Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
482 osoby interesują się tą książką
W nienawiści i w hokeju wszystkie chwyty są dozwolone.
Nigdy dotąd na mojej drodze do sukcesu nie stanął wróg, który jednocześnie byłby członkiem tej samej drużyny. A już na pewno nikt, kto wkurzałby mnie równie mocno co Quinton de Haas.
Nic nie sprawia mu takiej przyjemności jak załażenie mi za skórę. Od lat trenuje podsycanie płomieni naszej nienawiści, a gdyby nagle ogłoszono zawody w graniu mi na nerwach, na pewno zostałby mistrzem.
Jesteśmy tak różni, jak to tylko możliwe: złoty chłopak i czarna owca.
Wciąż bierzemy się za łby i skaczemy sobie do gardeł.
Jedyne, w czym się zgadzamy, to nasza miłość do hokeja; jesteśmy gotowi na wszystko, by odnieść zwycięstwo.
W życiu bym jednak nie pomyślał, do czego doprowadzi ta ambicja: wylądowałem w łóżku mojego niezupełnie hetero rywala.
Jakkolwiek by było, sportowcy są z natury przesądni, kiedy więc nasze łóżkowe akcje prowadzą do kolejnych wygranych, wmawiamy sobie, że nie możemy już przestać.
Zresztą robimy to tylko dla dobra zespołu, no nie?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 428
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Chwile, kiedy czuję się naprawdę wolny i swobodny, należą do nielicznych. To na przykład wtedy, gdy mam na nogach łyżwy i stoję na lodzie. Trudno to opisać, bo w hokeju wszystko dzieje się strasznie szybko, ale ogarnia mnie wówczas błogi spokój i mam wrażenie, jakbym stanowił jedność z drużyną i krążkiem.
To poczucie przynależności. Poczucie sensu, które wciąż rośnie, odkąd po raz pierwszy założyłem łyżwy.
Pewność przenikająca na wskroś, aż do szpiku kości, że właśnie do tego zostałem stworzony. Nie ze względu na to, co niesie ze sobą moje nazwisko, lecz z powodu tej niepohamowanej radości rozsadzającej serce w każdej sekundzie spędzonej na lodowisku.
Właśnie to uczucie… Niczego innego nie pragnę.
Chcę jedynie gonić za nim po kres świata.
Zawsze, gdy pędzę za krążkiem, strzelam gola czy widzę na tafli odblask reflektorów, to przekonanie krystalizuje się jeszcze silniej. Każde kolejne osiągnięcie, każdy sukces i każda wygrana coraz bardziej oddalają mnie od moich poprzedników, aż wreszcie się uwalniam od rzucanego przez nich cienia.
A wszystko to dopełniają przypływ adrenaliny, upajająca ekstaza, wszechogarniająca duma, gdy wracam do domu po ciężko wywalczonym i w pełni zasłużonym zwycięstwie.
Nic więc dziwnego, że w drodze do autobusu wciąż jestem w siódmym niebie. Mam za sobą nie tylko najlepszy mecz w całej licealnej karierze, ale też zwycięstwo nad naszym największym rywalem, Centre Prep, w mistrzostwach Chicago. Chociaż ten tytuł nie jest tak prestiżowy jak mistrzostwo stanowe – w którym Centre dało nam popalić ledwie miesiąc temu – i tak czuję się wspaniale. Nie dość, że mieliśmy szansę na rewanż, to jeszcze podnieśliśmy stawkę i wracamy z laurami.
Dzięki temu smak triumfu jest znacznie słodszy.
Quinton de Haas, ich czołowy napastnik i gwiazda ostatnich czterech sezonów, stoi oparty o ścianę korytarza jakieś dziewięć metrów dalej. Unosi wzrok i nasze spojrzenia się zderzają. Dopiero wtedy mnie zauważa.
– Dobry mecz – rzucam, bo naprawdę nieźle grał.
Pomijając fakt, że wylądował na karnej ławce za ewidentne faule. W sumie to zachował się raczej jak gówniarz z ligi juniorów, a nie topowy kandydat do stypendium hokejowego, rozchwytywany przez wszystkie uniwersytety. Nie zamierzam jednak prawić mu dwuznacznych komplementów i prowokować awantury. Tym bardziej że wystarczy jedna iskra, aby nagle eksplodował.
Na nieszczęście i tak wybucha.
Jego pięść zaciska się na mojej koszuli i nim zdążę mrugnąć lub jakkolwiek zareagować, Quinton przypiera mnie do ściany. Kiedy wreszcie pojmuję, co się stało, patrzę mu prosto w oczy.
– Nie wyskakuj z tym pierdoleniem, Reed. – Krzywi się, rozjuszony. Wściekłość kipi tuż pod powierzchnią, gotowa go w każdej chwili rozsadzić.
Z tą jego furią często miałem do czynienia, zwłaszcza na lodzie. Przez ostatnich trzynaście lat rzadko mogłem się mierzyć z równie zaciekłym przeciwnikiem.
Cholera, sam kilka razy doświadczyłem tego szału na własnej skórze; tej złości, która narasta podczas gry, aż nie zostawia miejsca na nic innego.
I nagle coś w nim pęka.
Zupełnie jak teraz.
Chwytam go za nadgarstek i próbuję się uwolnić. Bezskutecznie. Zamiast tego wbijam mu palce w ścięgna i świdruję go gniewnym spojrzeniem.
– Masz jakiś problem?
Wciska przedramię w mój mostek i jeszcze bardziej napiera. W lodowato niebieskich oczach płonie nieposkromiona furia.
– Ty jesteś moim problemem. Pieprzony faworyt, a do tego masz czelność wyjeżdżać mi z dobrymi meczami, jakby hokej należał tylko do ciebie.
Próbuje wytrącić mnie z równowagi, ale nie dam mu tej satysfakcji.
W przeciwieństwie do niego ja potrafię nad sobą zapanować. A już na pewno nie rzucam się na ludzi z pięściami tylko dlatego, że władzę przejmują emocje.
Właśnie dlatego nie dostanie reakcji, na jaką liczył. Kwituję jego słowa parsknięciem.
– Serio? To był komplement. Szczery. Przyjmij go i idź w cholerę.
– Idź w cholerę? – powtarza z wyraźnym niedowierzaniem. Brwi, równie ciemne co włosy, ściągają się groźnie, a twarz krzywi w grymasie wściekłości. – Mam iść w cholerę? Obaj wiemy, że to my zasłużyliśmy na zwycięstwo!
Tym razem nie potrafię już powstrzymać cisnącego się na usta szyderczego uśmiechu. On tak serio? Naprawdę nie może sobie odpuścić?
W pełni świadomy, że kuszę los, drażniąc rozjuszonego byka, jakim jest w tej chwili de Haas, przysuwam się bliżej.
– Zwycięstwo należy do drużyny, która je wywalczyła.
– Albo do tej, która przekupiła sędziów.
Ten komentarz kompletnie zbija mnie z tropu.
– Co?
– Słyszałeś – ciągnie niezrażony. – Tatuś pewnie posmarował, komu trzeba. Nie można przecież pozwolić, żeby nazwisko Reedów ucierpiało drugi raz po rozgrywkach stanowych.
Jego słowa spadają niczym ostrze gilotyny, a ja aż się cały napinam.
Nepotyzm istnieje, nie da się zaprzeczyć, ale niech skonam, jeśli kiedykolwiek czerpałem z niego korzyści. W jakiejkolwiek formie, a już na pewno nie tak, jak on sugeruje.
W życiu wielokrotnie żałowałem, że jestem spadkobiercą nie jednej, lecz dwóch legend hokeja. Nauka gry u dwóch mistrzów była oczywiście fantastycznym doświadczeniem, jednak dzielenie z nimi nazwiska tworzy tylko niepotrzebne komplikacje, kiedy człowiek próbuje wyrobić sobie własną renomę.
Przez większość czasu znalezienie sposobu, by jakoś samemu zabłysnąć, wydaje się prawie niemożliwe. Kiedy ludzie widzą w tobie jedynie syna Travisa Reeda, dziesięciokrotnego napastnika w rozgrywkach All-Star, albo bratanka Trevora Reeda, który w całym sezonie nie przepuścił ani jednej bramki, życie wbrew pozorom nie jest usłane różami.
Stanowczo wolałbym być po prostu sobą. Oakleyem Reedem. Przyszłym napastnikiem Wilków Uniwersytetu Leighton. I kimkolwiek zostanę później.
A to, jak Quinton jedzie po mojej rodzinie, tylko dowodzi, że mam rację.
– Niewiarygodne… – mamroczę pod nosem. – Jeśli dzięki temu lepiej sypiasz, spoko. Myśl sobie, co chcesz. Nic, co powiem, tego nie zmieni.
– Ach, czyli przyznajesz mi rację?
– Nie, pleciesz jak potłuczony i rzucasz oskarżenia z dupy, żeby usprawiedliwić własną porażkę, podczas gdy sytuacja nie mogłaby być prostsza. – Robię efektowną pauzę, po czym dla emfazy wycedzam: – Nie. Grałeś. Żeby. Wygrać.
