Wydawca: Wydawnictwo Kobiece Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2018

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 434 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Gliniarz - Laurelin Paige,Sierra Simone

Niesamowicie seksowna historia z gorącym policjantem w roli głównej!

Livia Ward marzy o tym, by zostać mamą przed trzydziestką. Sęk w tym, że jest samotna i nie przewiduje w najbliższej przyszłości żadnych związków. Sytuacja się zmienia, kiedy na horyzoncie pojawia się seksowny oficer Kelly.

Mężczyzna nie spodziewał się, że piękna bibliotekarka złoży mu taką propozycję. Livia chce, aby Kelly został ojcem jej dziecka, ale bez żadnych zobowiązań. On dostanie kilkanaście nocy z kobietą, o której nie może przestać myśleć, a ona spełni swoje marzenie.

Układ wydaje się prosty i oczywisty dla obydwu stron. Wszystko dokładnie ustalili, więc co może pójść niezgodnie z planem?

__

O autorkach

Laurelin Paige – bestsellerowa amerykańska pisarka, która sprzedała na całym świecie ponad 1,5 miliona książek. Jej książki trafiały na listy bestsellerów "New York Times", "Wall Street Journal" i "USA Today", a także na listy bestsellerów polskich księgarni. Prywatnie szczęśliwa mężatka i matka trzech córek.

Sierra Simone – bestsellerowa autorka "USA Today", która uwielbia przenosić na papier najbardziej niegrzeczne myśli, jakie pojawią się w jej głowie. Pracowała jako bibliotekarka i wtedy miała szczególnie dużo czasu na snucie literackich fantazji. Prywatnie żona gorącego policjanta, matka dwójki dzieci, właścicielka dwóch wielkich psów i dwóch niegrzecznych kotów.

Opinie o ebooku Gliniarz - Laurelin Paige,Sierra Simone

Fragment ebooka Gliniarz - Laurelin Paige,Sierra Simone

Dla Kiawah i

Rozdział 1

Trzysta sześćdziesiąt cztery dni.

To moja pierwsza myśl po przebudzeniu. Jeszcze nawet nie otwarłam oczu.

Trzysta sześćdziesiąt cztery dni, nim spadnie na mnie katastrofa w postaci trzydziestych urodzin.

Trzysta sześćdziesiąt cztery dni żałosnej wegetacji.

Niewiele. Praktycznie rzecz biorąc, już spoczywam na łożu śmierci. Leżę i czuję, jak moja skóra marszczy się i wysycha. Kości stają się kruche. Gdybym upadła, pewnie złamałabym kość udową. Dawno już minęły czasy, gdy przed wejściem do nocnego klubu czy baru proszono mnie o okazanie dokumentu. Dziś każdy widzi, że stoję nad grobem.

Z jękiem naciągam kołdrę na głowę.

Mam dwadzieścia dziewięć lat i niczego w życiu nie dokonałam. Dobiegam kresu. Dobijam do trzydziestki.

Nie mam po co otwierać oczu.

Nim z powrotem zapadłam w sen, dzwoni telefon. Ciekawość skłania mnie do sięgnięcia po aparat. Tylko dwoje ludzi na świecie do mnie dzwoni – mama i brat – i żadne z nich nie zaryzykowałoby telefonu o tak wczesnej porze.

Spoglądam na wyświetlacz. Wzdycham. Jeśli ją zignoruję, Megan za chwilę i tak zadzwoni ponownie.

Więc wciskam „odbierz” i przykładam telefon do ucha.

– To nie sen? Naprawdę dzwonisz? Popsuła ci się klawiatura czy co?

No bo serio, kto dzwoni, zamiast wysłać esemesa?

– Co takiego? – pyta zbita z tropu.

Być może nie zna mnie jeszcze dość długo, żeby odbierać moje marudzenie jako coś ujmującego.

– Nic. Co słychać?

– Niewiele. Nie widziałam się dziś z tobą i chciałam sprawdzić, jak się masz. – Upłynęły ledwie dwa miesiące, odkąd przeniosłam się do Corinth Library, lecz to wystarczyło, żeby w najwyższej mierze opiekuńcza (i równie ekstrawertyczna) specjalistka od literatury dziecięcej Megan Carter wzięła mnie pod swoje skrzydła. Chociaż chwilami jej opiekuńcze zachowanie graniczy z dominacją, to w sumie całkiem ją lubię. – Wychodząc wczoraj z baru, sprawiałaś wrażenie trochę zdołowanej. Wszystko w porządku?

– Poza tym, że mój koniec nadchodzi wielkimi krokami, mam się świetnie!

– Do licha. Czy ty czasem nie tragizujesz?

Odrzucam kołdrę i wstaję z łóżka.

– Tragizuję? A może po prostu jestem realistką? Śmiało patrzę w oczy prawdzie o czekającym mnie nieuchronnie unicestwieniu?

– Nie wydaje mi się, żebyś patrzyła czemukolwiek w oczy. Powiedziałabym raczej, że biadolisz. Dramatyzujesz. Wszyscy się starzejemy. Każdemu musi stuknąć trzydziestka. A tobie został jeszcze rok. Witaj wśród żywych, siostro.

Słuchając tej pocieszającej paplaniny, wlokę się do kuchni, do ekspresu kapsułkowego Keurig, który sprawiłam sobie na urodziny. Mam go dopiero od wczoraj, ale już wiem, że połączyła mnie z nim miłość do grobowej deski.

– Nie chciałaś przypadkiem powiedzieć „witaj wśród zmarłych”?

Wkładam do ekspresu kapsułkę southern pecan i czekam na chwilę, aż aromatyczna, czarna ambrozja wypełni kubek opatrzony napisem „Oddam życie za kawę”. Motto pasujące do niedającego mi spokoju zagadnienia ulotności ludzkiego życia.

Megan nie widzi w moim żarcie nic śmiesznego.

– Ty się tym naprawdę gryziesz, co? Jak myślisz, skąd się to u ciebie bierze?

O Boże. Wcale nie miałam ochoty wdawać się w rozmowę o swoim samopoczuciu.

Wzdycham, to moje ulubione zajęcie.

– Nie wiem. Po prostu czegoś mi brak. Pragnę czegoś więcej, niż mam. – Rozglądam się po dwupokojowym mieszkaniu, które byłam w stanie zadatkować z tego, co mi przypadło w spadku po babci, wcześniej wydawszy większość pieniędzy na opłacenie czesnego za studia na wydziale humanistyki i cywilizacji zachodniej University of Kansas. Moja prywatna biblioteka wkrótce przestanie się w nim mieścić, ale to było wszystko, czego mi było trzeba. Ściśle rzecz biorąc, wszystko, czego dotąd pragnęłam.

Więc skąd poczucie pustki?

– Potrzebujesz faceta – oznajmia Megan stanowczo.

– Nie. Nie tego mi trzeba. – Naprawdę tak myślę. Lecz czegoś jednak potrzebuję.

Przesuwam palcem po krawędzi broszurki wiszącej na lodówce, za jadłospisem dań z dostawą z Rainbow China. Wisi tam, odkąd odwiedziłam w ubiegłym miesiącu klinikę leczenia bezpłodności.

Czy tego mi potrzeba?

Cena sztucznego zapłodnienia okazała się niższa, niż się spodziewałam. Mogłabym sobie na to pozwolić, nawet ze swoją bibliotekarską pensyjką. Ale anonimowy ojciec… Matka by się na mnie wściekła.

No ale… wciąż nad tym dumam.

Teraz, kiedy śmierć zbliża się wielkimi krokami, powinnam chyba zacząć dumać trochę szybciej.

– Nawet seksu ci nie brak? – Na pozór to niewinne pytanie, ale znam Megan i wiem, że jeśli nie będę się strzec, pociągnie za sobą indagację prowadzącą do randki w ciemno.

