Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Nic nie jest tym, czym się wydaje.
Mieszkaniec Mojegomiasta, były ratownik medyczny, postanawia poprawić swój status materialny i wkroczyć w świat wielkich pieniędzy. Handel nieruchomościami to dla niego nie tylko biznes, lecz gra, w której wszystkie chwyty są dozwolone. Bezwzględny, przebiegły, z psychopatycznymi skłonnościami – zrobi wszystko, by sprzedać nawet najgorszą ruderę za fortunę. Balansuje na granicy prawa, wikłając się w podejrzane interesy i obraca kryptowalutami, licząc na jeszcze większy zysk.
Za wielkimi pieniędzmi krok w krok podążają jednak wielkie kłopoty. Brutalna, okupiona krwią rywalizacja wkrótce odciśnie na nim piętno. A w głowie bohatera zacznie narastać chaos, który zatrze granice między jego omamami a rzeczywistością…
Co się wydarzy, kiedy całkowicie znikną?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 527
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tomasz Mitra
Historia współczesna
Słowa palą, więc pali się słowa
Nikt o treści popiołów nie pyta
Ale moja ze Stwórcą rozmowa
Jak Syn Jego do drzewa przybita
Jacek Kaczmarski, Marcin Luter
Ze wszystkiego, co napisano, to tylko miłuję, co ktoś pisze własną krwią. […] Kto pisze krwią i przypowieści pisze, ten nie chce, aby go czytano, lecz aby uczono się go na pamięć.
Friedrich Nietzsche, To rzekł Zaratustra
I came from nothing before nothing began
Broke the window of existence and became a man
No sympathy for fools, my star is black and burned
I tilt towards the light, I suck your souls into my might
Bruce Dickinson, Starchildren
Istnieją dwa rodzaje przebudzeń po melanżu. Ten gorszy, kiedy goła rzeczywistość w całej swojej okazałości zwala się na twój zaorany, bezbronny układ nerwowy i staje się pożywką dla mocno depresyjnych refleksji, oraz ten lepszy, któremu wciąż towarzyszą resztki niezmetabolizowanych używek.
Moja wczorajsza przyjaciółka miała mniej szczęścia ode mnie. Siedzi obok cała napięta, skulona, przyciska do piersi złączone kolana i trzęsąc się, patrzy w okno.
Właściwie to nie tyle w nie patrzy, co po prostu jest ode mnie odwrócona. Nie ma nic na sobie. Długie czarne włosy zakrywają połowę jej tułowia, a głowa zasłania mi słońce, które niewątpliwie ją razi.
Wygląda jak uosobienie poczucia winy, wstydu i rozpaczy. Jakby ktoś złożył ją w ofierze czemuś, co czai się za oknem.
W przypływie pijackiej przenikliwości, tej złośliwej, która wprowadza umysł w tryb bezwzględnego sarkazmu, mam ochotę parsknąć śmiechem, ale w ostatniej chwili się powstrzymuję. Przyglądam się jej. W sumie to podoba mi się ta sytuacja. Dziewczyna nie zwykła sypiać z nowo poznanymi typami, a więc ten seks był prawdziwie przygodny w pełnym tego słowa znaczeniu. Kilkanaście godzin temu, kiedy wychodziła z domu, po prostu miało go nie być.
Na ułamek sekundy przechodzi mi przez myśl, żeby ją przytulić w jakimś banalnym geście okazania zainteresowania, ale pomijając fakt, że siedzi naga na moim łóżku, to jest mi absolutnie obca i, co za tym idzie, obojętna. Przytulanie jej teraz byłoby kompletnie nieszczere.
Patrzę tak na nią jeszcze przez chwilę. Trzymając się za ramiona, wygląda, jakby próbowała hamować drżenie własnego ciała. Odgarniam kołdrę, głośno nią szurając, żeby zrozumiała, że się obudziłem i wstaję. Dziewczyna nie reaguje. Bezskutecznie próbuję przypomnieć sobie jej imię. W końcu ubieram się i wychodzę z sypialni. Zamykam za sobą drzwi, żeby dać jej czas dla siebie.