Skoro tak chce się bawić, nie zamierzam być gorszy, też mogę zaleźć mu za skórę. A po jego płomiennym spojrzeniu widać, że również pod tym względem jestem na prowadzeniu.
– My graliśmy lepiej. Wam się poszczęściło z bzdurnymi karniakami, które nam naliczono.
No i proszę, przejrzałem go na wylot.
– Naliczono wam czy tobie? Bo coś czuję, że prawdziwy problem leży w tym, że zamiast na grze skupiłeś się na faulach. I to kosztowało was mistrzostwo.
Taka prawda. Chyba w samej drugiej tercji pięć razy mieliśmy na lodzie przewagę, z czego dwie sytuacje były zasługą Quintona, który albo rzucał mięsem, albo faulował moich kolegów z drużyny, przez co wylądował na ławce kar, skąd mógł już tylko patrzeć.
Okej, parę gwizdków mogło pójść w obie strony; tyle mu przyznam. Ale nam przydarzyło się to samo. Co nie znaczy, że opłaciliśmy sędziów.
– Och, no tak, racja, bo ty nigdy nie grzałeś ławeczki, co nie, Oakley? Powiedz, jak to jest być Panem Perfekcyjnym?
Tym razem trafia w punkt. Znów zalewa mnie krew.
– Bycie perfekcyjnym nie ma tu nic do rzeczy. Trzeba grać zgodnie z zasadami i tyle. W ten sposób się wygrywa. A teraz może byś już odpuścił, co? – Popycham go z irytacją, zmęczony bredniami, które wygaduje. Nie dość, że o mnie, to jeszcze o mojej rodzinie. – Bierz swoją nagrodę pocieszenia za drugie miejsce i idź do domu. Nie mam ochoty słuchać żałosnego jojczenia przegranego.
– Ja jestem żałosny? – Obnaża zęby i ponownie przybliża się o krok, aż niemal stykamy się nosami. – Żałosne jest zawdzięczać wszystko w życiu swojemu nazwisku zamiast samemu sobie.
I znów jego oskarżenie przywołuje roztrzęsione, palące uczucie. Bije ono wprost z serca, pulsuje, wpełza we wszystkie zakamarki ciała, aż jestem tak nakręcony, że niemal pękam w szwach.
Imadło, które z każdą wzmianką o moim nazwisku lub dziedzictwie coraz mocniej miażdży mi samokontrolę.
Przecież nie jestem ani swoim wujem, ani ojcem.
Mam już po uszy tej gierki w porównania, którą tak upodobał sobie cały świat.
– Ja dzisiaj stałem na lodzie, de Haas. Nie żaden inny Reed.
– Gdyby nie tatuś, wcale byś nie grał. To on wydeptał ci ścieżkę do sukcesu – warczy. Jego głos jest niczym wściekły szept. – Większość z nas musi samemu wywalczyć sobie drogę na szczyt.
W tym jednym ma rację. Hokejowe korzenie znacznie ułatwiły mi start, ale krew, pot i łzy, którymi zapłaciłem, by dotrzeć aż tutaj, wcale nie są mniej warte. A mozolne ćwiczenia ani trochę mniej wyczerpujące. Do tego cały czas staram się budować własną renomę, a jednocześnie dźwigam na barkach ciężar rodzinnej spuścizny. Próbuję znaleźć sobie miejsce w branży i świecie, które już dawno mnie zaszufladkowały. Co jest o wiele trudniejsze, niż się zdaje, nawet bez takich dupków jak Quinton, którzy myślą, że wręczono mi berło i koronę na srebrnej tacy, choć nie mam zielonego pojęcia o tym, jak władać królestwem.
– Haruję równie ciężko jak ty! – syczę przez zaciśnięte zęby, gdy jego słowa szarpią misternie zbudowaną fasadę hokejowego boga, którym według niego jestem.
Ale najczystsze złoto też można zarysować i zgnieść. W niewłaściwych rękach odkształci się ono, a nawet straci blask.
– Jasne, jasne. Nie wątpię. Tak się wysiliłeś, że w przyszłym roku będziesz mieć do wyboru same najlepsze stypendia hokejowe… – Urywa z jadowitym uśmiechem. – Jak tylko tatuś podpisze dla uniwerku czek in blanco, oczywiście.
W mgnieniu oka nagromadzone we mnie napięcie sięga zenitu i… pęka.
Od początku wiedziałem, że choć zaczęło się od słów, może skończyć się na pięściach. Z Quintonem ryzyko takiego obrotu spraw zawsze jest wysokie.
Tylko nigdy nie postawiłbym na to, że sam zadam pierwszy cios.
– De Haas. Spóźniłeś się.
Przenikliwe spojrzenie trenera świdruje mnie w chwili, gdy wpadam do szatni po tym, jak niczym szaleniec przebiegłem cały kampus, byle uniknąć tej właśnie sytuacji. Nadzieja, że wślizgnę się cichaczem, zamiast wparadować na własne stracenie, spełzła na niczym.
Noż kurwa.
– Więcej się to nie powtórzy – bełkoczę, patrząc mu w oczy z odpowiednią dawką skruchy. Akurat taką, żeby nie zebrać ochrzanu przed pierwszą grą w sezonie.
Jako kapitan drużyny, który powinien świecić przykładem, nie zdziwiłbym się, gdybym mimo wszystko dostał wciry. Nawet jeśli w tym sezonie znacznie lepiej radzę sobie z zarządzaniem czasem.
Aż do dzisiaj, ma się rozumieć.
Dzisiaj bogowie hokeja zdecydowali, iż zaśpię o godzinę i spóźnię się tak bardzo, że będę zapieprzać wariacko przez cały kampus, byle nie przegapić meczu. Przekurwiście wspaniały sposób na rozpoczęcie dnia. To zresztą jedyny powód, dla którego czekam teraz, potulny jak baranek, aż trener przetrzepie mi kuper. Ku mojemu zdziwieniu kończy się na surowym kiwnięciu głową i cichym: „Oby mi to był ostatni raz”.
Nie mam w zwyczaju zaglądać darowanemu koniowi w zęby, dlatego bez słowa przemykam do swojej szafki, żeby się przebrać. Przez spóźnienie zostało mi ledwie pięć minut do rozgrzewki.
W szatni panuje zamieszanie, typowy zgiełk narastającej przed każdym meczem ekscytacji. Ta wyjątkowa atmosfera, którą przypisuję nerwowemu podnieceniu emanującemu z każdego ciała. Ale gwar tylko coraz bardziej mnie nakręca, dlatego wkładając dół stroju, ze wszystkich sił staram się wyczilować.
Aż nagle słyszę głos:
– Chyba jeszcze nigdy nie byłem tak podjarany przed grą.
Odrywam wzrok od sznurowania łyżew i widzę, jak McGowan, jeden z naszych obrońców z drugiego roku, siada przede mną na ławce w pełnym hokejowym stroju. W swoim pierwszym sezonie nie miał zbyt wielu okazji, by stanąć na lodzie, wciąż jest więc cholernie zielony. Ale w tym roku gra w mojej formacji, odkąd parę tygodni temu pokazał, na co go stać, i wywalczył sobie miejsce. Dla niego to zupełnie nowe doświadczenie.
W tej sytuacji „podjarany” może mieć różne znaczenie.
Unoszę pytająco brew.
– W dobrym sensie czy…?
Posyła mi lekko zmieszany uśmiech, a blond włosy opadają mu na czoło.
– No wiesz, czuję się jak Dawid gotowy skopać tyłek Goliatowi. Ale też mam ochotę puścić pawia ze wszystkim, co zjadłem w ciągu ostatnich dwunastu godzin. Więc… tak pół na pół?
Parskam śmiechem, ani trochę tym niezaskoczony.
– Tylko nie rzygaj na lód, bo sam będziesz sprzątać… – Zawieszam głos. – Jednak to z dokopaniem Goliatowi mi się podoba. Wykorzystaj tę energię, Danny.
Kiwa głową, ale mógłbym przysiąc, że pobladł jeszcze bardziej.
– Wykorzystać energię. Racja. Dam radę.
Warto odnotować, że wcale nie wygląda, jakby miał dać radę. Mimo wszystko się uśmiecham, kładę dłoń na jego naramienniku i poklepuję parę razy.
Odkąd McGowan jako pierwszoroczniak dołączył do drużyny w zeszłym sezonie, wziąłem go pod swoje skrzydła. Wiele programów sportowych na Uniwersytecie Leighton działa w ten sposób; trochę jak w bractwach studenckich, gdzie starsi biorą młodych pod opiekę, tyle że tutaj trwa to dwa lata, a nie rok. Taki system ułatwia integrację, a młodszy zawodnik ma oparcie w bardziej doświadczonym koledze, który pilnuje, żeby pozostał na właściwej drodze. Pomoc mentora daje mu odpowiednie narzędzia do odniesienia sukcesu na poziomie uniwersyteckim.
Więc Danny jest… moim podopiecznym.
Dlaczego ktoś miałby powierzyć mi tak odpowiedzialne zadanie, kiedy sam ledwo ogarniam rzeczywistość? Nie mam zielonego pojęcia. Ale jest, jak jest, a Danny szuka we mnie wsparcia.
