Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
297 osób interesuje się tą książką
W tym aranżowanym małżeństwie ma jedno zadanie: uwieść swojego męża.
To powinno być proste – jest dziedziczką transatlantyckiej fortuny wychowaną i ukształtowaną, by dobrze wyjść za mąż. Całe życie doskonaliła w sobie wytrzymałość, dyscyplinę oraz oddanie Bogu i Kościołowi. Niebezpieczeństwo tkwi w zakochaniu się w diable, który wsunął jej pierścień na palec. W błędzie, który popełniła już lata temu i na który nie może sobie pozwolić po raz drugi.
Jest jeszcze jeden wróg: przystojny, zielonooki, poraniony emocjonalnie. Tristan Thomas, były żołnierz i ochroniarz jej nowego męża. Bohater, który skradł jej serce słonymi od morza pocałunkami.
Ale Lyonesse nie jest jak inne miejsca, a to małżeństwo nie jest takie jak inne. Wkrótce Tristan, Mark i Isolde plączą się w węzeł zajadłej zazdrości i rozkosznej niegodziwości, gdzie podejrzliwość działa jak afrodyzjak, a sekrety i przysięgi znaczą to samo. A w grze jest coś o wiele mroczniejszego niż jej prawdziwy cel, niż machinacje Kościoła, któremu służy. Mroczniejszego niż pokręcone pragnienia jej serca. Jej mąż ma własne tajemnice, a powód, dla którego nie cofnie się przed niczym, by ją posiąść, może rozciąć jej duszę głębiej niż nóż o rękojeści z wiciokrzewu, który kiedyś jej podarował.
Bo jeśli chodzi o Marka Trevenę i jego gry, pierwszy cios jest nie tylko najgłębszy –jest najsłodszy. A on zawsze zostawia cię błagającą o więcej…
Ta historia jest naprawdę HOT. Sugerowany wiek: 18+
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 466
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Dla Jean i Flavii – za to,
że zachęciły mnie do stworzenia terapeutycznego,
mściwego króla druida w garniturze
Co mogło stać się w Lyonnesse,
Gdy byłem tam,
Król zaklęć nie opowie sam
Ani nie zdoła prorok rzec,
Co mogło stać się w Lyonnesse,
Gdy byłem tam.
– Thomas Hardy
tłum. Zygmunt Kubiak
Uwagi dotyczące treści
W prologu i rozdziale piątym pojawiają się pozbawione konkretów wzmianki o wykorzystywaniu seksualnym przez duchownych.
Trzy lata temu
Powtarzał sobie, że nic złego nie może mu się tu przytrafić.
Arcybiskup Anthony Stitt przeszedł żwawym krokiem przez hol hotelu Vesta, czując w spiętych ramionach ulgę. Gorące promienie rzymskiego słońca wpadały przez eleganckie okna. Z pewnością nie groziło mu tutaj żadne niebezpieczeństwo. Przecież pod kasetonowymi sufitami i w otoczeniu gustownej neoklasycystycznej sztuki nie mogły czaić się żadne zagrożenia.
Właściwie gdy wszedł do pokoju i ujrzał uporządkowany przepych świeżo posłanego łoża z baldachimem oraz lunch podany już na stole, poczuł się niemal rozbawiony. To było życie, do którego przywykł; to był hotel, w którym zatrzymywał się niezliczoną liczbę razy podczas wizyt w Rzymie. A kiedy spojrzał w lustro, zobaczył tę samą surową, bezkrwistą twarz, z której zasłynął, robiąc karierę w Kościele.
Świat był taki sam, on był taki sam. Od ostatniej nocy nic się nie zmieniło.
Z wyjątkiem… tamtego spotkania o świcie, w głębi jednego z zakamarków Watykanu, gdy słuchał drżących szeptów informatora. Później Stitt odbył zwyczajowe spotkania i dalej poruszał się po sieci, którą tkał przez ostatnie dwadzieścia lat, ale po raz pierwszy od chwili, gdy ujrzał Pierścień Rybaka, jego myśli błądziły gdzie indziej. Wciąż był w tym mrocznym kącie, wciąż słuchał historii o tak głębokim znaczeniu, że niemal miał ochotę ją zignorować.
Ale jego źródło nigdy się nie myliło, a to… Cóż, miało sens, prawda? Wydawało się prawdziwe.
Jak mógł to przeoczyć? Zadawał sobie to pytanie, podchodząc do stołu, gdzie czekał jego posiłek, który zazwyczaj jadał w południe: rillette z łososia, chleb i warzywa crudité. Aromat świeżej kawy unosił się ze srebrnego dzbanka, znajomy jak kadzidło, znajomy jak rozlane wino.
Jak mógł to przeoczyć?
Bo jeśli to była prawda, oznaczało to, że jego eminencja Mortimer Cashel wznosił zamki, podczas gdy Stitt snuł pajęczyny. Oznaczało to, że Cashel dysponował zasobami, jakich Stitt nie mógłby sobie nawet wyobrazić.
Oznaczało to, że w powolnym, przebiegłym tańcu o mitrę Cashel prowadził.
Ys, tak nazwał to informator. Co to właściwie było? Sieć? Zakon księży? Rodzina przestępcza? Nawet informator nie wiedział tego dokładnie, ale jedno było pewne: Ojciec Święty nie miał o tym pojęcia. A to dawało Stittowi przewagę. Stwarzało możliwość, by ograć Cashela, zanim ten pokaże wszystkie karty.
I postanowił, że tak właśnie zrobi. Sam przedstawi sprawę Ojcu Świętemu i ujawni Cashela oraz cokolwiek kryło się pod hasłem Ys. A gdy Cashel zniknie, droga Stitta do Watykanu będzie prostsza niż kiedykolwiek.
Tak, oczywiście. Zrobi to dzisiaj. A teraz, gdy stał w swoim ulubionym pokoju, patrząc na ulubiony lunch, nagle sprawy znów znalazły się we właściwym ułożeniu. Miał wszystko pod kontrolą – a nawet więcej, ponieważ było to coś dobrego: beczka szczęścia spadła mu prosto w ręce i jakże absurdalne wydawało się to, że jeszcze kilka minut temu, przemykając korytarzami, bał się, jak gdyby sam Cashel go ścigał. Nie, jeśli Ys istniało naprawdę, to Stitt w końcu znalazł sposób, by zniszczyć rywala. Rywala, który nie interesował się seksem, nie nadużywał alkoholu i nie ciągnęły się za nim żadne podejrzenia o nieprawidłowości finansowe.
Jedynym nałogiem Cashela była władza, ale kardynał w końcu zapłaci za ten grzech.
Odzyskawszy pewność siebie, Stitt nalał sobie filiżankę kawy, upił gorący łyk i odwrócił się w stronę głęboko osadzonego okna. Tyle że rozciągający się z niego widok na plac – z tłumem ludzi i Panteonem – zasłaniała kobieta.
Stała w jego pokoju.
Nie mógł się powstrzymać – cofnął się o krok. Kawa rozlała się na jego dłoń, parząc palec z biskupim pierścieniem, a sutanna zaplątała się wokół nóg. Dopiero po chwili jego umysł dogonił sytuację i Stitt poczuł irytację na samego siebie. To była tylko pracownica hotelu, ubrana w schludny garnitur i krawat, z rudymi włosami związanymi w skromny kucyk. Prawdopodobnie właśnie przyniosła mu posiłek, a on był tak pochłonięty informacjami o Cashelu, że nawet jej nie zauważył.
– Potrzebuję serwetki lub ręcznika – powiedział ostro Stitt, odkładając filiżankę.
Kobieta skinęła głową i poszła do łazienki, po czym wróciła z wilgotną ściereczką. Kiedy bez słowa mu ją podała, Stitt zmarszczył brwi. Porozmawia z kierownictwem o tym incydencie. Właściciel hotelu był jego znajomym i z pewnością będzie oburzony, gdy dowie się, że pracownica wtargnęła do pokoju bez słowa przeprosin.
Wycierając dłonie, przyglądał się jej uważnie. Zauważył nienaturalny połysk jej włosów, jakby nosiła perukę. Zagniecenie na marynarce, jakby ta nigdy nie była noszona. Czarne rękawiczki na dłoniach, cienkie, jednorazowe.
Coś w jego wnętrzu drgnęło. Strach, który dopiero co minął, powrócił.
– Wyjdź – rozkazał, kierując te słowa zarówno do młodej kobiety, jak i do własnego strachu.
Nie ruszyła się z miejsca. Strach też nie zniknął.
– Proszę usiąść – powiedziała po angielsku z amerykańskim akcentem, takim samym, z jakim mówił Stitt. To dość powszechne w niektórych watykańskich kręgach, ale nietypowe jak na pracownicę rzymskiego hotelu.
Poczuł mrowienie w opuszkach palców oraz na ustach i pomyślał, że to strach przepływa przez jego ciało. Ale kiedy próbował cofnąć się o krok, znów się potknął.
Nie czuł już stóp. Na obrzeżach pola widzenia zaczęły pojawiać się ciemne plamy.
– Proszę usiąść – powtórzyła kobieta.
Tym razem to zrobił. Ciężko, niezgrabnie.
– Co… – Jego głos brzmiał dziwnie. – Co się dzieje?