***
W salonie jest pusto i nawet schludnie. Raper razem z jej koleżanką ulotnili się dość kulturalnie: butelki poustawiane w rządku przy szafkach, szkło razem z popielniczką w zlewie, drzwi na taras lekko uchylone, poduszki poukładane na narożniku. Jedyne, co zostało na stoliku, to bletki i trochę skruszonego tytoniu. Nie ma ani śladu po niedozwolonych substancjach.
Na parapecie, z uniesioną za głowę tylną łapą, jak jakaś baletnica, siedzi Skurwiel. Wróble na tarasie oderwały go od lizania się. Nie podrywa się do nich, bo wie, że odlecą, jak tylko postawi łapę na wycieraczce. Siedzi więc tak w zawieszeniu i gapi się w okno, trochę jak tamta w sypialni. Wołam go po imieniu, ale kot nie reaguje. Na podłodze w aneksie jego miska jest pełna żarcia. Raper zadbał nawet o to.
Zaczyna mnie bezlitośnie korcić wóda, jednak perspektywa pozostania samemu w mieszkaniu powstrzymuje mnie przed wprowadzeniem się w stan większej euforii. Poza tym jest niedziela po dziesiątej i w każdej chwili może wpaść jakaś robota.
Ojcowie naszego dobrobytu, ci lepiej sytuowani wyrabiacze PKB, najczęściej dzwonią do mnie właśnie w niedzielę rano, kiedy okazuje się, że po sobotniej nocy świat się nie skończył i jednak trzeba żyć dalej.
Tak więc, żeby spowolnić proces zjazdu promili, ale nie odwracać go całkowicie, wyciągam z lodówki whisky i colę. Gdy wrzucam do szklanki lód, słyszę jej ruchy w sypialni. Wciskam przycisk na czajniku.
– Dasza!
Drzwi się uchylają, lecz dziewczyna nie wychodzi. Wypijam pół szklanki drinka. Mieszanka chłodu, gazu, całego tego muszkatołowo-waniliowego czegoś i Jacka Danielsa sprawiają, że czuję się, jakbym wlał w siebie kilka łyków najbardziej pierwotnego eliksiru życia. Mało jest lepszych rzeczy na świecie. Oczywiście, ruchanie jest lepsze, ale ten pierwszy łyk, wpadający w całkowicie wysuszone gardło, plasuje się niewiele dalej.
– Nie ma jej – mówię. – Kawy?
Gdy tylko pojawiamy się w swoich polach widzenia, dziewczyna nerwowo zarzuca włosy z czubka i z tyłu głowy na twarz, tak żeby całkowicie ją zakryć. Teraz, gdyby miała na sobie piżamę zamiast bluzki i dżinsów, wyglądałaby jak zjawa z okładki klasyki horroru.
Patrzę na nią i nie kryję zaciekawienia. Ona bacznie obserwuje mnie spomiędzy włosów. Zaczynam odczuwać ulgę, że jednak się ruszyła.
– Gdzie jest Daria?
Ma niski, ale bardzo kobiecy głos. Przypominam sobie, że miała wschodni akcent, mniej szorstki od ruskiego i nie tak melodyjny jak ukraiński. Pewnie Białoruś. Obraca głową powoli, tak by nie bujnąć włosami, i omiata spojrzeniem salon.
– Poszła. – Zalewam dwie filiżanki. – Nie mam cukru. Ani mleka. Chyba że chcesz drinka.
Jej głos i sylwetka przypominają mi kilka scen. Była biernie bezczelna, w sensie, żarliwie godziła się na wszystko, co jej gadałem, upalony i najebany, a na wszelkie prowokacyjne pytania, które zadawałem jej dla zabawy, reagowała przeciągającym się „taaaak”, a może nawet „daaaa”, już nie pamiętam. Raper, o ile był jeszcze wtedy w pokoju obok, na pewno mi o tym opowie.
Teraz jest napastliwie pochylona. Trzyma ręce wyprostowane wzdłuż tułowia i zaciska pięści po damsku – z odstającymi kciukami.
– Więc? – pytam.
Stoimy tak przez chwilę. Zastanawiam się, czy aby w którymś momencie nie przegiąłem i w całym tym rauszu nie przeoczyłem jej nad wyraz delikatnej aparycji. No i faktu, że ma niewiele ponad dwadzieścia lat.
Wreszcie przyjmuje nieco mniej bojową postawę. Podchodzi do blatu bez słowa, podnosi filiżankę do ust, ledwo odgarniając sprzed nich włosy.