I choć nie sądzę, żebym był w tym jakoś szczególnie dobry – zamiast się cackać, wolę trzymać chłopaków twardą ręką – naprawdę chciałbym pomóc mu zebrać się do kupy i zatrzymać obiad w żołądku. Dodaję mu więc otuchy tak, jak potrafię.
– Nie jesteś sam, D-man. Możesz na mnie liczyć. Na nas wszystkich.
Spuszcza wzrok na podłogę i przytakuje.
– Dzięki, kapitanie.
Zaraz potem znika. Pewnie zawstydzony, chociaż nie wiem czemu, wziąwszy pod uwagę, że jest jednym z niewielu członków drużyny, którzy jako tako mnie lubią. Może poszedł zwymiotować do kibla. Stawiam na to drugie. Chichoczę, kręcąc głową, podczas gdy to, co przed chwilą powiedział, wypełnia moją pierś przyjemnym ciepłem.
„Kapitanie”.
Jestem kapitanem.
Minęły trzy miesiące, odkąd pod koniec ostatniego sezonu zostałem wybrany, ale wciąż nie przyzwyczaiłem się do tego tytułu. Może dlatego, że pilnuję, by nie uderzył mi do głowy, co wcale nie jest łatwe. A zresztą co się będę przejmował, szczególnie dzisiaj.
Bo dzisiaj nadszedł mój dzień.
Ostatni raz gram pierwszy mecz sezonu w barwach uniwerku. Niczego nie pragnę tak mocno, jak tego, żeby Wilki z Leighton zdobyły puchar Mroźnej Czwórki. Byłby to nasz pierwszy tytuł mistrzowski od pięciu sezonów i to ja poprowadziłbym drużynę do zwycięstwa.
Chociaż na treningach i sparingach zaliczyliśmy swoją serię wpadek, wierzę, że mamy w tym roku szansę. Bardzo na to liczę.
Ale wszelkie nadzieje pryskają, gdy podnoszę wzrok i widzę, że w moją stronę idzie pieprzony Oakley Reed. Czyli dokładnie ta osoba, z którą nigdy się nie dogaduję.
Po prawdzie, choć trudno to przyznać, wina za ten konflikt spoczywa w całości na mych barach. Nawet jeśli to on pierwszy mi przyfasolił – co było kompletnie nie w jego stylu – to jednak ja zacząłem naszą małą sprzeczkę po mistrzostwach miasta w ostatniej klasie liceum. Od tamtej chwili Oakley Reed widzi we mnie swojego największego rywala. Może nawet wroga.
Wtedy nie mieliśmy pojęcia, że przyszłość szykuje nam coś nieprawdopodobnego.
Że obaj zostaniemy w Chicago i wylądujemy tutaj.
W Leighton.
Cztery cholerne lata.
Razem.
– De Haas – rzuca. Jest już w pełni ubrany, jak reszta drużyny, brakuje mu tylko kasku. – Widzę, że jednak zdecydowałeś się do nas dołączyć.
Zwykle robię, co mogę, żeby nie zalazł mi za skórę, ale kiedy Oakley przy każdej okazji serwuje mi takie docinki, trudno jest zachować spokój. Przy nim żadna ilość samokontroli i opanowania nie wystarcza. Gniew wycieka przez szczeliny bez względu na to, jak bardzo staram się go powściągnąć.
Ale czy mogę się za to winić, skoro nakręca mnie dokładnie tak samo jak ja jego?
– A gdzie niby miałbym być? – pytam ostro, wpychając torbę do szafki, po czym wstaję na nogi.
Na ustach Oakleya widnieje sztuczny uśmieszek.
– Z tobą nigdy nie wiadomo, zwłaszcza kiedy zjawiasz się jako ostatni w dniu meczu.
Z zaciśniętymi zębami sięgam po ochraniacz klatki piersiowej i naramienniki. Nie mam zamiaru pchać się prosto w sidła, które na mnie zastawił. Ale, cholera jasna, nie jest łatwo.
– Nie masz lepszych zmartwień? – Moje oczy potrzebują całej sekundy, by zmierzyć go od czubka złotobrązowej czupryny aż do stóp, po czym zatrzymuję wzrok na umięśnionych udach. Teatralnie pochylam się ku jego goleniom i szturcham jedną palcem. – Na przykład że twoje głupie szczęśliwe skarpetki widać pod klubowymi? Co to w ogóle jest…? Kotki? Idę o zakład, że to niezgodne z regulaminem.
Prawdę mówiąc, widzę tylko biały materiał, a nawet gdyby było inaczej, ochraniacze i tak zasłoniłyby wszelkie cudaczne skarpety, które mógłby mieć na nogach. Ale drażnienie niedźwiedzia zawsze mnie bawi.
Zdaje mi się, że zauważyłem drgnięcie powieki, gdy z całych sił usiłuje nie patrzeć w dół.
– Zabawne – mówi beznamiętnie; w jego czekoladowobrązowych oczach nie ma ani śladu rozbawienia. – Zapomniałeś, że kpiny z cudzych przesądów przynoszą pecha?
To akurat prawda.
Sportowcy w sezonie bywają strasznie przesądni, a ja nie jestem wyjątkiem – chociaż to tajemnica, o której nie wie nikt. Panuje między nami niepisana zasada, że z talizmanów, maskotek czy rytuałów się nie żartuje. Coś takiego może zatruć atmosferę.
Wystarczy zapytać Justina Parsonsa, naszego bramkarza z pierwszego roku. W zeszłym sezonie jeden ze startujących skrzydłowych próbował złapać jego szczęśliwy kij, kiedy ten przewrócił się w szatni po treningu.
Ale Justin miał złotą zasadę. Nikt nie dotyka tego kija, chyba że on sam na to pozwoli.
Dla kogoś z zewnątrz, kto nie czai sportowców i ich przesądów, może to brzmieć śmiesznie. Ja jednak ani trochę nie żartuję. Parę dni po tamtym zdarzeniu osiemdziesiąt procent drużyny dostało grypy żołądkowej, przez co oddaliśmy walkowerem nie jeden, tylko dwa mecze.
I Bóg mi świadkiem, że nigdy w życiu nie czułem się bardziej chory. Na samo wspomnienie mam dreszcze.
– Zaryzykuję – mówię, wkładając przez głowę naramienniki, i wracam do pilnowania własnego nosa. Tyle że ten pajac ani myśli ruszyć z miejsca, ewidentnie szukając zaczepki.
– Czemu mnie to nie dziwi? Wyraźnie masz już wszystko gdzieś, skoro nawet nie możesz zjawić się na czas.
Przerywam to, co robię, i zerkam na niego z ukosa.
– Skąd to nagłe zainteresowanie tym, gdzie się podziewam, Reed? Próbujesz mnie pilnować? Tęsknisz pod moją nieobecność?
Oakley rozszerza gniewie nozdrza, marszczy kruczoczarne brwi. To jego firmowe mordercze spojrzenie. Tyle razy próbował mnie nim zmiażdżyć, że zdążyłem się już przyzwyczaić.
– Chciałbyś, kapitanie. Myślałem tylko, że skoro teraz ty tutaj rządzisz, wysilisz się choć trochę i pokażesz, że zależy ci na drużynie. Że jesteśmy twoim priorytetem. Najwyraźniej byłem w błędzie. Wolisz ściągnąć nas na samo dno.
Jad, z jakim wypowiada słowo „kapitan”, mnie nie rusza, choć bez wątpienia na to liczył. Wrażliwość w tym temacie to jego problem, nie mój.
Wybrano mnie na kapitana i tyle, nigdy się o to nie prosiłem. Nie jestem jednak z tych, co zaglądają darowanemu koniowi w zęby. Podziękowałem trenerowi, przyjąłem tytuł i wziąłem się do roboty. Cholera, może dzięki temu niektórzy z chłopaków przestaliby wreszcie patrzeć na mnie jak na jakiegoś pariasa jedynie dlatego, że złoty chłoptaś ma ze mną problem.
Oczywiście to tylko podsyciło płomienie konfliktu dzielącego nas od czasów el-o. Potem, w zeszłym sezonie, Oakley wypadł z gry ze złamanym obojczykiem, gdy przyjął na siebie uderzenie przeznaczone dla mnie, co dodatkowo dolało oliwy do ognia.
Do tego dochodzą liczne sprzeczki, które wybuchały w międzyczasie i nie było szans na ugaszenie pożaru.
Dziwię się, że trener nie zrobił go kapitanem, aby tego wszystkiego uniknąć. Oakley też pewnie nie pojmuje tej decyzji, wziąwszy pod uwagę, że trener jest jego wujem. Zdawałoby się, że miał już tytuł w kieszeni.
Ale co mnie obchodzi, że Oakley stawia na nepotyzm?
Trzymając kask i kij, raczę go przesadzonym westchnieniem.
– Taaa, cóż, przynajmniej ja umiem przewodzić.
W oczach płonie mu ogień, a szczęka aż drży z wysiłku, gdy próbuje utrzymać nerwy na wodzy. Wiem już, że wygrałem dzisiejszą potyczkę. Kiedy jest tak wkurzony, nie umie wymyślić kolejnej durnej riposty.
