Jeszcze jedna szansa - Magdalena Zeist - ebook + książka

Jeszcze jedna szansa ebook

Magdalena Zeist

4,4

Opis

Lucjan stracił w swoim życiu zbyt dużo. Halina została skrzywdzona za bardzo. Ścieżki ich losu przecięły się w najmniej oczekiwanym momencie...
Czy ludzie z tak dużym bagażem doświadczeń są jeszcze w stanie otworzyć się na nowe przeżycia?

"Jeszcze jedna szansa" to opowieść o stracie, cierpieniu, samotności i nadziei, że na miłość i czerpanie z życia pełnymi garściami nigdy nie jest zbyt późno.

 

Kupując wspierasz!

Złotówka z każdego sprzedanego egzemplarza "Jeszcze jednej szansy" zasili konto Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Młodych z Zapalnymi Chorobami Tkanki Łącznej "3majmy się razem".

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 200

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,4 (16 ocen)
8
6
2
0
0
Sortuj według:
zaczytanakawa

Nie oderwiesz się od lektury

Dojrzała, ostrożna, wrażliwa. Taka jest miłość, relacja dwóch osób po przejściach, ta książka. Weź ją w dłoń, otwórz na pierwszej stronie, pozwól Lucjanowi i Halinie opowiedzieć swoją historię. Nie będziesz żałować! ❤️
20
MagdaJankowska

Nie oderwiesz się od lektury

Cudowna, wzruszająca i pieknie napisana. Wiedziałam że warto było czekać. Dziekuje
00

Popularność




Mnóstwo jest książek o miłości, ale zauważyliście, jak niewiele z nich opowiada o takiej, która rodzi się między starszymi ludźmi? O tym właśnie jest Jeszcze jedna szansa i za to właśnie tę powieść uwielbiam. I jeszcze za tę naturalność, emocje i szczęście mieszające się z troskami codzienności.

Monika Szklarzewska, @siemamoniaczyta

Jeszcze jedna szansa idealnie obrazuje fakt, że na miłość nigdy nie jest za późno, a nasze serce pomieści więcej, niż nam się wydaje. Dosadnie pokazuje, że czas, który dostaliśmy od losu, kiedyś się kończy, dlatego nie powinniśmy patrzeć w przeszłość, a przeć do przodu i czerpać z życia pełnymi garściami. Ta na pozór lekka i sielankowa historia naładowana jest ogromnym ładunkiem emocjonalnym – od uśmiechu, przez refleksje, po smutek i łzy.

Milena Deptuch-Peszek, @read_and_go_with_me

Kiedy dorosnę, chcę być jak Hala!

Pokochałam ją od pierwszej chwili, tak jak kiedyś pokochałam Lucka! Przed Wami piękna i dojrzała historia miłości, która wywoła uśmiech, ale też wyciśnie łzy z oczu. Ja jestem zauroczona!

Agnieszka Jarosławska, @ruda_czyta

Ta książka udowadnia, że na prawdziwą miłości nigdy nie jest za późno. To życiowa, pełna uczuć historia, która rozbawi Cię do łez i skłoni do refleksji. Piękna, unikatowa, warta poznania. Gorąco polecam!

Natalia Miśkowiec, @prostymislowami

Jeszcze jedna szansa to niezwykle wartościowa książka przepełniona wzruszającymi momentami. Historia dwojga dojrzałych ludzi po przejściach, których połączyło wyjątkowe uczucie. To powieść o tym, że miłość potrafi przyjść w najmniej oczekiwanym momencie i że nigdy na tę miłość nie jest zbyt późno. Dawno nie czytałam książki, która poruszyła we mnie tak wiele emocji. Jestem nią zachwycona i gwarantuję, że Wy także będziecie.

Kinga Maiwald, @kinga_czyta

Dojrzała, ostrożna, wrażliwa. Taka jest miłość, relacja dwóch osób po przejściach, ta książka. Weź ją w dłoń, otwórz na pierwszej stronie, pozwól Lucjanowi i Halinie opowiedzieć swoją historię. Nie będziesz żałować!

Aneta Wojtiuk, @zaczytana_kawa

Dojrzała, ciepła, a jednocześnie wzruszająca powieść, o tym, że na miłość nigdy nie jest za późno.

Dominika Janiczek, @domsonczyta

Magdalena Zeist po raz drugi oddaje w ręce czytelników, kompletną i bardzo wartościową historię. Ukazuje, że na miłość nigdy nie jest za późno i każdy na nią zasługuje. Warto otworzyć swoje serce na nowe emocje. Przygotujcie się na chwile wzruszenia.