Nie odpowiedziała. Po prostu patrzyła na niego spokojnie niebieskozielonymi oczami. Była całkowicie opanowana, a jej twarz nie zdradzała niczego. Poza… różową skórą na grzbiecie delikatnie ukształtowanego nosa.
Miejscowi nie miewają oparzeń słonecznych.
– Nie pracujesz tutaj – skomentował głupio Stitt.
Skinęła głową.
– Cashel cię przysłał?
Czyżby już odkrył to, co wiedział Stitt? Ufał swojemu informatorowi, ale lojalność w Rzymie nie była wiele warta. Być może Cashel lub ktoś z jego otoczenia już przeciągnął źródło na swoją stronę. Albo stało się coś znacznie gorszego.
– To Bóg mnie przysłał – poprawiła go kobieta. Wyglądała teraz jak fanatyczka, młoda, z płonącym spojrzeniem. Niemal drżała od napięcia.
– Nonsens. To Cashel, a może ktoś inny? – zdołał zapytać.
– Nebraska – odparła, ignorując jego pytanie. – Dziewiętnaście lat temu. Na pewno pamiętasz.
Nierówne bicie serca przerodziło się w szarpane, ciężkie uderzenia.
– To już przeszłość – powiedział, z trudem łapiąc oddech.
– Nasz Bóg jest panem zarówno przeszłości, jak i teraźniejszości.
Podeszła do niego. Starczyło mu sił tylko na to, by się wzdrygnąć, ale nie uderzyła go ani nawet nie dotknęła. Zamiast tego zabrała zużytą ściereczkę i filiżankę z kawą ze stolika, po czym zaniosła je do łazienki. Usłyszał chlupot płynu wylewanego do odpływu, a potem szum wody lecącej z pozłacanych kranów.
Po raz pierwszy od bardzo dawna Stitt poczuł zawstydzenie. Z powodu pałacowej łazienki z marmurowymi podłogami, bukietami świeżych kwiatów i wanną do hydroterapii wystarczająco dużą, aby dorosły mężczyzna mógł się w niej wygodnie położyć i nie dotykać boków. Z powodu godnego króla łoża z baldachimem i apartamentu – wysokiego, przestronnego, wyposażonego we wszelkie luksusy. Kiedy zaczynał swoją drogę do Pałacu Apostolskiego, wystawne życie książąt Kościoła było czymś normalnym, wręcz tego oczekiwano. Wtedy mieli prawdziwego papieża, takiego, który rozumiał zarówno historię, jak i potęgę Kościoła. Ale nowy papież zasiał ziarno surowości – wyrzekł się bogatych apartamentów papieskich i dostatku, który mu się należał. Teraz świat zdawał się oczekiwać tego samego od wszystkich pozostałych purpuratów.
Stitt oczywiście odmówił. Nie bez powodu, bo czym byłby Kościół, który nie potrafi odzwierciedlić majestatu swojego Boga? Czym byłby Kościół, który przywoływał na myśl sandały i trociny zamiast chwały Króla Królów?
Ale gdy młoda kobieta wróciła, niosąc pustą filiżankę, którą wsunęła do plastikowej torby razem z wilgotną ściereczką, Stitt dostrzegł w jej oczach osąd i poczuł wstyd.
Dlaczego? Bo wiedziała o Nebrasce?
– Zrobiłem, co mogłem – spróbował ponownie. Słowa wyszły z jego ust jako cichy szept. – To zaszkodziłoby Kościołowi.
– Zrobiłeś to, co było najlepsze dla twojej kariery – powiedziała. – A Bóg nie zapomniał.
Poczuł mdłości, a ciało oblał zimny pot.
– Więc nie chodzi o Ys?
Miał wrażenie, że przez moment dostrzegł na jej twarzy cień dezorientacji, ale szybko się opanowała. Znów pojawił się ten dziwnie beznamiętny wyraz, tak niepokojąco sprzeczny z żarliwością płonącą w jej oczach.
– Nie – powiedziała po chwili.
Zamknęła plastikową torbę, a potem pochyliła się, by sięgnąć do kostki. Nóż. Schowany w pochwie przypiętej do nogi. Stitt zauważył pojedynczy kosmyk włosów w kolorze srebrnego blondu przyklejony do jej szyi. Musiała go przeoczyć, chowając włosy pod peruką.
Prostując się, nóż trzymała już w dłoni. Rękojeść wysadzana rubinami i złotem. Wyglądał niemal jak przedmiot liturgiczny.
Narzędzie do składania ofiar.
Stitt poczuł, jak żołądek podchodzi mu do gardła.
– Zamierzasz mnie zabić – wyszeptał zachrypniętym głosem.
– Już to zrobiłam, wasza ekscelencjo – odparła, a w jej głosie pojawiło się coś nowego. Smutek. Sięgnęła po małą torbę, którą wcześniej schowała obok fotela, i włożyła do niej tę z filiżanką. Następnie wyjęła identyczne naczynie i postawiła na stoliku obok niego.
Stitt, walcząc z zawrotami głowy, patrzył, jak kobieta nalewa do filiżanki kawę, a potem celowo rozlewa ją poza krawędź, na blat. Jakby filiżankę trzymał ktoś, kto nagle poczuł się słabo i musiał usiąść.
Gdy skończyła, stanęła naprzeciwko niego. Była drobna, smukła. Poza poparzonym od słońca nosem i tandetną peruką – po prostu piękna. Anioł śmierci.
– Wziął pan dzisiaj za dużą dawkę leku na serce – wyjaśniła, a jej głos znów stał się bezbarwny. – Łatwo popełnić taki błąd, zwłaszcza gdy ktoś ma bałagan w swoich lekach jak pan.
– Ja nie… – Urwał. Przecież już była w pokoju, gdy wszedł. Filiżanka z zatrutą kawą czekała. Oczywiście, że upozorowała wszystko – jego leki, ich dawki – tak, by wszystko wyglądało na wypadek. Tragedię spowodowaną przez zapracowanego człowieka i jego niechlujne nawyki.
Wpatrywał się w nią, a ona odwzajemniała spojrzenie. Między nimi zaczynało pojawiać się zrozumienie. Nie miało znaczenia, czego dowiedział się o Ys i Cashelu. Nie miało znaczenia, że miał zostać kolejnym amerykańskim kardynałem, że jedyną przeszkodą między nim a papiestwem był Cashel z tym swoim szczerbatym uśmiechem i oczami, które do siebie nie pasowały.
Nic już nie miało znaczenia, ponieważ miał umrzeć.
I umierał.
– Dlaczego? – zapytał urywanym, ochrypłym głosem. – Nebraska? To wszystko?
– To wszystko? – Na jej twarzy pojawił się wyraz obrzydzenia. – A co by wystarczyło, wasza ekscelencjo? Dwie Nebraski? Trzy? Ty, który masz już pod opieką miliony dusz, a zamiast tego chcesz mieć miliardy, i to za cenę własnej duszy? „Strzeżcie się fałszywych proroków, którzy przychodzą do was w owczej skórze, a wewnątrz są drapieżnymi wilkami”*. – Cofnęła się do okna.
Błysnął nóż i Stitt usłyszał trzask metalu, gdy kobieta użyła płaskiej strony ostrza, aby sforsować zamek. Okno otworzyło się szeroko.
– Dokąd idziesz?
– Został jeszcze jeden – powiedziała. Zdawało mu się, że jej dłonie lekko drżą. – Tylko kilka ulic dalej. Diakon.
– Nie możesz… – Stitt z trudem łapał oddech. Ogarnęło go przeraźliwe zimno. – Nie możesz… – wykrztusił głosem, który już właściwie nie był głosem.
– Ale Bóg może – odparła młoda kobieta i wspięła się na parapet.
Stitt nie żył, zanim zdążyła zniknąć.
* Mt 7,15, Biblia Tysiąclecia Online, Poznań 2003.
Isolde
Teraźniejszość
Manhattan wije się, wrze, kipi w letniej mgle pod moimi stopami, szkło, metal i gorący beton dominują nad zielonym gąszczem Central Parku.
To mój dom, a jednak nie czuję, że wróciłam do bezpiecznej przystani. Wydaje mi się, jakbym nadal unosiła się na falach, bez kotwicy. Wciąż jestem na jachcie, który zabrał mnie z rodowej posiadłości do miasta, które doskonale znam, na ślub, którego nigdy nie chciałam.
Może nie czuję się jak w domu z powodu miejsca, w którym się znajduję – eleganckiego wieżowca pełnego opasek na oczy, lin i mebli na zamówienie. A może przez to, z kim w tym wieżowcu jestem – z Tristanem Thomasem, mężczyzną, który skradł mi serce w księżycowym świetle rozproszonym na Atlantyku. Jest tu też inny mężczyzna. Ten, który złamał to samo serce trzy lata temu, gdy krew z mojego dziewictwa wciąż zasychała mu pod paznokciami.
Mark Trevena. Mój narzeczony.
Spoglądam w dół na balustradę loftu Marka. Moje dłonie są blade i smukłe, a na palcach lewej ręki połyskują rubiny i złoto. To dłonie, które kradły, okaleczały i zabijały. Próbuję utrzymać je w bezruchu.
