Ebook dostępny w abonamencie bez dopłat od 12.08.2026
Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Kapitan Borys, czarodziejka Rosa oraz nekromanta Feinereth wyruszają z tajną misją zdobycia artefaktu, Serca bogini Mehre.
Władający magią mnich Salvus po powrocie do macierzystego klasztoru zastaje tylko zgliszcza. Celem zakonnika staje się zemsta na najeźdźcach i odzyskanie Serca Mehre. Po przegranej walce z Rosą Salvus zostaje schwytany i wraz z porywaczami zmierza do stolicy Grothlandu. Uwalnia go Fyrwenn, przywódca thar’shirów. Salvus decyduje się do niego przyłączyć, jednak w mnichu rodzi się wewnętrzny konflikt, jako że krwawe porachunki kłócą się z zasadami jego zgromadzenia. Po wielu przygodach i zawirowaniach, które tak czy inaczej sprawiają, że myśl o odwecie odsuwa się w czasie, Salvus musi wreszcie podjąć ostateczną decyzję, jak dalej żyć – pozostać wiernym kodeksowi zakonu czy poświęcić zasady w imię zemsty.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 420
Rok wydania: 2026
Copyright © 2026 by Mateusz Ficek
All rights reserved
Projekt okładki: Tomasz Maroński
Redakcja: Ksenia Olkusz
Korekta: Dorota Piekarska
Skład i łamanie: Karolina Kaiser
Opracowanie wersji elektronicznej:
Książka ani żadna jej część nie może być kopiowana w urządzeniach przetwarzania danych ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.
Utwór niniejszy jest dziełem fikcyjnym i stanowi produkt wyobraźni Autora. Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.
Wydawca:
Drageus Publishing House Sp. z o.o.
ul. Kopernika 5/L6
00-367 Warszawa
e-mail: [email protected]
www.drageus.com
ISBN EPUB 978-83-68593-45-7
ISBN MOBI 978-83-68593-46-4
Tylko krew, trupy i zgliszcza. Tego dnia gniew Salvusa zapłonął jaśniej od ognia w smoczej gardzieli. Uczucie wypleniło swą siłą miłosierdzie, przyćmiło w jego mnisim sercu nawet światło przebaczenia. Zamknął oczy. Znał cenę utraty kontroli. Żywioł mógł bezlitośnie pożreć jego ciało i wszystko dookoła. Na szczęście dobrze zapamiętał nauki starego mistrza Daeriona: „Poczuj przepływ energii i dostrój się do niego. Następnie chwyć strumień mocy pewną ręką i utrzymaj nad nim kontrolę. W przeciwnym wypadku to on będzie kontrolował ciebie. Oddech, spokój i równowaga, Salvusie”. Ostatnie słowa rozbrzmiewały echem w jego głowie. Z każdym wydechem otulające go płomienie wznosiły się w ciasnej spirali, targając jego szatą. Przy wdechu zaś ogień słabł. Salvus oddychał głęboko, lecz wściekłość i ból tętniące w jego piersi nie pozwalały mu odnaleźć spokoju. Gdy otworzył oczy, ujrzał przed sobą oddział piechurów w czerwonych zbrojach. Miecze i groty włóczni wystające poza mur tarcz odbijały pulsujący blask płomieni. Dzieliło ich jakieś pięćdziesiąt kroków.
– Dziesięciu, dwudziestu, trzydziestu. – Salvus liczył, a jego twarz krzywiła się w mieszaninie wstrętu i żalu. Za jego plecami dogorywał zrujnowany klasztor, nieopodal jęknął ktoś śmiertelnie zraniony. – Tak wiele żyć zmuszony jestem odebrać…
Zdawał sobie jednak sprawę, iż nie podoła przeważającej liczbie przeciwników w obecnym stanie. Strudzony wędrówką, osłabiony i bez vreisirskich mikstur dałby radę góra dziesiątce zbrojnych. „Nie mam innego wyjścia”, pomyślał z goryczą. „Wybaczcie, bracia”.
Zacisnął pięści i rozpoczął wypowiadanie zakazanego zaklęcia. Jego głos zadudnił z mocą dziesięciu mężów. Rozmyty, gruby i niesamowicie donośny. Z oczu bił mu żar wzmagający się z każdym uderzeniem serca. Salvus wyciągnął dłonie ku stosom poległych, z których wnet buchnął fioletowo-czerwony obłok. Trupy leżące przy murach się poruszyły, jakby w pośmiertnych skurczach, po czym błyskawicznie zmieniły się w zasuszone kości. Dym niosący energię ciał zbił się w pędzące ku Salvusowi smugi, po czym wtargnął w niego przez usta i nos. Haniebna sztuka nekromancji – Hvoor nal’tum – natychmiast okazała swą szpetną stronę. Pożywienie się mocą umarłych piętnowało ciało i duszę. Czarne żyły pojawiły się na twarzy mnicha, a przez myśli przebiegł mu niezrozumiały szept.
Dźwięk rogu bojowego sprowadził go z powrotem na ziemię. Skryty za formacją dowódca wojsk Grothlandu wzniósł miecz, a opanowawszy narowistego rumaka, wydał rozkaz do ataku. Salvus poprawił kaptur i uśmiechnął się spod niego paskudnie.
– Już ja z wami zatańcuję.
Żołnierze z okrzykiem ruszyli naprzód, nabierając pędu. Salvus wystąpił im naprzeciw, składając palce w kilka następujących po sobie symboli. Wyglądało to trochę tak, jakby próbował wytrząsnąć coś z rękawa. Gdy ostatni z glifów zaiskrzył na jego szponiastych palcach, mnich się zamachnął, wykonał szybki obrót i wypchnął dłoń w stronę nadciągających wrogów.
– An! – Tubalny, przesiąknięty magią głos poniósł odpychającą falę ku szturmującym piechurom.
Niewidzialna pięść wdarła się w ich szeregi, wyrzucając pierwszą linię w powietrze niczym szmaciane lalki. Salvus nie trwonił ani chwili. Z prędkością myśli wyprowadził kolejny atak, tym razem nasycony mocą ognia. Każdemu przecinającemu powietrze wymachowi, ciosowi i kopniakowi maga towarzyszyła sylaba wykrzykiwana w języku żywiołów. Wypowiadane glify mógł wykorzystywać na zmianę ze złożonymi w palcach symbolami, znaczyły bowiem to samo. Klucz stanowiło skomponowanie ich z właściwym ruchem ciała, a najpotężniejszym połączeniem było wykorzystanie wszystkich trzech elementów jednocześnie.
– Li! – Moc glifu przeszyła przestrzeń, a grad ognistych pocisków zasypał Grothlandczyków.
Każdy ruch jego ciała nadawał magicznym atakom odpowiedni kształt, moc i prędkość. Mnisi z Chin’vel doskonalili tę sztukę od wieków. Metaliczny głos Salvusa rozchodził się po polu bitwy, wprawiając powietrze w wibracje. Magiczny taniec nabierał tempa. Każde uderzenie kosztowało Salvusa wiele energii, lecz dawało efekt adekwatny do wysiłku. Kule ognia, ogniste bicze i fale płomieni pożerały zwartą formację wroga kawałek po kawałku. Ten mnich bez wątpienia znał swe rzemiosło. W pędzie łączył uderzenia, układając kombinacje ciosów, wplątując w nie skoki, piruety oraz tupnięcia. Poruszał się z lekkością i gracją kontrastującymi z nieokiełznaną furią wypisaną na jego gadzim pysku.
– Ka-Lar-Li!
Ogień zbierał krwawe żniwo w szeregach opancerzonych szturmowców. Mimo to trzech żołnierzy zdołało zbliżyć się do Salvusa na odległość dźgnięcia włócznią. Mnich uchylił się przed ciosem, skrócił dystans i przyłożył skamieniałą pięścią w tors piechura. Siła uderzenia wgniotła napierśnik, odrzucając przeciwnika na kilka kroków. Nie wstał już.
