Jeszcze bardziej Emma - Monika Pawelec-Wijas - ebook
NOWOŚĆ

Jeszcze bardziej Emma ebook

Monika Pawelec-Wijas

4,6

428 osób interesuje się tą książką

Opis

Emma wraca do Bostonu, choć przysięgała sobie, że nigdy więcej tego nie zrobi.

Jedno spotkanie z Harveyem Spencerem na ślubie przyjaciółki wystarczyło, żeby zapalił się jej grunt pod nogami.

Pięć lat temu ich układ dobiegł końca. Emma wyjechała, zostawiając za sobą nie tylko ukochane miasto, ale też mężczyznę, o którym nigdy nie zdołała zapomnieć. Tylko że Harvey nie jest już kimś, kogo zapamiętała. Spencer stał się chłodny, zdystansowany i całkowicie oschły, jakby wszystko, co ich kiedyś połączyło, nigdy nie miało znaczenia.

Los jednak nie zamierza dać im o sobie zapomnieć. Choć oboje najchętniej trzymaliby się od siebie z daleka, ich drogi nieustannie się przecinają. Pod warstwą żalu, niewypowiedzianych słów i wzajemnych pretensji wciąż tli się coś, czego żadne z nich nie potrafi zgasić.

Tylko czy miłość okaże się silniejsza od nienawiści? Jeśli nie, Emma zostanie zmuszona pożegnać się z Harveyem raz na zawsze.

 

Książka zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej osiemnastego roku życia.

Opis pochodzi od Wydawcy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 396

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,6 (30 ocen)
24
3
0
2
1
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Ulas54

Nie oderwiesz się od lektury

Ej nie robi się tak . 🙂‍↔️
00
afka8750

Nie oderwiesz się od lektury

Dobrze się to czytało, ale to zakończenie? nie wiadomo czy to już koniec tej historii czy będzie ciąg dalszy
00
PaulinaAdamiec97

Dobrze spędzony czas

Zastanawia mnie co się jeszcze może wydarzyć w kolejnej części skoro w tej myślałam że wszystko się już wyjaśni. Fajna książka, przyjemnie szybko się czyta ale czegoś mi brakło
00
kasia8401

Dobrze spędzony czas

4 gwiazdki za zakończenie co to miało być
00
BGAnna

Nie oderwiesz się od lektury

Chcę dużo, dużo więcej bo to nie może się tak kończyć.❤️❤️❤️
00



Copyright © for the text by Monika Pawelec-Wijas

Copyright © for this edition by Wydawnictwo NieZwykłe, Oświęcim 2026

All rights reserved • Wszystkie prawa zastrzeżone

Redakcja: Alicja Chybińska

Korekta: Karina Przybylik, Dominika Kalisz-Sosnowska, Aleksandra Płotka

Skład wersji elektronicznej: Michał Latusek | konwersja.net

Oprawa graficzna książki: Weronika Szulecka

ISBN 978-83-8470-067-9 • Wydawnictwo NieZwykłe • Oświęcim 2026

Grupa Wydawnicza Dariusz Marszałek

www.wydawnictwoniezwykle.pl

[email protected]

Wydawnictwo NieZwykłe

wydawnictwoniezwykle

Wyd_NieZwykle

wydawnictwoniezwykle

Prolog

Zobaczyłem ją. Zobaczyłem pierwszy raz od niespełna pięciu lat i uderzyło to we mnie jak grom z jasnego nieba.

Emma się zmieniła. Dorosła. Spoważniała, ale nadal jest tak samo piękna. Nadal ma w sobie to coś, co sprawia, że serce bije mi szybciej na jej widok.

Minęło tyle czasu i można by pomyśleć, że każdy normalny człowiek już dawno by zapomniał. Zrobiłby wreszcie krok naprzód, ale nie ja. Ja widzę ją tak, jakby po tamtej nocy wstał kolejny dzień. Jakby nigdy mnie nie zostawiła.

Stoję pod drzewem i z oddali podglądam dyskretnie, jak zajmuje się Kimberly i robi ostatnie poprawki przed ruszeniem w stronę ołtarza. Byłem przygotowany na spotkanie Emmy w tym miejscu, bo Sebastian mnie uprzedził, a mimo tego w głębi czuję się rozemocjonowany i wściekły.

Przez te wszystkie lata próbowałem zrozumieć jej desperacki krok. Nie było dnia, żebym nie analizował słów zapisanych w liście. Każdego dnia dręczyły mnie myśli, że chciałbym ją jeszcze kiedyś spotkać… A potem, gdy się dowiedziałem, że to się wydarzy, zacząłem czuć złość i nienawiść. W zasadzie doświadczam tych emocji naprzemiennie. Jednego dnia potrafię umierać z tęsknoty, a drugiego przeklinam ją w myślach, ciesząc się, że mogę żyć własnym ulubionym zapracowanym życiem.

I choć w ciągu ostatnich pięciu lat tak wiele się wydarzyło, choć jestem dziś zupełnie innym człowiekiem zbliżającym się powoli do czterdziestki, to nie potrafię oprzeć się wrażeniu, że nadal przebywam w tym samym punkcie, co kiedyś. Nadal ją kocham jak wariat. I dodatkowo nienawidzę bardziej niż kogokolwiek innego.

– Co tutaj robisz, tato? – Amelia przywiera do mnie i wyciąga ręce.

Podnoszę ją, choć tego nie lubię. Powinna chodzić na własnych nogach.

– Obserwuję ludzi – odpowiadam krótko.

– A po co?

Czasami moja córka tym ciągłym paplaniem przypomina mi Emmę. Ona też w kółko pytała: po co i dlaczego, więc traktując to na zasadzie skojarzeń z niewłaściwą osobą, znienawidziłem te pytania i nie cierpię niczego nikomu tłumaczyć. Nawet własnemu dziecku.

– Bo to goście wujka Sebastiana i moim obowiązkiem jest się nimi zająć.

– Dlaczego? – zadaje kolejne pytanie.

– Ponieważ wujek ma dziś mnóstwo innych rzeczy na głowie i poprosił mnie o pomoc – tłumaczę, choć wiem, że dziewczynka zaraz wymyśli kolejną rzecz.

– A co wujek będzie robił?

– Wujek Sebastian i ciocia Kimberly wezmą dziś ślub.

– Ty i mama też mieliście taki ślub? – drąży, a ja czuję się bezradnie pod jej ostrzałem.

Amelia zadaje dziesiątki pytań, a czasami setki. Strzela nimi raz za razem zwłaszcza wtedy, gdy mam pracę, czyli przeważnie zawsze.

– Nie. Ja i twoja mama nie wzięliśmy ślubu.

– A dlaczego?

Brew zaczyna mi drgać z poirytowania. Ile jeszcze tych pytań?

– Bo nie chcieliśmy – kłamię.

Olivia na pewno chciała, ale ja… Nie nadaję się na męża. Kiedyś, jeszcze za czasów Emmy, wydawało mi się, że tylko na to czekam w życiu – na żonę i dzieci. Z perspektywy czasu wiem, że się myliłem. Dziecko mam z przypadku, a brak żony to świadoma decyzja.

– A ciocia Kimberly chciała?

Skąd mam wiedzieć, myślę sobie.

– Wujek Sebastian długo ją namawiał, aż się zgodziła.

– A ty też namawiasz mamę?

O nie daj Boże… Zresztą, czy jestem typem faceta, który musi o coś prosić? Nie. Jeśli czegoś chcę, to to mam. Nie uganiam się za nikim i za niczym. Życie nauczyło mnie, że nie warto. Emma mnie nauczyła.

– Nie. Twoja mama nie chce ślubu – kwituję i odstawiam ją na ziemię.

Amelia nie jest już taka lekka, a poza tym mam nadzieję, że w końcu sobie pójdzie i da mi spokój.

– To ja zapytam mamę, czemu nie chce – odpowiada i biegnie szybko w jej stronę, a ja przez moment myślę, że powinienem ją powstrzymać, jednak po chwili dociera do mnie, że to w żaden sposób nie uratuje sytuacji.

Ona jest mała i niczego nie rozumie. Plecie trzy po trzy, a następnego dnia i tak o wszystkim zapomina.