– Mój wibrator świetnie się spisuje – odpowiadam. – Nie jest ani zarozumiały, ani arogancki i na pewno mnie nie rzuci.

– Co najwyżej wyczerpią się w nim baterie.

– To model na akumulatorki. Do wielokrotnego ładowania.

– To nie to samo. Posłuchaj, Livio, przepraszam cię, ale muszę ci powiedzieć kilka przykrych słów. – Wcale tych przykrych słów nie słyszę, bo zagłusza je seria sygnałów oznaczających nadejście esemesa. Kilku esemesów.

Odsuwam telefon, żeby je odczytać.

Chyba wpakowałam się w kłopoty.

Nie na żarty.

Serio nie na żarty, mam gliny na karku i lepiej weź hajs na kaucję, bo mama operuje, a tata odbiera poród i nie mogą przybyć z pomocą, a ja wywinęłam numer.

LIVIA.

PAMIĘTAJ O MNIE, JAK BĘDĘ GNIĆ W WIĘZIENIU.

A CO, JAK MI PRZEPADNIE NASTĘPNY SEZON SKAM?

Wiadomości pochodzą od Ryan, nastolatki, z którą mam sporo do czynienia w bibliotece. To dopiero jest prawdziwa aktorka dramatyczna.

Na powrót przykładam telefon do ucha.

– Zaczekaj sekundkę, Megan – proszę i szybko wystukuję wiadomość.

Co się dzieje? ZWIĘŹLE.

W odpowiedzi przysyła mi panoramiczne zdjęcie czegoś, co wygląda na parking przed jej liceum. Niewiele da się z niego wywnioskować poza tym, że za Ryan stoi sznur samochodów, obok niej policjant, a ona sama chyba przykuła się łańcuchami do drzew po obu stronach podjazdu, tarasując dojazd do szkoły.

Wygląda na to, że na dziś mam teatr zapewniony.

Pośpiesznie żegnam się z Megan i wysyłam kolejnego esemesa do Ryan.

Nie ruszaj się z miejsca.

Wciągam legginsy i rozciągnięty T-shirt, który chyba powinien znajdować się raczej wśród rzeczy do prania niż na krześle w sypialni. Pośpiesznie związuję włosy w węzeł i sprawdzam, co odpisała Ryan.

Jesteś debeściara! Kupisz mi po drodze

mrożoną caramel macchiato? Dzięki.

Nie zatrzymuję się, żeby kupić mrożoną kawę.

Ruch pojazdów przed Shawnee Mission East, liceum Ryan, wydaje się całkiem w normie. Parkuję na wolnym stanowisku postojowym najbliżej miejsca zamieszania i nie wysiadając z samochodu, oceniam sytuację.

Jak można było wywnioskować ze zdjęcia, Ryan zablokowała okrężny ruch na podjeździe przed wejściem do szkoły. Teraz łańcuchy znikły, ale samochody kierowane są do wyjścia ewakuacyjnego, bo dziewczyna nadal blokuje główny podjazd. Ma na sobie złoto-purpurowy strój cheerleaderki, w rękach trzyma tablicę na kiju, z napisem wykonanym tak dużymi literami, że mogę je odczytać, nie wysiadając z samochodu:

„Twoje nieczyste myśli to nie mój problem”.

Zaczyna mi świtać.

Ryan ma dopiero czternaście lat, ale już jest pełnokrwistą aktywistką. Nie przepuści żadnej okazji do protestu przeciw krzywdzie dotykającej jakąś osobę czy mniejszość. Pewnego dnia maszerowała w tę i z powrotem przed biblioteką, domagając się dla matek prawa do karmienia piersią w miejscach publicznych. Innym razem dołączyła do grupy młodzieży ze swojej parafii protestującej przed ratuszem przeciwko opodatkowaniu sklepów spożywczych. To znów rozdawała w okolicy Crown Center broszurki dotyczące ciężkiego losu kaszalotów spermacetowych. Być może zaważyło tu śródlądowe położenie miasta, ale mieszkańcy Kansas City okazali się obojętni na niedolę wielkich morskich ssaków.

Może to z kolei mój problem, ale mnie emocje tej żarliwej wojowniczki o wielkim sercu i szlachetnych intencjach żywo obchodzą. W cokolwiek się wpakowała, mam nadzieję, że zdołam ją z tego wyciągnąć. Siorbię resztkę kawy pekanowej – tak się cieszę, że zabrałam ją ze sobą (kofeina dobrze mi zrobi) – i wysiadam z samochodu. I od razu słyszę Ryan.

– Czy mój widok nasuwa wam nieczyste myśli? – wydziera się pod adresem grupki spóźnialskich śpieszących do szkoły. – Czy wodzę was na pokuszenie?

O rety!

Choć lekcje ponad wszelką wątpliwość już się rozpoczęły, wokół Ryan zgromadziła się niewielka grupka. Kilka dorosłych kobiet, zapewne pracownic szkolnej administracji, jakieś nastolatki i funkcjonariusz policji.

Ruszam w ich kierunku.

Odwrócony do mnie plecami glina rozmawia z jedną z kobiet.

– Da pan radę ją podnieść – słyszę. – Widać, że pan trenuje.

Z daleka słyszę w jej głosie natrętnie uwodzicielską nutę.

– Crossfit – odpowiada gliniarz ze wzruszeniem ramion. – Pięć razy w tygodniu.

Boże, znam ten typ. Arogancki. Zarozumiały. Glina w każdym calu. Zbieram siły do nieuchronnego starcia.

– To widać – kontynuuje podrywaczka. – Dlaczego jej pan po prostu nie zniesie z podjazdu? Chwyci ją pan po strażacku i po krzyku. – Dobra ta flirciara. Ma czarne włosy, skórę tak nienaturalnie białą, że to musi być kwestia podkładu, i jaskrawoczerwone wargi. Czuję, że podryw to jej ulubione hobby, o ile nie wręcz dorywcza praca.

– Nie mogę tknąć nieletniej. Regulamin nie pozwala. Musimy poczekać, aż zjawi się ta funkcjonariuszka, którą przysłał dyspozytor. Ale dzięki za cęgi do cięcia drutu.

Cęgi do cięcia drutu. A więc tak uporali się z łańcuchem. Rozglądam się i dostrzegam pod drzewem obok jezdni srebrzysty zwój łańcucha.

Ryan, Ryan, Ryan. Coś ty narobiła?

Cierpliwie tkwię koło gliniarza i czekam na sprzyjającą chwilę, żeby się wtrącić.

– Ja nie jestem nieletnia – deklaruje jedna z nastolatek, kręcąc w palcach długi kosmyk blond włosów. – Mam osiemnaście lat. Mnie pan może śmiało dotknąć, funkcjonariuszu Kelly.

Wygląda na to, że się doczekałam.

– Przepraszam – odzywam się swoim bibliotekarskim (czyli przyjacielskim, ale zarazem stanowczym) tonem. – Co tu się dzieje?

Słysząc mnie, Ryan odwraca się na pięcie.

– Livia! – Omal nie puszcza się do mnie pędem, ale w ostatniej chwili przypomina sobie, że nie bez powodu tkwi w miejscu jak kołek. – Ej, a gdzie moja kawa?

Rzucam jej surowe spojrzenie, po czym kieruję wzrok na odwracającego się do mnie policjanta.

I wtedy dociera do mnie, skąd to całe zamieszanie.

Facet jest seksowny.

Tak seksowny, że zapominam języka w gębie.

Tak seksowny, że żałuję, że nie ogoliłam nóg.

Tak seksowny, że robi mi się mokro w majtkach.

Nawet nie umiałabym powiedzieć, na czym to polega. Stalowe muskuły? Krótko przystrzyżona broda? Kamienny spokój i niezmącona powaga malujące się na twarzy?