To taka moja gra – drażnić go dotąd, aż zapomni języka w gębie. Czasami próbuję nawet pobić rekord. Im niższy wynik, tym lepiej. Jak w golfie. W tej chwili powiedziałbym, że jestem dwa uderzenia poniżej par.
Unoszę brew i posyłam dupkowi sztuczny, zwycięski uśmiech.
– Do zobaczenia na lodzie, Reed.
Patrzę za oddalającą się sylwetką Quintona, wciąż wściekły po werbalnym sparringu, w który dałem się wciągnąć. A może tym razem ja go zacząłem? Prawdę mówiąc, ostatnio te idiotyczne starcia są tak częste, że coraz trudniej to rozróżnić.
Dałbym wszystko, żeby umieć ignorować jego zaczepki. Zawsze jakoś znajduje sposób, by zaleźć mi za skórę. Wystarczy, że otworzy usta, a już kipię ze złości i muszę się odgryźć.
Nikt inny tak mnie nie nakręca.
Można by sądzić, że po czterech latach wspólnej gry zdążyłem się uodpornić na to wszystko. Prowokacje, kpiny, nawet obelgi. Ale nie, wciąż potrafi wyprowadzić mnie z równowagi. W sumie odkąd spędzamy tyle czasu razem, przychodzi mu to znacznie łatwiej.
W najmniejszym stopniu nie chcę przebywać w jego towarzystwie dłużej, niż to konieczne. Gdyby ktoś mi powiedział, że na studiach skończymy w jednej drużynie, roześmiałbym mu się w twarz. Wyobraźcie sobie moje przerażenie, kiedy na pierwszym roku przebierałem się w szatni, a on nagle wszedł do środka.
Gdybym był typem skłonnym do przemocy, poleciałyby głowy.
Ta idiotyczna wojna zaszła jednak tak daleko, że w tej chwili pragnę tylko jednego dnia, w którym nie skaczemy sobie do gardeł.
Kto wie, może to właśnie ten dzień. Od teraz, znaczy się.
Zawsze można pomarzyć, no nie?
Czuję, że lepiej zrobię, jeśli przekuję tę frustrację w coś pożyteczniejszego, ruszam więc w ślad za debilem, pewien jednej rzeczy.
Na lodzie poczuję się lepiej. Jak zawsze.
***
Jeśli chodzi o pierwszy mecz sezonu, nie mogę narzekać na to, jak nasza drużyna sobie radzi. Czuć chemię, a większość formacji płynnie ze sobą współpracuje zarówno w ataku, jak i w obronie.
Jedyny problem to Quinton… i ja.
Nie jesteśmy zgrani na lodzie. Kompletnie nie potrafimy się dogadać, a czasami mam wrażenie, jakbyśmy grali po przeciwnych stronach. Ale czy można oczekiwać czegoś innego? Tak długo byliśmy wrogami, że trudno nagle nas wychować na kolegów z drużyny.
Mogę tylko mieć nadzieję, że wygładzimy wszelkie niedociągnięcia przed końcem sezonu. Albo nauczymy się nie wchodzić sobie w drogę na lodowisku. To drugie idzie nam nienajgorzej.
Tyle że w przypadku Quintona niewchodzenie mi w drogę polega na tym, że kompletnie mnie unika, zupełnie jakbym nie istniał. Ignoruje moją obecność nawet wtedy, gdy jestem na czystej pozycji do strzału. Zamiast podać, sam rusza do natarcia – co zwykle kończy się zablokowaniem przez bramkarza – albo traci krążek i zaprzepaszcza szansę. Tak czy inaczej, gol przechodzi nam koło nosa. Trochę słabo, trzeba przyznać, szczególnie w grze, w której liczy się każdy punkt.
I gdyby to było tylko raz. W ciągu pierwszych czterdziestu minut gry dochodzi do wielu takich sytuacji, a kiedy zjeżdżamy z lodu na drugą przerwę, jestem sfrustrowany do granic możliwości.
A myślałem, że hokeiści wyrastają z zachłannego okupowania krążka.
Gdy próbuje przejechać obok za resztą drużyny, jestem już tak poirytowany, że bez namysłu chwytam go za ramię.
– Co? – rzuca, wlepiając we mnie błękitne spojrzenie.
Spokój, głęboki oddech. Nie skacz mu do gardła, tylko zaoferuj małą sugestię.
Pewnie zadziałałoby lepiej, gdyby sugestia nie brzmiała jak obelga.
– Nie jesteś jedynym w drużynie, który może strzelić bramkę, de Haas. Zdajesz sobie z tego sprawę, prawda?
Marszczy nos i patrzy z takim wyrazem twarzy, jakby chciał powiedzieć: „Chyba cię pojebało”.
– Oczywiście. Nie jestem dzieckiem, Reed. Umiem się dzielić.
Niemal parskam śmiechem. Chyba inaczej to rozumiemy.
– Okej, świetnie, to może byś podał mi ten cholerny krążek, gdy jestem na pozycji?
Wpatruje się we mnie jeszcze przez chwilę, po czym bez słowa odjeżdża w stronę wejścia do szatni, gdzie znika już reszta drużyny.
No dobra…
Nie ma sensu teraz się kłócić, zaciskam więc zęby i ruszam jego śladem. Mam jednak odrobinę satysfakcji, gdy wracając na trzecią tercję, słyszę, jak trener opieprza go na boku za to, że nie podał krążka Rossiemu ani mnie.
– Teraz jesteś liderem! – rzuca ostro trener. – A lider wie, kiedy dać szansę innym.
Choć ta kąśliwa uwaga poprawia mi humor, bo przecież powiedziałem de Haasowi dokładnie to samo piętnaście minut wcześniej, same słowa niespodziewanie sprawiają mi ból.
Zawsze starałem się zachowywać jak prawdziwy lider i dusza zespołu. Nie tylko dobrze grać i robić to, co do mnie należy, ale też być kimś, z kogo reszta drużyny może brać przykład. Tak jak przystało na kapitana.
A Quinton nie ma tego w sobie ani za grosz.
Jasne, facet jest utalentowany, nawet ja muszę to przyznać. Mógłby odnieść sukces – i to na poziomie NHL – gdyby nie był taki narwany. Albo nie robił z siebie ostatniego palanta. A przez tę jego manię używania pięści równie często jak kija stanowi bardziej obciążenie niż atut. I myślałem, że wuj rozumie, dlaczego Quinton nie jest materiałem na kapitana.
Widocznie się myliłem.
Gdyby nie kontuzja pod koniec zeszłego sezonu – złamany obojczyk i naderwane ścięgno – pewnie to ja przewodziłbym drużynie. Cholera, każdy w zespole wie, że to powinienem być ja. A tu proszę, upragniony z całego serca tytuł kapitana trafił w ręce gościa, który na niego nie zasłużył.
Mojego największego wroga.
Przynajmniej wygląda na to, że Quinton wziął sobie uwagi trenera do serca, bo na początku trzeciej tercji gra już zespołowo, zamiast strugać samotnego wilka. Nawet przekazuje mi krążek, gdy wychodzimy na czystą, dając mi pole do popisu i…
Kompletnie z dupy jeden z ich obrońców wbija mnie w bandę. Uderzenie posyła falę bólu przez moje ramię. Zamieram, a obrońca przeciwników z łatwością odbiera mi krążek. Zostaję z pustymi rękami, sparaliżowany panicznym strachem. Tępy ból promieniuje na całą rękę. Mija kilka minut, nim gorące pulsowanie ustaje, co oznacza, że pewnie naciągnąłem mięsień czy coś. Może nic wielkiego, ale wcale mnie to nie uspokaja.
Ostatnie, czego potrzebuję, to ponowna kontuzja w najważniejszym momencie mojej kariery.
– Więc podaję ci krążek, a ty odstawiasz coś takiego? – warczy Quinton. – Nieźle. Dupek.
Patrzę, jak zasuwa po lodzie, próbując powstrzymać Trenton College przed zdobyciem kolejnego gola, a w piersi narasta mi irytacja.
To właśnie przez tę jego niewyparzoną gębę zostałem kontuzjowany w zeszłorocznych play-offach. Zamiast skupić się na grze, prowokował jednego z obrońców z Waylon. Przez calutki mecz. Aż tamten w końcu nie wytrzymał. Niestety, stało się to podczas zmiany w locie, więc zamiast wbić w bandę Quintona i złamać obojczyk jemu, uderzył we mnie.
Łajdak powiedział nawet, że celował w Quintona, tylko przez nieustanne tasowanie się naszych zawodników na sekundę stracił go z oczu i… cóż, reszta jest historią.
Kilka dni później miałem operację, a przez całe wakacje kilka razy w tygodniu chodziłem na fizjoterapię. Dopiero parę tygodni przed rozpoczęciem treningów tego sezonu poczułem, że jako tako wróciłem do formy.
Nic z tego nie miałoby miejsca, gdyby de Haas nauczył się trzymać gębę na kłódkę. Kolejny z niezliczonych powodów, dla których ten gość jest moim przekleństwem.
Zawracam w stronę naszej bramki, gdzie chłopaki pomagają Camowi odeprzeć agresywny atak napastników z Trenton.