Gdy znów zostaję sam, wybiegam myślami w przód. Niebawem ja i Emma będziemy musieli stanąć obok siebie jako świadkowie na ślubie naszych najlepszych przyjaciół, jak gdyby nic nigdy się między nami nie wydarzyło… ale wydarzyło się przecież tak wiele i czasu nie cofniemy.

Już za późno, żeby coś ratować.

Za późno by coś zmienić.

Ten dzień minie, a my ponownie wrócimy do życia bez siebie, bo właśnie tak chciał los.

Tak chciały gwiazdy.

Rozdział 1

Emma

Pojawiam się u Kim jak zwykle spóźniona. W ogóle odnoszę wrażenie, że odkąd podjęłam pracę w szpitalu i rozpoczęłam rezydenturę, przestałam nadążać za tempem własnego życia. Nawet w takich dniach jak dziś, kiedy sobie obiecuję, że wszystko pójdzie absolutnie perfekcyjnie, wydarza się coś, co burzy mój plan i wychodzi jak zwykle.

– Przepraszam, jestem najgorszą druhną na świecie – wzdycham, usiłując złapać oddech, bo pędziłam tu jak na złamanie karku.

– Myślałam, że już w ogóle nie przyjdziesz. I popatrz, spóźniłaś się zaledwie trzy godziny. To i tak jakiś postęp – burczy Kim i zakłada ręce na piersi.

Moja przyjaciółka jest zła i wcale się nie dziwię. Miałam pojawić się u niej już w południe. Planowałyśmy się razem czesać i malować. To miał być czas tylko dla nas, a tymczasem nawaliłam i jest mi tak strasznie wstyd.

– Przepraszam – powtarzam, a wyrzuty sumienia nie dają mi spokoju. – Jestem okropna i nic mnie dziś nie usprawiedliwi. Nawet to, że utknęłam na bloku operacyjnym.

– Wyglądasz nieźle, jak na kogoś, kto się spóźnił. – Brzmi groźnie, ale przez jej twarz przemyka lekki uśmiech.

Na jego widok oddycham z ulgą i bez wahania zarzucam przyjaciółce ręce na szyję. Nie chciałabym popsuć jej humoru w najważniejszym dniu życia. Przytulam ją najmocniej, jak tylko potrafię, uważając na włosy i makijaż. Swoją drogą… Kim wygląda przepięknie.

– Nie uwierzysz – wyrzucam nadal w emocjach. – Przywieźli na SOR takiego chłopca i okazało się, że ma niewydolność oddechową. Najpierw musiałam go zaintubować. Sama! I byłam tym przerażona. A potem kazali mi iść na salę operacyjną i utknęłam tam na dobre. Wyszłam najszybciej, jak się dało, a całą resztę zrobiłam w taksówce. Zaraz się poprawię i będę wyglądała przyzwoicie – uspokajam ją, choć wydaje mi się, że z nas dwóch to ja jestem bardziej zdenerwowana.

Nie dosyć, że wszystko dzieje się jak zwykle w biegu, to jeszcze on… Harvey Spencer. Spotkanie z nim spędza mi sen z powiek od dobrych kilku miesięcy. Im bliżej tego ślubu, tym większe napięcie mi towarzyszyło, a dziś to jakaś kulminacja. Czuję, że on czai się w pobliżu. Nie widziałam go, ale moje serce… Serca nie oszukam. Harvey Spencer jest blisko.

– Bardzo się stresuję, więc dobrze, że jesteś. – Kim maskuje zdenerwowanie znacznie lepiej niż ja.

Poza przerażonym spojrzeniem wygląda na opanowaną, za to ja cała dygotam.

– Przecież wiesz, że bym cię nie zostawiła – mówię z uśmiechem i obserwuję cierpką minę przyjaciółki. Wprawia mnie tym w chwilową konsternację.

– Bo Emma nigdy nie zostawia ludzi, których kocha – słyszę za plecami i nawet bez obracania wiem, kto to powiedział.

Pozostaję niewzruszona, choć mam wrażenie, że jestem bliska omdlenia.

– Pięknie wyglądasz, Kimberly – oznajmia Harvey, a ja nadal stoję obrócona do niego plecami.

Nie mam odwagi na niego spojrzeć. Rozlegają się kroki, gdy zbliża się do nas i dosłownie czuję oddech na plecach, dlatego nie wytrzymuję. Uciekam.

– Pójdę się poprawić i zaraz wrócę. – Uśmiecham się nerwowo i wiem, że przyjaciółka rozumie.

Od początku miała obawy co do tej sytuacji. Przez długi czas ona i Seb zastanawiali się, które z nas nie powinno pojawić się na ich weselu – ja czy Harvey. Ostatecznie pokłócili się o to na śmierć i doszli do wniosku, że taka opcja nie wchodzi w grę i skoro i tak musimy przeboleć swoje towarzystwo przez ten jeden dzień, to możemy zostać świadkami. W zasadzie pomyślane dobrze, ale w praktyce dość… ryzykowne z punktu widzenia naszych chłodnych relacji.

Odchodzę w pośpiechu i chowam się w sypialni Kim. Wiem, że nie miałaby nic przeciwko. Poza tym ostatni raz byłam w jej domu, kiedy chodziłyśmy do liceum, i mam wrażenie, że to jedyne pomieszczenie, w którym czas się zatrzymał.

Kiedy staję przed lustrem, aż wydaję jęk rozczarowania. Może wyglądam nieźle jak na kogoś, kto jeszcze godzinę temu asystował przy operacji, ale fatalnie jak na pierwszą druhnę. Jedynie sukienka wybrana przez Kimberly prezentuje się dobrze. A cała reszta… porażka. Przeczesuję włosy palcami i próbuję choć trochę rozprostować baranie loki, lecz te za cholerę nie dają się ujarzmić. Ostatecznie posiłkuję się kosmetykami Kim. Szczęście chciało, że szykowała się w swoim pokoju i wszystko mam pod ręką. Nawet pędzle i puder, i cienie. Dzięki temu udaje mi się bardzo sprawnie poprawić wszystkie niedoskonałości.

Wyglądam naturalnie i w zasadzie tak jak lubię. A poza tym to panna młoda jest dziś najważniejsza, a ona nie mogłaby prezentować się piękniej.

Gdy schodzę na dół, ona już czeka w salonie. Nie sprawia wrażenia zadowolonej, a mi robi się przykro. W zasadzie rozumiem jej stres, bo niecodziennie wychodzi się za mąż, ale… powinna się uśmiechać, w przeciwnym razie na każdym zdjęciu będzie stała ze skwaszoną miną.

– Już jestem. Szybko poszło. – Próbuję rozluźnić atmosferę. – Naprawdę wyglądasz fantastycznie! – Ściskam jej dłonie i mam ochotę zacząć ją obracać, żeby zobaczyć wirującą suknię.

– Trochę się boję – szepcze.

– Już nie musisz. Jestem przy tobie. Gdyby coś się działo albo gdybyś czegoś potrzebowała, będę obok – uspokajam ją. – Poza tym… Mam coś dla ciebie. – Wyciągam z torebki małe pudełeczko i podsuwam w jej stronę. – Załóż na szczęście.

– Co to takiego? – Stoi zaintrygowana i mruga w moją stronę obłędnie długimi rzęsami.

– Coś niebieskiego, pożyczonego i starego. Takie trzy w jednym – odpowiadam z ekscytacją.

Chociaż ten jeden obowiązek druhny wypełniłam prawidłowo. Przyjaciółka otwiera pudełeczko i uśmiecha się szeroko.

– O matko! Przecież to twoja spinka od babci Aydan. – Patrzy na mnie z zaskoczeniem.

– Dziś jest twoja – odpowiadam i cieszę się, że mogę jej pożyczyć coś tak osobistego na ten jeden wieczór.

– Dziękuję. – Przytula mnie, a ja ochoczo odwzajemniam uścisk.