Niewyżyta seksualnie Królewna Śnieżka nie przesadzała, widać po nim, że nie oszczędza się na siłowni. Bicepsy ledwie się mieszczą w rękawach koszuli i nawet pod tym jego całym ekwipunkiem widać, że jest szeroki w ramionach i wąski w pasie. Powiedzieć, że jest wysportowany, to mało – jest megawysportowany. Aż chciałoby się spytać, czy można dotknąć tych stalowych mięśni. Nie spodziewałabym się po sobie, że najdzie mnie taka chętka, a jednak. Mimo wszelkich uroków jego muskulatury tym, co naprawdę powala, jest twarz. Policzki i dolna szczęka jak wyrzeźbione dłutem, sterczący podbródek dyskretnie ukryty pod zarostem. Nos prosty i mocny i… a niech to diabli, wisienka na torcie – przeciwsłoneczne okulary pilota, w których wygląda jak wbite w granatowy mundur ucieleśnienie seksu.

Niewykluczone, że jednak potrzeba mi faceta.

– Pani…? – pyta Funkcjonariusz Zanadto Seksowny, żebym była w stanie zapamiętać dopiero co usłyszane nazwisko.

– Ja… jestem… tu – bąkam, bo nie mogę zdobyć się na nic więcej, kiedy na mnie patrzy, a wiem, że to robi, czuję na sobie jego spojrzenie, choć nie widzę oczu za połyskującymi metalicznie odblaskowymi szkłami.

– Zgadza się. Jest pani tutaj – odpowiada i niemal się uśmiecha, a ja czuję, że uśmiech to coś, co nieczęsto mu się przytrafia w pracy. Jest na to zbyt poważny. Profesjonalnie chłodny i rzeczowy. Dla niego liczą się fakty i tylko fakty i, Jezu, gotowa jestem podać mu wszelkie fakty, jakich tylko sobie zażyczy.

Kiedy już sobie przypomnę, jak się one przedstawiają.

– To Livia – szczebioce Ryan, przypominając ów zasadniczy fakt. – Jest tu dla mnie!

Pokrzepiona świadomością, że tę informację mogę powtórzyć z całkowitą pewnością, powtarzam ją z pełnym przekonaniem:

– Zgadza się. Nazywam się Livia. Livia Ward.

Gliniarz stoi z kciukami wsuniętymi za pas i patrzy to na jedną, to na drugą z nas.

– Pani jest… matką?

– Nie! – Aż się zachłystuję ze zgrozy. – O mój Boże, czy wyglądam tak staro? – Wiem, wiem, powinnam była zacząć używać kremu przeciwzmarszczkowego nazajutrz po dwudziestych piątych urodzinach. – Ona ma czternaście lat! Nie mam aż tylu lat, żebym mogła być matką czternastolatki.

– Już dzwoniłam do matki – odzywa się jakaś kobieta zza pleców gliniarza. – I do ojca. Oboje byli niedostępni.

Milczę wymownie, jakbym dowiodła swego.

Nie spuszczając ze mnie wzroku, gliniarz wyjaśnia krótko:

– Musiałem spytać. Tak każe regulamin, szanowna pani.

Aż się kulę. Mówi do mnie jak do jakiejś matrony.

– Niechże mnie pan tak nie tytułuje – protestuję urażona, a po namyśle dodaję: – Proszę.

Funkcjonariusz służbista nie odpowiada na to ani słowem.

Ja także nic nie mówię, ale w duchu się zżymam.

Jedyna dobra strona przypomnienia mi, że się starzeję (i najwyraźniej niezbyt ładnie), jest ta, że wytrąca mnie ono ze stanu tępego zauroczenia.

– Jestem jej przyjaciółką – wyjaśniam. – Pracuję z nią w bibliotece. Przysłała mi esemesa, kiedy zrozumiała, że wpakowała się w kłopoty.

Niewidoczne za szkłami okularów oczy supergliny – ale już pamiętam, że nazywa się Kelly – mierzą mnie surowym spojrzeniem (jestem pewna, że ma srogi wzrok), a jego twarz nadal nie wyraża żadnych emocji.

– Czy ma pani ze sobą jakiś dokument tożsamości?

– A wygląda na to? – Widać chyba, że mam na sobie ciuchy bez kieszeni i nie wymachuję torebką. Na myśl przychodzi mi, że w pośpiechu mogłam wybiec z domu bez prawa jazdy. Cholera! Tego mi tylko trzeba, żebym dostała mandat za prowadzenie samochodu bez stosownego dokumentu. Pokornieję. – Czy to konieczne?

Glina mierzy mnie wzrokiem od stóp do głów. Przeklęte szkła! Tak chciałabym wiedzieć, co naprawdę wyraża jego wzrok.

– Chyba nie ma takiej potrzeby.

– Dobrze. – Łapię oddech. – Zatem do rzeczy. Co tu się właściwie dzieje?

– No cóż, jak pani widzi, nieletnia…

– Ryan Alley. Ta dziewczyna ma imię. – Już widzę, że z Ryan jest krucho. Ten cały Kelly nie wygląda na faceta, który byłby skłonny cokolwiek komukolwiek odpuścić. Kombinuję, że jeśli dostrzeże w niej konkretnego człowieka, a nie tylko „nieletnią”, to może uda się ją wybronić.

– Nieletnia – kontynuuje, jakbym w ogóle nic nie powiedziała – przykuła się łańcuchami do drzew po obu stronach podjazdu, uniemożliwiając rodzicom podwożenie dzieci do szkoły. Łańcuchy przecięliśmy cęgami do cięcia drutu, które była uprzejma przynieść szkolna sekretarka...

– To ja! Ja je znalazłam!

Cudownie. Niewyżyta Śnieżka bohaterką dnia.

Policjant odwraca się i skinieniem głowy potwierdza jej zasługi. Uśmiecha się przy tym wystarczająco życzliwie, żeby blada twarz Śnieżki oblała się rumieńcem.

Uśmiech ma faktycznie zabójczy. Chyba sama byłabym gotowa przynieść mu te cęgi, byle tylko sobie na taki zasłużyć.

Uwaga gliniarza na powrót skupia się na mnie.

– Mimo to nieletnia nie chce opuścić podjazdu. Z podjęciem dalszych kroków czekamy na wsparcie.

Rzucam okiem na Ryan. Nie chce opuścić podjazdu? To jakieś żarty? Oczywiście Ryan nie czyta w myślach, ale rozumie wymowę mego spojrzenia i wzrusza ramionami.

– Jak to może się dla niej skończyć? – Spuszczam z tonu, bo widzę, że sytuacja wygląda kiepsko.

– O tym porozmawiamy, jak już uporamy się z problemem, czyli odblokujemy podjazd.

Przestępuję z nogi na nogę. Nie mam czasu do stracenia.

– Jeśli skłonię ją… do powrotu do szkoły, zanim przybędzie to wsparcie… Czy to wystarczy?

– To nie zależy wyłącznie ode mnie. – Ogląda się na gapiów.

Jakby na dany znak jedna z kobiet podchodzi do nas. Nie blada podrywaczka, lecz ta, która próbowała dodzwonić się do rodziców Ryan.

– Dzień dobry, nazywam się Sharie Holden i jestem dyrektorką szkoły. Dziękuję pani za przybycie. Będziemy zachwyceni, jeśli uda się nam z jak najmniejszym rozgłosem doprowadzić całą sprawę do szczęśliwego finału. – Kończy szeptem, jakby ściszenie głosu mogło jakimś cudem zmniejszyć dramatyzm sytuacji.

Czuję, że z dyrektorką łatwiej się dogadam niż z funkcjonariuszem służbistą.

– Jeśli skłonię Ryan do zejścia z podjazdu, czy wyciągnie pani w stosunku do niej jakieś konsekwencje?

