Grzech ojca - Daniel Radziejewski - ebook
Opis

Powieść inspirowana prawdziwymi wydarzeniami.

 

Rok 2006. Dziennikarz Przemysław Próchnicki przygotowuje się do napisania artykułu na temat niejasnej zbiórki pieniędzy na ratowanie Stoczni Gdańskiej, przeprowadzonej przez kontrowersyjnego księdza, Eugeniusza Szafrona – właściciela Radia Wiara. Sprawa artykułu zaczyna się poważnie komplikować, kiedy w wyniku prywatnego śledztwa dociekliwego dziennikarza w dziwnych okolicznościach umiera jedno z jego źródeł. Podejrzana śmierć, anonimowe groźby oraz próby zamachu na życie Próchnickiego i jego bliskich wykazują podobieństwo do okoliczności tajemniczych morderstw mających początek w latach 80. Przemysław odkrywa, że za wszystkie zgony odpowiedzialna jest ta sama grupa ludzi – dawna komórka Służb Bezpieczeństwa. Wchodząc w posiadanie dowodu obciążającego księdza, staje się głównym celem do likwidacji. Czując zacieśniającą się pętlę, ambitny dziennikarz postanawia wyjaśnić sprawę do końca. Podejmuje niebezpieczne wyzwanie i walkę na trzy fronty: chce dociec prawdy o ojcu Szafronie, pokonać demony swojej przeszłości oraz wygrać wyścig z czasem o życie kogoś bardzo mu bliskiego...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 383

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Okładka

Strona tytułowa

Daniel Radziejewski

GRZECH OJCA

Strona redakcyjna

Redakcja: Zuzanna Gościcka-Miotk

Korekta: Monika Pruska

Okładka: Paweł Rosołek

Skład: Monika Burakiewicz

© Daniel Radziejewski i Novae Res s.c. 2014

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody wydawnictwa Novae Res.

Wydanie pierwsze

ISBN 978-83-7942-246-3

NOVAE RES – WYDAWNICTWO INNOWACYJNE

al. Zwycięstwa 96 / 98, 81-451 Gdynia

tel.: 58 698 21 61, e-mail: [email protected], http://novaeres.pl

Kontakt z autorem: [email protected]

Publikacja dostępna jest w księgarni internetowej zaczytani.pl.

Wydawnictwo Novae Res jest partnerem Pomorskiego Parku Naukowo-Technologicznego w Gdyni.

Konwersja do formatu EPUB:

Legimi Sp. z o.o. | Legimi.com

PODZIĘKOWANIA

Dziękuję zespołowi Coma za zgodę na wykorzystanie fragmentów utworu Tonacja, wyjątkowej kobiecie – Natalii Prałat, Tacie, kuzynowi Michałowi Walkowiakowi, koleżance Zofii Bartkowiak i koledze Saschy Hofmannowi.

ROZDZIAŁ I

Sześć lat później...

Ręce szybko przesuwały się po klawiaturze. Gumowe klawisze laptopa wydawały ledwie słyszalne kliknięcia. Przemek nie był informatykiem, nie miał też wybitnie długich palców. Jednak pisał szybko i prawie bezbłędnie. Gdyby wpatrzeć się w jego rozszerzone źrenice, to w ich odbiciu można by odczytać wyrazy z ekranu monitora.

„Cud, że jeszcze mi nie wprawili denek od słoików po tylu latach pracy przy komputerze” – pomyślał.

Już dawno zasłużył na okulary do czytania, bo wzrok coraz częściej odmawiał mu posłuszeństwa. Niestety, nigdy się na nie nie zdecydował. Nie chciał pamiętać, iż jeszcze kilka lat temu bez problemu pracował przy skromnej wielkości czcionce – dwunastce. Teraz każdy tekst pisał szesnastką, a dopiero całość zmniejszał z powrotem do dwunastki. Oszukiwał się i dobrze o tym wiedział.

Tego dnia pracował w biurze sam jak palec. No, może niezupełnie sam. Siedząc za dębowym biurkiem, zawsze miał to samo towarzystwo – żona Grażyna i ukochany synek Michał wpatrywali się w niego z oprawionej fotografii znad morza. Skromny pokój z wielkimi oknami zajmował zazwyczaj jeszcze kolega Zbyszek Pater. Niestety, tego dnia grypa nie pozwoliła mu dotrzeć do pracy. Przemek nie był przyzwyczajony do widoku pustego biurka przy drzwiach. Każdego innego dnia kątem oka widział okrągłe plecy Zbyszka i jego szeroki tyłek wypychający na zewnątrz plastikowe oparcie krzesła. Biedne krzesło tańczyło pod okazałą tuszą mężczyzny, a galaretowate pośladki wystawały poza siedzenie i opadały delikatnie, jakby za chwilę miały się wylać. Na co dzień Pater zajmował się sprawami z zagranicy. Wymagało to niezwykłego obycia w tej sferze i szybkiej interpretacji dziesiątek informacji napływających dziennie z całego świata. Ale patrząc na jego tuszę, nawet najbardziej nierozgarnięte dziecko wyciągnęłoby prawidłowe wnioski. Ten gruby facet po trzydziestce z dwoma oponkami w pasie i trzecią w drodze musiał też prowadzić jakiś kącik kulinarny.

– Stary, jak zrobiłem teściowej kurczaka z morelami w zeszłą niedzielę, to jej z rozkoszy prawie po nogach poleciało. W przyszłym tygodniu pół miasta dostanie orgazmu w porze obiadowej.

Tyle tylko pamiętał Przemek ze słów Zbyszka wypowiedzianych poprzedniego dnia, gdy opowiadał on o swoim najnowszym przepisie.

Sam chętnie kupował miejscowego „Gońca Lokalnego”, również zajmującego część ich siedziby. W skromnej rubryce „Kącik dla brzusia” znajdującej się na przedostatniej stronie, przed sportem, kuchmistrz Zbigniew przedstawiał smaczne potrawy, faktycznie wzbudzające zachwyt sporej części mieszkańców Ostrowa Wielkopolskiego.

Brakowało mu towarzystwa kolegi, ale może dobrze się stało, że był sam. Rozpoczęcie kolejnego artykułu na kilka stron kwartalnika „Rzeczniepospolitej” nigdy nie było jego ulubionym etapem pisania. Tym razem zabierał się do tego ze szczególną niechęcią. Wiedział, że będzie trzeba się sporo najeździć, pozbierać materiały z wywiadów, a ostateczny odzew i przełamanie szarej codzienności nie mniej szarych ludzi mogły okazać się znikome. Co prawda temat artykułu był już przedawniony i przerobiony na wszystkie możliwe sposoby, ale Próchnickiemu wcale to nie przeszkadzało. Sprawa śmierdziała przez wiele lat. Nieistotny był fakt, że i tym razem rząd, jak w każdym innym praworządnym kraju, przewietrzył ten cuchnący występek, bez konsekwencji dla sprawców całego fetoru. Ale skoro powietrze już się oczyściło, warto było przypomnieć ludziom, jak prominentni przedstawiciele Polaków maczali się w szambie i ile na tym zarobili. W końcu skandal uderzał w fenomen księdza Szafrona i nieudowodniony zarzut przywłaszczenia pieniędzy ze zbiórki na Stocznię Gdańską, maglowany przez wszystkie możliwe gazety i stacje telewizyjne w Polsce. Przemysław nie był głupi i podejrzewał, że niewiele da się dopowiedzieć w tym temacie. Mógł tylko napisać innymi słowami to, co wszyscy już wiedzieli.

„Ale mogę też poprowadzić dziennikarskie śledztwo po swojemu” – dodał w myślach.

Będąc dziennikarzem ze sporym bagażem doświadczeń, wiedział już, gdzie wyczuć skandal i którą ścieżką podążyć, żeby dojść do sedna. Ambicja, wytrwałość, pewność siebie i determinacja w rzucaniu nowego światła na ważne sprawy zapewniały mu uznanie wśród najlepszych w tym fachu. Jedynie bohaterowie jego artykułów nie czuli się wygodnie we własnej skórze po przeczytaniu swoich nazwisk w periodyku. Smród wokół ich osoby roznosił się wtedy w zabójczym tempie, niczym cichy, mokry bąk w przyjemnym towarzystwie.

