Instastory - Iva Hadj Moussa - ebook

Instastory ebook

Iva Hadj Moussa

3,1

21 osób interesuje się tą książką

Opis

Wielbicielom naprawdę dobrych komedii polecam tę książkę, będącą także doskonałą i przezabawną obserwacją współczesności.  Humor, o który nie tak łatwo, jest tutaj doskonały. Całym sobą jestem za tą książką!

Jacek Galiński, autor cyklu o Zofii Wilkońskiej

 

Oto Sandra: piękna początkująca instagramowa influencerka, redaktorka czasopisma lifestylowego i dziewczyna Mirka, uroczego nieudacznika. Sandra marzy o łatwym i przyjemnym życiu w świetle instagramowych reflektorów. Tylko jak je osiągnąć? Kiedy pewnego dnia poznaje słynnego kompozytora, w jej głowie rodzi się pomysł na szybki sukces.


Instastory to powieść dla fanów czarnego humoru, parodii i śmiechu. Świetna książka zarówno na lato, jak i na mroźną zimową noc!

 

Pełna inteligentnego humoru, flirtująca z pastiszem, pokrętnie mroczna, a równocześnie genialnie oddająca współczesne podejście do życia. Zabawna, żartobliwa, ale i odrobinę gorzka komedia, w której seks, pieniądze i morderstwo grają główną rolę, ale i tak lajki są najważniejsze.

Iwona Banach, autorka Głodnemu trup na myśli


Bardzo udana książka! Przekonująco wykreowana główna bohaterka, chcąca zgarnąć od życia pełną stawkę i nie cofająca się przed niczym. Żywe dialogi i czarny humor, który bardzo mnie śmieszył.

Monika Mudranicová

redaktor naczelna czasopisma "Marianne"


Duży talent satyryczno-obserwatorski, który we współczesnej literaturze czeskiej nie pojawia się zbyt często, a właściwie jest go jak na lekarstwo!

Jiří Peňás, Tygodnik "Echo"

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 330

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Brnu i mężowi

I choose to be happy

Rihanna, Shine Bright Like a Diamond

#Prolog ZNALEZISKO

Kiedy Frank Day zaparkował swojego zielonego buicka na poboczu, słońce znajdowało się dokładnie nad jego głową. W trawie bzyczały owady, a na horyzoncie tuż nad szosą powietrze falowało niczym jakaś dziwaczna materia kosmiczna, zabiegająca o uwagę Ziemian. Frank był przyzwyczajony do upałów, ale i tak kiedy rozpinając rozporek, poczuł na plecach dwie strużki potu, ulżył sobie: – Ja pierdolę. – Szeleszczący mocz wsiąkał w kępy pożółkłej trawy. Pomimo iż lekarze i żona Hollie powtarzali Frankowi, że tak duża otyłość może wywołać poważne problemy zdrowotne, czuł się świetnie i był dumny z tego, że wciąż potrafi dosikać równie daleko jak za młodych lat. Tak po prostu, dla własnej radości, zestrzelił sikami żuczka ze źdźbła trawy, a kiedy w ramach dodatkowego treningu skierował strumień kilka centymetrów dalej, zauważył w trawie coś ciemnego. Przesunął wzrok o kolejne kilka centymetrów. Zamarł.

Po kilku sekundach, podczas których huk w jego głowie mieszał się z odgłosami owadów i skorpionów, Frank Day zaczął nerwowo cofać się do buicka. Nie zdążył nawet zapiąć rozporka. Szybko chwycił za telefon leżący na siedzeniu pasażera. Hollie odebrała po drugim sygnale. Należy do kobiet, które zawsze noszą telefon przy sobie w wydzierganej torebeczce na szyi. Ma tych torebeczek kilka w różnych kolorach, ale najbar dziej lubi beżową, bo – jak twierdzi – pasuje prawie do wszystkiego.

– Hollie, kurwa, znalazłem w dolinie… Cholera, znalazłem czyjąś rękę.

#1 DECYZJA

Na przystanku autobusowym stoi kilka osób. Wszyscy utrzymują stosowny dystans do pozostałych i niemal w bezruchu wpatrują się gdzieś w dal. Nikt nie chce gapić się na naburmuszoną twarz obcego człowieka, jeszcze opuchniętą od dziwnych snów.

Jest zimno, a Sandrze w butach do kostek, z frędzlami i seksownym zameczkiem, marzną nogi. Kręgosłup na wysokości bioder napina się niezadowolony i protestuje. Sandra wyrzuca sobie w duchu, że nie wzięła wygodnych śniegowców z dermy, ale potem sama siebie przekonuje, że lepsza jest odrobina niewygody i porządnie wyglądające obuwie niż chodzenie w takich rozczłapuchach, jak mają na nogach kobiety stojące obok niej. W butach, które już dawno wyszły z mody, a może nawet nigdy w niej nie były. Sprane kurtki sportowe, źle dobrane dżinsy, w dodatku z niemodnym krojem i szwami wykonanymi białą nitką. Głupie napisy na kurtkach, a nawet na torebkach: Memphis State University, Five Stars Summer, Champions League, Forever Cool, Lovely Girl. Czy ktoś naprawdę myśli, że ubranie wygląda lepiej, jeśli zamieści się na nim bezsensowne napisy? Przecież jest oczywiste, że na przykład ta kobieta z włosami niszczonymi od lat kiepską farbą i rzęsami, które z powodu nieudolnie naniesionego tuszu przypominają raczej nogi pająka, prawdopodobnie nigdy nie słyszała o żadnym Memphis, a tym bardziej nie studiowała tam na uniwersytecie.

Sandra nie rozumie kobiet, które nie chcą się podobać. Co sprawia im przyjemność, jakie mają hobby, co chcą osiągnąć? Czy lubią seks? Co myślą o nich ich partnerzy i koledzy? Kto czuje wobec nich pożądanie? Codzienną misją Sandry było podobanie się jak największej liczbie ludzi. To właśnie męskie, ale również pełne podziwu kobiece spojrzenia sprawiały, że czuła się dobrze, choć żyła przecież w szczęśliwym związku. A może właśnie dzięki temu? Człowiek nie powinien tracić kontaktu z rzeczywistością, bo mógłby spocząć na laurach i nawet by się nie obejrzał, a już chodziłby po ulicy w koszulce z napisem Tropical Beach Club i w dżinsach nieprzylegających do pośladków.

