Harda Horda. Antologia opowiadań - Ewa Białołęcka, Agnieszka Hałas, Anna Hrycyszyn - ebook
Opis

Kiedy kilkanaście kobiet łączy siły, powstają rzeczy wyjątkowe.

Dwanaście niesamowitych historii pełnych nostalgii i grozy. Wyrusz w niezwykłą podróż po zdumiewających światach, w których ludzkość próbuje radzić sobie ze skutkami katastrof spowodowanych przez naturę lub własną ignorancję, gdzie czasem pojawiają się chmury będące portalem do innego uniwersum, a w słowach niewinnej piosenki dla dzieci „Jaworowi ludzie” ukrywa się mrożąca krew w żyłach tajemnica.

Pierwsze wspólne dzieło stowarzyszenia Harda Horda. Grupy dwunastu znakomitych i nagradzanych polskich pisarek. Poznaj ich zjawiskową antologię o przekraczaniu granic.

Od kobiet dla kobiet. Ale nie tylko. Porywająca lektura dla wszystkich wielbicieli mrocznych klimatów.

***

Jaką barwę przybiera fantastyka widziana przez pryzmat twórczości dwunastu autorek, moich koleżanek po piórze? Ja mówię: indygo. Kolor duchowości, zadumy, niezwykłości i kontaktów z tym, co nadprzyrodzone. Zbiór otwiera się przed czytelnikiem jak album pełen różnorodnych, zaskakujących obrazów. Istny szkicownik z podróży po krainach pełnych magii, przygody, grozy, wizji alternatywnej przeszłości z odrobiną ironii, nostalgii, przestrogi lub humoru. Mapa kobiecej wrażliwości i natury. Zaciekawieni? Zatem sięgnijcie i przekonajcie się sami.
Maja Lidia Kossakowska, pisarka, dwukrotna laureatka Nagrody im. Janusza A. Zajdla
Dwanaście autorek, dwanaście opowiadań, dwanaście przekroczonych granic. Niektóre z historii aż się proszą o ciąg dalszy. Miejmy nadzieję, że ich autorki zechcą nas jeszcze kiedyś zabrać do swoich światów.
Anna Misztak
Nikt nie ostanie się po przejściu Hardej Hordy! Dwanaście ulubionych autorek, dwanaście opowiadań o tym, jak to, co fantastyczne, przenika się z rzeczywistym, dwanaście zupełnie osobnych światów. Przed naszymi oczami ożywają baśnie z dzieciństwa, zwykły dzień rozgrywa się trochę inaczej, statki kosmiczne ruszają z rozpadającej się Ziemi. Zobacz, co dzieje się pod jaworem i przy podwójnym księżycu. Przeczytaj, jeśli się odważysz…
Paulina Małochleb, krytyczka literatury, www.książkinaostro.pl

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 356

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


wstęp Anny Misztak

Przekraczanie granic

W czasie mojej, zakończonej już, kariery redaktor naczelnej serwisu Lubimyczytać.pl czytałam sporo dyskusji internetowych poświęconych książkom i literaturze – zarówno tych, które odbywały się w serwisie, jak i tych z innych portali czy pod postami na Facebooku. Czasami były śmieszne i na swój sposób pozytywnie odkrywcze, a czasami (nie wiem nawet, czy nie częściej) wprawiały mnie w osłupienie i odbierały chęć do dalszej lektury. Jednym z nagminnie przewijających się tematów była „literatura kobieca” – szeroko dyskutowano, czym jest to zjawisko, jeśli w ogóle można o takim mówić. Czy to osobny gatunek, a może podgatunek? Czy wypada się przyznawać, że czyta się literaturę kobiecą, czy lepiej skrzętnie to ukrywać? Nieustająco trwały kłótnie o zdefiniowanie pojęcia: czy „literatura kobieca” to literatura pisana przez kobiety, czy skierowana do kobiet, czy bohaterowie powinni być kobietami (najlepiej jeszcze kobiecymi), czy tematy poruszane w książkach muszą być kobiece. Celowo używam pojęcia „literatura kobieca” w cudzysłowie, ponieważ osobiście nie dzielę literatury na tę „kobiecą” i „męską” – owszem, płeć osoby piszącej z reguły ma dla mnie znaczenie, ale mniej więcej takie jak kolor okładki. I tak jak staram się nie oceniać książek po okładce, tak staram się nie wartościować książki na podstawie płci autora, a już zwłaszcza bez zapoznania się z treścią.

Jednym z najbardziej irytujących wątków, które przewijały się w dyskusjach, była kwestia jakości literatury fantastycznej pisanej przez kobiety – czy jest w ogóle warta czytania? Może się to wydać śmieszne, ale pojawiały się głosy, że kobiety nie powinny nawet być tłumaczkami powieści science fiction, bo w ogóle nie znają się na technice! Padały stwierdzenia, że jedna Ursula Le Guin wiosny nie czyni i poza nią to żadnej kobiety czytać nie ma sensu, bo to wszystko łzawe, ckliwe, różowe, same jednorożce, błyszczące wampiry i romanse paranormalne. Oczywiście czasami można było przeczytać wpis, że Ursula też pisać nie umiała, bo Ziemiomorze to nuda straszna i brak pomysłu na bohaterów.

Wiadomo, że takich dyskusji nie należy brać do końca na poważnie i się nimi przejmować, ale o czymś one świadczą. Tym bardziej jeśli pojawiają się regularnie.

Na szczęście grupa polskich pisarek fantastycznych postanowiła za nic mieć tego typu głosy, chociaż z ich wypowiedzi porozsiewanych po różnych wywiadach i osobistych wpisach w internecie można wywnioskować, że owszem – głosy te do nich docierają.

Z Hardą Hordą spotkałam się po raz pierwszy mniej więcej w drugiej połowie 2017 roku. Wtedy zwróciła się do mnie Aneta Jadowska z propozycją cyklu felietonów poświęconych sztuce pisania, które miałyby się co miesiąc ukazywać w serwisie. Wystarczyło mi tylko spojrzeć na listę nazwisk pisarek, które wchodziły w skład grupy, żeby wiedzieć, że jest to temat, którego nie powinnam przepuścić. Część z nich znałam bardzo dobrze, o części przynajmniej słyszałam, a pozostałe nazwiska kojarzyłam tylko z okładek. Ewa Białołęcka, Agnieszka Hałas, Anna Hrycyszyn, Aneta Jadowska, Aleksandra Janusz, Anna Kańtoch, Marta Kisiel, Magda Kubasiewicz, Anna Nieznaj, Martyna Raduchowska, Milena Wójtowicz, Aleksandra Zielińska. Pisarki doświadczone i dopiero zaczynające swoją przygodę z literaturą, starsze i młodsze, publikujące w wydawnictwach dużych i tych niszowych, mające na koncie powieści z gatunków fantasy, horror, sciencefiction, urban fantasy, dark fantasy czy też wydające głównie opowiadania w czasopismach i antologiach.

W felietonie otwierającym cykl Rok z Hardą Hordą Aneta Jadowska napisała, że grupa powstała jako układ kompletnie nieformalny. Ot, na początku dziesięć, a teraz dwanaście pisarek, które w internecie zaczęły się nawzajem wspierać, wymieniać uwagami, motywować do pracy, komentować swoje teksty, z czasem poczuły, że należy nadać temu jakąś formę. Wkrótce światło dzienne ujrzała towarzyska grupa literacka Harda Horda. „Nie mamy programu, nie unifikujemy się w jakąś formę jednego głosu literackiego, przeciwnie, doceniamy swoją różnorodność i to, że właściwie nie ma dwóch na dwanaście, które pisałyby choćby podobnie. Co nam daje grupa oprócz wsparcia i pogaduch? Dwanaście głosów czasem łatwiej usłyszeć niż pojedynczy, a już na pewno na poziomie marketingu”, pisała Jadowska.

