19,99 zł
Co, gdy praca zdalna staje się polem bitwy w korporacyjnym chaosie?
Darek – specjalista IT i samozwańczy mistrz przetrwania w realiach home office – wraca z urlopu prosto w wir zawodowych absurdów. Juniorzy, korporacyjne procedury, nieoczekiwane demo, wdrożenia na ostatnią chwilę i wszechobecna „procesologia” to tylko część jego codziennych zmagań. A gdy wydaje się, że nic gorszego już go nie spotka…
Czy Darek wygra tę nierówną walkę z terminami, ryzykami i niekompetentnym Prezesem? Kto kogo szybciej pokona – Darek system czy system Darka? Kiedy biurko od łóżka dzieli jedynie dziewięćdziesiąt centymetrów, ciężko odróżnić rzeczywistość od snu…
Uwaga. Istnieje prawdopodobieństwo, że po przeczytaniu tej książki poczujesz się dokładnie tak jak Darek. Serio.
Błyskotliwa, pełna ironii i gorzkiej prawdy opowieść o życiu w IT, w którym każdy dzień to nowa, niechciana aktualizacja.
Grzegorz Sztandera – autor książek dla dzieci i dorosłych oraz międzynarodowy prelegent od lat związany z branżą technologiczną. Na co dzień zarządza projektami i nadzoruje wdrażanie nowoczesnych metod pracy w IT. Jego zdaniem dobre historie powinny bawić, inspirować i skłaniać do myślenia, dlatego w każdej ze swoich książek stara się łączyć humor z wnikliwą analizą rzeczywistości.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 147
Grzegorz Sztandera
Saga
IT GO HOME
Zdjęcia na okładce: Midjourney
Copyright © 2025, 2025 Grzegorz Sztandera i Saga Egmont
Wszystkie prawa zastrzeżone
ISBN: 9788727290324
1. Wydanie w formie e-booka
Format: EPUB 3.0
Żadna część niniejszej publikacji nie może być powielana, przechowywana w systemie wyszukiwania danych lub przekazywana w jakiejkolwiek formie lub w jakikolwiek sposób bez uprzedniej pisemnej zgody wydawcy, ani rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie oprawy lub z okładką inną niż ta, z którą została opublikowana i bez nałożenia podobnego warunku na kolejnego nabywcę. Zabrania się eksploracji tekstu i danych (TDM) niniejszej publikacji, w tym eksploracji w celu szkolenia technologii AI, bez uprzedniej pisemnej zgody wydawcy.
Język, postacie i poglądy zawarte w tej publikacji nie odzwierciedlają poglądów ani opinii wydawcy. Utwór ma charakter publikacji historycznej, ukazującej postawy i tendencje charakterystyczne dla czasów z których pochodzi.
www.sagaegmont.com
Saga jest częścią Grupy Egmont. Egmont to największa duńska grupa medialna, należąca do Fundacji Egmont, która każdego roku wspiera dzieci z trudnych środowisk kwotą prawie 55 milionów złotych.
Vognmagergade 11, 2, 1120 København K, Dania
Dla tych, którzy są zawsze na pełnym edżajlu…
Zaurlopie
Zanikający półmrok i brzęczące dźwięki kolejnego budzika w telefonie nie zwiastowały sukcesu. Tym bardziej, że leżący na łóżku Darek nie dawał oznak życia, a na pewno nie wykazywał objawów przebudzenia. Ósma na zegarku już dawno obwieściła w swojej prostocie wiele zmian. To właśnie dziś jest dziewiąty grudnia. Poniedziałek. Pierwszy dzień po urlopie Darka. Pierwszym urlopie od kilku lat pracy w Software House’ie. Wyczekiwał na niego, realizując bez wytchnienia nie tylko projekty informatyczne, ale też coraz to nowe zachcianki Prezesa. Normalny człowiek narzekałby, że jak to – dwutygodniowy urlop na przełomie listopada i grudnia? Przecież to szaleństwo, idiotyzm, abstrakcja. Ale nie Darek – on wiedział, że albo teraz, albo nigdy. Wybrał teraz, żeby nigdy nie żałować. Kolejne coraz to bardziej ekstrawaganckie dźwięki budzika zaczęły odnosić powolny sukces. Darek budził się i uświadamiał sobie w jak czarnej otchłani się znalazł. Sypialnia wyglądała jak zwykle – żona zostawiła rozbebłaną kołdrę, na podłodze walały się ubrania dzieci, a pies patrzył na niego takim wzrokiem, jakim patrzeć może tylko pies.