– Nie może jej to ujść na sucho. Połowa szkoły widziała, co ona tu wyprawiała.

– Słusznie – mówię tonem jasno wyrażającym, że jestem wprost przeciwnego zdania. – Co pani na to, że zadzwonię do Channel Nine, żeby telewizja zrelacjonowała przebieg protestu? Żeby cały kraj zobaczył pani uczennicę w kajdankach, pakowaną przez funkcjonariuszkę policji do radiowozu? Może przy okazji Ryan wygłosi oświadczenie. Jak myślisz, Ryan?

– Jasne! – Ryan aż podskakuje z entuzjazmu. – Już mam obmyślone!

Sharie Holden blednie.

– No cóż, może moglibyśmy poprzestać na upomnieniu. Jeśli rzeczywiście nakłoni ją pani, aby wróciła do szkoły, zanim media coś zwęszą.

– Dobrze. – W to mi graj. Żyjemy z Ryan w komitywie. Nawet jeśli nie posłucha głosu rozsądku, to posłucha mnie. – Czego dotyczy protest?

– Ta głupia szkoła zabrania noszenia stroju cheerleaderki w dni rozgrywek! Stroju cheerleaderki! – drze się Ryan, nie dopuszczając dyrektorki do głosu. – Bo jakiś głupek się poskarżył, że nasuwa mu nieczyste myśli. Jakby kobiety były winne temu, co myślą faceci. To skandal! To nie fair! Protestuję przeciw kulturze gwałtu! Protestuję przeciw niesprawiedliwości!

– Co ją to w ogóle obchodzi? – komentuje blond nastolatka.

– No – dodaje jej koleżanka. – Ona nawet nie jest cheerleaderką.

– Ja jestem cheerleaderką, funkcjonariuszu Kelly! – krzyczy blondynka.

– Jasne – mruczy gliniarz pod nosem i robi mi się go niemal żal.

Niemal.

– Zakaz dotyczy wyłącznie lekcji, Ryan – wyjaśnia dyrektorka. – Nikt nie zabrania noszenia strojów podczas zawodów.

– Ależ mnie w ogóle nie o to chodzi! – jęczy moja podopieczna.

Sama z trudem powstrzymuję jęk solidarności.

– Naprawdę zabroniliście cheerleaderkom noszenia stroju, bo jakiś chłopak uskarżał się na nieczyste myśli? – Trudno uwierzyć w coś takiego. – Przykro mi to mówić, ale chłopcy w tym wieku będą mieć brudne myśli niezależnie od tego, jak będą się ubierać dziewczyny. To kwestia hormonów.

– Trudno się z tym nie zgodzić – wtrąca funkcjonariusz Kelly.

– Z pewnością – przyznaje dyrektorka z wymuszonym uśmiechem, jakim zapewne osładza swoje kazania. – Jednak tu, w naszej szkole, wierzymy, że szacunku można się nauczyć, pani Ward. W żadnym razie nie zamierzamy zachęcać do przedmiotowego traktowania kobiet.

Zaczynam się gotować ze złości.

Nie rób tego, Liv. Nie rób tego.

Ale to na nic.

– Uprzedmiotowienie kobiet to zupełnie inna sprawa. Na razie przerzuca pani odpowiedzialność za to, co mężczyźni myślą – i co w konsekwencji robią – na kobiety i ich ubiór. To przebrzmiała retoryka, pani Holden. Czy nie lepiej dać sobie z nią spokój?

Sztuczny uśmiech znika. Dyrektorka już ledwie udaje uprzejmą.

– Dziękuję za wyrażenie opinii, ale skoro nie ma pani dziecka w naszej szkole, to realnie rzecz biorąc, pani zdanie jest bez znaczenia.

Tego już za wiele. Złość to już przeszłość. Teraz jestem oburzona.

– Realnie rzecz biorąc, jestem podatnikiem, a to jest szkoła publiczna, więc moja opinia ma znaczenie. A ponieważ to jest Ameryka i mamy tu wolność słowa…

Jak wiadomo, czyny wybrzmiewają głośniej od słów, więc urywam i maszeruję do Ryan.

Odbieram jej tablicę i dumnie wznoszę nad głową.

Moja podopieczna uśmiecha się od ucha do ucha i nie zwleka z wznowieniem akcji protestacyjnej.

– Nasuwam ci nieczyste myśli? – woła pod adresem spacerowicza z psem, idącego wzdłuż terenu szkoły.

– No nie! – jęczy dyrektorka.

Funkcjonariusz Kelly wzdycha i powoli rusza w naszą stronę.

– Nasuwam ci nieczyste myśli? – woła do niego Ryan.

Ignoruje ją.

Kiedy już jest tuż koło mnie, naprawdę tuż przy mnie, tak blisko, że czuję bijące od niego ciepło, mówi tak cicho, że wyłącznie ja go słyszę:

– Gdybyś to ty, dziewczyno, paradowała w tym kostiumie, odpowiedziałbym „zdecydowanie tak”.

Odwracam głowę.

– Co takiego?

– Nie ułatwia mi pani zadania – odpowiada normalnym głosem.

– Nie to pan powiedział – mówię cicho, bo chcę, żeby powtórzył poprzednie słowa. Chcę jeszcze raz poczuć ten dreszcz biegnący w dół po kręgosłupie, dreszcz wywołany myślą, że nasuwam mu te myśli – nieczyste myśli.

Oczywiście niczego nie powtarza. Do niczego się nie przyznaje. Wyciąga do mnie otwartą dłoń.

– Proszę mi oddać tablicę.

Ściskam kij mocniej.

– Pomagam jej.

– Doprawdy? Odniosłem wrażenie, że pragnie pani rozwiązania problemu bez konsekwencji dla swej podopiecznej. Mam rację?

O Boże, ten jego uśmieszek. Ja nie mogę.

– Proszę mówić dalej. – Wydaje się, że powiedział dość. A ja po prostu chciałabym usłyszeć jeszcze raz ten wibrujący pomruk w jego piersi, gdy zniża głos, by był słyszalny wyłącznie dla mnie.

– Wypraw ją do szkoły, dziewczyno, a ja postaram się, żeby blokowanie ruchu uszło jej na sucho.

Co jest grane? Zupełnie jak nie on. Służbista. Srogi stróż porządku, który nic nikomu nie puści płazem. Dlaczego naraz wyszedł z roli? Nie ufam mu.

Ale nie mogę oderwać od niego wzroku. Jestem jak zaczarowana. Posłusznie wręczam mu tablicę.

Uśmiecha się, tym razem szerzej. I szczerzej. I cały ten uśmiech jest dla mnie, i czuję, jak uginają się pode mną kolana. Jeszcze chwila i upadnę.

Odwracam się i chwytam Ryan pod rękę. Niby po to, żeby podjąć rozmowę.

– Ryan…

– Nie chcesz chyba, żebym przerwała protest? – Odsuwa się, a ja ledwie łapię równowagę. – Nie ma mowy. Nie zaprzestanę walki o prawa kobiet. Nie zrezygnuję z walki o sprawiedliwość.

– Jasne. Mowy nie ma. W żadnym razie nie namawiam cię na rezygnację z walki. Przecież zawsze ci powtarzałam, że należy być szczerym – w słowach i w uczynkach, no nie?

Przypatruje mi się podejrzliwie.

– Możliwe.

– I o to mi właśnie chodzi. Żeby twój głos zabrzmiał donośniej. Spójrz. – Wskazuję na grupkę gapiów. – Tu masz skromne audytorium. Daleko więcej ludzi cię usłyszy, jeśli podniesiesz tę sprawę na zebraniu samorządu szkolnego. Tam naprawdę możesz coś zmienić. Jak myślisz?

Wykrzywia usta i rozważa moje słowa.

