, nie należę do miłośników tajemnic. Lubię przewidywalność. Wolę wiedzieć, w co się pakuję – przyznał. – Dlatego zawsze jadam w tych samych trzech restauracjach, a tutaj przychodzę się napić.
Ellie odsunęła hoker do tyłu.
– W tych samych trzech? Ale dlaczego?
Drake nachylił się bliżej, muskając jej przedramię. Oboje spojrzeli na punkt, w którym ich ciała się zetknęły, ale żadne się nie cofnęło.
– Skoro znalazłem fajne miejsce i lubię tam chodzić, dlaczego miałbym to zmieniać? – odparł, a jego twarz znalazła się bardzo blisko jej twarzy.
Śmiech uwiązł Ellie w gardle. Drake jej nie rozbawił, ale zaskoczył – jednym zdaniem kwestionował wszystko to, co inspirowało ją do pracy. Musiała się napić.
– Dlatego – zaczęła, pozwalając sobie na większe ożywienie – że gdzieś tam może kryć się coś wspaniałego. Najlepszego. A jeśli chodzisz wciąż w te same miejsca, możesz to coś przegapić.
Drake położył palec na linii dzielącej ich przedramiona.
– A jeśli nieustannie szukasz czegoś nowego, nie dostaniesz urodzinowego zaproszenia od ulubionego kelnera ze Smaków Hongkongu.
W tym facecie było jakieś dziwactwo, którego Ellie wcześniej nie dostrzegła, ale jej się spodobało.
– Kelner zaprosił cię na swoje urodziny?
– Tak. No tak. Ale nie poszedłem.
Drake podniósł szklankę i zaczął bawić się zbyt długimi włosami. Ellie uznała, że podoba jej się nawet ta wymagająca odświeżenia fryzura. Oraz głupawa koszulka, którą zauważyła, kiedy w końcu zdjął dżinsową kurtkę i powiesił ją na oparciu. Na T-shircie widnieli dinozaur i jego prehistoryczni kumple przycupnięci w tańcu przy rozpalonym ognisku.
– Nie na długo – dopowiedział. – Pograłem tylko trochę w shuffleboarda. – Ich kolana zetknęły się pod barem. – A teraz odpuść mi w końcu i powiedz, o czym piszesz.
Ellie poddała się i wyjaśniła, że daje nowe życie ukrytym skarbom.
– Powiedzmy, że zawodowo zajmuję się nostalgią.
Odkrywała wspaniałe miejsca poza utartymi szlakami; restauracje czy kluby, którym groziło zamknięcie. Spisywała zasłyszane tam historie, a to pomagało im pozostać w obiegu. Przez cały czas, kiedy mówiła, Drake nie spuszczał z niej wzroku. Przyznała się też, że napisała książkę, ale zbagatelizowała ją, nazywając „albumem”, a gdy wspominała o swoim programie telewizyjnym, używała określenia „dokument”.
– A więc opisujesz te miejsca, żeby znowu stały się fajne?
– Nie – sprostowała. – Nie o to chodzi. Miejsca, o których piszę, zawsze b y ł y fajne. Opisuję panującą tam atmosferę. Odmalowuję kompletny obraz, ale próbuję go nie upiększać. Uwielbiam wszystko w moich tematach, ich wady również. – Od dawna tak dużo nie opowiadała o pracy. – Zresztą ludzie chcą znajdować takie miejsca. Trzeba im tylko wskazać właściwy kierunek.
– Aha. – Drake zachichotał. – A więc miałem rację, jednak zombie. – Wyprostował się odrobinę, bardzo z siebie zadowolony. – Bo ożywiasz trupy.
Postukał palcami w drewniany bar. Ellie przyglądała się liniom na jego dłoni. Zastanawiała się, jak szybko te palce potrafią rozdzierać tkaninę i rozpinać guziki.