Aneta Robak, @czytamitu

Redakcja i korekta

Magdalena Wołoszyn-Cępa

Współpraca

Robert Ratajczak

Projekt okładki

Natalia Jargieło

DTP

Wojciech Grzegorzyca

Fotografia Autorki

Agnieszka Wójcik

Sentencja na okładce

Sokrates

© Copyright by Magdalena Zeist

© Copyright by Wydawnictwo „Vectra”

Druk i oprawa

WZDZ Drukarnia „Lega”, Opole

ISBN 978-83-67334-17-4

Wydawca

Wydawnictwo „Vectra”

Czerwionka-Leszczyny 2022

www.arw-vectra.pl

Mojemu Tacie,któremu jestem wdzięczna za wsparcie i wiarę we mnie

Lucjan

This is a new day, new beginningNew horizons to be chased, new illusions

T.E.A., Dawid Podsiadło

Od wielu lat moje poranki wyglądają tak samo… Choć od dłuższego czasu mieszka ze mną Zalia, piesek, którego przygarnąłem ze schroniska, codziennie budzę się w domu, w którym czuję się samotny. Prawa strona łóżka, ulubiona mojej żony, zawsze jest idealnie zaścielona.

Każdego dnia pierwszym, co widzę po otwarciu oczu, jest leżąca obok mnie poduszka ułożona w taki sam sposób, jak wieczorem, gdy zasypiałem. Czasami śnię o tym, że gdy budzę się rano, widzę wymiętą pościel niedbale porzuconą na łóżku i słyszę, jak moja żona krząta się w kuchni, nucąc swoją ukochaną piosenkę Lubię wracać tam, gdzie byłem Zbigniewa Wodeckiego.

Tego dnia miałem podobny sen. Gdy się obudziłem, Rozalia leżała tuż obok mnie i patrzyła w moje oczy z subtelnym uśmiechem na twarzy. Wokół niej roztaczał się blask, a jej twarz była świetlista. Wyglądała jak anioł. Dokładnie tak, jak ją zapamiętałem.

Nawet nie wiesz, ile bym dał, by moje sny były rzeczywistością. By to przedwczesna śmierć mojej żony okazała się koszmarem, z którego po prostu mogę się obudzić.

Gdy tego deszczowego dnia otworzyłem oczy w sypialni otulonej samotnością, nie spodziewałem się tego, co los dla mnie przygotował…

Zszedłem do kuchni i przywitałem się z Zalią, która czekała na mnie przy drzwiach wychodzących na taras, po czym wypuściłem ją na ogród. Zjadłem śniadanie, ubrałem się i pojechałem po sprawunki. Raz w tygodniu jeżdżę na duże zakupy i choć nie lubię robić ich w dużych sklepach, to cenię swój czas oraz to, że w supermarketach dostanę wszystko, czego dusza zapragnie. Zatem chcąc nie chcąc raz w tygodniu, zazwyczaj w piątek, jadę w miejsce, gdzie – odnoszę wrażenie – część ludzi zapomina, czym jest kultura.

Najbardziej nie lubię, gdy niektórzy chodzą po sklepie jak święte krowy, myśląc, że są jedynymi klientami robiącymi tego dnia zakupy. Zatrzyma się taki przy jednym regale i duma nie wiadomo nad czym. Żeby jeszcze rozmyślał sobie z boku… Ale nie! Musi stanąć na środku i uniemożliwić innym swobodne przejście. Jest coś jeszcze, co wyjątkowo drażni mnie podczas robienia zakupów – kolejki do kasy. To jest dopiero udręka. Praktycznie za każdym razem, gdy jadę na zakupy, napotykam duże kolejki i co wtedy słyszę? „Może otworzyłaby pani drugą kasę?!” – wypowiedziane przez klienta takim tonem, że aż się wszystkiego odechciewa. Ludzie zachowują się, jakby na zapleczu sklepu, w kanciapie, siedziało tuzin pracowników, którzy wyskakiwaliby jak filip z konopi, gdy kolejka zrobi się nieco dłuższa. Ja rozumiem, że nikt nie lubi czekać, a w pytaniu o otwarcie kolejnej kasy nie ma nic złego. Problem tkwi w tym, jak to pytanie jest zadane.

Jestem życzliwy, staram się być dla wszystkich miły, ale obawiam się, że moje dobre serce zostałoby wystawione na próbę, gdybym pracował w takim sklepie. Chociaż może na stare lata zrobiłem się zrzędą? Kto to wie…

Niemniej jednak sytuacja, o której zaraz ci opowiem, przelała czarę goryczy i oznajmiam wszem wobec – nienawidzę cotygodniowych zakupów i, jak Boga kocham, nic tego nie zmieni.

