Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Nienawidzę go.
Naprawdę. Go. Nienawidzę. Dominic Crawford najwyraźniej postanowił uczynić z mojego życia piekło. Jak do tego doszło? Już wyjaśniam.
Dominic jest miliarderem, który od lat doprowadza mnie do szału. Zarozumiały, irytująco pewny siebie i zawsze stawiający na swoim. A ja jestem jedyną osobą, która nigdy nie miała problemu, by powiedzieć, co naprawdę o nim myśli.
Od przedszkola byliśmy wrogami. To znaczy, tak brzmi oficjalna wersja. Nieoficjalnie przez lata było między nami znacznie więcej emocji niż tylko wzajemna niechęć.
Teraz Dominic zmusza mnie do zawarcia układu, którego nie mogę odrzucić.
Mam się bawić w jego służącą? Dobra, szkoda tylko, że im więcej czasu spędzamy razem, tym trudniej odróżnić nienawiść od czegoś znacznie niebezpieczniejszego.
Bo granica między wrogiem a kimś, kto potrafi złamać ci serce, bywa zaskakująco cienka.
W książce znajdziecie:
- enemies to lovers
- childhood nemesis
- forced proximity
- boss x employee
- spicy games
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tytuł oryginału: Hate Me Like You Mean It
Redaktorka inicjująca: Agnieszka Mazurkiewicz
Tłumaczenie: Danuta Fryzowska
Redakcja: Olga Gorczyca-Popławska
Korekta: Sandra Popławska, Kornelia Dąbrowska
Konsultacja językowa: Paulina Sobolak
Projekt okładki: Chloe Quinn Astound US Inc
Przygotowanie polskiej wersji okładki: Maciej Trzebiecki
Opracowanie graficzne i skład: Elżbieta Wastkowska
Redaktor prowadzący: Marcin Kicki
Producent: Agora Książka i Muzyka sp. z o.o.
ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa
www.wydawnictwoagora.pl
Copyright © by 20TK 2641198 Alberta Ltd., 2025. All rights reserved
Copyright for the Polish translation © by Danuta Fryzowska, 2026
Copyright for this edition © by Agora Książka i Muzyka sp. z o.o., 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone
Ten e-book jest zgodny z wymogami Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA)
Niniejsza publikacja jest chroniona prawem autorskim. Publikacja może być zwielokrotniona i wykorzystywana wyłączenie w zakresie dozwolonym przez prawo lub umowę zawartą z Wydawcą. Zwielokrotnianie i wykorzystywanie treści publikacji w jakiejkolwiek formie do eksploracji tekstów i danych (text and data mining) lub do trenowania modeli sztucznej inteligencji, bez uprzedniej, wyraźnej zgody Wydawcy jest zabronione.
Warszawa 2026
ISBN: 978-83-8380-476-7
Wydanie pierwsze
Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.
Szanujmy cudzą własność i prawo!
Polska Izba Książki
Konwersja publikacji do wersji elektronicznej
Niniejsza książka zawiera wulgarny język, wzmianki o piciu alkoholu, nadużywaniu narkotyków, wątki erotyczne oraz sceny z udziałem postaci cierpiącej na chorobę Alzheimera i utratę pamięci.
Osiem lat wcześniej
– ALICE!
Po plecach przeszły mi ciarki i ścisnęło mnie w dołku. Zamknęłam szafkę z wymuszoną pewnością siebie i odwróciwszy się, skrzyżowałam ręce na piersiach, żeby nie widział, jak bardzo mi się trzęsą.
– Coś ty zrobiła?!
Morze uczniów sunących na lunch rozstępowało się, kiedy Dominic Crawford – niekwestionowana gwiazda życia towarzyskiego prywatnego liceum w Lockhill, najlepszy uczeń i lider – przedzierał się przez szkolny korytarz, wykrzywiając swoją przystojną twarz w grymasie wściekłości.
– Coś ty, kurwa, zrobiła?!
Uderzyłam plecami o metalowe drzwiczki, kiedy przyparł mnie do szafki, samą swoją imponującą posturą sprawiając, że puls zaczął mi pędzić jak szalony. Ale nie skuliłam się ze strachu. Ani trochę się go nie bałam.
– Stary, przystopuj. – Ravi szturchnął go w ramię, ale Dom nic sobie z tego nie robił.
Ciemne loki opadały mu na czoło, na szyi zwisał niedbale poluzowany krawat.
– Alice, coś ty, kurwa, zrobiła? – warknął, a jego pozornie anielskie, złociste tęczówki zapłonęły paniką i diabelską furią.
Spojrzałam mu w oczy z chłodną obojętnością, ignorując ogłuszający szum krwi w uszach i dudnienie serca.
– Odpowiedz, do kurwy nędzy!
– Dom, uspokój się. – Rachel położyła mu dłoń na piersi i próbowała się wcisnąć między nas.
Nie zaszczycił jej choćby przelotnym spojrzeniem. Nie drgnął nawet na milimetr.
– Odszczekaj to. – W jego głosie pobrzmiewała teraz błagalna desperacja, ale chyba tylko ja ją słyszałam.
Otworzyłam usta, żeby mu odpowiedzieć, ale poczucie winy i wątpliwości zbiły się w gulę w moim gardle, przez co nie byłam w stanie wydusić nawet słowa.
– Odszczekaj, słyszysz?! – Zaczerwienione oczy zaszkliły mu się od łez, kiedy świdrował mnie wzrokiem.
– Stary, odsuń się, kurwa. – Ravi popchnął go, tym razem mocniej, tak że Dom aż się zatoczył do tyłu.
„Były niekwestionowany lider” – to chyba bardziej adekwatny tytuł. Cóż, im wyżej się pniesz, tym boleśniejszy bywa upadek.
– Twoja matka ma szczęście, że Alice nie zamierza wnieść oskarżenia – ciągnął Ravi. – Gdyby to z mojego domu zniknęła biżuteria warta osiemdziesiąt kafli, moi rodzice...
– Ona kłamie! – zagrzmiał Dominic, celując we mnie palcem, jakbym była źródłem wszelkiego zła i nie mógł zrozumieć, dlaczego nikt tego nie widzi.
Inni uczniowie tłoczyli się wokół nas, uśmiechali złośliwie i szeptali między sobą, patrząc, jak nietykalne bóstwo, które wielbili od lat, przeistacza się na ich oczach w roztrzęsionego, krwawiącego śmiertelnika. On najwyraźniej o to nie dbał.
– Wszyscy widzieliśmy zdjęcie, Dom – powiedziała cicho Rachel, a ja jeszcze bardziej poczułam panujące wokół nerwowe napięcie.
– To przez ten list? Dlatego to zrobiłaś? – Zachowywał się jak szaleniec, wypluwając każde słowo tak, jakby od tego zależało jego życie. – Aż tak bardzo mnie nienawidzisz? Kurwa, aż tak bardzo chcesz się mnie pozbyć, Alice?
Spoglądałam to na niego, to na Rachel, to na otaczające nas szepczące stado sępów. Musiałam coś powiedzieć. Cokolwiek.
Ale na to było już za późno. Kiedy znów zamrugałam i utkwiłam w nim wzrok, jego oczy były pełne łez.
– Wal się. – Usta mu zadrżały, głos ociekał jadem. – Walcie się wszyscy, ty i cała twoja rodzina. Nie zapomnę ci tego, Liszajko.
Uniósł trzęsącą się rękę i wytarł sobie twarz rękawem, po czym rzucił mi ostatnie zabójcze spojrzenie i wściekły pobiegł korytarzem.
– Wszystko będzie dobrze – powiedziała szeptem Rachel, kojąco masując mnie po ramieniu. – Obiecuję.
Skinęłam głową, ale nie mogłam się zmusić, żeby na nią spojrzeć. Ani na Raviego, ani na siebie samą.
Odsunęłam się od szafek, zarzuciłam plecak na ramię i z uniesioną brodą ruszyłam przed siebie, ignorując odprowadzające mnie spojrzenia i krytyczne szepty rówieśników.
Przez resztę zajęć zachowywałam się tak, jakby nic się nie wydarzyło. A gdy wróciłam do domu, poszłam prosto do swojego pokoju, zaryglowałam drzwi i zawinęłam się w kołdrę.
Rano, kiedy się obudziłam, domek gościnny był pusty, a Crawfordowie zniknęli.
Cześć...?
Chwila. Jak to ma właściwie wyglądać? Do kogo tak naprawdę mam się zwracać? Do siebie? Do pamiętnika? Do Boga??? Dlaczego nie dołączyli do tego instrukcji?