Kiedy poszedł do toalety, głos zwątpienia w głowie Ellie zaczął podpowiadać, że ten facet może nie wrócić. A chciała, żeby wrócił. To było coś nowego. Tydzień wcześniej sama wymknęła się schodami przeciwpożarowymi, by uniknąć rozmowy o śniadaniu z pewnym chłopakiem. Drake wydawał się inny. Pod spojrzeniem lodowato błękitnych oczu i oddaniem trzem restauracjom Ellie wyczuwała bogaty świat wewnętrzny. A jeśli teraz uciekł i wcale nie chce jej numeru telefonu? Pragnęła, żeby wrócił, i tak się stało – w dodatku pachniał sosną, przez co zaczęła się zastanawiać, czy wyperfumował się dla niej.
– Może jednak nie wszystkie tajemnice są złe – skomentował, siadając ponownie na hokerze obok. – Na przykład Nancy Drew.
– Ta seria książek?
– Pies. – Drake napił się piwa. – Mój, moja suczka.
– Nazwałeś psa na cześć fikcyjnej nastoletniej detektywki?
– Nie do końca. Tak miała na imię, kiedy ją adoptowałem.
– A pasuje? Nancy Drew?
Drake wzruszył ramionami.
– Chyba tak. To golden, nienajmłodszy, ma zwyczaj pożerania rzeczy, które nie zawsze są jedzeniem – wyjaśnił. – W dodatku chyba młodnieje, zamiast się starzeć.
Kiedy pili kolejnego drinka, Ellie dowiedziała się, że Drake uwielbia budować domy i chciałby założyć własną firmę. Najbardziej podobała mu się w tym wszystkim myśl, że jakaś rodzina wprowadza się do nowej przestrzeni i w jej ścianach przeżywa wiele ważnych, wspólnych chwil. Być może to efekt szczęśliwego dzieciństwa, jak sam przyznał.
– Ale nie o to pytałaś. – Wyłamywał palce i strzelał kostkami. – Pytałaś, co robię, a ja aktualnie zarządzam tanimi, nowo wybudowanymi domami, w których większość rodzin mieszka przez jakieś dwa, trzy lata, a potem przeprowadza się do innego, lepszego miejsca. Nazywam je domami bez dziedzictwa. I nie znoszę tej pracy. Przesadziłem ze szczerością, prawda?
– Cóż, zabrzmiałeś też nieco nostalgicznie – skomentowała Ellie.
– Ja? – zdziwił się. – Nie, wręcz przeciwnie. Jestem marzycielem, ale zawsze patrzę w przyszłość. Widzę pustą ścianę i myślę o tym, że jakiś ojciec będzie na niej zaznaczał wzrost swojego rosnącego dziecka. Kiedyś.
Ellie próbowała skonkretyzować, co tak bardzo spodobało jej się w Drake’u, kiedy wrócił barman.
– Ocaliłaś już knajpę? – zapytał, kładąc rachunki na barze. Zamykali U Finna.
Drake zgarnął oba kwitki, zanim Ellie zdążyła się ruszyć.
– Jeszcze nad tym pracuję – odparła.
Mężczyzna odszedł, nie komentując odpowiedzi.
– Sam chyba jest zazdrosny – powiedział Drake.
– Dlaczego?
– Bo udało mi się zaprosić cię na drinka.
Miał taki szczery uśmiech. Rany, ależ był uroczy. Przepadła.
– Ale frazes.
– Nie, to cała prawda, nie żaden frazes – oznajmił. – No, może frazesik.
Drake oddał rachunki i zapytał, czy może odprowadzić ją do domu. Ellie wyjrzała przez okno. Zachmurzone niebo wyglądało tak, jakby szykowało się do osobistej wendety.
– Mam parasol – dodał, czytając jej w myślach.
Ellie normalnie raczej pojechałaby metrem, ale przystała na długi spacer. Jak na późną wiosnę wieczór był bardzo rześki. Drake bez słowa zdjął dżinsową kurtkę i narzucił ją towarzyszce na ramiona. Kiedy wyszli, rozłożył parasol i uniósł go nad obojgiem.
– Hej, dzięki, że pozwoliłaś mi się odprowadzić. Podoba mi się to rozwiązywanie Sprawy Dziewczyny z Baru.
Kiedy ruszali chodnikiem, Ellie lekko go szturchnęła, aż odrobina deszczu przedostała się pod parasol.
– Widać, że czytałeś historie o Nancy Drew.
– Oczywiście. Chyba wszyscy je czytali?