Jako narzeczona Marka Treveny mam tak wiele do zrobienia.
– Czołgałaś się tutaj do mnie. Pamiętasz?
Zbyt późno zauważam jego obecność. Odwracam się i widzę, jak podchodzi do szklanej półścianki oddzielającej tę część penthouse’u od reszty przestrzeni. Zamiast stanąć z boku, opiera prawą rękę obok mojej na balustradzie i ustawia się tuż za mną. Nie na tyle blisko, żeby mnie dotknąć, ale dzieli nas tak niewiele, że zaczynam tego pragnąć. Zarazem wystarczająco blisko, bym czuła rytm jego oddechu.
Nasze dłonie dzieli mniej niż kilka centymetrów. Jego ręka przy mojej – większa, silniejsza, pewna siebie. Dwa palce tej dłoni eksplorowały moje ciało.
– Pamiętam – odpowiadam. Neutralny ton mam we krwi, to odruch, efekt uboczny dorastania jako księżniczka angloamerykańskiego imperium bankowego. Nawet gdyby nie było to dla mnie naturalne, byłabym głupia, nie zachowując teraz ostrożności. Nie dostrzegając, że szachownica jest już przygotowana, a Mark czeka, by wykonać pierwszy ruch. Myślę, że był gotowy od momentu, gdy się poznaliśmy cztery lata temu.
Cztery lata.
Czy naprawdę minęło aż tyle czasu? Cztery lata z jego pierścionkiem na palcu, trzy, odkąd sprawił, że krwawiłam, dyszałam i błagałam o więcej.
Trzy lata od poranka, kiedy ktoś inny wykrwawił się na rozgrzanym słońcem rzymskim bruku… Utrata niewinności, która bolała znacznie bardziej niż utrata dziewictwa.
Wydaje się, że minęło całe życie. I jakby nie minęła ani chwila.
Tak czy inaczej, muszę uważać na to, co mu pokazuję, skoro jesteśmy razem. Muszę sprawić, by uwierzył, że jestem niechętnie, ale bez reszty zauroczona. Muszę pokazać mu tę uległą żonę, o której marzy.
W końcu skradzionych zwycięstw nie zdobywa się uczciwą grą.
Z tą myślą odwracam się do niego, muszę oprzeć się plecami o balustradę, żeby móc spojrzeć mu w twarz. Nie cofa się, nie robi mi miejsca, a jego dłoń wciąż spoczywa tam gdzie wcześniej. Pierwsza myśl, jaka przychodzi mi do głowy, to że on też nie gra uczciwie, skoro wygląda tak, jak wygląda. Jasne włosy ma zaczesane do tyłu, aby odsłonić opaloną twarz, wysokie czoło i ostre linie kości policzkowych. Jego szczęka, nawet teraz, gdy jest rozluźniona, pozostaje silna i wyrazista, z ledwie widocznym cieniem zarostu. Jego oczy przypominają niebo tuż po zmierzchu i tuż przed świtem. Ciemne, ale niezaprzeczalnie niebieskie.
Czysty żywioł.
Wygląda na swoje trzydzieści sześć lat, mężczyzna w pełni sił. I przez krótką chwilę naprawdę czuję te czternaście lat różnicy między nami. To jak dreszcz, jak impuls, jak wyzwanie.
Co jest oczywiście absurdem. Ten mężczyzna miał o wiele więcej czasu ode mnie, by stać się kimś niebezpiecznym, i to powinno mnie tylko niepokoić. Nie… ekscytować.
– Pamiętam – powtarzam i tym razem pozwalam, by wspomnienie przeniknęło do mojego głosu.
Przez półtora roku, kiedy studiowałam, szkolił mnie. Nie w uległości, ale w jej udawaniu. Nasze małżeństwo od początku było aranżowane, było transakcją między nim a moją rodziną, ale kluczowy pozostawał fakt, aby wyglądało na prawdziwe. A ta iluzja opierała się na tym, jak dobrze odegram rolę uległej żony Marka.
Udawanie bywa mimo wszystko niejednoznaczne, kiedy w grę wchodzi perwersja.
Są rzeczy, które trzeba zrobić. Rzeczy, które trzeba oddać.
A ja jestem gotowa oddać wiele, by zdobyć to, po co tu jestem.
Mark mnie obserwuje. W sposób, przez który czuję się, jakby mnie przyszpilił niczym owada do tablicy. Ale pozwalam mu na to. Pozwalam się przyszpilić. Pozwalam mu patrzeć. Nie uwierzy, że tak łatwo mnie zdobył, więc pozwalam mu zobaczyć, jak mój sceptycyzm walczy z pożądaniem. Pozwalam mu widzieć we mnie młodą kobietę, która uparcie odgrywa rolę i powoli daje się tej roli uwieść.
A jeśli udawanie przychodzi mi zbyt łatwo, jeśli zbyt łatwo przywołuję wspomnienie jego rąk na moim ciele, tego, jak czułam się na jego jachcie w ubraniach, które sam dla mnie wybrał, nie myślę o tym. Jeśli autentyczne pragnienie jego i tego, co mi zrobi, ma sprawić, że lepiej rozegram tę grę, to dobrze. Bo potrafię grać. I nie muszę się w tym zatracić.
Mark w końcu kiwa głową, jakby zobaczył to, czego się spodziewał.
– Jak twoje ramię? – pytam.
Nie mógł przylecieć po mnie do Irlandii zgodnie z planem, ponieważ tuż przed planowaną podróżą został dźgnięty nożem we własnym klubie, a rana goiła się z trudem. Nie porusza się jednak jak ktoś ranny. Przez ostatnie trzy tygodnie jego stan musiał się poprawić.
Unosi dłoń do ramienia, jakby niemal o nim zapomniał.
– Znacznie lepiej. Kolejna blizna do kolekcji, choć ta akurat zapada w pamięć. – Po chwili dodaje: – Skoro już tu jesteś, musimy wznowić to, co było między nami. Ale minęło sporo czasu, odkąd weszliśmy w porozumienie. Powinniśmy omówić nowe zasady. Twoje nowe granice.
Nie chciałam przerywać, a on mówi o wznowieniu, jakbym to ja się wycofała. To on zakończył wszystko lata temu, to on wsunął we mnie palce i doprowadził mnie do orgazmu, który rozsadził mi ciało, po czym zniknął jeszcze przed świtem po tym, jak wziął to, po co przyszedł: moje dziewictwo. W ramach gwarancji, której zażądał mój ojciec, aby mieć pewność, że nie wycofam się z zaręczyn.
Ale w tamtych godzinach między chwilą, gdy Mark wsunął mi rękę pod spódnicę, a świtem, wierzyłam, a może miałam tylko nadzieję…
Teraz to już nie ma znaczenia. Wykorzystał mnie. A teraz ja wykorzystam jego.
– Wiem, że musimy wznowić to, co było – odpowiadam. – Ale moje zasady pozostają bez zmian. Moje granice też. A twoje?
Jedno długie mrugnięcie, ciemnozłote rzęsy muskają jego policzki, po czym się unoszą, a ja uświadamiam sobie, że go zaskoczyłam.
– Twoje granice się nie zmieniły – mówi. Jego głos, podobnie jak twarz, nie zdradza żadnych emocji. Dostrzegam tylko chłodną szorstkość, która nawiedza moje sny. A jednak wyczuwam niedowierzanie. – Więc nadal nie masz nic przeciwko, dajmy na to, byciu przeze mnie związaną?
Unoszę podbródek.
– Nie mam. Jeśli sytuacja tego wymaga.
– A co z karaniem?
Ciepło spływa mi po kręgosłupie i gromadzi się w dolnej części bioder. Przypominam sobie, że mam być niechętnie zauroczona.
– Dla dobra naszej fasady małżeńskiej? Tak.
– Pieprzenie?
Łechtaczka zaczyna pulsować między moimi udami. Jeszcze kilka dni temu inny mężczyzna przyciskał do niej usta.
– Tak – szepczę i w tej chwili już niczego nie udaję.
Mark stoi teraz bliżej, spogląda na mnie spod zmrużonych powiek. Nadal się nie dotykamy. Nie możemy, ponieważ nasze małżeństwo ma być tylko grą pozorów. Tak, może mnie związać, zostawić ślady na moim ciele, wypełnić mi usta i wszystkie otwory, czymkolwiek zechce, w tym sobą, ale tylko wtedy, gdy jesteśmy wśród innych. Nie ma żadnej klauzuli dotyczącej tego, co dzieje się między nami na osobności, żadnego zastrzeżenia, na wypadek gdy przebywamy tylko we dwoje. Jeśli chcę, żeby mi zaufał, będę musiała przebić się przez ten mur. Tak jak zrobiliśmy to trzy lata temu na biurku mojego ojca.
Ta myśl wywołuje dreszcz na skórze i zamęt w brzuchu. Połowa to pożądanie, połowa to rozdygotane nerwy. Nie ma miejsca na błędy.
I mimo tego, co wydarzyło się na jachcie w trakcie rejsu na Manhattan, nie mam też prawa niczego czuć do Tristana Thomasa, ochroniarza Marka.
– A twoje hasło bezpieczeństwa to nadal „hyzop”? – pyta.
– Tak.