– Jak chcesz śledzić życie gwiazd, to trafisz co najwyżej do redakcji gazetki gimnazjalnej. Ja wybrałem coś więcej – mówił tak niejednemu na pytanie o receptę na sukces.

„Wiem!” – w tej chwili nastąpił błysk natchnienia. Niczym światło eksplodującej supernowy oświecił umysł, a w głowie pojawiły się pierwsze zdania, wprowadzające do artykułu. Wyrazy kopały po oczach, a ich znaczenie potrząsało spokojną rzeczywistością już od początku. Przemek przybliżył twarz do monitora i położył dłonie na klawiaturze. Potrzebował kilku sekund, by ułożyć pierwsze dwa zdania w głowie i przenieść je na cyfrową stronicę Worda. W skupieniu nawet nie zauważył, jak do biura wparował kolega z końca korytarza. Trzask drzwi dotarł do uszu Próchnickiego. Za późno, by powiedzieć cokolwiek, a co dopiero ostro postawić kogoś do pionu za hałas przy pracy. Chwytliwy początek rozsypał się jak układanka. „Kurwa!” – zaklął w duchu.

– Kurwa, Przemo, nie uwierzysz! Wiesz, jakiego narobiliśmy syfu?

W gabinecie stał blondwłosy facet w białej koszuli i ciemnych spodniach od garnituru. Młodzieńcza twarz kipiała w ekscytacji, a nastroszone na żel włosy stały w osłupieniu. Oczy miał tak rozbiegane, że trudno było odczytać emocje, jakie rządziły nim w tej chwili. Głębokie przejęcie tryskało na wszystkie strony pokoju i jedna rzecz wydawała się pewna: była to sprawa niecierpiąca zwłoki.

– Prochal, kurwa, zmarnowałeś mi chwilę!

Przemek chwycił się za czoło i zaczesał dłonią gąszcz długich czarnych włosów.

– Słuchaj lepiej tego!

Redakcyjny kolega i stary znajomy z podwórka nawet nie dopuszczał do siebie myśli, że mogło być coś ważniejszego od tej najistotniejszej wiadomości dnia. Pierwszą, a właściwie drugą po nim samym osobą, która miała ją usłyszeć, musiał być właśnie Przemek.

– Pamiętasz, jak trzy dni temu byliśmy w „Odcieniu”? Szliśmy korytarzem i widziałeś przez okienko drzwi do kantyny, jak obleśny Walczak pił mleko prosto z kartonika, tak że mu pociekło bokiem...

– Nooo – Przemek przeciągnął wyraz i uśmiechnął się pod nosem z zaciekawieniem.

Doskonale pamiętał ich krótką wizytę we Wrocławiu u redaktora naczelnego konkurencyjnego czasopisma o tytule „Odcień”. Wśród licznych i ogólnie szanowanych znajomych dziennikarzy, z szefem włącznie, był tam mało poważany Robert Walczak. Ten dwulicowy osobnik miał w zwyczaju dążyć do awansów po trupach kolegów – cecha ta nie licowała z harmonią panującą w małym redakcyjnym stadku. To właśnie stołówkowy moment ukradkowego picia mleka, najwyraźniej nie swojego, i to jeszcze z kartonika, skłonił Przemka oraz Damiana Rajewskiego alias Prochal do wysłania Walczakowi anonimowego liściku. Na karteczce widniało jedno niedwuznaczne zdanie: „Wszyscy wiemy, co robisz w kantynie. To obrzydliwe!”.

– Już tam nie pracuje! Zwolnił się przez ten nasz liścik! Czaisz? – kontynuował podekscytowany Rajewski.

– Co ty pieprzysz?! – Przemek odparł z niedowierzaniem. – Zwolnił się, bo pił cudze mleko?

– Nie! Wszedł wczoraj pod koniec dnia do biura szefa i powiedział, że odchodzi w związku z tym, co zaszło. Szef nie wiedział, o co chodzi, ale był tak osłupiały, że nic nie mówił. Walczak zaczął go przepraszać, że to, co zaszło po godzinach między nim a sekretarką, nie powinno się w ogóle zdarzyć. A tym bardziej w redakcyjnej stołówce poważanego magazynu. No i że on nie widzi dla siebie miejsca w tej pracy, skoro wszyscy już o tym wiedzą, i że jest mu wstyd! Rozumiesz ten motyw?!

W pierwszej chwili nie rozumiał, ale szybko go oświeciło.

– O ja pierdolę! – Przemek nie mógł wyjść spod ciężaru zdumienia. – I co teraz?

– No, nic! Walczak odszedł, a szef podobno chodzi wściekły, że nie skończył ważnego artykułu do kolejnego „Odcienia”. Będą musieli go przesunąć na następny miesiąc.

– A sekretarka?

– Danka? – rzekł Rajewski z politowaniem na twarzy. – Biedna Danusia chyba też odejdzie. Może była głupiutka, ale poświęciła swoją dupę i pewnie też krótką karierę, by ruszyć Walczaka, i za to należy jej się ukłon. A frajer Walczak zapłacił za swoje! – skończył z szerokim uśmiechem.

Przemek wciąż nie mógł wyjść z osłupienia.

– Najbardziej chyba żal jego żony w ciąży.

– No właśnie! Dobra, Przemo, wracam do roboty, bo mam coś do skończenia. Chyba ci za bardzo nie przeszkodziłem, co? Bo wyglądałeś, jakbyś właśnie coś pisał.

– No, właśnie miałem coś zacząć, ale mi przeszkodziłeś! Jak tak dalej pójdzie, to w ogóle niczego nie sklecę.

Dwa początkowe zdania w głowie były już w rozsypce. Wiedział, że poskładanie ich do kupy zajmie parę cennych minut.

– Cała przyjemność po mojej stronie! – sypnął żartobliwie Damian i wycofał się z biura. Zamykając drzwi, zerknął jeszcze przez szparę. Upewniwszy się, że wzrok kolegi znów skupiał się na monitorze, celowo trzasnął o futrynę.

– Zabiję jak psa! – Przemek krzyknął do zamkniętych drzwi, ale bez odpowiedzi.

Rozejrzał się po swoim biurze, jakby szukał dobrego początku artykułu. Najpierw jego wzrok padł na biurko grubego Zbyszka, potem skoncentrował się na kilku zdjęciach z bardziej znanymi osobistościami w antyramach, na orzechowych regałach z segregatorami, na statuetce z brązu z tabliczką i grawerem gratulującym mu osiągnięć dziennikarskich, na półce z niezdarnie leżącymi folderami, aż wreszcie na szerokich oknach z białymi firankami. Szukanie utraconych zwrotów było jak przewracanie tysiąca elementów układanki w poszukiwaniu tego odpowiedniego. W głębokim skupieniu Przemek nie dopuszczał do siebie denerwującego regularnego bzyczenia gdzieś za plecami. Charakterystyczny dźwięk skutecznie utrudniał pracę nad artykułem. Bzyczał jak mały szerszeń w kieszeni szukający drogi wyjścia. Przemek otrząsnął się ze skupienia i wyciągnął wibrującą komórkę z marynarki zawieszonej na oparciu krzesła. „Chyba nie dane mi będzie w ogóle to napisać!” – pomyślał ze złością. Odebrał połączenie i przyłożył aparat do ucha.

– Przemek!!!

***

– Michał! Michał! Obudź się! – mówiła podniesionym głosem.

Resztki zdrowego rozsądku nie pozwalały wpadać w panikę. Szok odbierał jej zdolność racjonalnego myślenia. Wybrała trzy dziewiątki. Kremowa słuchawka telefonu stacjonarnego pokryła się czterema krwistymi smugami palców.

Gehenna, którą przechodziła młoda kobieta, trwała zaledwie kilka minut, choć wydawało się jej, że ciągnęła się co najmniej godzinę. W ramionach trzymała bezwładne ciało pięcioletniego chłopca z zakrwiawioną połową twarzy. Krew wylewała się obficie z głębokiej rany gdzieś pod szatynową czuprynką. Strumień za nic w świecie nie chciał zakrzepnąć. Szczupła, ładna szatynka z włosami upiętymi w kucyk przyciskała dłonią rozbitą czaszkę dzieciaka, potrząsając co chwilę małym ciałkiem. Lament kobiety rozchodził się po pokoju. Krople łez rozbijały się o podłogę. Bladość na twarzy matki wybieliła dotychczas śniadą karnację i zsynchronizowała się z kolorem skóry nieprzytomnego chłopca. Jej ciało drżało. Serce łomotało pod niebieską bluzką, mocno ubrudzoną krwią.