Dziś, 8 marca 2019 roku, w Dzień Kobiet – po dwóch latach działalności Hardej Hordy – do rąk czytelników trafia antologia pod takim właśnie tytułem. Czego czytelnicy mogą się po niej spodziewać?

Motywem przewodnim antologii jest przekraczanie granic. Każda z autorek odebrała ten motyw inaczej, niektóre przeniosły na papier własne lęki i ograniczenia, inne stawiały swoich bohaterów wobec sytuacji trudnych, wymagających poświęcenia i odwagi, jeszcze inne przekraczały granice czasu i przestrzeni. Aby się rozwijać, trzeba iść do przodu, rzucać wyzwania samemu sobie i światu. Odkrywać nieznane lądy, także te literackie. Wychodzić z pudełka, szuflady, szafy, w które zostaliśmy wtłoczeni, zdzierać łatki, które nam przyszyto. Można założyć, że decyzja o wydaniu antologii sama w sobie jest dla członkiń Hardej Hordy przekroczeniem granicy. Do tej pory grupa istniała poniekąd tylko w internecie, teraz każdy czytelnik będzie miał w ręku materialny dowód jej obecności na polskiej scenie literackiej.

W antologii mocno zaakcentowana jest tematyka końca świata, apokalipsy, zagłady – widać, że tocząca się w mediach dyskusja o ociepleniu klimatu i wiszące nad naszą planetą katastrofy klimatyczne nie są pisarkom obojętne. Aleksandra Janusz w melancholijnym opowiadaniu Dróżniczka pokazuje nam koniec świata w wersji mikro. Gdzieś w tle sygnalizuje, że kryzys przyszedł, gdy skończyły się paliwa kopalne, ale cała historia skupia się wokół starszej japońskiej dróżniczki, która za wszelką cenę stara się nie poddawać zmianom, choć te są nieuniknione. Z góry nie patrzą Anny Hrycyszyn to historia dziewczyny żyjącej w świecie, w którym poziom wód podniósł się tak bardzo, że spora część lądów i miast znalazła się pod powierzchnią. Ludzie za to odpowiedzialni chcą pozostać bezkarni i ukryci przed tymi, którzy muszą żyć na powierzchni. Ognisty Warkocz Anny Nieznaj pokazuje zagładę całej planety spowodowaną przez spadające fragmenty asteroidy. Wybrana część ludzkości, po latach spędzonych w kosmosie, próbuje ponownie skolonizować planetę. Czy zdoła uniknąć wcześniejszych błędów?

Przekraczanie granic nierzadko ma charakter osobisty, wręcz intymny. Otwierające antologię opowiadanie Jawor Marty Kisiel zabiera czytelnika w podróż na wieś. Historia o jaworowych ludziach wywoła u odbiorcy gęsią skórkę i sprawi, że inaczej spojrzy on na niewinną dziecięcą zabawę. Aleksandra Zielińska w tekście zatytułowanym Po drugie przedstawia przejmującą historię małej dziewczynki, która żyje z brzemieniem popełnionego błędu i ze świadomością, że jej matka wolałaby, by nie żyła. Agnieszka Hałas w Jest nad zatoką dąb zielony daje nam wizję przyszłości, w której ludzie mogą stać się nieśmiertelni, dzięki digitalizacji swoich wspomnień.

Magdalena Kubasiewicz i Martyna Raduchowska zapraszają czytelników do światów wypełnionych magią, w których granice między życiem i śmiercią, miłością i nienawiścią są bardzo płynne, a Anna Kańtoch w opowiadaniu Szanowny Panie M. buduje duszną atmosferę przesyconą bliżej nieokreśloną grozą.

Przeciwwagą dla tych mrocznych i melancholijnych tekstów są historie o zabarwieniu komicznym przedstawione przez Ewę Białołęcką, Anetę Jadowską i Milenę Wójtowicz. Białołęcka pokazuje, jak mogłaby wyglądać zombie apokalipsa we współczesnym polskim mieście, Jadowska serwuje czytelnikowi opowieść o zemście, która najlepiej smakuje na… zielono, a Wójtowicz w onirycznym opowiadaniu Lot wieloryba zabiera czytelnika w podróż na granicy światów.

Przed czytelnikami dwanaście autorek, dwanaście opowiadań, dwanaście przekroczonych granic. Niektóre z historii aż się proszą o ciąg dalszy. Miejmy nadzieję, że ich autorki zechcą nas jeszcze kiedyś zabrać do swoich światów.

Anna Misztak

Po co nam Harda Horda?

Pisarze zawsze się zrzeszali. Czasami formalnie, czasami towarzysko. Zdarzało się, że łączył ich radykalny program literacki, wizja świata i roli w nim literatury, ale głównym łącznikiem mogło być na przykład to, że są młodymi Amerykanami osiedlonymi w Paryżu, spełniającymi swój sen o pisarstwie nierzadko z pustym żołądkiem. Oczywiście grupy tworzyli nie tylko pisarze. Pozostali artyści też mają tendencję do gromadzenia się w galaktyki bliższych i dalszych centrum gwiazd. Nie licząc tych, dla których samotność jest wartością najwyższą lub smutną koniecznością.

Przeprowadzono na ten temat sporo badań literaturoznawczych. Analizowano chociażby efektywność i wpływy, które są jak prądy morskie w obrębie grupy. I wnioski są jednoznaczne – w grupie siła. Pisarze mający „środowisko” są bardziej płodni, kreatywni, lepiej zmotywowani. Zapewne dlatego, że często się wzajemnie napędzają, rywalizują przyjacielsko, jak Hemingway i Fitzgerald, czytają nawzajem swoje teksty i mają z kim o nich dyskutować, otaczają się ludźmi, dla których literatura jest równie ważna, i lepiej niż inni rozumieją, przez co się właśnie przechodzi. Gdy brakuje siły i pojawia się pokusa, by jednak odłożyć tę pracę, znajdzie się ktoś, kto poklepie po ramieniu i powie: „Stary, dajesz. Nie bądź łajzą, która odpuszcza, miałem cię za lepszego pisarza”. Słodka mieszanina przyjaźni i uszczypliwości.

A jak to było z nami? Zaczęło się od tego, że spotykałyśmy się w komentarzach na naszych ścianach na Facebooku. Dziesięć pisarek fantastycznych. Z czasem doszły jeszcze dwie. Niektóre z nas znały się w realu, inne nigdy się nie spotkały. Mieszkamy w Krakowie, Lublinie, Toruniu, Warszawie, pod Wrocławiem, w Gdańsku… Szybko złapałyśmy jakąś nić porozumienia. Założyłyśmy grupę – także dlatego, że część tematów, które miałyśmy ochotę poruszać, wymagała pewnej dyskrecji. Rozmawiałyśmy o życiu, o pracy, o pisaniu, o wydawcach, o premierach, o marketingu. Wspierałyśmy się, pomagałyśmy sobie, ułatwiałyśmy obieg informacji, który moim zdaniem w tej branży kuleje i wymaga reformy. Mniej doświadczone pytały te bardziej zaprawione w bojach o kwestie formalne, dotyczące choćby szczegółów umowy, któraś zaoferowała się jako beta reader innej. Czasami dyskutowałyśmy o działaniach marketingowych. I znów – jedne z nas miały dużo więcej szczęścia i wiedziały, że się da, inne trafiały na najbardziej leniwych wydawców świata, których przerastało dodanie na stronie facebookowej informacji o premierze. Zaczęłyśmy się zastanawiać, co możemy zrobić, by poprawić tę sytuację. Dla nas, ale też w szerszym kontekście. Bo może trzeba mówić o pewnych sprawach, by coś się zmieniło?