– To nawet nie są nasze stroje – zauważa jedna z cheerleaderek.

Nachylam się do Ryan i szepczę:

– I nie wygląda na to, żeby kobiety, których bronisz, doceniały, że walczysz o ich prawa.

Otacza mnie ramieniem.

– One po prostu jeszcze się nie przebudziły, Liv.

– Nie sądzę, żeby to je mogło przebudzić.

Odrzuca głowę w wyrazie frustracji i jęczy. I naraz, jakby jeszcze przed chwilą nie była gotowa bić się o słuszną sprawę aż do zwycięstwa, wzrusza ramionami i oświadcza:

– No dobra. W sumie to wolę nie opuścić drugiej lekcji. To historia. Mamy obejrzeć dokument o sufrażystkach.

Zsuwa z dłoni resztki łańcuchów, których dotąd nawet nie zauważyłam, wręcza mi je i najspokojniej w świecie maszeruje do szkoły.

– Dokąd ona idzie? – niepokoi się dyrektorka.

– Do swojej klasy! – odpowiadam bardzo zadowolona z siebie.

– Nie w tym stroju! To zakazane! – Pędzi za Ryan, a za nią podąża jej urzędnicza świta.

– Ma ubranie na zmianę – rzucam za nimi. – Przynajmniej taką mam nadzieję.

Do licha, mentorowanie to nie jest łatwy chleb. Przy takiej robocie jeden kubek kawy to za mało.

– Funkcjonariuszu Kelly, mam tylko szesnaście lat, ale w Kansas to pełnoletniość – oznajmia tonem zachęty koleżanka cheerleaderki.

– Oj, dziewczyno, nie wyjdzie ci ta wiedza na dobre – wzdycham.

– Zmykajcie na lekcje, zanim zatrzymam was za absencję szkolną – odpowiada policjant tym swoim głosem służbisty, ale najpierw… najpierw parska cichym śmiechem w odpowiedzi na moją uwagę.

– Co to absencja szkolna? – pytają obie nastolatki jednym głosem.

– Marsz na lekcje! – grzmię.

Dziewczyny ulatniają się w mgnieniu oka. Chętnie przypisałabym to swemu autorytetowi, lecz jednak chyba ważniejszy był szkolny dzwonek.

Wszyscy poszli. Zostałam tylko ja i gliniarz.

Gorący gliniarz.

Naraz trudno mi złapać oddech. A jeszcze przed sekundą nie miałam z tym trudności.

– Dobra robota – chwali mnie, skłaniając głowę w wyrazie uznania. – Może zdoła pani uchronić ją przed dalszym pakowaniem się w kłopoty.

Jeżę się.

– To, że jest zaangażowana, nie znaczy, że będzie się pakować w kłopoty.

Tak naprawdę zjeżyłam się, bo jego pochwała wprawiła mnie w dziwnie dobry nastrój. Zbyt dobry.

– Jasne – on na to, a ja głowę bym dała, że gdybym mogła czytać w jego myślach, to spaliłabym się ze wstydu.

Zakłopotana mamroczę:

– Taa... No to…

Przychodzi mi na myśl, że powinnam mu podziękować, gdy wtem on uprzedza mnie i wyskakuje z nieoczekiwaną propozycją:

– Może zjedlibyśmy razem kolację?

– Co takiego? Kolację? Dlaczego? – Nie tego się spodziewałam, nie tego sobie życzyłam, a przecież czuję w brzuchu motylki, jakby to było coś dobrego. Głupi brzuch.

– Bo wieczorami robię się głodny i zauważyłem, że posiłek na to pomaga.

Mówi to z kamienną twarzą, a jest przy tym taki seksowny, że trudno wytrzymać.

Z wysiłkiem odrywam wzrok od jego seksownej szczęki i ust seksownych jak sam seks.

– A ja w tym na co?

– Bo kiedy jem sam, czuję się samotny.

Mogę na niego nie patrzeć, ale nie mogę uciec przed seksownym głosem, który nasuwa mi tylko jedną myśl. Choć wieje chłodny wiosenny wietrzyk, czuję, że twarz mnie pali.

– Jestem pewna, że tamta pomocna sekretarka chętnie się z panem wybierze.

– Ale ja nie zapraszam jej, tylko panią.

Podnoszę wzrok i serce we mnie zamiera. Nawet mimo tych jego okularów widzę, że nie może oderwać ode mnie wzroku. Aż dostaję gęsiej skórki.

Kolacja. Normalna sprawa. Też jadam. Czemu nie mielibyśmy zjeść razem?

Gdybym tylko widziała jego oczy, na pewno już bym powiedziała „tak”.

Ale i bez tego mogę to powiedzieć.

– Hej, funkcjonariuszu Kelly. – Okazuje się, że bladolica sekretarka wcale nie znikła w szkole. Policjant odwraca się do niej, do tej wampirzycy… głowę dam, że od dekady nie oglądała słońca. – Na motocyklu znajdzie pan nalepkę z moim telefonem. Proszę się kiedyś odezwać.

Gliniarz wydaje z siebie niezobowiązujący pomruk, po czym dodaje:

– Jeszcze raz dzięki za cęgi.

Wampirzyca uśmiecha się głupawo.

– Nie ma za co.

Nie słucham dalszego ciągu rozmowy, bo kiedy przestał na mnie patrzeć, odzyskałam zdolność myślenia i teraz przypominam sobie wszystkie powody, dla których nie powinnam wybrać się na kolację z gliniarzem, któremu już byłam gotowa rzucić do stóp swoje wilgotne majteczki.

Bo jest facetem. A faceci odchodzą.

Zwłaszcza tacy – z zadufanym uśmieszkiem, w idealnie dopasowanym mundurze (serio, jak te spodnie leżą mu na tyłku…).

Tacy faceci zawsze mają w odwodzie jakąś atrakcyjną babeczkę. Żeby jedną! Dla nas w Kansas taki superglina to substytut gwiazdy rocka. Bierze, co chce. Nie musi próbować przelecieć bibliotekarki hipiski, która jeździ priusem z nalepką na zderzaku „Black Lives Matter”, wymierzoną przeciw policjantom strzelającym do czarnoskórych obywateli, i słucha National Public Radio. Jesteśmy jak ogień i woda. On ma odpowiednią reputację. Ja jestem wariatką, która ni stąd, ni zowąd unosi wysoko w górę tabliczkę kwestionującą tę reputację.

Zbieram się bez pożegnania. Siadam za kółkiem gotowa się założyć, że nawet nie zauważył mojego zniknięcia.

Rozdział 2

– Co rok wam to mówię, co rok myślę, że nie będę musiał tu wracać i wam tego powtarzać, a potem co rok tu ląduję.

Zmęczony głos szefa do spraw zasobów ludzkich rozbrzmiewa echem w głównej sali posiedzeń w ratuszu. Obok ktoś pokasłuje, za mną ktoś usiłuje niepostrzeżenie wyjadać coś chrupiącego z szeleszczącej plastikowej torebki, pod sufitem szumi wentylator.

Szef wzdycha ciężko, garbi ramiona i wskazuje slajd w PowerPoincie wyświetlony na ścianie za jego plecami. Slajd zawiera krótką treść.

Nie uprawiajcie seksu na służbie.

– Tak jest – mówi lekko zrezygnowanym tonem. – To wszystko. Nie uprawiajcie seksu w radiowozie. Nie uprawiajcie seksu w mundurze. Nie udawajcie, że obowiązki służbowe wzywają was do Arby’s i niechże ta wasza wizyta nie kończy się stosunkiem seksualnym w łazience tejże restauracji. Po prostu tego nie róbcie. Bo potem muszę was wyrzucać ze służby, co oznacza dla mnie masę papierkowej roboty, a co gorsza, w następnym roku znów muszę się tu gramolić i powtarzać swoje przestrogi. Więc błagam was, nie róbcie mi tego.