Nam obu dziś się to przyda. Jest dla mnie jak siostra. Była ze mną w każdej trudnej chwili. Nawet wtedy, gdy odeszłam od Harveya. Tylko ona wiedziała, gdzie jestem i nie pisnęła nikomu ani słówka. Ona jedna wysłuchiwała godzinami mojego marudzenia i wspierała, gdy szlochałam do słuchawki. Dziś chciałabym się odwdzięczyć za to, że jest najlepszą przyjaciółką na świecie.

– Mam nadzieję, że będziecie bardzo szczęśliwi. – Z trudem powstrzymuję łzy.

Wszystkie nagromadzone emocje chciałyby ze mnie ulecieć, ale to nienajlepszy moment. Muszę zachować spokój przynajmniej do końca oficjalnej części uroczystości.

– Ty też będziesz… Harvey… – zaczyna, ale ja od razu przerywam.

Te słowa nie mają prawa zostać wypowiedziane na głos.

– Harvey ma córkę… i Olivię. I nie zawracaj mi nim głowy. To wasz dzień i na tym się skupmy.

Kim patrzy na mnie nieprzejednanie, ponieważ nie pozwoliłam jej dokończyć. Ona wie, że nadal coś do niego czuję. Ona wie o tym nawet lepiej niż ja sama. Nauczyłam się wypierać myśl, że jeszcze kiedykolwiek mogłoby mnie coś połączyć ze Spencerem, ale Kimberly nigdy nie wątpiła, że jesteśmy sobie przeznaczeni.

– On o tobie nie zapomniał.

Ja o nim też. Ale to bez znaczenia. Jutro ponownie znikniemy ze swoich żyć na kolejne kilka lat i oby los już nigdy nas ze sobą nie zetknął.

– Nie rozmawiajmy o tym, bo zaraz i ja zacznę się stresować, a uwierz, że tego nie chcesz.

– Więc muszę ci o czymś powiedzieć.

Nienawidzę, kiedy ktoś nie kończy myśli. Nie powinna była w ogóle zaczynać, żeby mnie to teraz nie nurtowało. Za każdym razem, gdy na nią spojrzę, będę myślała o tym później.

– Zobaczymy. – Zbywam ją.

Może lepiej, jeśli się nie dowiem.

Pozbieranie się po Harveyu Spencerze zajęło mi bardzo długo. I tak w zasadzie, kiedy wróciłam do żywych, okazało się, że Kim i Sebastian biorą ślub i temat ponownie wrócił jak bumerang. Czy naprawdę potrzebuję kolejnych kilku lat, żeby mój mózg choć odrobinę odpuścił?

– Twój przyszły mąż już chyba przyjechał, więc pójdę na swoje miejsce. – Teraz to ja posyłam jej spojrzenie pełne przerażenia. Jak mam stanąć naprzeciwko Spencera i zachowywać się tak, jak gdyby nigdy nic? Kompletnie nie wiem. – Pamiętaj, idź powoli, uśmiechaj się i nie denerwuj! – Zostawiam jej ostatnie słowa wsparcia, a potem idę jak na ścięcie.

Sądziłam, że ślub mojej przyjaciółki ucieszy mnie bardziej. Wyobrażałam sobie ten dzień zupełnie inaczej. Niby jest pięknie… Pogoda dopisała. Wystrój, ołtarz… To wszystko wygląda perfekcyjnie, tylko ja kompletnie tego nie czuję. Pragnęłabym po prostu zapaść się pod ziemię.

Kroczę powoli, ale bez większego uśmiechu. Nie potrafię go z siebie wykrzesać. Wybieram dłuższą drogę boczną, zamiast przejść przez środek. W ten sposób wtopię się w grono innych dziewczyn, które już czekają przy ołtarzu. Trochę mi się to udaje, a trochę nie, bo w pewnym momencie nasze spojrzenia, moje i Harveya, i tak się krzyżują. Wstrzymuję oddech i trwam tak przez długą chwilę.

Spencer wygląda idealnie. Mimo upływu lat jest przystojny jak diabli. Zmienił fryzurę i nosi nieco dłuższe włosy niż kiedyś oraz zarost, ale nawet w takiej wersji nie potrafiłabym mu się oprzeć. Podoba mi się tak samo jak pierwszego dnia, gdy zobaczyłam go na tarasie w jego sypialni. Garnitur leży na nim perfekcyjnie. Zresztą, mogłabym godzinami rozpływać się nad tym, jak wspaniale się prezentuje. Tylko po co, skoro w oddali dostrzegam wściekłe spojrzenie Olivii, które w jednej sekundzie stawia mnie do pionu. A moje pożądanie do reszty gasi urocza dziewczynka, która wskakuje kobiecie na ręce. To działa jak wiadro lodowatej wody.

Natychmiast przestaję się wgapiać, chociaż nadal czuję na sobie jego spojrzenie. Zamierzam je ignorować. Odwracam się w stronę gości i zakładam na twarz maskę. Ukrywanie prawdziwych emocji zawsze wychodziło mi perfekcyjnie, choć ostatnio odnoszę wrażenie, że tracę ten dar. Potrafię zachowywać kamienną twarz przez cały wieczór, aby w jednej chwili rozpłakać się jak dziecko.

Kiedy Kim zmierza w stronę ołtarza, wszystkie oczy zwrócone są na nią. Wszystkie poza jednym. Mam wrażenie, że Spencer podjął wyzwanie, żeby doprowadzić mnie do obłędu… Ale jestem silna. To tylko kilka godzin, a potem wszystko wróci do normy.

Cała ceremonia przebiega szybko, a przynajmniej mnie tak mija czas. Błądzę wzrokiem wszędzie, byle nie zahaczyć o Harveya. Nie chcę, żebyśmy wszystko jeszcze bardziej skomplikowali.

Po włożeniu obrączek i pierwszym pocałunku nadszedł czas toastów. Jako pierwszy głos zabiera ojciec Kim i mówi tak ładnie, że nas obie doprowadza do łez i uświadamia mi, że moja przemowa może okazać się strasznie kiepska, mimo że pisałam ją kilka tygodni, ciągle nanosząc poprawki. Później wyrywa się ktoś z gości i całe szczęście rozluźnia atmosferę. Potem mikrofon dostaje Harvey i aż zamieram. Nie wiem, czego się po nim spodziewać. Do mnie potrafił mówić romantycznie i to bardzo… ale czy mu to zostało? Szczerze wątpię.

– Sebastian to mój najlepszy przyjaciel. Znamy się od najmłodszych lat i cieszę się, że poznał kobietę, która go uszczęśliwiła. Mam nadzieję, że wspólnie stworzą piękny dom i wspaniałą rodzinę. Z radością zamierzam to wszystko obserwować i im zazdrościć – mówi to żartem, ale kątem oka zerka w moją stronę i czuję, że do czegoś pije. – Życzę wam, żebyście zawsze kroczyli przez życie razem. Żebyście się kochali, wspierali i pielęgnowali waszą miłość, bo to najpiękniejsze, co was spotkało – kończy i przytula Kim, a potem Seba.

Później oddaje mi mikrofon i robi to celowo, żeby najpierw umyślnie musnąć moją skórę, a potem przeszyć lodowatym wzrokiem. Do tej pory przed tym uciekałam, ale mam tego dosyć. Odpowiadam takim samym spojrzeniem.

I co? Fajnie się czujesz?, myślę sobie.

Kiedy ostatecznie się z nim rozprawiam, zbieram w sobie pozostałą odwagę i odchodzę od stołu. Państwo młodzi patrzą na mnie z zaciekawieniem, ale przecież mnie znają. Zwłaszcza Kim. Wie, że nie potrafiłabym postąpić jak każdy, że ja zawsze muszę mieć coś w zanadrzu. I tak jest również dziś, chociaż przez długi czas się wahałam. Nie byłam pewna, czy dam radę zaśpiewać, wiedząc, że Harvey będzie mnie obserwował, ale… to wesele mojej przyjaciółki. Kiedyś jej to obiecałam, i to kiedyś właśnie nadeszło.

Wchodzę na scenę i przez moment ogarnia mnie panika. Tutaj jest mnóstwo ludzi, a ja trochę odzwyczaiłam się od wystąpień. Na studiach zwyczajnie nie miałam na to czasu, więc nadchodzi wielki powrót Emmy Wilder po latach.

