Kim jesteś, Mieciu? - Edyta Kene,Marta Cyrkiel - ebook
NOWOŚĆ

Kim jesteś, Mieciu? ebook

Edyta Kene, Marta Cyrkiel

5,0

231 osób interesuje się tą książką

Opis

Jedna zwariowana artystka? Jest!

Postrzelona paczka przyjaciół? Jest!

Bezdomny z amnezją na plaży? Oczywiście, że jest!

A do tego: szczypta chaosu, garść absurdów i narzeczona, o której ktoś… zapomniał. Ups.

 

Hania Potocka, 21-letnia studentka ASP, miała genialny plan na lato: trochę malowania, trochę nicnierobienia, trochę pracy i absolutne ZERO dram.

 

Plan był piękny, ale do momentu, aż nie znalazła na brzegu nieprzytomnego faceta. Bez dokumentów, wspomnień i racjonalnego pomysłu – po co żyję?

 

I zamiast zrobić jedyną rozsądną rzecz (czyli wezwać pomoc), Hania przygarnia go do domu i nazywa… Miecio.

Bo czemu nie?

 

Problem zaczyna się wtedy, gdy „Miecio” okazuje się Maxem – bogatym Holendrem, którego życie wiąże się z firmą modową, a jego gwiazdą jest nie kto inny niż wcześniej wspomniana narzeczona. 

 

Drogi bohaterów się rozchodzą i można by rzec, że to koniec tej dziwnej historii.

Ale nie!

Przecież to nie może się tak skończyć.

 

Prawda?

 

Czeka na ciebie zamieszanie większe niż w akademiku podczas sesji, cięte dialogi ostrzejsze niż kredki Hani, przyjaźń, która przetrwa wszystko (nawet głupie decyzje), i historia, która jest trochę jak lato – ciepła, chaotyczna i zdecydowanie za krótka.

 

Czy będzie romantycznie?

Czy będzie absurdalnie?

Czy ktoś tu jeszcze pamięta, kto jest czyim narzeczonym?

 

Sprawdź.

 

Ostrzeżenia: utrata rozsądku, nielegalne przygarnianie obcych z plaży, emocjonalny rollercoaster, zazdrość, głupie pomysły, jeszcze głupsze decyzje i milioner, który naprawdę powinien pomyśleć dwa razy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 334

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (5 ocen)
5
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Dianakinga35

Nie oderwiesz się od lektury

Wspaniała historia ,pelna humoru ale i emocji ktore trzymają az do ostatniego zdania . Super sie bawilam czytając i chce wiecej ...ten koniec i Krystian az jestem ciekawa na kogo spadl ten zaszczyt ...😁 Autorki świetnie sie spisały razem .
MarzenaZarzycka15

Nie oderwiesz się od lektury

No dziewczyny , muszę przyznać , ze dałyscie czadu. Znam twórczoś i jednej i drugiej autorki , ale ten duet wyszedł wam genialnie. Drogie czytelniczki jeżeli jeszcze nie czytałyście tej książki to musicie po nią sięgnąć ,a gwarantuję wam , że będziecie zachwycone.
polii_book_ksiazkara

Nie oderwiesz się od lektury

To historia pełna humoru😁 Przepadłam dla niej😍 Polecam
FascynacjaKsiazkami

Nie oderwiesz się od lektury

To cos więcej niż znakomita historia z humorem.To opowieść o tym,że jedno spotkanie może zmienić wszystko.Kocham i polecam🤌



Dla wszystkich postrzelonych dusz,

które mają odwagę sięgnąć po jeszcze

bardziej postrzeloną komedię.

Rozdział 1

Mikołajki, 17.09.2025

Hania

– Wstawaj!

Głośny krzyk, a zaraz po nim mocne szarpnięcie, spowodowały, że w mojej głowie zaczął powstawać plan zbrodni doskonałej.

Nagle pod ciężarem intruza ugiął się materac, a przy moim uchu wybrzmiało jeszcze głośniejsze:

– Hania! Słyszysz? Ruszaj dupsko!

Szarpnięcia mojego zmęczonego ciała przybierały na sile, a plan morderstwa stawał się jeszcze bardziej realny.

– Mówiłam ci, Krystian, że nie ma sensu jej budzić. – Głos mojej przyjaciółki, Zuzi, rozniósł się po pokoju, mieszając z głośnym parsknięciem.

– Co to znaczy, że nie warto?! – obruszył się, skacząc po łóżku jak rozwydrzony dzieciak. – Przecież to nasz ostatni dzień w Mikołajkach. Umawialiśmy się, że spędzimy go razem! Nie po to zasuwaliśmy całe wakacje w pocie czoła, żeby chociaż w ostatnich dniach sobie tego nie odbić.

– Wiem, masz rację, ale dobrze wiesz, że Hanka wróciła nad ranem do domu. Może dajmy jej jeszcze z dwie godzinki snu?

Leżałam z zamkniętymi powiekami i przysłuchiwałam się wymianie zdań między moimi przyjaciółmi. Fakt, obiecaliśmy sobie, że ostatnie dni pobytu spędzimy tylko we troje, racząc się dobrobytem mazurskich uroków. W końcu lada dzień mieliśmy powrócić do Warszawy, naszych małych pokoików oraz obowiązków monotonnego życia. Nie chciałam im robić przykrości, więc postanowiłam, że choćby srały skały, a oczy trzymały się na zapałki, to zwlekę tyłek z wyrka, żeby ich uszczęśliwić. Zwłaszcza że pomysł był mój. To ja im zaproponowałam, że w ten sposób spędzimy zakończenie sezonu letniego. A domagałam się obietnicy na mały paluszek, co według Krystiana było najważniejszą przysięgą.

Westchnęłam przeciągle. Nie miałam siły, aby otworzyć oczy, więc wymamrotałam tylko pod nosem:

– Dajcie mi piętnaście minut. Zaraz wstanę i się ogarnę.

– Jesteś tego pewna, Hania? – zapytała zmartwionym głosem Zuzia. – Jeżeli nie czujesz się na siłach, to możemy poczekać. Mamy cały dzień, żeby połazić po mieście.

– Nie, jest dobrze – zaprzeczyłam, przecierając twarz dłońmi.