Ktoś śmieje się nerwowo, ktoś szturcha kumpla w bok. Wszyscy pamiętają ostatnią Gwiazdkę, kiedy kapitan Knust przyłapał Zacha Simmonsa na tylnym siedzeniu radiowozu z jego córką, dziewczyną w wieku studenckim.

Albo poprzedni rok, gdy zabawiając się z żoną w odgrywanie pikantnych scenek, Mike Fox w kulminacyjnym punkcie zabawy niechcący włączył radiotelefon, dzięki czemu wszyscy funkcjonariusze będący wówczas na służbie słyszeli, jak krzyczy: „To się nazywa długie ramię sprawiedliwości!”.

Zadaję sobie pytanie: Kto byłby na tyle głupi, żeby wyprawiać podobne idiotyzmy? Nie wspominając o tym, że tylne siedzenia radiowozów są niewygodne i twarde, a zatrzymanym zdarza się wymiotować lub sikać. No a przede wszystkim, to wbrew regułom, a ja nie łamię reguł.

Reguły są dobre. Nie wprowadza się ich bez powodu. Moja praca polega na pilnowaniu, żeby wszyscy ich przestrzegali. Ta robota zaspokaja jakąś moją głęboką potrzebę i nie chodzi tu o potrzebę sprawowania władzy, raczej o zadowolenie podobne do tego, jakie odczuwam, kiedy wszystkie sztangi w siłowni są ułożone jak należy albo kiedy mój dom jest czysty i wysprzątany, a trawnik skoszony. Lubię ład i porządek, gdy każda rzecz jest na swoim miejscu.

Po to egzekwuję prawo, żeby panował ład i porządek.

Przypomina mi się tamta nastolatka z rana. Ta dopiero narobiła zamieszania. I ten gigantyczny korek, który spowodowała na szkolnym podjeździe. Doszło do trzech stłuczek i awantury między jednym z ojców i wicedyrektorką, a moja koleżanka LaTasha Palmer musiała spisać protokół, bo jakaś zniecierpliwiona matka próbowała jechać po chodniku i uszkodziła szkolne ogrodzenie.

To było totalne zamieszanie – najzupełniej zbędne – i naraz podeszła do mnie najpiękniejsza kobieta, jaką widziałem w całym swoim życiu. Niezobowiązujący, wybitnie domowy strój – obcisłe legginsy, rozciągnięty T-shirt i japonki – w niczym nie ujmował jej uroku. Zjawiła się i spotęgowała zamieszanie. Normalnie nie byłbym zachwycony, mając na karku kolejną dorosłą osobę zadającą pytania i domagającą się odpowiedzi, podczas gdy usiłowałem przywrócić ład i porządek. Sęk w tym, że trochę żal mi było tej małej. Przypominała mi Megan. Szczerze mówiąc, nie dałbym głowy, czy moja siostrzyczka w pewnym momencie swego życia nie wykonała identycznego numeru. W każdym razie, kiedy Livia przybyła tamtej dziewczynie z pomocą, trochę mi ulżyło. Nie miałem najmniejszej ochoty narażać dzieciaka na kłopoty… Po prostu musiałem coś zrobić, żeby sytuacja na szkolnym podjeździe wreszcie wróciła do normy i skończyły się przepychanki między kierowcami.

Ucieszyłem się więc, kiedy wreszcie pojawił się ktoś, żeby zająć się tą nastoletnią buntowniczką. A że przy okazji było na czym oko zawiesić, to było jak nieoczekiwana premia za sumienną służbę. Wszystkie te krągłości rysujące się pod legginsami, słodkie uda, zgrabniutki tyłeczek. Nawet T-shirt nie był pozbawiony zmysłowego uroku, zwłaszcza gdy w blasku słońca prześwitywał spod niego różowy staniczek…

Na samo wspomnienie mojemu wiercipięcie robi się ciasno w spodniach, całkiem jak rano, kiedy się na nią gapiłem. Boże, jak mnie korciło, żeby wyciągnąć rękę i rozpuścić ten naprędce zawiązany kok, kazać jej położyć się na masce radiowozu i obszukać łakomymi palcami całe jej ciało. Patrząc na nią, czułem pożądanie, jakiego dawno już nie doświadczałem.

Muszę ją odszukać. Bądź co bądź pozostawiła moje zaproszenie na kolację bez odpowiedzi.

Do rzeczywistości przywraca mnie głos szefa do spraw zasobów ludzkich, który przygnębionym tonem wylicza kolejne możliwe warianty uprawiania seksu na służbie. I zadaję sobie pytanie, czy rzeczywiście oparłbym się pokusie, gdyby przybrała ona postać tej krewkiej piękności w stroju bardziej eksponującym niż skrywającym jej uroki, z czekoladowymi oczami i tego rodzaju buzią, na jakiej wzorowane są księżniczki Disneya.

Szef kończy kazanie i opuszcza salę ze zrezygnowaną miną człowieka, który nie ma złudzeń, że za rok powróci tu, by wygłosić te same daremne przestrogi. Jego miejsce na podwyższeniu zajmuje naczelnik. Uśmiecha się przelotnie i poprawia mikrofon.

– Dziękujemy za przypomnienie wytycznych postępowania, Eric – rzuca pod adresem odchodzącego. – Wiem, że nie jest to normalnie przyjęte, ale postanowiłem skorzystać z okazji i zaproponować otwartą dyskusję. Pytajcie, o co chcecie. Bez oglądania się na hierarchię służbową, bez formalności. Odpowiem.

Przez salę przebiega szmer. Nuda pryska. Nasz nowy szef dotąd na ogół raczej trzymał się za kulisami, więc okazja do bezpośredniej rozmowy z nim jest nieoczekiwana. Co nie znaczy, że nie budzi zainteresowania. Spoglądam na swoją sierżant, Theresę Gutierrez, i widzę, że uniosła brwi i patrzy na mnie z miną oznaczającą: No to kto – ty czy ja? Unoszę rękę. Szef uśmiecha się, wyciąga rękę w moim kierunku i szybko mruga.

– Funkcjonariusz? – pyta, z czego wnioskuję, że nie wie, jak się nazywam.

– Tak jest. – Naraz czuję na sobie wszystkie oczy. I wtedy wraca wspomnienie porannego spotkania z bojową, nieustraszoną Livią, w najmniejszej mierze nieprzejętą faktem, że prezentuje się ludziom w klapkach, z włosami niedbale zebranymi w węzeł. Mam poczucie, że poparłaby mnie w tej chwili, i na tę myśl robi mi się ciepło na sercu. – W ubiegłym roku stałem na czele komitetu do spraw kamer na mundurach. Rekomendowaliśmy jak najszybsze zakupienie kamer dla wszystkich funkcjonariuszy pracujących w terenie. No więc chciałbym się dowiedzieć, co w tej sprawie zrobiono?

Kwestia kamer budzi emocje. Poparłem rekomendację komitetu, nie tylko opracowując analizę ofert i kosztorys, ale też dostarczając wyniki ankiety przeprowadzonej wśród kolegów, która wykazała, że ponad siedemdziesiąt procent funkcjonariuszy pracujących w terenie chciałoby mieć kamery na wyposażeniu. Mimo to nie doczekaliśmy się odpowiedzi ze strony administracji.

Uśmiech zamiera na twarzy komendanta, a jego miejsce zajmuje wyraz powściąganej irytacji.

– Jeśli się nie mylę, w ubiegłym miesiącu wydałem okólnik dotyczący właśnie tej kwestii.

– Z całym szacunkiem, panie komendancie, okólnik stwierdzał tylko, że kierownictwo wydziału nadal rozpatruje rozmaite warianty projektu. My tutaj – ogarniam gestem siedzących wokół funkcjonariuszy – uważamy, że kwestia kamer jest na tyle poważna i pilna, że zasługuje na szybką reakcję.