Sandra odsuwa się od grupki ludzi, unosi prawą nogę i dyskretnie kręci kostką. Powtarza to też z drugą nogą i przez chwilę czuje się lepiej. Gdzieś czytała, że wysokie obcasy nosi się – oprócz wydłużenia sylwetki – także w celu wzbudzenia u mężczyzn podświadomego przeświadczenia, że ich właścicielka jest osiągalna. Bo na szpilkach nikt daleko nie ucieknie. Przypomniała sobie też pewne badania, według których kobieta podczas chodzenia na wysokich obcasach używa tylko połowy mózgu, bo druga połowa koncentruje się wyłącznie na utrzymaniu równowagi. A przecież dużo łatwiej jest flirtować z kobietą w połowie głupią.

To ma sens. Sandra często udaje, że nie jest zbyt mądra, by zdobyć sympatię rozmówców, bo przy niebezpiecznie pięknych i mądrych kobietach ludzie przesadnie się pilnują.

Wszystkie głowy jak na rozkaz obracają się w lewo – dobiega stamtąd dźwięk silnika. Zza zakrętu wyłania się autobus, a jego oczy wesoło świecą w ciemności. Pierwsza pozytywna chwila dnia.

Sandra siada tuż za kierowcą i obserwuje przez zaparowane okno szary krajobraz, dochodzący do siebie po męczącej nocy. W kaszlu kierowcy słychać niepokojące charczenie. Rak? Sandra z obrzydzeniem przykleja się do szyby i patrzy w skupieniu na swoje odbicie. Oczy ciemne i smutne, usta buntowniczo wydęte. Sama sobie przypomina jakiś renesansowy obraz – dostojna kobieta z dumnie zadartą brodą. Zamiast gronostajów ma futrzany kołnierz płaszcza. Lecz tak naprawdę nie jest żadną renesansową damą. Jest średnio pracowitą dziennikarką, raczej proaktywną niż aktywną. Akurat dziś musi być wcześnie rano na zebraniu w redakcji, nie chce się jej tam jechać, a autobus podskakuje na wybojach, aż kierowcy trzęsie się tłusta broda. Sandra ma nadzieję, że to nie guz na płucach. Może po prostu dużo pali.

Znów spogląda przez okno – twarz na bladym krajobrazie księżycowym. Chyba po raz milionowy w swoim życiu upewnia się, że jest piękna i atrakcyjna.

I że to życie nie jest dla niej.

– Dzień doberek – przywitała ją dwa lata temu Hanna Smith-Kapusta, a Sandra od razu wiedziała, że będzie tą kobietą gardzić. Ludzie na wysokich stanowiskach i z dwoma nazwiskami nie powinni używać zdrobnień.

Hanna była redaktorką naczelną lifestylowego czasopisma „Helena's Diary". Miało to być czasopismo społeczno-kulturalne dla tak zwanych światlejszych ludzi, których oprócz mody interesuje też architektura, design i oczywiście jedzenie, ale także „społeczeństwo jako takie".

Sandra była wtedy ubrana w swoją najlepszą sukienkę, a przy recepcji „przez przypadek" wysunęła się jej z torebki Saga rodu Forsyte'ów, żeby zrobić dobre wrażenie (jedyna saga, jaką Sandra tak naprawdę przeczytała, była o tej dziewczynie niemogącej się zdecydować między upiorem i wilkołakiem).

Przyniosła też dwa swoje opowiadania – Północny płacz i Ze snów opada kurz – a Hanna spytała, które z nich podoba się Sandrze bardziej i dlaczego.

– Chyba Północny płacz. Jest bardziej filozoficzne. I niezwykle intymne, obnażyłam się w nim duchowo. Stanowiło dla mnie terapię, pomogło mi uporać się ze światem i odnaleźć w nim swoje miejsce. Próbowałam nadać mu eksperymentalną formę.

– Aha – odparła Hanna Smith-Kapusta neutralnym tonem. Czytając pobieżnie, powoli przesuwała długopis po pokrytych ciemną szminką wargach w tę i z powrotem. Sandra zastanawiała się, czy są prawdziwe, czy może wypełnione silikonem.

– Opowiadanie całkiem niezłe, ale nie widzę w nim nic filozoficznego, eksperymentalnego ani osobistego – wydała swój werdykt Kapusta.

– Napisałam też jedną sztukę teatralną. Prawie trafiła na afisz – pochwaliła się szybko Sandra, by odwrócić uwagę od Północnego płaczu. Była to historia studentki, która zakochuje się w swoim profesorze, ale potem dowiaduje się, że on jest gejem. Sandra dobiła się ze swoim tekstem aż do kultowego aktora Bolka Polívki. Sztuka mu się podobała, ale filuternie spytał, czy on aby nie wydaje się Sandrze za stary do roli profesora.

– Jako profesora obsadziłabym Mirka Donutila – odparła wówczas Sandra. – Pan oczywiście zagrałby drugoplanową rolę jego wiecznie pijanego brata.

Polívka poczerwieniał, a dzieło Sandry nigdy nie doczekało się inscenizacji.

– Cóż, wszyscy chcielibyśmy pisać dla teatru, a każda z nas chętnie wskoczyłaby Bolkowi do łóżka – zaśmiała się gorzko Hanna Smith-Kapusta.

Sandrę zalała fala złości, ale nie dała po sobie nic poznać. Ona na pewno nie wskoczyłaby do tego łóżka. No dobrze, może rozważyłaby taką możliwość, gdyby on był trochę młodszy, a ona z kolei w wieku, w którym nie można już zbytnio wybrzydzać. Kapusta wciąż uśmiechała się rozbawiona, a Sandra była już niemal pewna, że jej wargi nie są naturalne.

– Zatem spróbujmy – powiedziała w końcu redaktorka. – Ma pani w sobie to coś, taki fajny vibe. Może pani zacząć od pierwszego. Zajmie się pani rubryką o organizacjach użytku publicznego. I musi pani pisać o nich tak, żeby ludziom chciało się to czytać.