I właśnie w tym samym momencie ich środkowy, Adams, wpycha Quintona na bandę. Mocno. Znacznie mocniej, niż to konieczne. Tymczasem krążek leci na drugi koniec lodowiska. Instynkt podpowiada, bym za nim ruszył, ale gwizdek sędziego przyciąga moją uwagę z powrotem do Quintona, który leży skulony.
Nad stadionem zapada cisza. Wszyscy wstrzymują oddech, jak zawsze, kiedy zawodnik pada na lód.
Kurwa.
– Dajcie mu trochę przestrzeni! – nakazuje jeden z sędziów, robiąc miejsce wokół Quintona, gdy ten zdejmuje kask.
Ledwo unosi głowę, od razu widzę, co się święci. Ogień w jego oczach płonie jaśniej i mocniej, jak zawsze wtedy, kiedy…
Quinton podrywa się z lodu i łapie Adamsa w pasie. Obaj padają, a de Haas przypiera środkowego do tafli i zrywa mu z głowy kask. Wiem, co zaraz nastąpi, a sądząc po minie Adamsa, on też już się zorientował.
I wraz z pierwszym ciosem wyprowadzonym przez Quintona lodowisko zmienia się w ring bokserski.
Bez opamiętania okłada Adamsa, wokół wybucha kompletny chaos. Ławki obu drużyn pustoszeją, wszyscy wpadają na lód: jedni próbują rozdzielić walczących, inni tłuką się między sobą. Sędziowie robią, co mogą, żeby nikogo nie dopuścić bliżej, podczas gdy kilku naszych usiłuje powstrzymać Quintona, zanim przerobi środkowego Trenton na miazgę.
Adams też musiał wyprowadzić celny cios, bo gdy Cam i Rossi odciągają Quintona, jego brew jest rozcięta, a po twarzy spływa mu krew. Nic sobie jednak z tego nie robi, tylko odpycha kolegów i z powrotem rzuca się na przeciwnika, który ledwo co zdążył się podnieść.
Dobra, dość tego.
Podjeżdżam do nich, chwytam napalonego idiotę za kołnierz i mocnym szarpnięciem odrywam go od Adamsa.
– Co ty, kurwa, robisz? – warczę przez zęby, przyciskając go do szyby.
Kątem oka widzę, jak Rossi i jeden ze skrzydłowych z Trenton przytrzymują Adamsa, który rwie się do kolejnej rundy. Tymczasem Quinton wciąż zionie furią w moim uścisku. Pieni się niczym wściekły pies, jakby chciał rozszarpać gościa na strzępy.
– Sam się prosił! – rzuca ostro. Oczy nadal płoną mu niby kule niebieskiego ognia. Najgorętszego na świecie.
– Może i tak, ale to nie powód, żeby zaogniać sytuację – syczę, mocniej dociskając go do bandy, gdy próbuje mi się wyrwać. – Przez ten numer możemy stracić mecz.
Na jego twarzy wykwita szyderczy uśmieszek.
– Nie, Reed. To ty nie umiesz grać zespołowo. Zawsze musisz być gwiazdą. Skarżysz się trenerowi, że nigdy do ciebie nie podaję? A potem tracisz krążek, kiedy już to zrobię? I to niby jest gra zespołowa? – prycha. – Jeśli dzisiaj przegramy, to twoja wina. Nie moja.
Chyba sobie kpi. Że ja nie umiem grać zespołowo? Przeze mnie przegramy?
– Bredzisz.
Unosi brew, jakby pytał: „Pewny jesteś?”, na co z mojego gardła wyrywa się warknięcie.
– To ty rządzisz na lodzie! Nie ja. Może zamiast zwracać wciąż uwagę na mnie, zacząłbyś wreszcie zachowywać się jak prawdziwy przywódca?
Ściąga brwi i marszczy nos z obrzydzeniem.
– Chyba najwyższy czas pogodzić się z faktem, że samo nazwisko nie wystarczy, by zostać kapitanem.
No nie. Znowu do tego wraca. Serio.
– Jesteś niemożliwy, de Haas. Klasa sama w sobie. – Wskazuję głową ławkę kar. – Miłej odsiadki. Będziesz mógł popatrzeć, jak prowadzę drużynę do zwycięstwa.
Gapi się na mnie wściekle, wycierając wierzchem dłoni krew z brwi.
Byłoby fajnie, gdyby cios w ryj czegoś go nauczył, ale historia pokazała, że nic to nie da.
– Materiał na kapitana, też mi coś! – mamroczę pod nosem, gdy zjeżdża z lodowiska i sadza swoje porywcze dupsko na ławeczce.
***
Niestety gówno prawda z tym moim gadaniem o poprowadzeniu drużyny do zwycięstwa. Dzieje się dokładnie na odwrót. Przeciwnicy roznoszą nas na pył dzięki pięciominutowej przewadze, którą zyskali za sprawą wybuchu Quintona. Na domiar złego przez jego nieobecność Trenton College strzela nam nie jednego, lecz dwa gole.
Tym samym zgarniają wygraną.
Po tym wszystkim w szatni panuje atmosfera balansująca gdzieś pomiędzy kompletnym dnem a głęboką depresją, zwłaszcza że od lat nie przegraliśmy u siebie meczu otwierającego sezon. Ostatni raz zdarzyło się to na długo przed tym, nim którykolwiek z nas zaczął grać w barwach Leighton.
Po ochrzanie, jaki zbieramy od trenera na odprawie, większość z nas trzyma się na uboczu. Wskakujemy pod prysznice albo do wanien z lodem, żeby doprowadzić się do ładu, jakby to miało zmyć z nas smród porażki.
Braxton, jeden z gości, z którymi dzielę pokój, podchodzi do mnie, kiedy się ubieram. Obaj słyszymy, jak de Haas tłucze się przy swojej szafce niczym rozkapryszony, nieumiejący nad sobą zapanować bachor. Niełatwo go zignorować.
To żenujące.
– On tak serio? – mamroczę bardziej do siebie niż do kogokolwiek innego, ale kiedy Braxton przytakuje, wiem, że mnie usłyszał.
– Też wolałbym tego nie widzieć… – Zawiesza głos i wymieniamy krótkie spojrzenie. – Musimy coś z tym zrobić, stary. Albo czeka nas długi sezon.
– Niby co? Przecież go nie odwołamy. W hokeju nie ma demokracji.
– A, kurwa, powinna być.
Ma rację.
Odchodzę już od zmysłów i mogę się założyć, że przynajmniej połowa drużyny ma to samo. Bo, kurde, kapitan nie powinien się tak zachowywać. Ani na lodzie, ani poza nim.
– W liceum wystarczyłoby podłożyć mu trawkę albo wódę i byłoby po sprawie. – Wzdycham, wciągając buty. – Szkoda, że teraz to nie takie proste.
– Żebyś wiedział – burczy pod nosem Braxton i rusza za mną do domu. – Ale jakoś go wygryziemy. Tak czy inaczej.
Kaski i ochraniacze stukają o drewniane boksy, kiedy cała ekipa zrzuca z siebie sprzęt po treningu. Szykujemy się do serii meczów wyjazdowych, i to nie z byle kim, tylko z naszym największym rywalem, Uniwersytetem Blackmore, również z okolic Chicago. Mimo paru potknięć w pierwszych dwóch meczach u siebie naprawdę czuję, że drużyna jest coraz bardziej zgrana.
No, w większości.
Wyjątkiem są momenty, kiedy wychodzę na lód razem z Oakleyem. Rytm między nami leży i kwiczy. Obaj wyglądamy wtedy bardziej jak struchlałe jelonki Bambi niż czołowi sportowcy od lat grający w jednej drużynie. I tak jest lepiej niż kilka tygodni temu, więc nie mam co narzekać.
Szczerze mówiąc, nie wydaje mi się, żeby trener dobrze to przemyślał. Wrzucenie nas razem na lód mogło wyglądać dobrze na papierze, ale najwyraźniej nie jesteśmy zbyt zgrani. I nie mówię tylko o hokeju.
Nie bez powodu przez większość uniwersyteckiej kariery graliśmy w dwóch różnych piątkach. To się po prostu sprawdza. Mniej między nami zgrzytów, bo każdy ma czas, żeby zabłysnąć. Nie wchodzimy sobie w drogę i łatwiej dogadujemy się z innymi ludźmi. Sęk w tym, że tamci goście w zeszłym sezonie pokończyli studia, więc chwilowo jesteśmy skazani na siebie.
Większość chłopaków rozbiera się w mgnieniu oka, gotowa pędzić pod prysznic, żeby zaraz spadać do domu. Ale wtedy z gabinetu wychodzi trener i niemal natychmiast cała drużyna zamiera.
– Dobra, panowie – odzywa się donośnie, a sam jego ton wymusza posłuch i szacunek. Bardzo skutecznie, bo w szatni zapada absolutna cisza i wszystkie oczy zwracają się ku niemu. – Wygląda na to, że na szczeblu administracyjnym pojawiły się pewne obawy dotyczące sterydów i innych dopingów w sporcie akademickim. Na dwóch innych uczelniach należących do NCAA wielu zawodników miało wynik pozytywny, zarówno w drużynach hokejowych, jak i futbolowych. Wiem, że wy wszyscy jesteście czyści, ale dla pewności… – Unosi sterylny plastikowy pojemnik, którego tylko ślepy by nie rozpoznał. – Załatwmy to szybko i będziecie wolni.