Byłam obolała po całonocnej zmianie w hotelu i szczerze wolałabym zostać pod kołdrą, i nie wyściubiać spod niej nosa aż do naszego wyjazdu, ale obietnica to obietnica.

– Widzisz, mówiłem ci, że trzeba ją obudzić! – Krystian zerwał się z łóżka, przez co moje ciało podskoczyło jak na trampolinie, i ruszył ku wyjściu.

– Zawsze wiedziałam, że jesteś pozbawionym serca fiutkiem – skwitowała krótko Zuzka i podążyła w ślad z nim.

Przekomarzanie dwójki moich przyjaciół oddalało się, ale ich wymiana zdań przybierała na sile. Przyzwyczaiłam się już do tego. Jedno było gorsze od drugiego, a wspólnie nakręcali się niczym karuzela.

Odrzuciłam pościel na bok i usiadłam. Rozbieganym wzrokiem rozejrzałam się po pokoju, a mina mi zrzedła. Powinniśmy się pakować, bo od powrotu do domu dzieliło nas niespełna czterdzieści osiem godzin. Ale nie… Po co?

W dwadzieścia minut wzięłam szybki orzeźwiający prysznic, ubrałam swoje ulubione znoszone ogrodniczki oraz luźną koszulkę. Look typowej artystki. Włosy w odcieniu ciemnej miedzi rozpuściłam, do tego obwiązując głowę czerwoną bandaną. Właśnie malowałam rzęsy, gdy w wejściu do łazienki stanęła Zuza.

– Gotowa?

Spojrzałam na odbicie dziewczyny w lustrze.

– Jeszcze tylko nałożę błyszczyk i jestem gotowa.

– Lepiej nałóż filtr UV, marchewo, bo znowu spieczesz raka! – Z kuchni doleciały do nas wrzaski Krystiana, który oczywiście musiał wytknąć mi jeden z największych życiowych błędów.

– Boże, co za dupek z tego Reckiego. – Zirytowana pokręciła głową.

– Słyszałem!

– I bardzo dobrze! – odparowała, krzycząc przez ramię w jego kierunku.

Wspomniałam, że uwielbiam tę dwójkę? Wyznawali oni zasadę: kto się czubi, ten się lubi. Wiadome też było, że Krystian wypalił z tą marchewą w trosce o moje dobro. Doskonale zdawał sobie sprawę z faktu, że moja blada, usłana piegami twarz mocno reaguje na promienie słoneczne, czego najlepszym dowodem była zeszłoroczna wtopa. Nie mogło być inaczej. Przecież musiałam sobie smacznie zasnąć w samo południe, w ogrodzie mojej mamy. Nie komentując słów Krystiana, na szybko nasmarowałam jeszcze twarz kremem z filtrem UV i skierowałam się ku krzątającym po korytarzu współlokatorom.

– Dobra, możemy iść.

– No w końcu! – Krystek teatralnie, zamaszystym ruchem otworzył drzwi na klatkę schodową, wskazując nam wyjście. – Zapraszam, princessy . Czas na zabawę.

Jak na środek września mieliśmy piękną, słoneczną pogodę, która w tym roku znakomicie dopisywała przez cały sezon wakacyjny. Szkoda tylko, że my, jak pracujące mrówki, spędzaliśmy go na przydzielonych nam zadaniach. No nic, życie. Chcieliśmy być samodzielni, to mieliśmy ku temu najlepszą okazję.

– Za rok też chcecie się gdzieś zatrudnić, czy po obecnym sezonie macie już dość? – wyrwało mi się, gdy przemierzaliśmy mikołajkową promenadę, zajadając się wielkimi porcjami lodów po hot dogach z Żabki, które spałaszowaliśmy na obiad.

– Ja mówię na razie pass – burknął Recki pod nosem. – Ten sezon zdecydowanie mnie przeorał. Mam dość na co najmniej dwa lata.

– To trzeba było sobie poszukać lepszej roboty, bubku, a nie się pchać do pomocy w hospicjum – mówiąc to, Zuza się wzdrygnęła. – Całe wakacje zmieniać pieluchy. Ohyda!

Krystian momentalnie obrzucił ją srogim spojrzeniem i wypalił, dowalając jej do pieca:

– Twoim zdaniem lepiej bym zrobił, gdybym zatrudnił się jako pokojówka w hotelu, jak ty, i dawał się obmacywać po dupie pijanym wczasowiczom?

Karska w pierwszej kolejności uniosła dłoń, a prezentując środkowy palec przed nosem Reckiego, dodała:

– Po pierwsze, masz za brzydką dupę, Krystek. Po drugie, kto chciałby cię dotykać oprócz tych starszych babek, z którymi miałeś do czynienia? Ja przynajmniej dostawałam prawdziwe napiwki, a nie jak ty, czekolady.

– Lubię czekolady – podkreślił z rozmarzeniem, na co nasza przyjaciółka poklepała go po odstającym brzuchu.

– Widać.

– Ale z ciebie suka – obruszył się i machnął dłonią tak, że cała zawartość wafelka wylądowała na jego stopach. – Kur… – urwał, gdy zreflektował się, że zaraz obok znajduje się rodzina z małymi bąbelkami.

– A z ciebie niedorobiony palant, Recki – odwdzięczyła się nieprzychylnym określeniem i wybuchnęła gromkim śmiechem.

Miałam wrażenie, że jeszcze chwila i ta dwójka skoczy sobie do oczu. Musiałam jakoś zareagować, a że nie miałam jeszcze ochoty wracać do wynajętej przez nas kwatery, to postanowiłam upiec dwie pieczenie na jednym ogniu.

– Przestańcie się już droczyć. Jesteście gorsi niż małe dzieci.

– To on zaczął!

– To ona zaczęła!

Wykrzyczeli w tym samym czasie, wskazując na siebie wzajemnie.

Pokręciłam tylko głową i złapałam się za nasadę nosa.

Za jakie grzechy?

– Dobra, nieważne, chodźcie na kładkę dla pieszych. – Wskazałam na most, a po chwili na miejsce docelowe po drugiej stronie wody. – Przejdziemy się na plażę i tam Krystian umyje nogi i klapki, żebyśmy nie musieli wracać jeszcze do domu. Mamy ładne popołudnie, więc z wielką przyjemnością posiedzę nad wodą.