Grażyna nie wiedziała, w jaki sposób dwóch postawnych pielęgniarzy znalazło się w przedpokoju. Stali w wejściu do skromnego pokoju gościnnego. Jeszcze przed kwadransem pomieszczenie opływało spokojem i porządkiem. Wypolerowane szkła na półkach, lśniący ekran telewizora, dokładnie pozamiatany parkiet i odkurzony regał w odcieniu klonu brzydko kontrastowały z odcieniami ciemnej czerwieni. Widok raził bordową smugą na wystającej części mebla, zakrwiawioną głową dziecka w ramionach równie zakrwawionej matki i plamą krwi na podłodze, spływającą w cienkie szpary między deskami parkietu. W samym centrum dramatu dwie postacie kuliły się na środku pokoju.

– Weź chłopaka na ręce, to tylko parter.

Słyszała stłumione męskie głosy, a wszystko wokół działo się jak w zwolnionym tempie. Zamazane przez łzy sylwetki mężczyzn zbliżyły się ku niej. Stanowczymi ruchami wyciągnęły chłopaka z napiętych ramion matki. W tej samej chwili poczuła uścisk pod pachami i dwa silne ramiona usadziły ją na kanapie.

„Ja tylko poszłam do przedpokoju odebrać telefon. Ja tylko poszłam do przedpokoju odebrać telefon” – myślała gorączkowo.

– Czy może mi pani powiedzieć, co się stało? – odezwał się pielęgniarz.

– Ja tylko poszłam do przedpokoju odebrać telefon – wyjąkała Grażyna. – Usłyszałam huk i przybiegłam.

Mężczyzna w niebieskim uniformie mówił coś do kolegi, lecz jego słowa jakoś do niej nie docierały. Otępiający szum wypełniał jej uszy. Świat wirował wokół.

– Musimy wziąć chłopca do szpitala. Pani jest matką dziecka?

– Tak, to ja! Ja tylko poszłam do przedpokoju odebrać telefon – gestykulowała zakrwawionymi rękoma i kiwała przecząco głową.

Rzeczywistość zmieniła się nagle w koszmarny sen, zupełnie pozbawiony logiki.

***

Damian „Prochal” Rajewski siedział wygodnie za swoim biurkiem w skórzanym fotelu. Jego biuro było mniejsze od pokoju Przemka i o wiele ciaśniejsze, wszak każdy pokój w „Rzeczniepospolitej” miał w założeniu być wyposażony w tyle samo regałów i biurek, niezależnie od metrażu. Kiedy przed laty redakcja periodyku zmieniała siedzibę z mniejszej na ulicy Limanowskiego na większą przy Miłej, transfer był podyktowany istotnymi względami. Decydowały o tym nie tylko wielkość i podział kosztów dzierżawy z obsadującym już tam „Gońcem Lokalnym”, lecz również nadmierne wycie karetek na sygnale należących do pobliskiego szpitala. Niedogodność ta stawała się wybitnie uciążliwa wiosną i latem. Gdy cała redakcja pracowała przy otwartych oknach, hałasujące ambulanse zwalniały akurat przy budynku „Rzeczniepospolitej”, włączając się do ruchu z drogi podporządkowanej. W trakcie przeprowadzki wybór własnego biura był dowolny, lecz Damiana Rajewskiego zgubiły przebiegłość i pociąg do papierosów. Szeroki balkon w jeszcze nieurządzonym wtedy pomieszczeniu pozwalał snuć wizje szybkich przerw na fajeczkę. W ten sposób Rajewski niemal od razu zadecydował o wyborze gabinetu; nie czuł potrzeby odwiedzenia innych.

„Bo w życiu zawsze trzeba wiedzieć, jak się urządzić” – pomyślał.

Faktycznie, z biegiem czasu zdał sobie sprawę, jak bardzo się urządził. Wyłożona parkietem podłoga na korytarzu miała jeden poważny mankament: skrzypiąca deska znajdowała się pod drzwiami jego gabinetu. Zawsze więc wiedział, ile osób wędruje do pobliskiej stołówki i z powrotem. „Bo każde wkurwiające skrzypnięcie równa się jednemu nadepnięciu jednego pieprzonego leniwca w drodze do chuj wie gdzie” – teoria Rajewskiego, choć zbudowana nagle, pod wpływem emocji, miała dokładne odzwierciedlenie w rzeczywistości. Z biegiem lat zdążył się do tego przyzwyczaić. Nawet zdawał się już nie słyszeć spacerujących korytarzem kolegów. Jednak dzisiejszy przypadek był dla niego co najmniej denerwujący i zastanawiający.

Spokojny dotychczas dzień i rozmyślanie o zabawnym odejściu nielubianego Walczaka z „Odcienia” zakłócił najpierw rosnący tupot biegnących nóg, a po chwili przeraźliwe skrzypnięcie deski. Dźwięk w jednej chwili rozszedł się po korytarzu i posłał falę gęsiej skórki po plecach Damiana Rajewskiego. Hałas, jaki wydał ten nieznośny kawałek parkietu, był głośniejszy od wszystkich dotychczasowych skrzypnięć razem wziętych. Bardziej paraliżujący niż sto paznokci drapiących po powierzchni tablicy szkolnej. Drewno zapiszczało w iście ludzkiej rozpaczy. Rajewski zerwał się z fotela i za jednym zamachem otworzył drzwi, po czym wyjrzał na korytarz. Tupot nóg szybko ustępował. W oddali dostrzegł tylko zapadające się pod ziemię barki i podskakującą czuprynę Przemka Próchnickiego zbiegającego po schodach.

– Przemo, gdzie tak lecisz?! – krzyk odbił się o ściany wzdłuż korytarza i rozpłynął się w powietrzu.

Zapadła umiarkowana cisza. Z oddali docierały tylko ciche głosy rozmów za zamkniętymi drzwiami. Po chwili ktoś inny wyjrzał zza futryny z przejętą miną, by po kilku sekundach powrócić do swoich zajęć.

Przemek nie słyszał wołania. Rzucił się na drzwi wychodzące z budynku i wyskoczył na dwór. Blask dziennego światła tylko na chwilę go zdezorientował. Letni powiew wiatru owinął się wokół koszuli i podwiał ciemnoniebieski krawat w kratkę. Biegł bez zastanowienia przed siebie, byle jak najszybciej dostać się do granatowego audi A4 zaparkowanego po przeciwnej stronie na końcu ulicy Miłej. Dziś nie mógł zaparkować jak zwykle, bezpośrednio przy „Rzeczniepospolitej,” bo ktoś już zajął jego miejsce pod drzewem. Dziś nie mógł wczesnym rankiem otworzyć głównych drzwi do redakcji, bo ktoś przypadkiem zamknął je od środka. Dziś nie mógł zacząć artykułu do kolejnego numeru, bo ktoś co chwilę mu przeszkadzał. Dziś nie było jego dniem.

„Przemek!!!”.

Ciąg zaparkowanych wzdłuż ulicy samochodów i drzew o zielonych koronach przesuwał się po lewej stronie. Przed sobą Przemek widział oczy wolno idących ludzi. Mijali go raz z jednej, raz z drugiej strony. Niektórzy schodzili mu z drogi. Inni tylko szli po tej samej linii, beznamiętnie wpatrując się w rozciągniętą w pędzie twarz, powiewające do tyłu czarne gęste włosy i podskakujący na wszystkie strony krawat. Nie słyszał ich myśli, ale wcale nie musiał. Przemijające w ułamku spojrzenia mówiły wszystko. „Kark sobie złam, baranie jeden!”. Miał pustkę w głowie, ale odruch prowadził go przed siebie z zakodowanym w podświadomości celem podróży – mieszkaniem na ulicy Wierzbowej. Chciał sobie przypomnieć cokolwiek sprzed kilku chwil, lecz słyszał tylko szum wiatru obijający się o uszy. Pamiętał, że podniósł telefon, ale nie mógł sobie przypomnieć sensu konwersacji. Właściwie był to monolog. On sam niewiele zdążył powiedzieć. W tej rozmowie w ogóle brakowało logiki. Dopiero krzyk w słuchawce wyrwał go z miejsca.