Z wszystkich stron dobiegają pomruki aprobaty. Szef na powrót przywołuje uśmiech na twarz.

– Z całym szacunkiem, funkcjonariuszu, ale decyzje tego rodzaju podejmuje się na wyższym szczeblu służbowym. W pełni doceniam wasze zainteresowanie sprawą i proszę, żebyście ze swojej strony wykazali zrozumienie dla skomplikowanych procesów decyzyjnych, jakich wymagają zakupy stanowiące tak znaczne obciążenie dla budżetu, że nie wspomnę o zgłaszanych przez wielu obywateli zastrzeżeniach dotyczących ochrony prywatności. Takich decyzji nie można podejmować w pośpiechu.

– Wydaliśmy naszą rekomendację ponad rok temu, panie komendancie. Myślę, że to dość czasu, żeby decyzja nie była uznana za pochopną.

Nie powinienem był tego mówić, ale za późno ugryzłem się w język. Takie pyskowanie grozi naganą za niesubordynację. Sądząc po tym, jak szef na mnie patrzy, mrużąc oczy ze złości, czuję, że ryzyko nagany jest całkiem realne.

– Jeśli mogę doprecyzować słowa funkcjonariusza Kelly’ego… – włącza się gładko sierżant Gutierrez, przybywając mi z pomocą. – Sytuacja wygląda tak, że poza nami budżety wszystkich agend rządowych na obszarze metropolitalnym Kansas City już mają przewidziane środki na kamery osobiste dla swych funkcjonariuszy. Jeśli będziemy zwlekać, nasz wydział może spotkać się z zarzutem nienadążania za aktualnymi standardami.

– Zależy mi wyłącznie na tym, żebyśmy służyli obywatelom i chronili ich najlepiej, jak umiemy – dodaję.

Szef uśmiecha się z przymusem. Mamy go, wie o tym. W sali pełnej funkcjonariuszy nie może przyznać, że bardziej dba o kasę na premie dla urzędasów zza biurek niż o bezpieczeństwo podwładnych nadstawiających karku na ulicy.

– Przyjmuję do wiadomości – mówi po chwili. – Jeszcze dziś sprawdzę, jak się sprawy mają i wydam kolejny okólnik.

– Dziękuję, panie komendancie.

Nie tego wprawdzie chciałem, ale też nie mam poczucia, że przegrałem. Nie składam broni. Jak Livia i jej nastoletnia przyjaciółka zamierzam walczyć do zwycięstwa.

– Musisz z tym skończyć, synu.

Unoszę głowę z oparcia kanapy i oglądam się na dziadka. Siedzi w fotelu z trzecim, a może z siódmym tego dnia kubkiem kawy i szuka przycisku regulacji głośności w pilocie od telewizora. Na starość zostały mu dwie namiętności: programy o sprzedaży domów i kiepska kawa. Skutek pierwszej z nich jest taki, że wiecznie krząta się koło domu, starając się nadać mu jak najatrakcyjniejszy wygląd, choć wcale nie nosi się z zamiarem sprzedaży. Skutek drugiej jest bardziej dolegliwy – w naszym domu pachnie jak w taniej restauracji.

Tak jest, w naszym domu. Bo mieszkam z dziadkiem.

To długa historia.

– Z czym muszę skończyć? – pytam z westchnieniem.

– No właśnie z tym. Z tym całym wzdychaniem. Przez to twoje głośne frasowanie się nie słyszę, co gadają ci idioci w telewizji.

– Nie… frasuję się, cokolwiek to znaczy.

– Że się gryziesz.

No dobrze, zatem może i trochę się frasuję. Normalnie nie jestem taki, żeby spędzać wolny dzień na kanapie, kiedy na świecie jest tyle uroczych baristek skorych do flirtu i tak wiele chodnika do przebiegnięcia. Ale dziś już przebiegłem siedem mil, na siłkę i z powrotem, i nie otrząsnąłem się z chandry. Po części to kac po wczorajszym zebraniu – nic nie zwojowałem w sprawie kamer, a nie cierpię takich niedokończonych spraw – jednak po części to kwestia czegoś innego.

A raczej kogoś innego.

Kogoś, kto sprawił, że nie mam ochoty flirtować z baristkami ani odpowiadać na esemesy od adoratorek, bo nie brak w Kansas dziewczyn, które uwielbiają gliniarzy.

Tym kimś jest Livia Ward.

Wczoraj rano nie mogłem oderwać od niej wzroku, a dziś wciąż ją mam przed oczami i tak naprawdę nie widzę nikogo poza nią.

Muszę ją mieć. Kolacja, drinki, kajdanki – Kelly trio – potrzebuję wszystkich trzech elementów, bo dopiero razem działają jak należy, i zapewne potrzebuję tego ze dwa albo i trzy razy. Może potem znów będę w stanie myśleć jak normalny człowiek.

Pop upija łyk kawy i stawia kubek koło mini iPada, którego używa do gry w madżonga i jakąś nieznaną mi grę o nazwie Ant Smasher. Potem splata sękate palce na brzuchu i posyła mi spojrzenie mówiące przestań chrzanić. Nazywam to wietnamskim spojrzeniem. Znaczy ono: byłem na pieprzonej wojnie, synu, więc nie myśl, że mnie nabierzesz.

– Synu – powiada Pop, rzucając mi to swoje wietnamskie spojrzenie – wzdychasz od rana. Wzdychałeś, zanim pobiegłeś na siłownię. Wróciłeś i dalej wzdychałeś. A teraz wzdychasz, chociaż domki, które pokazują w telewizorze, nie są warte tego, żeby na nie splunąć. Chodzi o kobietę? Powiedz, poznałeś jakąś kobietę?

– Znam mnóstwo kobiet.

– Nie mówię o polowaniu na przepiórki.

– Polowanie na przepiórki?

Pop przewraca oczami.

– Laski! Dziunie! Podobno jesteś z pokolenia bystrzaków!

Mrugam osłupiały.

– Chodzi mi o to, że nigdy dotąd nie wzdychałeś z powodu dziewczyny. I wnioskuję z twego zafrasowania, że spotkałeś kobietę, do której warto wzdychać. Wyjątkową.

Wyjątkową.

Wracam myślami do Livii. Przypominam sobie gęste włosy o barwie kawy z odrobiną śmietanki; znów mam przed oczami gładką skórę koloru jasnego bursztynu. Myślę o tym, jak broniąc swej młodziutkiej przyjaciółki, stawiła czoło mnie i całemu ciału pedagogicznemu. I zaraz przychodzą mi na myśl jej legginsy – takie obcisłe i cienkie, że mógłbym rozedrzeć je gołymi rękami, żeby dorwać się do tego cudownego tyłeczka, który się w nich nie tyle skrywał, ile…

Tak, Livia bez wątpienia ma w sobie coś wyjątkowego.

– No widzisz, mój chłopcze, znowu wzdychasz.

– Okej, okej, Pop. Wczoraj podczas służby natknąłem się na babeczkę… Piękną i charakterną, i… – szukam właściwego słowa – Kruchą?

Kręci głową.

– Nie rzucaj się na ratunek dziewczynie tylko dlatego, że wydaje ci się, że wpadła w tarapaty. Całkiem możliwe, że wcale nie potrzebuje ratunku, a zwłaszcza nie potrzebuje, żeby ratował ją ktoś taki jak ty.

Rozlega się dzwonek. Dzwoni raz. A potem jeszcze cztery razy, raz po raz, jakby ktoś nie umiał sobie odmówić przyjemności szturmowania naszych drzwi. Albo nie mógł się doczekać, kiedy otworzę. Wiem, kto to.

Opuszczam nogi na podłogę i wstaję z kanapy.