Kolejna włócznia otarła się o szyję Salvusa. Ten pochwycił ją, złamał niczym zapałkę, po czym wbił szpic w oko Grothlandczyka. Trzeci śmiałek wziął nogi za pas. Ich szeregi przerzedziły się na tyle, że zmuszeni byli do niezgrabnego odwrotu. Płomienie wirowały nad wypaloną ziemią, przechodząc ze spirali w zamknięty pierścień. W środku stał on, upojony krwią przeciwników – zmiennokształtny półczłowiek, półgad. Żądza zemsty zdarła człowieczeństwo z jego łuskowatej twarzy.
Dostrzegłszy uciekających niedobitków, ruszył pędem za nimi, zostawiając za sobą ognistą smugę. Doganiając ich, złożył palce w trzech szybkich ruchach, po czym wystrzelił w górę w niewiarygodnym skoku. Spadając, wychylił głowę naprzód i zwieńczył atak, wykrzykując glif Ki, symbolizujący smoka. Powietrze przeszyła fala uderzeniowa, a z jaszczurzej paszczy wystrzeliła śmiercionośna wiązka ognia. Salvus zdołał nagiąć moc glifu do własnej woli tylko przez krótki moment, lecz wystarczyło to w zupełności. Płomienie w mgnieniu oka pochłonęły rozproszonych żołnierzy, nadtapiając ich zbroje.
Mnich wylądował twardo, ogon pomógł mu utrzymać równowagę. Smoczy ogień poparzył mu usta i dłonie. Winien był oszczędniej korzystać z mocy, wszak to jeszcze nie koniec walki. Wzrok Salvusa przeszył otaczającą go pożogę. Grothlandzkiemu dowódcy całkiem zrzedła mina. „No dalej, rycerzyku”, pomyślał jaszczur, ciężko dysząc. „Pognaj konia!”
Salvus zmrużył powieki, gdy u boku dowódcy zjawiła się tajemnicza postać, której nie dostrzegł wcześniej. Wystąpiła ona śmiało w stronę maga, odrzucając na bok przydużą opończę. Była to szczupła kobieta o czarnych, krótkich włosach. W marszu jakby od niechcenia wygięła palce w szybkim geście, a pod jej stopami wyrosła nabierająca prędkości ruchoma tafla lodu.
Była to jedna z kilku sztuk magicznych bazujących na sile woli i koncentracji na wizualizacji efektu. Nie polegała ona na cielesnej współpracy z żywiołem, jak w przypadku bojowych technik mnichów z Chin’vel, a na całkowitym podporządkowaniu i uprzedmiotowieniu magii. Dawało to mniej niszczycielskie efekty, lecz pozwalało na swobodę oraz precyzję manipulacji, którą ograniczyć mogła jedynie siła umysłu czarownika.
Lód niósł czarodziejkę szerokim łukiem, tak by mogła zaatakować Salvusa od flanki. Wymusiła tym samym zmianę jego pozycji. Ten, co prawda, obrócił się, lecz kątem oka wciąż baczył na ruchy grothlandzkiego dowódcy. Jednakże rycerz tylko przyglądał się starciu spod wojskowego sztandaru i nie kwapił się zbytnio do bezpośredniej konfrontacji. Wtedy jaszczur ze zgrozą pojął, że Grothlandczyk był gotów poświęcić oddział, by go zmęczyć.
Gdy czarodziejka nabrała pędu, wyskoczyła w górę i posłała w stronę mnicha lodowe strzały. Odłamki lodu przecięły powietrze z jękiem. Salvus zaklął szpetnie. Natychmiast przeturlał się na bok, unikając kilku pocisków. Jeden z nich złapał w locie i roztopił w palącym uścisku dłoni. Czarodziejka, spadając, wyczarowała przed sobą lodowy tor, pozwalający jej zniwelować siłę upadku i nabrać nieco prędkości do kolejnego skoku. Ponownie wzbiła się w powietrze, po czym uformowała w rękach długi, lodowy łańcuch. Zamachnęła się widowiskowo i uderzyła nim niczym batem.
Salvus przypatrywał się uważnie jej ruchom i zareagował w odpowiednim momencie. Jego szponiasta dłoń spoczęła na ziemi. Łuski na niej wyostrzyły się, a okolice stawów pokryły rogowe wypustki żarzące się od gorąca. Nie spuszczając oka z czarodziejki, wykorzystał glif Ul. Dudniący głos rozniósł się echem. Przed Salvusem w ostatniej chwili powstał ognisty mur, niweczący uderzenie lodowego łańcucha. Mur rozwiał się po krótkiej chwili. Jaszczur wykorzystał dziś spore pokłady energii – nie wiedział, jak długo da radę jeszcze walczyć.
Przeciwniczka wylądowała przed nim z gracją. Z jej ust buchał mroźny oddech, oczy miała zupełnie białe, jakby pokrył je szron. Wyciągnęła rękę w bok, a w jej dłoni pojawiła się lodowa szabla. Zaatakowała dziko, bez ostrzeżenia. Nadludzki refleks Salvusa nie zawiódł go i tym razem. Kobieta była szybka, zadawała cios za ciosem, jednak żaden z nich nie sięgnął celu – ostrze cięło powietrze, przelatując o włos od ciała jaszczura.
Salvus w jednej chwili kucnął i się obrócił, podcinając ogonem nogi czarodziejki. Ta zwaliła się na ziemię, warcząc. Mnich stanął nad nią i rozłożył ręce na boki. Czarne chmury zakotłowały się nad jego głową. Następnie zaparł się prawą nogą w spopielonym podłożu, szybko wzniósł prawą rękę do góry, a drugą wycelował dwoma palcami w podnoszącą się przeciwniczkę. Wraz z ruchem wyrzekł glif Ro, a z nieba uderzył mocarny piorun. Salvus przyjął go w ciało przez wzniesioną rękę i wypuścił w kierunku czarodziejki. Całość trwała zaledwie kilka uderzeń serca.
Pomimo dobrej postawy siła uderzenia odsunęła go na parę kroków w tył. Huk nadszedł z krótkim opóźnieniem, zaś wokół wzbiły się kłęby kurzu i dymu. Salvus zakaszlał, po czym się otrzepał. Wytężał wzrok, lecz w całej tej zawierusze nie mógł dostrzec czarodziejki czy raczej tego, co z niej zostało. Rozejrzał się, zrobił kilka kroków, a chmary pyłu wokół zalśniły, wciąż przenosząc ładunek energii. W miejscu, gdzie leżała czarodziejka, został tylko osmalony ślad. Nagle jaszczur usłyszał za plecami chrzęst popiołu. Gdy już miał obejrzeć się za siebie, świetlisty bat niespodziewanie strzelił mu w plecy. Sparaliżowany, upadł twarzą do ziemi. Cios przepalił się przez jego szatę i przysmażył gruby pas skóry na jego plecach. „Ta suka potrafi zapanować nad piorunem?! Niemożliwe”, pomyślał.
– A jednak. – Usłyszał nad sobą głos czarodziejki. – Ta suka potrafi znacznie więcej. I przy okazji, ma na imię Rosa. Rosa Gorana Fin’ell Vuyi Gebri. Na rozkaz króla Travisa, władcy Grothlandu aresztuję cię, Salvusie z Chin’vel.
– Areszt? – spytał z niedowierzaniem. – Szkoda, że pozostałych nie wzięliście pod areszt zamiast zarzynać ich jak świnie, we śnie!
– Nie zamierzam się tłumaczyć. Jego Wysokość Travis kazał cię oszczędzić i przywieźć przed swe oblicze ze względu na rzekomy dług wdzięczności, jaki ma wobec ciebie.
– Och, co za szczęście! Nie wiem, jak mu dziękować! Jakaż łaska! Cóż za honor!
– Milcz. Gdyby to ode mnie zależał twój los, moje księgi zyskałyby oprawę z gadziej skóry.
Przyciskając go butem, sięgnęła po kajdany. Jaszczur, czując dotyk na poparzeniach, syknął z bólu i szarpnął się, próbując wstać.
– Poleż! – warknęła Rosa i przymroziła go do ziemi.
Następnie zaklęła kajdany resztą energii pioruna, skuwając nimi leżącego Salvusa.
– Jeden fałszywy ruch, a spalą ci łapska do kości. A teraz… pójdziesz ze mną.
– Poleżę.