Dziadzio każe mi to robić, bo według niego prowadzenie pamiętnika służy nastoletniej duszy, ale jeszcze nawet dobrze nie zacząłem, a już się stresuję. Moje wpisy będą więc krótkie.
Na pewno zrozumiesz.
Obecnie
ZACZĘŁO SIĘ OD DELIKATNEGO jak piórko łaskotania za lewym okiem.
Niby nic. Ledwo coś czułam.
Ale już po południu całą moją głowę rozsadzał pulsujący ból, który nie chciał ustąpić. Mdliło mnie. Byłam niespokojna. Nie mogłam wytrzymać nawet dziesięciu sekund bez sprawdzania godziny.
To, że odpuściłam sobie lunch, bynajmniej nie pomogło, ale pierwszą wypłatę miałam otrzymać dopiero w przyszłym tygodniu, a tylko jedno nieroztropne kliknięcie dzieliło moje konto od tego, co bank określał mianem „opłat za debet”, czyli swego rodzaju kary stosowanej przez instytucje finansowe wobec tych, którzy nie mieli pieniędzy, polegającej na pobieraniu od nich pieniędzy, których – jak już wcześniej wspomniałam – nie mieli. Za pierwszym razem, kiedy do tego doszło, zadzwoniłam do swojego księgowego, żeby sprawdzić, czy przypadkiem nie próbują mnie naciągnąć.
Powiedział, że tak.
Powiedział też, że nic na to nie poradzimy. Chyba że znowu zechcę sięgnąć do swojego funduszu powierniczego. A przy okazji czy moi rodzice wiedzą, że nie mam dostępu do wystarczającej ilości gotówki, żeby kupić sobie jedzenie?
Nie. Nie wiedzieli. Ja z kolei dałam mu jasno do zrozumienia, że pod żadnym pozorem nie mogą się o tym dowiedzieć, capisce? (Chociaż cała ta rozmowa przebiegła w sposób zdecydowanie bardziej kulturalny, a ja wplotłam do niej znacznie więcej błagalnych próśb, niż chciałabym przyznać).
To nie tak, że przymierałam głodem. Dzisiaj rano podczas cotygodniowego spotkania handlowców wepchnęłam w siebie dwa darmowe bajgle. Nie rozumiałam więc, dlaczego aż tak bardzo burczy mi w brzuchu. Och, jakże słabe jest ciało współczesnego człowieka.
Nabrałam powietrza i ponownie zerknęłam na zegarek. Piętnasta czterdzieści dziewięć. Jeszcze trochę. Dam radę.
Moja szyja zaciskała się z każdym dźwiękiem powiadomienia o nowej wiadomości, która trafiała do mojej skrzynki mailowej, a ja wstrzymywałam oddech do czasu, aż pobieżnie przebiegłam wzrokiem treść, upewniając się, że wciąż nic mi nie grozi.
Szesnasta zero dziewięć.
Na karku poczułam zbierający się pot. Byłam już tak blisko. Od miesięcy nie zaszłam aż tak daleko.
Szesnasta dwadzieścia osiem.
Jeszcze tylko trochę. Nie mogłam w to uwierzyć. Wreszcie, wreszcie miałam przekroczyć ten magiczny próg.
Siedemnasta.
Odsunęłam się od biurka i zgarnęłam torebkę, słysząc w uszach dudnienie krwi. Po cichu, bez słowa pożegnania, unikając jakiegokolwiek kontaktu wzrokowego, pochyliłam głowę i właściwie pobiegłam do wyjścia.
– Alice.
O nie. Nie tym razem.
Przyśpieszyłam kroku, udając, że jej nie słyszałam.
– Hej, Alice! – zawołała ponownie Corinna, na tyle głośno, żeby zwrócić uwagę wszystkich wokół. – Poczekaj chwilkę!
W uszach miałam słuchawki – nie słyszałam jej, nie musiałam się zatrzymywać. Od szklanych drzwi dzielił mnie może z metr, półtora, kiedy Corinna ruszyła biegiem i złapała mnie za ramię.
Palce zacisnęły mi się w pięści, a w głowie rozbrzmiała wielojęzykowa mieszanka przekleństw, które domagały się, żebym wykrzyczała je na głos. Odwróciłam się, zmuszając do sztywnego uśmiechu, i wyjęłam z ucha jedną słuchawkę.
– Och, wybacz. Mówiłaś coś? – spytałam, siląc się na radosny ton.
Pewnie chciała mi tylko powiedzieć, że w tym tygodniu wykonałam kawał dobrej roboty. Może nawet zaproponuje mi darmową piłeczkę antystresową. Albo kubek termiczny z nadrukowanym logo firmy, na wypadek gdyby plecak, pokrowiec na laptopa i lekka kurtka, do których codziennego użytku gorąco zachęcano wszystkich pracowników, nie wystarczyły, żeby zrobić z nas chodzące reklamy.
– Tak, przepraszam, nie widziałam, że masz słuchawki w uszach. – Ruchem ręki poprosiła, żebym wyjęła też dugą. – Wiem, że jest piątek, ale Cory najwyraźniej chce jeszcze zamienić z tobą słówko w swoim gabinecie, zanim wyjdziesz.
Zrobiłam mały krok do tyłu i otworzyłam usta na tyle, żeby spytać:
– Powiedział, o co chodzi?
– Niestety nie. Ale dodał, że to pilne.
Sprawiała wrażenie zdezorientowanej. Może nawet lekko zmartwionej. Było tylko kilka powodów, dla których szef szefa mojej szefowej – człowiek, którego spotkałam dosłownie raz, i to przelotem, i z którym nigdy nie zamieniłam nawet słowa – mógł chcieć ze mną porozmawiać w piątek na koniec dnia, bez jakiegokolwiek uprzedzenia. I żaden z nich nie wróżył nic dobrego.
Szłam jak na skazanie z przyklejonym uśmiechem, który udało mi się zachować do czasu, aż stanęłam pośrodku ponurego, zagraconego gabinetu Cory’ego. W uszach słyszałam jedynie dzwonienie, kiedy z udawanym współczuciem zaczął mi wyjaśniać, jak wygląda sytuacja. Było mu tak niewymownie przykro, że musi to zrobić. To nie zależało od niego. On był tylko posłańcem. Słyszał o moim zaangażowaniu. Walczył o mnie, zwrócił się w mojej sprawie nawet do swojego przełożonego.
Ale nikt nie mógł nic zrobić. Próbowali. Naprawdę próbowali.
– Cięcia budżetowe, wiesz, jak to jest. Osoby z najkrótszym stażem zostają zwolnione jako pierwsze. Zdaję sobie sprawę, że to zła polityka, ale pracujemy nad tym. To frustrujące. Bardzo frustrujące. Ale naprawdę robiłem wszystko, co w mojej mocy. Musisz zrozumieć.
Nie rozumiałam.
Serio, naprawdę tego nie rozumiałam. To nie miało żadnego sensu.
Siedem posad w ciągu piętnastu miesięcy. Zatrudniłam się w siedmiu różnych firmach od czasu, gdy półtora roku temu odeszłam z Charmed, i z każdej mnie zwalniano czternastego dnia. Jak w zegarku.
– Ktoś jeszcze został zwolniony? – spytałam spokojnym głosem.
Raz to przypadek. Dwa razy to pech. Ale żeby aż siedem? To już był schemat.
Cory odchrząknął i wstał, po czym metodycznie obszedł biurko.
– Nie wolno mi ujawniać statusu zatrudnienia twoich byłych współpracowników. – Wskazał na drzwi, próbując wyprosić mnie z gabinetu. Nie ruszyłam się z miejsca, a on ponownie odchrząknął. – Jeśli masz jeszcze jakieś pytania, w dziale kadr z przyjemnością ci na nie odpowiedzą.
– A podadzą mi też prawdziwy powód mojego zwolnienia?
Cory’emu najwyraźniej zalegało w gardle sporo flegmy, bo znowu odchrząknął. Potarł czoło wierzchem dłoni, nieustannie zerkając na drzwi.
– Jak już mówiłem, obcięli nam budżet. Naprawdę mi przykro, Alice. Janice i Corinna przez cały tydzień cię wychwalały, a ja wciąż cenię sobie znajomość z twoim ojcem; jest przecudownym człowiekiem, dlatego tym bardziej czuję się z tym okropnie. Gdybym mógł cokolwiek zrobić...
Ktoś zapukał do drzwi.
– Przepraszam, przyszedł gość umówiony na siedemnastą.
– Doskonale, dziękuję, Louis. – Cory poprawił krawat, obrzucając swój gabinet szklistym spojrzeniem, zupełnie jakby dopiero teraz dostrzegł panujący w nim bałagan. Pośpiesznie zaczął porządkować papiery i zbierać na wpół puste kubki, chowając je poza zasięgiem wzroku. – Panno Cloutier, niestety jestem spóźniony na spotkanie. Louis zaprowadzi panią do działu kadr. Może być pani pewna, że uzyska tam wszelkie niezbędne informacje.