Stałem grzecznie w kolejce, czekając, aż zrobi się na tyle miejsca, bym swobodnie mógł wyłożyć na taśmę wszystkie produkty. Było tego dużo, bo mimo że należę raczej do tych szczuplejszych mężczyzn, pojeść lubię, czego absolutnie nie widać po mojej sylwetce. Poza tym uwielbiam gotować i eksperymentować w kuchni. Często odwiedza mnie wnuczek z żoną i ich synkiem, czyli moją małą dumą – prawnuczkiem. Staram się zawsze dać im jakieś przetwory lub potrawy nadające się do zamrożenia, żeby zawsze mieli coś szybkiego i zdrowego do odgrzania. Igor i Gaja prowadzą własną firmę architektoniczno-wnętrzarską i doskonale zdaję sobie sprawę, jak ciężkie i czasochłonne bywa prowadzenie biznesu, gdy ma się w domu małe dziecko, w dodatku tak ruchliwe jak Michaś.

Och, przepraszam za tę małą dygresję. Zapewne czekasz, aż opowiem ci, co wydarzyło się w sklepie i tym samym utwierdziło mnie w przekonaniu, że robienie zakupów to udręka. Już tłumaczę…

Gdy nadeszła moja kolej na wykładanie towarów na taśmę, jedna z pań stojących za mną, zapytała, czy mogłaby podejść do kasy przede mną, bo ma tylko kilka produktów, a bardzo jej się spieszy. Spojrzałem na tę kobietę i ujrzałem w jej dłoni reklamówkę bananów i jabłek. Kolejne wtrącenie: wszystko zapakowane było w jednorazowe siatki z plastiku. Normalnie serce mnie boli na widok warzyw i owoców pakowanych w ten sposób.

Oczywiście pozwoliłem jej przejść przede mnie. Jednakże nie zauważyłem, że owa kobieta postawiła za sobą na ziemi koszyk wypełniony po brzegi produktami.

Ostentacyjnie podniosła koszyk i zaczęła z niego wypakowywać swoje zakupy. Jej zachowanie mnie zaskoczyło i na chwilę odjęło mi mowę.

– To było z pani strony bardzo niemiłe – powiedziałem po chwili.

– Dlaczego? Zapytałam grzecznie, czy mogę stanąć przed panem w kolejce, a pan się zgodził, zatem nie rozumiem, w czym tkwi problem.

– W tym, że powiedziała pani, iż ma jedynie kilka produktów, a za plecami schowała pani koszyk z zakupami, w którym znajduje się co najmniej kilkanaście artykułów.

– Przykro mi, ale trzeba być bardziej spostrzegawczym – powiedziała z uśmieszkiem na twarzy. – Ewentualnie może przydałyby się okulary, to już chyba ten wiek.

– Za to pani jest w takim wieku, że kultura osobista nie powinna być jej obca.

Niekwestionowanym mistrzem ciętej riposty nazwać się chyba nie mogę… Najgorsze jest to, że gdy teraz ci o tym opowiadam, to w mojej głowie kłębi się wiele pomysłów na to, jak mogłem tej kobiecie odpowiedzieć. Wiesz, żeby było bardziej spektakularnie, aby w pięty jej poszło – ale wtedy na nic twórczego nie wpadłem. Dlaczego najlepsze pomysły na ripostę przychodzą dopiero po fakcie?

Zapłaciłem za zakupy, spakowałem wszystko do toreb (wielorazowych!) i skierowałem się w stronę wyjścia. Pogoda była koszmarna. Padało, wiało, krótko mówiąc, było szaro i ponuro. Na szczęście miałem ze sobą parasol, więc w drodze do samochodu nie zmokłem. Spakowałem zakupy do bagażnika i odwiozłem wózek sklepowy na miejsce. Następnie wróciłem do samochodu, wsiadłem za kierownicę, przekręciłem kluczyk w stacyjce i czym prędzej włączyłem ogrzewanie. Już miałem ruszać, gdy do auta wsiadła jakaś kobieta.

– Kuźwa, myślałam, że nie trafię! Tyle tych samochodów tu stoi. Jeszcze deszcz tak leje, że… Co pan tu robi?! – krzyknęła, gdy wygodnie usadawiając się na fotelu, spojrzała w moim kierunku.

– Słucham? – zapytałem zdezorientowany.

– No chyba pan nie słucha. Co pan robi w samochodzie mojego syna?

– Z całym szacunkiem, ale to jest mój samochód.