Drake objął i przytulił Ellie. W jej ciele zapaliły się wszystkie możliwe lampki, oświetlając miejsca, o których istnieniu dotąd nie wiedziała.
Nareszcie doszła do tego, za co właściwie polubiła Drake’a. Pił piwo, ale nie miał obsesji na punkcie sportu. Nosił dżins, ale nie był koniarzem. Z pewnością urodził się pod znakiem Ryb. Czuł się winny, wspominając o pokonaniu barmana, co oznaczało, że nie wyzbył się empatii mimo odniesienia zwycięstwa. Z kolei na wspomnienie Nancy Drew jego głos podniósł się o oktawę. Drake wniósł coś do pracy Ellie, ale nie poczuł się nią zagrożony, ani – co byłoby gorsze – nie chciał jej wykorzystać, by samemu choć odrobinę się wybić.
W myślach już widziała, jak godzinami przesiadują razem w łóżku bez konieczności rozmowy.
Ale za bardzo wybiegała do przodu.
Wiedziała, że tego wieczoru dała plamę. Miała skoncentrować się na tekście, tymczasem w barze nie rozmawiała właściwie z nikim innym. Ale może to Drake będzie jej historią? Może to naturalna inspiracja do napisania, że właśnie w takim miejscu jak bar U Finna kobieta może spotkać ostatniego porządnego (i samotnego) faceta na świecie? Co za banał – a przecież Ellie nie należy do romantyczek. Szybko wróciła myślami do tego, co potrafiła najlepiej: od dawna uprawianej sztuki sabotowania samej siebie.
– Co jest z tobą nie tak? – zapytała.
– No coś ty? – Dłoń Drake’a znalazła się na jej plecach. Nabrał nieco śmiałości. – Co to w ogóle za pytanie? Co ze mną nie tak?
– Wydajesz się zbyt idealny – odparła, wskazując gestem, że powinni skręcić.
– I wzajemnie. Co jest z t o b ą nie tak…?
– Pytam serio. Jaki nosisz ciężar?
Ellie zerknęła na ich odbicie, które pojawiło się na moment w witrynie sklepu z winami. Świetnie razem wyglądali. Może nie było przesadą pomyśleć, że pewnego dnia właśnie tu będą kupować wino na wspólny wieczór. Poprosi Drake’a, żeby pojechał po butelkę, a ona zostanie w domu i sknoci kolację.
– Czy to nie byłoby odświeżające? Gdybyśmy po prostu zdradzili wszystkie swoje tajemnice, tutaj, teraz? – dodała.
– Cóż, może – przytaknął Drake. – Ale widzisz… – Cmoknął cicho. – Ja nie noszę żadnego ciężaru.
Ellie przewróciła oczami.
– Wszyscy jakiś noszą.
– No dobra, może, ale mój to raczej mały plecaczek – powiedział Drake. – Taki podręczny, kilkudniowy. Praktyczny i niewielki.
Znajdowali się zaledwie kilka przecznic od jej mieszkania, kiedy Ellie bez zastanowienia wmaszerowała na przejście dla pieszych. Światło było czerwone, ale z żadnej strony nie jechały samochody, nie słyszała też opon rozchlapujących kałuże. Burza sprawiła, że ulice stały się ich prywatnym miastem.
– Nie powinnaś… – Drake został przy krawężniku.
– Spojrzałam w prawo i w lewo. – Ellie była już w połowie pasów. Deszcz zelżał, ale nie przestawał padać. – Po co czekać na światło, skoro można się rozejrzeć?
– Cóż, mnie uczono, żeby zawsze uważać. – Drake z lekkim wahaniem ruszył za nią. – A właściwie to – Ellie ponownie znalazła się pod parasolem – musiałem długo się zastanawiać, zanim choćby zasugerowałem ten spacer. Zwykle nie chadzam nigdzie nocami, szczególnie w deszczu. No, ale wiesz. Parasol. I chciałem dalej z tobą rozmawiać.
Ellie szeroko się uśmiechnęła.
– Dzięki, że nie pozwoliłeś mi utonąć, panie Mary Poppins.