Kolejny przebłysk: te usta zaciskają się na moich palcach, mocno, razem z zębami.
– Jeszcze za gorąca… – mówię.
– Dlaczego ona poszła beze mnie?! – Dziewczyna parzy się kawą.
Robię w jej kierunku krok. Ona się wzdryga, jakby stwierdziła, że musi jakkolwiek na niego zareagować. Podchodzę bliżej. Kładę dłoń na jej potylicy, zapraszam ją do siebie naciskiem. Powolnym ruchem przykłada czoło do mojej klatki. Jej szyja jest napięta, głowa nieważka. Zwietrzałe perfumy ledwo przebijają się przez duszny zapach ciała i wydają się dziwnie znajome. Wsuwam palce w jej włosy i nagle wiem, że ciągnąłem za nie dość mocno.
– No dobra. Pokażesz mi buzię? – pytam.
– Nieee… – Głos nieco spotulniał, a głowa wreszcie zrobiła się ciężka.
– Masz ślady? – pytam ostrożnie.
Milczy.
– Panie doktorze, ma pan czasem ochotę komuś przypierdolić?
Wpatruję się w każdą kolejną kroplę kroplówki tak, jakbym miał je wszystkie policzyć. Kroplówka kapie wolniej, niż powinna, bo skończyły mi się płyny infuzyjne w bagażniku, chcę więc ostatnim dwóm nadać szczególne znaczenie, tak żeby mniejsza ilość zastosowanych specyfików nie ujmowała nic randze mojej wizyty. A moja wizyta, mimo że w szerszym ujęciu kompletnie nieistotna, bo do żadnej przestrzeni nie wprowadza trwałych, namacalnych zmian, to z definicji, tu i teraz, musi być bardzo ważna i skomplikowana. Bo w końcu biorę za nią niemałe pieniądze.
Klient, do którego przyjechałem, jest właścicielem jednej z większych w Moimmieście sieci komisów samochodowych. Jest po pięćdziesiątce i wygląda posępnie jak jakiś kruk albo lew Skaza, a jego skacowana mina to nic innego jak naturalny błysk skurwysyństwa i wieczna tęsknota za brakiem bycia dojrzałym facetem. Ma w sobie coś chwiejnego, jakąś pierwotną agresję, którą nauczył się tłamsić, ale struktura tej agresji wciąż jest wyryta w jego oczach. Lubię go, a nie wszystkich klientów lubię. Większość z nich to bezwładne kluchy, które trzęsą się nad własnym zespołem abstynencyjnym jak nad wyrokiem sądu.
W jego przypadku ciężko jest nawet mówić o jakimś zespole, to zwykły kac, z tym że po trzech, czasem czterech dniach picia, czyli standardowo, mniej więcej od środy.
Całe to tak zwane odtruwanie, które serwuję mu co kilka tygodni, ma za zadanie załagodzenie jego relacji małżeńskich i stworzenie pozoru chęci wyjścia z nałogu. Do tego ma wymiar sentymentalno-refleksyjny: facet musi pogadać z kimś, kto dalej bierze czynny udział we wszystkim, za czym tak mu tęskno, ale do czego nigdy nie wróci. Nie wróci, bo hamuje go wrodzona, genetyczna męska świadomość, że nie zostawia się kobiet, które szczerze się o ciebie martwią, niezależnie od tego, jak bardzo znajomo wyglądają ich cycki.
– Jak to chłop. – Wzruszam ramionami. – A co?
Przed wyjściem dopiłem whisky, poprawiłem dwiema kawami, zeżarłem cztery tabletki magnezu i zapiłem to wszystko sokiem z cytryny. Wziąłem szybki prysznic, zgoliłem zbędny zarost, wypaliłem dwa papierosy i byłem prawie jak nowy. Na koniec wskoczyłem w nowoczesny inteligencko-średnioklasowy outfit, czyli szarą wypuszczoną koszulę, czarne dżinsy i granatowe trampko-pantofle, w sensie te modne teraz półbuty, chuj wie po co stylizowane na halówki.
Mimo wszystko klient patrzy na mnie porozumiewawczo, sugerując, że nie musiałem. Wszystko rozumie i kompletnie mu to nie przeszkadza, mogłem przyjść tu w dresie i z puszką piwa.