Gdy wymyśliłyśmy katalog prezentujący nas jako pewną grupę polskich autorek, stało się oczywiste, że czas się ujawnić, i z tajnej grupy wyszłyśmy na światło dzienne jako Harda Horda. Och, wzburzyły się szklanki wody w niektórych zakątkach internetu! Bo jakże to tak dyskryminować mężczyzn? Grupa samych kobiet? Skandal! Nikt wcześniej nie oburzał się na grupy złożone z samych panów, bo przecież panowie mają prawo decydować, z kim chcą rozmawiać i pracować, prawda? W rezultacie co jakiś czas na panelach dyskusyjnych czy w wywiadach musiałyśmy odpowiadać na pytania równie błyskotliwe jak to, czy nienawidzimy mężczyzn…

Otóż nie, nie nienawidzimy. Nie dążymy do eksterminacji połowy populacji. Jesteśmy grupą towarzyską. Nie mamy programu, nie unifikujemy się w jakąś formę jednego głosu literackiego, przeciwnie – doceniamy swoją różnorodność i to, że właściwie nie ma dwóch na dwanaście, które pisałyby choćby podobnie. To nie pływanie synchroniczne, raczej free-style. Nie obowiązuje u nas dyscyplina partyjna i każda ma pełną swobodę myśli, słowa i uczynków. Co nam daje grupa oprócz wsparcia i pogaduch? Dwanaście głosów czasem łatwiej usłyszeć niż pojedynczy, a już na pewno w kwestiach marketingowych.

Książki wielu z nas czytaliście, po inne może będziecie mieli ochotę sięgnąć. Reprezentujemy prawie każdy rodzaj fantastyki, i nie tylko, bo kilka z nas już buszuje po poletkach kryminałów, powieści obyczajowych, literatury dziecięcej. Przed wami Harda Horda, w skład której wchodzą: Ewa Białołęcka, Agnieszka Hałas, Anna Hrycyszyn, Aneta Jadowska, Aleksandra Janusz, Anna Kańtoch, Marta Kisiel, Magdalena Kubasiewicz, Anna Nieznaj, Martyna Raduchowska, Milena Wójtowicz i Aleksandra Zielińska.

Ostatniej niedzieli lata nawet słońce zdawało się wstawać z niechęcią, jak gdyby i jemu, nie tylko dorosłym, ciążyły wciąż żywe wspomnienia wczorajszych dożynek. Poranna rosa perliła się teraz na trawie jeszcze dłużej niż przed tygodniem albo dwoma, a rześka nuta wilgoci w powietrzu mogła już przyprawić o nieprzyjemny dreszcz. Nic więc dziwnego, że jak wieś długa i szeroka, dzieciaki wymykały się z domów co prawda wciąż z gołymi nogami, za to w bluzach.

Mimo wczesnej pory zebrały się przy starej kapliczce za zagajnikiem, jak było umówione. Starsze prowadziły młodsze, miejscowe – miastowych kuzynów, którzy przyjechali do babci czy cioci, jedni spędzić w górach całe lato, inni zaś tylko na weekend albo dożynkowy festyn. Znajome twarze, smagłe i śmiałe, mieszały się z obcymi, równie opalonymi, lecz o niepewnych oczach.

– Karol nie idzie?

– Idzie, tylko kurom sypnie. U nich jeszcze wszyscy śpią.

– U nas też.

– I u nas.

– No, nasz wujek to się pewnie przed południem nie podniesie.

– Ale że dzisiaj, przed tym południem?

– Oj, czarno to widzę…

Śmiech. Dzieciaki dobrze wiedziały, o co chodzi. To tylko dorosłym wydawało się, że nie.

– To czekamy?

– Czekamy!

Ze śmiechem raz po raz spoglądały w stronę zakrętu, wypatrując znajomej sylwetki. Wreszcie jeden z chłopców zawołał:

– Idzie!

– Karol idzie!

– Cześć, Karol!

Nastolatek we flanelowej koszuli narzuconej na t-shirt skinął im głową na powitanie. Przy jego nodze truchtał kundel, chudy i czarny jak sadza.

– Cześć!

– Cześć.

– Cześć, pisklaki – odpowiedział Karol. Rzeczywiście, wyglądali przy nim jak stadko kurcząt przy dorodnej kwoce. Miał już szesnaście lat i większość z nich przerastał o głowę, czasem nawet o dwie. – To co? – Klasnął w dłonie. Pęcherze, których nabawił się od wideł, na szczęście zdążyły stwardnieć i nie dokuczały mu już tak bardzo jak jeszcze przed paroma dniami, kiedy ledwo zaciskał pięść. – Na górę?

– No!

– Na górę!

– Jaką górę? – jeden z miastowych, w przydużej koszulce Messiego, zapytał cicho swoją kuzynkę, średnią córkę Basińskich, tych od stolarni.

– Na tę naszą – odparła takim tonem, jak gdyby to była oczywistość. – Jaworową.

Chłopiec wciąż nie wyglądał na usatysfakcjonowanego.

– No dobra, ale co takiego jest na tej górze, że my tam idziemy?

– Kiedyś to tam stał kościół, strasznie stary – wyjaśnił mu Karol. – Drewniany. Ale się spalił ze dwadzieścia lat temu i została z niego sama dzwonnica. No i rosną tam wielkie jawory, dlatego mówimy, że to jaworowa góra.

– I maliny! – dorzucił ktoś.

– I maliny – przytaknął Karol. – Najlepsze w okolicy.

– To wszystko? – zdziwiła się gruba dziewczyna. Chłopak skojarzył ją po chwili. Miastowa, od Fikuców, którzy mieli warsztat samochodowy i wielkiego podhalana, wiecznie nabzdyczona. Cekiny na jej koszulce układały się w różowo-fioletową sowę z przymkniętym okiem. – O to ta cała heca? Zrywaliśmy się z łóżek o świcie, żeby iść ze smarkaczami na maliny?

– Jak nie chcesz, to nie idź. A jak chcesz, to nie marudź. Proste – skwitował. – Idziemy.

Na to hasło wielobarwna chmara dzieciaków rozkołysała się, rozszemrała i ruszyła przed siebie, przez pola, rosę i blask poranka. Karol spoglądał za nimi z wyżyn metra osiemdziesięciu trzech i czekał, aż oddalą się choć kawałek. Aż zostawią ich samych.

– Cześć, Wika – dopiero wtedy zagaił patykowatą dziewczynę w tenisówkach i workowatych spodniach, która stała z boku, trzymając za rękę dwulatka. Maluch, w czerwonym polarze z kapturem, kończył właśnie lody na patyku. – A ten co? Nie za wcześnie na lody?

Wika wzruszyła ramionami.

– Nie chciał zjeść śniadania.

– I dałaś mu lody?

– A co, miał iść na głodniaka? Żeby potem marudził?

Karol otworzył usta, żeby coś odpowiedzieć, tylko nie miał pojęcia co. Zerknął na swojego psa – kundel oblizywał się raz po raz, nie odrywając wzroku od lepkiego patyczka w dłoni chłopca. Chociaż lodów z każdą chwilą ubywało, wciąż liczył na łut szczęścia.

Trochę jak sam Karol.

Dziadkowie Wiki mieszkali naprzeciwko, po drugiej stronie drogi. Wystarczyło, że chłopak wychylił się ze swojego okna i mógł zajrzeć w okno jej pokoju na piętrze. Robił to już nieraz, bo Wika spędzała tu wakacje, w zasadzie odkąd pamiętał. I aż do tej pory nie było w tym nic niezwykłego. Ot, z końcem czerwca przyjeżdżała, coraz wyższa, coraz mniej dziecinna, była, była, cześć, Wika, cześć, Karol, wciąż była, aż z końcem sierpnia wyjeżdżała, a świat nadal się kręcił.