Wiesz co...?
– Nie. – Nie mogłam na to pozwolić. To się nie mogło powtórzyć. – Nie wyjdę stąd, dopóki nie otrzymam szczerej odpowiedzi.
Prychnął jakby z rozdrażnieniem, czym całkiem wyprowadził mnie z równowagi. Położyłam torbę na podłodze i rozsiadłam się na jednym z winylowych krzeseł stojących naprzeciwko jego biurka. Jeśli chciał się mnie pozbyć bez udzielania odpowiedzi, to musiał wezwać ochronę.
– Nie rozumiem, czym sobie na to zasłużyłam – oznajmiłam, czując frustrację buzującą pod skórą. – Każdego dnia przychodziłam do pracy wcześniej i siedziałam do późna, żeby ukończyć szkolenie przed ustalonym terminem, a moja bezpośrednia przełożona nigdy nie miała wobec mnie zastrzeżeń.
Coś musiało do tego doprowadzić. Musiał istnieć jakiś wspólny mianownik, którego nie dostrzegałam.
Cory delikatnie otarł sobie czoło materiałową chusteczką w łososiowym kolorze.
– Tak, cóż, obawiam się, że firma może rozwiązać z panią umowę bez podawania przyczyny. – Jego szorstki, formalny ton zdradzał, że kończy mu się cierpliwość. – Jeszcze nie minął trzymiesięczny okres próbny.
– Ale...
– Panno Cloutier, pozostałe pytania i obawy proszę kierować do działu kadr. Nie zamierzam się już powtarzać.
Gotująca się we mnie złość zaczęła wręcz kipieć. Zgrzytnęłam zębami i tak mocno zacisnęłam palce na podłokietnikach, że na tanim plastiku zostaną pewnie trwałe ślady. Zanim jednak zdążyłam ponowić swoje żądanie, rozległo się stłumione chrupnięcie, jakby ktoś coś rozgniótł.
– Uuups – rzucił kpiarsko niskim tonem jakiś mężczyzna. – Moja wina.
Wstrzymałam oddech.
Rozpoznałabym ten głos nawet z przepaską na oczach i głową zanurzoną w wodzie, tonąc w najgłębszych odmętach najmroczniejszych koszmarów. Na moment zaległa cisza, tuż przed tym, jak zadziałała siła grawitacji.
Starając się zachować spokój, odwróciłam głowę i spojrzałam na swoją torbę.
Czarny elegancki but, który na niej spoczywał, poruszył się, jeszcze mocniej wbijając obcas w miękką ręcznie szytą skórę. Moje okulary słoneczne zachrzęściły po raz ostatni. A potem obróciły się w pył.
Puls mi przyśpieszył, a ziemia zachwiała się nieznacznie pod moimi stopami.
Cory wydał dźwięk, jakby się dławił.
– T... to na pewno było niechcący. Zaraz...
– To nie było niechcący – zapewnił go stojący nade mną upadły anioł, czekający na właściwy moment, żeby złapać mnie za szyję i zaciągnąć tam, gdzie dręczył wszystkie dusze wyłącznie dla własnej uciechy.
Cory zacisnął zęby. Zamrugał, ponownie oceniając sytuację.
– Daj nam chwilę, Dawson.
– Ja... Louis miał właśnie zaprowadzić...
– Wyjdź.
Cory spuścił głowę.
– Tak, oczywiście. Przepraszam, że się wtrąciłem – wymamrotał i powolnym krokiem wyszedł z własnego gabinetu jak ktoś zbesztany za nadużywanie czyjejś gościnności.
Serce podeszło mi do gardła, a elektryczne iskry przeskakiwały po zakończeniach nerwów, zupełnie jakbym była przypięta do niebudzącego zaufania spadochronu i zaraz miała wyskoczyć z samolotu.
– Nie musiałeś być dla niego taki niemiły – powiedziałam beztrosko, przyglądając się skórkom przy paznokciach jak ktoś, kto nie ma absolutnie żadnych zmartwień. – Wyszedłby równie szybko, gdybyś go ładnie poprosił.
Cmoknął językiem z dezaprobatą.
– Nie będę przyjmował rad od patologicznych kłamców, zwłaszcza w kwestii manier.
Żołądek aż mi podskoczył, kiedy trącił nogą moją torbę, usuwając ją z drogi, i przystawił sobie drugie krzesło, żeby uwięzić mnie między sobą a biurkiem. Rozpiął szytą na miarę marynarkę i usiadł.
Ja wciąż przyglądałam się badawczo swoim różowym paznokciom, udając znudzoną, a on czekał z dłońmi luźno splecionymi na brzuchu, aż postanowię poświęcić mu uwagę, na którą w swoim mniemaniu zasługiwał. Powoli przeniosłam wzrok na jego potężnie zbudowaną klatkę piersiową odzianą w garnitur, nienagannie zawiązany krawat, umięśnioną szyję, mocno zarysowany podbródek... i wreszcie na te oczy.
Kiedy nasze spojrzenia się spotkały, źrenice mu zapłonęły, a otaczająca je złota aureola rozbłysła. Powietrze wręcz zaiskrzyło, on tymczasem uśmiechnął się szeroko, ukazując ostre kły, połyskujące w łagodnym blasku zachodzącego słońca. Patrzyłam na niego jak urzeczona; był piękny w ten przerażająco eteryczny sposób, który sprawił, że odezwał się we mnie instynkt przetrwania. Że miałam ochotę uciec, chociaż dobrze wiedziałam, że pościg za mną dałby mu ogromną satysfakcję.
Dominic Crawford nachylił się do mnie z drwiącym, aroganckim uśmieszkiem i owinął sobie pukiel moich włosów wokół palca wskazującego.
– Bu!
Złe wieści.
Dzisiaj był pierwszy dzień szkoły i zgadnij, kto ZNOWU jest ze mną w klasie. W dodatku, cholera, ma siedzieć obok mnie, i to do końca roku! OTÓŻ NIKT INNY JAK POTWORZYCA Z PIEPRZONEGO LOCH NESS.
CZEMU, ACH, CZEMU nasze nazwiska muszą zaczynać się na tę samą durną literę? Jakbyśmy i tak nie dość często się widywali.
Do bani.
Loch Ness jest do bani.
To tyle w temacie, bo rozpisywanie się o tym nie służy mojej nastoletniej duszy.
ZAMRUGAŁAM, ALE FATAMORGANA nie zniknęła.
Był tutaj. Chociaż wyglądał inaczej.
Charakterystyczne długie, ciemne loki miał przystrzyżone, poskromione i idealnie wystylizowane, a jego struktura kostna wydawała się bardziej kanciasta. Dojrzała.
Był starszy. Szerszy w barkach. Zły.
Tak bardzo zły.
Odtrąciłam jego dłoń i wróciłam do rzeczywistości.
– Co tu robisz?
– Och, daj spokój. – Miał znacznie mroczniejszy ton głosu niż dawniej. Naprawdę do niego pasował. – Nawet ty jesteś na tyle rozgarnięta, żeby się domyślić.
Poczułam wypieki na policzkach, ale nie dałam tego po sobie poznać, starając się nie skulić pod jego leniwym wzrokiem, kiedy przesunął nim bezwstydnie po moim ciele, zostawiając na nim ognisty ślad.
To, co ujrzał, jeszcze bardziej rozpaliło płonącą w jego oczach nienawiść, ale złośliwy uśmiech nawet na chwilę nie zniknął mu z ust.
– Czyli to ty? – rzuciłam oskarżycielsko niemal z drwiną. – To przez ciebie wciąż mnie zwalniają?
Wreszcie dotarło do mnie znaczenie tej czternastodniowej granicy. Jego matka pracowała dla mojej rodziny jako gosposia przez czternaście lat, zanim... nasze drogi się rozeszły. W ten sposób chciał mi odpłacić pięknym za nadobne.
A ja głupio żyłam w błogim przeświadczeniu, że dawno zapomniał o mojej skromnej osobie.
Przechylił głowę na bok.
– Powiem szczerze: myślałem, że połapiesz się znacznie szybciej. Zaczęło mnie to już nudzić.
– Nie myślę o tobie aż tak często, żeby od razu połączyć kropki.
Uniósł brew.
– Ale przyznajesz, że o mnie myślisz.