– Jak chcesz – westchnęła poirytowana.
Z figlarną łatwością wyczarowała lodowy łańcuch, owinęła nim maga i zaczęła wlec go za plecami. Aby ułatwić sobie zadanie, zamroziła ścieżkę przed sobą. Więzy oraz lód skutecznie uniemożliwiały mu próby ucieczki. Nie minęła chwila, a znaleźli się przy dowódcy Grothlandczyków.
– Zobacz, jakie paskudne zwierzątko udało mi się schwytać! – zawołała, po czym zwróciła się do swego jeńca. – Poznaj kapitana Borysa, gadzie. Zabieramy cię do stolicy, zachowuj się.
– Przywitałbym cię godnie, mości parszywy kundlu, ale niestety mam zajęte ręce – wydusił Salvus, udając rozczarowanie.
Mężczyzna zignorował zaczepkę, splunął i dał znak pachołkom, by położyli maga na wozie.
– Nie za duża jesteś, Rosa, na zabawę w łapanie jaszczurek? – spytał Borys.
– Powinieneś sam spróbować, zamiast stać i się przyglądać – odparła z uśmiechem. – To świetna zabawa.
Podczas gdy oboje rzucali sobie znaczące spojrzenia, Salvus uczynił palcami dwa szybkie gesty i wyszeptał glif Ma – aspekt skały. Wskutek czaru jego ciało przylgnęło mocno do ziemi, a dwaj pachołkowie trudzili się, nie mogąc go podnieść.
– Ostrzegałam! – warknęła Rosa, rażąc go mocą kajdan. Wściekła, poprawiła kopniakiem w głowę, a ten stracił przytomność.
Ciało mnicha rozluźniło się bezwładnie, tracąc jednocześnie wszelkie gadzie cechy.
Lata wstecz…
– Szybko! Złap mnie za rękę! – krzyknął Salvus.
Książę Travis, prawowity dziedzic Najwyższego Tronu Grothlandu, nie potrzebował zachęty. Wisząc nad przepaścią, kurczowo trzymając się wyschniętego korzenia, młodzieniec myślał tylko o jednym. Nie patrzeć w dół.
– Uważaj! – zawołała piskliwym głosem Alessa, widząc żwir przetaczający się spod brzucha Salvusa.
Dziewczyna prędko chwyciła go za nogi, by nie osunął się ze ścieżki wraz z luźnym podłożem.
– Chwyć moją dłoń! No dalej! – zawołał zniecierpliwiony Salvus.
Travis spojrzał w oczy młodego mnicha i ku swojemu zdziwieniu, nie dojrzał w nich ani krzty strachu. Stoicki spokój w jego wzroku zapewne dodał księciu nieco odwagi, gdyż prędko chwycił go za rękę i ścisnął ją, aż zbielały mu knykcie.
– Teraz musisz wspiąć się na górę, łap za moją szatę. Gdy będziesz wyżej, spróbuję cię podsadzić.
– A jak spadniemy obaj?
– No to będzie po nas – zaśmiał się mnich. – Nie ociągaj się.
– Ostrożnie! – zawołała Alessa, widząc desperacką wspinaczkę Travisa.
Kamienie i piach osypywały się ze zbocza praktycznie przy każdym ruchu młodego księcia.
– Masz go, Alessa?
– Mhm – odparła siedząca na jego łydkach dziewczyna.
Na dnie przepaści wiła się rzeka, która z tej wysokości zdawała się być cienka, niemalże jak pasek makaronu. Prawie cała jej powierzchnia lśniła żywo w promieniach słońca, wyjątek stanowił odcinek, na którym lasy osłaniały jej koryto ciemnym szpalerem zieleni. Krajobraz zachodniego Grothlandu zachwycał swym pięknem. Słońce ogrzewało skały, przebijało się przez korony drzew i całowało wilgotną ziemię, wznosząc w powietrze przyjemny zapach. Ciepły wiatr muskał rozkosznie twarz młodego mnicha, gdy piski i skrzeki drapieżnych ptaków próbowały wkomponować się w jednostajny szum lasu rosnącego gdzieś tam, w dole. Salvusa widoki pochłonęły do tego stopnia, iż z zamyślenia wyrwał go dopiero skurcz w uciskanej nodze.
Szczęśliwie Travis właśnie się wyprostował, postawiwszy stopy na równym gruncie. Przynajmniej do momentu, aż zawirowało mu w głowie, upadł i zwymiotował.
– Wstawaj, Travis, ciągniemy! – zawołała z zapałem Alessa.
W mgnieniu oka wywlekli Salvusa za nogi z dala od krawędzi osuwiska. Ten wstał, otarł umorusaną pyłem łysą głowę i zaśmiał się rozbrajająco.
– Poradziłbym sobie, ale i tak dzięki – rzekł młody mnich, po czym rozwichrzył złotą grzywkę Alessandry. – To dopiero przygoda, co?
Dziewczyna odtrąciła jego dłoń i w odwecie z zadziornym grymasem dźgnęła go palcem pod żebra. Zdradzieckiemu ciosowi, którego winien był się spodziewać, odpowiedział zduszony jęk.
– To mogła być wasza ostatnia przygoda, kołki – odparła dziewczyna. – Jak to się w ogóle stało, Travis? Tak po prostu straciłeś ziemię pod nogami?
– Gdyby patrzył, gdzie idzie, zamiast wlepiać w ciebie gały przez całą drogę, może dałoby się tego uniknąć… Ale nudno byłoby ot tak wrócić do domu.
– Też mi przygoda – mruknął Travis, wciąż dygocząc. – Potknąłem się, jasne? No i… dzięki za ratunek.
– Nie ma sprawy, trzymamy się razem.
– Taa…
Nie trwoniąc czasu, troje przyjaciół kontynuowało wędrówkę w dół stromą ścieżką. Tym razem jednak baczyli pod nogi i trzymali się blisko skalnej ściany stanowiącej oparcie po ich prawej stronie. Z każdym krokiem zbliżali się do domu, tocząc nierówny wyścig ze słońcem, które lada moment miało skryć się za górskim szczytem.
– Jak tam, Travis, potrzebujesz przerwy? – spytała złośliwie Alessa.
– Wciąż trochę mi słabo… Nie dla mnie takie wyprawy – narzekał, najwyraźniej wziąwszy pytanie na poważnie. – Może i według mojej matki przyszły król winien pielgrzymować do świątyń i utrzymywać dobre stosunki z duchowieństwem… ale z drugiej strony, mój ojciec wszędzie jeździ wierzchem, a klechy psami szczuje, gdy mu podpadną. I kogo mam słuchać?
– Pod tę górę i tak nie podjechałbyś konno. Musiałbyś oswoić górską kozicę… albo sześciołapa! To by było coś! – Podekscytował się Salvus, lecz po chwili dodał: – To jedna z dwóch dróg, ta jest o wiele szybsza. Drugą wciągają wozy, ale tylko na pewną wysokość. Dalej i tak trzeba nieść wszystko samemu. No i trakt jest o wiele łagodniejszy od naszej ścieżki, znaczy się – nudniejszy.
– I o pu dniua duszszy – dorzuciła dziewczyna z ustami pełnymi śliwek, które podwędziła Salvusowi z kosza.
– W zasadzie to czym się zajmowałeś tam na górze, w Pouk-chen? – wtrącił Travis. – Modliłeś się przez tydzień?
– Jak to w świątyni. Wiesz… Pomagałem we wszystkim po trochu. Najtrudniejsze było łatanie muru, tam powietrze jest zupełnie inne i łatwo się zmęczyć. No i medytowałem, gdy był na to czas. Nikt nigdy nie uczył mnie modlitw. Nie każdy mnich jest kapłanem czy akolitą.
– No dobra, pomagałeś. I co masz z tej pomocy? Pracowałeś jako niewolnik? – naciskał książę.
Alessa spojrzała na niego gniewnie, lecz Salvus odpowiedział mu, nim zdążyła przeżuć.
– Niesłusznie traktujesz wszystko jak handel. Spotkałem przyjaciół i opiekunów, miałem gdzie spać, dawano mi raz dziennie duży posiłek i… dostałem śliwki. Chcesz? – spytał, bez cienia urazy podając mu kosz.