Tyle że w tym roku nagle kręcił się cały tylko wokół niej. Przynajmniej w myślach, bo na nic więcej niż myślenie Karol nie miał czasu. Przez całe lato od rana do nocy tyrał z ojcem w polu lub obejściu, Wika zaś pomagała babci przy truskawkach i ogórkach albo biegała co chwilę do sklepu na drugim końcu wsi, zawsze z Michasiem u boku, więc… Więc nic. Tyle co minęli się na drodze albo rzuciła mu zza płotu przelotne „cześć” wraz z tym jej nieśmiałym uśmiechem, od którego coś w nim miękło. A przecież nawet nie była szczególnie ładna. Do tego wydawała się chuda i wiotka, jak patyczek, jak witka wierzbowa. Na czole i brodzie czasem robiły jej się pryszcze, a gdy w upalne dni związywała włosy w kucyk, widać było, że uszy trochę za bardzo jej odstają.

Dziś przyszła w rozpuszczonych. W blasku porannego słońca wydawały się niemal złote.

Raz dostrzegł przypadkiem, zerkając między sztachetami, jak opalała się w ogrodzie dziadków. Michaś nieopodal taplał się w dmuchanym baseniku, a Wika leżała na kocu i czytała książkę, machając nogami. Na lewej łydce miała trzy stare, podłużne blizny, jakby po oparzeniu. Pewnie dlatego nigdy nie nosiła szortów, tylko te śmieszne, powyciągane haremki, z których wszyscy się podśmiewali. On już się nie podśmiewał. Od tamtej pory chciał ją zapytać, co się stało. Czy w ogóle pamięta, czy też zdążyła już zapomnieć. I czy to dlatego pilnuje Michasia jak oka w głowie.

Miał nadzieję, że może dziś mu się uda. Że będą szli przez las, na jaworową górę, że Wika się potknie albo co, a wtedy on ją złapie za rękę i już nie puści, a ona nic nie zauważy… Albo zauważy, ale nic nie powie, tylko ściśnie mocniej jego dłoń i będą tak szli dalej, przez cały poranek, cały dzień, w nieskończoność, i może wtedy coś jej w końcu powie, wydusi z siebie, może nawet…

Pies zapiszczał, zamiatając ogonem pył i kurz. Chłopczyk odpowiedział mu łobuzerskim uśmiechem. Całą buzię miał umorusaną czekoladą. Na patyczku już nic nie zostało.

– Po co go w ogóle zabierałaś? – burknął Karol, udając, że wcale nie patrzy z zazdrością na dłoń Wiki, jak zawsze zaciśniętą na dłoni Michasia. Nierozłączni, starsza siostra i młodszy braciszek.

– Obudził się i też chciał iść.

– To trzeba go było zostawić.

Zaśmiała się, aż mu od tego śmiechu serce zabiło mocniej.

– Jasne, już to widzę. Wiesz, jak by się wtedy darł?

– A nie będą go szukać?

– Całe lato jakoś go nie szukali, to myślisz, że teraz zaczną? – Przechyliła głowę, jak kot śledzący niewidzialne cuda na ścianie. – A co?

– Nie, no nic. Ja… tylko myślałem…

– Co takiego?

– Nie, nic. Jak tam chcesz. Ale jak mu się nogi zmęczą, to ja go nosić nie będę.

– Bez łaski, bobaski – odrzekła Wika i jeszcze mocniej ścisnęła dłoń brata. – Chodź, Michaś. Idziemy na jaworową górę.

Spochmurniały Karol gwizdnął na psa.

Jaworowa góra, choć górą ochrzczona na wyrost, wznosiła się kawałek za wsią, pośród ogołoconych pól. Rozległa, o łagodnych zboczach, dumnie prezentowała ciemną jaworową koronę, od której wzięła swą nazwę. Sam jej widok wystarczył, by serca i nogi same z siebie przyspieszyły. Wołała, kusiła słodyczą malin i przygody – może niezbyt wielkiej, za to na wyciągnięcie ręki.

U podnóża góry, wśród gęstwiny, prześwitywała wyłożona kamieniami ścieżka. Niegdyś szeroka, prowadziła wiernych prosto do kościoła, lecz teraz niknęła między zaroślami. Już tylko miejscowe dzieciaki wiedziały, gdzie jej wypatrywać, by nie zgubić się w gęstym lesie, który porastał zbocze.

Jedno po drugim, gęsiego, zagłębiały się teraz w listowie i ciszę, i cień, zostawiając za sobą słońce.

Karol, Wika i Michaś szli na samym końcu, w tempie malca, który truchtał między nimi, już nie za rączkę, tylko sam, ja sam, ja umiem. Pies trzymał się teraz blisko nich, to z lewej, to z prawej. Czasem pobiegł przodem i znikał między zaroślami, żeby zaraz wrócić z wywieszonym językiem. Towarzyszył. Węszył. Strzegł.

– Jaaa-wol… jaaaaaa-wol, ja-wo-lo-wi uuudzie…

– Co wy tu…

– ...obiiicie, budujemy mooosty dla… dla…

– Dla pana sta-ros…

– ...tyyyyyyyyy! Ja-wol, ja-wol…

– Nie, Michasiu – przerwała mu Wika – najpierw: tysiąc koni przepuszczamy, a jednego zatrzymamy, tysiąc koni przepuszczamy…

– A JEDNEGO NIE!

Triumfalny okrzyk malca przetoczył się przez milczący las, sięgając aż ukoronowanego jaworami szczytu. Jak na sygnał gdzieś na przedzie, spomiędzy rozłożystych paproci wyjrzała znajoma głowa.

– Ej, a tak w ogóle to kim są ci jaworowi ludzie?

– No… jest taka miejscowość, Jawor – odpowiedział mu ostrożnie głos, którego Karol nie rozpoznawał. – Moja mama jeździła tam na kolonie. Może to o to chodzi?

– Chyba nie.

– Skoro budują mosty, to chyba jacyś budowlańcy, co?

– Raczej drwale.

– No. Mniej więcej.

– To chodzi o diabły.

Karol stanął jak wryty i spojrzał w bok.

– Co?

Tuż obok ścieżki rosło wielkie drzewo, spowite głębokim cieniem. Cis. Chłopak zadrżał i instynktownie odsunął się o krok. Cisy są trujące, wara od cisów, babka tłukła im to do głowy, kiedy byli mali – słowem, a jak słowo nie pomagało, to i ścierką. Zapamiętał. Babka zaciągała przez grzbiet nawet lepiej niż ojciec, chociaż sięgała mu ledwie do ramienia.

Na potężnych korzeniach, które wypiętrzały się ponad leśnym poszyciem, plecami do chropowatego pnia stali dziewczyna i chłopak, podobni jak dwie krople wody – te same rozczochrane włosy o barwie lnu, te same trójkątne twarze, zwężające się od szeroko rozstawionych, wodnistych oczu aż ku szpiczastemu podbródkowi. Jak u modliszki.

– Jaworowi ludzie to diabły – powtórzył chłopak.

– A jaworowa góra to takie jakby piekło – dodała dziewczyna. – Piekło pełne diabłów.

Wszystkie dzieciaki w zasięgu głosu zamarły pośród paproci.

– Iiikaaa…? – pisnął Michaś i przywarł do uda siostry.

– Ta, jasne – warknęła, rzucając w kierunku rodzeństwa rozzłoszczone spojrzenie. Nagle całym jej ciałem wstrząsnął dziwny, spazmatyczny dreszcz, choć przecież nawet tu, w głębokim cieniu, upał dawał się we znaki. – Diabły i piekło w zabawie dla małych dzieci. Weź się puknij, co?