– Przyjeżdżaj, proszę, szybko!!! Przemek!!!

Wiedział, że musi coś zrobić. Wiedział, że musi biec. „Przemek!!!”. Rześki wiatr ocierał się o boki, gryzł w nosie i zaczynał kłuć w płucach. W oddali widział już swój samochód. Skręcił raptownie w lukę między dwoma stojącymi pojazdami i wyskoczył na jezdnię. Pisk opon przekuł mu uszy. Obraz hamującego samochodu rzucił mu się na oczy. Strach sparaliżował jego ciało. Przemek wyciągnął obie ręce w obronnym odruchu. Maska srebrnego nissana micry stanęła kilka centymetrów od jego nóg. Machnął niezdarnie ręką w stronę starszej kobiety za kierownicą, jakby tym gestem przepraszał za podniesienie jej ciśnienia. Po chwili pobiegł dalej. Obraz wystraszonej damy w samochodzie wywietrzał mu z głowy tak szybko, jak powstał. Kobieta jeszcze przez chwilę stukała się palcem w czoło z taką agresją, jakby każde puknięcie o czaszkę miało sprawić mu ból.

„Przemek!!!”.

***

Ambulans przemieszczał się na sygnale przez główne ulice Ostrowa, znacznie wolniej, niż było na to stać konie mechaniczne pod maską pojazdu. Rozkręcony na dobre ruch uliczny nie ułatwiał przejazdu karetki. Niechętnie formował wąski tunel między ciągami samochodów wśród rozdartych klaksonów i wyjących silników. Grażyna siedziała na kole przy tylnych drzwiach pojazdu z podkurczonymi nogami. Młoda twarz postarzała się nagle o dziesięć lat, a dotychczas śniada cera znacznie wyblakła, uwypuklając opuchnięte od płaczu oczy. Sytuacja rozwijała się jak w niezwykle chorym śnie lub w filmie o pokręconej i nieprzewidywalnej fabule. Grażyna jeszcze kilka godzin temu obudziła swojego chorego synka pocałunkiem w czoło i przykładając rękę do jego skroni, sprawdziła temperaturę ciała. Był mocno rozgrzany. Otworzył zaspane oczy i uśmiechnął się na widok mamy i swojego kolorowego pokoju. Po raz kolejny budził się w ulubionej pidżamie w samochody, otulony granatową pościelą w żółte gwiazdki i księżyce. Otwierał oczy w swoim małym królestwie. Z plakatów witały go uśmiech zielonego ogra Shreka, łagodna twarz księżniczki Fiony i rozweselony pysk osła. Pokochał nowy kąt. Urządzony niedawno, naprędce, ale z miłością, aby łatwiej było mu przyzwyczaić się do zmiany w życiu całej trójki. Michał jak na pięciolatka był bystrym chłopcem. Fakt, że umiał już dobrze pisać, czytać i liczyć, znajome mamy tłumaczyły genami po ojcu dziennikarzu i matce księgowej. Te same koleżanki, matki mniej zdolnych dzieci, pocieszały się wzajemnie we własnym towarzystwie, że przynajmniej ich córki i synowie mają cieplejszy dom i bardziej kochających rodziców. W ten sposób gasiły dręczące myśli o szybszym rozwoju Michała wśród reszty dzieci. Najmniej przeszkadzało to samym pociechom zainteresowanych. Chętnie bawiły się w grupie z małym Próchnickim, będącym nieformalnym liderem Krasnoludków. Codzienna rutyna została nagle przerwana, gdy ciemnowłosy Michałek przestawał pojawiać się na zajęciach z powodów zdrowotnych. Smutek zagościł na twarzach kolegów i koleżanek, którym nagle zabrakło pomysłów na wspólną zabawę. Również podchodząca pod pięćdziesiątkę pani Ela zachodziła w głowę, co się stało z jej ulubionym przedszkolakiem. Wraz z jego absencją cała grupa utraciła nagle swój niepowtarzalny charakter. Trzecie osłabienie i gorączkę w ciągu zaledwie dwóch miesięcy lekarze przypisywali wzrostem występowania tych dolegliwości wśród dzieci w ostatnim czasie. Grażynę i Przemka bardzo to niepokoiło.

– Mamusiu, bolą mnie nóżki i rączki – odparł Michałek zaspanym głosem, wstając ociężale z łóżka.

– Wiem, syneczku, ale jesteś niestety chory, dlatego tak się dzieje. Mamusia przygotuje ci zaraz śniadanko i lekarstwa, bo dochodzi dziesiąta. Załóż swoje skarpeteczki i umyj się szybciutko, a po śniadanku znów się położysz, dobrze?

Chłopiec miał zmęczone oczy i wypieki na twarzy, jednak nawet w chorobie nie tracił urzekającego uśmiechu i pogody ducha. Skinął głową i objął szyję matki.

– Kocham cię, mama.

– Ja też cię kocham, Michałku.

„Kocham cię, mama”. Tyle tylko Grażyna potrafiła przywołać w pamięci pośród uciążliwego szumu w głowie, zawodzenia syreny i lekkich szturchnięć manewrującego pojazdu. Siedziała skulona przy metalowym składanym łóżku na kółkach, z przyciśniętymi do ust pięściami. Na wysokości jej oczu leżały blade nóżki chłopca ubrane w wełniane skarpetki z Kubusiem Puchatkiem. Nie wiedziała, co się z nim dzieje. W szoku nie była w stanie myśleć, a pielęgniarze nie pozwalali jej wstawać podczas szybkiej jazdy ambulansu.

***

Kobieta po pięćdziesiątce klęczała na parkiecie, wyżymając mokrą szmatę do miski. Woda zmieszana z krwią ściekała ze ściery do białej wanienki, pełnej czerwonej cieczy. Rozległo się natrętne pukanie do drzwi. Po chwili przerodziło się w głośne, niecierpliwe stukanie. Kobieta podniosła się ociężale, poprawiając staromodną spódnicę, z kolanami mokrymi od zabarwionej wody. Posuwała kapciami po parkiecie, jakby otyłe ciało i słabe kości utrudniały jej chodzenie.

– Już, już! Już otwieram! – spojrzała uważnie przez wizjer, przekręciła zamek i chwyciła za klamkę.

Drzwi od razu się otworzyły, jakby bez jej udziału. Do środka wtargnął mężczyzna w czarnych włosach. Marynarka spoczywała zupełnie niesymetrycznie na lekko spoconym ciele. Kraciasty krawat przekrzywił się na szyi, a twarz mężczyzny pokrywał zdrowy czerwony kolor, jak po intensywnym treningu na siłowni. Dyszał przy tym niemiłosiernie i dopiero za trzecim lub czwartym wydechem zdołał wycisnąć z siebie słowo.

– Jest... jest Grażyna? – przełknął gęstą ślinę i miał wrażenie, jakby wleciała prosto do kłujących płuc.

– Przemek, w domu stało się wielkie nieszczęście! – matka Grażyny załamała ręce i skrzywiła twarz gotową do płaczu.

– Co się stało, mamo?

Próchnicki patrzył w twarz teściowej. Dostrzegł w jej rysach starszą wersję swojej żony. Cerę miała ciemną, skutecznie maskującą zmarszczki na twarzy. Krótkie włosy, przyprószone siwizną, uczesane na bok, dwadzieścia lat temu spływały po łopatki, mieniąc się naturalną czernią. Niewątpliwie była to niegdyś piękna kobieta. Teraz godnie zbliżała się ku starości.

– Nie wiem dokładnie! – mówiła z wykrzywioną miną. Odwróciła się i skierowała się do pokoju gościnnego. – Sam zobacz!

Łzy popłynęły jej po policzkach, a głos załamał się. Nie była w stanie wydusić ani słowa. Przycisnęła dłoń do ust, próbując zdusić płacz.