– Jasne. Czasami. Przed drzwiami lokalu wynajmowanego przez właścicielkę kamienicy, w której kiedyś mieszkałam, stała taka figurka norweskiego trolla, która mi ciebie przypominała. – To było, zanim musiałam się przenieść do mieszkania należącego do mojej rodziny, bo nie miałam już na czynsz. – Podobieństwo było naprawdę uderzające. Nie miałam wyjścia.
Podrapał się po brodzie kostką palca i zaśmiał zjadliwie pod nosem.
Przeniosłam wzrok na jego usta.
Zawsze myślałam, że z tego wyrośnie, niestety wciąż cierpiał na tę przykrą przypadłość, którą jest nieustanne robienie nadąsanej miny. Nic mnie tak nie irytowało jak górna warga Dominica Crawforda. To, jak ciągle wydymał te miękkie, urocze usteczka, cholernie działało mi na nerwy.
– Wygląda jednak na to, że ty naprawdę często o mnie myślałeś – rzuciłam żartobliwie, udając znudzenie, które rozpaczliwie chciałam poczuć. Oby tylko nie zauważył, jak bardzo serce tłucze mi się o żebra, bo miałam wrażenie, jakby całe moje ciało wręcz wibrowało od tego walenia. – Próbujesz mnie nękać?
– Tylko pomagam karmie.
– Grożąc każdemu, kto mnie zatrudni?
– Nie, nikomu nie grożę. Crawford Capital po prostu rozszerza portfolio.
Chwila. On kupował te wszystkie firmy? Tylko po to, żeby mnie zwolnić? Szczęka prawie opadła mi do ziemi, ale w porę się opanowałam.
– Crawford Capital? A co to takiego?
Ha, mam cię.
Jemu zrzedła mina, a ja stłumiłam uśmiech. Nigdy nie lubił, kiedy umniejszało się jego osiągnięcia.
– Och, przepraszam – powiedział przeciągle, kiedy odzyskał rezon. – Zapomniałem, że nie interesujesz się niczym, co nie dotyczy rozpuszczonych żon krezusów. Crawford Capital to największa prywatna firma kapitałowa w kraju. Należy do nas sieć 6Queue Media. A o niej słyszałaś?
Moje rozbawienie nagle znikło.
6Queue Media to pierwsza podupadająca firma, którą Dominic rzekomo kupił za „psie pieniądze”, bezlitośnie wypatroszył i odbudował od podstaw. Pięć lat później stała się jedną z największych sieci medialnych w kraju – co w dużej mierze było zasługą Pana Plociucha, czyli nowatorskiego serwisu informacyjno-społecznościowego jego autorstwa i jednocześnie zmory mojej rodziny.
Gdy tylko mój tata ogłosił, że przechodzi na wcześniejszą emeryturę, i mianował Adriena nowym prezesem, Dominic wykorzystał swoją platformę jako broń przeciwko moim bliskim, bezwzględnie szargając reputację mojego brata za sprawą oszczerczych kłamstw, rozsiewanych przez jego pomagierów, cytujących rzekomo jakieś nieokreślone „źródła”.
Wszyscy wiedzieliśmy, że to on za tym stoi, wszyscy wiedzieliśmy, dlaczego to robi, lecz za każdym razem, kiedy sugerowałam podjęcie kroków prawnych, Dziadzio twierdził, że to tylko pogorszy sprawę – że Dominic działa z pozycji osoby głęboko zranionej, a odpowiadanie ogniem zaostrzy konflikt. „W końcu sam zostawi nas w spokoju. Daj mu jeszcze trochę czasu”.
Miał rację. Dominic w końcu dał sobie spokój.
Tyle że wtedy było już za późno. Negatywne nastawienie do Adriena w sieci, które wykreował, zaczęło żyć własnym życiem i wszystkie portale społecznościowe aż się śliniły na myśl o tym, jaką klikalność może zapewnić im jego nazwisko.
Maska obojętności zsunęła mi się z twarzy.
– Cholera, wiesz bardzo dobrze, że Adrien nie zasłużył na to wszystko, co przez ciebie przeszedł. To była sprawa między tobą a mną, Dominicu. Nie powinieneś był wciągać w to mojej rodziny.
– Niby dlaczego? Bo ty jakże łaskawie nie wciągnęłaś w to mojej? – Siedział tak blisko mnie, że musiałam zadrzeć brodę, żeby utrzymać z nim kontakt wzrokowy. Uwielbiał to. Uwielbiał nade mną górować w całej swojej nieboskiej chwale. Uwielbiał dawać mi odczuć, że ma nade mną przewagę. – Wet za wet, Alice. Ty rozsiewałaś kłamstwa na temat mojej rodziny, więc ja mam pełne prawo odpłacić ci tym samym.
– Nigdy nie skłamałam. – Na tym właśnie polegała różnica.
Nie żeby mi wierzył. Nie żeby chciał mnie chociaż wysłuchać.
– Och, ależ owszem – mruknął tonem pełnym pogardy. Jego rozszerzone źrenice wyglądały teraz jak dwie bryłki onyksu. Dwie czarne dziury zasysające światło bijące od wszystkiego, co na swoje nieszczęście przykuje ich uwagę. – Ona nigdy ci niczego nie ukradła i oboje o tym wiemy.
Chciałam odparować, że były na to dowody, a jego matka niczemu nie zaprzeczyła.
Ale nie było sensu.
Mogłabym krzyczeć. Mogłabym wrzeszczeć wniebogłosy. A on i tak by mnie nie wysłuchał.
Przechylił nieznacznie głowę i przyglądał mi się uważnie.
– Czy to było spełnienie twoich marzeń? Czy w końcu dostałaś to, czego chciałaś? – Siedział zdecydowanie zbyt blisko. Ciepłe, bujne nuty jego wody kolońskiej zaczęły mnie powoli dusić niczym pyton owijający się wokół ofiary. – Czy naprawdę warto było ją aż tak upokorzyć i wbijać jej nóż w plecy tylko po to, żeby się mnie pozbyć?
– Nic takiego nie zrobiłam. Kochałam Rosie. Nigdy bym... – Urwałam, kiedy się roześmiał.
– Ja pierdolę, czy ty potrafisz sklecić choćby jedno zdanie, które nie będzie totalną ściemą?
Mogłabym się go pozbyć teraz, gdybym tylko chciała.
Mogłabym porozmawiać z rodzicami. Z bratem. Z licznym zespołem wykwalifikowanych prawników na usługach mojej rodziny i ot tak, z dnia na dzień, zdobyć zakaz zbliżania się. Mogłabym to wszystko zakończyć – wymazać go raz na zawsze z mojego życia – i wystarczyłby do tego tylko jeden telefon.
Dominic może i korzystał z przywilejów, władzy i wpływów, jakie wiązały się z posiadaniem multimiliardowego imperium, które zbudował od zera, ale i tak był nuworyszem.
A to wiele zmieniało. Po prostu jeszcze o tym nie wiedział.
Więc na co czekasz? Zrób to, podpowiadał mój wewnętrzny głos.
Wyjdź stąd i zadzwoń gdzie trzeba. W tej chwili.
Sięgnęłam po torebkę, ale się zawahałam, kiedy ogarnęło mnie to upiorne, choć jak najbardziej znajome uczucie niepokoju i paniki pełzające po karku.
– No weź, Alice. Jesteśmy sami – powiedział przeciągle z gorzkim uśmiechem. – Tylko ty i ja. Oprócz nas nie ma tu nikogo, więc, kurwa, przyznaj się wreszcie. Przyznaj, że skłamałaś, że ją wrobiłaś, żeby się mnie pozbyć, a wtedy zniknę. Na zawsze. Przestanę ci potajemnie mieszać w życiu. Przestanę szukać zemsty i pogrywać z twoją rodziną... Wystarczy, że powiesz mi prawdę.
Zacisnęłam zęby i wytrzymałam jego spojrzenie, nie zamierzając ustąpić.
– Powiedziałam prawdę. Nie wrobiłam jej i nie skłamałam.
Utknęliśmy w martwym punkcie. On nie dostał tego, czego ode mnie chciał, a ja nie byłam na tyle głupia, żeby chcieć czegoś więcej od niego.
– To wszystko? – spytałam.
Uniósł palec i spojrzał na zegarek. Nagle, niemal jak na zawołanie, strzaskana zawartość mojej torebki zagrzechotała w odpowiedzi na krótkie, wibrujące bzzz.
Usta Dominica rozciągnęły się powoli w wilczym uśmiechu.
– Chyba powinnaś sprawdzić, co to.
Chociaż kusiło mnie, żeby go zignorować, wiedziałam, że lepiej tego nie robić. Istniało duże prawdopodobieństwo, że zmajstrował coś, co wymagało szybkiej reakcji.