– Sama się puknij – odparowała modliszka. – A jak myślisz, czemu ten kościół spłonął?

– Hm, pomyślmy. Bo go ktoś podpalił?

– No właśnie. Ktoś.

Modliszka odepchnęła się od pnia – dopiero wtedy Karol zarejestrował ze zdumieniem, że była boso – zeskoczyła na ścieżkę i stanąwszy tuż przed Wiką, zmrużyła dziwnie oczy, po czym rzekła przejmującym szeptem, napawając się każdym słowem:

– Tam jest też cmentarz.

Dzieciaki, miejscowe i miastowe, wstrzymały powietrze, zgodne jak nigdy dotąd.

– Co? – Karol zmarszczył czoło. Nie mógł sobie przypomnieć, do kogo przyjechali, ona i ten jej równie modliszkowaty brat. Bo na pewno nie byli stąd. Więc skąd? Od Bartnickich? Starej Tomczykowej? Przecież znał tutaj wszystkich, dlaczego więc nie pamiętał tych dwojga? – Skąd wiesz?

Lecz dziewczyna nie zwróciła na niego uwagi.

– Tam jest cmentarz – powtórzyła i zadarłszy nieco podbródek, zmrużyła oczy. – Na jaworowej górze. Dużo, dużo starszy od tego kościoła, co spłonął, zarośnięty malinami. Dlatego go tam postawili, żeby je w końcu przegonić. Te duchy. Złe duchy z jaworowej góry. I to właśnie one podpaliły kościół. I wiecie co? – Przesunęła wzrokiem po dziecięcych twarzach, tam i z powrotem, sycąc się wrażeniem, jakie wywierała. – One nadal tam są…

Naraz Wika syknęła. Lewą nogę przeszył dziwny, rwący ból, aż musiała na chwilę przenieść ciężar ciała na palce, żeby się nie przewrócić. Spojrzała w dół – to Michaś z całych sił wbijał paznokcie w jej udo. Musiał trafić w jakiś nerw albo co. Miękki materiał spodni nasiąkał czekoladą i śliną z jego rozchylonych ust. Wika nie miała serca fuknąć na braciszka, widząc, z jakim przerażeniem wpatrywał się w modliszkowatą dziewczynę. Zamiast tego kucnęła i przytuliła go mocno.

– Przestań! – warknęła ponad głową malca. – Po co go straszysz?

– A co, wy myślicie, że czemu dorośli zabraniają tam chodzić?

– Skąd wiesz? Skąd wiesz, że zabraniają? – dopytywał Karol. Zimny pot spłynął mu po karku. Jego uszu dobiegło skamlenie psa, zduszone, lecz zdradzające zaniepokojenie.

– Mama mówiła, że tam są żmije – dobiegło gdzieś z przodu.

– I kleszcze.

– A moja ciotka to poszła tam raz na grzyby i widziała wisielca!

– Co?!

– Ej, serio?!

– Ale że takiego prawdziwego?

– No! Mówiła, że wisiał na gałęzi, widziała go między drzewami. Ale jak podeszła bliżej, to go już nie było. Zniknął.

– Jezu…

Modliszkowata dziewczyna nie przestawała mrużyć oczu.

– Mówiłam. Diabły.

– Nie diaboły! – Chłopczyk zaniósł się szlochem. – Nie diaboły! Nie chce diabołów, nie chce, nie chce!

– Nie, Michasiu, nie, tam nie ma żadnych diabłów. Tylko malinki, słyszysz? Słyszysz? – Wika nie przestawała gładzić braciszka po włosach. Pies z cichym popiskiwaniem przywarł bokiem do jego pleców, jak gdyby też chciał go przytulić, uspokoić, osuszyć łzy. – Dużo malinek, słodziutkich, będziesz sobie zrywał i jadł prosto z krzaczka. No, daj rączkę. Idziemy?

– Nie, nie idziemy! NIE IDZIEMYYYYYYYYY!!!

Kilkoro dzieciaków podeszło bliżej, zapominając na chwilę o kleszczach i wisielcach.

– No, nie płacz.

– Nie płacz, Michasiu.

– Jesteś dużym chłopcem, co nie?

– Tak. Jestem. Duzą. Chłopcem – wydukał przez łzy.

– No. A duzi chłopcy nie płaczą, co nie?

Płaczą, płaczą, pomyślał Karol z goryczą, gdy przypomniał sobie przelotnie tamten wtorek dwa tygodnie temu, kiedy ojcu znów drgnęła ręka.

– Głupki – syknął do rodzeństwa i odwróciwszy się plecami do nich i trującego cisu, szybko nachylił się nad zapłakanym malcem. Coś mu przyszło do głowy. – A może się pobawimy, co? – zapytał i uśmiechnął się jak najszczerzej, najpogodniej. – W jaworowych ludzi na jaworowej górze. Chcesz? Tam dalej jest taki mostek, pokażę ci. Pobawimy się na nim, a potem pójdziemy dalej, na malinki. Tylko musisz przestać płakać. Dobra?

Michaś pociągnął nosem. Popatrzył w uśmiechnięte oczy Karola, chłonąc bliskość siostry i ciepło psiego ciała, które dyszało miarowo, uspokajająco.

– Dobla.

Złapali go więc za ręce, Wika z jednej strony, a Karol z drugiej, i ruszyli dalej w las, w ślad za znów rozgadaną dzieciarnią. Pies dreptał tuż za nimi i od czasu do czasu trącał malca zimnym, mokrym nosem w gołą łydkę.

Wkrótce dotarli do pozostałości niegdyś szerokiego, acz płytkiego strumienia. Koryto przecinające zbocze wyschło już dawno, tak dawno, że kamienie na jego dnie zdążyły porosnąć mchem, a na brzegach pyszniły się bujne paprocie. Jedynie prosty drewniany mostek z wyślizganą poręczą wskazywał, gdzie niegdyś płynęła woda. Większość dzieciaków przemknęła po nim z radosnym wrzaskiem i zaczęła się wspinać ostatnim, stromym podejściem, byle jak najszybciej dotrzeć do słodkich malin.

– Tylko się nie rozłaźcie! – krzyknął za nimi Karol, a sam przystanął z pozostałymi przed mostkiem.

– To co, Michasiu? – zapytała Wika. – Bawimy się? Jawor, jawor, jaworowi…

– Uuudzieee, co wy tu lobiiicieee…

– To się śpiewa inaczej – przerwał im naraz głos.

– Nie da się inaczej – warknął Karol i odwrócił się, coraz bardziej zniecierpliwiony. Skąd były te wredne dzieciaki? Od Kowieńczuka? Nie, od Kowieńczuka była tamta dziewczynka, jak jej… Ania? Hania? Jakoś tak. A oni?

– Pewnie, że da.

– A niby jak?

Modliszkowate rodzeństwo przez chwilę patrzyło po sobie, zastanawiając się, naradzając bez słów, które z nich ma odpowiedzieć.

– Kiedyś grało się tak – rzekł w końcu chłopak, przekrzywiając głowę. – Dwie osoby umawiały się po cichu, która jest dobra, a która zła, a potem łapały się za ręce i robiły taki jakby szlaban czy bramę, i zaczynały śpiewać: jawor, jawor, jaworowi ludzie i tak dalej, a cała reszta w tym czasie przebiegała jak najszybciej pod spodem, w kółko.

– I jak ten szlaban opadł – podjęła dziewczyna – to ta ostatnia osoba, która nie zdążyła przebiec, musiała wybrać, do kogo dołącza, do tego dobrego czy tego złego. Tylko że nie wiedziała, kto jest kim, co nie? Ale musiała wybrać. W ciemno.