Słyszałem o tym tydzień temu. W drużynie hokejowej Lincoln Center i futbolowej Blackmore kilku chłopaków miało pozytywne wyniki testów antydopingowych. Na początku prawie w to nie wierzyłem, jednak mój kumpel z liceum, który studiuje na Blackmore, potwierdził, że to prawda.
Podobno wielu z nich będzie składać odwołanie, twierdząc, że ich wyniki były fałszywie dodatnie, ale na razie trudno powiedzieć.
Jeśli jednak w ten sposób udowodnimy, że żaden z nas nie oszukuje, dla mnie spoko. Robię więc dokładnie to, o co prosił trener. Biorę prysznic, załatwiam sprawę, oddaję próbkę technikowi laboratoryjnemu przy drzwiach i spadam.
***
– De Haas, do mojego gabinetu. Już!
Głos trenera niesie się echem po szatni, gdy pod koniec tygodnia przebieram się na mecz z Blackmore. Nie zdążyłem nawet całkiem zrzucić z siebie ciuchów, przeciskam się więc przez zgraję półnagich sportowców, aż wreszcie staję pod drzwiami gabinetu.
Pukam dwa razy ze zwykłej grzeczności, po czym uchylam drzwi i widzę przed sobą wszystkich trzech trenerów. Od razu myślę, że pewnie chcą mi przekazać jakieś ważne info o drużynie, z którą zaraz mamy grać.
Albo ktoś umarł, ale stawiam na to pierwsze.
– Chciał mnie pan widzieć? – pytam, opierając plecy o futrynę.
– Tak. Zamknij drzwi i siadaj.
Tajemniczo. Dobra, zobaczymy.
Marszczę brwi, ale mimo zdziwienia robię, co każe, i już po chwili opadam na krzesło naprzeciwko niego. Trener odchyla się na oparciu, składa palce w piramidkę i wlepia we mnie badawcze spojrzenie. Nie mówi ani słowa o tym, po kiego grzyba tu siedzę, zamiast się przebrać i skupić na przedmeczowej rutynie.
Mija trzydzieści sekund, cisza jest już nie do zniesienia, postanawiam więc przełamać lody.
– Chciał pan popatrzeć na moją ładną buźkę, zanim wyjdziemy skopać im tyłki?
Jak na zawołanie opuszcza ręce, pochyla się nad biurkiem i bierze świstek papieru, którego dotąd nie zauważyłem.
– Nic z tych rzeczy. Siedzisz tu, bo oblałeś test antydopingowy.
Chyba się przesłyszałem, bo to brzmiało, jakby powiedział…
– Co? To niemożliwe!
Trener przesuwa świstek w moją stronę.
– Więc jak wyjaśnisz to?
Zerkam na papier, na którym odnotowano pozytywny wynik na obecność…
– Opiatów? – pytam, totalnie osłupiały. – Szefie, nigdy nie tykałem tego gówna. Nawet w liceum, jak wyrwali mi ósemki i dali Bóg jeden wie jakie znieczulenie, nie brałem na ból nic silniejszego niż Apap.
Ale kiedy trener uważnie mi się przygląda, a potem wymienia porozumiewawcze spojrzenia z asystentami, wiem już, że moje tłumaczenia na nic się nie zdadzą. Wynik, jaki jest, każdy widzi i żaden z nas go nie zmieni.
Żołądek mi się skręca, a jego zawartość zaraz chyba wyląduje na podłodze.
– Coś tu nie gra. To nie ja, przysięgam, szefie. Może w laboratorium pomylili próbki?
Trener kiwa powoli głową.
– Chciałbym ci wierzyć, Quinton. Masz swoje za uszami, jesteś bez dwóch zdań największym narwańcem, jakiego kiedykolwiek szkoliłem, ale nigdy nie podejrzewałbym cię o coś takiego. Za bardzo zależy ci na karierze, żeby wywinąć taki numer.
– No właśnie! Dlatego tego nie zrobiłem! – mówię z pełnym przekonaniem i w panice zrywam się na równe nogi. Przenoszę wzrok między trzema mężczyznami, aż wreszcie zatrzymuję go na trenerze. – Przysięgam na swoje życie, nigdy nic nie brałem. Musiała zajść jakaś pomyłka. Niech pan powie, że da się coś z tym zrobić.
Mina trenera i głębokie zmarszczki na jego czole jasno dają mi do zrozumienia, że próbował już znaleźć jakieś wyjście. Pewnie na długo przed tym, zanim w ogóle mnie zawołał. A skoro mimo wszystko tu siedzę, to znaczy, że nic nie wymyślił.
– Nie mogę tak po prostu uwierzyć ci na słowo i tego zatuszować, de Haas. Oczywiście zleciliśmy laboratorium sprawdzenie, o jaki konkretnie opiat chodzi, bo jedną z substancji z tej grupy jest heroina…
– Heroina?! – prawie piszczę.
– …ale wyszedł oksykodon. OxyContin.
Och.
Cóż, mogło być gorzej.
– Posłuchaj, Quinton. OxyContin to może nie heroina, koks czy meta, ale narkotyczne leki na receptę wciąż klasyfikowane są jako substancje zakazane, o ile nie zgłosi się wyjątku medycznego do NCAA… – Nawija dalej o przepisach i regulaminach wewnętrznych uczelni oraz NCAA. Doskonale, kurwa, znam te zasady, bo w przeciwieństwie do innych nie mam zamiaru zmarnować szansy, na którą harowałem jak wół. Cały ten czas próbuję gorączkowo rozkminić, jak mogło do tego dojść.
Im dłużej o tym myślę, tym bardziej jestem przekonany, że albo wyniki z laboratorium zostały jakoś pomylone bądź zamienione, albo sam wziąłem coś nieświadomie.
Czy w apteczce w moim mieszkaniu coś mogło być źle oznaczone?
To raczej mało prawdopodobne, biorąc pod uwagę, że obecnie nie mam przepisanych żadnych silnych leków przeciwbólowych. Nigdy nie miałem, poza tym jednym razem lata temu, o którym mu przed chwilą wspomniałem. Wątpię też, żeby Hayes, mój współlokator, jakieś miał. Gość jest porządny do bólu, ale i tak zapisuję sobie w pamięci, żeby go spytać, kiedy…
– …i z tego powodu nie mam innego wyjścia, jak tymczasowo cię zawiesić.
Jego słowa brutalnie ściągają mnie na ziemię. Mam wrażenie, jakbym stracił grunt pod nogami.
Właśnie czegoś takiego chciałem uniknąć. Ale to się dzieje, a gdy słyszę o konsekwencjach, serce podchodzi mi do gardła.
– Zawiesić za coś, czego nie zrobiłem?
Zaciska usta w wąską linię i wzdycha.
– Muszę to zrobić, dopóki nie udowodnisz, że nic nie bierzesz, de Haas. Mam związane ręce. Zrozum, że mnie też mogą pociągnąć za to do odpowiedzialności, zwłaszcza teraz, kiedy NCAA tak ostro bierze się za doping po tym, co wydarzyło się w Blackmore i Lincoln Center.
Znowu patrzę na całą trójkę, nie mając pojęcia, co będzie dalej. Po ich grobowych minach widzę jednak, że nie pozostaje mi nic innego, jak zaakceptować karę.
Musi być coś, co da się zrobić. Cokolwiek.
Jestem już o krok od tego, by paść na kolana i błagać. Bo moja hokejowa kariera po prostu nie może skończyć się w taki sposób. Żaden klub w NHL nawet na mnie nie spojrzy, jeśli pójdzie w świat, że zostałem zawieszony za ćpanie. Za pierdolone dragi, których na oczy nie widziałem.
Dla nich to bez różnicy. To byłaby czarna plama na reputacji, na którą pracowałem od dziecka, odkąd po raz pierwszy założyłem łyżwy.
Przybity i pokonany chowam twarz w dłoniach.
– Ale… – Trener zawiesza głos.
To jedno słowo napełnia mnie nową energią, więc unoszę głowę.
– Niech mi pan powie, że to jest dobre „ale”, a nie takie, które jeszcze pogorszy sprawę.
Trener parska śmiechem, a jego spojrzenie nieco łagodnieje.
– Możemy cię przebadać drugi raz. Dzisiaj, zanim w ogóle będzie mowa o pełnej dyskwalifikacji. Jeżeli bierzesz regularnie, będziesz miał narkotyki we krwi. A jeśli to nie przejdzie, złożymy odwołanie w twoim imieniu. Tak jak mówiłem, nie wierzę, żebyś był winny. Nie mam zamiaru patrzeć, jak ponosisz karę za czyjś błąd, o ile to faktycznie pomyłka.
– Nikt z nas tego nie chce – wtrąca Davis, jeden z asystentów.
– Dobrze – wyduszam z westchnieniem ulgi. – Świetna wiadomość.
Trener przytakuje.
– Ale i tak nie możemy dopuścić cię do gry, dopóki nie przyjdą wyniki drugiego testu, miejmy nadzieję, że negatywne. Co może potrwać nawet tydzień. Lepsze to niż nic.