Mimo to zachowałam spokój, bez pośpiechu wydobyłam telefon spod pęku kluczy i zgruchotanej oprawki od szminki, po czym przesunęłam palcem po ekranie, zupełnie niewzruszona biegnącym przez środek świeżym pęknięciem.
Zamarłam dopiero na widok powiadomienia, które wyskoczyło na nim przed chwilą.
Dostałam maila z agencji pośrednictwa pracy.
Tej, z której usług korzystałam przez ostatnie piętnaście miesięcy.
Tej, która załatwiła mi każdą z siedmiu prac, z których ostatecznie wyleciałam.
Tej, która zupełnym przypadkiem odezwała się do mnie, kiedy odeszłam z Charmed, twierdząc, że osoby, które tam pracowały, są bardzo poszukiwane, zważywszy na superkonkurencyjną naturę i status tej firmy matchmakingowej, a także rozpoznawalność nazwiska jej założycielki. „Kontaktujemy się z grupą pracowników, którzy niedawno odeszli. Nie wiemy, jakie ma Pani plany na przyszłość, ale chętnie dodamy Pani życiorys do naszego portfolio, zwłaszcza jeśli jest Pani zainteresowana sprawdzeniem swoich sił również w innych branżach”.
Kurwa, ja pierdolę.
On nie kupował firm tylko po to, żeby mnie z nich zwolniono. Było na odwrót. Wykorzystywał agencję pośrednictwa pracy, żeby zwabić mnie do tych, które już nabył.
Przebiegły skurwiel.
Dlaczego nie wpadłam na to szybciej? Do licha, jakim cudem w ogóle dałam się na to nabrać?
Zachowując kamienny wyraz twarzy, przebiegłam wzrokiem wiadomość.
Od: Kimberly Chen
Do: Alice Cloutier
Cześć, Alice!
Właśnie dotarły do mnie wieści, że rozwiązano z Tobą umowę w J.EnK – bardzo mi przykro!
Zacznę się rozglądać za innymi ofertami, które będą lepiej dopasowane pod kątem Twojego doświadczenia i umiejętności. Tymczasem mam pewną propozycję dostępną od ręki, która pomoże wypełnić lukę w Twoim CV.
Nasz dwudziestosześcioletni klient poszukuje pełnoetatowej gosposi, która mogłaby zacząć pracę od zaraz. To nowo wybudowany dom. Siedem sypialni, dziewięć łazienek. Wspaniały! Klient nie oferuje wynagrodzenia zasadniczego, ale będzie wypłacał napiwki „za dobre zachowanie” wedle własnego uznania. Będzie również chciał, abyś nosiła różnorodne kostiumy podczas wykonywania codziennych obowiązków (ale fajnie!), i z przyjemnością sam Cię przeszkoli!
Zdaję sobie sprawę, że ta praca nie należy do typowych. Ale nasz klient jest powszechnie znany i ma sporo koneksji, więc jego rekomendacja może okazać się bardzo pomocna, jeśli będziesz gotowa rozejrzeć się za czymś nowym!
W razie pytań pozostaję do Twojej dyspozycji.
Kim
specjalistka ds. rekrutacji w KELP
Zaraz mu przywalę.
Nigdy nikogo nie uderzyłam – nigdy nie czułam takiej potrzeby – ale temu nikczemnemu, zarozumiałemu sukinsynowi zaraz przyłożę w tę jego nadętą buźkę i to będzie najwspanialszy moment w moim życiu.
– Jutro możemy odbyć rozmowę kwalifikacyjną, jeśli chcesz – rzucił prowokacyjnie, tym samym potwierdzając, że wręcz prosi się o bolesną śmierć w męczarniach. – Mogę sobie tylko wyobrażać, jak rozpaczliwie pragniesz wypełnić czymś lukę w CV. Czymkolwiek, co dasz radę utrzymać. No chyba że wolisz pobiec z podkulonym ogonem do brata i poprosić go o pracę... Ale coś mi mówi, że tego nie chcesz. W przeciwnym razie już dawno byś to zrobiła.
Moje paznokcie. Jego żyła szyjna. Będę patrzeć, jak się wykrwawia, a potem własnoręcznie zaciągnę go z powrotem do piekła.
Przepełniała mnie taka wściekłość, że szczęki zacisnęły mi się na amen. Nie byłam w stanie mówić, oddychać ani myśleć o czymkolwiek innym niż o tym, jak wylewające się z niego śmiertelne ilości krwi tworzą ogromną kałużę u moich stóp.
Miałam ochotę złapać go za ten rozwidlony język i owinąć mu go wokół szyi, aż się udusi.
Te wszystkie aplikacje. Te wszystkie rozmowy kwalifikacyjne. Te wszystkie szkolenia, cały ten stres związany z pierwszym dniem pracy i to ciągłe zastanawianie się, co, do cholery, robię nie tak, że nie jestem w stanie utrzymać pracy dłużej niż dwa tygodnie, bez względu na to, jak bardzo się staram.
To wszystko przez niego.
– Tak chyba będzie fair, nie uważasz? Moja mama zmieniała wam pościel i szykowała dla was posiłki przez czternaście lat; ty będziesz robić to samo dla mnie przez trzydzieści dni i uznam, że jesteśmy kwita – powiedział z leniwą arogancją. – Chociaż... pewnie nie wytrwasz nawet dnia.
Nie umknęło mi to, że celowo zbagatelizował obowiązki związane z tą pracą. Zmiana pościeli i gotowanie posiłków to tylko ułamek tych wszystkich niegodziwości, które dla mnie szykował.
– Tak bardzo potrzebujesz terapii, że to nawet nie jest zabawne – warknęłam.
– Patrzenie, jak szorujesz na czworakach moje toalety, z pewnością będzie miało walor terapeutyczny.
Poderwałam się z krzesła.
– Pierdol się!
Jego uśmiech zadrżał.
– Widzimy się w poniedziałek na rozmowie. Punktualnie o dziesiątej.
Na odchodne pokazałam mu środkowy palec, cała płonąc z wściekłości.
Nie wiedziałam, jak tego dokonam ani kiedy, ale ten facet będzie jeszcze łkał na kolanach jak mały chłopiec.
Nie żartuję.
Może Dziadzio zadzwoni do pani Rivers i przekona ją, żeby pozwoliła nam usiąść z kimś innym. Mówi, że ma dar przekonywania ludzi do różnych rzeczy i że cała sztuka polega na tym, żeby podejść ich tak, aby myśleli, że sami na to wpadli.
Ale nie wiem, czy można mu wierzyć. Bo kiedy próbowałem go podejść tak, żeby myślał, że jego zdaniem nie powinienem mu pomagać w sprzątaniu gigantycznej klatki Maxwella (cała masa ptasich odchodów), jakimś cudem skończyło się na tym, że sam zaoferowałem, że będę ją sprzątał przez cały tydzień.
Ciekawostka: papugi żako robią kupę średnio dwadzieścia razy dziennie. Może się wydawać, że to sporo, a to dlatego, że tak właśnie jest.
– CHWILA, CHWILA, chwila... Co ty opowiadasz?
Odstawiłam pusty kieliszek po shocie z wystudiowanym spokojem.
– Zamierzam go otruć.
Rachel przeciągnęła ręką po jedwabistych rudych włosach, ignorując moje słowa, zupełnie jakby nie przyjmowała do wiadomości, że naprawdę mogłabym to zrobić. Anioł, nie kobieta.
– Nie wierzę, że wrócił – mruknęła i osunąwszy się nieco na krześle, zapatrzyła się w dal. – Znaczy... chyba zawsze gdzieś tu był, ale wiesz, co mam na myśli.
Wbiłam zęby w kolejną limonkę i dałam znać kelnerowi, żeby przyniósł nam jeszcze dwa shoty. Miałam gdzieś to, ile wyniesie rachunek. Jutro zadzwonię do księgowego i podejmę wystarczająco dużo gotówki, żebym jakoś przetrwała przez kilka najbliższych miesięcy.
Przestałam się już przejmować.
– Chwila, moment. – Wyprostowała się gwałtownie. – Żeby było jasne... nie rozważasz tego na poważnie, prawda?
– Co za idiota udostępnia własny dom swojemu odwiecznemu wrogowi?
Boże, ale pajac.
Będę mu zmywać naczynia w wodzie z kibla.
– Wiesz co, Rach? Myślę, że wcale nie jest taki mądry, za jakiego uchodzi. Owszem, zna się na cyferkach, ale pod względem inteligencji społecznej nie różni się zbytnio od przebitej opony.
– Czyli jednak to rozważasz.
Poklepałam ją po policzku i niemal straciłam przy tym równowagę. Wypita tequila zaczęła mi już chlustać w mózgu. I to bardzo przyjemnie.