– Po co?

– Po to, że na koniec ci od tego dobrego tańczyli i się bawili.

– A ci od tego złego?

– Trafiali do piekła. Do czeluści jaworowej góry.

Karol zacisnął zęby i pięści, lecz zanim zdążył zrobić cokolwiek więcej, modliszkowata dziewczyna i jej modliszkowaty brat stanęli przed mostkiem, chwycili się za ręce, unieśli je i zaczęli śpiewać, dźwięcznie i szemrząco:

Jawor, jawor,

jaworowi ludzie,

czego tam stoicie?

Stoimy, stoimy,

mosty budujemy.

Jawor, jawor,

jaworowi ludzie,

z czego budujecie,

z czego je pleciecie?

Z dębowego liścia,

z brzozowego kiścia.

Dajcie nam tam, dajcie

stado koni przegnać,

jawor, jawor,

karetą przejechać!

Damy chętnie, damy,

a jednego zatrzymamy.

Karol dałby sobie rękę uciąć, że gdy zamilkli, wraz z nimi na moment umilknął cały las.

Aż nagle Michaś pisnął, wyrywając wszystkich z tego dziwnego skamienienia – to pies przywarł do niego całym ciałem i uniósłszy łeb, trącił chłopca zimnym nosem w policzek.

– Fik, zostaw – fuknął Karol i machnął ręką. – Zostaw dziecko, słyszysz?

Skarcony pies odbiegł kawałek, popiskując cicho. Uszy położył płasko, ogon podwinął pod siebie. Cały zdawał się skulony i tylko sierść na grzbiecie stanęła mu na sztorc.

– Bez sensu ta piosenka – orzekła tymczasem reszta.

– No. Dziwna jakaś.

– My tak nie śpiewamy.

– Śpiewamy normalnie!

Zaśpiewali więc i rzucili się w wir zabawy, biegając w kółko – pod szlabanem i dalej, przez mostek, a potem to w lewo, to w prawo, hop, nad paprociami, hop, przez wyschnięte koryto i znów na brzeg, znów pod szlabanem, póki rozbrzmiewała piosenka, raz po raz, póki szemrała w liściach i sercach. I śmiali się tak, jak nie śmiali się już dawno, kiedy kolejne osoby odpadały i zostawały na brzegu, dopingując resztę, by biegła, pędziła na łeb na szyję.

Jawor, jawor, jaworowi ludzie,

co wy tu robicie?

Budujemy mosty

dla pana starosty.

Tysiąc koni przepuszczamy,

a jednego zatrzymamy.

Tysiąc koni przepuszczamy,

a jednego nie!

– Jesce laz! Jesce laz! – wołał Michaś, kiedy szlaban z rąk opadł po raz ostatni, i podskakiwał, cały zgrzany, z wypiekami na czekoladowej buzi i liśćmi we włosach.

– Tak, jeszcze raz! – zawtórowały mu inne dzieciaki, starsze, młodsze, miejscowe, miastowe.

– Ale kto teraz robi szlaban?

– No… chyba dwie osoby, które przebiegły jako ostatnie.

– Czyli kto?

– Karol! Karol był ostatni!

– A kto był przed Karolem?

Wika.

Przez chwilę miał wrażenie, że serce zaraz wyrwie mu się z piersi, rozedrze znoszony t-shirt i koszulę.

Stanęli we dwoje przed mostkiem. Karol chwycił delikatnie dłoń Wiki, trochę z obawą, że dziewczyna zaraz ją cofnie, czując nieprzyjemnie szorstkie, stwardniałe pęcherze. Ale nie cofnęła. Zamiast tego zacisnęła palce na jego palcach i uśmiechnęła się. Do niego. Tylko do niego.

Żadne z nich, ani Karol, ani Wika, ani nikt inny, starszy czy młodszy, miejscowy czy miastowy, nie zauważył, że pies, który dotąd ganiał za dzieciakami jak wariat, teraz nagle zjeżył grzbiet.

Unieśli ręce – wysoko, ponad głowy – i dobrze wszystkim znane słowa piosenki znów poniosły się po lesie:

Jawor, jawor, jaworowi ludzie…

– Ostatni… laz! – wydyszał Michaś kilka minut później. – Plooosęęę…

Zaśmiali się wszyscy, głośno i szczerze, tak jak śmiać się potrafi jedynie zgraja szczęśliwych, zasapanych dzieciaków w te ostatnie dni lata, wciąż jeszcze wolne od trosk.

– Możemy? – zapytała Wika, patrząc w roziskrzone oczy Karola. – Naprawdę ostatni raz, dobrze? Najostatniejszy.

– Naj… Ej! – W ostatniej chwili złapał się wyślizganej poręczy, podcięty niespodziewanie przez czarnego kundla, który zatańczył mu między nogami. – Fik! Co ty, oszalałeś?! Poszedł stąd! Ale już! Już!

Pies zaskamlał i czmychnął z podkulonym ogonem pod najbliższe drzewo. Szczeknął, nie odrywając wzroku od tej jednej jedynej postaci o niezbornych jeszcze ruchach, najdrobniejszej, najszczęśliwszej ze wszystkich.

Ostatni raz.

Jawor, jawor, jaworowi ludzie…

Piosenka zataczała krąg za kręgiem, a Karol śmiał się i biegł. Biegł, zapatrzony w złotą głowę Wiki, biegł jak małe dziecko, zapamiętane w prawie już zapomnianej zabawie, jak Michaś, biegł, świata poza biegiem nie widząc, nie myśląc o niczym i nikim, tylko o tej dziewczynie.

Co wy tu robicie?

Nie myślał też o tym, czemu najeżony Fik miota się w opętańczym tańcu, szarpiąc pazurami leśne poszycie, czemu obnaża zęby i warczy, z każdą kolejną zwrotką coraz głośniej.

Budujemy mosty

dla pana starosty.

Ani o tym, czyje ręce uniosły się tym razem ponad drewnianym mostkiem na jaworowej górze. Ręce bosonogich modliszek o włosach jak len. Ręce długie i blade, o palcach jak gałązki.

Tysiąc koni przepuszczamy,

a jednego zatrzymamy.

Skąd się tu wzięli?

Czemu ich nie pamiętał?

Czemu nie znał ich twarzy, chociaż kojarzył tu każdego, przynajmniej z widzenia?

O tym też nie myślał, bo biegł i biegł, wabiony złotem najpiękniejszym z pięknych, urzeczony czarownymi słowami.

Tysiąc koni przepuszczamy,

a jednego nie.

Piosenka rozbrzmiewała raz za razem, aż została już tylko ich trójka – najpierw Wika, za nią Karol i na końcu Michaś, mały, malutki, z czekoladową buzią i całym szczęściem tego świata w oczach. Pędził, ile sił w tłuściutkich nóżkach, próbując nadążyć za siostrą i chłopakiem, potykał się i ślizgał, dyszał i sapał, zapamiętany w zabawie.

I wtedy pies wystrzelił przed siebie z gardłowym warkotem.

Jawor.

Krzyknęli. Krzyknęły dzieciaki zebrane na drugim brzegu strumienia, krzyknęła Wika, krzyknął Michaś, lecąc z drewnianego mostku w dół, w dół, w dół, prosto na omszałe kamienie.

Jawor.

– Michaś! MICHAŚ!!!

Krzyk i płacz, i krew, i psie zawodzenie płynęły wyschniętym korytem, daleko w las, w głąb jaworowej góry w jaworowej koronie, a ta chciwie przyjęła ten dar.

I zapragnęła więcej.

Dzieciaki zbiegły z obu brzegów, tłocząc się i przekrzykując nawzajem:

– Zabierzcie tego psa!

– Karol!