– Życie to potrafi zaskakiwać… – zaczynam żartobliwie i zakładam ręce na biodra. – Tamtego dnia, kiedy spotkaliście się na moich urodzinach, nic nie wskazywało na takie zakończenie. – Kręcę głową z niedowierzaniem i szerokim uśmiechem. – A dziś przepełnia mnie ogromna radość, że moja najlepsza przyjaciółka wyszła za mąż. Że mnie posłuchała, kiedy uparcie prosiłam, żeby dała Sebastianowi drugą szansę. Cieszę się, że doprowadziliście to wszystko do tak pięknego zakończenia, które jednocześnie jest początkiem waszego wspaniałego życia. Wierzę, że wszystko, co najpiękniejsze, jeszcze przed wami. Ale zanim do tego dojdzie… Pozwólcie mi stać się częścią jednego wspomnienia. – Robię głęboki wdech, bo czuję, że się lekko wzruszyłam na myśl, że Kim od dziś będzie przede wszystkim żoną, a dopiero później moją przyjaciółką, a przecież bardzo jej potrzebuję. Dziś może bardziej niż kiedykolwiek. – Kim, przepraszam, ale muszę… – kontynuuję i zwracam się do niej, ale widzę kątem oka, że to Harvey jest najbardziej zainteresowany. – Chcę przypomnieć pewien dzień. To było chyba w drugiej klasie liceum. – Wracam pamięcią do przeszłości. – Miałyśmy mieć egzamin z naszej ulubionej biologii. Pamiętasz? – rzucam to z uśmiechem, bo wiem, że nie cierpiała biologii i widzę, że sama zaczyna chichotać, gdy wypowiadam te słowa. Być może już się domyśla, do czego zmierzam. – I pamiętam, że zarywałyśmy nocki, żeby się przygotować. Ja wszystko wykułam na blachę. Ty porobiłaś ściągi.

Wszyscy wybuchają śmiechem, włącznie ze mną i dzięki temu stres trochę odpuszcza, bo wyszedł mi chociaż jeden żart.

– No można powiedzieć, że przygotowałyśmy się perfekcyjnie. I wtedy… Nie wiem, jak to się stało, że zamiast na sprawdzian, poszłyśmy na wagary, bo stwierdziłaś, że w sumie biologia nam się do niczego w życiu nie przyda. I wspominam to wszystko, ponieważ wydarzyły się wtedy dwie bardzo ważne rzeczy. Po pierwsze mnie okłamałaś. Biologia trochę mi się jednak przydała, a po drugie spędziłyśmy fantastyczny dzień, oglądając w kółko jedyny film, który miałaś na płycie. Leciała w nim pewna piosenka. I przysięgłyśmy sobie, że ta, która pierwsza wyjdzie za mąż, zatańczy do niej ten najważniejszy taniec. I naprawdę nie jesteś w stanie sobie wyobrazić, jak bardzo się cieszę, że padło na ciebie, bo to znaczy, że mogę dla was zaśpiewać.

Kim zakrywa dłońmi usta i wydaje stłumiony pisk, jakby nie wierzyła, że mówię na poważnie.

Przy stołach zapada cisza, pełna napięcia i emocji.

– Tak, tak – kontynuuję. – Obie wiemy, że takich rzeczy się nie zapomina. Obiecałam sobie wtedy, że kiedy ten dzień nadejdzie, dam z siebie wszystko, więc zapraszam was na pierwszy wspólny taniec. – Odsuwam się krok i zasiadam przed pianinem. Patrzę w ich kierunku, aż dadzą znać, że są gotowi. A kiedy skinieniem potwierdzają, zaczynam naciskać klawisze i melodia wylewa się na parkiet. Robię dłuższy wstęp, a dopiero po nim zaczynam śpiewać:

– To zadziwiające, jak potrafisz mówić wprost do mojego serca, bez wypowiadania słów rozjaśniasz mrok. I choćbym nie wiem jak się starał, nie będę umiał nigdy wyjaśnić, co słyszę, gdy nic nie mówisz. Uśmiech na twojej twarzy mówi, że mnie potrzebujesz. Jest prawda w twoich oczach, która mówi, że mnie nigdy nie opuścisz. Dotyk twojej dłoni daje pewność, że złapiesz mnie zawsze, gdy będę upadać. I mówisz to najlepiej, kiedy nie używasz słów1.

Te słowa wychodzą ze mnie, jakbym czekała na ten występ całe życie. I przysięgam, to jeden z nielicznych momentów, kiedy w mojej głowie pojawia się myśl, że nie żałuję, iż ojciec zmuszał mnie do gry i śpiewu. Warto było się poświęcić właśnie dla tej chwili. Dla widoku wzruszonej przyjaciółki, tańczącej swój pierwszy taniec do piosenki z filmu Notting Hill. Filmu, który oglądałyśmy razem z wypiekami na twarzy, marząc o wielkiej miłości, takiej, jaka ją spotkała. I nie zazdroszczę, a rozpiera mnie radość, że mogę pośrednio – poprzez swoje wykonanie – zatańczyć razem z nimi.

Kim sprawia wrażenie szczęśliwej, i to mnie cieszy. Jest fantastyczną osobą: ciepłą, wrażliwą i wierną. Zasługuje na wszystko, co najlepsze. Na początku zaskoczyło mnie, że zaczęła umawiać się z Sebastianem. Ich pierwsze spotkanie na moich urodzinach nie należało do udanych. Kolejne na karaoke odrobinę poprawiło ich relację, ale nie sądziłam, że ostatecznie wszystko zakończy się ślubem. Między nimi jest spora różnica wieku. Trochę mniejsza niż między mną i Harveyem, bo Seb jest młodszy. I szczerze mówiąc, trudno mi ocenić, czy do siebie pasują, ale dziś wyglądają, jakby zostali dla siebie stworzeni.

– Myślałam, że o tym zapomniałaś! – krzyczy Kim, gdy po tańcu biegnie w moją stronę.

– Nie zapomniałam. Przepraszam, jeśli fałszowałam, ale strasznie przeżywam to, co się dzieje. Chyba ostatni raz tak się stresowałam na egzaminie z anatomii – przyznaję się.

Ten ślub… Harvey stojący z Olivią i ich dzieckiem… Te wszystkie wspomnienia, które wracają – te dobre i te złe. Czasami chciałabym po prostu o wszystkim zapomnieć.

Kiedyś mi się wydawało, że w życiu każda rzecz dzieje się po coś. Sądziłam, że nie będę żałowała ani jednej sekundy spędzonej ze Spencerem. Powtarzałam jak mantrę, że to wszystko, co nas spotkało, jest wspaniałe, że warto to przeżywać, jeśli to tylko chwile. A dziś żałuję. Mimo że czułam się cudownie, dziś nie potrafię przestać żyć wspomnieniami. Męczą mnie na jawie i w nocy. Męczą od pięciu lat, zwłaszcza że poza ukończeniem studiów nie posunęłam się ani trochę do przodu. Nie potrafiłam dać sobie szansy na nową miłość. Nie potrafiłam przestać skrycie marzyć, że jeszcze kiedyś możemy być razem. Próbuję o tym w ten sposób nie myśleć, ale z marnym skutkiem.

– Zwariowałaś! Spełniłaś moje marzenie! – Kim jest wniebowzięta, a ja sama odrobinę urosłam z dumy.

Cieszę się, że mogłam sprawić jej przyjemność i chociaż trochę zrehabilitować się za spóźnienie.

– Ty moje trochę też. Uwielbiam tę piosenkę i cieszę się, że mogłam ją zaśpiewać w tak ważnym dniu. A poza tym… wyglądasz tak ślicznie! – Znów się nad nią rozpływam. Nadal nie dociera do mnie, że to wszystko dzieje się naprawdę. – Nie mogę uwierzyć, że zostałaś żoną.

– Tylko się nie rozpłacz. – Chichocze.

Mnie w zasadzie nie jest do śmiechu. Czuję się przerażona, szczerze mówiąc. Ledwo skończyłam studia i zaczęłam staż w szpitalu, a ona wkroczyła w poważne życie.

– Przecież wiesz, że nic się nie zmieniło. Nadal jestem tą samą Kim.