Leży na wprost mnie. Przykrywa go wełniana kołdra w nieskładne wzorki, taka, jakimi w dziewięćdziesiątych handlowali domokrążcy. Z góry rzuca na niego wątłe światło staroświecki kinkiet z wolframową żarówką, umocowany na boazerii, taka niby-świeca, przez co klient wygląda jak jakaś postać na płótnie. Jedną rękę, tę, w której sterczy wenflon, ma wyprostowaną i odwiedzioną w bok, dłoń drugiej leży na masywnym kajecie w twardej oprawie.
Na kacu zawsze wyłapuję takie drobne szczegóły, aż zaczynają mnie męczyć. Za dużo tego. Zastanawiam się, po co mu teraz ten kajet.
– Bo ja mam – oznajmia klient. – Nie to, że zawsze, i nie to, że komuś konkretnie… Rozumie mnie pan – mówi coraz szybciej – tak ogólnie, czasem, po pijaku, kiedy nic się nie dzieje i wszyscy dookoła zaczynają zanudzać…
– To absolutnie normalne.
– … i wtedy zawsze muszę powiedzieć o tym żonie. – Klient przyspiesza jeszcze bardziej, z narastającą złością, jakby na siebie samego za to, że w ogóle mi o tym opowiada. – Zawsze mówię jej wtedy, że ją kocham i że bym kogoś zajebał tym krzesłem przez łeb! – kończy, robiąc wydech pełen ulgi. – I boli mnie wtedy coś w środku tak… – Łapie się gdzieś między mostkiem a żołądkiem. – Rozumie pan?
Znacząco kiwam głową. Kołuje mi się we łbie.
Kiedy tak leży, opary ostatniego drinka przynoszą mi skojarzenie Grzegorza z jakąś postacią, taką ze starej ryciny, jakąś alegorią. Symetryczną i umiejscowioną na środku, prawie bez tła, która jedną łapą pokazuje albo trzyma coś, co ma być przeciwieństwem albo nawiązaniem do tego, co trzyma w drugiej. Nie potrafię sobie tego zwizualizować, mam tylko nieme skojarzenie. Nawet pasuje. Powiedzmy, że do jego jednej łapy kapie życie, kroplówka w sensie, a druga trzyma plan na życie, czyli ten kajet. Domorosła filozofia gotowa. Teraz wystarczy dorysować mu jakieś rogi czy inną aureolę i można by mamić amatorów patosu opowieściami o harmonii, sprawiedliwości czy połączeniu z kosmosem.
Mądrze dysponuj tym, co dostajesz, nie nadużywaj, nie skąp. Owoce twej roztropności zwrócone ci będą, albowiem każdy, kto dostaje energię i przemienić ją w dobra dnia codziennego potrafi, otrzyma ją ponownie, gdyż Wszechświat sprawiedliwy jest. Czerp życie i dawaj życie, a kroplówka i kajet niech symbolem ci pozostaną…
Powinienem pisać przemowy dla hochsztaplerów.
– Na tym polega facet, że ma ochotę czasem coś rozwalić. Albo kogoś. I to na trzeźwo, a co dopiero po wódzie… – mówię.
– Powie pan to jej? – Grzegorz spuszcza wzrok.
– Panie Grzegorzu, nie powiem. Niech pan się nie gniewa, ale nie taka jest moja rola.
– No tak, tak… Ale ona ze mnie wariata robi. – Znowu podnosi oczy, jakby się zrestartował i nakręcił od nowa. – Ja mogę tam iść, co tam, ja jestem świadomym człowiekiem, panie doktorze, ja mogę iść do psychiatry! Nawet kolonoskopię ostatnio pozwoliłem sobie zrobić, no bo nalegała, to myślę, idę, skoro trzeba to trzeba, trudno. Rozumiem, wiek, grupa ryzyka, kuuurwa… – Grzegorz macha ręką, prawie wyrywając wenflon, po czym wzrusza ramionami. – Panie doktorze, mnie naprawdę nie trzeba tego wszystkiego tłumaczyć. No ale co ja mu powiem, temu psychiatrze?! Że jak wypiję litra, to w ryj muszę dać?! No da pan spokój, przecież ja zrobię tam z siebie debila!
Żal mi go. Nie powinno go tu być. Nie wpisuje się w schemat przeciętnego życia.