Wprawdzie Sandra przyszła tam z nadzieją, że będzie robić wywiady i pisać reportaże o burlesce, ale cóż począć. Złość ustąpiła miejsca ostrożnej radości, ale Hanna Smith-Kapusta i tak miała u Sandry wielką krechę.

– Bardzo się cieszę.

– Powiem dziewczynom, żeby panią tu oprowadziły. Jeszcze jedno cappuccinko?

Sandra dociera do redakcji dopiero około południa. Oczywiście mogłaby wcześniej, ale przez godzinę błąkała się po galerii handlowej. Spacerem pośród ładnie udekorowanych wystaw chciała zmyć z siebie dziwny posmak środowiska, w którym rano robiła reportaż.

Dyrektorka ośrodka dla psychicznie chorych o romantycznej nazwie Kwiatuszek przyjęła ją w swoim ohydnie urządzonym biurze. Kawę rozpuszczalną przygotował jeden z jej podopiecznych. Brakowało mu przynajmniej czterech zębów. Wilgotny nos wycierał o grzbiet dłoni, a dłoń o brudne uda. Sandra posłała mu przyjazny uśmiech, ale żeby zmusić się do wypicia tej kawy, musiała zaangażować całą swoją silną wolę. Dyrektorka miała na sobie o dwa numery za ciasny sweter, zza którego wypływała biała, gruba skóra. Kiedy mówiła, w kącikach ust zbierała się jej ślina i pieniła się przy każdym słowie. Kobieta pachniała zwietrzałymi jaśminowymi perfumami doprowadzającymi Sandrę do zawrotów głowy.

Przy pożegnaniu dyrektorka zaprosiła Sandrę na Sen nocy letniej – przedstawienie, w którym w przyszłą sobotę jej podopieczni będą grać ze zdrowymi ludźmi. Zapewniała, że nie da się odróżnić jednych od drugich. Sandra przyjęła zaproszenie z uśmiechem, ale w duchu pomyślała, że na pewno nie zamierza psuć sobie soboty patrzeniem na to, jak ktoś profanuje Szekspira. I pomyślała tak pomimo tego, że nigdy nie była na żadnej sztuce Szekspira ani nie przeczytała choćby jednego jego wiersza lub dramatu. Potrafiła jednak podać z pamięci tytuły przynajmniej pięciu jego dzieł – zazwyczaj to wystarcza, by wywrzeć dobre wrażenie.

Ogólnie Sandra uważa, że wykształcenie jest przereklamowane. Wiedziała to już, kiedy jej koledzy i koleżanki z liceum w wieku osiemnastu lat popełniali ten życiowy błąd i postanawili studiować religioznawstwo, studia wschodnioeuropejskie lub archiwizację. Niedawno na dworcu autobusowym pomyliła pewnego historyka literackiego z bezdomnym. Inni jej koledzy, którym profesorowie przepowiadali świetlaną przyszłość, dziś parzą kawę i pieką organiczny banana bread (owszem, czasem we własnych kawiarniach, które znalazły się w przewodnikach typu 10 places to visit in Brno).

Na przekór temu przekonaniu Sandra ukończyła liceum z dość dobrymi ocenami, przede wszystkim dzięki zdolnościom improwizacyjnym, niezłej pamięci krótkotrwałej i umiejętności rozpłakiwania się w odpowiedniej chwili. Przejawiała też nieco ponadprzeciętny talent literacki i zaczęła pisać jałowe opowiadania, które jednak zwróciły uwagę jej nauczycielki. Na jednym z zebrań z rodzicami stwierdziła nawet, że z Sandry mogłoby „coś być". Sandra na pewien czas uległa złudzeniu, że na wzór Carrie Bradshaw zostanie dziennikarką piszącą jeden felieton tygodniowo i mieszkającą dzięki temu w apartamencie na Manhattanie.

W galerii handlowej przymierzyła dwie pary butów i żółty płaszczyk z paskiem, w którym wyglądała jak kwitnący mlecz i który podkreślał jej szczupłą talię. Wysłała Mirkowi MMS z pytaniem: Co o tym myślisz? Mirek od razu posłał jej serduszko. Można to było zinterpretować na kilka sposób, z których najbardziej prawdopodobny brzmiał: ładnie ci w nim, ale proszę, nie kupuj teraz tego cholernego płaszcza. Sandra wiedziała, że Mirek wydałby na nią wszystkie pieniądze świata, gdyby… Gdyby nie miał długów w wysokości prawie pół miliona koron i komornika depczącego mu po piętach. Wkopali go, świnie.

Zdjęcie z przymierzalni wrzuciła na Instagram, tak jakby chciała się pochwalić nowym zakupem. Dodała emotikon żółtego słońca i napisała: Kiedy nie świeci słońce, świecę ja. #sun #shine #czechgirl. Wydawało się jej to głębokie. Zawsze była dumna z tego, że należy do inteligentnych kobiet. Próbowała zawrzeć w swoich postach coś więcej niż powierzchowne przechwalanie się ciałami, uśmiechami i ciastami domowymi.

Jeszcze zanim wyruszyła z powrotem do redakcji, wstąpiła do luksusowej perfumerii i dyskretnie umalowała się niewyobrażalnie drogą szminką i cieniami do powiek Estée Lauder. Sprzedawczyni z grubą warstwą makijażu przyglądała się jej podejrzliwie, a po chwili ze sztuczną uprzejmością spytała, czy Sandra zamierza zakupić wypróbowane właśnie produkty.

– Oczywiście – odparła Sandra z udawaną lekkością. – Tylko akurat bardzo się śpieszę.

Sprzedawczyni, zapewne przyzwyczajona do tego typu klientek, posłała Sandrze uśmiech tak kąśliwy, że zmarszczył się jej makijaż wokół ust.

– Naturalnie.

– Już mnie nie bawią te reportaże o organizacjach pożytku publicznego – mówi Sandra podczas popołudniowej narady. – Upośledzeni ludzie, walnięte dzieciaki, poobijane matki, narkomani, bezdomni, Cyganie, schroniska dla niedorozwiniętych psów… To znaczy współczuję im, mają przerąbane, ale piszę ciągle o tym samym i powoli wpadam od tego w depresję. Ciągle grzebię w jakichś nieszczęściach. Myślę, że potrzebuję jakiejś zmiany. – Przez chwilę sama nie wierzy, że wypuściła te słowa z ust.