Travis wziął jedną i zjadł w milczeniu, starając się przetrawić słowa mnicha.
– I będziesz tak pomagał za śliwki do końca życia? – palnął książę, przerywając ciszę. – Jakie niby perspektywy można zyskać, będąc mnichem?
– Wszystko zależy…
– Odwal się wreszcie, Travis! – przerwała mu Alessa, zaciskając pięści. – Masz, zjedz sobie śliwkę, złociutki. Może znowu zamknie ci się gęba – warknęła, rzuciwszy w niego owocem.
– Uważaj, za takie zniewagi… – uniósł się młody książę.
– Nie jesteśmy u ciebie na dworze, mości królewicu! Salvus dopiero co ocalił twój zadek, a ty już mu czynisz świństwa. Ciesz się lepiej, że twoja matka kazała mi cię zabrać, bo…
– Alessa, spokojnie – rzekł pojednawczo Salvus, a wydęte powietrzem policzki dziewczyny pokrył rumieniec. – Nie psujcie sobie wycieczki kłótniami.
Słowa dziewczyny zapewne ugodziły Travisa w jakiś czuły punkt, bo z miejsca zmarkotniał, a dalsza część drogi minęła w milczeniu. Alessie również zrzedła mina, gdy zmiarkowała, że w gniewie mogła nieco przesadzić. Salvus zaś kroczył niewzruszony pomiędzy nimi, obserwując horyzont. Szczęśliwie droga stawała się coraz mniej wymagająca.
Przyjaciele cieszyli się zapachem sosen, gdy po zeskoczeniu z kilku nachodzących na siebie skalnych półek zrównali się z koronami drzew porastających kępami południowe stoki Gór Verdeckich. Stopniowo wkraczali w szeroką kotlinę u podnóża góry. Stąd droga do Utner, stolicy Grothlandu, była dziecinnie prosta. Wiodła ona bowiem przez niewielki przesmyk prowadzący na zachód, po wyjściu z którego krajobraz drastycznie się wygładzał. Wystarczyło wtedy zmierzać polnymi drogami na południe, skąd widać już było witające wędrowców, strzeliste wieże miasta.
– Ach, już nie mogę się doczekać miękkiego łóżka i gorącej strawy… – rozmarzył się Travis.
– Nie przesadzaj, nie było nas tylko dwa dni – odparła Alessa zrezygnowanym tonem.
– A czuję się, jakby to były dwa tygodnie – westchnął książę, szurając butami na pokaz. – Wiesz, tak sobie myślę, Alessa… Gdy już wrócimy…
– No? – rzuciła dziewczyna, kopiąc leżące na drodze szyszki.
– Może dałabyś się zaprosić do gospody na nadziewanego bażanta? Tak na zgodę.
– Niestety, nie mogę. Mam już plan na dziś.
– To nie musi być dzisiaj! Co powiesz na jutro? A może pojutrze? – ożywił się Travis.
– Na te dni też mam coś w planach.
– Ach, tak? A jakież to plany są ważniejsze od mojego zaproszenia?
– Planuję… Pomagać mamie. A pod koniec tygodnia idę z Salvusem oglądać gwiazdy. Magowie trąbili ostatnio o meteorach i tych… no… zorzach. Więc…
– Też chcę oglądać gwieździste niebo – wtrącił książę.
– Więc zabierz się z nami – zaproponował z marszu Salvus.
Usłyszawszy to, Alessa gniewnie kopnęła szyszkę leżącą przy drodze, aż ściółka poderwała się w powietrze.
– Zatem jesteśmy umówieni – skwitował radośnie Travis.
Młodzi wędrowcy brnęli w stronę domu. Okolica stawała się dla nich coraz bardziej rozpoznawalna. Nie co dzień bowiem wybierali się na szczyt Iglicy, do otulonego skałami klasztoru Pouk-chen, gdzie Salvus znikał na całe tygodnie, by odbierać swe praktyki. Monotonny marsz umilali sobie przyśpiewkami, a najczęściej tą, którą sami wymyślili:
Czy skwar, czy chłód, czy znój i brud,
Zły los nas nie zaskoczy.
Nasz śmiały chód, przyjaźni cud,
Pechowi spluwa w oczy.
To my, to my, chwaccy wędrowcy!
Niestraszne nam przygody.
Czy skwar, czy chłód, czy znój i brud,
Nie grożą nam niezgody!
W końcu wędrowcy przecisnęli się zachodnim przesmykiem i odetchnęli z ulgą. Ciepły wiatr uderzył w ich twarze, a do uszu dobiegł szelest złocistych kłosów. Wybrali najkrótszą drogę, po ich lewej wznosiły się malownicze, górskie stoki. Po prawej zaś stronie falujące pola rozciągały się hen, niemal po horyzont, gdzie złowieszczy Czarny Bór tłamsił swym cieniem radość słonecznego krajobrazu.
Alessa zerkała ukradkiem na Salvusa, próbując odgadnąć, co kłębi się w jego głowie. Chłopak różnił się od jej rówieśników, różnił się od Travisa, od synów rycerzy czy wysoko postawionych urzędników. Emanował otwartością i naiwną wręcz dobrocią. Zupełnie tak, jakby pochodził z innego, lepszego świata. Być może właśnie dlatego jej serce uderzało mocniej w jego obecności.
Maszerując, mijali znajome, połatane płoty gospodarstw, chłopskie chaty i kwieciste miedze kojące nerwy wędrowców bzyczeniem pszczół. Sielanka obezwładniała zmysły różnorodnością wrażeń. Wiejski gwar, czyste niebo, zapach siana oraz śpiew ptaków, słowem – wszechogarniająca beztroska wyciskająca westchnienia z niejednych ust. Chłopi zapewne mieli o tym nieco odmienne zdanie ze względu na codzienny wysiłek, jaki wkładali w pracę. Mimo to wyglądali na szczęśliwych i usatysfakcjonowanych urodzajem okolicznych pól. Za łagodnym zakrętem w prawo, na końcu drogi, w oczy rzucał się upragniony widok. Białe, strzeliste wieże Utner.
– Już niedaleko – rzekł z cicha Salvus, a Alessa klepnęła go w ramię i wysunęła się naprzód.
– Kto ostatni u bram, ten stawia jabłka w karmelu!
– Dopiero co najadłaś się śliwek! – zawołał Travis, lecz nie dosłyszał odpowiedzi, gdyż dziewczyna była już daleko przed nim.
Stolica Grothlandu według jednych była miastem potrafiącym wyłącznie wzbudzić obrzydzenie u przyjezdnych, zapewne ze względu na niegościnne usposobienie większości jego mieszkańców czy też sięgającą absurdu biurokrację i niespotykane nigdzie indziej restrykcje prawne. Drudzy natomiast nie przestawali chwalić Utner, zachwycając się tutejszą kuchnią, sztuką, kunsztownymi dziełami budowniczych oraz bogatą historią miasta i przyległych terenów.
Powodów tak wielkich kontrastów w opiniach można było doszukiwać się między innymi w podziale stolicy na górne i dolne miasto, nie wspominając o dość ubogich przedmieściach. Konsekwencją takiego stanu rzeczy był fakt, iż niemal całe piękno stolicy skrywało się za murami oddzielającymi górne miasto od miasta dolnego. To właśnie tam mieścił się również zamek królewski, piętrzący się ponad pozostałymi zabudowaniami.
W górnym mieście każda ulica wyłożona była drobnym brukiem, z którego na placu głównym ułożono mozaikę w kształcie gwiazdy, świetnie widoczną z balkonów i zdobionych mostków łączących poddasza najwyższych domów. Widoczną, rzecz jasna, poza godzinami, gdy ludność tłumnie przemierzała ulice. Bogatą część Utner cechował ład i porządek.