– Używaj go zawsze. Nawet gdy nie gramy przed nikim. Nawet gdy jesteśmy sami. Rozumiesz?
„Tak, proszę pana”, ciśnie mi się na język, bez potrzeby przypominania sobie, że Mark chce to usłyszeć. Bez potrzeby pamiętania, że to tylko kwestia z mojego scenariusza.
O Boże, to takie niebezpieczne.
Zamiast tego zmuszam się do skinienia głową. Przez moment stoimy w bezruchu, tak blisko, że aż iskrzy między naszymi spojrzeniami.
Mark robi głęboki wdech, puszcza poręcz i cofa się o krok. Odwraca się i podchodzi do obitego skórą stołu stojącego na środku loftu.
Stół stworzony do krępowania, karania. Do seksu. Na środku jest otwór, przez który, jak kiedyś mi powiedział, można przełożyć kutasa. Zastanawiam się, czy Tristan kiedykolwiek na nim leżał, czy jego nabrzmiały, spragniony penis kiedykolwiek przez tę dziurę wystawał.
Ale nie muszę się już zastanawiać, czy by mu się to podobało. Wiem, że tak, bo mnie by się podobało. Bo oboje jesteśmy chorzy na tę samą chorobę.
– Czyli żadnych nowych zasad z twojej strony? – mówię do pleców w garniturze, odcinając się od wszystkich uczuć związanych z Tristanem, które wciąż zakorzeniają się i kwitną w mojej piersi. Mark nie może się dowiedzieć o nas ani o tym, co się wydarzyło, odkąd wypłynęliśmy z Irlandii.
Przede wszystkim Mark nie może wiedzieć.
Może później, może po ślubie. Może nadejdzie czas, kiedy będę mogła wyjaśnić, że połowę podróży do Nowego Jorku spędziłam na rozkładaniu nóg przed jego ochroniarzem. Że z jakiegoś powodu, którego nawet teraz nie potrafię pojąć, zostawiłam otwarte drzwi między naszymi kajutami. Że przez ostatnie trzy noce pragnęłam wydrapać sobie oczy za płynące z nich łzy, a wszystko dlatego, że błagałam Tristana, by nie rezygnował z pracy i został w Lyonesse dla mnie. Cena, jakiej zażądał, była wysoka. Ale być może ta decyzja była mądra. Wiedział, że zerwanie więzi i zakończenie naszej relacji przed dotarciem do Manhattanu było najbezpieczniejszym wyborem, przynajmniej jeśli chcieliśmy zataić przed moim przyszłym mężem to, co wydarzyło się na jachcie.
Mimo to nadal obawiam się, że nie uda nam się ukryć prawdy. Mark nie jest głupi, a kiedyś jego praca polegała na wydobywaniu zeznań od ludzi znacznie bardziej podstępnych niż Tristan Thomas.
A ja... przez te lata sama stałam się całkiem podstępna. Niestety.
Mark odwraca się, ale tylko częściowo. Jego palce przesuwają się po skórzanym blacie stołu i przypominam sobie, jak to było, gdy leżałam na nim przywiązana, a jego palce przesuwały się po moim nagim brzuchu i krążyły wokół pępka.
– Nie – mówi w końcu. – Żadnych nowych zasad. Obowiązują te same.
Wiem, o co mu chodzi.
– Pamiętam – odpowiadam. – Po ślubie nie może być między nami żadnych pozorów dystansu. Pełna wierność.
– Tak, moja oblubienico – odpowiada, po czym odwraca się do mnie twarzą. Światło wpadające przez sięgające dwóch kondygnacji okna wydobywa na jego włosach i rzęsach złociste refleksy. Mark wygląda jak złota figura na tle metalu, skóry i całej tej rozpusty za jego plecami. – Po ślubie będę ci tak samo wierny jak ty mnie.
Tristan
Wpatruję się w otwartą walizkę, a całe ciało aż mnie swędzi z potrzeby, by wyjść z tego pokoju i odnaleźć dwoje ludzi, którzy są tuż za drzwiami.
Przyjąłem pracę jako ochroniarz Marka tej wiosny, szukając odskoczni albo czegoś pomiędzy odskocznią a całkowitym podporządkowaniem swojego czasu, ruchów i decyzji komuś innemu, bo szybko się okazało, że odejście z wojska wcale nie uleczyło bólu po tym, jak zabiłem swojego najlepszego przyjaciela.
Nie spodziewałem się, że zakocham się w moim pracodawcy. Nie spodziewałem się też, że zakocham się w jego przyszłej żonie.
A teraz kocham dwie osoby – dwie osoby, które zamierzają się pobrać.
Kilka minut temu dotarliśmy do penthouse’u Marka z widokiem na Central Park. Każde z nas pogrążone w milczeniu. Markowi przychodziło to swobodnie. Wydawał się zadowolony z obecności Isolde, a kiedy nasze spojrzenia się spotykały, widziałem w jego oczach przygaszony żar – ten sam, który zawsze zapiera mi dech w piersiach… Pozostałość po tych gorączkowych tygodniach, kiedy należałem do niego w pełni i bez reszty. Aż do chwili, w której zrozumiałem, że on nigdy nie należał do mnie.
Jednak w ciszy między mną a Isolde panowało napięcie. Atmosfera była lepka, gorąca jak świeża smoła. Pilnowaliśmy, by nasze spojrzenia się nie spotkały; starałem się o to, by mój wzrok nie odrywał się od świata przewijającego się za szybą należącego do Marka Mercedesa-Maybacha, choć z całej siły pragnąłem na nią patrzeć. Na jej delikatny nos, uparty podbródek i oczy w kolorze ciemnego turkusu. Na te urocze piegi i usta, pełne i kształtne, z nietypowo płytkim wgłębieniem na górnej wardze.
Na morzu całowałem te usta tak często, że znam ich dotyk i smak na pamięć. A mimo to… nie mogłem spojrzeć. Gdybym to zrobił, Mark zobaczyłby wszystko wymalowane na mojej twarzy.
I czwarty pasażer też by zobaczył. Czwarty pasażer, który wiedział o mnie i Isolde.
Może. Może wiedział.
Prawdopodobnie.
Sedge, cichy asystent, który dbał o to, by dni Marka przebiegały sprawnie i według planu, powiedział mi, że jacht – ten sam jacht, na którym Isolde i ja straciliśmy nad sobą panowanie – był wyposażony w kamery.
Kamery.
Kurwa. Dlaczego o tym nie pomyślałem? Lyonesse, klub BDSM Marka, wyposażono w kamery dla bezpieczeństwa gości i pracowników. Ale zakładałem, że jacht będzie jak jego apartament albo Morois House w Kornwalii. Będzie miejscem prywatnym, domowym, całkowicie wolnym od jakichkolwiek obaw…
To założenie było naiwne, a teraz ktoś wiedział o nas, o mnie i Isolde. A skoro wiedział Sedge, to przecież musiał wiedzieć i Mark, prawda? Lojalny Sedge z pewnością nie zachowałby dla siebie takiej tajemnicy, zwłaszcza że podejrzewałem, że i on kocha Marka na swój własny ostrożny sposób.
A jednak Mark nie zachowywał się jak ktoś, kto wie, że jego ochroniarz przez jedenaście dni rżnął jego narzeczoną. Po tym, jak odwieźliśmy Sedge’a do hotelu, w którym zatrzymała się reszta ekipy Lyonesse podczas pobytu na Manhattanie, pojechaliśmy do penthouse’u. Mark przydzielił Isolde i mnie pokoje na tym samym piętrze, tuż obok siebie. Sam zajął swoją sypialnię na górze.
Nie wiedziałem, czy to ukłon w stronę ślubnych konwenansów, czy może świadome potwierdzenie, że ich związek jest tylko fasadą, transakcją zawartą na użytek opinii publicznej. Isolde to jednak wyraźnie zaniepokoiło. Przygryzła wargę i w milczeniu patrzyła, jak niosę jej walizkę do nowego pokoju. To był jedyny moment od chwili, gdy zeszliśmy z jachtu, kiedy nasze spojrzenia się spotkały.
Mark nie mógł wiedzieć. Nawet jeśli wiedział Sedge. Nawet jeśli na nabrzeżu mówił, że mamy wiele do omówienia.
Czy mógł mieć na myśli coś innego?
Wciąż próbuję wydobyć z całej tej sytuacji choć odrobinę pewności, gdy słyszę pukanie we framugę drzwi.
Odwracam się i widzę Marka. Jego niebieski garnitur nadal wygląda świeżo i nienagannie, choć jest już popołudnie, a on spędził dzień na wietrze i w manhattańskich korkach.
– Tristanie – mówi, a na dźwięk swojego imienia w jego ustach przechodzą mnie ciarki. Jestem wdzięczny, że nie widać tego pod garniturem. – Chodź na chwilę. Chcę się upewnić, że wszyscy się rozumiemy.
Poczucie pewności znika, w zamian pojawia się panika – zimna i mrowiąca. Wargi mam jakby odrętwiałe, gdy kiwam głową i ruszam za nim do głównej części apartamentu, czując się bardziej jak na patrolu w Karpatii niż w eleganckim, urządzonym minimalistycznie wnętrzu z widokiem na Central Park.