Bardzo korciło ją, by zaprosić do siebie Drake’a, ale cokolwiek się między nimi zaczęło, potrzebowało przestrzeni. Poza tym Ellie nie mogła sobie przypomnieć, jak abstrakcyjną i zaawansowaną konstrukcję z ubrań tym razem zostawiła na podłodze.
– Dzięki za spacer – powiedziała, usiłując przekrzyczeć zasłonę deszczu, i zrobiła krok w tył.
– Nie ma sprawy – odparł. – Teraz wiem już, gdzie mieszkasz. Rany. To zabrzmiało groźnie. Miałem na myśli, że może dostałbym też twój numer telefonu?
– „Może dostałbyś”?
– Jestem ostrożny.
– Daj spokój, Drake. Gadałam z tobą w barze przez trzy godziny i poszłam na spacer, choć taksówką dotarłabym do domu w trzy minuty. – Ellie wyciągnęła dłoń. Drake sięgnął, by ją ująć. – Komórka – zachichotała. – Chcę, żebyś dał mi komórkę.
– Jasne.
Wyjął telefon i podał go Ellie, podchodząc bliżej, by ochronić ją przed deszczem. Wpisała swój numer i żartobliwą nazwę kontaktu, którą przeczytał na głos:
– „Dziewczyna z baru”.
Skinął głową, a Ellie pocałowała go w policzek.
– Dobranoc, Drake.
Czuła, że mężczyzna ją obserwuje, kiedy rozchlapując kałuże, ruszyła do domu, a po drodze przywitała się z sąsiadką, która zawsze wyprowadzała psa w najmniej dogodnym momencie. Ellie udała, że sprawdza jeszcze skrzynkę pocztową – choć tego dnia zrobiła to wcześniej – by to spojrzenie się przeciągnęło, by dłużej czuć na sobie jego wzrok.
Następnego ranka siedziała na balkonie z niedokończoną krzyżówką. Kiedy próbowała odgadnąć „silne uczucie” na pięć liter, z zamyślenia wyrwał ją dźwięk SMS-a.
„Chyba widzimy się niedługo, złodziejko kurtek”, przeczytała. Kurtka Drake’a wisiała za szklanymi przesuwnymi drzwiami na oparciu jadalnianego krzesła, jakby była tam od zawsze i tylko czekała, aż ktoś włoży ją ponownie.
„AFEKT”, wpisała Ellie w kwadraciki krzyżówki, a potem odpowiedziała na SMS-a: „Co myślisz o meksykańskiej kuchni?”.
„Same dobre rzeczy, jeśli zjemy ją dzisiaj”, odpisał Drake. A chwilę później: „Sorry. Za szybko”. Ellie niemal słyszała, jak nerwowo odchrząkuje między wiadomościami. Oparła nogi o krzesło i czekała na kolejnego SMS-a. Kardynał szkarłatny zleciał na balkon i ochlapał piórka w kałuży.
„Ujmę to inaczej. Czy ty i moja kurtka znajdziecie dziś czas na kolację?”, brzmiała wiadomość.
Ellie się zawahała. Drake’owi spodobała się ta jej wersja, którą poznał wczorajszego wieczoru. Wersja najlepsza – ta, którą ćwiczyła i udoskonalała przez lata po to, by robić bardzo konkretne wrażenie. Zabawna, beztroska Ellie, dobrze skrywająca mroczne tajemnice – te kawałki swojego życia, które mogłyby sprowokować mężczyznę do ucieczki.
Ellie zwykle nieco dłużej ukrywała owe ciemne strony. Mimo wczorajszej rozmowy o „ciężarze”, którą rozpoczęła, Drake nie musiał od razu poznawać całej historii.
„Tak”, napisała i spojrzała na dżinsową kurtkę, jakby to ona miała zaważyć na wszystkim, co się wydarzy. „Jesteśmy dziś wolne”.
Dwa i pół roku później
– Nie chodzi o to, że twoje nowe teksty są złe – mówił Nolan, podcinając liście epipremnów stojących rzędem na czarnym onyksowym biurku. – Nie chcę, żebyś uznała, że tak sądzę. Jednak ostatnio są po prostu… – Ellie wolałaby, żeby odłożył sekator, ale on dalej wymachiwał nim niczym kowboj z Dzikiego Zachodu rewolwerem. – Ostatnio są po prostu… okej.