Niemal każdą przecznicę górnego miasta zwieńczała fontanna z finezyjnie wykonanymi, marmurowymi rzeźbami przedstawiającymi rozmaite postacie i sceny. Nieopodal dzielnicy handlowej, w północnej części miasta, jeden z takich posągów ukazywał kobietę, najpewniej senlinkę. Spod mokrych, ciężkich szat oblepiających jej kształtne ciało, wyłaniał się fragment prawej piersi oraz lewego uda. Na biodrze zaś opierała dzban, z którego woda lała się szerokim strumieniem, wpadając z pluskiem do pełnej lśniących monet sadzawki. Miało to zapewne, zważając na charakter dzielnicy, symbolizować dostatek, fortunę, ale też hojność i naturalne wdzięki.
Rynek stanowił serce górnego Utner. Handlarze w przykuwających uwagę jaskrawych strojach wabili przechodniów pod zadaszenia swych straganów. Szyldy sklepów, wykonane z artystycznym zacięciem, nie pozostawiały wątpliwości co do rodzaju asortymentu, jaki zastać można wewnątrz. Widok powszedni stanowiły również nadobne niewiasty w rozłożystych sukniach, które raz za razem namawiały swych mężów na zakup biżuterii, ubrań rodem z południowych krain czy luksusowych perfum.
Po przeciwnej, południowej stronie górnego miasta znajdowała się pralnia oraz łaźnie wyłożone gładkim kamieniem. W ich bezpośrednim sąsiedztwie znajdowały się wypielęgnowane, obszerne ogrody, pełne cichych zakamarków i romantycznie urządzonych kącików. Teren ten poprzecinany był żywopłotami oraz skupiskami białego kwiecia wszelkiego rodzaju, co przy sprzyjającym oświetleniu i akompaniamencie śpiewu egzotycznych ptaków, nadawało miejscu niepowtarzalną, magiczną wręcz aurę. Cały kompleks niemal dwukrotnie przewyższał swą powierzchnią dzielnicę targową i rynek, stąd mur otaczający południową część górnego miasta poprowadzony był bardzo szerokim łukiem.
Domostwa były tu niezwykle zróżnicowane wyglądem. Zaczynając od przytulnych, niepozornych z zewnątrz mieszkań, przez wielobarwne kamienice, aż po tryskające przepychem wille. Wyglądało to tak, jakby przy projektowaniu domów architekci konkurowali między sobą w sferze stylistycznej odmienności budynku od jego otoczenia. W rezultacie całe górne miasto upstrzone było mieszaniną przyciągających uwagę ozdób, kolorowych kompozycji i kunsztownych zwieńczeń gzymsów, parapetów, kolumn oraz portali. Zwyczajny spacer po tej części miasta dostarczał nie lada wrażeń, zwłaszcza przybyszom z zewnątrz.
To właśnie do górnego miasta wróciła Alessa, pożegnawszy się z przyjaciółmi. Niestety, po przekroczeniu bramy rodzinnej posesji Alessa znikała. Była za to Alessandra Topperveit, przyszła dama dworu, do której służba zwracała się per „panienko”. Mimo pozorów beztroskiego życia, za progiem posiadłości etykieta, klasa i rytm dnia dyktowany przez pana Topperveita stały w hierarchii ważności wyżej od samopoczucia czy trosk domowników.
Alessandra, zmęczona pieszą wędrówką na szczyt Iglicy, brała właśnie kąpiel. Służba z pewnością zdążyła już donieść rodzicom o jej powrocie. Próbując nacieszyć się ostatnią chwilą spokoju, dziewczyna odganiała myśli o znoszeniu ich towarzystwa niczym natrętną muchę. Liczyło się tylko tu i teraz, jak często mawiał jej Salvus. Ciepło wody, cisza, kojący zapach kadzidła i olejki pielęgnujące skórę.
Wtem zza szkarłatnej kotary dobiegło pukanie w futrynę.
– P-panienko? – zawołał nieśmiało młodzieniec. – Najmilsza panienko, proszę o wybaczenie, lecz nie wyznała panienka, co podać na podwieczorek. Pozwolę sobie również przekazać, że szanowny pan Topperveit oczekuje panienki z nieskrywaną niecierpliwością.
Alessandra dobrze znała chłopaka skrytego za płachtami. Mało tego, wprost uwielbiała mu dokuczać. Nie robiła tego jednak z okrucieństwa, po prostu czerpała cichą satysfakcję z jego wiecznego przesadnego zakłopotania i nieśmiałości.
– Najlepiej coś lekkiego – odezwała się po nieprzyzwoicie długiej, udawanej chwili namysłu. – Por zapiekany z pomidorami… albo nie, sałatka z owczym serem. Chociaż… chyba najlepsze będą szparagi z masłem… – przerwała i ze złośliwym uśmiechem demonstracyjnie przewiesiła nogę za krawędź wanny.
Zza kotary i zdobionego parawanu niemal dało się słyszeć przełknięcie śliny.
– T-tak? Czy coś j-jeszcze? – wydukał młodzieniec.
– Nie, nic… Tylko nie za dużo tego masła na szparagach, bo będzie mi się odbijać.
– Oczywiście, panienko. A do picia?
– Lampkę półsłodkiego Callinero. I sok z aronii.
– Zapisałem, dziękuję. Czy mógłbym jeszcze jakoś panience pomóc?
Ledwo stłumiła parsknięcie, gdy przez myśli przetoczyła się jej infantylna wizja kolejnej psoty. W porę jednak ugryzła się w język i rzekła:
– Nie, to wszystko. Niech jedzenie czeka w moim pokoju.
– Ale… panienko…
– Możesz odejść, Fredasie.
Z zamkniętymi oczami i głupkowatym uśmiechem słuchała oddalających się kroków, aż ucichły zupełnie. Alessa była już świadkiem niezliczonych podobnych teatrzyków odgrywanych pomiędzy jej rodziną a służbą, lecz absurdalność i sztuczność niektórych sytuacji wprowadzały ją w nadzwyczajne rozbawienie. Równie dobrze mogłaby rzec młodzianowi, że chce zjeść to, co zwykle, albo cokolwiek, co nie biega i nie pełza, jednak tak nietaktowna, prostacka wręcz odpowiedź bez wątpienia zostałaby chłodno skomentowana przez pana Topperveita, który wie o wszystkim, co dzieje się w domu. Widać taki los „panienki”. I pomyśleć, że jeszcze kilka godzin temu brudnymi dłońmi wpychała sobie śliwki do ust, cała spocona, pokryta pyłem.
– Może życzy sobie panienka, by zakończyć kąpiel? – zadrwiła pod nosem, naśladując głos służącego. – Ależ owszem, panienko.
– Dziękuję, panienko – odrzekła samej sobie, kołysząc głową.
W pewnej chwili na parterze powstało niemałe zamieszanie. Przybyli goście. Służba czym prędzej usuwała się z widoku, a pan Topperveit udał się niespiesznie w stronę drzwi. Ekscytacja wizytą znajomych nie udzieliła się zbytnio Esmeraldzie, żonie pana Topperveita, która jedynie z grzeczności odłożyła książkę i wstała z obitego skórą szezlonga.
Kolacja miała odbyć się w głównej sali domu. Atrium było obszerne, dobrze wywietrzone, a jego sklepienie gęsto okrywały witraże przedstawiające bóstwa, słynnych magów, legendarnych wojowników, a także najpiękniejsze istoty magiczne, w tym mityczne faothy, feniksy oraz wodne duchy o kobiecych kształtach. Całość kompozycji zdawała się tworzyć wir lub tunel zwężający się ku lewitującej w centralnym punkcie kuli światła.
– Spójrzcie na ten blask, jak rozlewa się po suficie. Coś niebywałego! – westchnęła pani Gleenbent, prowadzona pod rękę przez męża.
– Doprawdy, doskonałe miejsce na wieczną latarnię – zgodziła się jej przyjaciółka, pani Dellinger. – Ale gdzie skryty jest stojak? Widziałam podobne światła u Viele-Tinklerów, lecz byłam nieco rozczarowana, kiedy dowiedziałam się, jak wiele zachodu jest z ładowaniem tego ustrojstwa.
– Ależ Natalio, to zupełnie nowa metoda oświetlenia – odparł z dumą pan Topperveit. – Prawdę mówiąc, jest to wciąż prototyp. I nie wieczna latarnia, a specjalnie przygotowane zaklęcie. Mistrz Rodegann spędził u nas wiele dni na pomiarach, sporządzeniu formuły i upewnieniu się co do bezpieczeństwa czaru.