– Jesteś taką kochaną, najlepszą przyjaciółką, Rachy Rach. Kurwa, po prostu cię uwielbiam.
Jej usta wykrzywił sztywny uśmiech.
– Wiesz, co powinnyśmy zrobić?
– Sfajczyć mu chałupę?
Czemu nie? Trzeba się tylko upewnić, że on jest w środku.
Zamrugała lekko wystraszona.
– Przeraża mnie, że już nie wiem, kiedy żartujesz, a kiedy nie.
Przewróciłam oczami.
– Błagam. Jakby on miał opory przed podpaleniem mojego domu.
Przysunęła się bliżej.
– Zróbmy sobie babski wypad, tylko ty i ja.
– Chyba nie wiesz, co mówisz – stwierdziłam.
Przede mną otwierało się morze nieograniczonych możliwości. Mając klucze do jego domu, mogłabym go torturować na tysiąc różnych sposobów.
– Ja nie wiem, co mówię? – Wyciągnęła szyję do przodu, oburzona moim podejściem do sprawy. – Jesteś dziedziczką fortuny, która dostanie w spadku miliardy dolarów. A jednak tu siedzisz i poważnie rozważasz przyjęcie pracy jako... gosposia od przebieranek, cokolwiek to znaczy, i to u kogoś, kto jest nieprzewidywalny, rozwścieczony i pragnie cię jedynie upokorzyć, ale to ja nie wiem, co mówię?
– „Gosposia od przebieranek” chyba nie wymaga wyjaśnień.
– Serio? Bo ja nadal nie wiem, czy on chce, żebyś przebierała się za gosposię i robiła Bóg wie co, czy żebyś była jego gosposią i przebierała się za Bóg wie co.
– Raczej to drugie, sądząc po opisie tego stanowiska.
– To jest totalnie popieprzone, Alice. Nie widzisz tego?
Owszem, widziałam.
Naprawdę.
Wiedziałam, jakie to niedorzeczne i absurdalne. Ale na myśl o tym, że mogłabym pozwolić, aby uniknął kary za to, co zrobił, w duchu aż się gotowałam.
Rachel ujęła moją twarz w dłonie i zmusiła mnie, żebym spojrzała w jej błyszczące brązowe oczy.
– Okej. Posłuchaj. Serio, posłuchaj siebie i tego, co mówisz, i spróbuj spojrzeć na to z perspektywy kogoś myślącego racjonalnie – powiedziała powoli. – Nie wiem, o co chodzi, ale przysięgam, że gdy tylko coś ma związek z nim, ty tracisz zdolność logicznego myślenia. Zmieniasz się w... w... to coś. – Machnęła rękami w kierunku mojej twarzy i tułowia. – Wpadasz w ten... wir obsesyjnej, zaciekłej rywalizacji, a to nie jest zdrowe, Alice.
Opuściła ręce ze zrezygnowanym westchnieniem, po czym kontynuowała przemowę, ale tym razem łagodniejszym tonem:
– Odejście Dominica i Rosie było czymś dobrym, nawet jeśli z początku niekoniecznie tak to postrzegałaś. Ale dojrzałaś, miałaś całe lata spokoju... Dlaczego więc miałabyś chcieć do tego wracać, wiedząc, że to tylko bardziej cię rozzłości i unieszczęśliwi? Jeśli na to pójdziesz, nigdy się od niego nie uwolnisz. Ale jeśli go zignorujesz, może zniknie na dobre. A chyba właśnie tego chcesz, prawda? Zawsze tego chciałaś. Chciałaś, żeby zniknął z twojego życia. – Zrobiła pauzę, a po jej twarzy przemknęło coś na kształt przerażenia. – Razem jesteście jak trucizna, Alice. Naprawdę przykro się na to patrzy.
Jej słowa przeniknęły do mojego krwiobiegu, gasząc płomienie, które szalały mi w żyłach od czasu, kiedy dwie godziny wcześniej niemal wybiegłam z gabinetu Cory’ego.
– Mylę się? – spytała łagodnie, kładąc mi kojąco dłoń na ramieniu.
Pokręciłam głową, bo w ustach zaschło mi tak, że nie byłam w stanie mówić.
Nie. Nie myliła się. To rzeczywiście nie było zbyt zdrowe. Podejmowanie tej pracy tylko po to, żeby się na nim zemścić i jeszcze bardziej napędzać ten... pochłaniający wszystko wir, to idiotyzm.
– Czyli... nie zgodzisz się na to? – spytała pełna nadziei.
Zawahałam się chwilę, po czym odparłam cicho:
– Nie.
Rozluźniła ramiona w wyrazie ulgi i opuściła rękę.
– Uff. Okej.
Rozciągnęłam usta w nieznacznym uśmiechu, chociaż czułam, że był wymuszony.
– A między nami wszystko gra? – chciała wiedzieć.
– Nieustannie. – Jak mogłabym się na nią złościć za to, że jest ze mną szczera i się o mnie troszczy?
Ja postąpiłabym tak samo.
– Świetnie. – Włożyła telefon do torebki. – Mam dziś kolację z klientem, więc muszę lecieć.
– Co? Serio? Ale...
– Wiem, wiem. Przepraszam. Nic nie mówiłam, bo wydawałaś się roztrzęsiona, kiedy dzwoniłaś, więc powiedziałam, że się spóźnię. Chciałam, żebyś mogła się wygadać i spuścić parę.
Przygryzłam policzek, czując w brzuchu ucisk z powodu wzbierającego poczucia winy.
– Nie musiałaś tego robić.
– To nic takiego. Ty byłaś ważniejsza. – Położyła na stoliku odliczoną kwotę na pokrycie całego rachunku i poklepała mnie po dłoni. – Pogadamy jakoś w tygodniu, okej?
Wstała i przemknęła między hałaśliwymi stolikami, a chwilę później zjawił się kelner z nową kolejką shotów i zamówionymi przez nas skrzydełkami, o których zupełnie zapomniałam.
– Proszę. Przynieść coś jeszcze?
– Tylko rachunek.
– Oczywiście. Płatność razem czy osobno?
– Może być razem.
Wyjęłam kartę kredytową i schowałam gotówkę od Rachel do torebki. Postanowiłam, że jutro zwrócę jej pieniądze – w ramach pokuty za to, że ją okłamałam, bo nie zamierzałam odpuścić sobie tej sprawy z Dominikiem.
Nie tym razem.
NIGDY DOBROWOLNIE NIE przyznałabym się do tego, ile godzin łamałam sobie głowę nad tym, w jaki sposób mogę zadać ból i cierpienie Dominicowi Crawfordowi, kiedy już uzyskam dostęp do jego kryjówki, ale powiedzmy, że gdybym starała się tak bardzo w szkole, to dziś jego jedynym osiągnięciem, którym mógłby się poszczycić, byłaby króciutka, niewarta uwagi wzmianka o nim w przypisach na końcu mojej bestsellerowej autobiografii.
Taksówkarz posłał mi kolejne ciekawskie spojrzenie, kiedy mroczne bramy prowadzące do okazałej posiadłości Dominica ot tak otworzyły się przed nami bez konieczności podawania jakiegokolwiek kodu. W pobliżu nie widziałam żadnych ochroniarzy, więc Dominic albo był dwa kroki przede mną i się mnie spodziewał, albo stracił czujność i zapomniał, po co to jest.
Miałam nadzieję, że chodziło o to drugie. Jeśli tak, to czekała go niezbyt miła pobudka.
Kiedy samochód znów ruszył, kierowca w końcu nie wytrzymał.
– Wie pani, że muszę o to zapytać?
Byłam zdziwiona, że zwlekał z tym tak długo.
Chciał wiedzieć, dlaczego dwudziestosześciolatka, która ma na sobie szyte na miarę designerskie spodnium i zapuszcza się w czeluście takiej luksusowej dzielnicy jak Bridle Path, robi to akurat o czwartej czterdzieści pięć nad ranem, i to z elegancko zapakowanym bukietem szczotek toaletowych.
– Zna pan Dominica Crawforda? – spytałam.
Popatrzył na mnie w lusterku wstecznym.
– To ten dzieciak o dotyku Midasa?
Nie był już raczej „dzieciakiem”, ale jeśli ktoś zarobił swój pierwszy miliard w wieku dwudziestu jeden lat, to chyba nic dziwnego, że tak już na niego mówiono.
– Płaci mi pięć tysiaków za godzinę, żebym udawała jego szefową i nim poniewierała, kiedy on będzie szorował toalety. To go podnieca.
Potrzebował chwili, żeby to przyswoić, po czym wytrzeszczył oczy z nieukrywanym zachwytem i wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu.
– Bez kitu?