Znowu ubierała dzieciaki w naszym łóżku?
– Darek zwrócił się do psa z tym jakże retorycznym pytaniem. Nie przeszkadzało mu to, że w nowoczesnej, rustykalnej sypialni jak z okładki najnowszego magazynu wnętrzarskich trendów, tworzy to obraz makabrycznego burdelu. Do tego już przywykł. Problemem była praca Darka, który jako Kierownik Projektów IT w post–pandemicznym świecie po prostu pracował z domu. A jego biuro bezpośrednio sąsiadowało z łóżkiem. Te dziewięćdziesiąt centymetrów odległości sprawiało, że siedząc na spotkaniach z włączoną kamerką widać było jego sypialnię w całej okazałości. I teraz on – rozpoczynający swój pierwszy dzień po urlopie i niezdający sobie sprawy z tego która jest godzina, musiał ten burdel posprzątać. Zanim się za to zabrał, zdał sobie jednak sprawę co wskazuje zegarek. Nie było innego wyjścia niż przemieścić się do biura i rozpocząć pracę w bokserkach z Grinch’em i w podkoszulce nocnej z napisem „Klepię kod, nie biedę!”. Włączył komputer, pominął monit o zmianę hasła i od razu wszedł spóźniony na Daily. Tak naprawdę Daily to takie podsumowanie planu dnia – jak w przedszkolu dla dzieci. Tylko tutaj podobno to nie przedszkole tylko praca, a zamiast dzieci są dorośli. Nie zdziwiło go więc, że rozmowa toczy się o ostatnim weekendzie, a nie o projekcie. Norma.
Nie ma kierownika to nikt nic nie robi. Boże co za przedszkole…
– pomyślał Darek po czym przywitał się, przeprosił za spóźnienie i zaczął pytać o postęp prac w projekcie przez ostatnie dwa tygodnie jego nieobecności. Nie przeliczył się. Ta banda informatycznych nierobów – ludzi, którzy liczą tylko dni do wystawienia kolejnej faktury na B2B – nie zrobiła prawie nic. A niedługo wypadał termin zaprezentowania demo dla klienta. Nawet nie zauważyli że Darek nie włączył kamerki. Nie zapytali o jego urlop. W umyśle Darka pojawił się obraz masakry. Takiej, jakiej nie da się opisać nawet w najlepszej książce. Projekt wdrożenia nowej aplikacji sklepu internetowego leżał i kwiczał, lepiej niż najgłośniejsze świnie w chlewiku. Pewnie mógłby temu zaradzić gdyby tylko wcześniej spojrzał na postępy w systemie, zweryfikował taski z ostatniego sprintu, sprawdził czy w ogóle pomyśleli o wdrożeniu czegoś na produkcję…
Ale zaspał. A wczoraj, kiedy wrócili do domu wieczorem, nie miał nawet ochoty otwierać klapy laptopa. W sumie to żałował trochę, że nikt nie okradł domu podczas ich nieobecności. Albo że chociaż nie ukradł służbowego laptopa. Może za rok… Tym czasem miał piętnaście minut do kolejnego spotkania. Wiedząc co się święci nacisnął przycisk myszki na ikonie listu. Zbliżał się Armagedon. W sumie to mógł przyjmować zakłady ile to maili dostanie podczas dwutygodniowego urlopu, ale prawie tysiąca to się jednak nie spodziewał. Ludzie ludziom zgotowali ten los. A w kącie od wczoraj czekały walizki do rozpakowania…
Dobra, czas na śniadanie
– pomyślał Darek. Ale wiedział już, że śniadaniem będzie szybka kawa i ewentualnie owsianka - albo kanapka jeśli dzieciaki przed wyjściem czegoś nie dojadły. Nie dojadły, i dobrze. Darek był po części uratowany. Sypnął trochę karmy do psiej miski, ogarnął się w łazience, przebrał i posprzątał sypialniano–biurowy burdel.