Z tą depresją to była bzdura – zniechęcenie i kiepski nastrój to przecież jeszcze nie depresja, dobrze o tym wiedziała z czasopisma „Moja psychologia". Ale depresja zawsze robi większe wrażenie. Po tej litanii koledzy natychmiast otrząsają się z letargu, a brwi redaktor naczelnej wędrują na szczyt czoła – tam, gdzie zaczyna się jaskrawo pomarańczowa linia włosów.

– W takim razie o czym raczyłabyś pisać, nie krzywiąc się tu na nas tak ponuro? – Ironii w głosie Hanny po prostu nie można nie słyszeć.

Młoda i chorobliwie ambitna Klara, pracująca w redakcji dopiero od trzech miesięcy, uśmiecha się złośliwie. A przecież to właśnie Sandra wezwała w zeszłym tygodniu karetkę, gdy Klara zemdlała w kuchni, bo założyła się, że da radę wykonywać ćwiczenie zwane plank przez pół godziny, czyli o pół godziny dłużej niż pewna znana modelka. Nie dała.

– O show-biznesie. Wywiady. Tak, chcę robić wywiady. Ciekawi ludzie, aktorzy, piosenkarze, artyści. Designerzy i tak dalej. Architekci. Start-upy. Cyfrowi nomadowie. Blogerzy, pisarze, malarze. Influencerzy. Po prostu społeczeństwo – odpowiada Sandra, krążąc palcem po obwodzie kubka z kawą.

Zamyślona Klara marszczy brwi i wydyma usta pomalowane na czerwono.

– Przecież osoby wykluczone też są częścią społeczeństwa.

Sandra posyła jej nienawistne spojrzenie. Widzi, że w jednym miejscu Klara trochę przeciągnęła szminkę, ma ją nawet odciśniętą na zębach, ale sporo osób tu za nią nie przepada, więc nikt nie zwrócił jej uwagi na defekt kosmetyczny. To właśnie Klara zagięła parol na wszystkich architektów i blogerów. Jej plan jest prosty – chce wykorzystać swoje walory, czyli długie nogi, średniej wielkości piersi i nieco ponadprzeciętną inteligencję społeczną. Przy ich użyciu zamierza zwrócić na siebie uwagę jakiegoś młodego lub nawet podstarzałego artysty, designera, chirurga plastycznego, zawodowego sportowca lub projektanta mody, o ile znajdzie się wśród nich jakiś hetero seksualny. Po jakimś czasie porzuciłaby pracę i pomagałaby mu organizować różne akcje, ewentualnie catering, a potem urodziłaby przynajmniej dwoje genialnych dzieci, z którymi podróżowaliby po świecie, a one „nasiąkałyby językami obcymi jak gąbki".

– Niech Sandra łaskawie dokończy jeszcze chociaż to stowarzyszenie zajmujące się świadomą menstruacją – proponuje wstrętna koleżanka Vivienne (to przezwisko, naprawdę ma na imię Weronika). Przez całą swoją karierę zawodową nie osiągnęła niczego i ma problematyczną cerę, ale wciąż jedzie na tym, że w 2015 roku wygrała Quiz od A do Z. Swojego rywala pokonała dzięki temu, że poprawnie rozszyfrowała skrót OT (ocelot tygrysi).

– Jasne, nie ma sprawy – zgadza się Sandra.

– Muszę się nad tym poważnie zastanowić – mówi Hanna, podnosząc dłonie, jakby się poddawała. Klara jest rozczarowana, bo nie zapowiada się żadna większa afera, którą mogłaby omówić po pracy przy winie z koleżankami z działu sprzedaży.

„Krowa" – myśli Sandra.

– Ho, ho, ho – mówi grafik Piotr.

Sandra spogląda w jego stronę.

– Co jest?

– Ktoś tu się boi, że ucieka mu pociąg – uśmiecha się Piotr.

– Ten ktoś to niby ja?

– Nic takiego nie powiedziałem.

– To zamknij się.

Sandra nie jest głupia i wie, że podoba się Piotrowi. Ale on niestety ma niepokojąco wyłupiaste oczy, nosi białe dżinsy z wysokim pasem, a ponadto nie posiada prawa jazdy. Wygląda trochę jak Freddie Mercury, tylko w wersji heteroseksualnej. Często w pracy jęczy i wzdycha, by koledzy pytali, dlaczego tak jęczy i wzdycha, a on mógł im niby obojętnie opowiedzieć o siedmiogodzinnym seksie w jacuzzi z vice miss dzielnicy Komin i jej ukraińską siostrą. Ponadto każdą sytuację komentuje jakimś cytatem z serialu Simpsonowie, a z kolegami wita się zdaniem „Strzałeczka, świrusy". Natomiast jej Mirek ma piękne oczy, nosi modne Levisy i do niedawna miał ciemnozieloną octavię. A poza tym Sandra go kocha. Postanawia więc zignorować Piotra i rozgląda się po pomieszczeniu. Jest z siebie dumna. Udało się! Kto nie ryzykuje, nie pije szampana.

Hanna kilka razy klaszcze.

– To tyle. Dziękuję, możecie brać się do pracy. A my, Sandro, musimy jeszcze coś omówić.

Reszta redakcji niechętnie wstaje z krzeseł i zmierza do swoich biurek lub do kuchni po kolejną kawę. W zaduchu unosi się słaby zapach potu, artykułów biurowych i frustracji dziennikarzy piszących o życiach ludzi, którzy odnieśli sukces.

Sandra niejasno przeczuwa, że coś zaczyna zmieniać się na jej korzyść, ale jeszcze nie wie, co to dokładnie oznacza.

Post na Instagramie Kiedy nie świeci słońce, świecę ja zdobywa czternaście polubień. To mniej niż myślała, ale i tak jest zadowolona z tego dnia.

***

Poznali się w drugiej klasie liceum. Mirek przeprowadził się do Brna z Pragi razem z rodzicami – jego tata zakładał tu kolejną filię swojej drukarni, a mama darzyła Brno nostalgią, ponieważ jej dziadek pochodził z niedalekiego miasteczka Hustopecze, a w brneńskim szpitalu psychiatrycznym wyleczył się z alkoholizmu (i poznał swoją drugą żonę).