– Tak jest. Najłatwiej zarobiona przeze mnie forsa. – Z rozmachem otworzyłam drzwi, kiedy w końcu się zatrzymaliśmy. – Niech pan to rozpowie swoim znajomym i klientom, w ogóle każdemu, kto mógłby być zainteresowany! Dosłownie wszystkim. Facetom po pięćdziesiątce chętnie płaci coś ekstra, a prawdziwym fetyszem jest dla niego pani Doubtfire.
Wysiadłam z taksówki i marszcząc brwi, objęłam wzrokiem wielką rezydencję w stylu śródziemnomorskim, która miała zrekompensować Dominicowi brak osobowości.
Musiałam przyznać, że ma gust. Ściany pokryte jasnokremowym tynkiem, płaski dach z brązowych glinianych dachówek, wielkie francuskie okna i odcinające się kolorystycznie dwuskrzydłowe drzwi wejściowe z wykonanymi ręcznie gustownymi, misternymi rzeźbieniami.
Nie zmieniało to jednak faktu, że jest dupkiem, co niestety kładło się cieniem na tej pięknej, iście królewskiej posiadłości skąpanej w blasku księżyca.
Wielka szkoda.
Zanurzyłam bukiet szczotek w hiszpańskiej fontannie i ruszyłam ku zwieńczonym łukiem drzwiom, a stukot moich obcasów zgrywał się z cykaniem świerszczy.
Na progu wygładziłam ręką żakiet i włosy, wyprostowałam ramiona i nabrawszy głęboko powietrza, żeby się uspokoić, zaczęłam dzwonić do drzwi tak szybko i agresywnie, jak tylko mogłam, zupełnie jakby te wszystkie gry wideo, w które grałam w dzieciństwie, miały mnie przygotować właśnie na ten moment.
Wyobraziłam sobie, jak Dominic zrywa się z łóżka, zdezorientowany i oszołomiony chaotycznymi dźwiękami odbijającymi się od ścian. Kto wie, może nawet naje się strachu.
Na myśl o tym, że mogę wzbudzić strach w Antychryście, zaczęłam jeszcze szybciej naciskać na dzwonek, tak że kciuk aż piekł mnie z bólu. W końcu drzwi się otworzyły.
I oto zjawił się on – prosto z łóżka, sądząc po zmierzwionych włosach i srogim spojrzeniu, jakim mnie obdarzył. Jego barczysta postawa zdradzała wrogie nastawienie, a rozdęte nozdrza drgały mu z wściekłości, kiedy tak stał, zdecydowanie zbyt blisko, górując nade mną.
Czy wspominałam już, że Dominic nie jest rannym ptaszkiem? Bo Dominic naprawdę nie był rannym ptaszkiem. Nie bez powodu umówił się ze mną na dziesiątą.
Uraczyłam go wyćwiczonym profesjonalnym uśmiechem.
– Proszę, proszę, czyż to nie Książę Śmieszności we własnej osobie? Dzień dobry, słoneczko. Dziwię się, że wciąż sam otwierasz drzwi.
Zanim zdołał rozdziawić paszczę i połknąć mnie w całości, przycisnęłam mu do piersi ociekający wodą prezent powitalny. Woda obryzgała mu całą twarz i szyję, mocząc jego biały T-shirt.
– Ode mnie dla ciebie. Prezent do nowego domu.
Upuścił mój bukiecik na podłogę. Jak dla mnie to było trochę chamskie.
– Co – wycedził ostro i groźnie przez zaciśnięte zęby. – Co. Właśnie.
Ha! Jak mówiłam, nie był rannym ptaszkiem. Ośrodek komunikacji w jego mózgu miał się włączyć dopiero za cztery godziny.
– Słowa, których szukasz, to „cześć”, „witaj” i „zapraszam”. Najlepiej w tej kolejności.
Ręka mu drgnęła jakby w mrocznym pragnieniu zaciśnięcia się na mojej szyi.
– Chyba powinieneś zmienić ustawienia programu do otwierania bramy wjazdowej – zasugerowałam uczynnie, przepychając się obok niego do środka. – Może aktywuj tam jakiś zamek albo co, żeby ludzie nie mogli sobie ot tak wchodzić na twoją posesję. Wyobrażasz sobie, co by to było, gdybym była niezrównoważona?
Rozejrzałam się po wielkim ciemnym holu i skrzyżowałam ręce na piersiach. Był zupełnie pusty. Jak okiem sięgnąć ani jednego mebla czy elementu dekoracyjnego. Zero serca. Zero duszy.
– Och, co za wspaniały wystrój! – rzuciłam z ironicznym entuzjazmem. – Cały ty.
Wciąż stał bez ruchu przy drzwiach i wpatrywał się we mnie, jakby nie do końca rozumiał mój wyraz twarzy ani to, dlaczego tak go wkurza. Dzięki tej jego paraliżującej niechęci do wczesnych pobudek zyskałam aż za dużą przewagę. Facet nie był jeszcze nawet w stanie mówić.
– Przyszłam na rozmowę o pracę – oznajmiłam. – Zjawiłam się wcześniej, żeby pokazać tobie, a więc mojemu potencjalnemu nowemu szefowi, jaką to jestem punktualną, solidną i ofiarną potencjalną nową pracownicą. Nie żebym cię pouczała, ale choćby z czystej uprzejmości mógłbyś przynajmniej wyrazić na głos swoje uznanie dla wspomnianej punktualności, solidności i ofiarności.
Zrobił niezdarny krok w moją stronę, potem jeszcze jeden, najwyraźniej zapominając o drzwiach, które zostawił szeroko otwarte. Bez słowa trącił moje ramię i ruszył korytarzem, powłócząc nogami.
To w języku porannego Doma znaczyło: „Chodź za mną”.
Zaprowadził mnie do przestronnego pomieszczenia, które, jak się domyślałam, było salonem: wysokie, rozległe sufity; ozdobne drewniane belki; smukłe, łukowe okna z kamiennymi ościeżnicami. Przepiękny widok. Szczerze. Zwłaszcza w tym księżycowym świetle.
Ten pokój również był zupełnie pusty, nie licząc niskiego stolika i dwóch tapicerowanych foteli, stojących przy oknie.
– Dopiero co się wprowadziłeś?
– Siadaj – rozkazał tym samym tonem, którym przywołuje się do porządku nieposłusznego psa, a ja postanowiłam, że w pierwszym dniu pracy poświęcę cały ranek na to, żeby poprzecinać mu w domu wszystkie kable.
Powoli się oddalił, przesuwając dłonią po ciemnych lokach, a wyraźnie zarysowane mięśnie pleców napięły się pod jego koszulą, zanim zniknął mi z oczu.
Niecałe pięć minut później salon wypełnił się aromatycznym zapachem kawy.
– Ja też poproszę! – krzyknęłam. – Z kapką koziego mleka, jeśli masz!
Udając, że mnie nie słyszał, Dominic wrócił z jednym czarnym kubkiem. Postawił go na stoliku z gracją i opanowaniem sennego niedźwiedzia, po czym przysunął sobie krzesło, zupełnie nie szanując mojej przestrzeni osobistej. Wreszcie usiadł, tuż przede mną, i to tak, że swoim ogromnym kolanem naparł na moje.
Poczułam w udzie jakby uderzenie prądem.
– Żebym cię dobrze widział – wyjaśnił, wskazując gestem na siebie i na mnie. – I nawzajem.
Powstrzymałam się od riposty, którą miałam na końcu języka. Dogryzanie mu nie miało sensu. Mogłabym mu do woli ubliżać, krytykując jego wygląd, ale i tak oboje byśmy wiedzieli, że to ściema.
Pech chciał, że w ostatniej klasie liceum cała prawda na ten temat wyszła na jaw i nie dało się jej już zaprzeczyć.
Dlatego tylko podniosłam jego kubek i upiłam łyk kawy.
– Mogę zacząć w każdej chwili.
Senna mgła, która zasnuwała mu oczy, zaczęła się powoli rozwiewać, ustępując miejsca czemuś bardziej wyrazistemu.
– Jakie masz kwalifikacje? – zapytał.
– Nie mam żadnych.
– Jakieś doświadczenie zawodowe, które twoim zdanie może być przydatne na tym stanowisku?
– Nie.
Przekrzywił głowę, poświęcając chwilę, żeby mi się przyjrzeć, a jeden z ciemnych loków opadł mu na czoło. Pochylił się i sięgnął po swój kubek, muskając moje palce. Poczułam delikatne mrowienie, a puls nagle mi przyśpieszył.
Upił łyk, zupełnie niewzruszony, po czym kontynuował:
– Jak byś sobie poradziła, gdyby ktoś niesłusznie oskarżył cię o coś w miejscu pracy?