– Nawet nie wiem, co się z nimi dzieje. Telefon Grażyny został w domu.

Próchnicki wszedł za teściową i zamarł. Światło wpadające przez szerokie okna odbijało się od rozrzedzonej krwistej plamy na parkiecie. Obok niej leżała mokra szmata z miską po brzegi wypełnioną wodą z hemoglobiną. Jasnoczerwone smugi rozmazywały się po drewnianym regale i nieskazitelnie czystej podłodze. Kilka kroków dalej, pod ścianą leżał pluszowy miś z sympatycznym uśmiechem, rozmazanym wąskimi smugami krwi. Przemysław wybiegł z pokoju i sprawdził pozostałe pomieszczenia, zatrzymując się na dłużej w małym pokoju z plakatami na ścianach i znajomą pierzyną w żółte gwiazdki. Pomieszczenia były uporządkowane, bez śladów krwi.

– Dzwonię do szpitala! – powiedział chyba bardziej do siebie, bo teściowa już nawet nie próbowała powstrzymać płaczu. Siedziała na kanapie z twarzą w dłoniach i głośno pochlipywała.

Wyciągnął telefon komórkowy z kieszeni spodni. W tym samym momencie ktoś zapukał do drzwi wejściowych. Kobieta prawie natychmiast ucichła i spojrzała ze zdziwieniem na Przemka. Ten rzucił się do wyjścia. Na wycieraczce stał drobny, pomarszczony mężczyzna w podeszłym wieku, z siwym wąsem i zakrwawionym rękawem starej kraciastej koszuli.

***

Przemek wybiegł z klatki schodowej jeszcze bledszy niż wtedy, gdy odebrał telefon od teściowej w redakcji „Rzeczniepospolitej”. „Kurwa mać, co za dzień!”. Znów musiał przebiec niemały dystans do zaparkowanego samochodu, bo dziś nikt nie ułatwiał mu życia. Jeszcze godzinę temu próbował rozpocząć artykuł do kolejnego numeru magazynu, co było największą rozterką dnia. Kilka chwil później los rozdał inne karty, a w nich było zbyt wiele niewiadomych. Największym zmartwieniem stało się pytanie, w jakim stanie jest dziecko i czy w ogóle żyje. Wszystko stało się tak tragiczne, że aż śmieszne. „Co się dzieje? Dlaczego ja? Nic z tego nie rozumiem”. Usiadł za kierownicą, głośno sapiąc. Kłucie w płucach nie było już tak bolesne. Zaczynał się do niego przyzwyczajać. Ponownie spotkał się z dziwnymi spojrzeniami ludzi i miał wrażenie, jakby każdy starał się zapamiętać jego twarz, na wypadek gdyby okazał się jakimś zbiegiem, złodziejem, gwałcicielem czy może mordercą. Snuto liczne teorie, mniej i bardziej spiskowe, ale nikomu chyba nie przyszło do głowy, że akurat był ofiarą w całej tej sytuacji.

Audi A4 z silnikiem 1.9 budziło szacunek wielu kierowców na autostradzie, co Przemek niejednokrotnie zdołał udowodnić sobie i innym. Pędząc kilkupasmową drogą, można wyprzedzać samochody, tak jak slalomista wymija chorągiewki. A jeśli jeszcze znajdzie się jakiś kierowca, który wyczuje konkurencję i zechce ścigać się chociaż przez kilkaset metrów, podróż wydaje się o wiele przyjemniejsza. Nawet w obrębie miasta, ruszając ze świateł, można nieraz dokopać jakiemuś łysemu gówniarzowi siedzącemu w samochodzie taty ze spaloną na kwarc dziewczyną. „Gdy nie ma sposobności okazać wyższości mądrością, zawsze można zawstydzić przeciwnika przyspieszeniem!”. Przemek nie przypuszczał jednak, że dożyje chwili, w której oddałby wszystko za zamianę swojego szybkiego cacka na coś okropnie wolnego i ciężkiego. Po kilkuset metrach szybszej jazdy wlókł się w niemiłosiernym korku, bez żadnego pola manewru. „Kurwa mać, to się nie dzieje naprawdę!”. Walił otwartą dłonią w kierownicę, a jego oczy tonęły w złości i desperacji. „Gdybym miał walec, tobym się z wami nie patyczkował!”. Czuł rosnącą frustrację, nie wiedział tylko, kiedy zacznie krzyczeć i płakać, wyzuty z resztek rozsądku. Miał wrażenie, jakby ktoś lub coś testowało jego granice cierpliwości. Jakby coś podstawiało przeszkody akurat wtedy, kiedy najmniej ich potrzebował.

– Jedźże, palancie!

Krzyk obijał się wewnątrz karoserii, bez szans na dotarcie do starszego adresata w kanciastym fiacie seicento stojącym przed autem Przemka. Korek zaczął ustępować, a on mógł przycisnąć pedał gazu do trzydziestu kilometrów na godzinę. Żaden powód do radości, kiedy trzeba gnać na złamanie karku. Jednak w tej chwili nie opłaciłoby się już zamieniać samochodu na walec. Przygotowany na kolejne niespodzianki, nie zareagował już tak nerwowo, zobaczywszy żółty znak z napisem „objazd”. Skręt w ulicę ks. Jana Kompałły, będącą zresztą najszybszą drogą do szpitala, był niemożliwy z powodu robót drogowych. Dwóch robotników w żółtych kaskach solidnie przykładało się do pracy. Jeden wypalał papierosa, opierając się o koparkę, a drugi zaciekle mu asystował z nogami w lekkim rozkroku, spluwając na ziemię między buty. „To się chłopaki narobili po pachy!”.

Miał tylko moment na podjęcie decyzji. Wjechał w labirynt wąskich i trudno przejezdnych ulic wokół rynku. Po drugiej stronie czekały Aleje Słowackiego, prowadzące na miejsce. Tym razem spotkało go miłe zaskoczenie – nie napotkał większych trudności na drodze. Być może los się nad nim w końcu zlitował albo po prostu przechodnie i kierowcy wyczuli spieszącego się człowieka i postanowili trzymać się z dala od ulicy.

„Boże!”. Przemek nie był człowiekiem wiary, lecz w takich sytuacjach słowo to trafiało na usta równie automatycznie, co nagminnie używane polskie przekleństwo przy przypadkowym uderzeniu młotka w kciuk. Uspokoił się, wjeżdżając na przyszpitalny parking. Spadek napięcia przyniósł ze sobą ulgę, ale i natłok myśli o zakrwawionym pokoju i możliwych przyczynach tragedii. I jeszcze to wołanie. „Przemek!!!”. Wiedział już, że nikt nie zginął. Gdyby wyjechał minutę wcześniej, do tej pory brałby tę możliwość pod uwagę.

– Wiem, co się stało, panie! – jeszcze przed kwadransem mówił przejętym głosem stary gaduła, pan Kazimierz, sąsiad teściowej z naprzeciwka. – Biedna pani Grażynka tak krzyczała, żeby ktoś jej pomógł, że na całym korytarzu się niosło. Nie wiedziałem, co począć, panie. Myślałem, że ją mordują czy coś. Wziąłem największy nóż z kuchni i myślę sobie, że wejdę, bo mi sąsiadkę zatłuką, a ja już swoje lata mam. Jakby mnie zabili, panie, to pewnie by się żona w niebie ucieszyła, że już przyszedłem. Dzieci nie mamy, więc nikt by nie płakał...

– Ale co się stało, panie Kaziu? – przerwał Przemek podniesionym tonem.

W myślach błagał o szczęśliwe zakończenie długiego wywodu staruszka.

– No więc tak, panie. Chwytam za klamkę, patrzę, otwarte. Nóż, panie, ostry jak brzytwa, wysunąłem przed siebie i idę. Patrzę, a w dużym pokoju pani Grażynka trzyma dziecko całe we krwi. Trzęsła się, bidulka, i krzyczała. Podbiegłem i podtrzymałem głowę dziecka, panie, bo nie wiedziałem, co robić, a biedna pani Grażynka dzwoniła po karetkę.

Przemek nie czekał na koniec rekonstrukcji zdarzeń w wykonaniu rozgadanego sąsiada. Odepchnął go lekko w progu, wybiegając na schody.