Isolde stoi przy oknie, jej włosy w kolorze kości lśnią i miękkimi falami otulają twarz, gdy spogląda w dół na park. Dziś ubrana jest na biało – body i spodnie – już teraz wygląda jak panna młoda. W bieli niemal promienieje.
Mark siada na niskiej skórzanej sofie i zarzuca ramię na oparcie. Na stoliku przed nim stoi szklanka ginu z lodem.
Bohatersko ignoruję zgrabne krągłości piersi Isolde pod obcisłym body i to, jak spodnie garnituru Marka opinają twarde mięśnie jego ud. Patrzę tylko na jego twarz, stojąc obok sofy, z dłońmi splecionymi za plecami.
Czy Mark wygląda, jakby wiedział? Czy to gniew tli się w jego oczach, gdy przenosi wzrok między mną a Isolde?
Wezmę to na siebie. To, co wydarzyło się na jachcie, i tak było moją winą. Gdybym tylko trzymał się od niej z daleka, gdybym mógł się opanować, powstrzymać przed całowaniem jej ust słonych od łez i smakowaniem wilgotnego miejsca między udami…
Gdybym tylko był silniejszy… Ale, na Boga, jak mogłem być?! Isolde Laurence pod ciemnym niebem, skąpana w morskiej bryzie, złamana i upokorzona przez tego samego mężczyznę, który złamał i upokorzył mnie.
Isolde Laurence, która wiedziała, jak cudownie potrafi smakować to złamanie, gdy pochodzi od kogoś takiego jak Mark Trevena.
Jeśli Isolde martwi się, że Mark wie i że to początek końca, nie daje tego po sobie poznać. Trzyma się prosto, skrzyżowała ręce na piersi, a dłonie z gracją oparła na łokciach. Z profilu wygląda wdzięcznie i chłodno. Łatwo zapomnieć, że posługuje się nożem z taką swobodą, jakby to było oddychanie. I budzi się w środku nocy z dławiącym krzykiem w gardle.
– A więc – mówi Mark, przenosząc wzrok najpierw na mnie, potem znów na nią. Żałuję, że nie potrafię czytać z jego twarzy i wyrazu oczu. Że nie wiem, na co powinienem się przygotować. – Przyjęcie zaręczynowe odbędzie się w ten weekend i musi się udać.
To tak dalekie od tego, czego się spodziewałem, że omal uginają sią pode mną nogi. Nie ma mowy, nie ma najmniejszej szansy, żebym miał aż tyle szczęścia.
– Oczywiście – kontynuuje Mark – to przyjęcie ma uczcić nasze przyszłe małżeństwo i dopóki ty, Isolde, będziesz zadowolona, dopóty uznam je za sukces. Cała reszta ma niewielkie…
– Tristan wie – przerywa Isolde, w końcu odwracając się w naszą stronę. Rubinowy pierścionek zaręczynowy błyska na jej palcu, rzucając czerwone refleksy na ścianę. – Powiedziałam mu prawdę.
Palce Marka unoszą się z oparcia sofy, po czym znów opadają. Odwraca lekko głowę i mówi:
– Naprawdę?
Isolde patrzy mu prosto w oczy.
– Właściwie to dziwię się, że sam mu nie powiedziałeś. Będzie z nami przez cały czas. Myślałeś, że nie zauważy, że nie jesteśmy w sobie zakochani? Że to całe przedstawienie zostało zaaranżowane, by przynieść korzyść tobie i mojej rodzinie?
– Musimy być ostrożni, moja panno młoda – stwierdza. – Im więcej osób wie, tym większe niebezpieczeństwo grozi tej farsie.
Isolde ani drgnie, nie mruga. Nie reaguje w ogóle.
W końcu Mark się rozluźnia.
– Zgadzam się z tobą, że Tristan w końcu by się domyślił. A ty potrafisz dochować tajemnicy, prawda, Tristanie?
Nie patrzy na mnie, kiedy to mówi, na szczęście, ponieważ skrywam więcej tajemnic, niżbym chciał, i martwię się, że każda z nich jest wypisana na mojej twarzy.
– Tak, proszę pana – udaje mi się wykrztusić.
– Dobrze, zatem sprawa załatwiona. – Pochyla się, sięga po szklankę i podnosi ją do ust, przyglądając się Isolde, jakby nie skończył jeszcze jej badać.
A ona nie odwraca wzroku.
Spoglądam na rozpalone miasto za szybą. Boli mnie, gdy patrzę na tych dwoje. Tęsknię za nimi. Pragnę obojga.
– Zatem, Tristanie – odzywa się Mark, zerkając na szklankę trzymaną w dłoni – powinieneś wiedzieć, że to przyjęcie będzie początkiem naszej relacji z Isolde jako oficjalnej pary. Kilka lat temu mieliśmy coś w rodzaju debiutu w Lyonesse, ale teraz debiutujemy w pewnych kręgach towarzyskich. Na pewno wiesz od Gorana, jak szczelnej ochrony potrzebuję. Będziemy mieli kilku bardzo wpływowych gości. Bez wątpienia Isolde i ja będziemy musieli poruszać się osobno po sali, więc chcę, żebyś miał ją na oku, kiedy nie będzie mnie w pobliżu.
Choć zbyt długo zatrzymuję na niej wzrok, udaje mi się brzmieć profesjonalnie, kiedy odpowiadam:
– Oczywiście, proszę pana.
– Wspaniale – oznajmia, po czym uśmiecha się w stronę ginu. – Miło was widzieć razem. Mój ochroniarz i moja narzeczona. Moje dwa śliczne skarby.
Nie dotyka nas, nie rusza nawet palcem, mimo to mam wrażenie, że zaraz na mojej skórze pojawią się siniaki. Pęknięte naczynia krwionośne na klatce piersiowej, mikropęknięcia wzdłuż żeber. Nie wie, jak blisko z Isolde byliśmy, a sama świadomość tego wstydu zaraz mnie zabije.
Ale może wie, jak bardzo ona i ja nadal pragniemy być jego ślicznymi skarbami, bez względu na to, jak nas skrzywdził, okłamał i wykorzystał.
A ten wstyd z pewnością mnie zabije.
Isolde odchodzi od okna.
– Będę w swoim pokoju – mówi. – Na marginesie, jutro wracam do pracy.
Mark upija łyk ginu, a potem wciąż się uśmiechając, odpowiada:
– Ja też.
***
Tego wieczoru, po tym, jak opuszczam penthouse, aby spotkać się z Goranem w jego pokoju hotelowym, gdzie mamy omówić przebieg przyjęcia zaręczynowego i kwestie bezpieczeństwa, zbaczam do Central Parku, żeby zadzwonić.
Palce mi drżą, gdy wybieram nieznany numer, który przesłała mi mailem pani Lim, gdy byłem na jachcie z Isolde. Ktoś pojawił się w klubie i mnie szukał. Ktoś, kto miał pełne prawo mnie odnaleźć i zażądać mojego czasu.
Biorę głęboki oddech i naciskam przycisk „Zadzwoń”. Zrobię wszystko dla siostry człowieka, którego zabiłem. Telefon dzwoni, dzwoni i dzwoni, a ja jestem pieprzonym tchórzem, bo im dłużej po drugiej stronie nikt nie odbiera, tym większą czuję ulgę. Mam wobec rodziny Aarona Simsa dług, którego nie jestem w stanie spłacić. Wydaje się on dziesięć razy większy, ponieważ znam ich, a oni mnie, ponieważ Aaron mnie kochał, a ja jego, a mimo to go zabiłem. Fakt, że było to konieczne i nieuniknione, nie ma żadnego znaczenia.
Telefon stanowi minimum, jakie mogę zrobić, mimo to prawie dyszę z ulgi, kiedy już mam się rozłączyć. Moja kara zostaje na razie odroczona…
– Halo? – słyszę kobiecy głos. – Halo?
Cholera. Przykładam telefon do ucha, czuję suchość w ustach.
– Halo – powtarzam. – Tu… Tristan. Tristan Thomas.
Po drugiej stronie zapada cisza. Myślę, że moja rozmówczyni właśnie szykuje się, by powiedzieć mi wszystko, co ma do powiedzenia. Rozkłada odręczne notatki ze wszystkimi powodami, dla których mnie nienawidzi, zbiera oddech, by wygarnąć mi całą litanię przekleństw.
Wreszcie mówi:
– Och, Tristan, dzięki Bogu.
Zatrzymuję się na środku ścieżki, wpatrzony w nicość, bo jej słowa nie mają żadnego sensu.
– Chloe, ja…
– Tu Cara – mówi szybko kobieta. – Musimy się spotkać.
Cara? Jeszcze zanim zginął, Cara nie odgrywała dużej roli w życiu Simsa. Najpierw był jeden zły chłopak, potem długa seria toksycznych relacji. Przenosiła się z miasta do miasta, uciekając przed nieudaną pracą lub podłym byłym. To, że Cara wyłoniła się z tego chaosu, aby mnie znaleźć, jest równie dziwne, co niepokojące.