„Okej”.
Nolan rzucił ten komentarz od niechcenia, ale Ellie wiedziała, że tak naprawdę to powód ich dzisiejszego spotkania. Kilka miesięcy temu umówili się w barze na matchę i Nolan zapytał o nowe projekty. Kiedy je przejrzał, zaproponował kolejną rozmowę w biurze i podzielenie się „komentarzami”. Teraz uśmiechem próbował złagodzić cios, który zadał, mówiąc, że jej teksty są wyłącznie „okej”.
I ten uśmiech prawie zadziałał. Nolan był przedstawicielem tego wyjątkowego gatunku przystojnych facetów, na których Ellie nigdy by nie poleciała: pachniał jak drogie kasyno i lubił tradycyjną brytyjską modę, choć w biurze pojawiało się coraz więcej nowoczesnych mebli. W ciągu pięciu lat, odkąd był jej agentem, został ojcem zadziornego malucha, zrobił się potwornie irytujący, jeśli chodzi o wino, a jego czarne włosy przyprószyła siwizna. Ale mimo dzielących ich różnic Ellie ufała Nolanowi w kwestiach zawodowych. Tylko on szczerze ocenił, że program telewizyjny będzie klapą, jeszcze przed emisją pierwszego odcinka.
– Słuchaj – zaczął teraz – poradzisz sobie z tym zastojem. – Odłożył sekator, który zadzwonił o blat kawowego stolika Noguchi. – Po prostu musisz zapukać do jakichś nowych drzwi i dopaść swój dawny głos.
„Dopaść dawny głos”. Zabrzmiało przemocowo.
Nolan opadł na dziwne skandynawskie krzesło i skrzyżował dłonie na kolanie. Przypominał Ellie aktora odgrywającego terapeutę.
– Piszesz teraz zbyt zachowawczo – oznajmił. – Brakuje dawnej pasji.
Ellie pozwoliła sobie odpłynąć – pomyśleć o pogodzie, planach na kolację i hipotetycznych deserach, których nigdy nie przygotuje – zanim zadała nieuniknione pytanie:
– Kiedy ostatnio moje teksty były dobre?
Nolan wbił wzrok w podłogę. Bardzo rzadko tracił to swoje je ne sais quoi1, ale naprawdę nie znosił bezpośredniej konfrontacji i Ellie o tym wiedziała.
– Artykuł o barze U Finna – przyznał w końcu. – To była ostatnia dobra historia.
Dwa lata temu. Właściwie to dwa i pół.
Ostatnie teksty Ellie powinny być elektryzujące. Sklep muzyczny, w którym Carol King kupiła kiedyś keyboard, i lodziarnia, w której nazwy smaków zainspirowała historia rodziny właściciela, miały potencjał. Ostatecznie jednak się zamknęły i to była wina Ellie. Czuła ciężar porażek, duszącą odpowiedzialność za to, że nie potrafiła jakoś pomóc pięciu, a niedługo już sześciu miejscom, o których napisała. Wkrótce ich historie zostaną zapomniane, zastąpią je sieciowe kawiarnie albo knajpy o takich pseudomodnych nazwach jak „Dobra karma” albo „Food Think Tank”. Tyle zostało z jej czarodziejskich umiejętności ratunkowych. Od jakiegoś czasu przynosiła pecha, którego nie mogła się pozbyć.
Nolan wyczuł, że rozmyśla o swoich porażkach.
– Znajdź coś, na punkcie czego masz obsesję – zasugerował. – Niezdrowa obsesja ma na ciebie dobry wpływ.
Na parkingu odebrała wiadomość: „Droga Ellie, mam nadzieję, że u ciebie wszystko dobrze”. Otworzyła samochód i wrzuciła torebkę na fotel pasażera. Wiadomość zaczynała się formalnie, ale przysłał ją ojciec. „Naomi twierdzi, że powinniśmy wysłać wam prezent zaręczynowy” – emotikon prezentu – „ale nie jesteśmy pewni, co lubicie”.