– Masz rację – przyznali oboje, chociaż jeszcze przed chwilą się sprzeczali.

Miałam ubaw po pachy, gdy przemierzaliśmy znaczną odległość, ponieważ lód na stopie przyjaciela roztopił się na dobre i zaczynał już schnąć, co spowodowało, że klapek Krystka wydawał zabawne odgłosy. Gdy on się wściekał, my z Zuzą jeszcze bardziej nakręcone jego zachowaniem rechotałyśmy do rozpuku. Kiedy zobaczył zejście, które umożliwiało mu dotarcie do wody, pognał, jakby ktoś mu wsadził w tyłek petardę, która zaraz miała wybuchnąć.

– Komedia roku. – Zuza nie oszczędzała go i co chwila mu dogryzała.

Miałam dość ich słownych utarczek, więc postanowiłam odejść na chwilę trochę dalej, żeby cieszyć się ciszą i spokojem. Co prawda mieliśmy iść na piaszczystą plażę i tam spędzić popołudnie, ale Krystian zadecydował za nas i zbiegł do najbliższego brzegu, który znajdował się zaraz na prawo po zejściu z kładki. Może to i lepiej, w tym miejscu było tylko kilka osób, do tego piękna zieleń i cisza. W przeciwieństwie do plaży, gdzie urzędowały rodziny z dziećmi.

Przyglądałam się z daleka moim szajbusom i ich wygłupom. Bolały mnie nogi, więc postanowiłam rozgościć się na trawie, w cieniu pobliskiego drzewa. Zrzuciłam na ziemię swoją ciężką torbę, w której trzymałam wodę oraz prowiant, a sama rozsiadłam się wygodnie po turecku. Przymknęłam powieki, delektując się spokojem, gdy doleciała do mnie nietypowa wymiana zdań:

– Weź, zobacz jego kieszenie, może ma jakiś hajs na flaszkę.

Zaciekawiona otworzyłam oczy i przekręciłam głowę w lewą stronę. Jakieś piętnaście metrów ode mnie stało dwóch podchmielonych facetów, którzy swoim wyglądem nie prezentowali się najlepiej. Umorusani jak małe dzieci, do tego w podartych łachmanach. Jakość ich higieny była na zerowym poziomie. Obaj pochylali się nad trzecim osobnikiem, który zwinięty w kłębek spał twardo.

– I co? Jest coś? – zapytał z zainteresowaniem facet z gniazdem na głowie, bo inaczej nie można było nazwać jego fryzury.

– A gdzie tam, pusty jak moje kieszenie. – Zaśmiał się drugi.

– A nie widać jakiegoś zegarka, telefonu albo innego szajsu, który moglibyśmy opchnąć? – dopytywał pierwszy, gdy pochylił się w kierunku kolegi.

– No co ty – parsknął w odpowiedzi. – Jedyne co ma to te pedalskie spodenki i bluzeczkę w cekiny. – Wyprostował się, a jego rechot przybierał na sile, gdy potraktował nogą śpiącego mężczyznę. – Chyba ktoś mu spuścił niezły wpierdol, i to pewnie przez te szmaty, które ma na sobie.

– Taa, to pewnie jakieś gujci, dolcze, czy jakieś inne chujostwo.

– A skąd ty się znasz na takich rzeczach? – zdziwił się, obrzucając spojrzeniem to kolegę, to ubiór tego leżącego.

– A usłyszałem kiedyś od jakieś madmułazel pod sklepem, jak szukała mi drobnych na wino. Pochwaliłem jej torebkę, żeby więcej z niej wyskrobała.

– I co, dała coś więcej?

– A gdzie tam! Głupia pipa przypomniała sobie po pięciu minutach, że ona to kartą albo jakimś blijkiem płaci.

– I co zrobiłeś?

– Jak to co? – Wypiął pierś dumnie. – Autografa jej na bryczce zostawiłem. – Zaśmiał się i przy okazji ukazał swoje braki w uzębieniu.

– Ty to jednak świr jesteś, Jędrek – skwitował ten, który obszukiwał leżącego, i poklepał go po ramieniu w oznace uznania.

– Dobra, dobra, ty mi tu nie słódź, Włodziu, tylko powiedz, skąd hajs na winiacza ogarnąć?

– Idziemy pod biedrę. Może tam uda się zbajerować jakiegoś kierownika.

– A co z tym tu? – zapytał Jędrek, na co Włodek machnął tylko ręką.

– Ubrał się pedalsko, dostał w czapę, to niech se tera radzi. Nic tu po nas. A jeszcze, nie daj Bóg, ktoś nam psiarnię na łeb ściągnie. I po co to nam, jak jedyne, o czym teraz marzę to jakiś szato-de-jabol.

Z rozdziawioną buzią przyglądałam się rozmowie dwóch pijaczków. Rozumiałam, że alkohol wyprał im mózgi, ale jak tak można?! Może właśnie ich niedoszła ofiara dogorywała pod krzaczkiem, gdy oni kombinowali, skąd wziąć procenty.

– Co się dzieje? – Przy moim boku nagle pojawił się bosy Krystian, w dłoni trzymał mokre klapki .

– Tam. – Wskazałam na miejsce, w którym spoczywał rzekomo pobity chłopak. – Widzisz go?

– Tego żulsona? – zakpił Krystek, wodząc spojrzeniem za moją dłonią. Wkurzył mnie jak stąd do Marsa, na którego miałam ochotę go właśnie wykopać za tak szybkie ocenianie.

Zacisnęłam szczękę, aby go nie zbluzgać.

– To nie żaden żul, Krystek. Podobno ten chłopak jest pobity.

– Skąd wiesz? – Zmarszczył czoło.

– Słyszałam rozmowę tamtej dwójki. – Wskazałam na pijaczków, którzy przemieszczali się właśnie po kładce. – Chcieli go okraść, żeby zdobyć kasę na alkohol, ale podobno nie miał przy sobie nic wartościowego. Na koniec stwierdzili tylko, że chłopak na pewno został pobity za pedalski ubiór.

– A to homofoby pieprzone – wymsknęło się mojemu przyjacielowi.

Nim zdążyłam poprosić Reckiego o pomoc w zbadaniu sytuacji, dołączyła do nas Karska.