– Oczywiście – odpowiadam. Idę dalej, zbliżając się do skraju parku i patrząc na wieżowiec Marka po drugiej stronie ulicy, na ludzi krzątających się na chodniku przed nim, piszących wiadomości, kłócących się lub zatrzymujących, żeby zawiązać buta. Zabawne, jak świat toczy się dalej, nawet kiedy ty sam stoisz w miejscu. – Gdzie jesteś? Jeśli potrzebujesz dachu nad głową, możesz zatrzymać się u mnie…
– Na razie nie trzeba – zapewnia. – Ale muszę lecieć. Zadzwonię pod numer, z którego dzwoniłeś, jak tylko będę mogła. Dobrze?
– Dobrze, ale…
Zapada cisza, a potem słyszę sygnał w słuchawce. Cara się rozłączyła.
Spoglądam na ekran, a potem znów na wieżowiec po drugiej stronie ulicy, a w głowie kłębią mi się wspomnienia i słowa, które powinienem był powiedzieć siostrze Aarona Simsa. Ale wtedy mój wzrok się wyostrza i dostrzegam, jak ktoś klęczy przed budynkiem i sznuruje buta.
Tę samą osobę widziałem chwilę wcześniej, nieznajomy robił dokładnie to samo.
Odrywa wzrok od sznurówek i przez krótką chwilę obserwuje drzwi wejściowe. W wieczornym świetle błyszczy szkło – telefon – potem ten ktoś wstaje i chowa aparat do kieszeni. Myślę, że właśnie zrobił zdjęcie wejścia.
Zanim docieram na drugą stronę ulicy, jest już zbyt daleko, żeby go dogonić.
Zbliżając się do penthouse’u, dzwonię do Gorana.
– Nigdy nie byłem z Markiem na Manhattanie. Czy penthouse wyposażono w zewnętrzny monitoring? – pytam na powitanie. Czuję się trochę zawstydzony, ponieważ jest to coś, co powinienem wiedzieć. Coś, co normalnie miałbym już w głowie, gdybym nie spędził ostatnich trzech tygodni, fantazjując o narzeczonej szefa.
– Jasne, młody – odpowiada Goran ze spokojem. – Choć nigdy się nam jeszcze nie przydał. Upewnię się, że masz dostęp do systemu bezpieczeństwa na swoim laptopie. Czy jest coś, czym powinienem się martwić?
Opowiadam mu, co widziałem, wchodząc do penthouse’u, i idę prosto do swojego pokoju, aby znaleźć służbowy komputer. I tak – są tam. Kilka podglądów z kamer, podpiętych pod adres budynku, dostępnych na portalu ochrony. Wszystkie oznaczone znakiem wodnym prywatnej firmy ochroniarskiej, więc tylko Bóg wie, jaką łapówkę Mark musiał zapłacić – lub coś gorszego – aby uzyskać do nich dostęp.
Cofam nagranie, aż znajduję to, czego szukam: fragment twarzy faceta, który robił zdjęcie. Krótkie włosy w kolorze brudnej wody po myciu naczyń, tatuaż po jednej stronie szyi. Płaskie rysy twarzy, jakby uformowane ze źle rozwałkowanego ciasta. Zrzut ekranu nie jest tak dobrej jakości, jak bym chciał, ale wystarczy. Wysyłam go Goranowi.
– W budynku jest około stu dwudziestu apartamentów – zauważa Goran, kiedy to robię. – Bardzo możliwe, że śledzi kogoś innego.
– Mimo wszystko. Możesz rozesłać to zdjęcie do reszty zespołu?
– Nie ma sprawy. My też to sprawdzimy, zobaczymy, czy uda nam się znaleźć jakieś dopasowania w bazach organów ścigania, choć na międzynarodowe wyniki zwykle trzeba trochę poczekać. Być może będziemy musieli poprosić o pomoc Lox, hakerkę Marka. Tak czy inaczej, możesz spać spokojnie, dopóki jesteście w penthousie Marka. Należy do niego lokal poniżej, który stoi pusty, a piętro nad nim to kondygnacja techniczna. Nikt nie wejdzie ani z góry, ani z dołu, ani przez frontowe drzwi.
Wierzę Goranowi, ale nadal mi się to nie podoba. Od czasu ataku w Lyonesse doskonale zdaję sobie sprawę, jak szybko wszystko może się rozpaść, a teraz muszę chronić nie tylko Marka. Jest jeszcze Isolde.
Rozłączam się i biorę prysznic, a potem staram się o tym nie myśleć. Lata służby nauczyły mnie, żeby nie ignorować instynktu, a lata nieprzespanych nocy między starciami i walkami, żeby nie skupiać się obsesyjnie na czymś, dopóki nie ma pewności, że to naprawdę stanowi zagrożenie.
A jednak wciąż coś mi tu nie pasuje. Do tego ta dziwna, krótka rozmowa z Carą. Tej nocy przewracam się z boku na bok i długo nie mogę zasnąć.
Isolde
Budzę się, walcząc o oddech.
To ci dwaj księża z Sewilli, ich oczy wpatrzone w księżyc, kiedy wody rzeki Gwadalkiwir unosiły ich ciała z dala od brzegu. To zaskoczony okrzyk miliardera w Gdańsku, gdy wbijałam mu nóż z wiciokrzewem między żebra. To arcybiskup w Rzymie, z kawą rozlaną na sutannie, którego ostatnie słowa wybrzmiały ciężko we włoskim słońcu. „Nie możesz…”
Ale mogłam. I zrobiłam to.
A teraz nie mogę oddychać.
W moim pokoju porusza się cień, a ja czuję dłoń przyciśniętą do mojego nagiego brzucha, ciepłą, silną i wystarczająco dużą, by rozciągnąć się na całym brzuchu między podwiniętym podkoszulkiem a bielizną.
– Oddychaj – słyszę głos Tristana. – Kochanie, musisz oddychać.
„Kochanie”. To słowo jest jak miód – jasne, złociste i słodsze niż wszystko inne. Nikt mnie tak nie nazywał od śmierci matki.
– Podnieś moją rękę – nalega cicho Tristan. – Dasz radę.
Walczę o oddech, przełykam powietrze z trudem, a moja klatka piersiowa jest jak wydrążona i zalana betonem. Ale czuję dłoń Tristana na brzuchu i chłód pierścienia, który dał mu Mark. Nacisk jest tak mocny i pewny, że nagle udaje mi się złapać oddech. Powietrze wypełnia mi płuca i krztuszę się lekko, ale Tristan mruczy z aprobatą, a jego oczy błyszczą w ciemności.
Wciągam powietrze raz jeszcze, prawie normalnie, a koszmar odpływa jak cofająca się fala. Ustępuje i czeka, aż nieuchronna grawitacja nocy sprowadzi go z powrotem.
– Dobrze – mówi głosem tak pięknym jak melodia. To głos śpiewaka, a nie żołnierza. – Dobrze.
– Dziękuję – szepczę. Pojawił się również w mojej kabinie ostatniej nocy, mimo że już wszystko między nami skończyliśmy, i pomógł mi tak samo jak teraz. – Nie musisz tego robić. Przez trzy lata udawało mi się żyć z koszmarami. Będę musiała to robić do końca życia. Poradzę sobie.
– Mimo to nie chcę, żebyś była sama – odpowiada, a w jego głosie słychać ocean bólu.
W ciemności nie widzę jego twarzy ani nie mogę śledzić wzroku, więc nie wiem, czy patrzy na mnie, czy na sufit, gdzie tuż nad nami śpi mój przyszły mąż.
Nadal nie zabrał ręki z mojego brzucha, choć już oddycham normalnie. Mam wrażenie, że czuję każde zagłębienie jego dłoni, każdą linię papilarną na palcach. Jego dłoń jest ciepła i lekko szorstka. Może to ślady po wojnie. Moje ciało śpiewa, a zakończenia nerwowe pulsują, przypominając sobie każde miejsce, którego dotykała ta ręka. Twarda na mojej piersi, rozpostarta na moich pośladkach. W moim wnętrzu. W moim wnętrzu…
Chmury przesuwają się na tyle, że widzę, jak Tristan patrzy w dół, na miejsce, którego dotyka. Jego palce drgają, a mój brzuch wibruje. Pod pępkiem zbiera się ciemna chmura, mieszanka pożądania i wstydu, rodzaj winy, który tylko potęguje pragnienie.
Dziwnie się czuję z tym poczuciem winy. Przy Marku nauczyłam się, że muszę być jak Estera, Rut, Tamar. Że seks to broń w służbie woli Bożej, a więc środek uświęcony.
Ale seks z Tristanem nie był częścią planu, wręcz mu zagrażał. I był błędem na każdym możliwym poziomie.
– W ciemności nie istniejemy – mówię szeptem. To pozwolenie.
Tristan nie odpowiada, ale czuję, jak jego ciało przeszywa dreszcz.
Ile to już trwa? Dzień? Dwa? A ja już umieram z głodu, wychudzona z pożądania. Pragnę Tristana, jakby był tym, co karmi moje ciało i krew.
To nie może być kwestia tego, że jako pierwszy poznał moje ciało w całości, że jest przystojny i silny, że jest takim mężczyzną, którego każdy chciałby mieć w swoim łóżku. I to nie może być miłość, to byłoby absurdalne. Znam go dopiero od trzech tygodni.