Z wierzchu ogarnięte, można wracać do korpo
– pomyślał. Projekt Darka nie był w zbyt dobrej kondycji. Firma dla której go realizowali była jednym z dwóch głównych kontrahentów Software House’u. Dla Prezesa była to sprawa priorytetowa – jeśli Darek zawali, to tak, jakby Software House’owi uciąć jedną z dwóch nóg. Więcej ich nie było i nie było też widać nowych na horyzoncie. Chyba że protezy. Sklep internetowy był więc priorytetem zarówno dla klienta, jak i dla Prezesa. W trakcie pandemii klient sam, na szybko, sklecił sobie sklepik. Do pewnego momentu wszystko dobrze żarło, ale ostatecznie zaczęło zdychać. Dociąganie wszystkiego sznurkami, albo na „gwózdek” i „kropelkę”, nie mogło trwać w nieskończoność. Pomijając już fakt, że interfejs użytkownika przypominał serwis ZUS–u, to zwiększająca się ilość klientów i produktów powodowała niemałe problemy nie tylko z rozwojem, ale i z bieżącym utrzymaniem tej samoróbki. A Prezes nie byłby sobą gdyby nie naobiecywał że mamy idealne rozwiązanie na tą sytuację. Nie tylko idealne, ale w zasadzie już gotowe i czekające tylko na personalizację, i na implementację. Ale to była tylko iluzoryczna rzeczywistość wijąca się w głowie Prezesa, który widział już złote monety na horyzoncie. Monety za które kupi sobie najnowocześniejszego robota koszącego do swojego ogrodu. W rzeczywistości na samym początku nie było nic. Ani produktu, ani kodu, ani zespołu… Nie było nawet koncepcji. Ale Prezes był dobrym sprzedawcą. Wysłuchał problemów, wysłuchał potrzeb i – parafrazując je – opisał nasz nieistniejący produkt jako gotowy do wdrożenia. Lata pracy na ryneczku – sprzedając warzywa z busa – zrobiły swoje. Darek od zawsze dziwił się historii tej przemiany - od bazarowego handlarzyka do wielkomiejskiego Prezesa firmy informatycznej. Story warte co najmniej jednego wystąpienia na TEDx’ie.
Dzień dobry Panie Prezesie, miło Pana widzieć!
– Darek rozpoczął kolejne spotkanie. Był do niego przygotowany jedynie w warstwie wizualnej, bo na pewno nie w merytorycznej. Zdążył tylko rzucić okiem po tytułach maili, więc nie dawało mu to zbyt dużej przewagi. Prezes również nie zapytał go o urlop – wtrącił jedynie że dobrze że wrócił, bo klient niecierpliwi się przed demo.
Jasne, a ja to sobie siedzę, relaksuję się z nogami na stole i to jeszcze na pełnym luziku…
– pomyślał Darek. Chociaż od razu zaczął się zastanawiać, czy na pewno to tylko pomyślał, czy jednak w porannym roztargnieniu nie powiedział tego głośno do Prezesa. Zero empatii. Z obu stron. Tym razem udało się zapewnić Prezesa że wszystko idzie dobrą drogą. Darek nie dodał tylko że dobrą drogą, ale do katastrofy. Zbyt drobny szczegół żeby o nim wspominać. Ważna jest droga. A jeśli jest dobra, to dobrze. Nikt nie pytał w końcu o jej koniec, o metę, o finisz… Sam zresztą dał Darkowi projekt który był wyceniany na maraton, a czasu na realizację było tylko na bieg na czterysta metrów. I to przez płotki. Ludzki ten Prezes. Nie dość, że dał Darkowi dwa tygodnie urlopu by udobruchać kontrolerów z Państwowej Inspekcji Pracy, to jeszcze zapewnił go, że pod koniec roku nie ma sensu spędzać dłuższego czasu z rodziną - bo to praca jest sensem życia. Darek nie miał więc żadnych perspektyw na świąteczny urlop. Prezes w końcu wiedział, że do kolejnej kontroli realizowanej przez PIP ma co najmniej dwa lata.