– Trzymajcie mnie, bo nie wytrzymam… Liczę do trzech, jeśli nie opuści pan tego pojazdu, to nie ręczę za siebie! Noszę gaz pieprzowy w torebce, między innymi na takie okazje, a niech mi pan wierzy, ze mną się nie zadziera – powiedziała, patrząc na mnie i jednocześnie grzebiąc w torebce.

– Spokojnie! – Podniosłem ręce, aby kobieta zrozumiała, że mam pokojowe nastawienie i z jakąkolwiek kradzieżą nie mam nic wspólnego. – Jestem przekonany, że zaszła pomyłka. Jaki samochód ma pani syn?

Kobieta na chwilę zastygła.

– Pyta pan o model?

– Dokładnie.

– Nie pamiętam… Przecież nie znam się na samochodach – odpowiedziała takim tonem, jakby jej brak wiedzy o motoryzacji był czymś oczywistym.

Powstrzymałem się, żeby nie wywrócić oczami. Bałem się, że gdy tylko spuszczę wzrok z tej kobiety, to rzeczywiście psiknie mi gazem, a tego oczywiście wolałem uniknąć.

Swoją drogą co za kobieta… Wparowała do mojego samochodu, krzycząc i grożąc, i to tak naprawdę bez powodu. Mimo wszystko muszę przyznać, że od razu zyskała moją sympatię. Nie potrafię określić, co mnie w niej urzekło, bo wymieniliśmy jedynie kilka zdań, ale wystarczył jeden rzut oka, by dostrzec, że jest miłą i żywiołową kobietą, w dodatku bardzo atrakcyjną. Ciemne blond włosy spięła z tyłu dużą klamrą, a delikatny makijaż podkreślał jej urodę. Twarz nowo poznanej kobiety zdobiły zmarszczki mimiczne, jednak nie miałem wątpliwości, że są one w głównej mierze następstwem częstego uśmiechania się. Biła od niej radość i dobra energia.

– Pamięta pani chociaż kolor samochodu syna? – zapytałem.

– No pewnie, że tak. Czarny.

Zacząłem się śmiać.

– Z czego się pan śmieje?

– Proszę spojrzeć na maskę mojego auta.

Zrobiła to, o co poprosiłem, i zastygła w bezruchu. Po chwili jej groźny wyraz twarzy zamienił się w łagodny.

– Kuźwa…

– Lepiej bym tego nie ujął.

– To przechodzi już ludzkie pojęcie, naprawdę. Że też nie potrafię w takich sytuacjach się opanować i chwilę zastanowić. Moje szare komórki na stare lata już chyba wszystkie obumarły. Na dodatek padło mi na oczy! Jak ja mogłam wejść do czerwonego samochodu, sądząc, że to samochód Adama?

– Pomyłki zdarzają się nawet najlepszym.

– Dobrze, że nie użyłam jednak tego gazu pieprzowego, a muszę przyznać, że ręce mnie świerzbiły.

– Widziałem – zaśmiałem się. — Dlatego od razu podniosłem ręce, aby miała pani pewność, że nie mam złych zamiarów.

Kobieta wybuchnęła śmiechem, a po policzkach pociekły jej łzy. Popłakała się ze śmiechu, a ja uzmysłowiłem sobie, że siedziałem ciągle z rękami skierowanymi ku górze.

– Chyba mogę już je opuścić, prawda? – spytałem rozbawiony. – Nie wiem, czy mogę czuć się już bezpiecznie. Jakby nie patrzeć, gaz pieprzowy jest ciągle w zasięgu pani dłoni.

Kiwnęła kilka razy głową, ale nie była w stanie nic powiedzieć, bo ciągle się śmiała. Gdy się uspokoiła, zapytała:

– Czy da mi pan jeszcze jedną szansę, abym mogła pokazać się z lepszej strony?

– Jak najbardziej. – Uśmiechnąłem się promiennie.

– W takim razie nazywam się Halina, ale możesz też mówić do mnie Hala. – Wystawiła dłoń w moją stronę.

– Lucjan, również mi miło. – Delikatnie chwyciłem jej dłoń. – Zatem gdy uprzejmości mamy już za sobą… może dasz się zaprosić na kawę i ciastko? – zapytałem po chwili.

Nie mam pojęcia, dlaczego w tamtym momencie zadałem jej to pytanie. Od dawna nawet przez myśl mi nie przeszło, by spotkać się z jakąś kobietą, zwłaszcza taką, która zarzuciła mi kradzież samochodu i groziła gazem pieprzowym.

– Z tym ciastem może być problem, bo z deserów preferuję schabowego i gulasz.

Zmarszczyłem brwi, nie wiedząc, o co jej chodzi.