– A jednak trochę się zmieniło. Masz obrączkę na palcu, masz męża. Nie będziesz już miała dla mnie tyle czasu, co kiedyś. – Brzmię, jakbym jej to wypominała, więc od razu dodaję: – Ale bardzo się cieszę, bo wyglądasz na szczęśliwą. I mam nadzieję, że Sebastian… że będzie dobrym mężem. – Jeśli nie, to nie chcę znaleźć się w jego skórze. Już ja mu pokażę.

– Powiem ci coś, tylko dochowaj tajemnicy. – Dziewczyna mnie zaskakuje, a ja już wiem, że wolałabym stąd uciec.

Nie cierpię, wiedzieć czegoś, co mam zachować tylko dla siebie. Żyję wtedy w jakimś dziwnym poczuciu. Czuję się obarczona… Można powiedzieć zobowiązana do milczenia.

– W zasadzie na razie wie o tym tylko Sebastian, ale ty jesteś moją najlepszą przyjaciółką. Jesteś dla mnie jak siostra. – W jej oczach dostrzegam przerażenie, więc zaczynam się stresować.

Co takiego mogło się wydarzyć?

– Mów, bo zaraz zwariuję – pośpieszam ją. – Co się stało?

– Jestem w ciąży – szepcze mi do ucha, a ja zastygam. Domyślam się, że to nie było zaplanowane… ale serio? Jak? To znaczy wiem jak… ale i tak nie rozumiem. Moje myśli są mętne.

– Masz taką minę, że nie wiem, czy ci gratulować, czy… – Urywam w połowie, bo naprawdę nie spodziewałam się takich wieści. – Ten ślub – zaczynam niepewnie.

Wiem, że to niestosowne, zwłaszcza w takim dniu, ale muszę to wyjaśnić dla zasady.

– Nie, spokojnie. Planowaliśmy go. Miał być trochę później, ale zdecydowaliśmy się przyśpieszyć.

To mnie odrobinę uspokaja.

– Sebastian się cieszy, ale ja… Sama nie wiem – wzdycha zmartwiona.

Przytulam ją i próbuję zebrać myśli.

– Wiesz, chciałam skończyć studia. Chciałam podróżować.

Rozumiem ją i jej obawy. Seb miał czas na takie rzeczy, a ona nagle musi dorosnąć do roli matki. Wszystko, co mogłaby robić teraz, musi odłożyć. Ale z drugiej strony… Zostanie mamą. To też jest wspaniałe. Być może wspanialsze od nauki, podróży i całej reszty.

– Wszystko uda ci się pogodzić – pocieszam ją. Nie chcę, żeby się rozpłakała na własnym weselu, zwłaszcza że oczy mocno jej się zaszkliły. Zapłakana panna młoda to nie jest dobry omen. – Macierzyństwo to najpiękniejsza przygoda. Masz wokół tyle wspaniałych ludzi. Na pewno ci pomogą. A poza tym… To dziecko będzie miało najwspanialszą ciotkę na świecie. – Pokazuję na siebie.

– Wiem, ale to dzieje się tak szybko. – Ma rację. Sama jestem zaskoczona. – Nie miałam możliwości się na to przygotować.

Rozumiem ją. Kiedy dowiedziałam się, że jestem w ciąży z Christianem, też byłam w szoku. Ale z każdym dniem oswajałam się z tą myślą i pokochałam istotę rosnącą w moim brzuchu. Do dziś żałuję tego, co wydarzyło się później. Nie potrafię sobie wybaczyć, że nie zrobiłam więcej, by ją uratować.

– Posłuchaj. Dziś jest wasz dzień i nie daj go sobie zepsuć, a w poniedziałek pomogę ci ogarnąć jakiegoś lekarza, okej? – Wiem, że to za mało, żeby było dobrze, ale co więcej mogę?

– Okej – potwierdza. – Dziękuję, że tu jesteś. Wiem, że dla ciebie to też niełatwa sytuacja.

Domyślam się, w jakim kierunku zmierza i już mi się to nie podoba.

– Jestem tu dla ciebie… Dla was – poprawiam się. Oni już nie istnieją jako osobny twór. Ciągle o tym zapominam. – Cała reszta nie ma znaczenia.

– Wiem. Tłumaczyłaś mi, ale chciałabym ci powiedzieć… – Natychmiast powstrzymuję ją w pół zdania.

Nie chcę nic wiedzieć. Nie chcę, żeby w mojej głowie zrodziły się jakieś domysły albo nadzieja. To nie jest dla mnie dobre. Karmiłam się tym dobre pięć lat. Wystarczy.

– Cokolwiek mi teraz powiesz, to niczego nie zmieni. Jesteśmy tu i teraz. Przeszłość nie ma dla mnie znaczenia, dlatego… Jeśli chcesz mi powiedzieć coś o Harveyu… Nie rób tego. Jutro nasze drogi znów się rozejdą i będzie jak dawniej.

Przynajmniej tak się oszukuję.

Rozdział 2

Harvey

Kiedy ją zobaczyłem, poczułem, jakby ktoś uderzył mnie z całej siły w twarz. Jak ona śmiała? Jak śmiała się tutaj pojawić? I niby wiedziałem… Niby się na to przygotowywałem, a jednak gdy stanęła przede mną, odebrało mi mowę. Nie potrafiłem już patrzeć na nikogo innego. Tylko na nią.

Emma wyglądała jak anioł w błękitnej sukni i delikatnym makijażu. Inaczej ją sobie wyobrażałem. Sądziłem, że wydorośleje… ale wcale tak się nie stało. Może sprawia wrażenie bardziej dojrzałej, wygląda mniej jak nastolatka, ale niezmiennie oczarowuje niesamowitą urodą i roztacza wokół siebie tę cholerną aurę, czym sprawia, że wszyscy są nią zauroczeni i lgną do niej. A ona nadal pozostaje sobą. Radosną, roześmianą i gadatliwą. Zabawia towarzystwo jak najlepsza świadkowa, więc wypadam przy niej słabo jako świadek.

Przez całe przyjęcie szukałem z nią kontaktu wzrokowego, czegokolwiek, byle spojrzała mi prosto w oczy i wyraziła skruchę, ale nie… Ona skutecznie mnie unikała, wzbudzając moją narastającą wściekłość. Ponad pięć lat temu uciekła bez słowa, a dziś się pojawiła i nie raczy wytłumaczyć, choć nadzieja na spotkanie i rozmowę trzymała mnie przy życiu. I Bóg mi świadkiem, że niejednokrotnie w głowie pojawiały mi się takie myśli, że dziś jest mi wstyd.

A przecież czekałem tylko na nią. Przez te wszystkie lata wyobrażałem sobie moment, kiedy znowu staniemy naprzeciwko siebie i wreszcie usłyszę prawdę.

Kiedy się dowiedziałem, że pojawi się na ślubie, wmówiłem sobie, że to nastąpi właśnie dziś. Że wszystko się wreszcie wyjaśni. Ale ona najwyraźniej nie marzyła o tej chwili tak bardzo jak ja. Wybrała starą, sprawdzoną strategię. Ucieczkę.

Postanowiłem, że dzisiaj niczego jej nie ułatwię.

Wyrastam na jej drodze przy pierwszej dogodnej okazji.

– Uciekasz przede mną? – rzucam do niej ze złością i blokuję przejście swoim ciałem.

– Czy zrobiłam ci coś, przez co powinnam uciekać? – odpowiada łagodnie.

– Nic, tylko zniszczyłaś mi życie.

– Żartujesz? – Przewraca oczami.

Serio, udaje głupią?

– A widzisz, żebym się śmiał? – odgryzam się. – Nagle zabrakło ci odwagi, by spojrzeć mi w oczy i wyjaśnić, dlaczego mnie wtedy zostawiłaś?

Emma zastyga. Wzrok utkwiła gdzieś ponad moim ramieniem, próbując w ten sposób po raz kolejny uniknąć odpowiedzi.

– Nie chciałam cię skrzywdzić. – Wypowiada te słowa cicho i brzmi, jakby sama nie wierzyła w to, co mówi.

– Nie udało ci się. Zniszczyłaś mnie. Moje życie skończyło się wraz z twoim odejściem – wyrzucam z pogardą.