Życie przynosi ciągle dylematy – nie wiedział czy powinien zajrzeć w końcu w te e–maile, czy zrobić coś w domu - żeby żona nie warczała jak wróci z dzieciakami po pracy. Sprawa rozwiązała się bardzo prosto – Darek nie chciał prać dywanów, a zachowanie psa niechybnie wskazywało że jest już do tego blisko. Wyszedł na spacer, chociaż w ten zimowy poranek nie miał pewności kto tu kogo wyprowadzał. Wyciągnął swoje ulubione papierosy – bliskowschodnie, bez akcyzy – zapalił i oddał się uderzeniu nikotyny. W połączeniu z mrożącym powietrzem kop był całkiem niezły - jak dla nałogowego palacza od dwudziestu lat. Zamyślił się i tylko ostatki podświadomych odruchów uchroniły go od wdepnięcia w… skrócony opis życia wielu korpoludków. Po powrocie do domu chwycił za drugie śniadanie – „batonika”, jak zwykł nazywać pełnowymiarową tabliczkę czekolady. W swojej przenikliwości istniejącego świata Darek wiedział, że zwykłe batoniki to tylko wersje demo.
Rozpakował walizki, wrzucił pranie do pralki, pobawił się chwilę z psem i… szybko tego pożałował. Kolejne pięćdziesiąt maili w skrzynce.
No dobra, czas wziąć się za tą robotę… a gdyby tak zaznaczyć wszystkie maile wcisnąć „control” i „a”, a następnie „delete”?
– pomyślał Darek wiedząc, że to usunęłoby wszystkie wiadomości –
przecież jeśli to byłoby coś ważnego to ktoś napisze drugi raz…
Czuł jednak że nie chce podzielać losu Karola. Karola nie warto przedstawiać gdyż bardzo krótko był częścią Software House’u. On byłby zdolny do skasowania wszystkich maili po urlopie, a może i do kasowania ich każdego dnia pracy? Przynajmniej tak to wyglądało – zero efektów, zero nauki, zero progresu. Jakby dosłownie nic nie robił, a na pewno nie czytał maili.
Uf… udało mu się ograniczyć liczbę maili o jedną trzecią. Darek wywalił wszystkie powiadomienia systemowe które nie miały w tytule słów powszechnie uznanych za alarmujące – jak na przykład „awaria” czy „błąd krytyczny”. Kolejną grupę jaką ogarnął były maile wewnętrzne, ogólnofirmowe. Zaproszenie na firmową Wigilię w przyszły piątek? Super – znowu ochlejmordy będą wynoszeni do zgonowni i zrodzi się kilka nowych układów, romansów, a może i zwolnień. Zamknięcie roku? Pani Halinka może pomarzyć że Darek zajmie się tym w ciągu najbliższego miesiąca, albo nawet i dwóch. Na pewno nie ma na to szans przed pierwszym demo dla klienta. I nie zmieni tego fakt, że Pani Halinka to siostra Prezesa – sroga fest baba słusznych rozmiarów pilnująca kasy (albo robiąca na tą kasę nieprzemijający skok…). Raport od Scrum Mastera? Znowu velocity w dół, ilość niezrealizowanych story pointów podczas ostatnich sprintów poszybowała w górę, nowe ryzyka i tradycyjna gównoburza na retro. Nic o czym Darek chciałby czytać, nawet jeśli się rzeczywiście wydarzyło. Niespodziewanie wpadło nowe zaproszenie od Prezesa na jutro rano na calla. „Rozwój firmy” – tytuł brzmi intrygująco. Może to być zarówno sukces z pozyskania nowego klienta jak i prezentacja nowej bety Prezesa. Jedno i drugie nieistotne dla Darka, ale zajmujące jego cenny czas.