– A wy co? Co macie takie miny?

– Hania twierdzi, że tam leży pobity chłopak. – Pokazał w kierunku krzaków.

– A nam co do tego? – zdziwiła się, patrząc na nas z góry, a konkretniej na mnie. Po chwili zaczęła kręcić głową w geście zaprzeczenia. – O nie! – Tupnęła nogą. – Nie! Nie! I nie! Hanno Potocka. Nie zabieramy do domciu bezpańskich piesków, kotków i chłopaków – rugała mnie jak matka dziecko. – Już niejednokrotnie rozmawiałyśmy na ten temat, pamiętasz? – Pogroziła mi palcem. – Żadnych zwierzątek!

Czułam, że sama z nią nie wygram, więc spojrzałam błagalnym wzrokiem na Reckiego. W nim tkwiła jedyna nadzieja. Chłopak pod naporem mojego spojrzenia przetarł twarz pokonany. Z westchnieniem podniósł się, stając z Zuzą twarzą w twarz.

– Oj cicho bądź już Adam…

Poderwał mnie z ziemi szybkim gestem i popchnął w kierunku obcego, pozostawiając za nami Zuzę, która chyba nie do końca ogarniała, co się właśnie stało.

– Dlaczego Adam? – zapytałam, pochylając się w jego kierunku.

– Jak dlaczego? – zdziwił się i spojrzał na mnie, jakby wyrósł mi na środku czoła kaktus.

– No nie wiem. – Wzruszyłam ramionami. – Wytłumaczysz mi?

Krystian jedynie pokręcił głową, a po chwili nachylił się do mojego ucha, szepcząc:

– A-dam.

– No słyszę – obruszyłam się. – Ale co jakiś Adam ma z tym wspólnego?

– Zuzia to jest Adam. Tu dam, tam dam, a później spadam.

Nim zdążyłam go strzelić za takie bezczelne słowa, zdążył uciec. Nie spodobało mi się, w jaki sposób wyrażał się o naszej przyjaciółce. Spojrzałam przez ramię na Zuzię. Ona najwidoczniej doskonale znała rozwinięcie tego skrótu, ponieważ stała z bordową twarzą, sztyletując Reckiego wzrokiem.

Rozdział 2

Mikołajki, 17.09.2025

Kim jestem…

– Ej, lala! – Usłyszałem męski głos, a po chwili poczułem szarpnięcie. – Lalunia – zaszydził. – La, la, la, lalunia z niej, la, la, la laleczkaaaaa… – zaśpiewał.

– Chyba laluś, co? – sarknęła kobieta. – Co on taki… – wtrąciła z niesmakiem – zniewieściały?

Osłaniając oczy przed słońcem, spojrzałem na tego, kto mnie zaczepił. Mężczyzna wyszczerzył zęby i puścił mi oczko. Wzdrygnęło mną.

– Geje są zniewieściali – upomniał ją mężczyzna.

– Wiesz, bo masz doświadczenie – prychnęła kobieta.

Gdy poczułem smukłe palce na policzku, gwałtownie obróciłem głową i zderzyłem się z najpiękniejszymi oczami o barwie whisky.

Merida Waleczna wyglądała niczym anioł. Jej piękne, rude włosy przypominały sprężyny. Miała jasną karnację, wyjątkowo nieadekwatną do tej tu stojącej nade mną dwójki opalonych. Konstelacje gwiazd na twarzy w postaci piegów, mały, zadarty nosek i niesamowicie promienny uśmiech. Gdy uniosła kąciki ust, po prawej stronie zrobił jej się dołeczek.

– Hello, my little angel – zagaiłem po angielsku.

Jej śliczna twarzyczka rozpromieniła się jeszcze bardziej, a tę niezwykłą chwilę przerwało parsknięcie jej towarzyszy.

– Ale mu przygrzmocili! – Zaśmiał się wrednie mężczyzna. – Hello angel – sparodiował mnie. – Hello, angel – powtórzył dla żartu, dzięki czemu rozśmieszył swoją towarzyszkę, tę mniej dla mnie interesującą.

Odchrząknąłem. Rozumiałem wszystko, co mówili. Dlaczego słysząc moje słowa, się śmiali?

– Boli cię coś? – zapytała z troską Merida.

Pokiwałem głową, po chwili syknąłem. Położyłem dłoń na potylicy i zawyłem. To był ból promieniujący, nie do opisania.

– Nie dotykaj – upomniała mnie uprzejmie. – Pokaż rękę.

Pokazałem, chociaż miałem ochotę pacnąć się nią w łeb. Dotarło do mnie bowiem, że zagadałem do trójki nieznajomych po angielsku. A oni mówili po polsku.

– Masz ranę na tyle głowy, spójrz na dłoń – poleciła swoim aksamitnym głosem.

Zbagatelizowałem sprawę, miałem za dużo pytań.

– Dlaczego mówisz po polsku? – zapytałem z wielkim zainteresowaniem. Zmarszczyłem czoło i próbowałem zrozumieć różnice językowe oraz to, dlaczego moje myśli były po… niderlandzku?

Maar wat een rotzooi1– zachichotał głos w moim umyśle.

Nie podzielałem jego entuzjazmu z powodu chaosu. W mojej głowie hulał wiatr, a wierzby miały krwiożercze zęby i śpiewały kolędę dla anarchistów. Coś w stylu Rammstein w Mein Teil.

– Ty, lala! – zaczepił mnie znowu mężczyzna, szturchając w bark.

– Zostaw go, Krystek – syknęła Merida. Traktowała go nieuprzejmie, a dla mnie pozostała miła i pogodna. Kiedy ponownie zaszczyciła mnie swoim zniewalającym spojrzeniem, przełknąłem głośniej ślinę. – Hej, jak masz na imię?

– Imię… – powtórzyłem słowo i się zamyśliłem. – Ja… ja… ja…

– Ja, ja, ja, natyrlisz, soł guud! – wtrącił roześmiany mężczyzna. – Weź go zostaw. – Złapał Meridę za przedramię. – To jakiś ćpun.

Syknąłem. Ból, ogromny, ogłupiający. Mózg pulsował w czaszce i nie dawał mi wytchnienia. Łapałem spazmatyczne oddechy. Wtem poczułem delikatny dotyk palców na swojej dłoni.