– Rodegann? – spytał pan Dellinger z ekscytacją. – Ten Rodegann, który stworzył kamiennych strażników dla samego króla Zortisa?
– Zgadza się.
Wśród gości rozszedł się szmer podziwu, wszyscy z poruszeniem spoglądali po sobie i ku światłu. Pani Topperveit, wtopiwszy się w grupkę gości, z perwersyjnym wręcz znudzeniem na twarzy popijała czerwone wino podawane przez służbę u wejścia do sali.
Wykorzystując sytuację, owinięta w ręczniki Alessa niepostrzeżenie przemknęła z łazienki na piętrze do swojego pokoju, którego drzwi znajdowały się na końcu niewielkiego krużganku. Niestety, wyczyn ten nie umknął czujnemu oku pana Topperveita. Jego wąsata twarz skrzywiła się nieznacznie, a lewa powieka drgnęła.
– Zapomniałbym wspomnieć o najważniejszym. – Zwrócił się do gości. – Zaklęcie czerpie energię ze światła słonecznego. Ładuje się samo, każdego dnia.
– Niesamowite… Pierwszy raz spotykam się z takim rozwiązaniem – ożywił się Syriusz Gleenbent. – Myślę, że powinniśmy rozważyć podjęcie długoterminowej współpracy z Mistrzem Rodegannem – dodał ściszonym głosem. – Oczywiście, za pozwoleniem…
– Oczywiście. Doprecyzujmy szczegóły rzeczonej umowy po kolacji, a jutro przedstawi się je magowi.
– Wybornie – uradował się pan Gleenbent, po czym skłonił się lekko i odprowadził żonę ku fotelom ustawionym w półokrąg tuż przy pokaźnym księgozbiorze.
Gdy pan Topperveit powitał już wszystkich gości, została przed nim tylko Esmeralda.
– Markusie, ależ to światło jest niesamowite – rzekła cicho, naśladując czyjś piskliwy głos. – Już się pochwaliłeś nową zabawką? – spytała zawadiacko i zarzuciła mu ręce na szyję.
– Mhm – mruknął z uśmiechem. – I wiem już, po kim Alessandra ma to przedrzeźnianie.
– A właśnie, gdzie ona jest?
– U siebie. Mało co nie zakląłem, gdy przebiegła na górze w samym ręczniku.
– Zajmij przez chwilę gości, zajrzę do niej.
– Esma, ona… Ma się dziś pokazać z jak najlepszej strony. Dellingerowie przyszli z synem. Jak smarkula nie chce księcia, to niech z wyprzedzeniem z kimś się zaręczy, bo będzie skandal – uniósł się szeptem pan Topperveit.
– Spokojnie, kochanie. Przemówię do niej.
– Nie powinna mieć nic do gadania. Za moich czasów inaczej załatwiano takie sprawy. Jeszcze przez jej fochy wylecimy za mur, na wozach. Wystarczy, że Travis odziedziczy tron, zobaczysz! – wzburzył się możliwie najciszej.
– Nie zaczynaj znowu, błagam cię… Idę – rzekła, skradłszy mu pocałunek.
– Leć.
Nagle do Markusa podszedł jeden ze służących.
– Szanowny panie, czy ja… mógłbym zająć panu chwilę? – odezwał się nieśmiało młodzieniec.
– Tak? O co chodzi, Fredasie?
– Więc… właściwie to…
Esmeralda zajrzała przez uchylone drzwi do pokoju córki. Jej oczom ukazał się widok, który niemal zagotował jej krew w żyłach. Oto zastała Alessę zgarbioną na środku łóżka, palcami jedzącą szparagi przy otwartej książce, jak gdyby nigdy nic.
– Dziewczyno! Czyś ty już do końca zdurniała?! – syknęła Esmeralda, wpadłszy do pokoju.
– Ey, puka szę! – oburzyła się Alessa z pełnymi ustami.
– Zapomniałaś, że mamy dziś gości? Zbliża się kolacja! Jak ty wyglądasz?! A tak właściwie… Kto przyniósł ci jedzenie do pokoju?
– Nieistotne. Mamo… ja nie chcę tam z wami siedzieć, czuję się strasznie głupio i niezręcznie. Nie mogę poczekać, aż goście sobie pójdą? – spytała, odgarniając z czoła wciąż wilgotne strąki złotych włosów.
– Nie jesteś już małą dziewczynką, nie wykręcisz się. Skrzyknę zaraz służki i będziesz gotowa w pół godziny! Wybieraj suknię. I nie zatłuść książki! – odparła, po czym odłożyła na półkę opasły tom opatrzony na grzbiecie tytułem Dzieje vreisirów: Żalny pokot.
Wtedy Alessa wstała i przytuliła się do niej, opierając głowę na matczynym ramieniu.
– Mamusiu… – zaczęła piskliwie.
– Nie próbuj znów ze mną tych sztuczek. Zjesz z nami i miło spędzimy czas. Dasz sobie radę, to nic wielkiego. Tym razem będziesz miała z kim pogadać. Państwo Dellinger zabrali ze sobą syna, ma na imię Thomas – rzekła Esmeralda, gładząc ją po plecach. – Zrób to dla mnie, córciu.
Odpowiedział jej cichy, męczeński jęk.
– No więc w co się ubierzesz?
– W beżową – odparła z rezygnacją Alessa.
Gdy ku powszechnej uciesze Alessa dołączyła do zebranych, a pan Dellinger zdążył wyczerpać swą pulę wyszukanych żartów, goście zasiedli do stołu. Czekały tam już na nich przeróżne potrawy w kilku wariantach. Esmeralda doskonale znała gusta swoich gości i zawczasu poinstruowała służbę. Pamiętała zwłaszcza o alergii pana Dellingera na niektóre ze składników, wszystko tego wieczoru było więc dopięte na ostatni guzik.
Gdy służba zdjęła pokrywy półmisków, spod których buchnęła para, wokół rozeszły się smakowite zapachy. Goście byli wniebowzięci, rozmowy na dłuższą chwilę ustąpiły miejsca westchnieniom, brzękom sztućców oraz słowom uznania.
Z jednej strony stołu dominowała słodkawa woń gotowanego kraba błotnego, który zaserwowany w kawałkach lśnił pośród cytrusów i sosów o kontrastujących smakach. W powietrzu dało się również wyczuć aromat pieczonej polędwicy z dzika. Soczyste mięso skąpane było w delikatnym, ziołowym sosie z kurkami i śmietaną. Do tego prażona cebulka oraz szatkowana marchew, palce lizać.
Po drugiej zaś stronie stołu tradycyjny kąsacz po verdecku pieścił nozdrza i podniebienia. Zgodnie z przepisem był on starannie pozbawiony ości i zwinięty w ruloniki wypełnione marynowanymi warzywami. Koniecznymi dodatkami do tej potrawy były kruchy ser i czerwone wino.
Tuż obok rozkosz dla kubków smakowych stanowił tak zwany jabnyck, czyli oryginalne utnerskie danie stworzone prawdopodobnie przez pionierów przybyłych na te ziemie. Był to rodzaj sałatki ryżowej z ciecierzycą, słodką papryką, czosnkiem i pastą z orzechów. Wszystkie składniki zapiekano pod solidną warstwą kopru i startego sera. Co ciekawe, naczynie, w którym piekło się jabnyck, miało ogromne znaczenie symboliczne. Pionierzy przyrządzali go przy ognisku w glinianych rynienkach. W trudnych warunkach korzystali też z łupin trzaskaczowych, dużych muszli czy nawet żółwich skorup. Z tych prymitywnych naczyń korzysta się dziś wyłącznie w święta, traktując to jako oznakę szacunku dla przodków. Na co dzień doskonale sprawdza się jednak zwykła, blaszana foremka.
– Nie jesteś głodna, Alessandro? – spytał Thomas. – Ledwie tknęłaś swojego kąsacza.
– To przez niestrawność – odparła, dłubiąc widelcem w talerzu.
– Och, współczuję. Może napar z pokrzywy ukoiłby twój żołądek?
– Nie sądzę.