Adam świecił się na zielono. No może niedokładnie Adam, lecz jego status na komunikatorze. Darek kliknął przycisk połączenia i oczekiwał czy jego serdeczny kolega – współwięzień tego losu – odbierze połączenie. Adama poznał pierwszego dnia pracy i od razu się zakumplowali. Wybitny specjalista, informatyk i do tego ekstrawertyk z głową na karku. Rarytas. Jak rodzynek w żuliku z podrzędnej piekarni. Odebrał.
Siema Adaś, jak tam dwa tygodnie samotnie na posterunku?
– zapytał Darek z uśmiechem. Wiedział że podczas jego nieobecności Adam go oficjalnie zastępował, ale wiedział też że jest tak zawalony robotą, że raczej nie dał rady niczego nawet dotknąć. U Adama zgodnie z przewidywaniami – pracowicie. Poplotkowali chwilę co tam nowego w firmie i Adam musiał już uciekać na kolejne spotkanie. Darek trochę zazdrościł Adamowi – ekspert w swojej dziedzinie, niezależny, bez żony i dzieci. Pełna swoboda pracy i działania. Dziwił się czasami dlaczego taki talent marnuje się w Software House’ie, ale nigdy nie miał odwagi go o to zapytać. Może to sentyment, a może współczucie do Prezesa? Przecież bez Adama to wszystko posypałoby się jak domek z kart. Adamowi zazdrościł też kochanki, a raczej tego że może ją mieć, lub nie mieć. Od dłuższego czasu była to Jowitka. Nie dziewczyna, narzeczona czy partnerka. Adam zwięźle i stanowczo nazywał to romansem. Darek nigdy nie poznał Jowitki, ale uważał że to w sumie dobrze – po co miałby urealnić sobie obiekt swojej zazdrości. Teraz był on takim jakim Darek chciał go widzieć, a nie takim jakim jest naprawdę. Czas zejść na ziemię i posłuchać żołądka. Lodówka pusta, jedzenie po dzieciach już dawno było tylko wspomnieniem, a przed Darkiem jeszcze długi dzień pracy. Sięgnął po telefon, odpalił aplikację i zaczął wybierać. Głód wskazał mu jedyną właściwą opcję – pizzerię obok domu. Najbliżej, najszybciej, nie najsmaczniej. Jak zwykle – dla szydery – wybrał pizzę Prezesowską. To trochę jak psychoterapia – zajadanie problemów. I to z szynką, salami, pieczarkami i jalapeño. Będzie paliło dwa razy.
Czekając na pizzę Darek wbił na cotygodniowe spotkanie z innymi „Project Managerami” – jak zwykła się nazywać reszta osób na tym samym stanowisku. Bo po amerykańsku to brzmi dumnie. A przynajmniej mogą tym podbudować swoje ego. Darek wiedział że to bez różnicy. Wolał być prostym, polskim, patriotycznym Kierownikiem Projektów Informatycznych. Nie miało to jednak teraz żadnego znaczenia. Wiedział że na tym spotkaniu na początku zapytają go o urlop. I nie zrobią tego z zazdrości czy z ciekawości. Zrobią to tylko i wyłącznie z prostego, i z chłodnego korpo–wyrachowania. Nie wypada nie zapytać. Wypada wręcz zapytać się jako pierwszy, a jak już nie jako pierwszy, to pochwalić, dopytać o coś – generalnie dać głos, zaszczekać publicznie. Darek musiał więc odpowiedzieć…
Rewelacyjny urlop, odpocząłem jak nigdy dotąd – piasek, plaża, ciepła woda, drineczki – radość życia i esencja relaksu
– tak im odpowiedział Darek, a co. Też potrafił w ten korpo–bullshit. Ale tego nienawidził. Jego zdaniem te spotkanie były całkowicie zbędne. Szukanie na siłę problemów, których propozycje rozwiązań poprawiały notowania marketingowe pomysłodawcy u Prezesa. Omijanie spraw trudnych i niewygodnych, okopywanie się w swoim obszarze i wytaczanie najcięższych dział, jeśli tylko inny Project Manager wściubiał swój nos tam gdzie nie powinien. To była klasyka każdego tygodnia. Jak nieprzemijająca lista przebojów. Co tydzień to samo notowanie, te same pozycje na pudle, ci sami wykonawcy i kompozytorzy. Tylko zamiast Chopina, Rachmaninowa czy Moniuszki, był Karolewski, Majchrzak i Wacław z Szamotuł. Bezproduktywna stypa służąca tylko temu, żeby nikomu nie powypadały trupy z szafy.