Wspaniałomyślna i dobroduszna Emma okazała się katem. Zabiła mnie, zanim odważyłem się żyć.

– Nasze drogi musiały się rozejść, żebyś mógł być z Olivią i waszym dzieckiem. Musiałam wtedy wybrać i wybrałam – rzuca. Nadal unika spojrzenia w moją twarz.

– Wybrałaś? – Ogarnia mnie wściekłość, że mówi to tak beztrosko. Ale czego mógłbym się po niej spodziewać? Dojrzałej rozmowy?

– Wybrałam. Wybrałam ciebie, dlatego odeszłam.

Wgapiam się w nią w milczeniu.

– Kiedy powiedziałeś: „Dla swoich dzieci byłbym w stanie zrobić wszystko”, zrozumiałam, że to dłużej nie ma sensu, więc podarowałam ci coś, o czym marzyłeś. Możliwość stworzenia kochającej rodziny. Dałam twojej córce życie z ojcem, bo wiem, jaką katastrofą dla dziecka jest samotność.

Te słowa tną mnie niczym sztylet. Mimo że ułożyłem w głowie scenariusz tej rozmowy, to nie przewidziałem, że odwoła się do naszej listy marzeń i że tak dobrze zapamiętała moje słowa.

– Największą katastrofą dla mojej córki jest to, że żyje z ojcem całkowicie pozbawionym jakichkolwiek uczuć. Bez ciebie stałem się potworem. Pokazałaś mi, że mogę kochać, a potem to zabrałaś… i nienawidzę cię za to. Nienawidzę, ponieważ przez ciebie nie potrafię patrzeć na własne dziecko z miłością. Nienawidzę, ponieważ od pięciu lat nie przytuliłem jej tak, jak powinien to zrobić kochający ojciec. Po prostu cię nienawidzę, Emmo Wilder, i już do końca życia będę darzył cię tym uczuciem – cedzę.

– Przyjmuję i odwzajemniam, Harveyu Spencerze. A teraz wróćmy na ostatni toast z parą młodą, a potem ponownie zniknijmy ze swojego życia.

Widzę, że jej usta drżą. Wiem, że nie spodziewała się tak ostrych słów, ale powiedziałem, co czułem. To rosło we mnie przez te wszystkie lata i chciało wyjść na światło dzienne. Wreszcie je ujrzało, choć nie jestem z tego dumny.

Emma oddala się z niewzruszoną miną. Ignoruję to. Ona mnie kompletnie nie obchodzi. Owszem, czekałem na dzień naszego spotkania, ale z całkiem innych powodów. Już nie pragnę jej miłości. Chcę zemsty. Chcę, by cierpiała, tak jak ja gdy odeszła. Żeby te słowa towarzyszyły jej, tak jak do tej pory mnie towarzyszyła kartka z napisem „Nie zostawiam Cię. Po prostu znikam jak jedna ze spadających gwiazd”.Jakby takie poetyckie ujęcie miało być mniej bolesne… Nie było. Już po stokroć wolałbym usłyszeć: odchodzę, bo już cię nie kocham.

A ona nadal ciągnie tę samą narrację, że zrobiła to wszystko dla mnie. I w ten sposób chce się wybielić, robiąc z siebie ofiarę.

Biedna Emma odeszła, żeby ratować dziecko, wyjechała na drugi koniec świata i tam prowadziła sobie lekkie życie studenckie. I tak, śledziłem jej konto w mediach społecznościowych. I tak, niejednokrotnie słyszałem jej rozmowy z Kim na FaceTimie. Więc dla mnie biedna Emma zwyczajnie wystraszyła się dorosłego życia i uciekła bez słowa, bo tak było łatwiej, niż szczerze porozmawiać, tylko nie przewidziała, że zamiast ocalić moją córkę, zabierze jej ojca. Fizycznie pozostawałem obecny, ale emocjonalnie i uczuciowo stałem daleko z boku. Nie cieszyłem się jej narodzinami od pierwszego dnia, tak jak powinienem, i do dziś nie potrafię przestać myśleć, jakby to wyglądało, gdyby Emma wtedy nas nie zostawiła. Próbuję odnaleźć się w roli ojca, ale nie ma we mnie nawet krzty czułości. To skończyło się z odejściem Emmy. Ona mi to pokazała i ona zabrała, a ja, choć wielokrotnie próbowałem to w sobie odnaleźć, po dziś dzień nie odnalazłem.

Wróciłem do dawnego życia, przesiadywałem całe dnie w pracy i zagrzebywałem się w czynnościach, które jako jedyne uwalniały mnie od natłoku myśli. Zdobyłem upragnione nagrody, zrewolucjonizowałem świat swoimi budowlami, mam dziecko, dom… nawet ten cholerny tatuaż zrobiłem. Można powiedzieć, że listę marzeń odhaczyłem z nawiązką i wydawało mi się, że będę pękał z dumy, albo że zechcę więcej… że zapragnę marzyć bardziej. Myliłem się. Dziś nie marzę o niczym. Tak jak dawniej, stawiam na swojej drodze punkty do zrealizowania, bo tylko to ma sens.

Minęły lata, a u mnie nadal bez zmian. Jestem sobą i Emma również. Gdy obserwuję ją z oddali, znów widzę, jak fantastycznie odnajduje się wśród ludzi, zakładając na twarz niewidzialną maskę. Niby słucha, ale wydaje się nieobecna. Niby tańczy, ale nie tak jak kiedyś. Niby jest, ale tak jakby za chwilę miało jej już nie być. To takie znajome. W dniu odejścia zachowywała się dokładnie tak samo. Pierwszorzędnie odgrywała rolę zakochanej, miała nawet obłęd w oczach, choć jedną nogą stała już za drzwiami. Zdradzały ją jedynie źle dobrane słowa i nerwowe zakładanie włosów za ucho, identyczne jak dziś. Nawet z daleka widzę, że szykuje się, by ponownie zniknąć. Ona nie żartowała, choć przez moment się łudziłem. Ale teraz już wiem na pewno. Naprawdę zamierza odejść bez walki. A ja sam… Sam nie mam pewności, czy powinienem pozwolić jej zniknąć.

– Amelia jest już śpiąca – informuje Olivia, przyłapując mnie na wgapianiu się w moją niedoszłą narzeczoną.

– Zabierz ją do domu – odpowiadam beznamiętnie.

Czego niby oczekuje? Że wyjdę w połowie przyjęcia i zostawię najlepszego przyjaciela? Przecież nie wypada mi opuścić wesela jako pierwszy.

– Jasne. Nie zamierzamy psuć ci zabawy – rzuca ze złością.

Wiem, że nie chodzi o to, że tu zostaję, tylko o Emmę. Olivia nadal nie rozumie, że swoją zazdrością nic nie wskóra. Nasza historia już dawno się skończyła, a dziś z rozsądku łączy nas dziecko. To wszystko. Nic więcej nie uda nam się wykrzesać z tej relacji.

– Sama widzisz, jak wspaniale się tu bawię – odpowiadam z sarkazmem.

– Racja… widzę, że aż za dobrze się tutaj bawisz… – powtarza moje słowa i zerka w stronę Emmy, tam, gdzie i ja ciągle uciekam wzrokiem.

Robię to odruchowo i nawet nie zauważam, kiedy Olivia odchodzi.

Wpatrywanie się w pannę Wilder to odruch, nad którym nie mam żadnej kontroli. Coś, co dzieje się samo, zanim zdążę pomyśleć.

Nienawidzę jej.

A mimo to próbuję zapamiętać każdy szczegół – sposób, w jaki stoi, jak odgarnia włosy za ucho, jak jej oczy błyszczą, kiedy się śmieje. Chcę zatrzymać w pamięci obraz tej Emmy, żeby mieć do czego wracać, gdy znowu zniknie.

Bo czuję, że to się stanie. I nie chcę stracić tego widoku, gdy zamknę oczy. Bo kiedy pewnego dnia nie będę już potrafił jej sobie przypomnieć… coś się we mnie ostatecznie skończy.