Minęła niezręczna chwila, wzbogacona stukaniem sztućców i cichą rozmową po drugiej stronie stołu. Alessa w myślach błagała, by czas płynął szybciej, lecz ten zdawał się złośliwie zwalniać. Nie chciała dać po sobie poznać wewnętrznych katuszy, jednak gdy jej odległe, znudzone spojrzenie spotkało się z iskrami w oczach ojca, oznaki zestresowania zaczęły wymykać się jej spod kontroli.
– Wszystko w porządku, Aleska? Czerwienisz się – rzekła pani Dellinger, ściągając tym na nią uwagę towarzystwa.
– To pewnie przez niestrawność, prawie nic nie zjadła – wtrącił Thomas.
– A mnie się zdaje, że to obecność tak postawnego młodziana – rzekł pan Gleenbent, spoglądając na Thomasa – wprawia Alessandrę w zakłopotanie.
Dziewczyna z trudem wykrzesała uśmiech i głęboko oddychając, starała się podziać gdzieś wzrok. Drgnęła, usłyszawszy głos ojca.
– Dobrze się czujesz, dziecko?
– Tak – chrypnęła cicho, lecz natychmiast powtórzyła głośno i wyraźnie. – Tak.
Pan Topperveit nie lubił mruczenia pod nosem.
Niedługo potem, gdy odgłosy pałaszowania głównego dania wyraźnie dobiegały już końca, Thomas odsunął krzesło, wstał i stuknął delikatnie w kielich.
– Najmocniej proszę wszystkich o wysłuchanie. Chciałbym wznieść toast – rzekł odważnie młodzieniec. – Niezmiernie cieszę się z zaproszenia i zapewne nie tylko mnie zachwyca wspaniała gościna, jaką otaczają nas państwo Topperveitowie. Wznieśmy więc kielichy za ich jedyną córkę, Alessandrę, gdyż nigdy nie było mi dane spotkać równie urokliwej damy. Zdrowie!
Po toaście niezwłocznie zajął z powrotem miejsce. Duma w oczach rodziców, jak i lekki uśmiech na obliczu pana Topperveita łechtały ego młodzieńca, stąd odważył się ponownie spróbować nawiązać dialog z Alessą. Poczekał jednak, aż rozmowy przy stole nieco się rozwiną.
– Alessandro? – zagadał Thomas.
– Tak? – odparła, wciąż mając z tyłu głowy ojca, który bacznie pilnował przestrzegania przez nią etykiety.
– Wybacz tak śmiałe pytanie, ale czy raczysz wyjawić mi… – Młodzieniec się zawahał.
– Co takiego chciałbyś wiedzieć? – spytała Alessa, w duchu doskonale wiedząc, co się święci.
– Czy twoje serce ma już swego wybranka?
Dziewczyna zawyła w myślach. Spełniał się najgorszy z możliwych scenariuszy tego wieczoru.
– Ja… – Jej głos załamał się, a rozmowy w tle jakby przycichły.
Twarz Alessy zalała purpura. Oddech był słaby i ciężki, a w klatce piersiowej poczuła niepokojący ucisk.
– Tak, już ma – wykrztusiła zdawkowo.
– Och – speszył się Thomas, lecz od razu spytał: – A zechciałabyś może wyjawić mi i wszystkim tu zebranym imię owego zacnego, jak mniemam, męża?
W sali zapanowała pełna ciekawości cisza, jak gdyby wszyscy od początku podsłuchiwali ich rozmowę.
– Właśnie, Aleska, znalazłaś już sobie rycerza? – spytała pani Dellinger i obrzuciła młodych znaczącym spojrzeniem.
– Proszę, nie naciskajcie tak na nią, jest onieśmielona – wtrąciła pojednawczo Esmeralda, chcąc nieco ukrócić to wścibskie przesłuchanie.
– On ma… on zwie się Salvus – wydusiła z siebie dziewczyna, unikając wzroku rodziców.
Na dźwięk tego imienia Esma, z kielichem przy ustach, wypuściła powietrze nosem i zatroskana spojrzała na córkę. Pan Topperveit natomiast szczęśliwie dla Alessy nie znał Salvusa. Dlatego przez jego twarz przebiegł niezadowolony grymas, pewien był bowiem, że dziewczyna zmyśla.
– Salvus, Salvus… – Zamyśliła się milcząca dotąd pani Gleenbent. – Dość niespotykane imię. Jest z południowych krain? Czym się zajmuje? Jest majętny?
Esmeralda spojrzała po gościach z zakłopotaniem. Alessa, przygwożdżona gradem niechcianych pytań, szukała kontaktu wzrokowego z matką. Na próżno. Dziewczyna bardzo pragnęła jakoś sprytnie się wymknąć, byle z taktem – gniew ojca był ostatnim, czego było jej teraz trzeba.
– Alesso, jak wiesz, niegrzecznie jest ignorować pytania gości – odezwał się Markus. – Zaspokoisz naszą ciekawość?
– Salvus jest mnichem – bąknęła, oblewając się obfitym rumieńcem. – Ale kiedyś zostanie prawdziwym vreisirem.
Towarzystwo zamarło. Alessa wpiła palce w blat, była na skraju płaczu.
– A to dobre! – ryknął świszczącym śmiechem Syriusz Gleenbent i klasnął w dłonie. – Dobre poczucie humoru zawsze jest w cenie!
– Tak, przez chwilę naprawdę myślałam, że mówi poważnie – zaśmiała się nerwowo pani Dellinger.
Markus Topperveit, nie kryjąc zażenowania, dotknął dłonią czoła i siedział przez chwilę w milczeniu. Następnie niespiesznie wstał od stołu i zawołał do służby:
– Muzyka! Zagrajcie nam!
Grajkowie natychmiast ożywili wnętrze wesołym, acz dostojnym brzmieniem. Skutecznie odwróciło to uwagę od Alessy. Gospodarz ucałował dłoń żony i zaprosił ją do tańca. Państwo Gleenbent nie zwlekali długo, również puszczając się w radosny pląs.
To był ten moment.
„Teraz albo nigdy” – pomyślała dziewczyna. Niespiesznie wstała od stołu, dygnęła na użytek gości i poczęła oddalać się w stronę schodów. Nie zrobiła jednak nawet dwóch kroków, gdy Thomas stanął jej na drodze.
– Zatańczysz ze mną, Alessandro?
– Najmocniej was przepraszam, czuję się jakbym zaraz miała omdleć. Udam się na spoczynek, do swej komnaty.
– Może zatem powinienem pomóc szanownej damie wejść po schodach?
– Nie – rzuciła twardo, lecz od razu powtórzyła głosem męczenniczki: – Nie… nie kłopocz się, Thomasie.
– Nalegam, nie chciałbym, byś zasłabła po drodze. Podaj mi, proszę, swą dłoń.
Alessa z oporem wsunęła rękę w silne, szorstkie dłonie chłopaka. Ten poprowadził ją z największą troską ku górze, schodek za schodkiem. Na szczycie ukłonił się pokornie i odprowadził ją wzrokiem, aż zniknęła za drzwiami.
Czuła się upokorzona uległością wobec usilnych zalotów Thomasa, lecz nadało to autentyczności jej rzekomej nagłej potrzebie odpoczynku. W teorii było już po wszystkim, mogła odetchnąć i się rozluźnić, po chwili zorientowała się jednak, że coś wciąż uwiera jej serce. Domyślała się, że może nadmiar stresu wywołał ten ból. W głębi jednak czuła urazę – szpilka wstydu wbiła się głęboko we wrażliwy punkt dziewczyny. „Jak mogli uznać moje uczucia do Salvusa za żart?”, biła się z myślami, rzuciwszy się na łóżko. „A może tak jest lepiej? Nic im do tego”.
Noc była ciepła i nad wyraz urocza. Światło księżyca oblewało Utner, wytwarzając aurę mroku i tajemniczości. Liście brzóz, poruszane delikatnymi podmuchami wiatru, szeptały swą kojącą pieśń. Akompaniowały im dochodzące z oddali żabie harce. Wiele domów zapraszało do środka czar urokliwej nocy przez otwarte okna, by pozwolić słodkiemu zapachowi kwitnących bzów utulić domowników do snu. W jednym z nich złotowłosa niewiasta, skryta wśród puchu i wygody, roniła łzy do księżyca. On zaś tej nocy liczył je skrzętnie swym szeroko otwartym okiem.