Mirek miał silny praski akcent (kiedy się przedstawił, brzmiało to jak Merek), sto dziewięćdziesiąt trzy centymetry wzrostu, umięśnione ramiona i niebieskie oczy – takie średnio niebieskie, jak bezchmurny letni poranek – osadzone trochę na ukos i z powodu dalekowzroczności wiecznie zmrużone, przez co Mirek przypominał bohatera filmów akcji. Gdy wszedł do klasy, a nauczycielka przedstawiła go uczniom, on ze wszystkich dziewczyn w klasie bezbłędnie wyłowił wzrokiem właśnie Sandrę, tak jakby już wiedział, że będzie tam siedzieć, jakby wiedział to już w Pradze, a może nawet dużo wcześniej, a teraz to się tylko potwierdziło, a on wcale nie był zaskoczony. Sandra do dziś pamięta to intensywne mrowienie mające epicentrum w podbrzuszu i rozlewające się wyżej, ku piersiom, ale też niżej, do ud. Niczego podobnego wcześniej nie zaznała, choć różne miłostki, platoniczne i nieplatoniczne, ale wszystkie bez perspektyw, przeżywała już od trzynastego roku życia.

Dokładnie pamięta, jak nie mogła zaczerpnąć powietrza przy każdym ich kolejnym spotkaniu. Jak bała się odezwać, nogi trzęsły się jej delikatnie, a całe ciało otaczała szczególna poświata. Obawiała się, że kiedy wyda z siebie choćby jeden dźwięk, czar pryśnie. Lecz on przetrwał.

Na pierwszą randkę poszli do kina Art na film dokumentalny o alpinistach. Sandrze imponowały radykalne poglądy Mirka: kiedy po seansie pozostali widzowie zachwycali się przy kieliszku wina odwagą i uporem alpinistów, Mirek marudził, że na Mount Everest wchodzą tylko debile, a jeśli komuś od mrozu czernieje kciuk, to sam jest sobie winien.

Nieco później tego samego wieczoru rozbawił ją też teorią, że pochodzący z Ivančic słynny czeski aktor Vladimír Menšík jest, sądząc po fizjonomii, oczywistym potomkiem Murzyna.

– Skąd niby w Ivančicach wzięliby się Murzyni? – sprzeciwiła się wówczas Sandra, ale Mirek argumentował swoje twierdzenie czarnymi kręconymi włosami aktora, jego szerokim nosem, mięsistymi wargami i śniadą skórą. Wspomniał też o poczuciu humoru, które według Mirka posiadają wszyscy czarnoskórzy (tak jak Eddie Murphy, Bill Cosby czy Will Smith). Potem poszedł w swojej teorii jeszcze dalej: był przekonany, że Menšík pozostawił po sobie syna, do którego nigdy się nie przyznał – Martina Dejdara (kręcone włosy, mięsiste wargi, talent komediowy). Sandra prawie parsknęła winem do kieliszka, ale potem musiała przyznać, że coś w tym jest.

Podziwiała niezależne myślenie Mirka oraz to, że był inny niż wszyscy. Kochała go tak bardzo, że czasem aż bolało ją to gdzieś w środku. Był też odważny: kiedy raz na placu Malinowskiego biło się dwóch chłopaków w koszulkach Sparty Praga, Mirek wezwał do nich policjantów i zwyzywał ich od praskich kurew (tych chłopaków, nie policjantów).

Spali ze sobą już pierwszego wieczoru, a tuż po maturze zamieszkali razem w jednym pokoju z malutką kuchnią i łazienką, na Starym Brnie, tuż obok supermarketu, co było dość fajne, bo oprócz tego, że mogli o każdej porze skoczyć na zakupy, w powietrzu unosił się nadchodzący falami zapach pieczonych z zamrożonego ciasta bułek. Czasem wiatr przynosił nawet zapach piwowarskiego słodu z pobliskiego browaru Starobrno. Wiedli słodkie życie.

Wprawdzie sufit malutkiej łazienki pokrywała pleśń, w zimie ciągnęło ze wszystkich okien, a w lecie można było się tam ugotować, ale czuli się szczęśliwi. Nie przeszkadzali im nawet sąsiedzi – liczne romskie rodziny, mające w zwyczaju rozpalanie latem ognisk na trawnikach i głośne celebrowanie życia. Kto jest szczęśliwy, życzy szczęścia też innym, więc Sandra i Mirek po prostu przenosili materace do kuchni, której okna nie wychodziły na podwórze, i usypiali zadowoleni pod zlewem z kapiącym kranem. Ich obecne mieszkanie w dzielnicy Leśnej jest trochę bardziej luksusowe i nie ma tam żadnych Romów.

– Nie działacie sobie na nerwy? – pytały Sandrę koleżanki. Nie rozumiała, o czym mówią. Dlaczego miałby jej działać na nerwy ktoś, kogo kocha? Najchętniej trzymałaby go za rękę przez cały dzień, tysiąc razy kładłaby głowę na jego ramieniu, aż ścisnęłaby sobie od tego jakiś nerw. Kiedy rozstawali się rano, już za pierwszym rogiem pisali do siebie SMS-y. Wysyłali sobie obrazki kotków, którym z pyszczków wylatują tysiące serduszek, a czasem nawet zdjęcia genitaliów.

Każda chwila była dla nich świętem, nieważne, czy akurat spacerowali wokół zalewu, na wzgórzu zamkowym pili z kartonu wino kupione od „skośnookich", szwendali się po centrum handlowym Olimpia czy dzielili się frytkami kupionymi długo po północy w McDonald's na placu Wolności.

Życie było wspaniałe, ale oboje wiedzieli, że mogłoby być jeszcze dużo lepsze. Nie chcieli powtarzać błędów swoich krewnych i znajomych, którzy marnowali sobie życia, bo zadowalali się tym, co mieli.

Dlatego podczas długich letnich wieczorów snuli plany: o podróżach, o domu z basenem, o kamperze wyposażonym w prysznic i wi-fi, o drogich ubraniach.