– Nie zbieramy stworzonek ze schroniska – upomniała Meridę kobieta, nachylając się w naszym kierunku.

– Och, zamknij się, Zuzka – fuknęła rudowłosa piękność i ponownie spojrzała na mnie. – Opatrzę ci głowę, pozwolisz?

– Tak – przytaknąłem na jej subtelne pytanie.

Jakież ta kobieta miała dłonie… rozmarzyłem się. Na pewno nie była pielęgniarką, ale mocno aspirowała na anioła. Mojego, prywatnego. Z chęcią bym ją zatrudnił…

– Zatrudnił – wymamrotałem i ponownie syknąłem.

– Co jest? – Merida zmarszczyła brwi. – Za mocno nacisnęłam? – zapytała z troską.

– Nie, nie – zaprzeczyłem zapalczywie i położyłem dłoń na jej przedramieniu, aby nie przestawała. – Lubię to.

Sarknięcie mężczyzny było wymowne.

– Gej, co lubi dotyk kobiety, ciekawe, ciekawe… – zacmokał.

– Przestań mu dogryzać, tylko zapierdalaj szpagatami po ciuchy! – wycedziła Merida, jednocześnie dotykając delikatnie mojej głowy.

Oczami wyobraźni widziałem mężczyznę, który ruszył defiladowym krokiem. Uśmiechnąłem się głupkowato.

– Ej, jak masz na imię? – szepnęła w moim kierunku druga kobieta. Już nie kpiła, za to dziwnie mi się przyglądała. – Ja jestem Zuza – wyartykułowała jak do przygłupa.

– Zuza – powtórzyłem.

– A ten pajac, to Krystian – sylabizowała, umniejszając mojej inteligencji. Przecież rozumiałem. Miałem tylko problem z pamięcią.

– Zuza i pajac – potwierdziłem.

Rudowłosa zachichotała uroczo, a Krystian spojrzał na mnie groźnie.

– A ja jestem… – wtrąciła moja prywatna pielęgniarka.

– Merida – wszedłem jej w słowo. – Merida Waleczna.

– Raczej niegrzeczna – sarknęła Zuza.

Merida przewróciła oczami.

– I to bardzo, bardzo niegrzeczna – sapnął Krystian i przytulił od tyłu mojego anioła.

– Zaiwaniaj po ciuchy! – warknęła Merida. – Na jednej nodze!

Pajac spuścił głowę i poczłapał niczym pies odprawiony przez swego pana.

– Co planujesz? – szepnęła Zuza, patrząc za oddalającym się pajacem.

– Zgłosimy go na komisariacie – odpowiedziała łagodnie rudowłosa. – Dobra. – Stęknęła. – Więcej nie zrobię, cud, że miałam przy sobie chusteczki nawilżane.

– Dziękuję – wymamrotałem zawiedziony, że dziewczyna przestała mnie dotykać. To było takie przyjemne.

– Proszę. – Wzruszyła ramionami. – Chodź, Mieciu, pomogę ci wstać – zaproponowała i pociągnęła mnie za rękę.

– Mieciu? – zapytałem zaskoczony. To imię do mnie nie przemawiało. Na pewno nie nazywałem się „Mietek”.

Wstałem, a obie panie zrobiły dziwne miny. Podobne, z lekko otwartymi ustami i błąkającym się uśmiechem.

– No, Mietek! – Zaśmiała się Zuza i klepnęła mnie w bark. – Kawał ogiera z ciebie. – Zadrwiła. – Szkoda, że ty wolisz ogiery.

– Nie jestem gejem – skwitowałem z wyrzutem.

– Tak, tak – westchnęła z zawodem. – Oczywiście, że nie jesteś.

Nie dyskutowałem, bo ujrzałem swoje ciuchy. Zdecydowanie nie były w moim guście i powodowały odrazę. Ten, kto mnie w to ubrał, miał iście szatańskie poczucie humoru. Ja, mężczyzna o nieskazitelnej posturze, ponad metr dziewięćdziesiąt, wyćwiczona sylwetka, idealne, ale nieprzesadnie wyrzeźbione mięśnie, miałem na sobie cekinowy top i tęczowe obcisłe spodenki.

Gej jak nic!

Do tego z amnezją!

Gej z amnezją!

Bóg ze mnie kpił i miał nie lada pożywkę z mojej obecnej, kiepskiej sytuacji życiowej. Kiepskiej?! Chujowej!

Zuza z Meridą próbowały mnie nakierować na drogę ku odzyskaniu wspomnień. Stwierdziły, że mówiąc do mnie hasłowo, są w stanie wywołać jakieś wspomnienia. Pustka! Żadne z podanych haseł nie wprowadzało niczego do mojego życia. Próbowałem znaleźć cokolwiek w kieszeniach, ale niczego nie było. W końcu wrócił do nas Krystian i przyniósł ciuchy.

– Co to jest?! – syknęła ze złością Merida.

– Ciuchy – odparł, wzruszając ramionami.

– Ależ z ciebie mściwy chujek! – Zuza pokręciła głową.

Szybko zrozumiałem. Merida zaproponowała, abym się przebrał, co uczyniłem ochoczo. Miałem problem. Biały T-shirt nosił na sobie prześmiewczy napis „U nas, w Warszawie…”, za to krótkie spodnie jeansowe miały wszywkę „Jebać policję” – na dupie!

– Oni nas wypierdolą i będziemy spieprzać w podskokach – zaśmiała się Zuza.

– No! – dodał głupkowato Krystian.

Nie było wyjścia. Merida uznała, że powinienem zgłosić się na komisariat, i obiecała, że we wszystkim mi pomoże. Ruszyłem za nią niczym szczeniak wierzący, że odnajdzie drogę do domu. Szliśmy ramię w ramię, a ona posyłała mi niewinne uśmiechy, coraz poprawiając ułożenie swoich sprężystych włosów.

– Nie zgubiliście szczeniaka?! – krzyknął donośnie Krystian, wchodząc na teren prawie pustego komisariatu. Prawie. Przy biurku siedział jeden samotny policjant i zajadał kiełbasę z pajdą chleba.

– Szo? – wyseplenił z ustami pełnymi żywności.