„Biegnij pan na Limanowskiego!”. Echo ostatnich słów pana Kazimierza, odbijające się o podrapane ściany klatki schodowej, powtarzało mu się w pamięci jak zacięta płyta winylowa. „Biegnij pan na Limanowskiego! Biegnij pan na Limanowskiego!”.

Znów biegł po zatłoczonym parkingu w stronę wejścia szpitala. Kilkadziesiąt metrów przed nim rozpościerał się kompleks wielopiętrowych budynków szpitalnych w czerwono-pomarańczowe pasy. Potężna placówka składała się z budynku głównego i kilku przybocznych, porozrzucanych wokół. W pobliżu znajdowało się okrągłe lądowisko na helikopter z białym krzyżem pośrodku i wpisaną w sam środek literą „H”.

„Biegnij pan na Limanowskiego!”. Mijał smutnych pacjentów w pidżamach i odwiedzających, niektórych zatroskanych, innych uśmiechniętych. Tu już nikt mu się nie przyglądał. Pośpiech na terenie szpitala był dość powszechny. Głównie lekarze i pielęgniarki przemykali po długich korytarzach. Pacjenci czy goście nie spieszyli się tak bardzo. „Biegnij pan na Limanowskiego!”.

Wpadł do holu przez szklane drzwi i od razu poczuł charakterystyczny zapach szpitalnego powietrza.

– Izba przyjęć! – podniósł głos na napotkaną pielęgniarkę .

Zabrzmiało to niemal tak agresywnie jak „To jest napad!”. Przestraszona młoda kobieta o kocim spojrzeniu szybko doszła do siebie. Wyciągnęła rękę, wskazując korytarz po prawej. W obszernej sali z kilkoma rzędami plastikowych krzesełek siedziało kilkoro ludzi. Kremowe ściany działały kojąco na oczekujących. Większość z nich bezmyślnie wpatrywała się w jakiś punkt przed sobą, a reszta od niechcenia przeglądała stare czasopisma.

– Przemek! – usłyszał za plecami.

Od razu poznał głos Grażyny. Tym razem brzmiał gorzko i rozpaczliwie. Ledwie zdążył się odwrócić, a siedząca pod ścianą szatynka z opuchniętymi oczyma i bladymi policzkami rzuciła mu się na szyję. Czuł dreszcze przeszywające jej szczupłe ciało. Wdychał znajomy zapach jej perfum i włosów mieszający się z niemiłą wonią szpitalnego powietrza. Rozluźnił napięte mięśnie i poczuł chwilową ulgę, że nie musiał szukać jej zbyt długo wśród dziesiątek oddziałów i setek sal.

– Co się stało? Co z Michałkiem? – odsunął głowę i spojrzał jej prosto w oczy.

Grażyna oparła czoło o jego ramię. Przez chwilę pomyślał, że dawno nie widział jej w takim stanie, lecz od razu się poprawił. W ostatnich kilku miesiącach wielokrotnie widział już te zapłakane oczy, słyszał tę gorycz i beznadzieję w głosie. Nie lubił tego widoku. Nie chciał go pamiętać, bo nie lubił wtedy siebie.

– Michałek roztrzaskał sobie głowę o kant regału i stracił przytomność – powiedziała łamiącym się głosem, wciąż jednak trzymała emocje na wodzy.

Zimne ciarki przeszyły jego ciało. W myślach widział nieprzytomnego syna na stole operacyjnym, a wokół niego podenerwowanych lekarzy w białych kitlach, rozpaczliwie próbujących go reanimować. „Cholera, tracimy go!”.

– Jak to roztrzaskał głowę!? Stracił przytomność?!

– O Boże, był w dużym pokoju. Ja na chwilę wyszłam odebrać telefon i wtedy to się stało – zniecierpliwiona rozłożyła ręce i opadła na stojące pod ścianą krzesełko.

Była wykończona psychicznie, a wypowiedzenie każdego słowa stanowiło dla niej nie lada wysiłek. Spuściła wzrok na podłogę z płytek i na chwilę zastygła w bezruchu. Piersi, na których opierała się niebieska bluzka, podnosiły się i opadały w szybszym oddechu.

– Ale co się stało, do cholery? – widział, jak się wzdrygnęła. – Przepraszam. Możesz mi powiedzieć, w jakim stanie jest Michał?

– Nie wiem. Nic nie wiem! – tym razem Grażynie z wolna podnosiło się ciśnienie.

Kilka osób pod ścianą odkleiło wzrok z wymiętych czasopism i ukradkiem zerknęło na podenerwowaną parę. Siedzący w oddali, wymięty przez życie starszy mężczyzna spoglądał znad starego numeru tygodnika lokalnego, mrużąc oczy z całych sił, jakby za pomocą tego złowrogiego gestu miał dosłyszeć każde słowo odległej rozmowy.

– Po prostu się uderzył i rozciął głowę, bo chyba zasłabł. Nie wiem, nie było mnie przy tym!

– Dlaczego w ogóle wstawał z łóżka?! Przecież był chory, to powinien leżeć, a nie łazić po domu – mówił stanowczo.

– Przemek, czy ty siebie w ogóle słyszysz? To nawet do łazienki nie mógł pójść i do dużego pokoju po książkę? – z każdym kolejnym zdaniem jej głos podnosił się o ćwierć tonu. W oddali ktoś chrząknął, przypominając o obecności innych pacjentów.

Przemysław podszedł do Grażyny i usiadł przy niej. Rozumiał, że nerwy niczego nie rozwiążą. Od dawna pozwalał ponosić się szybkim impulsom, by żałować tego po dłuższej lub krótszej chwili. Niestety, nie mógł zrozumieć, dlaczego działo się to tylko w rozmowie z małżonką. Grażyna podniosła głowę i przetarła napuchnięte oczy. Delikatnie położył swoją rękę na jej dłoni w geście jedności. Czuł, że to mu nie pomaga. Chciał znać odpowiedzi, których nie mógł z niej wycisnąć.

– Boże, co za dzień! – odparł bardziej do siebie niż do niej.

Próbował sobie przypomnieć ostatnią męską chwilę, jaką spędził sam na sam z synem. Przed kilkoma tygodniami, kiedy Michał był jeszcze zdrowy, wybrali się na przedpołudniowe zabawy. Szli, opalani letnim słońcem, przez drobny park, pełen spacerowiczów, gdzie kopali razem piłkę. Dzień był słoneczny i bardzo ciepły, co tego lata nie było niczym nadzwyczajnym. Słońce wyraźnie dawało z siebie wszystko przed rychłym ochłodzeniem. Michałek szedł przed ojcem, odbijając futbolówkę o płyty chodnika. Spocone ciemne włosy spływały mu na czoło, tworząc równo przyciętą grzywkę. Niebieskie szorty i sportowa koszulka od mamy, z siódemką i nazwiskiem Beckham, przyklejały się do chłopięcego ciałka. Przemek szedł spokojnie kilka kroków za synem i wpatrywał się w jego plecy.

– Tata, czemu się uśmiechasz? – usłyszał nagle pytanie i zauważył, że Michał patrzył na niego, marszcząc czoło w zdziwieniu.

– A nic, synku. Cieszę się, że mogliśmy pograć w piłkę.

Po raz kolejny złapał się na tym, że uśmiechał się sam do siebie, gdy widział piłkarską koszulkę syna. Był to prezent od mamy na piąte urodziny. Michałek rzucił jej się wtedy na szyję i mocno ją uściskał.

– To koszulka Czerwonych Diabłów z Manchesteru! Skąd wiedziałaś, że właśnie taką chciałem?

Lecz mama nie wiedziała. Wybrała akurat siódemkę, bo chciała, by jej syn zawsze był szczęściarzem. Kochała go, jak każda matka kocha swoje dziecko, lecz dopiero w ostatnich kilku miesiącach zauważała, jak jego obecność dodaje otuchy w tym burzliwym dla niej okresie.

Przemek przypomniał sobie ostatnią chwilę z wypadu do parku. Szli równym krokiem do domu. W pewnej chwili Michałek podniósł głowę i spojrzał na niego swoimi piwnymi oczyma:

– Tata, a kiedy ty i mama...