– No co tak na mnie patrzysz? Nie lubię słodyczy, po czekoladzie wręcz mnie mdli. Za to lubię jeść mięso, dużo mięsa. Wiem, że w dzisiejszych czasach nie jest to zbyt dobrze postrzegane, ale nic na to nie poradzę. Jestem mięsożerczynią i nic tego nie zmieni. Z przyjemnością napiję się z tobą kawy, ale za słodkości podziękuję.

– Żartujesz? Jak można nie lubić słodyczy?

– Jestem chodzącym przykładem na to, że można. – Uśmiechnęła się.

– Nie chciałbym się przechwalać, ale robię najlepszą szarlotkę pod słońcem. Na pewno by ci zasmakowała.

– Taki jesteś pewny? W takim razie nie wykluczam, że dam się zaprosić na rzekomo najlepszą szarlotkę pod słońcem i podzielę się z tobą moją opinią na jej temat.

– Byłoby mi bardzo miło. – Nie wiedziałem, co się ze mną dzieje. Dopiero co poznałem Halinę, a już zaprosiłem ją na kawę, zaoferowałem moją szarlotkę i tak naprawdę nie mogłem doczekać się kolejnego spotkania.

Rozległ się dzwonek telefonu.

– To pewnie Adam – powiedziała, sięgając po telefon.

Oznajmiła mu, że za chwilę przyjdzie do samochodu, i poprosiła syna, aby stanął koło auta, tak żeby wiedziała, do którego auta ma iść. Rozłączyła się, po czym zapytała, czy podam jej swój numer. Oczywiście uczyniłem to od razu. Wysiadając, oznajmiła, że w ciągu kilku najbliższych dni zadzwoni do mnie w sprawie naszego kolejnego spotkania.

– Na pewno się odezwiesz?

– Na pewno, na pewno. – Uśmiechnęła się i wyszła z samochodu.

W momencie zamknięcia przez nią drzwi dopadły mnie wyrzuty sumienia, bo Hala naprawdę mnie zaintrygowała. Co prawda znałem ją dosłownie kilka minut, ale wydała mi się zabawną, pozytywną i miłą kobietą. W dodatku miałem wielką ochotę ponownie się z nią spotkać.

Ostatnio czułem się tak ponad dziesięć lat temu, gdy moja kochana Rozalia żyła. Jestem pewien, że chciałaby, abym nie był samotny i z kimś się jeszcze związał, ale szczerze powiedziawszy, do tej pory nawet przez myśl mi to nie przeszło. Nie wyobrażałem sobie, jak mógłbym darzyć sympatią inną kobietę.

Poczułem nagłą potrzebę pojechania na cmentarz, pragnąłem opowiedzieć Rozalii o dzisiejszym spotkaniu z Halą i… sam nie wiem… Poprosić o pozwolenie na następne spotkanie? Wiem, jak beznadziejnie to brzmi, ale nie potrafię tego wyjaśnić. Czułem się, jakbym w jakiś sposób zdradził Rozalię.

Kocham żonę nad życie i nieustannie, od prawie dwunastu lat za nią tęsknię. Mimo upływającego czasu moje uczucia do niej nie zmalały, wręcz przeciwnie, umocniły się, potwierdzając, że Rozalia to kobieta mojego życia i tak już pozostanie na zawsze.

Moja żona umarła, ale mimo wszystko wciąż żyje.

We mnie… W końcu moja pamięć o niej to jej życie teraz.

Nie bacząc na paskudną pogodę, pojechałem na cmentarz. Staram się odwiedzać Rozalię regularnie, minimum raz w tygodniu. Przecieram wtedy nagrobek, wstawiam do wazonu świeże kwiaty i zapalam znicz. W samochodzie zawsze wożę zestaw składający się z wiaderka, płynu i ścierki. Często nachodzi mnie ochota, tak jak w tamtej chwili, by odwiedzić groby Rozalii oraz naszego syna i synowej, więc muszę mieć wszystko pod ręką. Moja żona była pedantką, i to wręcz chorobliwą, dlatego jestem zawsze przygotowany. Nie chciałbym, aby miała brudny i zaniedbany nagrobek, więc regularnie go czyszczę.

Pogoda nie dopisywała, więc kupiłem jedynie kwiaty. Stare wyrzuciłem, a w ich miejsce położyłem białe chryzantemy w doniczce.

Rozalia byłaby zadowolona ze swojego nagrobku. Często powtarzała, że pragnie, bym jak już zejdzie z tego świata, przynosił jej świeże kwiaty. Obiecała, że gdy postawię sztuczne, to za karę mnie nawiedzi i tak wystraszy, że z papci wyskoczę. Nie zliczę, ile razy zastanawiałem się, czy tego nie zrobić, w głębi duszy chciałbym znów poczuć jej obecność… Z drugiej strony nigdy nie lubiłem, gdy się na mnie złościła, i jedynie to powstrzymywało mnie przed kupnem sztucznych kwiatów.