– To nie jest po ukraińsku? – szepnęła Zuza i zachichotała na widok dezaprobaty w oczach Meridy.

– Znaleźliśmy tego o tu! – Krystian wskazał na mnie palcem. – Leżał pobity, nic nie pamięta. Pytam, czy go nie zgubiliście?

– Żarty sobie robicie?! – Mężczyzna wstał, a jego okazały brzuch od razu poddał się grawitacji. Opadł mu niczym baldachim na okno.

– Nikt sobie żartów nie robi, panie władzo – odparła pokornie Merida, złapała mnie za przedramię i pociągnęła w kierunku mundurowego, którego guziki w koszuli trzeszczały. Bałem się, że jak jeden odleci, to mnie na miejscu zabije. – Miecio został pobity.

– Miecio? – zdziwił się policjant.

Skupiłem wzrok na jego sumiastym wąsie. Okruchy chleba zaplątały się między szczecinę. Miałem ochotę mu o tym powiedzieć, ale doszedłem do wniosku, że się chłopina zorientuje za godzinkę i będzie miał pożywienie na później.

– Nazwaliśmy go „Mietek”, bo nie pamięta imienia – wymamrotał Krystian.

– A to jak ja mam przyjąć zeznania, co?! – żachnął się funkcjonariusz. – Przeszkadzacie tylko z takimi bzdurami! – zbył nas. – Tu są poważne sprawy! – dodał dumnie i zadarł oba podbródki.

– Pijany rowerzysta, co jechał po głównej ulicy na golasa? – sarknął Krystian.

Policjant zwęził oczy w szparki.

– A skąd o tym wiesz? – szepnął złowieszczo.

– Bo my z ABW jesteśmy, panie władzo – odparła lekko Zuza.

– ABW? – powtórzył policjant z malującym się na twarzy zaskoczeniem.

– Akademia Brawury Wakacyjnej – wyrechotał Krystian.

Westchnąłem. Może straciłem pamięć, ale nie rozum. Przez Zuzkę i pajaca policjant zaczerwienił się niczym burak i jak na nas huknął, to we czwórkę podskoczyliśmy na miejscu.

– Wynocha! – darł się. – Wynocha, bo jak nie…!

Szliśmy ku drzwiom, ale Krystek zaciekawił się słowami „bo jak nie”. Ogólnie, chociaż znałem gościa od godziny, on był ciekawskim typem, który zamiast uwierzyć, że włączone żelazko parzy, wolał poślinić palec i go dotknąć aby sprawdzić i się poparzyć.

– Jezusie z Matką Boską Olsztyńską, on ma broń! – pisnął niczym dziewczynka.

Obejrzałem się i ja. Policjant biegł… w sumie to on szedł niczym pingwin, bo mu się ten brzuch przelewał jak woda w tonącej łajbie – prawo, lewo. I machał bronią!

– Proponuję, abyśmy przeszli na „WY” – zaproponowała Zuzka i niczym sarenka wyrwała do przodu.

Wybiegłem za trójką swoich nowych znajomych. Merida złapała mnie za rękę.

– Nie mogę cię zgubić! – sapnęła i puściła się pędem.

Bieg nie sprawiał mi żadnego problemu. Nie pomógł w odzyskaniu pamięci, ale dał nową informację – kochałem to. Moje nogi uwielbiały pracę mięśni. Byłem biegaczem i to codziennym.

Skręciliśmy w boczną uliczkę. Wszyscy poza mną byli zasapani. Zuzka spojrzała zza winkla i skrzywiła twarz.

– Chujek mujek – warknęła. – Nie pomoże nam. – Westchnęła głośno i spojrzała na Krystiana ze złością. – Po jaką cholerę go prowokowałeś?!

– Dla jaj! – sarknął i podrapał się po tyle głowy. – No dobra, nie wyszło.

Merida prychnęła pod nosem. Wciąż trzymała mnie za rękę, co dawało mi dziwne poczucie bezpieczeństwa.

– Co teraz? – szepnąłem i ścisnąłem jej dłoń w swojej. Dziewczyna uniosła na mnie spojrzenie. – Co ze mną?

Nie czułem się z tym komfortowo. Nie wiedziałem: kim jestem, dokąd zmierzam, co dalej się stanie. Rudzielec z oczami w barwie whisky był moją bezpieczną przystanią. Znałem ją od ponad godziny, a czułem, że tym pytaniem powierzam w jej delikatne dłonie swoje życie.

– Nie zostawię cię – szepnęła zawstydzona i również ścisnęła moją dłoń.

Zuza nachyliła się w naszym kierunku i posłała przyjaciółce mordercze spojrzenie.

– Co mówiłam o zwierzątkach ze schroniska? – warknęła.

– Zamknij się! – pisnęła rozemocjonowana Merida. – Przecież go nie zostawię!

Nie zostawiaj mnie, nie zostawiaj – błagałem w myślach.

– Ech! – westchnął Krystian i poklepał Meridę po plecach. – Jak się ma miękkie serce, to trzeba mieć twardą dupcię! – zachichotał.

Rudowłosa wzruszyła ramionami i zaszczyciła mnie łzawym spojrzeniem.

– Obiecaj, że nie będę żałować – wydusiła z wielkim trudem.

Ścisnąłem mocniej jej dłoń.

– Obiecuję – przysiągłem zapalczywie. – Tylko… – skrzywiłem usta – co to znaczy, że przeszliśmy na „WY”?

Merida parsknęła, a Krystek zaśmiał się szczerze.

– Jak to, co! – żachnęła się Zuza. – Wypierdalaj!

Ale jak „wypierdalaj”, jak Merida obiecała mnie przygarnąć?

Rozdział 3

Mikołajki, 17.09.2025

Hania

Przetarłam czoło wolną dłonią, przy okazji wypuściłam wstrzymywane w płucach powietrze. Byłam wściekła – to mało powiedziane. Byłam mega wkurzona na zachowanie przyjaciela i jego wygłupy. Jak on mógł zachować się tak nieodpowiedzialnie? W końcu chodziło o życie człowieka, a jego wewnętrzny błazen odpalił się w najmniej odpowiednim momencie. Z drugiej strony, czego mogłam się spodziewać po Krystku?

Morderczym wzrokiem przesunęłam po jego twarzy, komunikując mu, że jestem na niego cholernie zła.