Zgrzytnęłam zębami.
– Zaprzeczyłabym – odparłam. Tak samo, jak powinna to zrobić Rosie.
Dowody były dość obciążające, ale wszyscy byśmy jej uwierzyli, gdyby tylko powiedziała, że nie wzięła tej biżuterii. Jednak z tego, co mówił Dziadzio, ona po prostu stała, patrząc na zdjęcia, i nie odezwała się słowem.
Dominic nie chciał tego słuchać.
– Czy kiedykolwiek niesłusznie oskarżyłaś kogoś o coś, czego ten ktoś nie zrobił?
– Nie.
– Najwyraźniej masz tendencję do kłamania. W czym, twoim zdaniem, może ci to pomóc na tym stanowisku?
Założyłam nogę na nogę, zastanawiając się, po jakim czasie zauważy, że zaczęłam mu wypychać poszewki psią kupą.
– Głównie w udawaniu, że szanuję swojego szefa na tyle, żeby wypełniać jego polecenia.
Prawy kącik jego pełnych ust uniósł się, zanim zdążył to ukryć, upijając kolejny łyk kawy.
– A gdzie widzisz siebie za pięć lat?
Drgnęła mi kostka.
– Jak najdalej od ciebie.
– Czy zdarzyło ci się kiedykolwiek umyć jakieś naczynie?
– Oczywiście, że nie – rzuciłam z kamienną twarzą.
Nigdy w życiu nawet nie widziałam zlewu. Byłam na to zbyt rozpuszczona, zbyt bezużyteczna i zbyt uprzywilejowana. To oczywiste.
– Myślisz, że wytrwasz w tej roli dłużej niż dwadzieścia cztery godziny?
– Nie wiem, ale na pewno wytrwam dłużej niż ty.
Rozciągnął usta tak wolno, że to musiało być zamierzone – zupełnie jakby doskonale zdawał sobie sprawę z tego, jak bardzo zmrozi mi to krew w żyłach, i chciał się tym jak najdłużej napawać.
– Czy to wyzwanie, Liszajko?
– Bardziej obietnica.
Kąciki ust drgnęły mu arogancko w rozbawieniu, kiedy znowu podebrałam mu kubek.
– Omówmy warunki. – Zaskakująco szybko się rozbudził jak na tak wczesną porę, nawet biorąc poprawkę na kawę. – Ty pierwsza.
Czemu nie? Przyszłam przygotowana.
– Trzydzieści dni, ty i ja. Możesz mnie torturować do woli, ale jeśli wytrwam do końca, zostawisz w spokoju mnie, mojego brata i całą moją rodzinę. Wydasz oświadczenie za pośrednictwem każdego medium należącego do 6Queue, w tym Pana Plociucha, przyznając, że kampania oszczerstw wymierzona w Adriena to sfabrykowane brednie. A potem wystosujesz publiczne przeprosiny, po mojej uprzedniej akceptacji. – Zrobiłam pauzę, pozwalając przez chwilę wybrzmieć ciszy, zanim zadam ostateczny cios, i spokojnym, miarowym tonem dodałam: – I jeszcze jedno: chcę porozmawiać z Rosie. Twarzą w twarz.
Na te słowa jego rozbawienie ustąpiło miejsca czemuś bardzo wrogiemu i nieprzyjemnemu.
– Ona nie chce cię widzieć.
– Niech sama mi to powie.
W ciągu ostatnich ośmiu lat moja rodzina wielokrotnie próbowała się z nią skontaktować, żeby porozmawiać i wszystko sobie wyjaśnić, ale bezskutecznie. A ja miałam silne przeczucie, że to zasługa Dominica.
– A jeśli się nie zgodzę? – spytał.
– To zostawimy to naszym prawnikom – oznajmiłam.
Nie byłam pewna, co mogliby zrobić, żeby Dominic przestał manipulować zza kulis moim życiem zawodowym, ale zawsze warto było spróbować. A kiedy moi rodzice dowiedzą się, że wziął sobie na celownik również ich drugie dziecko, to nawet Dziadzio nie zdoła ich powstrzymać przed podjęciem stosownych działań.
Tyle że wtedy do tego stopnia ugrzęźniemy w trybach biurokratycznej machiny, że przez całe lata Dominic i ja nie będziemy mogli zamienić ze sobą nawet jednego słowa bez obecności prawnika. I on dobrze o tym wiedział.
Posłałam mu wymowny, szelmowski uśmiech.
– Taa, ale jaka z tego frajda? – odparł.
Najwyraźniej preferował walkę w klatce. Trzydzieści dni pełnej swobody, w ciągu których będzie mógł mnie dręczyć i upokarzać tak bardzo, jak o tym marzył od czasu, kiedy byliśmy nastolatkami. Czegóż chcieć więcej?
– Przecież i tak nie wierzysz, że wytrwam dwadzieścia cztery godziny, nie mówiąc już o pozostałych...
– Sześciuset dziewięćdziesięciu sześciu.
Uśmiech mi zadrżał. Ale z niego nerd.
– Nie mówiąc już o pozostałych sześciuset dziewięćdziesięciu sześciu.
Byłam słaba, rozpuszczona i łatwo mnie było złamać. Nie miał żadnego powodu do obaw. Absolutnie żadnego.
Przyglądał mi się przez dłuższą chwilę, jakby się zastanawiał.
– Jeśli zrezygnujesz przed upływem trzydziestu dni, przyznasz, że ją wrobiłaś.
Musiałabym być bliska śmierci, żeby to zrobić – choć pewnie nawet wtedy bym tego nie zrobiła – ale zgoda. Upiłam kolejny łyk, pozwalając, żeby Dominic kontynuował.
– Napiszesz oświadczenie, w którym wyjaśnisz, że podłożyłaś biżuterię w jej samochodzie, zrobiłaś zdjęcie i niesłusznie oskarżyłaś moją matkę, która od czternastu lat była twoją gosposią, która cię kochała i traktowała jak córkę, o coś, za co mogła trafić za kratki na dziesięć lat. Wcale nie dlatego, że była winna, tylko dlatego, że twoją rodzinę stać było na lepszych prawników niż kobietę, która szorowała wasze toalety. – Im dłużej mówił, tym większą pogardą ociekał jego głos, aż w końcu brzmieniem zaczął przypominać chrzęst zwęglonego żwiru. – Opublikujesz je na wszystkich swoich profilach społecznościowych, a ja już zadbam o to, żeby rozprzestrzeniło się jak wirus i żeby wszyscy w końcu się dowiedzieli, jaką nikczemną i samolubną wiedźmą jest tak zwana tajemnicza i nieuchwytna księżniczka Cloutier.
Kawa nagle zrobiła się za gorzka, żeby dało się ją przełknąć. Odstawiłam kubek na stolik i ignorując bolesny ucisk w klatce piersiowej, starałam się zapanować nad mimiką.
– Dobra.
Ścięgna jego szyi się napięły. Dopiero po kilku sekundach ochłonął na tyle, żeby powiedzieć:
– A co do tej pracy, to będziesz robić wszystko, co robiła ona. Wszystko. Przygotuję dla ciebie listę zadań na podstawie jej dawnego grafiku. Będziesz miała czas do północy, żeby uwinąć się ze wszystkim, co będzie do zrobienia danego dnia. Jeśli się nie wyrobisz, przegrasz.
Pokiwałam głową, przełykając gulę, która wyrosła mi w gardle.
– Ale później będziemy kwita – powiedziałam. – To się skończy. Zostawimy się nawzajem w spokoju. Tym razem już na zawsze. Ty będziesz trzymał się z dala ode mnie, a ja od ciebie. Możemy być nawet dla siebie jak zupełnie obcy ludzie.
Towarzyszące temu stwierdzeniu uczucie niepokoju, związane ze świadomością, że tak być nie powinno, było naprawdę dojmujące, ale zdołałam je odgonić. Nie miałam żadnych złudzeń ani nierealnych wyobrażeń, jeśli chodzi o bezwzględnych, niegodnych facetów. Rosie mnie tego nauczyła.
Dominic mierzył mnie gniewnym wzrokiem prawie przez minutę, ale w końcu skinął głową.
– Zgoda.
Żołądek, który był już zaciśnięty w supeł, skręcił mi się jeszcze mocniej na widok jego wyciągniętej ręki. Wiedziałam dokładnie, czego mogę się spodziewać, kiedy ją uścisnęłam, ale te przyjemnie ciepłe iskierki, które rozeszły się po moim ciele, i tak sprawiły, że puls mi przyspieszył. Nawet teraz, chociaż minęło osiem lat.
– Zgoda.
[...]