– Lekarz do nas idzie! – Grażyna zerwała się na równe nogi, wytrącając męża z retrospekcji.

Przemek wyprostował się i odwrócił. Młody mężczyzna z poważną miną stąpał w ich kierunku. Z prawej kieszeni białego fartucha wystawała końcówka długopisu, a długi uniform obijał się o sztruksy okrywające czarne buty. Światło z jarzeniówek na suficie odbijało się od zalaminowanej plakietki na piersi lekarza. Było na niej imię i nazwisko: Maciej Bartoszek. Twarz miał skupioną, lecz niegroźną. Czarne, krótko ostrzyżone włosy ledwie wystawały znad skóry głowy. Z obu stron czoła wdzierały się widoczne zakola. Wśród oczekujących w poczekalni nikt nie wykazywał większego zainteresowania lekarzem. Posyłano mu tylko szybkie spojrzenia podczas przerwy w lekturze lub oglądaniu po raz setny tego samego okna. Nawet zmurszały dziadek z gazetą nie mrużył już oczu, zagłębiwszy się w czytanie nekrologów. Jedynie dwójka rodziców wpatrywała się w doktora niczym w hipnozie.

– Państwo są rodzicami Michała, tak?

– Tak! – odpowiedzieli zgodnie – jak przed ołtarzem.

Lekarz zaprosił ich gestem ręki w głąb korytarza.

– Państwa syn czuje się dobrze.

Grażyna szła przy lekarzu, a Przemek dwa kroki dalej pomiędzy nimi ze wzrokiem skupionym na medyku.

– Stracił przytomność od uderzenia, lecz już kontaktuje. Ma głęboką ranę na głowie, na szczęście niedużą, więc ściągnęliśmy ją kilkoma szwami. Na skórze zostanie niewielki ślad, ale we włosach nikt tego nie zauważy. Pamięta pani, jak to się stało?

– Nie było mnie akurat przy nim, panie doktorze – odezwała się Grażyna. – Rozmawiałam przez telefon i usłyszałam huk. Jak wbiegłam do pokoju, zobaczyłam go, jak już leżał – wzięła głęboki oddech.

– Rozumiem. Przy okazji, pozwoliłem sobie dość pobieżnie zbadać Michałka. Zauważyłem, że ma temperaturę i powiększone migdały.

– Syn ostatnio nam częściej choruje. W ciągu kilku dni dwa razy miał objawy anginy i teraz znów jakby się odnawia.

Doktor Bartoszek patrzył przed siebie, by nie wpaść na idących z naprzeciwka ludzi.

– Będziemy musieli zostawić go kilka dni na obserwacji, bo mały być może ma wstrząśnienie mózgu. Przy okazji porobimy szczegółowe badania – po chwili zwolnił i kolejnym ruchem ręki zaprosił oboje do małej, jasnej sali z dwoma łóżkami. – Proszę zobaczyć się z synem, a ja zaraz do państwa wrócę.

Pod oknem w metalowym łóżku z odrapaną ramą leżał chłopiec okryty białą pościelą. Drugie łóżko było chwilowo puste, lecz odkryta kołdra świadczyła o tym, że ktoś je zajmował. Michałek wyglądał na wystraszonego. Pod oczami uformowały się dwie szare plamy, podkreślające bladość twarzyczki. Na głowie odstawał gruby opatrunek, niczym zwarta kulka śniegowa przylepiona do włosów. Grażyna podbiegła do łóżka i pochyliła się nad synkiem. Przemek stanął dwa kroki dalej.

– Wyglądasz jak prawdziwy weteran wojenny! – wydusił z wymuszonym uśmiechem.

Na widok mizernej twarzy syna Przemek ponownie ujrzał w myślach obrazy ze spaceru po parku. Przypomniał sobie pytanie, jakie Michałek wtedy mu zadał. Chłopiec szedł przed siebie, skupiając wzrok na ojcu. Sklejone potem włoski delikatnie powiewały na drobnym wietrze, a piwne oczy wypełniała radość i dziecięca niewinność.

– Tata, a kiedy ty i mama wrócicie do siebie?

ROZDZIAŁ II

Na pierwszym piętrze redakcji huczało od pracy. Na schludnym korytarzu było natomiast spokojnie. Ściany zajmowały powiększone zdjęcia w antyramach z różnych wydarzeń, w których uczestniczyła „Rzeczniepospolita” w ciągu wszystkich lat swojego istnienia. Słychać było szuranie, pojedyncze dźwięki i urywane rozmowy. Poza tym nikt nie wychodził ze swojego biura, by uprzykrzyć życie Damianowi Rajewskiemu skrzypiącą płytką w parkiecie. Choć zbliżało się południe, słońce wydawało się tego dnia w ogóle nie wzejść. Pozostawiało płynące chmury samym sobie, a ziemię spowijały ponure odcienie szarości. Duże okna w pomieszczeniach pompowały mrok do środka. Ciężka atmosfera nie motywowała do pracy. Po kilkunastu dniach wypełnionych słońcem i zielonymi koronami drzew lato w końcu ukazało wczesny zwiastun jesieni.

Na końcu korytarza po prawej stronie znajdowały się drzwi z matowymi szybami, stanowiące wejście do serca i mózgu czasopisma. Srebrna tabliczka z grawerem, zawieszona tuż nad wysokością oczu, budziła niekiedy strach, ale przede wszystkim szacunek: Redaktor Naczelny. Stanisław Musielak.

W pokoju, stosunkowo niewielkim w porównaniu z pozostałymi biurami, siedział postawny mężczyzna po pięćdziesiątce. Ubrany pod krawat, wpatrywał się w laptopa, śledząc bieżące wiadomości na głównych witrynach internetowych. Światło monitora odbijało się od stylowych okularów, a jednak poświata nie dorównywała jasnością śnieżnobiałym włosom uczesanym na bok. Minę mężczyzna miał zazwyczaj poważną, co początkowo mogło zniechęcać do współpracy. Jednak w rozmowach z podwładnymi Musielak był chętny do pomocy („Potrzebujesz jeszcze jakiejś wtyczki?”), okazywał szacunek i zaufanie („Jestem wam bardzo wdzięczny za ten kawał dobrej roboty”), przyznawał się do błędów, kiedy było trzeba („Muszę was przeprosić, bo moje źródło okazało się niewypałem”), ale też potrafił postawić pracownika pod murem i niemal rozstrzelać („Stary, za dwie godziny widzę artykuł na swoim laptopie i lepiej, byś się nie spóźnił! Stoisz tu tak, a została ci jeszcze godzina i pięćdziesiąt dziewięć minut!”). W gorszych dniach uciekał się do sarkazmu („Kto ci podesłał tę informację o premierze? MTV czy Discovery?”), a nawet nie stronił od wulgaryzmów w stresujących sytuacjach („Do kurwy nędzy, co ten człowiek w ogóle odpieprza?!”). Wszystkie te cechy z ogromną szczyptą obiektywizmu, pewności siebie, ale też odrobiny bezwzględności były składnikami jego profesjonalizmu. Pracowały na jego sukces oraz uznanie wśród pracowników i konkurencji.

Musielak nie czuł się dziś najlepiej. Zmiana ciśnienia i ponura pogoda dawały mu się wyjątkowo we znaki słabym, acz konsekwentnym bólem głowy. Wszystko wydawało się go irytować. Sam nie wiedział, jak sobie pomóc. „Cholerny ból!”. Wysunął szufladę biurka i sięgnął po aspirynę, po czym popił ją resztką zimnej herbaty. Podszedł do okna gabinetu i odpalił papierosa. Dwa kryształowe puchary na półce z różnych lat, które otrzymał w podziękowaniu za czynną działalność na rzecz miasta Ostrowa Wielkopolskiego, zadźwięczały radośnie, zupełnie niezrażone dołującym klimatem dnia. Nie miał dziś zapału do pracy. W internecie prócz osunięcia się błota w Chinach, nieudanego napadu na bank w Warszawie i kolejnych wniosków naukowców na temat żywności organicznej nie było nic, co mogłoby stać się inspiracją do napisania kolejnego dobrego artykułu. Nawet prezydent nie wybył nigdzie z wizytą, ani jego brat, premier, nie naskarżył na nikogo prokuraturze. 30 sierpnia 2006 roku w szarej Polsce nie działo się nic.