– Lepsze niż nic – powtarzam, czując w piersi kiełkującą iskierkę nadziei.
Będzie dobrze. Drugi test wróci czysty, odwołanie przejdzie i wszystko będzie jak dawniej, zanim odlałem się do tego przeklętego kubka.
Jestem zbyt zajęty odmawianiem w duchu modlitwy, żeby przysłuchiwać się dalszej dyskusji. W końcu jeśli tak ma wyglądać moje szczęście, będę potrzebował każdej możliwej pomocy. Zwłaszcza od hokejowych bogów.
Jedno zdanie trenera nagle przykuwa jednak moją uwagę, a włosy jeżą mi się na głowie.
– Zawołaj mi tu Reeda, dobrze? – mówi do Jacobsona, a on kiwa głową i bez słowa wychodzi z gabinetu.
– Reed? – Panika znów ściska mi żołądek. To ostatnia osoba, z którą chciałbym mieć teraz cokolwiek wspólnego. – A co on ma do tego?
Trener wzdycha głęboko, jak zawsze, gdy chodzi o mnie i Oakleya. Szczerze mówiąc, przez ostatnich parę lat nie ułatwialiśmy mu życia i wcale bym się nie zdziwił, gdyby miał nas serdecznie dość. Nawet jeśli Oakley to jego krewny.
– Dopóki jesteś zawieszony, potrzebujemy na lodzie drugiego kapitana – wyjaśnia, a w drzwiach stają Oakley i trener Jacobson.
– Zawieszenia? – pyta Oakley, podchwyciwszy końcówkę zdania swego wuja. Jego wzrok ląduje na mnie, gdy drzwi zamykają się z głuchym trzaskiem. – Co jest grane?
– Przejmujesz obowiązki kapitana, Oakley. Od zaraz – rzuca szorstko trener, posyłając mi przy tym przenikliwe spojrzenie.
Zalewa mnie kolejna fala wstydu, chociaż wiem, że trener jest w tej sprawie po mojej stronie, a także – co ważniejsze – że nie zrobiłem nic złego. Nie ma absolutnie żadnych okoliczności, w których sięgnąłbym po dragi.
Oakley podchodzi bliżej i mam wrażenie, jakby jego spojrzenie wypalało mi bok twarzy niczym rozżarzone do białości żelazo. Przenika mnie na wylot. Jakbym był przezroczysty.
Kiedy uparcie milczę, patrząc prosto na trenera, który obserwuje nas czujnie jak jastrząb, Oakley wybucha śmiechem.
– Co zmalowałeś tym razem?
Próbuję nie zwracać na niego uwagi i nie dać się sprowokować, ale ta swoboda w jego śmiechu i drwiący ton działają na mnie jak czerwona płachta na byka. No bo jak mam zachować spokój, kiedy ten palant dostaje na srebrnej tacy wszystko, na co ja się zaharowuję? I to bez żadnego powodu!
W końcu jednak pękam. Pozwalam, by nasze spojrzenia się zderzyły, wwierciły w siebie nawzajem. W moich oczach pewnie widać każdą kroplę wściekłości i poczucia klęski, które krążą mi w żyłach, bo Oakley mruży powieki, jakby próbował wyczytać coś z tej pełnej napięcia ciszy i zrozumieć dlaczego…
– Wpadłeś na testach – mówi. Nie jest to pytanie, lecz pełne niedowierzania stwierdzenie. Kiedy nie odpowiadam, na jego twarz wypływa bezczelny uśmieszek. – Cholera, de Haas. Wiedziałem, że jesteś narwany, ale nie podejrzewałem, że będziesz głupi.
– Pierdol się – warczę przez zaciśnięte zęby.
– Dzięki, nie skorzystam – ripostuje i znów parska śmiechem. – Chcę tylko wiedzieć dlaczego. Bo nawet ty powinieneś być na tyle bystry, żeby rozumieć, że od koksowania kurczy się fiut.
Moje usta wykrzywia grymas czystej pogardy.
– Akurat kurczą się jaja, Reed, ale i tak dziękuję za troskę o zawartość moich gaci.
Oakley już otwiera gębę, a na jego policzki wypływa rumieniec po tej mało wyrafinowanej aluzji do orientacji. Co… przyznam, było trochę słabe.
Ale teraz za późno, żeby to cofnąć.
– Zamknąć się. Obaj! – ucina ostro trener, za co jestem mu wdzięczny.
Cała ta sytuacja i tak jest wkurzająca, a Oakley, który jak zwykle kłapie dziobem i niczym skończony dupek próbuje mnie sprowokować, tylko pogarsza sprawę. Gdyby nerwy wzięły górę, mógłbym skończyć w jeszcze większym szambie.
Najbezpieczniej będzie ugryźć się w język, więc dokładnie to robię. Do tego stopnia, że czuję w ustach metaliczny posmak krwi. I choć to cholernie boli, nie wykorzystuję momentu ciszy zarządzonej przez trenera, by wyprowadzić Oakleya z błędu. Nie musi wcale znać szczegółów.
Nie zasłużył.
Trener wodzi między nami wzrokiem. Studiuje nas badawczo, tak że czuję się niemal nagi. I znów – przezroczysty.
Najwyraźniej każdy Reed tak potrafi.
– Musicie się ogarnąć. Obaj. Do tej pory nic nie mówiłem, bo miałem nadzieję, że jeśli was wrzucę do jednej piątki w tym sezonie, to w końcu znajdziecie wspólny język. Ewidentnie to nie działa, powiem więc wprost. Macie wziąć się w garść i przestać skakać sobie do gardeł. Zrozumiano?
Nie potrzebuje nawet gróźb, które nieustannie wisiałyby nad nami niczym ostrze katowskiego topora. Sam ochrzan za gówniarskie zachowanie wystarczy, żebyśmy dobrze zapamiętali sobie jego słowa.
– Na bank – mamroczę w tym samym momencie, kiedy Oakley wyrzuca z siebie krótkie:
– Tak jest, panie trenerze!
Walczę z pokusą, by przewrócić oczami na to, że właśnie powiedział do swojego wujka per „pan”. Pewnie chce się przypodobać. Nie pamiętam, żeby kiedykolwiek wcześniej mówił do niego inaczej niż „szefie”. Jak wszyscy.
Cholerny lizus.
– To tyle? – pytam, spoglądając na trzech trenerów. Kiedy kiwają głowami, wstaję i ruszam do wyjścia, gotów spierdalać stąd jak najszybciej. – Okej, świetnie. W takim razie idę się przebrać, a potem…
– Nie możesz włożyć sprzętu, młody – mówi z żalem na twarzy. – Będziesz musiał oglądać z trybun. Jak widz.
Oakley z trudem powstrzymuje chichot, a ja z całej siły zagryzam wargi, byle tylko nie wrzeszczeć.
Bo ten dzień nie może już być lepszy, co nie?
Kiedy parkuję pod szeregowcem, który wynajmuję wraz z paroma kumplami, wiem już, że w środku czeka mnie nasz zwykły, na wpół kontrolowany chaos. Trochę słabo, wziąwszy pod uwagę, że dzisiaj wtopiliśmy – znowu – i jedyne, czego pragnę, to wczołgać się do łóżka i schować pod kołdrą.
Oczywiście dom w permanentnym stanie chaosu to naturalna kolej rzeczy, gdy grupka rozrywkowych sportowców z uniwerku – do których ja się raczej nie zaliczam – postanawia zamieszkać razem. Powstaje wtedy istny kocioł pełen ludzi. Całe stada znajomych, dziewczyn i chłopaków z drużyny przewijają się przez chatę dwadzieścia cztery godziny na dobę.
W sumie trudno się dziwić. Ostatecznie mamy w piwnicy wyczesaną miejscówę z gigantycznym telewizorem, stołem bilardowym i absurdalnie wielką kanapą, w sam raz na relaks. Jakkolwiek by było, wieczny zgiełk doprowadza mnie do szału. Nigdy nie mogę tu zaznać spokoju, szczególnie gdy najbardziej tego potrzebuję.
A teraz niczego tak nie potrzebuję jak ciszy.
Gdy otwieram drzwi i słyszę przytłumione dudnienie głośników z piwnicy, od razu pojmuję, że musi się tam dziać jakaś… grubsza akcja. Bóg jeden wie, co jest grane, ale dałbym sobie uciąć rękę, że maczał w tym palce Holden – znany też jako współlokator numer jeden. W końcu gwiazda futbolu uniwerku Leighton uwielbia dobrą zabawę.
Theo, współlokator numer dwa i łącznik w drużynie bejsbolowej, siedzi w kuchni z dwoma kumplami z zespołu. Chyba nazywają się Phoenix i Keegan, ale przy takim zagęszczeniu kolesi z różnych sekcji sportowych UL trudno ogarnąć, kto jest kim.
Camden, nasz bramkarz, właśnie wchodzi na górę ze swoją laską tygodnia i pewnie zmierza do własnego pokoju. Nawet nie zawracam sobie głowy zapamiętywaniem imion tych dziewczyn, bo zmieniają się zbyt szybko, żeby było warto.