– To do AA już nie wysyła? – Próbuję zmienić temat.
Skrzypienie schodów sprawia, że oboje milkniemy.
Za każdym razem jej kontrola wygląda dokładnie tak samo: wchodzi, staje między nami, zaznaczając tym swoją obecność, po czym składa z przodu dłonie i półszeptem pyta go o samopoczucie. Nie wyróżnia się niczym szczególnym: blondynka sporo po czterdziestce, jakich wiele, udomowiona, nie za gruba. Ton, którym do niego mówi, jest dosłownie matczyny. Grzegorz zazwyczaj odpowiada sztucznie przybitym głosem, że doktor to, doktor tamto, że wątroba zdrowa i że trzeba jeść dużo pomarańczy, a złe samopoczucie to od przepracowania i niewyspania, nie od alkoholu, bo przecież wątroba zdrowa.
Nie dementuję, mimo że niczego takiego mu nie mówię, bo raz, że wóda psuje nie tylko wątrobę, a dwa, jak niby miałbym mu ją zdiagnozować bez chociażby badań laboratoryjnych. Mało tego, ten facet będzie miał enzymy wątrobowe w normie po roku abstynencji i diety niemowlęcej, czyli prawdopodobnie nigdy.
W zasadzie nawet nie muszę kłamać, bo ona sama nigdy się do mnie nie odzywa, poza powiedzeniem „dzień dobry” na powitanie i „do widzenia” podczas rozliczania się, bo tak już jest, że nie wiedzieć czemu, to ona się ze mną rozlicza.
Prawdopodobnie, gdyby mogła decydować o wszystkim, Grzegorz nie korzystałby z moich usług. Zapewne uważa, że to właśnie możliwość szybszego postawienia na nogi po dłuższym okresie picia sprawia, że jej mąż nie chce podjąć właściwego leczenia. I całkiem możliwe, że ma rację. Z drugiej strony, może być tak, że ona wcale nie respektuje tego typu kuracji na szybko, na telefon. Nigdy nawet nie spytała, co mu wlewam do żyły.
Próbowałem to kiedyś tłumaczyć Grzegorzowi, ale mało go to interesowało, naciskał tylko, żeby robić cokolwiek, by zrobiło mu się lepiej.
Zresztą kobiety jej pokroju z reguły mnie nie lubią. Prawdopodobnie z tych samych względów, z których lubią mnie ich mężowie.
Szarpie za klamkę.
– Grzegorz, nie ma go. – Za plecami słyszę zmarnowany głos.
Odwracam się.
Wychyla się zza drzwi. Jest niespokojna. Mimowolnie kieruje na mnie spojrzenie i na chwilę się zawiesza, jakby coś sobie przypomniała, po czym znów patrzy na męża.
– Zapłaciłaś z góry? – Grzegorz pyta z przekąsem.
– Grzegorz! – krzyczy.
– Dobra, dobra… – Grzegorz otwiera kajet i łapie za telefon. – Księdza! Księęędza, ratunku! – Podśmiechuje się, fajnie tak, jadowicie.
Grzegorz podnosi telefon i nie dotykając nim ucha, z aktorskim zadowoleniem i satysfakcją, jak ktoś, kto nie ma wątpliwości co do tego, co się za chwilę wydarzy, po paru dłuższych sygnałach zrzuca połączenie lekkim, triumfalnym muśnięciem ekranu.
– Jak kamień w wodę… święconą – mówi – albo renta na tacy, przepadł!
– Grzegorz…
Dobitność komunikatu nie pozostawia złudzeń, że od tej pory nie powie już niczego, co mogłoby ją zdenerwować. A szkoda, bo mogłoby być zabawnie. Z drugiej strony, to już ostatnie chwile jego elokwencji. Dwie godziny temu miał zaledwie pół promila.
– A nie pomyślałaś, kochanie, żeby tak poprosić doktora, żeby zbadał mamusię? – Grzegorz nagle spotulniał. – Ja wszystko wiem, ja cię rozumiem, ale jak widać, i tak musimy czekać… Co?