Stojąc na niewielkim moście przy bramie oddzielającej górne miasto od dolnego, Salvus wpatrywał się w mętny strumyk. Pomimo że woda była brudna od nieczystości miasta, zaobserwował kilka żab, które odpoczywały beztrosko w zatoczce, gdzie prąd był nieodczuwalny.
– Hej! – Usłyszał za sobą.
– Ach, hej, Alesso. Trochę mnie wystraszyłaś.
– Jak leci? Widać tam co ciekawego? – spytała ucieszona i gwałtownie wychyliła się za krawędź murku, płosząc wszystkie żaby.
– Twoja radość jest zaraźliwa – odparł z uśmiechem. – Wiesz może, kiedy Travis przyjdzie?
– Nie. I trochę nie chce mi się na niego czekać. – Ziewnęła, przecierając podkrążone oczy. – Jakieś pomysły, co możemy dziś porobić?
– Hm.
Salvus podrapał się po głowie. Był przyjemny, słoneczny poranek, ryzyko deszczu nie ograniczało więc możliwości.
– Możemy spróbować złapać wiewiórkę na gościńcu za miastem. Albo powspinać się na drzewa. Albo zrobimy zawody w strzelaniu z procy.
– Albo możemy zwinąć kilka słodkich bułek i owoców z targu! – zaśmiała się dziewczyna. – A potem walki na kije i drażnienie wartownika!
– Nie będę kradł, nie po tym, co było ostatnio.
– Oj, daj spokój. Tylko żartowałam.
Niespodziewanie ich uszu dobiegło wołanie od strony dolnego miasta.
– Hej, ty! Topperveit! – zabuczał zakapturzony młodzieniec.
Alessa nie reagowała. Na jej twarz wkradł się niepokój, domyślała się bowiem, o co chodzi.
– Znasz ich, Alesso? – spytał Salvus po cichu.
– Nie, i nie chcę znać.
Było ich trzech. Wszyscy w jednakowych opończach z głębokimi kapturami. Wystarczyło rzucić na nich okiem, by uznać ich za bandytów lub złodziei. Wychodzić na zewnątrz w takim ubraniu, to jak celowo ściągać na siebie uwagę strażników, choć i w takim działaniu niekiedy kryje się spryt.
– Ogłuchłaś? – spytał poirytowany chłopak, zbliżywszy się na kilka kroków. – Twój ojciec zwolnił Fredasa. Wyrzucił go, i to przez ciebie!
– I gdzie on teraz jest? – syknęła Alessandra, obracając się gwałtownie w jego stronę. – Pewnie chowa się niedaleko, gdzieś za rogiem. Wyłaź, Fredziu! Ha ha!
– Przyszliśmy cię ostrzec. Jeżeli przez twoją głupotę i samolubstwo wyleci też jego siostra, Madin, będziemy mieć z tobą na pieńku. A to może się bardzo źle skończyć dla ciebie.
– A wy co, jego adwokaci? Chyba lepiej sprawiłaby się gromadka małp na postronku.
Rozmowny zakapior drgnął.
– Żebyś miała przedsmak tego, co cię czeka, dasz nam teraz wszystko, co masz przy sobie. Opróżniaj kieszenie.
Alessa parsknęła.
– E, łysy. Ty tak samo – burknął do Salvusa, który z najgłębszym spokojem przyglądał się sytuacji.
– Ja nic nie mam, ale jeżeli jesteście głodni albo bardzo potrzebujecie pieniędzy, to zapraszam do świątyni na przedmieściach – rzekł ze szczerą troską. – Jest tam puszka na datki, brat Estus na pewno ją dla was otworzy. Ludzie czasem przynoszą też w ofierze jedzenie, więc…
– Ha ha! – roześmiała się Alessa. – Proszę bardzo, ja też zawsze wspieram żebraków – dodała, sięgając do sakiewki. – Gdzie to jest… Chwila. O, mam!
Nagle jej dłoń wystrzeliła do przodu w obraźliwym geście, wzmocnionym towarzyszącym mu bezczelnym uśmiechem.
– Dość tej błazenady, straciłem cierpliwość – westchnął bandzior i wyjął z rękawa nóż. – Dawaj, co masz i spadaj, a nie zostawię śladu na tej twojej buźce! Chyba że pogorszysz swoją sytuację jeszcze bardziej. Wtedy po prostu zaciągniemy cię w ustronne miejsce i inaczej zaśpiewasz.
Na dźwięk groźby niewzruszony Salvus stanął na drodze napastników do Alessy, nie przyjmując jednak bojowej postawy.
Alessa zrobiła krok w tył i bez zastanowienia zaczęła drzeć się wniebogłosy.
– Straż! Pomocy!
Szef rzezimieszków natychmiast stracił rezon, rozejrzał się nerwowo i naciągnął chustę na nos. Zgraja poczęła wycofywać się pospiesznie w stronę domów, chcąc zapewne zniknąć w jakiejś ciemnej uliczce. Ich przywódca odwrócił się jeszcze, by rzucić nienawistne spojrzenie w stronę Alessy, lecz w tej samej chwili wyrósł przed nimi oddział patrolujący dolne miasto.
Niemal wpadli na strażników, z zaskoczenia stanęli jak wryci. Chcąc wykorzystać sytuację, Alessa zaczęła wołać, pokazując w ich stronę.
– To oni! Napadli na mnie!
Dziesiętnik straży poprawił hełm i dobył broni.
– Stać! Zdaje się, że ktoś zakłóca tu porządek.
Dziewczyna podbiegła do nich czym prędzej, Salvus poszedł jej śladem, wciąż zupełnie obojętny.
– Panie strażniku, oni napadli mnie i mojego przyjaciela, tam, o – zawołała, pokazując na mostek. – Chcieli nas okraść i… Grozili gwałtem!
Strażnicy pod komendą dziesiętnika niespiesznie otaczali grupę, blokując ewentualne drogi ucieczki.
– Yyy… Zaszła pomyłka, ja tylko przechodziłem obok! – odezwał się milczący dotąd bandzior.
– A ja… ja właśnie sze… szedłem do świątyni – wyjąkał najchudszy z nich.
– Zaraz, zaraz… Wszędzie poznam to tępe spojrzenie! – zaśmiał się dziesiętnik, spoglądając na szefa bandy. – Przecież to Zaelren! Najbardziej nieudolny złodziej po tej stronie Hebory!
Młodzi strażnicy zawtórowali rechotem.
Zaelren zmrużył oczy, tak że przypominały strzelające iskrami szparki, i popatrzył wyzywająco na dziesiętnika.
– Herman Morus – odezwał się w końcu. – Dziesiętnik straży i zwykła świnia.
Twarz Hermana nagle stężała.
– W takim razie pójdziesz z nami. Posiedzisz sobie do jutra bez jedzenia i o suchym pysku, to może zmądrzejesz. Brać go, chłopcy – rzekł beznamiętnie, po czym zwrócił się do dwóch pozostałych oprychów. – A wy, won stąd!
Salvus i Alessa odprowadzali wzrokiem Zaelrena eskortowanego przez strażników.
– Typowy dzień w Utner – bąknęła dziewczyna. – Dziękuję, że byłeś gotów stanąć w mojej obronie.
Zza pleców doszedł ich nagle dźwięk pospiesznych kroków i sapania.
– Hej, co tak stoicie? Coś się stało? – spytał Travis, łapiąc oddech.
– Wsadziliśmy człowieka za kratki – odparł Salvus z rozbrajającym spokojem.
Alessa z Travisem spojrzeli po sobie w milczeniu, lecz nie zdołali powstrzymać parsknięć i śmiechu.
– Słuchajcie, dziś wieczorem na rynku będą kuglarze i stragany z grami – rzekł Travis. – Mistrz gildii kupieckiej ma urodziny. Idziemy?
Odpowiedź była jasna, wystarczyło spojrzeć w ich lśniące radością oczy.