Najwyższy czas rozprawić się z Prezesem i jego czterdziestoma dwoma centymetrami
– pomyślał Darek odbierając pizzę od dostawcy. Czterdzieści dwa centymetry u wielu wywarłoby wrażenie i spowodowało zaczerwienienie na policzkach. Ale nie u Darka. On, z czosnkowym, wciągał taką pizzę na raz. Przyzwyczajenie z pracy w biurze kiedy maratony spotkań powodowały, że na jedynej zwykle przerwie, trzeba było uzupełnić zapasy kalorii na resztę pięknego dnia w Software House’ie. Prezesowska jak zwykle okazała się smaczna, a sos odpowiednio naczosnkowany. Wstrząśnięty, nie zmieszany. Darek nie docenił jednak dwóch tygodni All Inclusive i poziomu przejedzenia z tego powodu. W kartonowym pudle pozostał jeden, samotny trójkącik. Ale Darek się już nasycił. Pizzą. Bo pracą nasycił się wystarczająco mocno już wcześniej – widząc liczbę nieprzeczytanych e–maili.
Było już Daily z zespołem, Prezes, Adam… czego tu jeszcze mogło zabraknąć do szczęścia? Kolejnych spotkań, maili i nieprzewidzianego trucia dupy przez randomowe osoby. Maszyna losująca, zwana kalendarzem, tym razem wylosowała zdzwonkę ze Scrum Masterem. Darek na początku cieszył się że jest to mężczyzna. W końcu chłop z chłopem szybciej dojdzie do porozumienia. Okazało się jednak, że Romek ma więcej ciężkich dni w miesiącu niż mają wszystkie pozostałe płcie razem wzięte. A jest ich co najmniej pięćdziesiąt. Nie to że nie ogarniał, chociaż w sumie to nie ogarniał. Chodziło bardziej o fakt, że nie miał do tego talentu. Tego biznesowego sznytu. Był przewidywalny i przezroczysty jak misie Haribo. I tak podatny na wpływy że uginał się pod naporem każdej prośby. Jak ta żelka. Roman zdał krótkie sprawozdanie z ostatnich dwóch tygodni. Nic nowego dla Darka – to że jest lipa wiedział już po porannym Daily. Retro jak zwykle pokazało niezadowolenie, przepracowanie, niezrozumienie wymagań i ukazało wszystkie pozostałe problemy, jakie mogą wynikać z tego, że informatykowi każe się w pracy pracować. Po szybkiej rozmowie o planowaniu kolejnego Sprintu, Darek już wiedział że zapowiada się kolejny wyścig żółwi. Dobrze że velocity nie może być ujemne, chociaż z tym zespołem rzeczy niemożliwe wydają się być powszechne jak Żabki na mieście. Mityczne velocity, miara wykonanej pracy w określonej jednostce czasu. Może bardzo ładnie wyglądać na wykresie i w tym samym momencie być całkowicie oderwane od rzeczywistości projektowej.