Stanąłem przed nagrobkiem z parasolką rozłożoną nad głową i zacząłem opowiadać Rozalii o wydarzeniach tamtego dnia. O szalonej kobiecie, którą poznałem i w trudny do opisania sposób bardzo polubiłem.

Halina

I’m not madOh, just waiting for love again

Forest, Dawid Podsiadło

Wysiadłam z samochodu Lucjana i od razu zaczęłam rozglądać po parkingu. Gdy ujrzałam Adama, poszłam w jego stronę.

– Gdzie byłaś? – zapytał mój syn.

– A daj spokój, szkoda gadać – powiedziałam, gdy wsiadłam do auta.

– Co znowu zrobiłaś?

Oczywiście, od razu podejrzewał, że wywinęłam jakiś numer. To już u mnie norma. Zastanawiałam się, czy przypadkiem nie mam czegoś z głową, ale po konsultacji ze specjalistą zyskałam pewność, że jestem zdrowa. Poszłam do lekarza, bo Adam zasugerował, że powinnam się do niego udać i przebadać pod każdym możliwym kątem. Udałam się do pobliskiej przychodni, oczywiście z duszą na ramieniu, wyobrażając sobie, że w mojej czaszce zadomowiły się jakieś guzy, które uciskają mi obie półkule, przez co wywijam numery takie jak ten z wejściem do samochodu Lucjana. No dałabym sobie rękę uciąć, że to było auto mojego syna…

Niemniej jednak okazało się, że jestem zdrowa jak ryba, a jedyne, co mi dolega, to zbyt mała ilość mazi stawowej, przez co bolą mnie kolana, ale to nie ma żadnego wpływu na moje występki. Byłam nawet u psychologa, podejrzewając, że cierpię na jakąś dziwną przypadłość czy chorobę psychiczną. Jednak po kilku sesjach pani psycholog stwierdziła, że nie widzi nic niepokojącego i taka po prostu moja natura. Twierdząc „taka”, miała chyba na myśli „roztrzepana”. Zatem nie pozostaje mi nic innego, jak pogodzić się z mym usposobieniem i wziąć na klatę wszystkie jego konsekwencje. Chociaż nie ukrywam, że konsekwencje w postaci kawy z takim przystojniakiem jak Lucjan zniosę z przyjemnością.

– Weszłam obcemu mężczyźnie do samochodu, sądząc, że to twoje auto.

– To już nie jest zabawne – powiedział, kręcąc głową.

– Poczekaj, bo jeszcze nie powiedziałam ci najśmieszniejszego… Gdy zobaczyłam go w rzekomo twoim aucie, wściekłam się nie na żarty. Od razu przeszło mi przez myśl, że chce ci ukraść samochód, więc aby go przestraszyć, obronić twój dobytek i przy okazji moje życie, chciałam psiknąć mu gazem pieprzowym w oczy. – Wybuchłam śmiechem, przypomniawszy sobie tę scenę.

– Mamo!

– No co? Myślałam, że włamał ci się do samochodu z zamiarem kradzieży. Chociaż jak się teraz zastanawiam, to na złodzieja absolutnie nie wyglądał. – Uśmiechnęłam się na wspomnienie Lucjana.

– Przerażasz mnie do tego stopnia, że zaczynam się zastanawiać, czy diagnoza, którą dostałaś od tych wszystkich lekarzy, jest prawidłowa. – Zaczął się śmiać.

– Och, nie marudź. Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Dzięki temu, że jestem tak roztrzepana, poznałam bardzo przystojnego i co najważniejsze, sympatycznego pana, w dodatku mam jego numer telefonu.

Na twarzy Adama zauważyłam konsternację i wcale się nie dziwię, bo od kilku lat z nikim się nie spotykałam. Kiedyś próbowałam poznać kogoś na Tinderze, ale ta aplikacja absolutnie nie jest dla mnie. Większość osobników płci męskiej, z którymi miałam „przyjemność” rozmawiać za sprawą tej aplikacji, od razu z grubej rury w wiadomościach pisała mi, co by ze mną wyprawiali w łóżku. Uwierzysz? Nie muszę chyba mówić, jak bardzo mnie to zniesmaczyło.

Oczywiście seks to sama przyjemność, ale przyjemnie jest go uprawiać z kimś na poziomie, a nie z niewyżytymi burakami.