– Przepraszam, okej. – Uniósł dłonie w poddańczym geście. – Przyznaję, dałem dupy.

– A żeby to raz – parsknęła w odpowiedzi Karska, co przyciągnęło wzrok Reckiego.

– Zamknij się, Zuza! Ty też niejednokrotnie dawałaś popis swojej głupoty, więc nie osądzaj mnie w tej chwili! – Naskoczył na nią, stając twarzą w twarz. – Skąd miałem wiedzieć, że trafimy na takiego zacofanego typa? Widziałaś go?

– Widziałam! – warknęła, obnażając zęby.

– No to sama powiedz, że bliżej mu było do statysty z drogówki niż do rasowego policjanta.

– Przestańcie! – wydarłam się na całe gardło, sprowadzając ich na ziemię. Miałam dość kłótni między nimi.

Oboje, jak na zawołanie spojrzeli w moim kierunku z uniesionymi brwiami. Zupełnie jakby dopiero teraz przypomnieli sobie o moim istnieniu. O naszym istnieniu.

Ścisnęłam mocniej dłoń stojącego obok mnie mężczyzny. Tym drobnym gestem chciałam dodać sobie otuchy w starciu z Krystkiem i Zuzą.

– Naprawdę nie widzicie, w jakim znaleźliśmy się położeniu? To nie czas na kłótnie! Mamy problem i coś trzeba z tym zrobić. Jutro wracamy do domu – zerknęłam na bruneta przy moim boku – i musimy coś z NIM zrobić.

Zuzka obróciła się w naszą stronę i splotła ręce pod piersią. Wiedziałam, że łatwo nie będzie.

– Szczeknij – poleciła Mietkowi, rzucając mu wyzwanie ruchem brody.

– Zuza! – Miałam ochotę zdzielić ją czymś ciężkim, natomiast Krystian bawił się przednio, obserwując całą wymianę zdań.

– Cicho, Hanka! – zrugała mnie, unosząc w ramach sprzeciwu dłoń przed moją twarzą. Dała krok w kierunku nieznajomego, ponaglając: – No, dawaj, zaszczekaj. Potrafisz?

Już miałam otworzyć buzię, żeby wydrzeć się na przyjaciółkę, gdy z boku doleciało do mnie ciche: hau, hau.

Przerażona rozwarłam szeroko oczy, przekręcając głowę w bok. Wiedziałam, że Zuza miała ciężki i dominujący charakter, ale w życiu bym się nie spodziewała, że zmusi o głowę od nas wyższego mężczyznę do zaszczekania. Zdawałam sobie sprawę z faktu, że bezimienny nie do końca rozumiał, co się dzieje, ale nie sądziłam, że ulegnie blondynce.

Mietek stał i wodził spojrzeniem po naszej trójce. Zmieszany potarł kark dłonią, gdy zdał sobie sprawę, że moja przyjaciółka (chyba wkrótce była) wkręca go po całości. Na jego policzkach momentalnie wykwitł rumieniec wstydu. Wcale się mu nie dziwiłam. W końcu otoczony był całkowicie obcymi osobami, do tego właśnie zrobił z siebie głupka.

– Dobra – poddała się Zuzia – zgarniamy tę bezdomną sierotę ze sobą. Najwyżej oddamy go gdzieś do schroniska w Warszawie. Niech oni się męczą. Idziemy – machnęła ręką, przywołując nas – trzeba napełnić mu miskę. Biedak pewnie nic nie żarł od jakiego czasu.

W odpowiedzi usłyszeliśmy tylko donośne burczenie z brzucha bruneta.

Karska ujęła Reckiego pod pachę i razem ruszyli w kierunku naszego lokum. Wiedziałam, że przeze mnie znaleźliśmy się w beznadziejnej sytuacji, ale doskonale zdawałam sobie sprawę, że nie zostawią mnie z tym samej. Chociaż stosowali głupie docinki i zachowywali się jak kretyni, to i tak byłam pewna, że nam pomogą.

– Przepraszam za nich. – Ręką wskazałam na oddalającą się dwójkę. – Wiem, że źle to wygląda, do tego jesteś zdezorientowany, bo nic nie pamiętasz, ale chcę, abyś wiedział, że pomimo ich głupiego zachowania pomożemy ci.

– Danke – westchnął brunet, mocniej ujmując moją dłoń.

Nie miałam pojęcia, czy się ze mnie nabija, czy o co chodzi, ale postanowiłam obrócić wszystko w żart.

– Jaka tam, Danka. – Wyrwałam swoją dłoń z silnego uścisku, unosząc ją na powitanie między nami. – Hanka jestem. Przez to całe zamieszanie zupełnie zapomniałam się przedstawić.

– Danke, Hanka – odparł, ujął moją dłoń ponownie i potrząsnął nią kilka razy.

Dziwne – pomyślałam, przyglądając się przez moment przystojnej twarzy. Baaardzo przystojnej! Momentalnie oblał mnie gorąc, gdy czarne jak dno piekła oczy przyszpiliły mnie do miejsca. Mężczyzna patrzył na mnie spod wachlarza gęstych, długich rzęs, a na jego twarzy pojawił się szeroki uśmiech, ukazujący idealnie równe i białe zęby.

Ciekawe czy to turecka produkcja? Głupia myśl przemknęła przez moją głowę. Chora wizja ukazała mi, jak Mietek wieczorem, przed pójściem do łóżka spać, wyciąga swoją magnetyczną protezę, aby wrzucić ją do szklanki – dokładnie tak, jak to kiedyś robiła moja prababka.

Jego pełne usta poruszały się, gdy coś mówił, jednak znaczenie słów mężczyzny wcale do mnie nie docierało. Zapatrzona jak w święty obrazek zaczęłam ślinić się na jego widok, gdy zdałam sobie sprawę, że porzucony jak bezpański pies facet, wygląda jak model z rozkładówek najbardziej poczytnych magazynów modowych.

– Heniek! Idziecie? – Pytanie Krystiana wyrwało mnie z zamyślenia.

Zmieszana uciekłam wzrokiem, poddańczo opuszczając głowę przed Mieciem i wymamrotałam pod nosem do siebie:

– Jak kocham moje pędzle, tak kiedyś zabiję tego kutafona.