***
Nie jestem lekarzem. Kiedyś byłem ratownikiem medycznym – wystarczająco długo i intensywnie, żeby dzisiaj bez żadnych rozterek uprawiać medycynę kroplówkowo-psychologiczną, czyli opartą na cudownym działaniu magnezu, glukozy, midanium i właściwie dobranych słów. Dziesięć lat naprawiania ludzkich organizmów w krytycznych sytuacjach, wszystkich tych wypadków, niewydolności oddechowych i reanimacji, wymieszanych z niekończącymi się wizytami do osób cierpiących na starość, niedołężność i ciemnotę po prostu sprawiły, że mogę.
Nie mówię tego klientom, bo oni lubią mieć przed sobą doktora, takiego prawdziwego, z dyplomem i specjalizacją. W sumie, ich prawo. Płacą, to wymagają. Ja na przykład, jakby co, to jestem anestezjologiem.
Inna kwestia, że nie robię tego zbyt często. W ogóle nie muszę tego robić. Zabawa w doktora prawdopodobnie nie przynosi mi nawet jednego procenta wszystkich przychodów, ale jest to ostatnie zajęcie, przy którym realnie coś robię, to znaczy wykonuję jakieś czynności. Prawdziwe, manualne. No i ostatecznie nie po to studiowałem, a potem przez dziesięć lat dosłownie mieszkałem na dyżurach w różnych szpitalach i pogotowiach, żeby niczego z tego nie mieć. Powiedzmy, że ta moja nielegalna prywata to swoista zemsta na systemie. Po prostu muszę urwać swój kawałek tortu, dla zasady.
Mamusia urzęduje na parterze, w niewielkim salonie z osobnym wejściem i ogródkiem. Na dzień dobry w moim kierunku leci wiązanka, taka niezbyt wyszukana, głównie z „kurew jebanych”, czasem przerzedzonych „kurwą popierdoloną”. Właśnie nie „pierdoloną”, tylko „popierdoloną”, czyli zwariowaną, ładnie tak, poetycko. Mamusia patrzy na mnie niewzruszenie. W powietrzu intensywnie pachnie lakier, którego część zlepia jej włosy w watę cukrową, a część ewidentnie wylądowała na swetrze, sukience i spodniach dresowych, które wszystkie ma na sobie.
To najbardziej obrazoburcza postać alzheimera, kiedy senior, jeszcze nie tak dawno całkiem milutki, nagle rozrzuca wszystko dookoła, krzyczy i bluzga na wszystkich, w tym na dzieci i wnuki. Dokładnie ten sam senior, który jeszcze rok temu potrafił wzruszać się na filmach, robić sobie kanapki i w miarę ogarniać dni tygodnia.
Ludzi zazwyczaj taka sytuacja przerasta. Często sami wtedy wariują, chyba myśląc, że mamusia ich nie kocha, czy tam nigdy nie kochała. Popadają w depresję, a na koniec oddają mamusię do domu opieki albo innej umieralni.
A to przecież tylko mózg, który psuje się z wiekiem. W konkretny, specyficzny sposób.
– Pani Gieniu, dzień dobry. Jak zdrówko? – mówię do niej jak do dziecka.
Na górze córka pokazała mi dokumenty ze szpitala i leki. Powiedziała, że już dwa dni nie daje do siebie podejść, ani się nakarmić, ani w ogóle nic. W łazience porozrzucała kosmetyki i stłukła lusterko. Śmiesznie, bo to taka żwawa babinka, przy tuszy. Zapewne ciężko im było ją spacyfikować. Już widzę Grzegorza, jak gania za nią pijany, z tą swoją miną umierającego buldoga, mamrocząc w kółko: „niechże mamusia wreszcie usiądzie”.
Powiedziałem im, że jeżeli jest nagła zmiana stanu świadomości, to generalnie trzeba mamusię jak najszybciej wsadzić do tomografu, żeby sprawdzić, czy na przykład nie podkrwawia do mózgu, a do tego czasu to nie powinna nawet chodzić.
Spojrzała podejrzliwie, z przykrością i poprosiła, żebym tylko rzucił okiem, a dalej że sobie poradzą, bo do szpitala to absolutnie nie, bo niby była pół roku temu na żylaki, a ledwo wyszła i więcej nie chcą.