Jeden z mężczyzn wydawał się całkiem miły, więc zgodziłam się z nim umówić. Rzecz jasna wcześniej uprzedziłam o tym moją przyjaciółkę Mariolkę. W końcu ktoś musiał wiedzieć, gdzie będę. Naoglądałam się wielu filmów, więc zdawałam sobie sprawę z niebezpieczeństw, jakie mogą wynikać ze znajomości przez internet. Znając moje szczęście, z wielkim prawdopodobieństwem mogłabym trafić na seryjnego mordercę emerytek.

Przechodząc do sedna sprawy: spotkanie z Zenkiem, bo tak miał na imię ów mężczyzna, było totalną katastrofą. Zgodziłam się na nie, ale wyłącznie na moich warunkach. Wybrałam datę i miejsce; zdecydowałam się na moją ulubioną restaurację, zależało mi bowiem, by spotkać się z tym, jakkolwiek by patrzeć, obcym mężczyzną w miejscu dobrze mi znanym.

Niestety rozmowa kompletnie się nie kleiła. Zdecydowaną część spotkania Zenuś poświęcił na opowiadanie o naparstkach, które zbiera od dzieciństwa. Patrząc z perspektywy czasu, śmiało mogę przyznać, że moją osobą Zenek nie był w ogóle zainteresowany. Prowadził monolog, przerywany przeżuwaniem niebotycznej ilości jedzenia. Ja wiem, że faceci lubią sobie zjeść, ale czegoś takiego w życiu nie widziałam. Zamówił kolejno: rosół, placek po węgiersku, kotlet schabowy z pieczonymi ziemniaczkami i miksem surówek oraz deser lodowy. Byłam pewna, że nie zdoła pochłonąć tego wszystkiego, ale jak się pewnie domyślasz, myliłam się.

Zjadł to wszystko, a później powiedział, że za chwilę wróci, bo musi udać się do ubikacji. To akurat w ogóle mnie nie zdziwiło, bo takie obżarstwo musiało zakończyć się dłuższym posiedzeniem. W pewnym momencie zaczęłam się o niego martwić, bo bardzo długo go nie było. Nie zastanawiając się dłużej, wparowałam do męskiej toalety, przepraszając panów załatwiających swą potrzebę do pisuarów, oznajmiając im, że nie interesują mnie ich przyrodzenia i że ja tylko po kolegę przyszłam, bo martwię się, iż dostał skrętu kiszek.

Zaczęłam pukać do wszystkich kabin, wołając Zenka i… nigdzie tego dziada nie było. Jak się okazało, postanowił uciec bez pożegnania, obarczając mnie całym rachunkiem. Po tym spotkaniu stwierdziłam, że w nosie mam takie schadzki. Miałam ogromną nadzieję, że szanowny Zenuś za swój występek dostanie rozwolnienia, a muszla klozetowa zostanie jego przyjaciółką na kolejne kilka dni. Ja z reguły nikomu źle nie życzę, ale musisz przyznać, że to, co zrobił, było po prostu świństwem.

Oczywiście Adam nie ma pojęcia, że jego mamusia potrafi korzystać z Tindera. Gdyby się dowiedział, dopiero by się za głowę złapał. Według jego wiedzy nie spotykam się z nikim od dobrych kilkunastu lat. Nie mam zbyt dobrych wspomnień z randkowania przez internet, ale wciąż żywię nadzieję, że w końcu znajdę swoją bratnią duszę.

– I co zamierzasz z nim zrobić? Z numerem telefonu oczywiście.

– No jak to co? Zadzwonić i się umówić na kawę.

– Tak z obcym facetem?

– Już nie obcym, wypraszam sobie. Porozmawialiśmy chwilę, więc pierwsze koty za płoty.

– Dziwię się, że ma ochotę spotkać się z tobą po raz kolejny. Czym go postraszysz na następnym spotkaniu? Paralizatorem?

– Śmiej się ze starej matki, śmiej. Myślisz, że prezent się Asi spodoba? – zapytałam, chcąc zmienić temat rozmowy.

– Na pewno. Masz moje słowo.

Moja synowa miała tego dnia urodziny i organizowała małe rodzinne przyjęcie. Poprosiłam Adama, by pojechał ze mną do galerii handlowej i pomógł mi w wyborze prezentu. Zdecydowaliśmy się na kartę podarunkową do księgarni, bransoletkę z grawerem i różowe wino, które, jak twierdzi mój syn, Asia bardzo lubi.

– Wiesz, czy Dorota jest już u was?

– Nie myślę, ja to wiem. Asia napisała mi jakieś pół godziny temu, że już przyszła. Zapowiada się przyjemny dzień – westchnął.