Ale jedynym współlokatorem, którego chciałbym w tej chwili znaleźć, jest Braxton. Mamy parę rzeczy do obgadania. Mianowicie tę dzisiejszą akcję z de Haasem i to, jak zdjęli go za pieprzone dragi.
Nie mam pojęcia, jakie jest prawdopodobieństwo, że Quinton na serio ćpa, a do tego dał się złapać, ale raczej nieduże. Pewnie mniej więcej takie jak moja zdolność do ogarnięcia fizyki kwantowej.
Kurewsko. Niskie.
Na szczęście znajduję Braxtona rozwalonego na kanapie w salonie, z piwem w ręku oraz w towarzystwie kilku dziewczyn, które są w gruncie rzeczy blacharami: Kinsley, Ashton i Mikayli. I mówię na nie „blachary”, a nie „fanki hokeja”, bo tej trójce jest wszystko jedno, o jaki sport chodzi. Chcą zaliczać sportowców, obojętnie jakich. I zdaje się, że im więcej, tym lepiej.
Wiem na bank, że Kinsley, blondyna usadowiona na kolanach Braxtona, spała z każdym facetem w tym domu. Tylko w tym tygodniu. Poza mną, oczywiście, choć nie można jej odmówić starań. Fakt, że jestem gejem i kobiety absolutnie mnie nie pociągają, pokiełbasił bidulce plany – i nie w taki sposób, jakiego by chciała.
A sądząc po tym, jak bezczelnie wodzi za mną wzrokiem, gdy idę w ich stronę, zaraz znowu spróbuje mnie wyrwać. Pięknie.
– Oto on, bohater dnia! – woła Braxton, gdy tylko siadam na drugiej części narożnika obok Ashton.
Nie czaję, czemu nazywa mnie bohaterem. Przecież dzisiaj przegraliśmy.
– Hej, stary. – Zerkam to na niego, to na trzy dziewczyny, a one patrzą na nas jak sępy. – Możemy pogadać na osobności?
Braxton z konsternacją marszczy czoło.
– Czemu? Wiesz, że laski nic nie powtórzą.
Nie, wcale tego nie wiem. Wręcz przeciwnie, mogę się założyć, że każda tajemnica, która wpadnie Mikayli w ucho, momentalnie trafia do smartfonów jej głodnych plotek psiapsiółek. Nie mam więc zamiaru omawiać przy niej – ani przy żadnej z nich – spraw naszego zespołu.
– Myślę, że powinniśmy zgarnąć Cama i pogadać. Wiesz, o tym, co było na treningu.
– Chodzi o to, że Quinton de Haas wpadł na dopingu? – pyta Mikayla.
Podnoszę wzrok i widzę, że przygląda się swoim szponiastym paznokciom, jakby stanowiły najciekawszą rzecz na świecie. Wszystko po to, by udawać maksymalnie obojętną.
– Powiedziałeś im? – Znowu skupiam uwagę na Braxtonie.
– Jutro i tak cała uczelnia będzie o tym gadać. – Wzrusza ramionami. – Sam wiesz, że NCAA ostro teraz ściga za takie numery. Pewnie zrobią z niego przykład.
Niestety Braxton ma rację. Do jutra Quinton będzie na ustach wszystkich. Takie wiadomości rozchodzą się lotem błyskawicy, szczególnie gdy na szali waży się czyjaś reputacja.
Najgorsze, że nawet gdyby złożył odwołanie – a na pewno ma taki plan – i wygrał, jego reputacja i tak będzie splamiona, gdy sprawa wyjdzie na jaw. Mało kto potrafi się pozbierać po czymś takim.
Brax poprawia się na kanapie, zarzucając wolne ramię na Kinsley.
– Chcieliśmy go wyautować i jest wyautowany. Kto wie, ile to potrwa, ale na razie problem z głowy. Skupmy się lepiej na koszeniu zwycięstw.
Tutaj też ma rację. Może powinienem być wdzięczny losowi, bo teraz mogę nareszcie poprowadzić drużynę do wygranej.
Tylko że… trochę za gładko poszło.
Wbrew temu, co nagadałem Quintonowi w gabinecie trenera, wcale nie uważam go za głupka. Jasne, gość jest w gorącej wodzie kąpany, ale jeśli coś o nim wiem, to że poświęcił się hokejowi bez reszty. Już dawno zdałem sobie z tego sprawę, chociaż zwykle udaję, że nic nie widzę. Właściwie to jedyna cecha, którą u niego lubię; po prostu nie odpowiada mi sposób, w jaki to okazuje. Na przykład te ciągłe chryje na lodzie, nawet jeśli broni siebie albo kogoś z chłopaków. Mam więc uwierzyć, że sięgnął po dragi, żeby zyskać przewagę?
Jest lekkomyślny, ale nie aż tak.
– Słuchaj, cieszę się po prostu, że wreszcie mamy kapitana, który na to zasłużył. Skup się na tym, a nie na tym złamasie, bo on i tak do końca sezonu może nie postawić nogi na lodzie. – Braxton dopija piwo i odstawia pustą puszkę na stolik za kanapą.
Zerkam na niego, a potem kolejno na trzy dziewczyny, które zgodnie kiwają głowami.
– Dobra. – Wypuszczam głośno powietrze. – Dobra, dzięki.
– Nie musisz dziękować. – Braxton macha ręką. – Wiesz, że zawsze możesz na mnie liczyć.
I znowu to samo. To natrętne przeczucie, że czegoś nie łapię. Choć już miałem odpuścić i miło spędzić resztę wieczoru, w jego słowach pobrzmiewa coś, co nie daje mi spokoju.
Coś tu nie gra. Jakby wiedział o czymś, o czym ja nie mam pojęcia.
– Co masz na myśli? Quinton sam był sobie winien. Niby jak mam na ciebie liczyć?
Braxton wykrzywia usta w cwanym uśmieszku i tylko wzrusza ramionami, bawiąc się kosmykiem włosów Kinsley.
Czuję, że zaraz puszczą mi nerwy; lodowate ciarki pełzają po każdym centymetrze skóry, a w żołądku aż mnie skręca. Teraz nie mam już wątpliwości, że on coś wie. Albo, co gorsza, maczał w tym palce.
– Brax – żądam powoli. – Gadaj, co zrobiłeś.
Patrzy mi prosto w oczy.
– Nic nie zrobiłem.
Przyjaźnię się z Braxtonem na tyle długo, by wiedzieć, że jest bezczelnym kłamcą. I mogę się założyć, że właśnie kłamie mi prosto w twarz.
– Braxton – syczę, tym razem ostrzej. – Coś. Ty. Zrobił?
– Wyluzuj, stary. Teraz jesteś kapitanem. Musisz mieć czyste rączki.
O Jezu Chryste. Czyste rączki?
– Jak to jest, że tyle gadasz, a jednocześnie nie powiedziałeś absolutnie nic?
– Wrodzony talent. – Szczerzy się arogancko.
Zaciskam zęby, a to parszywe uczucie w brzuchu wywraca mi flaki na drugą stronę. Bo chyba już wiem, co tam zaszło.
Braxton jakimś cudem sfałszował test Quintona, żeby go zawiesili. Albo od razu wywalili z programu. Idiota nawet nie pomyślał, że jego czeka dokładnie taki sam los, jeśli cała akcja się wyda. Co jest całkiem prawdopodobne, jeżeli drugi wynik przyjdzie czysty. A na pewno tak będzie, bo tylko ostatni debil zgodziłby się na powtórne badanie, gdyby naprawdę był winny.
I to prowadzi do kolejnego problemu. Co się stanie, kiedy de Haas wróci po tym wszystkim?
Kurwa.
Nawet o tym nie pomyślałem, kiedy trener wspomniał, że powtórzą test, a teraz nie daje mi to spokoju. To oznacza, że muszę sprawdzić, co siedzi w tym jego zakutym łbie. Choćby po to, żeby się upewnić, czy po tym całym cyrku nie będzie jeszcze bardziej agresywny niż zwykle.
Byłaby to ostatnia rzecz, jakiej potrzebuje nasza drużyna.
Braxton beznamiętnie obserwuje, jak gorączkowo analizuję wszelkie słabe punkty tego porypanego planu, który prawdopodobnie wcielił w życie. W końcu dociera do niego, że połączyłem kropki, bo zdejmuje rękę z Kinsley, pochyla się bliżej i klepie mnie po ramieniu. Patrzy mi przy tym prosto w oczy. Zupełnie jakby dawał do zrozumienia, żebym przestał go wypytywać, zanim dowiem się więcej, niż bym chciał.
Teraz nie mam wątpliwości.
Nie chcę słyszeć już ani słowa. Wolę nie pytać, jak mu się udało. Ryzykuję, że oberwę rykoszetem.
– Możesz na mnie liczyć, brachu. Tylko tyle musisz wiedzieć.
Dziękujemy za przeczytanie fragmentu naszej książki.
Jeśli Ci się spodobała i chcesz poznać ciąg dalszy, koniecznie zajrzyj na stronę
https://wydawnictwokdw.com,
gdzie znajdziesz tę i wiele innych wspaniałych historii.
Okładka
Strona tytułowa
Prolog
Jeden
Dwa
Trzy
Cztery