Któż inny bardziej zasługuje na szczęście niż szczerze zakochani ludzie?

Zakochani ludzie nie mogą robić nic złego.

***

– Jesteś cudowna.

– To ty jesteś cudowny.

– Nie, ty.

– A która połowa mojego ciała bardziej cię kręci? Dolna czy górna?

– Znów czuję się jak osioł Buzdygana.

Sandra chichocze.

– Czyj? Od kiedy pan Buzdygan ma osła?

– No coś ty, nie ma. Według legendy osioł Buzdygana nie mógł się zdecydować między dwiema kupkami siana. To taki rodzaj wyboru, kiedy oba wyjścia są super.

Sandra dobrze wie, że Mirek ma na myśli osła Buridana, ale nic nie mówi. Nie chce go zawstydzać.

– Mirusiu, ty jesteś taki mądry. A powiedz, którą część mojego ciała lubisz najbardziej?

– Uwielbiam twoją szyję. Czy to, że mam hopla na punkcie twojej szyi, oznacza, że jestem zboczony?

– Erotycznego hopla?

– No.

– Przyznaję, że jest to trochę dziwne.

– I na punkcie twoich palców. I dłoni.

– Dłonie też cię podniecają?

– Ale nie aż tak jak szyja.

– Szkoda. A uszy?

– Twoje uszy wygrałyby międzynarodowy konkurs uszu.

– A nogi?

– Żadne piękniejsze nogi nigdy nie pojawiły się na tej ziemi. Wszystkie inne nogi mogą się schować.

– A w kosmosie?

– Ze wszystkimi kosmitkami wygrywasz w przedbiegach.

– Nawet z księżniczką Lejlą?

– Przecież ona nie jest kosmitką.

– Racja. A tyłek? Powiedz coś o tyłku.

– O tyłku księżniczki Lejli?

– Przestań! O moim!

– Jest jak luksusowy stek.

– Co? Stek? Taki tłusty?

– Nie. To najlepsze, co w sobie masz.

– To zabrzmiało seksistowsko.

– Bo jestem seksistą.

– Chyba wariatem.

– Fakt.

– Ach, Mirku…

– Co jest?

– Tak sobie myślę… Dlaczego nie możemy żyć tak, jak na to naprawdę zasługujemy. Zwiedzać świat. Próbować egzotycznych potraw. Mieć ładne rzeczy. Ale oczywiście zdrowie to podstawa – rozważa Sandra. – Cholera, jak to zrobić, żebyśmy byli szczęśliwi.

Przestraszony Mirek mruga powiekami.

– Ty nie jesteś ze mną szczęśliwa, San?

– Oczywiście, że jestem! Tylko po prostu czasem się zastanawiam, jak to zrobić, żebyśmy mogli żyć tak, jak chcemy. Bo miłość to jedna sprawa, a praktyczne życie druga – dodaje Sandra szybko, ale mimo to Mirek smutnieje. Wszystkie ich dotychczasowe pomysły na zbicie majątku spełzły na niczym. Nie wypaliła nawet propozycja Mirka, żeby Sandra oskarżyła dyrektora finansowego czasopisma „Helena's Diary" o molesto wanie i zażądała odszkodowania za straty psychiczne. Twierdził, że takie rzeczy robi się na całym świecie.

– Ale on mnie nie molestuje – sprzeciwiła się wtedy Sandra.

– W takim razie po prostu to zmyślisz – rozkazał jej Mirek. – Co może ci udowodnić?

– W sumie kiedyś na naradzie jadł obok mnie pomarańczę – przypomniała sobie Sandra.

– A co pomarańcza ma wspólnego z molestowaniem?

– Jadł ją w obleśny sposób i patrzył przy tym na mnie – wyjaśniła Sandra, ale Mirek wyraził obawę, że to zbyt mało na porządne oskarżenie.

– Gdybym tak miała chociaż więcej followersów – skarży się Sandra.

– Nikt nie obserwuje ludzi z Brna, pogódź się z tym – odpowiada Mirek ospałym głosem.

– Tak? A ta krowa Kerndlova? Przecież nawet nie potrafi porządnie śpiewać.

– Daj spokój. Jej ojciec ma znajomości – ziewa Mirek. – Nie martw się, kiedyś jakaś nić Adrianny doprowadzi nas do lepszego życia. Musimy być cierpliwi.

„Czy nie mówi się przypadkiem nić Ariadny?" – zastanawia się Sandra, ale też jest już zmęczona i nie chce się jej tym zajmować. Wplata swoje nogi w nogi Mirka, są ciepłe i owłosione, łaskocze ją to. Mirek już usypia i zaczyna głośno oddychać. Za oknem przejeżdża ostatni nocny tramwaj, a z klatki schodowej dobiega zgrzyt zamka – to pan Broghány wraca z knajpy. Jego żona przez chwilę coś krzyczy, kilka razy trzaskają tam drzwi, a potem nastaje cisza i wreszcie cały budynek usypia.

***

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

Po śmierci ojca Eliza Caine postanawia porzucić Londyn i objąć stanowisko guwernantki w posiadłości Gaudlin Hall. W starym domu nie zastaje jednak pracodawcy.

Wita ją tylko… dwoje dzieci.

Tajemnica, o której nikt nie chce mówić. Klaustrofobiczna atmosfera angielskiej prowincji. I seria wypadków wskazujących na siły nadprzyrodzone. Kiedy wychodzi na jaw tragiczny los poprzednich guwernantek, Eliza Caine pojmuje, że w Gaudlin Hall stoczy bój o życie swoje i swoich podopiecznych.

Wzorowa rodzina: matka nauczycielka, ojciec przedsiębiorca, dwoje dzieci. Jednak pozorna idylla zmienia się w koszmar, gdy córka Alicja po raz pierwszy sięga po narkotyki i wsiada na szaleńczą karuzelę kręcącą się coraz szybciej. Czy stało się tak za sprawą jednej złej decyzji, czy wieloletnich błędów uznawanych powszechnie za błahe? Jak rodzice mogą ustrzec dzieci przed narkotykami? Jak one same mogą się przed nimi bronić?

Mam na imię Alicja. Jestem narkomanką to pierwsza część trylogii pod tytułem Dziewczyny na smyczy poświęconej problemom nastolatek.