Pociągnęłam mojego towarzysza w kierunku stojącej i czekającej na nas dwójki. Kiedy się z nimi zrównaliśmy, z ust obcego padło nagłe pytanie:

– Co to znaczy kutafon? – dociekał niczym małe dziecko, na co pozostała dwójka rozdziawiła usta i przeskoczyła między nami wzrokiem.

– Gdzie to usłyszałeś? – Krystek zmrużył oczy i wbił we mnie swoje spojrzenie.

– Od Hanny. – Ręką wskazał na mnie. – Przed chwilą wspomniała, że chce zabić jakiegoś kutafona – dodał. – Czy to rodzaj jakiegoś dania, skoro mówiliście coś o jedzeniu? To takie przysłowiowe „złowić rybkę” w waszym regionie?

Karska odchyliła głowę i ryknęła gromkim śmiechem. Miała z nas taki ubaw, że biedna zaczęła ścierać rękoma łzy płynące po jej policzkach.

– O matko, to będzie zabawne, bo już dawno takiego kosmity nie wiedziałam.

– To nie jest zabawne, Zuzia – zgromiłam ją. – Po prostu wydaje mi się, że jego niewiedza wynika z różnicy wieku. – Podkreśliłam fakt, że nasza znajda była od nas sporo starsza. Mietek na oko wyglądał na kogoś po trzydziestce. – Albo wynika to z faktu pochodzenia, gdyż zauważyłam, że co rusz wplata do rozmowy słowa po niemiecku.

– Trafił nam się dojszland? – zdziwił się Recki. – Eee, to może być dobre! Jeżeli ktoś go szuka, to może zapłacą nam za znajdę w euro!

– Krystian! Czyś ty zwariował?! Nawet tak nie mów!

– No co? – Uśmiechnął się szyderczo i obrzucił Mietka chciwym spojrzeniem, na dłuższą chwilę zatrzymując je na jego spodenkach. – W końcu to nie ty musiałaś oddać mu swoją ulubioną piżamę. A znając życie, to zaraz będę musiał odstąpić mu także inne moje ciuchy, bo przecież w twoje nie wlezie, mikrusie. Moje łóżko, pokój w Warszawie i Bóg wie jeszcze co.

– Na razie zacznijmy od gaci – zakpiłam. – Idziemy do domu, a ty, jak przystało na porządnego samarytanina, podzielisz się swoją garderobą z naszym nowym przyjacielem, a później zadzwonisz do Jacka i poinformujesz o zmianie planów.

– Jakiej zmianie? – zdziwił się blondyn.

– A takiej, że ma przyjechać po nas sam! Weronika niech zostanie w domu, ponieważ nie zmieścimy się wszyscy z naszymi bagażami do jego micro sedana.

– Żartujesz, prawda?

– A tak wyglądam?

Niczym uparta oślica przystanęłam pod klatką naszego bloku, rzucając mu nieme wyzwanie typu: sprawdź mnie! Nim któreś z nas zdążyło się odezwać, między nami przebiegła Karska, rzucając się w kierunku schodów. Gdy pokonała już znaczną ich część, wydarła się na całą klatkę:

– Kto ostatni na górze, ten oddaje ciapkowi swoje wyro na dzisiejszą noc!

Z Krystianem zmierzyliśmy się zszokowanym spojrzeniem, po czym ruszyliśmy w ślad za nią. Niczym stado bawołów przepychaliśmy się na schodach, uniemożliwiając wygranie drugiemu. Drobnym ciałem naparłam na przyjaciela i popchnęłam go na barierkę, na co on w odpowiedzi złapał mnie za kostkę i mocno za nią pociągnął. Przez dupka gruchnęłam na schody i o mały włos nie wybiłam sobie zębów.

– Nara, ofermo! – krzyknął i przeskoczył nad moim ciałem. Po prostu zostawił mnie jak rozjechaną na szosie żabę.

– Dupek! – wydarłam się do jego pleców, bolało mnie całe ciało.

Cichy jęk wyrwał się z mojej krtani, gdy próbowałam się unieść na rękach, żeby usiąść na schodach i dokonać samodzielnej obdukcji. Jednak nim zdołałam cokolwiek zrobić, poczułam na sobie spore, mocne dłonie, które uniosły mnie niczym piórko.

– Wszystko dobrze? – Ciepły oddech owiał moją twarz, kiedy Miecio zadał pytanie tuż przy moim policzku.

Osłupiałam, nie byłam w stanie nawet mrugnąć. Jego bliskość. Jego zapach. Ciepło jego ciała oraz mocny chwyt spowodowały, że byłam jak szmaciana lalka w jego rękach. Moje serce biło jak szalone, gdy ja sama podziwiałam tę idealnie wyrzeźbioną, męską twarz. Niby się śliniłam na jego widok, ale wnętrze ust wyschło mi jak jezioro na Saharze.

– Hanna? – ponaglił mnie, zabawnie przy tym marszcząc czoło. – Bo pomyślę, że przy upadku odgryzłaś sobie język – dodał i po wspięciu na nasze piętro, postawił mnie na nogi przed uchylonymi drzwiami, jednak nadal trzymał dłonie na mojej talii.

– J-ja, j-ja… – jąkałam się jak niespełna rozumu.

– Ja, po niemiecku, czyli jednak odgryzłaś sobie język?

– Ja ja je coco jumbo… – Doleciały do nas słowa znanej w latach dziewięćdziesiątych piosenki. – Albo ja, po polsku, czyli mam mokro w gaciach przez ciebie macho i odcięło mi zwoje! – wydarł się z wnętrza domu Krystian, przedrzeźniając nas. – Hanka, jak już przejdzie ci twardy reset, to wleźcie do środka i zamknijcie te pieprzone drzwi. Sąsiedzi nie muszą oglądać tego cyrku! Och Romeo, Romeo… – Krystek teatralnie przyłożył dłoń do klatki piersiowej i dodał: – Czemuś ty bezdomny! – Zarechotał chamsko i zatrzasnął drzwi swojego pokoju.

– No zajebię go w końcu!

Miałam coraz większą pokusę, by zamordować Krystiana za jego niewyparzony ryj.

Notatki

[

←1

]

niderl. – „Ale bałagan”