Nadszedł czas żeby zajrzeć do zadań dla zespołu. Do tak zwanego backlogu, którego Darek był właścicielem. Tam znajdowały się wszystkie brakujące ficzery jakie musiały zostać dostarczone. Od kiedy rozpoczął ten projekt miał nieustanne wrażenie, że backlog puchnie zamiast się zmniejszać. I oczywiście kiedy tylko zaczął się skupiać na backlogu, zadzwoniła żona. Jakby mało czasu ze sobą spędzili przez ostatnie dwa tygodnie podczas urlopu. Ale wiadomo – są sprawy pilne i pilniejsze. Przypomnienie o wizycie u kosmetyczki, którą Darek od dawna miał wbitą do kalendarza na telefonie, należało do tych drugich. Ale przypomniało mu to także, że dzisiaj to on odbiera dzieciaki. Z backlogu przez cały ten urlop zniknęły tylko dwa taski. Zawsze to jakiś sukces. Spojrzał na listę funkcjonalności wymaganych do zaprezentowania klientowi demo.
Nie jest źle, przy dobrym pilnowaniu zespołu zapowiadał się już tylko jeden sprint. Byle do Świąt…
– pomyślał Darek i zaczął przerzucać taski między backlogiem, a sprintami. Do wewnątrz–zespołowego demo zostało już tylko piętnaście minut. W sam raz na kawkę i ostatni kawałek pizzy.
A niech się Prezes udławi!
– powiedział głośno Darek, a pies jedynie wesoło zamerdał ogonem. Lubił siedzieć przy Darku podczas jego spotkań. Czasami Darek odnosił wrażenie, że pies miał mądrzejszy wyraz twarzy od wielu osób, które codziennie widział na ekranie monitora. No cóż, nawet jeśli tak nie było, to na pewno pies był do niego bardziej przyjaźnie nastawiony niż oni. Czas start – przegląd osiągnięć ostatniego sprintu właśnie się rozpoczął. Z zaplanowanych dwóch godzin Darek podejrzewał, że z progresem jaki został opisany na Daily, nie zajmie to więcej niż dwóch kwadransów. To byłoby całkiem w porządku – zdążyłby odebrać dzieciaki jeszcze przed największymi korkami. Zamiast tego wsłuchiwał się jednak w opowieści o nowych funkcjonalnościach, widząc jednocześnie po prezentacji, że nawet nie są najgorsze.
To można, o dziwo, pokazać klientowi
– pomyślał Darek widząc kolejny feature zaprezentowany przez programistę z zespołu. Nie no, było naprawdę dobrze. Wręcz zacnie. Może dowieźli niewiele, ale za to z całkiem dobrą jakością. Tak to go podbudowało, że zaproponował od razu zaplanowanie kolejnego sprintu, a zespół – również o dziwo – zgodził się bez marudzenia. W związku z tym spotkanie potrwało ponad godzinę i jechanie po dzieciaki nie miało już teraz sensu – a nóż zadzwoniłby Prezes albo Pani Halinka. Albo ktoś zauważyłby jego nieobecny status na komunikatorze? To było za duże ryzyko pierwszego dnia po urlopie. Mógł co prawda pokombinować – słyszał o programach symulujących ruch myszką – ale te były już wykrywane przez wewnętrzny dział IT. Gdyby miał kota zamiast psa to wtedy byłby uratowany. Kot i mysz – idealne połączenie, zwłaszcza jakby się mysz kotu przywiązało do ogona. Perpetuum mobile. Produktywność poziom milion.
Wrócił więc do przeglądania maili. Prezes wysłał znowu zdjęcia swojego ogródka. Lubił się nim chwalić i często opowiadał o tej pasji na spotkaniach. Oczywiście nikogo nie interesowało jak się przygotowuje ogród do zimy albo dlaczego należy przyciąć i okryć róże przed zimnem. Czasami jednak zdarzały się ciekawe opowieści – jak ta o różnicach między odmianą pomidorów Bumble Bee a Aurija. Jedne wyglądają jak winogronowe płomienie, a drugie jak plenne penisy. Takie rzeczy się zapamiętuje. Mimochodem. Wśród maili od Prezesa najgroźniej wyglądał ten z tytułem „demo, pilne!!!!!!!!!”.