Ale jest w tym coś. Może chodzi o poczucie bliskości, gdy zobaczyłam, jaką udrękę w sobie nosi – zmaga się z poczuciem winy i wewnętrznym rozbiciem, rozmyślając o tych wszystkich, którym odebrał życie. A może to tęsknota za dobrocią w jego sercu, tym jasnym, słodkim, nieskażonym rdzeniem. Dobrocią, którą po prostu w sobie ma, której nie musi szukać, nie musi za nią pokutować ani oczyszczać się w ogniu.
A może to dlatego, że od samego początku wiedziałam, że Tristan należy do Marka. Jest jego przyrodnim bratankiem i ochroniarzem. Kiedy dowiedziałam się, że został również jego kochankiem, potwierdziło to podejrzenie, które do tej pory ledwo kiełkowało w głębi serca: Tristan był taki jak ja.
A jeśli ktoś tak dobry jak Tristan Thomas mógł zakochać się w Marku, to może ja wcale nie jestem aż tak zepsuta.
Kiedy biorę dłoń Tristana, aby przesunąć ją niżej, słyszymy przez ścianę szum wody. Znak, że Mark się obudził.
Jest na górze, nie śpi, coś robi, a jego ochroniarz jest tutaj, siedzi na moim łóżku.
Słyszę nierówny oddech Tristana. W ciemności bardziej wyczuwam, niż widzę, jak opuszcza głowę.
Moja skóra płonie z męki, ale co mogę powiedzieć… Co mogę zrobić? Mam błagać go, żeby nie przestawał mnie dotykać, kiedy Mark nie śpi i krząta się po piętrze?
– Przepraszam – mamrocze Tristan, a w jego głosie słychać tyle bólu, że wiem, iż nie jestem sama. Gdy tylko wyjdzie, zacznie się masturbować tak samo jak ja i oboje będziemy mieć nadzieję, że od tego nasze pożądanie stanie się mniej grzeszne, mniej niebezpieczne. Jakbyśmy grzeszyli tylko w połowie, a nie w całości.
– Nie przepraszaj – mówię w końcu. – Nie powinniśmy.
– Musimy zachować ostrożność – odpowiada i patrzy na mnie.
W ciemności widzę tylko błysk jego oczu.
– Wiem, że musimy. Mam więcej do stracenia niż ty – mówię bez cienia goryczy, bo całą gorycz oddałam Bogu wiele lat temu, ale te słowa wybrzmiewają tak szczerze, tak surowo, i widzę, że sprawiają mu ból.
– Wiem, że tak – zapewnia mnie cicho. – Zostałem dla ciebie, pamiętasz? To dla ciebie tu jestem i zrobię wszystko, by ci pomóc.
Ból między udami mógłby niszczyć gwiazdy, ale reszta mnie stygnie i pogrąża się w mroku. Twardnieje jak szkło.
Siadam.
– Dziękuję, że zostałeś – mówię szeptem.
Kiedy na jachcie powiedział mi, że chce odejść, że nie czuje się na siłach, by pracować dla Marka po tym, jak zawiódł jego zaufanie, prawie się załamałam. Kiedy myślałam, że będę musiała przejść przez to wszystko sama, byłam w stanie znieść myśl o przyszłości ze stoickim spokojem męczennicy. Ale dni spędzone z Tristanem na morzu pożarły moją siłę, porwały ją jak odpływ. Po promiennym blasku jego towarzystwa, po przebywaniu z kimś, kto również zabijał, kto również stracił matkę, kto również zatracił się przez Marka, życie bez niego stało się nagle nie do zniesienia. Bez niego.
Jak wytrzymam Marka bez Tristana?
Tristan kładzie dłoń na mojej ręce.
– Zrobię dla ciebie wszystko – wyznaje.
Wiem, że naprawdę mówi szczerze. Słyszę to w jego głosie. A ja na to nie zasługuję.
Chce mi się płakać.
– Muszę ci coś powiedzieć – odzywa się po chwili. – Myślę, że Sedge wie. – Jego głos jest cichy, ledwo słyszalny. – Wie o tym, co robiliśmy na jachcie.
Natychmiast przetwarzam jego słowa, w głowie wiruje mi od natłoku myśli.
Sedge, asystent. Sedge, któremu Mark bez wątpienia ufa.
Sedge, który patrzył na mnie dziś rano na nabrzeżu bladymi, nieufnymi oczami, a wąskie, ale ładne usta zacisnął w lekkim grymasie.
– Och… – To wszystko, co udaje mi się powiedzieć.
– W wewnętrznych pomieszczeniach jachtu zamontowano kamery. – Tristan wypuszcza długi oddech. – Tak mi przykro, Isolde. Nie pomyślałem, żeby to sprawdzić. System bezpieczeństwa, który pokazał mi kapitan, obejmował tylko zewnętrzną część łodzi.
– Nie przepraszaj. Ja też tego nie sprawdziłam.
Głupio. Niemądrze. Dlaczego tego nie sprawdziłam? Dlaczego o tym nie pomyślałam? Wuj wpoił mi zasady ostrożności podczas pracy, a jednym z kluczowych zaleceń było unikanie kamer. Ale kabiny prywatnego jachtu? Nawet mi to nie przyszło do głowy. Pierwotnie mieliśmy być tylko Mark i ja, po co miałby pilnować sam siebie?
Ale to oczywisty błąd – taki, którego nie powinnam była popełnić. Mark powiedział mi kiedyś, że gra w tę grę o wiele dłużej niż ja, z ludźmi znacznie bardziej niebezpiecznymi niż ja – i oto idealny przykład na to, jak moja niedoświadczona ręka zrzuca własne figury z planszy.
– Myślisz, że Sedge powiedział Markowi? – pytam.
– Po Marku trudno coś poznać, więc nic nie wiadomo na pewno, ale nie sądzę – odpowiada Tristan, ściskając moją dłoń. – Gdybym miał zgadywać, powiedziałbym, że Sedge podejrzewa, że w waszym narzeczeństwie dzieje się coś nietypowego, ale nie chce się ośmieszyć przed Markiem, jeśli okaże się, że ten wcale się tym nie przejmuje. Mimo to nadal powinniśmy być ostrożni. Sprawdźmy nasze pokoje, czy nie ma w nich kamer. Załóżmy, że Sedge nas obserwuje.
Ściskam jego dłoń w odpowiedzi. Nie chcę jej puścić. Ten prosty gest uspokaja, dodaje mi otuchy i sprawia, że moją pierś przeszywa potrzeba, by go chronić. Chcę chronić Tristana przed grami Marka. I przed moimi własnymi. Chcę, żeby dobroć w nim pozostała nienaruszona bez względu na to, jak bardzo pragnę jej skosztować u samego źródła.
Będę musiała być silna za nas oboje.
– Masz rację – mówię. – Powinieneś iść. Jutro przeszukamy nasze pokoje i będzie… lepiej.
Pochyla się i opiera czoło o wierzch mojej dłoni. Pozwalam sobie na jeden gest – dotykam jego gęstych, jedwabistych włosów, a potem cofam palce.
Wychodzi ciężkim, wyćwiczonym krokiem żołnierza, a ja zostaję sama z samotnością tak ciężką i znajomą, jakby moim w życiu nie było miejsca na nic innego.
Isolde
– Chyba poznaliśmy się w miejscu bardzo podobnym do tego.
Nie odwracam się, gdy Mark dołącza do mnie przy szklanej balustradzie na tarasie dachu. To wieczór naszego przyjęcia zaręczynowego, a my czekamy na pierwszych gości. Za naszymi plecami kelnerzy układają tace z kieliszkami szampana i przystawkami, a kwartet w rogu sali stroi instrumenty. Mark ma na sobie smoking – Zegna, jeśli się nie mylę – dwurzędowa marynarka ciasno opina jego talię, kanty spodni są ostre jak brzytwa. Buty lśnią niczym plama oleju.
– Przecież wiesz, że tak było – szepczę.
– Wyglądasz olśniewająco, swoją drogą.
Miał dziś późne spotkanie, więc przyjechaliśmy tu osobno i nie widzieliśmy się aż do tej chwili. Właściwie to prawie wcale się nie spotykaliśmy od dnia, w którym wróciłam na Manhattan. Wstaję wcześnie, jeszcze przed świtem, i modlę się, aż nadchodzi pora, żeby iść do dojo. Trenuję, a potem wychodzę do pracy w firmie zajmującej się antykami, która służy jako przykrywka dla mojej prawdziwej działalności na rzecz Kościoła. Mark ma swoje obowiązki, własne spotkania, a Tristan dzieli swój czas między nas, odprowadzając mnie do dojo, a potem do biura i z powrotem do domu.
W nocy Tristan i ja śpimy we własnych łóżkach, choć kiedy w końcu udaje mi się otrząsnąć z koszmarów i znów zacząć oddychać, słyszę, jak jego dłoń muska drzwi mojego pokoju, jakby z trudem powstrzymywał się przed wejściem do środka, by mi pomóc.
Mark ani razu nie dał mi do zrozumienia, że wie o tym, co wydarzyło się między mną a Tristanem na jachcie. Nawet Sedge mnie ignoruje, kiedy mnie widzi.
Jednak niezależnie od tego, jak bardzo próbuję to sobie racjonalizować, jak często przypominam sobie, że nie zrobiłam nic złego, świadomość, że Sedge wie o mnie i Tristanie, wydaje się niepokojąca. Złowieszcza. Jest jak zły omen.