– Ktoś taki jak ja? Do licha, przecież jestem policjantem. Moja praca polega między innymi na ratowaniu dziewczyn w tarapatach.

– Nie myślałem o twojej robocie. Tylko o polowaniu na przepiórki.

Otwierając drzwi, mamrocę pod nosem:

– Nadal nie rozumiem, co to znaczy „polowanie na przepiórki”.

Na ganku stoi mój szwagier Phil. Jedną ręką podtrzymuje smacznie śpiącego malucha, drugą ciągnie czteroletniego podskakującego jak piłka Keona. Wiem, że to mój siostrzeniec tak wariacko wciskał dzwonek.

– A, polowanie na przepiórki – mówi Phil, wlokąc synów przez próg. – To stary slang beatników. Chodzi o podryw.

– No widzisz? – cieszy się dziadek. – Tylko ty nie wiesz, co to znaczy, Chase.

Keon pędzi prosto do dziadka, wskakuje na niego i chwyta iPoda.

– Pop! Ant Smasher!

Na dźwięk tych słów Josiah unosi śpiącą główkę z ramienia ojca. W mgnieniu oka wykręca się z opiekuńczego uścisku, zgrabnie ląduje na podłodze i nie wypuszczając smoczka z buzi ani pluszowego cielaczka z rąk, pędzi do swego pradziadka. Po krótkiej chwili chłopcy siedzą zadowoleni po obu stronach Popa i wspartego na jego brzuchu iPoda, a on wygląda na jeszcze szczęśliwszego od tulących się do niego wnuków, których kędzierzawe główki ogarnia sękatymi palcami rąk upstrzonych plamami wątrobowymi.

Odwracam głowę do Phila i wyciągam rękę po torbę z rzeczami chłopców.

– Niezły strzał z tym polowaniem na przepiórki.

– To nie było całkiem fair. W tym semestrze przerabiam ze studentami literaturę amerykańską z lat pięćdziesiątych. Przez ostatnie trzy tygodnie nie czytałem nic poza poezją beatników.

Phil jest wykładowcą literatury amerykańskiej na University of Missouri w Kansas City. W czwartki oboje, on i moja siostra, pracują wieczorem, a wtedy ja opiekuję się siostrzeńcami. Kocham ich nad życie, te dwa przebojowe kłębuszki energii z dołeczkami w pulchnych policzkach. Zrobiłbym dla nich wszystko, co oznacza, że staram się być nie tylko najlepszym wujkiem na świecie, lecz także wzorem policjanta.

Rzecz w tym, że Phil jest czarnoskóry. Z czego wynika, że ciemną skórę mają również moi siostrzeńcy. I jeśli przypomnicie sobie incydenty z udziałem policji i czarnoskórych obywateli, do jakich dochodziło w ostatnich czasach, to zrozumiecie, dlaczego te lata nie zawsze były dla naszej rodziny łatwe.

Pracuję nad tym, staram się uczyć i słuchać. Phil pomógł mi napisać wniosek o wyposażenie funkcjonariuszy w kamery, ja z kolei chodziłem na jego zajęcia i opowiadałem studentom o takich aspektach pracy w policji, które nie są oczywiste dla laików. Zdarzały się nam trudne chwile, trudne rozmowy, wielu rzeczy wciąż nie wiem, ale nie ustajemy w wysiłkach. Podejmujemy je dla Megan – mojej siostry i żony Phila. I dla Keona i Josiaha, którzy w tej chwili piszczą z radości i prześcigają się w zwalczaniu kolejnych zastępów owadów zalewających ekran, ku rozbawieniu chichoczącego Popa.

Phil wita się z Popem, a po drodze do drzwi szybko objaśnia zawartość torby z oprzyrządowaniem dla malców.

– JoJo nie chce dziś jeść niczego prócz winogron, ale gdyby Megan pytała, powiedz, że jadł warzywa i białko. Ona ostatnio strasznie się przejmuje piramidą żywienia.

– Jasne. Ale jeśli przyłapie mnie na kłamstwie, to cię sprzedam.

Phil kręci głową.

– Stary chłop, a boi się młodszej siostry.

– Na pewno ją znasz? Jasne, że się jej boję.

Szwagier milczy przez chwilę, po czym uśmiecha się i przyznaje:

– Ja też.

Wychodzi, a ja myślę o swojej siostrzyczce. Jej imię w ustach Phila przywiodło mi na myśl obraz… obraz ciemnookiej szatynki w legginsach…

Livia wspominała, że pracuje ze swoją nastoletnią podopieczną w bibliotece. Czy to znaczy, że jest bibliotekarką? Mowy nie ma. Megan pracuje w bibliotece od trzech lat, nieraz ją tam odwiedzałem i na pewno nie przegapiłbym Livii, gdyby się tam pojawiła.

Może zatem jest mentorką lub korepetytorką? Wiem, że mentorzy chętnie spotykają się z podopiecznymi właśnie w bibliotece. Albo może jest wolontariuszką?

Tak czy siak, Megan będzie wiedzieć. Zna każdego, kto pojawia się w jej królestwie. A już na pewno kogoś takiego jak Livia, kto aż się rwie do konfrontacji z policją, szkołą i wszelkimi innymi autorytetami.

Uśmiecham się do siebie, bo przypomina mi się, jak porwała tablicę z rąk swej podopiecznej i uniosła wysoko w powietrze. Ciekawe, czy w moim łóżku też będzie taka namiętna, bo co do tego, że się tam znajdzie, nie mam najmniejszych wątpliwości. W końcu jestem Chase Kelly. Jeśli pragnę kobiety, to ją zdobywam… szybko i łatwo. Pora przestać się gryźć brakiem rozstrzygnięcia w sprawie kamer i wracać do gry.

Do mojej ulubionej gry.

Chwytam portfel i telefon i zerkam w lustro na swoje odbicie w dżinsach i T-shircie Kapitana Ameryki. I jak na seksownego drania, którym jestem, przystało, zarzucam na ramię torbę z pieluchami i resztą dziecięcych bambetli, po czym wyprowadzam z garażu wózek dziecięcy Red Flyer. Wracam po siostrzeńców, gotów przekupić ich obietnicą winogron i tylu książeczek z obrazkami, ile tylko zdołają unieść.

– Kto chce odwiedzić mamę w pracy?

Rozdział 3

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

Spis treści:
Okładka
Karta tytułowa
Rozdział 1
Rozdział 2
Rozdział 3
Karta redakcyjna

TYTUŁ ORYGINAŁU:

Hot Cop

Redaktor prowadząca: Ewelina Sokalska

Opracowanie językowe tekstu: TYPOwydawnicze.pl

Opracowanie graficzne okładki: Łukasz Werpachowski

Zdjęcie na okładce: © Sara Eirew

Copyright © 2017 Laurelin Paige and Sierra Simone.

All rights reserved.

No part of this book may be reproduced in any form or by any electronic or mechanical means, including information storage and retrieval systems, hout written permission from the author, except for the use of brief quotations in a book review.

Copyright © 2017 for Polish edition by Wydawnictwo Kobiece Łukasz Kierus

Copyright © for the Polish translation by Marcin Stopa, 2018

Wszelkie prawa do polskiego przekładu i publikacji zastrzeżone. Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem jakiejkolwiek techniki całości bądź fragmentów niniejszego dzieła bez uprzedniego uzyskania pisemnej zgody posiadacza tych praw jest zabronione.

Wydanie elektroniczne

Białystok 2018

ISBN 978-83-66134-57-7

Bądź na bieżąco i śledź nasze wydawnictwo na Facebooku:

www.facebook.com/kobiece

Wydawnictwo Kobiece

E-mail: redakcja@wydawnictwokobiece.pl

Pełna oferta wydawnictwa jest dostępna na stronie

www.wydawnictwokobiece.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Rek