Więcej wykrzykników na końcu się chyba nie zmieściło pacanie
– ironizował w głowie Darek. Podczas porannej rozmowy Prezes wspominał co prawda o demo, ale było ono już od dawna zaplanowane na drugą połowę stycznia. Jak się jednak okazało nastąpiło klasyczne dla projektów w Software House’ie zakrzywienie czasoprzestrzeni. Tak, ni stąd ni z owąd, Prezes spotkał się z klientem i jak Święty Mikołaj powiedział, że tak dobrze nam idzie, że do końca roku zaprezentujemy pierwszą działającą wersję systemu.
Tak naprawdę to ja ją zaprezentuję, bo on będzie tylko siedział i ślinił się na myśl o wystawieniu faktury za ten etap jeszcze w tym roku
– powiedział sam do siebie Darek. Ale nie było tragedii. Skoro cały zakres dla tego etapu właśnie zaplanował na ten sprint, to pozostało jedynie przekazać zespołowi że muszą się trochę sprężyć. Tak o pięćdziesiąt procent – żeby być gotowym na przyszły tydzień. Będą na pewno marudzić, ale Darek już spoglądał w taski gdzie można było coś uprościć albo pominąć. Zrobić tak, żeby dla klienta nadal wszystko wyglądało idealnie.
Będzie Pan zadowolony
– powiedzenie to odbijało się echem w umyśle Darka. W końcu kto jeśli nie on mógł naprawiać wszystkie wyskoki Prezesa. No dobra – mógł to być jeszcze Adam, ale tym razem nie trafiło na jego projekt. Analiza tej sytuacji i próba odnalezienia rozwiązania zajęła Darkowi tyle czasu, że już nie miał możliwości doczytania reszty e–maili. Musiał jechać po dzieciaki. Co prawda mógł się spóźnić, ale nie miał ochoty przerabiać punktu z regulaminu przedszkola, punktu mówiącego że jeśli ktoś nie przyjedzie po dziecko do zamknięcia, to pracownicy wzywają policję i przekazują jej dziecko. Gdyby to była tylko kara pieniężna za spóźnienie, to Darek byłby największym donatorem przedszkola w historii. Ale policja – to już nie brzmiało optymistycznie. Wyłączył komputer, ubrał się i poszedł do auta. Droga do przedszkola w normalnych warunkach zajmowała piętnaście minut na piechotę lub pięć minut samochodem. Teraz – w szczycie korków – było to nadal piętnaście minut na piechotę, ale już co najmniej dwadzieścia minut samochodem. Darka zadziwiała ta niemoc techniki – wiele koni mechanicznych pod maską okazywało się nieraz wolniejsze od dwóch ludzkich nóg. Dzisiaj nie było inaczej i do tego spadł pierwszy śnieg. Zapobiegliwi kierowcy jadący pustymi ulicami dwadzieścia kilometrów na godzinę byli jasnym zwiastunem zimy. Śnieg, który od razu topniał dotykając asfaltu, wywierał tak przerażający wpływ na psychikę ludzką jakby droga zamieniła się nagle w lodowisko. W połowie drogi do przedszkola zaczął jednak doceniać tych, co jechali dwadzieścia kilometrów na godzinę. Bo była też druga grupa – tych którzy w swoim buractwie i skąpstwie nie wymienili opon na zimowe. Oni jechali dziesięć na godzinę. W zasadzie niektórzy emeryci na chodniku okazywali się od nich szybsi.
Trudno, muszę wytrzymać bo inaczej znowu spalę klakson i będzie siara w firmie
– powiedział Darek pomiędzy przekleństwami wydobywającymi się z jego ust. Po pół godziny, w zasadzie na ostatnią chwilę, dotarł do przedszkola. Zgarnął dzieciaki i rozpoczął swoje „deja vu” – czyli drogę powrotną. Ta minęła mu już szybciej, bo podczas jazdy słuchał wielu nowych historii z przedszkola. Wracając z dzieciakami do domu kupił po drodze świeże, popołudniowe pieczywo i coś jeszcze na kolację. Zrobił dla wszystkich podwieczorek i poświęcił czas dzieciakom.