A jedyne, co mogę zrobić, to czekać i mieć nadzieję, że Sedge zdecyduje się milczeć.
– Dziękuję – odpowiadam.
Mam na sobie suknię z chabrowego szyfonu z wysokim rozcięciem i gorsetem, który opada w śmiały, choć wąski dekolt aż do mostka. Kołnierz sukni sięga wysoko pod szyję, po czym rozszerza się za mną jak szal albo peleryna opadająca aż do ziemi. Całość wygląda zwiewnie, bardzo kobieco i idealnie pasuje do panny młodej z rodu Laurence’ów.
Ale skrawki odsłoniętej skóry i kołnierz wyraźnie wskazują, że jestem narzeczoną Marka.
Spoglądam na niego i żałuję, że to zrobiłam. Jego ciemnozłote włosy są zaczesane do tyłu, co nadaje mu jeszcze bardziej dystyngowany wygląd niż zwykle i przyciąga uwagę do pięknie wyrzeźbionej szczęki i wydatnych kości policzkowych. Jeśli Tristan wygląda jak obraz z epoki wiktoriańskiej, to Mark jest jak posąg boga mściwie spoglądającego na niefortunnego archeologa, który go odkrył.
Odwracam wzrok, zanim zdąży złapać moje spojrzenie. Ostatnie, czego teraz potrzebuję, kiedy próbuję zachować spokój, to jego błękitne oczy. Kiedy zbieram siły na to, co ma nadejść.
– Dzisiejszy wieczór będzie przechodzeniem przez ucho igielne – mówię.
Lista gości to mieszanka śmietanki towarzyskiej, polityków i biznesmenów – kilku z nich to także członkowie Lyonesse. Będziemy musieli zaprezentować się jednej grupie gości jako tradycyjna para, a drugiej jako perwersyjna.
Nie wspominając już o tym, że mój narzeczony został dźgnięty nożem we własnym klubie niespełna dwa miesiące temu. Muszę pamiętać, że świat Marka jest niebezpieczny… i to właśnie on sprawia, że taki jest.
Mój narzeczony odwraca się plecami do ściany i staje twarzą do tarasu. Jedną rękę trzyma w kieszeni, a łokieć opiera niedbale o balustradę.
– Tak. Ale jesteś w tym dobra, czyż nie? W udawaniu różnych rzeczy przed różnymi ludźmi?
Serce uderza mi mocniej z tą znajomą dawką kortyzolu, ale nie daję po sobie nic poznać. Oddycham równo, mrugam spokojnie. Ma na myśli nasze małżeństwo. Nie to, że od trzech lat ukrywam, iż jestem płatną morderczynią na usługach Kościoła katolickiego. Nie moje udawanie, że zaakceptowałam to małżeństwo z myślą o ojcu, a nie o Bogu.
Nie moje udawanie, że nie wiem, jak smakują usta jego ochroniarza.
– Wyszłam z wprawy, jeśli chodzi o moją wersję z Lyonesse – wyznaję, unikając bezpośredniej odpowiedzi.
– Pomogę ci, jeśli będzie trzeba – oferuje. – Pamiętasz nasze sygnały?
Kiwam głową. Przesunięcie kciuka po palcach – „Wszystko w porządku”. Kciuk na środku wnętrza dłoni – „Obserwuj mnie”. Połączenie kciuka i palca wskazującego – „Stop”.
– Jeszcze jedna rzecz – mówi, odsuwając się od balustrady i stając za mną.
Odwracam się w jego stronę, gdy delikatnie zsuwa pasmo szyfonu z mojego ramienia. Jego dłoń zostawia po sobie ciepło, iskrzenie, które czuję nawet w upale letniego wieczoru.
Nagle słyszę wszystko ze zdumiewającą wyrazistością, jakby świat się wyostrzył. Klaksony i ryk ulicy poniżej, brzęk tac kelnerów za nami. Wiatr zawsze obecny na tej wysokości, wciskający się między szkło i stal.
Puls znowu mi przyspiesza, gdy Mark dotyka ustami skóry na moim ramieniu. Mam tylko chwilę, by się tym rozkoszować – to pierwszy dotyk jego ust od tamtego dnia na biurku mojego ojca – zanim moje ciało przeszywa ból, nerwy płoną, a oddech zamiera w gardle.
Ugryzł mnie.
Czuję muśnięcie jego języka dokładnie w chwili, gdy ból przemienia się w coś innego, co sprawia, że czuję się jednocześnie czysta i brudna. Chcę więcej. Chcę zanurzyć się w miejscu, gdzie ból zamienia się w wolność, gdzie staje się ogniem oczyszczenia i obmywającą wodą – chrztem, jakiego świat jeszcze nie widział.
– Dla moich gości z Lyonesse. Jeśli wiedzą, czego szukać – mówi. Przesuwa kciukiem po ugryzieniu, a ja drżę. – Jesteś taka piękna z tym śladem.
Wygładza szyfon i z powrotem układa go na moim ramieniu. Tak jak moja noga w rozcięciu sukni, tak ślad po ugryzieniu będzie widoczny tylko wtedy, gdy się poruszę albo gdy wiatr zawieje pod odpowiednim kątem.
Dużo ćwiczyłam, pracując nad odnajdywaniem wewnętrznej równowagi. Gdy jestem zmęczona, gdy boli. Kiedy Bóg wydaje się tak odległy, że czuję się, jakbym znów straciła matkę. Ale teraz, z odciskiem zębów Marka na skórze, z trudem sobie radzę.
Dopiero gdy się odwracam i widzę Tristana na drugim końcu tarasu, jego wstrząśnięte spojrzenie skierowane na nas, przypominam sobie, kim byłam jeszcze kilka sekund temu.
– Ach – mówi Mark, spoglądając na windę. – Oto i pierwszy z naszych gości.
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej
Isolde
Dostępne w wersji pełnej
Isolde
Dostępne w wersji pełnej
Isolde
Dostępne w wersji pełnej
Tristan
Dostępne w wersji pełnej
Tristan
Dostępne w wersji pełnej
Isolde
Dostępne w wersji pełnej
Isolde
Dostępne w wersji pełnej
Isolde
Dostępne w wersji pełnej
Isolde
Dostępne w wersji pełnej
Isolde
Dostępne w wersji pełnej
Tristan
Dostępne w wersji pełnej
Isolde
Dostępne w wersji pełnej
Isolde
Dostępne w wersji pełnej
Tristan
Dostępne w wersji pełnej
Isolde
Dostępne w wersji pełnej
Isolde
Dostępne w wersji pełnej
Isolde
Dostępne w wersji pełnej
Isolde
Dostępne w wersji pełnej
Isolde
Dostępne w wersji pełnej
Isolde
Dostępne w wersji pełnej
Isolde
Dostępne w wersji pełnej
Tristan
Dostępne w wersji pełnej
Tristan
Dostępne w wersji pełnej
Tristan
Dostępne w wersji pełnej
Tristan
Dostępne w wersji pełnej
Isolde
Dostępne w wersji pełnej
Tristan
Dostępne w wersji pełnej
Tristan
Dostępne w wersji pełnej
Tristan
Dostępne w wersji pełnej
Tristan
Dostępne w wersji pełnej
Isolde
Dostępne w wersji pełnej
Isolde
Dostępne w wersji pełnej
Isolde
Dostępne w wersji pełnej
Isolde
Dostępne w wersji pełnej
Isolde
Dostępne w wersji pełnej
Tristan
Dostępne w wersji pełnej
Isolde
Dostępne w wersji pełnej
Isolde
Dostępne w wersji pełnej
Isolde
Dostępne w wersji pełnej
Isolde
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
TYTUŁ ORYGINAŁU:
Honey Cut. Lyonesse. Book 2
Redaktorka prowadząca i wydawczyni: Ewelina Kapelewska
Redakcja: Katarzyna Sarna
Korekta: Ewa Kowalska
Projekt okładki: Wojciech Bryda
Zdjęcie na okładce i wyklejka: © marinavorona / Stock.Adobe.com
Copyright © 2024 by Sierra Simone
All rights reserved.
Published by agreement with Folio Literary Management, LLC and Graal Sp. z o.o.
Copyright © 2026, Papierowe Serca an imprint of Wydawnictwo Kobiece Agnieszka Stankiewicz-Kierus sp.k.
Wszelkie prawa do polskiego przekładu i publikacji zastrzeżone. Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem jakiejkolwiek techniki całości bądź fragmentów niniejszego dzieła bez uprzedniego uzyskania pisemnej zgody posiadacza tych praw jest zabronione.
Wydanie elektroniczne
Białystok 2026
ISBN 978-83-8417-576-7
Grupa Wydawnictwo Kobiece | www.WydawnictwoKobiece.pl
Na zlecenie Woblink
woblink.com
plik przygotowała Weronika Panecka
Okładka
Karta tytułowa: Sierra Simone, Honey cut
Prolog
1
2
3
4
5
6
7
8
9
10
11
12
13
14
15
16
17
18
19
20
21
22
23
24
25
26
27
28
29
30
31
32
33
34
35
36
37
38
39
40
41
42
43
44
Podziękowania
O autorce
Karta redakcyjna