No to nie naciskałem. Dziwne podejście jak na kogoś, kto mężowi robi wszelką profilaktykę, no ale w końcu nie moja babka. W pogotowiu, w analogicznych sytuacjach odczuwałem ulgę, że gdzieś jest problem, ale to nie mój problem. Dobrze jest być gdzieś tylko przez chwilę, robić swoje, ale jednocześnie rozumieć, że kompletnie cię to nie dotyczy.
Gienia nie odpowiada. Ogląda mnie z zainteresowaniem, jakbym miał wykonać dla niej jakąś sztuczkę.
– To jak? – pytam.
Cisza. Ziewa szeroko i widać, że ma drogie protezy.
W sumie to nic tu po mnie. Oddycha prawidłowo, skóra, jak na jej wiek, nawet pełna koloru, twarz symetryczna. Niczego więcej nie wybadam. Nawet nie dam jej haloperidolu do wypicia, bo pewnie rzuci we mnie szklanką.
– KURWAAAAA!!! – Gienia nagle się wydziera i ten krzyk jest jak zryw, gwałtowny, jakby chciała mnie nim przebić, jak włócznią.
Siedzi przy tym spokojnie, mięśnie jej twarzy są napięte tylko na tyle, żeby otwierać usta i wydobywać z nich dźwięk. Nie ma tam żadnej złości, żadnej mimiki. Jednocześnie coś ciężkiego zwala mi się na głowę, tak jakbym ostatecznie wytrzeźwiał i nastąpiło delikatne przestawienie trybu, z całej tej kontrolowanej nieważkości do całkowitego osadzenia w polu grawitacyjnym, ale dziwnie, nie tak jak zawsze. Jakbym w jeden moment musiał się skoncentrować, żeby zebrać do kupy wszystkie części ciała, bo inaczej bym się rozpadł na kawałki.
Gienia bezczelnie świdruje mnie wzrokiem. Jej twarz nabrała wyrazu w pełni świadomego człowieka.
– Mamusiu… – Żona klienta się niepokoi. Jest jej wstyd. Kręcę głową, że wszystko w porządku, i daję znak, żebyśmy wyszli.
– Na ten moment nic nie wymyślę – mówię jej w przedpokoju. – Zostawię pani taki lek i kiedy mama zechce pić, trzeba będzie go zakropić do wody. Na razie tyle. Jeżeli pani chce, możemy na siłę zrobić zastrzyk uspokajający, ale…
– Nie. – Składa ręce przed sobą i przybiera stanowczą minę, tak jakbym to ja ją o coś poprosił.
– No to nie – mówię. – Tak jak wspomniałem, szpital i diagnostyka, w przeciwnym razie proszę wezwać lekarza z rejonu.
Dziwnie mi. Powiedziałbym, że znowu kręci mi się w głowie, ale tak nie jest. Wszystko kręci się wspólnie, wiruje razem ze mną i z całym domem. Dzięki temu mogę normalnie stać i się nie zataczać. Ona cały czas patrzy na mnie w ten sam sposób. Gdyby coś teraz było ze mną nie tak, zauważyłbym to po niej.
Ani to nie kac, ani to nie alkohol, kurwa, nie da się być pijanym, potem trzeźwym, a potem nagle znowu pijanym. Znaczy, można, ale najpierw trzeba coś zjeść, a ja przecież jeszcze nic nie jadłem. Zresztą to zupełnie inne uczucie.
Dzwoni dzwonek do drzwi i nagle wszystko wraca do normy.
Łapię za poręcz i idę na górę, do Grzegorza.
Trzeba odpiąć go od kroplówki, wysłuchać do końca, zapytać, jakie ciekawe auta sprowadził, i upomnieć się o obiecaną przejażdżkę fordem F-650. Kazać mu jeść te pomarańcze, skoro tak lubi, i jednocześnie zakazać picia piwa, dopóki znowu nie siądzie do gorzały. Na koniec wypalić z nim jednego pod domem, zgarnąć od żony wypłatę i uciekać. Raper pewnie już czeka. Pewnie niedawno się obudził i pojechał prosto do Kojca, walnął ze trzy browary i już do mnie wydzwania. Na pewno, kiedy włączę dźwięk w telefonie, będę miał kilkanaście nieodebranych połączeń.
Sam chętnie zaraz walnę ze trzy i uspokoję te katusze.