Brzmi to obsesyjnie? Być może. Dokładnie tak żyje człowiek, który naprawdę się zakocha. Raz w życiu zgodziłem się wyjść poza postawione przez siebie granice. Ten jeden raz pozwoliłem wziąć emocjom górę nad rozsądkiem i skończyłem jak żebrak spoglądający przez szybę na maślany rogalik z konfiturą. Organizm domaga się więcej, a umysł wie, że to niemożliwe.

Kiedy wychylam kolejną szklankę szkockiej, zaczynam się zastanawiać, jakim rogalikiem mogłaby być Emma? Maślany z konfiturą brzmi zbyt banalnie. Ona byłaby czymś bardziej wyszukanym. Smakiem, którego doświadczyłem ten jeden raz i który wspominam aż do dziś. Z nutą ambrozji albo szafranu?

Whisky oczywiście jest okropna, ale po całym dniu koi zszargane nerwy. I pozwala zapomnieć o jutrze. Kiedy się upiję, to jakbym pstryknął palcami i wyłączył obraz. Rano obudzę się sam z potężnym kacem.

Przerabiałem to niejednokrotnie. Doświadczałem… Nic przyjemnego, ale na chwilę pomagało. A późniejsza praca działała przyjemnie kojąco na ból głowy. Umysł, choć zmęczony i obolały, jest wydajny jak nigdy i pomysły przychodzą jak szalone. Można powiedzieć, że alkohol naprawdę ratuje życie. Niszczy rodziny, ale życie… życie ratuje, bo przynosi zapomnienie. Dlatego nauczyłem się żyć i pić. Potem znowu żyć, a potem znowu wypić, zapomnieć i żyć. Przez pięć lat się kręciło. Dziś też nawet znośnie. A Emma lekko niewyraźna jest niezmiennie piękna…

– Na dziś masz już dość, stary. – Obok zjawia się Sebastian i bez pytania wyrywa pustą szklankę z mojej dłoni. – Chodź. Prześpisz się chwilę i wytrzeźwiejesz.

Kręcę głową.

– Nie.

– Harvey… – napomina mnie stanowczo.

– Chcę na nią patrzeć, zanim zniknie. – Mój własny głos brzmi niewyraźnie, ale mam to gdzieś. Wzrokiem i tak odruchowo wracam do Emmy stojącej w oddali. – Nie mogę jej teraz zostawić.

Sebastian wzdycha cierpliwie, bo przywykł do ratowania mnie z podobnych stanów przez ostatnie lata.

– Jutro z nią pogadasz. Teraz ledwo trzymasz się na nogach.

Śmieję się gorzko pod nosem i przeczesuję włosy palcami, próbując pozbyć się chaosu z głowy. Bez skutku. Nadal mam ją przed oczami.

– Ty nie rozumiesz… – mruczę bardziej do siebie niż do niego. – Jeśli Emma się dowie, że ją okłamałem… już nigdy nie będzie chciała mnie znać. Uzna mnie za zwykłego oszusta i kłamcę.

Przyjaciel marszczy brwi i patrzy na moją twarz z wyraźnym zmęczeniem.

– Z czym ją znowu okłamałeś?

Parskam krótkim, pustym śmiechem i opieram się mocniej o blat baru.

– Że mój ojciec jest jej ojcem.

Zapada krótka cisza. Sebastian przez moment po prostu mi się przygląda, jakby próbował ocenić, czy właśnie usłyszał największą bzdurę życia, czy jednak coś znacznie gorszego.

– Nie pierdol – rzuca w końcu i od razu próbuje wziąć mnie pod ramię.

Ale wtedy obok nas rozlega się spięty głos Kim.

Dopiero teraz zauważam ją stojącą kilka kroków dalej. Patrzy w moim kierunku wytrzeszczonymi oczami.

– Harvey – odzywa się wolniej. – Co ty właśnie powiedziałeś?

Patrzę na nią kompletnie otępiały.

– O. Cześć, Kim. – Macham lekko ręką. – Koleżanko Emmy.

Sebastian zamyka oczy z irytacją i kręci głową.

– Przepraszam. – Śmieję się cicho pod nosem. – Chyba trochę się upiłem.

– Trochę? – prycha Seb.

Ignoruję go całkowicie i znowu odwracam głowę w stronę Emmy.

– To wszystko przez nią – bełkoczę. – Nie mogę wytrzymać, kiedy jest tak blisko, a nie mogę jej nawet dotknąć.

Kim marszczy brwi jeszcze mocniej. Nigdy mnie specjalnie nie lubiła. Uważała, że nie walczyłem o jej przyjaciółkę tak, jak powinienem. Że pozwoliłem jej odejść i cierpieć. Trochę ma rację. Nie pojechałem za nią, choć nic nie stało na przeszkodzie.

– Harvey, dlaczego powiedziałeś, że twój ojciec jest jej ojcem?

Sebastian nawet nie odwraca się w jej stronę.

– Kim, nie widzisz, że się upił? – odpowiada spokojnie, choć w jego głosie pojawia się coraz większa irytacja. – Bredzi. Nie próbuj go teraz wciągać w żadne durne rozmowy, bo będziemy tu stali do rana.

– Wcale nie bredzę – rzucam od razu i próbuję wyrwać rękę z jego uścisku.

Świat lekko wiruje, ale nadal wiem, co mówię. Przynajmniej tak mi się wydaje.

– Emma mnie znienawidzi… – mruczę bardziej do siebie. – Jak się dowie, że Richard… że on…

– Dobra. Koniec. – Sebastian zaciska mocniej palce na moim ramieniu, ale Kim nadal patrzy na mnie z rosnącym niepokojem.

– Harvey, dlaczego powiedziałeś, że Richard to ojciec Emmy?

Przez chwilę próbuję skupić wzrok na jej twarzy, ale to cholernie trudne. Obraz rozmywa mi się przed oczami i widzę już właściwie tylko niewyraźne plamy światła.

– Bo chyba jest – oświadczam. – Chciał, żebym się z nią ożenił… żeby mógł być jej ojcem.

Sebastian natychmiast przeklina pod nosem.

– Widzisz? Sam nie wie, co gada.

Kim wcale to nie uspokaja.

– To prawda? – pyta cicho, patrząc już bardziej na mojego kumpla niż na mnie.

– Bredzi – powtarza. Ton mężczyzny robi się chłodniejszy. – Naprawdę nie zamierzam analizować wynurzeń pijanego faceta w dniu własnego ślubu.

– Ale on…

– Kim. – Tym razem jego głos staje się twardszy. – Serio myślisz, że teraz jest najlepszy moment na takie rozmowy?

Patrzę znowu w stronę Emmy i czuję dziwny ucisk w klatce piersiowej.

– Ona jest taka piękna… – mamroczę pod nosem. – A ja wszystko spierdoliłem.

Seb zamyka oczy z wyraźną frustracją.

– Okej. Koniec imprezy.

Łapie mnie mocniej za ramię i praktycznie zmusza, bym ruszył za nim.

– Muszę go stąd zabrać, zanim odstawi jakąś szopkę – rzuca jeszcze do Kim, prowadząc mnie w stronę wyjścia.

Rozdział 3

Emma

Opuszczam przyjęcie nad ranem, a ucisk w mojej piersi staje się niemal nie do zniesienia. Każdy krok w stronę wyjścia boli tak, jakby ktoś powoli rozdzierał coś w moim wnętrzu. Nie wierzę, że znowu się z nim rozstaję.

Nie rozumiem, jak los może być wobec mnie aż tak okrutny. Jak to możliwe, że po tylu latach wszystko wciąż boli dokładnie tak samo, a może nawet bardziej?

Bo teraz już wiem, czego się spodziewać.

Pierwsze odejście przypominało skok w ciemność. Nie wiedziałam, co mnie czeka, więc mogłam sobie wmawiać, że jakoś przetrwam.

Ale teraz…

Teraz wiem.

Wiem, jak wygląda życie bez niego. Wiem, jak bardzo zaboli każde kolejne wspomnienie, każda chwila ciszy i każda samotna noc.

I właśnie dlatego drugie odejście jest znacznie gorsze.