„Co l u b i m y”, przeczytała ponownie. Tak zwana znacząca pomyłka. Zaręczyny odbyły się kilka miesięcy temu. Najlepsza przyjaciółka Ellie, Jen, zdążyła już zorganizować intensywną imprezę karaoke dla znajomych, a matka zaproponowała, że urządzi bardziej formalne przyjęcie. Ten mail był dokładnie drugim związanym ze ślubem sygnałem, który w tym czasie otrzymała od ojca.
Ellie nie chciała żadnego prezentu ani od niego, ani od macochy, którą widziała zaledwie kilka razy w życiu. Ale przysłane od czasu do czasu pytanie o ślub czy Drake’a sprawiłoby jej przyjemność. Informacje wysłała mailem, bo ojciec nie miał telefonu, więc całe ciepło i ekscytacja związane z wieścią o ślubie zniknęły, został tylko oficjalny komunikat. W odpowiedzi ojciec odpisał: „Gratulacje”. Jak zawsze nie chciał wiedzieć nic więcej. Nie zaproponował żadnego wsparcia.
Nawet przelotne interakcje z członkami rodziny przypominały Ellie, że jej wyjątkowy dzień nie będzie normalny. Niedawno obudziła się z powodu nocnego koszmaru, w którym krzesła po jej stronie kościoła były puste. Bo – jak niechcący zasugerował ojciec w tej wiadomości – wszyscy interesowali się wyłącznie sobą.
Wyjechała z krytego parkingu i rozjeżdżając z szelestem pozostałości jesiennych liści, postanowiła, że uda się do jedynego miejsca, które ją uspokajało i odganiało myśli o rodzinnych dramatach. Niewielka księgarnia Same Opowieści miała ciasno ustawione regały, darmową herbatę i zakątki, w których czytelnik mógł chwilę posiedzieć. Ellie uwielbiała patrzeć tu na egzemplarze swojej książki i wyobrażać sobie inne półki oraz regały, na których stoi ona w domach czytelników. Robiła to regularnie, odkąd pojawiły się pierwsze recenzje jej programu telewizyjnego, który nazwano „pretensjonalnym i odklejonym”.
Dziś jednak nie znalazła książki tam, gdzie zwykle.
– Dzień dobry – zwróciła się do sprzedawcy przy kasie. Nigdy wcześniej go tu nie widziała. – Czy może pan mi pomóc znaleźć pewną książkę? Kompendium rzeczy zapomnianych.
– Mieliśmy ją – odparł. – Ale chyba przestaliśmy zamawiać.
– Kiedy? – zapytała Ellie.
Nikt jej o tym nie poinformował. Była tu kilka tygodni wcześniej i znalazła jeszcze kilka egzemplarzy. Księgarz wzruszył ramionami.
– Jesteśmy autorską księgarnią. Nie sprzedajemy już zbyt wiele takich albumowych wydawnictw. – Zachowywał się tak, jakby Ellie pytała o szczotkę do włosów.
– To właściwie nie jest albumo…
Sprzedawca powtórzył, że to „autorska” księgarnia. Ellie miała już dosyć tego słowa, którego sama dotąd często używała.
– A stoliki kawowe na te „albumy” też nagle się gorzej sprzedają? – zapytała.
– Chyba nie – oznajmił, nie podnosząc wzroku.
– No cóż – podsumowała ze smutkiem Ellie, patrząc, jak mężczyzna sprawdza cenę na zestawie do haftowania dla dzieci. Pewnie w oczach księgarza wyglądała śmiesznie. Co by powiedział o jej błękitnym swetrze z bufiastymi rękawkami w stylu vintage z lat siedemdziesiątych? Sam miał w uszach srebrne koła, stylową kamizelkę oraz plerezę. Najwyraźniej powinna nauczyć się, co jest trendy. Bo nawet samo słowo „trendy” już trendy nie było. – Ale ludzie muszą coś kłaść na takim stoliku, prawda?
Wzruszył ramionami.
– Minimalizm jest top. Mniej rupieci.
„Rupieci”.
Miejsca, które najbardziej lubiła, uznawano za rupieciarnie. A co, jeśli będzie musiała z bólem patrzeć, jak wszystkie powoli, jedno po drugim, gaszą światła? Co, jeśli podarowała im odrobinę nadziei tylko po to, by teraz ją odebrano? Obawiała się, co będzie, jeśli te miejsca – i ona sama – staną się zbędne.