A jutro rano wstanę, przebiegnę pięć kilometrów, wezmę prysznic i rozpocznę kolejny cykl. Włączę drugi telefon, laptopa i będę wyciskał z ludzi siano. Zarobię jutro, zarobię pojutrze i będę tak zarabiał dzień po dniu, tydzień po tygodniu, coraz więcej, w oczekiwaniu na to, aż gospodarcze następstwa pandemii i działań wojennych pozbawią ludzi oszczędności, pracy i zdolności kredytowej. Nie mogę się doczekać. Wtedy przyjdę do nich i ich kupię. Wynajmę, w sensie, do roboty. Do pięknych rzeczy. Do rzeczy, których nie zrozumieją i których dzisiaj by nie zrobili, ale będą je robić, bo nie będą mieli wyjścia. Rzeczy piękne i absurdalne.
Im wyżej wchodzę, tym bardziej kolejne stopnie kręconych schodów sprawiają wrażenie, jakby miały się oderwać i zlecieć razem ze mną w dół. Ktoś zaprojektował je tak, że wyglądają jak wbite w cienką drewnianą belkę zaledwie ułamkiem krawędzi. Byłem tu tyle razy i nigdy nie robiło to na mnie wrażenia. Chwytam się mocniej poręczy, próbuję się skupić i idę.
Gdzieś w połowie drogi z dołu słyszę mocarne „Szczęść Boże”. Takie ciężkie, ostateczne, jakby facet, który to wypowiedział, chciał tym zwrotem oddzielić wszystko, co było dotychczas, od tego, co dopiero nadejdzie. Jednocześnie w powietrzu pozostaje jakiś pogłos, ale to nie echo, bardziej pomruk, taki szlachetny, niski, kurwa, dający nadzieję…
No jebany zawodowiec.
Opuszczam głowę. Patrzę na księdza, a on na mnie. Żona klienta przegania mnie spojrzeniem.
Chłop wygląda, jakby miał w sobie bombę atomową. Wcisnął się w białą suknię z fioletową taśmą na szyi, a na głowie czarną szkatułkę z pomponem, jak jakaś miss abstrakcji i rozpierdolu.
I znowu wszystko wspólnie wiruje, kurwa, i tylko ja wiem, że wszystko wiruje, chyba nawet mocniej niż przedtem. To już chyba ten wiek, w którym układ nerwowy nie wybacza trzymania pionu na kacu. Po trzydziestce drugiego dnia trzeba albo leżeć, albo chlać dalej.
Ksiądz patrzy wyczekująco, cierpliwie. Pewnie dlatego, że się na niego gapię. Ma okrągłą twarz, ale jakby wcześniej była owalna, tylko ktoś poszerzył ją w Paincie. Spod tej szkatułki z pomponem wystają rude kłaki.
Facet sprawia wrażenie, jakby z każdą sekundą miał coraz więcej do powiedzenia. Jestem pewien, że mieli coś we łbie na mój temat.
– To tak nie działa – mówię w końcu, szybko, zanim się rozmyślę.
– Słucham?! – Żona się bulwersuje, dając tym samym do zrozumienia, że do tej pory jedynie mnie tolerowała.
– To nie może tak być – mówię. – Takie zabawy to dopiero wtedy, gdy psychiatra wykluczy swoje. Nie, nie. – Kręcę głową. – To nie może być tak, że…
– Panie doktorze! – przerywa mi głos Grzegorza z góry, dość sugestywny.
Jeszcze chwilę przeszywam księdza wzrokiem i idę. Żona zaczyna się produkować, przepraszając go za zaistniałą sytuację, mniej więcej tak, jak przeprasza się ważnego gościa, kiedy pies naszcza mu do butów.
Głośno, tak żebym słyszał.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji
Historia współczesna
ISBN: 978-83-8373-774-4
© Tomasz Mitra i Wydawnictwo Novae Res 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody Wydawnictwa Novae Res.
REDAKCJA: Monika Turała
KOREKTA: Anna Miotke
OKŁADKA: Wiola Pierzgalska
Wydawnictwo Novae Res należy do grupy wydawniczej Zaczytani.
Grupa Zaczytani sp. z o.o.
ul. Świętojańska 9/4, 81-368 Gdynia
tel.: 58 716 78 59, e-mail: [email protected]
http://novaeres.pl
Publikacja dostępna jest na stronie zaczytani.pl.
Opracowanie ebooka Katarzyna Rek