Nagle rozdzwonił się telefon, a dźwięk dzwonka, na co dzień przyjemny, dziś strasznie denerwował.

– Chciałam panu tylko przypomnieć o spotkaniu z radnym Winnickim w Urzędzie Miasta o godzinie trzynastej. Jest już dwunasta pięćdziesiąt, więc pomyślałam, że... – odezwał się głos z nutką zmysłowości, należący do kobiety po trzydziestce.

– Tak, pamiętam, pani Aniu – przerwał jej w połowie zdania. – Dziękuję za przypomnienie – wysilił się na uprzejmość.

„Szlag by to trafił, zupełnie o tym zapomniałem”. Musielak ożywił się nieco, a zmęczona twarz znów nabrała skupionego wyrazu. Wdusił jeszcze całego papierosa w ceramiczną popielniczkę, wziął ze stołu telefon komórkowy i trzasnął za sobą drzwiami.

Urząd Miasta w Ostrowie mieścił się na Alei Powstańców Wielkopolskich, niemal w centrum samego miasta. Podłużny czteropiętrowy kloc z betonu w kolorze brązowo-szarym, z dziesiątkami okien, automatycznie kojarzył się z czasami PRL-u, szczególnie w szarej scenerii, takiej jak dziś. W słoneczne dni miejsce to nabierało pewnego uroku, a to za sprawą ładnie wystrzyżonego soczystozielonego trawnika z kilkoma masztami, na których dumnie powiewały flagi. Na przyległym parkingu ustawiały się rzędy samochodów. Swoją różnorodnością wzmacniały koloryt i dodawały urody. Jednak dziś nie było słonecznie. Trawnik nie robił wrażenia, a samochody wyglądały tak samo, pokryte ponurym odcieniem dnia.

Musielak wysiadł ze swojego zielonego volkswagena golfa i spojrzał na zegarek. Była 13:09. Spóźnienie mieściło się jeszcze w granicach przyzwoitości. Chłodniejsze powietrze przesiąknięte było wilgocią, intensyfikując uczucie nieprzyjemnego zimna. Szczególnie odczuwał to w nogach; drobne powiewy mokrego powietrza wkradały się pod nogawki cienkich spodni garniturowych i wspinały ku górze po łydkach.

Wnętrze budynku było o wiele cieplejsze i wyglądało dość nowocześnie. Musielak próbował przypomnieć sobie dzień, w którym odebrał telefon od sekretarki członka Rady Miejskiej ze skrzydła partii Sprawiedliwość i Patriotyzm, znanej również pod skrótem SiP. „Pan Winnicki prosiłby o spotkanie, najlepiej w przyszłym tygodniu, jeśli byłby pan dostępny”. Odwiedziny w Urzędzie Miasta nie były dla niego niczym nowym, wszak Musielak był poważanym w mieście ostrowianinem, miał liczne wpływy i zasługi. Nieraz bywał u prezydenta miasta oraz kilku bardziej znanych członków Rady Miejskiej. „Winnicki czegoś ode mnie chce?”. W rozmowie telefonicznej z zeszłego tygodnia zupełnie nie zarejestrował powodu spotkania wśród dziesiątek innych spraw na głowie. Winnickiego znał ze słyszenia, jednak nie miał jeszcze okazji spotkać się z nim osobiście. Tym bardziej nie wiedział, co ów jegomość mógłby od niego oczekiwać i w jakiej sprawie go sprowadził. Rozwiewając błahe rozmyślania, udał się windą na drugie piętro.

– Cześć, Staszek, miło cię znowu widzieć.

Szczupły mężczyzna w szarej marynarce już od paru metrów wyciągał dłoń do uścisku. Musielak nie lubił się spóźniać. Nie w smak było mu zatrzymywać się nawet na chwilę, aby wymieniać obowiązkowe grzeczności. Niestety, prosty korytarz nie dawał żadnego pola manewru, by bezpiecznie wyminąć natrętów chcących wdać się w pogawędkę.

– A wzajemnie, wzajemnie! – Musielak uścisnął spoconą dłoń znajomego i uśmiechnął się w stronę wychudzonej twarzy z zarumienionymi policzkami. – Słuchaj, stary, przepraszam cię bardzo, ale spieszę się na spotkanie – wyprzedził zamiary mężczyzny, który już szykował się, by rozpocząć rozmowę.

Spotkanie było dobrą wymówką na wymiganie się od niepotrzebnej pogawędki, ponieważ Stanisław Musielak za nic nie potrafił przypomnieć sobie imienia znajomego o posturze stracha na wróble. W ten sposób, nawet się nie zatrzymując, wyszedł z sytuacji obronną ręką. „Walkowiak chyba, ale Roman czy Ryszard?”.

Przy drzwiach wisiała tabliczka: „Tadeusz Winnicki, SiP”. Brzmiało skromnie, acz rzeczowo; nie było tam żadnych szumnych tytułów. Musielak zapukał dwa razy i wszedł do środka. W stylowo i nowocześnie urządzonym sekretariacie z obszernym oknem siedziała ładna dwudziestoparolatka, uczesana na bok, z czarną grzywką przeciągniętą żelem; była to fryzura typu mokra Włoszka. W białej koszuli i czarnej spódnicy do kolan dziewczyna wyglądała pociągająco. Od razu przychodziło na myśl, że ktokolwiek zatrudnił ją na to stanowisko, liczył z jej strony na coś więcej niż organizowanie spotkań i parzenie kawy. Widok ładnej sekretarki z pewnością pozwalał zapomnieć o szalejącej na zewnątrz szarzyźnie.

Dziewczyna spojrzała na Musielaka z lekkim uśmiechem.

– Dzień dobry pani. Nazywam się Stanisław Musielak, jestem z „Rzeczniepospolitej”.

– Dzień dobry. A tak, pan Musielak. Proszę chwileczkę poczekać.

Wstała od biurka i podeszła do obitych bordowym materiałem drzwi gabinetu radnego. Czarne buty na obcasie poruszały się na dywanie prawie bezszelestnie. „Pewnie kupili go tylko po to, żeby nie hałasowała i nie rysowała szpilkami drogiej dębowej podłogi”.

Sekretarka zapukała dwa razy, nacisnęła klamkę i wsunęła głowę w szparę. Nie sposób było nie zauważyć ładnie podkreślonych pośladków; Musielak również to spostrzegł. Ani na moment nie dopuścił do siebie nieprzyzwoitych skojarzeń.

Po kilku sekundach dziewczyna zapraszała już gościa do gabinetu.

Układ biura radnego był podobny jak w sekretariacie. Mniejsze, ale solidniejsze biurko, czarny skórzany fotel na kółkach i duży laptop firmy Toshiba. Na ścianie naprzeciw drzwi wisiało czarno-białe zdjęcie. Postać poważnego premiera ściskała dłoń mężczyzny w garniturze z szerokim uśmiechem i widoczną szparą między górnymi jedynkami. Miejsce powieszenia fotografii nie było przypadkowe. Po wejściu do pokoju był to pierwszy element wystroju, na który zwracało się uwagę.

– Witam pana bardzo serdecznie, panie Stanisławie! – rzekł krępej budowy radny ubrany w jasny garnitur.

Musielak ledwo na niego spojrzał, a ten pojawił się już przed nim z powitalnym gestem.

– Dzień dobry panu – odparł mniej pewnie Stanisław Musielak. Nie czuł się swobodnie przy człowieku, o którym niewiele wiedział. Spoczął na ciężkim, ręcznie rzeźbionym krześle z wysokim oparciem. „Co za niepraktyczny badziew. Styl i wygoda nigdy nie idą ze sobą w parze!”.

– A może herbaty lub kawy?

Winnicki uśmiechnął się szeroko. Szeroka luka w zębach wychodziła na pierwszy plan.

– Nie, dziękuję. Nie chcę zabierać zbyt dużo czasu, a i dla mnie dzień się jeszcze nie skończył.

„To twoja szpara jest na tym zdjęciu z premierem” – dodał w myślach.

Coś zaczęło go mierzić, choć może bezpodstawnie.