Jedna z najpopularniejszych brytyjskich komedii literackich!

Kiedy Reginald I. Perrin, pracownik Słonecznych Deserów, obudził się pewnego czwartkowego poranka, bynajmniej nie zamierzał nazwać swej teściowej hipopotamem. Lecz później wszystko uległo diametralnej zmianie.

Reggie poczuł, że musi zmienić swoje życie. Nie chciał,

by ograniczało się do nudnej pracy i przewidywalnego małżeństwa. Przewraca więc swój świat do góry nogami. Czy to pozwoli mu odwrócić złą kartę?

Brytyjski humor w najlepszym, starym stylu!

Czwarta część najpopularniejszego literackiego sitcomu ostatnich lat!

Spokój na zamku zostaje zakłócony. Personel musi zmierzyć się z falą przestępstw przetaczających się przez Kostkę.

Czy w obliczu tak dramatycznych wydarzeń można zachować dobry humor? Oczywiście! Nowi bohaterowie, nowe wątki i kolejna dawka doskonałej rozrywki. Evžen Boček mistrzowsko bawi się konwencją, serwując gagi i humor sytuacyjny, za które pokochały go setki tysięcy czytelników!

Pamiętnik surrealistyczny. Gwarancja czeskiego humoru.

Przewrotny humor i galeria nietuzinkowych osobowości gwarantują dobrą zabawę. Obok historii opowiedzianej w taki sposób nie można przejść obojętnie. Mamy do czynienia z jedną z najzabawniejszych książek XXI wieku!

Rodzina Kostków powraca z Ameryki do Czech, by przejąć dawną siedzibę rodu – zamek Kostka. W zamku zastają dotychczasowych pracowników: kasztelana, ogrodnika oraz kucharkę. Jak nowi właściciele poradzą sobie w nowej rzeczywistości? Jak odnajdą się w rolach dotychczas nieodgrywanych?

Thriller psychologiczno-sądowy.

Jedna z najważniejszych powieści grozy ostatnich lat.

Szkocja, 1869 rok. W zapomnianej przez Boga i ludzi osadzie zostaje popełnione potrójne morderstwo. Do winy przyznaje się siedemnastoletni Roderick Macrae. Czy rzeczywiście jest odpowiedzialny za zbrodnię. Co mogło sprawić, że postanowił zrealizować swe krwawe zamiary?

Finalista Nagrody Bookera 2016

Zdobywca Nagrody Saltire 2016 w kategorii Najlepsza Powieść 2016 Zdobywca Nagrody Vrij Nederland w kategorii Najlepszy Thriller 2017 Finalista Nagrody Los Angeles Times w kategorii Najlepsza Książka Grozy 2017

Finalista Sunday Herald Culture Awards w kategorii Autor Roku 2017

Trybecz, pasmo górskie na Słowacji. Od dziesięcioleci krążą o nim legendy z powodu tajemniczych zaginięć. Niektóre ofiary zostały znalezione martwe. Niektóre zniknęły bez śladu. A jeszcze inne powróciły – ranne i niezdolne do życia.

Igor zdobył tytuł magistra. Po pięciu latach wreszcie może zacząć karierę jako… robotnik budowlany. Na swojej pierwszej budowie odkrywa tajemniczy sejf. Znajduje w nim płyty gramofonowe sprzed kilkudziesięciu lat. Słyszy na nich głos człowieka, który przez ponad trzy miesiące błąkał się w górach Trybecza.

Legenda, mistyfikacja czy przerażająca rzeczywistość?

Świetna powieść najpopularniejszego słowackiego pisarza. Jozef Karika staje twarzą w twarz z legendą Trybecza.

Szczelina zdobyła najważniejszą słowacką nagrodę literacką

ANASOFT LITERA w kategorii NAGRODA CZYTELNIKÓW!

Jakie wydarzenie najbardziej zmienia świat dorosłego mężczyzny? Oczywiście narodziny dziecka.

Dziecko w wieku przedszkolnym to zbiór opowieści napisanych przez tatę trzyletniej Wiki. M. M. Cabicar opisuje rodzicielską rzeczywistość bezkompromisowo, czasem dosadnie, ale przede wszystkim z rozbrajającą szczerością i kapitalnym poczuciem humoru. Nie zdejmuje różowych okularów nawet w najbardziej kłopotliwych sytuacjach, wychowując dzięki temu niezwykle pogodne dziecko!

Jeremiasz jest inny. Żyje w świecie, w którym dni tygodnia mają swoje kolory, a najlepszą zabawką jest zamek błyskawiczny. Jeremiasz wychodzi z domu tylko z olbrzymią pokrywką.

Jeremiaszem opiekuje się siostra Pamela. Dlaczego to właśnie ona rozumie go najlepiej? Chłopiec, jego siostra oraz ich mama przeprowadzają się do kolejnego miasta. Muszą rozpocząć życie na nowo. Czy tym razem im się to uda?

Ta pełna ciepła i humoru historia łamie serca i uczy zrozumienia.

Ta powieść chwyta za gardło i trzyma do ostatniej strony!

Zmęczony metropolią Wiktor wyjeżdża z Pragi, by zostać kasztelanem morawskiego zamku. Pragnie odnaleźć wewnętrzną równowagę i zażegnać kryzys małżeński. Jednak wizja spokojnego życia wśród zabytkowych mebli i dzieł sztuki szybko odchodzi w zapomnienie. Na zamku czeka dość zagadkowy personel oraz… demony przeszłości.

Tajemnicze odgłosy i niewyjaśnione zdarzenia przejmują władzę nad Wiktorem i jego rodziną. Czy mają swoje wytłumaczenie? Czy racjonalny umysł Wiktora rozwikła tajemnicę zamku?

Pamiętajcie: niczemu się tutaj nie dziwcie!

Zabawna powieść o kobietach i mężczyznach. Tę książkę kupił co setny Czech!

Ekożona stawia wiele aktualnych pytań: Czego oczekujemy od swoich partnerów? Jakie jest znaczenie porodu naturalnego? Co tak naprawdę oznacza życie w zgodzie z naturą i z samym sobą? Czy naturalny jest na przykład ogród? Albo małżeństwo?