Wieczorem próbowała nie pokazywać Drake’owi, jak bardzo cierpi. Uwielbiała ich nowy-stary dom. Niebieskoszary budynek był przytulniejszy niż większość podobnych w okolicy, zbudowanych w stylu królowej Anny, i „całkiem się rozpadał”, jak ujął to kiedyś Drake. Mimo tego komentarza Ellie wiedziała, że w głębi serca narzeczonemu podobają się wszystkie usterki, które należało tu naprawić, piętrowa architektura i okalająca całość weranda, na której często przesiadywał rankiem przed wyjściem do pracy. Kiedy po raz pierwszy oglądali dom, Drake upierał się, że trudno będzie znaleźć współczesne sprzęty, które pasowałyby do szkieletu wybudowanego na początku dwudziestego wieku. Mimo to kilka dni później zaskoczył ją, proponując, by złożyli ofertę. Ellie uważała, że budynek przypomina zamek – szczególnie półokrągłe okna w jej gabinecie i wysoka wieża z iglicowym dachem.
Drake pomachał jej, kiedy weszła do środka. Przytrzymując telefon uchem, otwierał pudło ze szkłem. Minęły trzy miesiące, ale wciąż stały tu różne kartony czekające na rozpakowanie. Ellie lubiła niespieszny proces wyjmowania poszczególnych przedmiotów i odkrywania, gdzie chciały zamieszkać. Drake za to wolał ustawić wszystko na miejscu najszybciej, jak się dało.
– Nie, mamo – zaśmiał się do telefonu. – To się nazywa ghostowanie, nie gazowanie. – Spojrzał na Ellie i udał, że bierze łyk piwa ze szklanki, którą odstawiał na podłogę. – To całkiem co innego. Ghostowanie jest wtedy, kiedy ktoś po prostu przestaje odpowiadać.
Te codzienne rozmowy telefoniczne, których Ellie bywała świadkiem – gdy Drake wyjaśniał rodzicom zawiłości współczesnego świata popkultury albo prowadził niedorzeczne dyskusje – boleśnie uświadamiały jej, czego brakuje w relacjach z jej własną rodziną.
– Mamo, muszę kończyć – powiedział Drake. – Ellie wróciła.
Ellie odłożyła swoją torebkę, a Drake wyłączył telewizor, w którym leciał jakiś program o remontach. Często droczyła się z nim, że pracuje nawet po pracy. „To jest mój research”, odpowiadał. Prowadzących, przyciągających magnetycznymi osobowościami i charyzmą, traktował jak dobrych znajomych.
– Wszystko okej? – zapytał, wyczuwając jej zły nastrój.
– Tak, według Nolana jest właśnie okej – odparła, padając na kanapę w miejscu, w którym zdążył już odcisnąć się jej kształt. W podskokach pojawiła się przy niej Nancy i mokrym nosem dotknęła dżinsowej minispódniczki. Ellie pogłaskała się po brzuchu, podkreślając prośbę, którą zamierzała wypowiedzieć. – Jestem strasznie głodna. Możemy gdzieś wyjść?
– Jasne, tak. – Drake wstał i nalał Nancy wody do miski. – Do Czosnkowego Chlebka?
Ellie chciała dziś pójść gdzieś indziej, w jakieś wyjątkowe miejsce. Zastanawiała się, czy powiedzieć Drake’owi o tym, jak źle poszło spotkanie, i o tym, że ulubiona księgarnia nie sprzedaje już jej książki, a to wszystko może oznaczać, że kolejne ukochane miejsce zamknie się na dobre. Te opowiedziane jedna po drugiej tragedie zabrzmiałyby jak początek kiepskiego stand-upu. Postanowiła więc się nimi nie dzielić. Po co psuć miłą randkę i wieczór z Drakiem?
– Zawsze chodzimy do Czosnkowego Chlebka – odparła. – Chodźmy dzisiaj gdzieś indziej.
1Je ne sais quoi (fr. nie wiem co) – francuskie wyrażenie oznaczające trudny do zdefiniowania urok, wyjątkową cechę, która sprawia, że coś lub ktoś jest fascynujący (przyp. red.).