Nie będę owijać w bawełnę – z Dorotą, teściową mojego syna, się nie lubimy. Ta kobieta drażni mnie jak nikt inny. Jest wścibska i ciągle się wtrąca w życie Adama i Asi, zapominając, że od dawna są już dorosłymi ludźmi. Wszędzie musi dorzucić swoje trzy grosze i ciągle coś komentuje… Tak jakby była alfą i omegą w każdej dziedzinie, a oczywiście nią nie jest. Podziwiam Asię za cierpliwość. Kiedyś przyznała, że matka zdecydowanie zbyt często działa jej na nerwy. Ale mama to mama, mimo wszystko ją kocha i zależy jej na dobrym kontakcie z nią.

Staram się unikać jak ognia konfrontacji z Dorotą, ale są takie dni, jak na przykład urodziny, gdzie siłą rzeczy muszę trzymać nerwy na wodzy i z udawanym uśmiechem na twarzy się z nią spotkać. Nie myśl sobie, że na każdym kroku jej przytakuję. Gdy mądrości Doroty przechodzą ludzkie pojęcie, nie potrafię siedzieć cicho. Staram się wtedy w kulturalny sposób podzielić moim zdaniem, ale jestem pewna, że przy tej kobiecie może się to kiedyś nie udać i wybuchnę niczym wulkan Krakatau.

– Cześć, mamo. – Asia przywitała się ze mną, gdy przyszliśmy. – Czemu tak długo was nie było?

– Mama miała małą przygodę na parkingu – odpowiedział Adam.

– Co się stało?

– Później ci, kochana, opowiem. Teraz czas na życzenia i prezent. – Sięgnęłam po małą torebkę prezentową i podałam ją synowej. – Wszystkiego najlepszego, spełnienia marzeń, mnóstwo szczęścia i zdrowia. Jak moje życzenia się spełnią, to będziesz bardzo dobrze ustawiona – podniosłam palec – tylko pamiętaj, by marzyć z rozmachem.

Asia rozpromieniła się, podziękowała i zaprowadziła nas do pokoju. Przy stole siedziała Dorota wyprostowana jak struna, a na dywanie Ania bawiła się klockami. Gdy mnie zobaczyła, zerwała się na równe nogi.

– Babcia!

– Cześć! Zobacz, co dla ciebie mam. – Podałam jej dwie książeczki.

– Dziękuję – odpowiedziała moja trzyletnia wnuczka, po czym mnie przytuliła. Wzięłam ją na ręce i usiadłam z nią przy stole.

– Cześć – przywitałam się z Dorotą.

– Cześć, Halinko, jak miło cię widzieć – powiedziała bez cienia uśmiechu na twarzy.

– Tak, ciebie również.

– Czego się napijecie? – zapytała Asia.

– Poproszę kawę z mlekiem i jedną łyżeczką cukru – odpowiedziałam.

– Mi możesz wody, córciu, nalać.

– Pomogę ci wszystko przygotować – zwrócił się do mojej synowej Adam.

Ja w tym czasie zostałam w pokoju z Dorotą i przez cały ten czas mierzyłyśmy się wzrokiem. Po kilku minutach Adam z Asią przynieśli pachnące ciasto i każdemu coś do picia.

– Kto jeszcze przyjdzie? – zapytałam.

– Ewa, ale napisała, że chwilę się spóźni.

– No tak, bo w dzisiejszych czasach wszyscy tak są zabiegani, że nie potrafią przyjść na umówioną godzinę. Co za naród! – Dorota musiała dorzucić swoje pięć groszy, mając zapewne nadzieję, że wbije mi tym szpilę. W końcu również się spóźniłam. Jednak spłynęło to po mnie jak po kaczce. – A twojego ojca nie będzie? – Pytanie skierowała do Adama.

– Przyjdzie jutro, dzisiaj będzie do późna w pracy.

Dorota skrzywiła się, zdecydowanie niezadowolona z takiej odpowiedzi.

Nałożyłam sobie kawałek ciasta i pochwaliłam Asię, bo do wypieków ma naprawdę dobrą rękę. Co prawda za słodkościami nie przepadam, ale to mojej synowej zawsze zjem.

Nie chciałam też dawać Dorocie kolejnego powodu do marudzenia. Jednak nie wszyscy byli tego zdania co ja. Mama Asi również sięgnęła po kawałek, ugryzła, a następnie przeżuwała je, przewracając przy tym oczami.

– No ja jednak uważam inaczej. Nie za mało dałaś tu masła? Bardzo suche ci wyszło.

– Nie mamo, na pewno nie dałam za mało masła, bo do tego ciasta zawsze daję olej.

– No i w tym właśnie tkwi problem. Gdybyś użyła masła, smak byłby lepszy i założę się, że nie byłoby takie suche.