– Karol, zabierz psa, zabierz psa!!!

Jaworowi ludzie.

Nic mu nie jest, nic mu nie jest, powtarzała Wika w duchu, tuląc malca, który przywarł do niej jak kleszcz i zanosił się szlochem. Chyba bardziej się wystraszył, niż poturbował. Z zadrapania na czole popłynęła odrobina krwi, ale nic poza tym. Nic, na co nie pomógłby zwykły plaster, żadnych złamań, żadnych ugryzień.

Z bratem w objęciach stanęła na miękkich nogach i ujrzała Fika, który kawałek dalej próbował wygramolić się z wyschniętego koryta, wlokąc za sobą tylną łapę.

Aż nagle padł.

– Boże… Karol, jemu coś jest! – zawołała Wika z przerażeniem, szukając wzrokiem wysokiej postaci w kraciastej koszuli. – Fikowi coś jest! Karol! Karol!!!

Tysiąc koni przepuszczamy.

– Karol…? – powtórzyła. Szeptem. Gardło ścisnął jej strach.

Nie było go przy niej. Nie było go przy psie.

A jednego nie.

*

Następnego roku lato żegnało się oberwaniem chmury.

Za oknem wciąż była szarówka, kiedy strugi deszczu zadzwoniły o szyby i parapety, zadudniły ciężko o nagrzane dachy i asfaltową szosę, która ciągnęła się przez wieś. W ciągu godziny temperatura znacznie spadła. W końcu zaznali wytchnienia – babcia i dziadek, mama i tata, a zwłaszcza Michaś, wciśnięty między nich na wąskim łóżku. Odkąd przyjechali na wieś, noc w noc dręczyły go upał i koszmary. Co rusz podrywał się z rozdzierającym płaczem, budząc cały dom, i długo nie mógł się uspokoić. Dlatego teraz wszyscy spali twardo, ukojeni błogim chłodem.

Wszyscy z wyjątkiem Wiki.

Wymknęła się z domu w przydużych kaloszach mamy, z kapturem płaszcza przeciwdeszczowego naciągniętym na czoło. Przy każdym kroku latarka, którą przezornie wsunęła do kieszeni, uderzała ją o udo. Wika maszerowała, nie oglądając się za siebie i licząc, że żadnemu burkowi nie będzie się chciało wystawiać nosa z budy, by czynić swą psią powinność. Druga taka okazja mogła się już nie trafić.

Dochodziła do zagajnika, kiedy usłyszała za sobą krótkie szczeknięcie, a potem drugie. Obejrzała się z niepokojem. Czyżby jednak ktoś ją zauważył?

W jej stronę, balansując na trzech łapach, biegło coś czarnego i chudego. Coś znajomego.

Niemożliwe. Przecież widziała, jak umierał.

– Fik…?

Sekundę później pies z radosnym piskiem przypadł do stóp dziewczyny.

– Fik! Fikuś! – Niewiele myśląc, Wika uklękła na mokrym asfalcie i przytuliła kundla, a ten zaczął ją lizać po rękach i twarzy, na której deszcz w mgnieniu oka wymieszał się z łzami. – Och, mordko, mordko ty kochana, myślałam, że… że ty… – szeptała prosto w psi kark, głaszcząc krótką, szorstką sierść. Przez chwilę nie mogła oddychać, tak mocno ścisnęło ją w piersi na samo wspomnienie tego, co zaszło tamtego lata, tamtego dnia. – Dobry pies, ty nie chciałeś, ja wiem, że ty nie chciałeś skrzywdzić Michasia, dobry pies, dobry… Odepchnąłeś go, Fikuś, uratowałeś, dobry, dobry pies…

Zanim pociągnęła nosem ostatni raz i wstała, spodnie na kolanach zdążyły jej przesiąknąć na wylot.

– Nie idź za mną, okej? – zwróciła się do psa, który nie przestawał merdać ogonem. – Nie idź. Lepiej nie.

Poklepała Fika po głowie i raźnym krokiem przeszła przez zagajnik. Minęła starą kapliczkę, skręciła w pola i dopiero tam zatrzymała się ponownie.

Jaworowa góra w jaworowej koronie wyłaniała się z szarówki – rozległa, łagodna.

Nasycona.

Naraz Wika usłyszała coś za plecami. Błyskawicznie odwróciła głowę i zobaczyła czarnego kundla, który kuśtykał za nią uparcie, ciągnąc za sobą okaleczoną tylną łapę.

– Fik, wracaj! – zawołała do niego. – Wracaj, słyszysz? To jest złe miejsce, bardzo, bardzo złe. Nie możesz tam ze mną iść.

Zatrzymał się, ale po jego mądrym spojrzeniu poznała, że ani myśli słuchać, że zaraz znów pójdzie jej śladem. Puściła się więc biegiem w kierunku prześwitu, za którym rozpoczynała się kamienna ścieżka na szczyt.

Nie mógł tam iść.

Ale ona musiała.

Musiała sprawdzić.

Tym razem, gdy jej uwaga nie skupiała się na młodszym bracie, mogła chłonąć las. A las zdawał się chłonąć ją. Rześkie powietrze. Zapach wilgotnego poszycia. Niezliczone odcienie zieleni, od tak jasnej, że bliskiej bieli, po niemalże czarną, złowrogą. Światło i cień, i coraz głębsza ciemność.

I bezruch. Całkowity, absolutny, bezruch śmierci tam, gdzie spodziewała się trzepotu życia.

To dlatego w pierwszej chwili Wika ich nie zauważyła.

Zamarła w pół kroku, z krzykiem zastygłym na rozchylonych ustach.

Stali tam, gdzie wtedy, na wypiętrzonych korzeniach potężnego cisu. Modliszkowata dziewczyna i modliszkowaty chłopak. Ręce o palcach jak gałązki zwisały wzdłuż przygarbionych ciał. Oczy, dziwnie wodniste, jak gdyby deszcz wypłukał z nich resztki barw, wpatrywały się w zakapturzoną Wikę intensywnie, a przy tym z obojętnością, od której zrobiło jej się niedobrze.

Zamiast odwrócić wzrok, pomału, usiłując zapanować nad drżeniem, ściągnęła kaptur z głowy i odsłoniła złote włosy, poskręcane wilgocią. Wysunęła najpierw jedną stopę z kalosza, potem drugą i stanęła na ścieżce. Boso. Jak oni.

– Przepraszam – wyrzuciła z siebie zduszonym szeptem. Na dźwięk jej głosu trzecia modliszkowata postać, tak znajoma i tak obca zarazem, pomału uniosła głowę. Czy to krople deszczu, czy łzy spływały po jego policzkach? Wika nie wiedziała. Ale musiała, musiała mu to powiedzieć. – Miałam trzy lata i zgubiłam się w lesie, w tym lesie, a kiedy mnie znaleźli… – Schyliła się i zaczęła podciągać lewą nogawkę. Złote włosy opadły jej na twarz. – Mówili, że to pewnie od barszczu albo czegoś takiego. Że mnie poparzył. Całe życie mi tak mówili, wszyscy. A ja zapomniałam. Zapomniałam, że oni… że już wtedy próbowali mnie złapać…

Nogawka dotarła wreszcie aż po kolano, odsłaniając trzy blizny szpecące łydkę.

Trzy podłużne blizny, takie same jak te, które ciągnęły się przez bezwładną łapę psa.

Jawor, jawor, jaworowi ludzie.

Trzy wypalone na wieczność ślady po trzech zachłannych, jaworowych palcach.