Poruszane przez autora poważne tematy zostały ubrane w brawurową narrację. Szczerość, autoironia i humor sprawiają, że mamy do czynienia z powieścią niezwykle inteligentną i nowoczesną.

Kiedy Mojmirowi pęka aorta, jego świat oraz światopogląd ulegają gwałtownym zmianom. Mojmir zmienia się z butnego racjonalisty… no właśnie, w kogo?

W tej brawurowej narracji pełnej ciętych ripost Michal Viewegh z humorem i autoironią opowiada o byciu pacjentem VIP oraz o poszukiwaniu nowej drogi życiowej po osobistym kataklizmie.

Ekomąż to jedna z najważniejszych powieści najpopularniejszego czeskiego pisarza.

Jeden na milion to zbiór czternastu opowiadań jednego z najpopularniejszych czeskich prozaików. Martin Reiner zabiera nas na łąki pełne hipisów, na próby chóru więziennego, do Ameryki – a szerokiemu wachlarzowi tematów towarzyszą różnorodne formy literackie. Lektura dla smakoszy!

MISTYCZNY PORNO-GASTRO THRILLER Z XIX-WIECZNEJ PRAGI

Nadchodzi nowy rok. Kiedy praski Orloj wybija północ, odkryta zostaje bestialska zbrodnia. Śledztwo w tej sprawie prowadzi ekscentryczny komisarz Durman. Czy jego nietypowe metody doprowadzą do ujęcia sprawcy? Jak powstrzymać mordercę, który zawsze o krok wyprzedza policję? I czym jest tajemnicze Ordo Novi Ordinis?

Pewien praski bankier z braku innego pomysłu kupuje synowi na Boże Narodzenie świnkę morską. Jak dalece to niewinne wydarzenie zmieni życie rodziny? Jakie sekrety skrywa bank narodowy? I czy przed kryzysem finansowym można schować się w beczce?

W żadnym innym utworze literatura czeska nie zbliżyła się do twórczości Franza Kafki tak bardzo, jak w Świnkach morskich. (Milan Exner)

Powracający w rodzinne morawskie góry praski dziennikarz dokonuje bilansu swojego życia.

Siekiera jest dowodem na to, że sytuacja człowieka w społeczeństwie i w rodzinie nie zmieniła się w przeciągu ostatniego półwiecza tak bardzo, jak zwykliśmy sądzić. Ta powieść wciąż jest niezwykle aktualna.

Mistyczny thriller przesiąknięty strachem.

Po rozpadzie kilkuletniego związku Jożo Karski powraca do rodzinnego Rużomberka. Tam czeka na niego puste mieszkanie rodziców, najmroźniejsza od kilku dziesięcioleci zima i podnóże góry skrywające mroczną tajemnicę.

Wkrótce w sąsiedztwie zaczynają znikać dzieci.

Pamiętacie, jak to jest: mieć czternaście lat i być zagubionym, wrażliwym, lekkomyślnym, romantycznym i niezwykle napalonym nastolatkiem? Przypomni Wam to Nick Twisp – młody buntownik, którego zna cała Ameryka!

Miłość, bunt, inicjacje seksualne, młodzieńcze przyjaźnie, problemy w szkole, problemy w domu – i szalone wakacje. A to wszystko doprawione czarnym humorem i przezabawnymi dialogami.

Uczniowie Cobaina to pełna dzikich przygód i humoru historia grupy nastolatków uwielbiających Johna Lennona i Kurta Cobaina. Razem przeżywają imprezy, zakładają zespoły rockowe i próbują osiągnąć sukces.

To również – a może przede wszystkim – poszukiwanie źródeł wyalienowania i bezradności w dzisiejszym świecie. Co czeka bohaterów, gdy karuzela młodości nieubłaganie się zatrzyma?

Puchar od Pana Boga to zbiór tekstów, w których sport stanowi pretekst do opowieści o sprawach najważniejszych: życiu i śmierci, miłości, przyjaźni i pasji. Ota Pavel mówi o zwycięstwach i porażkach równie pięknie, jak o sarnach i rybach.

Lektura dla czytelników w każdym wieku i wspaniała lekcja życia.

Lucynka, Macoszka i ja to opowieść o sile przeszłości, o miłości do dziecka i tęsknocie za samym sobą. Ta książka – choć w dużej mierze oparta na prawdziwych wydarzeniach – zabiera czytelników do innego świata. Znacznie piękniejszego.

Czytelnik ma tu do czynienia z prozą niemal doskonałą. (Pavel Janoušek, „Tvar”)

Chcesz wygrać z Barceloną, a potem zostać mistrzem świata w piłce nożnej? Musisz być biednym rolnikiem i mieć jedenastu synów. Załóż drużynę piłkarską, a potem będzie już z górki. Rozgrywki ligowe, mistrzostwo kraju...

Książka mądra, z uśmiechem. Podróże, relacje z meczów, niekłamane emocje.

Świetna dla dzieci. Wciągająca dla dorosłych.

Spis treści:
Okładka
Karta tytułowa
Prolog. ZNALEZISKO
1. DECYZJA
2. ŚLUB
3. KALIFORNIJSKI SEN
4. ZDRADA
5. POWRÓT DO MIASTA ANIOŁÓW
6. WYCIECZKA DO SIERRA MADRE
7. DUCHY
8. ADWENT

Karta redakcyjna

Copyright © Iva Hadj Moussa, 2020

Copyright © Host vydavatelství, s.r.o., 2020

Copyright © for Polish edition by Stara Szkoła Sp. z o.o., 2020

All rights reserved

Wszystkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, udostępnianie i rozpowszechnianie całości lub fragmentów bez pisemnej zgody wydawnictwa zabronione.

Książka została wydana dzięki wsparciu finansowemu Ministerstwa Kultury Republiki Czeskiej.

Tłumaczenie: Mirosław Śmigielski

Redakcja: Dagmara Ślęk-Paw

Korekta: Ewa Żak

Projekt okładki: František Hříbal

Wydawca:

Stara Szkoła Sp. z o.o.

Rudno 16, 56-100 Wołów

[email protected]

www.stara-szkola.com

ISBN 978-83-66013-29-2

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Rek