***

Patrząc z perspektywy kilku dni, które minęły od wesela, żałuję, że się na nim pojawiłam. Zachowałam się fair wobec przyjaciółki, ale ponownie zatraciłam w tym wszystkim siebie. Żyję jak człowiek cień… Spędzam w pracy więcej czasu, niż mi każą, a potem wracam do mieszkania i śpię tak długo, jak tylko mogę. A gdy się budzę, od razu się szykuję i wychodzę do szpitala. Dokładnie tak ostatnio wyglądają moje dni. Jeden niczym nie różni się od drugiego. Działam w biegu, byle nie mieć czasu na nostalgię. Wiem, że jeśli się rozsypię, to Kim ponownie będzie musiała mnie zbierać i stawiać do pionu. Nie chcę jej fundować powtórki z rozrywki, zwłaszcza teraz, gdy jest w ciąży.

– Co dziś mamy? – Wchodzę na oddział i od razu wpadam w wir pracy, a tak naprawdę w ten sposób próbuję ukryć rozrywający mnie smutek.

Jak Harvey, człowiek, którego kochałam, mógł powiedzieć, że mnie nienawidzi? Po tym, jak odeszłam, żeby dać jego córce to, czego sama nigdy nie miałam – możliwość dorastania w pełnej rodzinie. Z matką i ojcem.

Jak może mieć o to jakiekolwiek pretensje?

Jak może patrzeć w moim kierunku z pogardą, jakbym ponosiła winę za to wszystko, co poszło w jego życiu nie tak? Przecież odeszłam właśnie dlatego, że go kochałam. Wiedziałam, jak bardzo zależy mu na rodzinie, i nie chciałam mu tego odbierać.

– Dwa planowane zabiegi, ale przy żadnym nie asystujesz. Przyjęli kilku nowych pacjentów na oddział. Doktor Whitman na pewno potrzebuje kogoś do pomocy.

– Jasne. Chętnie pomogę.

Idę do pokoju lekarskiego i odbieram dyspozycje od lekarza. Później przechodzę z sali do sali i badam pacjentom ciśnienie, a kiedy trzeba, zlecam dodatkowe badania. Gdy wychodzę z ostatniej sali, do moich uszu dociera znajomy głos. Natychmiast rozglądam się nerwowo po korytarzu.

Zastygam na moment, gdy dostrzegam mężczyznę. Próbuję się wycofać niezauważona.

Cicho.

Jakby mnie tu nigdy nie było.

Jeden krok.

Drugi.

I prawie mi się udaje, aż nagle na cały korytarz wybrzmiewa głos pielęgniarki:

– Emma! Idź pod dwójkę, przyjęli pacjentkę!

Richard Spencer odwraca się w moją stronę, a zaraz za nim jego żona.

Staję, jakby ktoś mi przyspawał nogi do podłogi. W głowie mam tylko jedną myśl: uciekaj. Ale jest już za późno.

– Emma… Dziecko… – szepcze mężczyzna z niedowierzaniem.

Zbliża się szybko i zanim zdążę zareagować, obejmuje mnie ramionami. Sztywnieję, ale się nie odsuwam.

– Spadłaś nam jak z nieba – dodaje natychmiast. – Właśnie przewieźli tu moją matkę – tłumaczy. – Próbujemy się czegoś dowiedzieć, ale nikt nie chce udzielić nam żadnych informacji. Ciągle odsyłają nas od jednych drzwi do drugich.

Słyszę jego słowa jak przez mgłę.

Jakim zrządzeniem cholernego losu się to dzieje? Dlaczego ta rodzina prześladuje mnie na każdym kroku? Nawet kiedy nie chcę mieć z nimi nic wspólnego, oni i tak stają na mojej drodze.

– Postaram się pomóc – obiecuję wbrew sobie. – Usiądźcie, a ja pójdę się dowiedzieć, co z Gabriellą.

Mój Boże… Jest tyle szpitali, a oni przyjechali akurat tutaj, marudzę w myślach.

Idę do sali zabiegowej i od razu ją dostrzegam – babcię Gabriellę. Została podłączona pod respirator, a z karty wynika, że przeszła rozległy zawał. Troponiny, leukocyty, CRP podwyższone, USG o obniżonej frakcji wyrzutowej, zaburzona kurczliwość w dolnej ścianie, skrzepliny, gazometria…

Cholera.

Jest źle, a nawet bardzo źle.

Sama nie wiem, jak mam wyjść i przekazać jej bliskim coś takiego. To chyba najbardziej znienawidzony obowiązek w tym zawodzie, do którego nadal nie umiem się przyzwyczaić. Nie potrafię się pogodzić z tym, że nie każdego można uratować. Mam za sobą zgon jednego pacjenta i od dwóch miesięcy próbuję to przepracować z psychologiem, ale z marnym skutkiem.

Przysiadam na chwilę koło kobiety i przyglądam się jej uważnie. Nie wygląda tak, jak ją zapamiętałam. Po niej chyba najbardziej dostrzegam upływ czasu. Jej twarz pokryły głębokie zmarszczki, włosy się przerzedziły i posiwiały, a ciało ma wychudzone. Bardzo przykro mi na nią patrzeć w takim stanie, bo kiedyś naprawdę ją lubiłam.

Chwytam jej dłoń, ale jest zimna, tak jakby krążenie krwi słabło z każdą sekundą. Parametry na monitorze zmieniają się w zastraszającym tempie i to zaczyna mnie niepokoić. Naciskam guzik na pilocie i wzywam pomoc. Jestem młodym lekarzem i nie czuję się na siłach, żeby samej decydować, czy coś jest właściwe, czy nie. Po chwili przychodzi pielęgniarka, a ja proszę o zawołanie doktora Whitmana na konsultację. Na moje nieszczęście operuje jeszcze na bloku i przychodzi ktoś w zastępstwie.

– Co jest, stażystka? – rzuca Adam Langston, nasz internista.

Szczerze mówiąc, nie cierpię, kiedy mnie tak nazywa i nie traktuje poważnie. Tak samo jak on pracuję tu jako lekarz, tylko z mniejszym doświadczeniem… To nie powód do ciągłych drwin i aluzji.

– To mama mojego znajomego. Jej parametry są strasznie niestabilne i to od razu zwróciło moją uwagę.

– Wiesz, że nie powinnaś leczyć znajomych? – pyta od razu, a ja zaciskam nerwowo zęby.

Znam zasady i nie po to go zawołałam, żeby je recytował.

– Przyszłam tylko dotrzymać jej towarzystwa – odpowiadam chłodno. – Rodzina czeka na korytarzu.

– Rozumiem. Zaraz zobaczymy, co się dzieje. – Langston podchodzi do łóżka i przystawia stetoskop do klatki piersiowej.

Jego mina nie zwiastuje niczego dobrego.

Nagle monitor zaczyna piszczeć. Dźwięk wypełnia całą salę i na pewno dociera aż na korytarz. Parametry lecą w dół tak szybko, że przez sekundę po prostu stoję nieruchomo i patrzę na ekran.

Nie… Nie… Tylko nie to, myślę sobie.

Przez dosłownie chwilę mam absurdalną ochotę uciec stąd i zostawić to komuś innemu. Jestem już praktycznie przy drzwiach, kiedy słyszę głośne wołanie Langstona o pomoc. Nogi mam jak z waty, ale automatycznie wykonuję polecenia.

– Szybko. Defibrylator!

Dopiero wtedy zaczynam działać. Podbiegam do łóżka. Ładujemy urządzenie.

Wyładowanie.

Ciało kobiety podskakuje na łóżku.

Nic.

– Adrenalina. Jeden miligram dożylnie – rozkazuje szybko.

Podajemy lek.

Kolejna defibrylacja.

Potem amiodaron.

Monitor nadal wyje jednostajnym, przerażającym dźwiękiem. Nic się nie poprawia.

Dosłownie ze łzami w oczach uciskam klatkę piersiową kobiety i spoglądam w stronę drzwi, bo wiem, kto za nimi stoi, i nie wyobrażam sobie, jak mam stąd wyjść i powiedzieć, że ona umarła na moich rękach. Czuję się potwornie… jakbym to ja ją zabiła.

1When You Say Nothing At All, Ronan Keating, tłumaczenie autorskie (przyp. red.).