Fot. Marta Żurawska

Marta Kisiel (1982)

Urodzona we Wrocławiu pisarka i tłumaczka, z wykształcenia polonistka. Debiutowała w 2006 roku na łamach internetowego magazynu „Fahrenheit” opowiadaniem Rozmowa dyskwalifikacyjna. Na swoim koncie ma ukochany przez czytelników cykl Dożywocie (Dożywocie, Siła niższa, Szaławiła, Oczy uroczne), książkę dla dzieci Małe Licho i tajemnica Niebożątka, zbiór opowiadań Pierwsze słowo oraz powieści z cyklu wrocławskiego: Nomen omen i Toń.

Trzykrotnie nominowana do Nagrody im. Janusza A. Zajdla, statuetkę zdobyła w 2018 roku za opowiadanie Szaławiła.

www.martakisiel.plwww.facebook.com/KisielzKlulika

Nanbu nie opustoszało od razu. Ulegało powolnej erozji jak wapienna skała podmywana przez strumień, poddając się nieubłaganym prawom rozwoju technologicznego oraz japońskiej demografii. Szarzały bielone domy wzdłuż krętych uliczek, bezgłośnie i nieuchronnie złuszczając naskórek tynku. Rozkrzewiły się kamelie i cytrusy w przydomowych ogródkach, a kapliczki, które tak chętnie stawiano kiedyś w każdym parku i na każdym rogu, porastały mchem, butwiejąc od deszczu. Nikt nie ciągnął za poszarzałe sznury modlitewnych dzwonków.

Starzy ludzie prowadzą życie wedle rutyny i Michiko nie była wyjątkiem. Wstawała codziennie o piątej rano, witana przez kotkę Ryuko, która – niezależnie od tego, gdzie spędziła noc – wskakiwała na jej futon i ocierała się o dłonie, zesztywniałe jeszcze od snu. Na śniadanie Michiko wygarniała z ryżowaru do miseczki ryż, który doszedł przez noc, i w porcelanowym kubku zalewała matchę wodą o temperaturze dokładnie osiemdziesięciu stopni, ani mniej, ani więcej. Stary elektryczny czajnik nadal dobrze jej służył, gdyż dom był zaopatrzony w pojemną baterię i panele słoneczne. Zatem chociaż w mieście – z wyjątkiem stacji i oświetlenia drogowego – wyłączono sieć, nawet w chmurne dni nie brakowało tu prądu.

Do miseczki gorącego ryżu Michiko wbijała jajko i mieszała całość pałeczkami, a prócz tego brała sobie z koszyka na oknie słodką mandarynkę. Kiedyś zdarzało jej się zjeść jeszcze porcję fermentowanej soi natto albo zupę miso z rzodkwią, albo drugie jajko, ale od wielu lat nie potrzebowała już tyle jedzenia. Jeszcze dawniej śniadała po europejsku – tosty z masłem i dżemem oraz jogurt, jak nowoczesna młoda kobieta, którą wtedy była. Później skończyły się tosty, bo nie sprowadzano pszenicy zza morza. A potem znów wróciła, chociaż już nie transportowano jej okrętami. Mijały lata, zmieniały się normy obyczajowe i układy geopolityczne, przyszły kryzys naftowy i pandemia syberyjskiej grypy, wojna chińsko-rosyjska i długa zima po wybuchu góry Aso, ale ostatecznie wszystkie wstrząsy i zmiany przeminęły lub gładko wtopiły się w codzienność, stopniowo tracąc na znaczeniu. Wszystkie oprócz jednej, tej, która dotknęła ją bezpośrednio i dotknęłaby niezależnie od tego, czy uznawała ją za dobrą czy złą, słuszną czy niepotrzebną. Pewne rzeczy po prostu się wydarzały.

Po śniadaniu Michiko dosypywała kotce karmy do miski. Nie sprzątała kuwety, gdyż od kilku lat Ryuko załatwiała się na zewnątrz. Tak było lepiej i wygodniej dla nich obu w opustoszałym mieście, gdzie zachowanie kotki nie wadziło już nikomu.

Jeżeli to była środa, Michiko zakładała uniform.

Zrezygnowała z noszenia go w pozostałe dni tygodnia, bo mimo pielęgnacji materiał zaczął się przecierać, a nie szyto nowych. Przez ostatnie dwie dekady – tyle czasu minęło? – kilkakrotnie zwężała go w pasie. We wtorkowe wieczory starannie prasowała białą bluzkę, granatową spódniczkę, marynarkę i odświeżała uniform spryskiwaczem. Prała go raz w miesiącu. Nie musiała częściej, prawie się nie pociła. Gdy zaszła taka potrzeba, odnawiała połysk guzików złotą farbką, którą kupił jej Toshiro.

Po śniadaniu, zanim ziemia rozgrzała się od słońca, należało podlać rośliny na ganku: kamelie w dwóch kamionkowych donicach i drzewko cytrynowe. Michiko podnosiła starą plastikową konewkę, w której stało trochę wody nabranej poprzedniego dnia przy okazji wieczornego uruchamiania pompy, i odmierzała równą porcję dla każdej z trzech roślin. Ryuko przyglądała się z bezpiecznej odległości; czasami ziewała albo szczekała po kociemu na kolibry. Konewka była ciężka, ale wody wystarczyło. Wiosną Toshiro zabrał czwartą donicę, tę z dużym kumkwatem. Michiko powiedziała mu, że pielęgnowała drzewko z myślą o dzieciach i wyrosło już dostatecznie wysoko, aby mogła je oddać w prezencie.

Stała w progu.

Z daleka widziała odbłysk światła na srebrzystym łuku Bramy. Nie nienawidziła jej. Po latach już wiedziała: Bramy są dobre. Ocaliły świat przed niszczycielskimi huraganami i nieubłaganie podnoszącym się poziomem oceanów. Połączyły rozbite po wojnie ziemie gdzieś tam, na Zachodzie. W taki czy inny sposób Nanbu musiało odejść; przez lata ważyły się tylko losy między gwałtownym końcem a powolnym, uprzejmym, dyskretnym dogasaniem.

Życie było pełne sprzeczności i może tylko dzięki Bramie ona, Michiko, wciąż pełniła służbę. Odruchowo skłoniła głowę, jakby wyrażała szacunek, i niespiesznie ruszyła chodnikiem w stronę stacji, mijając kolejne zbutwiałe drzwi i betonowe ganki, dachy porośnięte mchem, ogrody, gdzie drapieżna, bujna natura rozprostowywała nieprzycinane gałęzie i nawarstwiała niesprzątane liście. Ryuko towarzyszyła jej jeszcze przez kilka kroków, a później zniknęła, czmychając w żywopłot albo wdrapując się na rosnące po sąsiedzku drzewo persymony.

Tego dnia od strony Bramy nadszedł młody człowiek w garniturze. Michiko z daleka nie widziała zbyt dobrze twarzy, ale po sylwetce od razu poznała Toshiro. Nadal był szczupły, wyprostowany i przystojny; z wiekiem coraz mocniej przypominał jej Daisuke. Postanowiła, że mu tego nie powie. Powtarzała się, wiedziała o tym. Jej słowa zataczały coraz ciaśniejsze kręgi.

– Cześć, babciu.

– Nic nie pisałeś, Toshiro. – Zacisnęła usta. Nie chciała mu robić wyrzutów, samo wyszło.

– Pisałem – odparł. – Masz źle ustawioną gazetę.

– Powinieneś przyjść wieczorem, po pracy. Zrobiłabym herbatę. Mam twoje ulubione mandarynki, mam kompot z liczi.

Unikał jej wzroku. Być może wstydził się ją objadać. Nie chciał, żeby się przy nim krzątała. Siwiały mu już skronie, był poważnym mężczyzną, a nie małym chłopcem. Westchnęła.

 – Toshiro, spóźniam się do pracy.

– Babciu, przecież to nieważne. Nikt cię nie pilnuje.