Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
54 osoby interesują się tą książką
Istnienie Loli St. James jest najlepiej strzeżoną tajemnicą tego świata. Kiedy jej ojciec przegrał w Turnieju Obłudy – gry w kości, w której uczestnicy zmuszeni są rzucać na szalę swoje najgłębiej skrywane sekrety – znalazła się na celowniku. Na szczęście z pomocą przyszedł jej Łupieżca, osławiony przywódca Macek. Jednakże ceną za jego dobroć okazało się serce dziewczyny. Przez lata wytworzyła się między nimi jedyna w swoim rodzaju więź oparta na wspólnym odczuwaniu każdej emocji.
Teraz, kryjąc się pod pseudonimem „Astra”, Lola z determinacją chce pokazać, na co ją stać, oraz udowodnić, że jest godna dołączenia do Macek. Lecz gdy kluczowy skok nie idzie zgodnie z planem, dziewczynie pozostaje jedynie wziąć udział w Turnieju Obłudy. Chociaż ma pewność co do swoich umiejętności złodziejskich, to zawody prowadzi tajemniczy brat Łupieżcy, Łgarz, który okazuje się kimś zupełnie innym, niż się spodziewała. Kiedy pożądanie rośnie, a iluzje zaczynają burzyć rzeczywistość, Lola zostaje zmuszona stawić czoła sekretom z własnej przeszłości, historii braci oraz kłamstwom, które sama sobie opowiada.
Książka zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej szesnastego roku życia.
Opis pochodzi od Wydawcy.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 522
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tytuł oryginału: Den of Liars
Copyright © Jessica S. Olson 2025
Copyright © for Polish edition by Wydawnictwo Nowe Strony, Oświęcim 2026
All rights reserved • Wszystkie prawa zastrzeżone
Redaktorka prowadząca: Sandra Pętecka
Redakcja: Joanna Błakita
Korekta: Anna Łakuta-Rudzka, Magdalena Kłodowska, Martyna Góralewska
Skład i łamanie: Paulina Romanek
Oprawa graficzna książki: Weronika Szulecka
ISBN 978-83-8418-661-9 • Wydawnictwo Nowe Strony • Oświęcim 2026
Grupa Wydawnicza Dariusz Marszałek
Książka zawiera opisy scen znęcania się nad dziećmi, porwania, przemocy, utraty opiekunów i innych traumatycznych wydarzeń, a jej bohaterom zdarza się użyć wulgarnego języka.
Łupieżca przyszedł po jej serce w środku nocy.
Przeniknął przez ścianę piwnicy i zastał Magnolię St. James dokładnie tam, gdzie zakładał. Siedziała w kącie, a oświetlał ją jedynie srebrny blask wlewający się przez szparę pod drzwiami. Spojrzała na Łupieżcę zapuchniętymi oczami otoczonymi obwódkami fioletowych siniaków. Na jej bladych policzkach zaschła krew, pokrywająca także gęste blond włosy oraz brodę.
Spodziewał się ujrzeć przestraszoną dziewczynkę, lecz ona nie skuliła się na jego widok. Powiodła wzrokiem po iskrzących okrągłych kolczykach w brwiach mężczyzny, przeniosła go na identyczne zdobiące nos i usta, zerknęła na ringi zaciśnięte na uszach, aż wreszcie zatrzymała spojrzenie na lśniącej czarnej ośmiornicy owiniętej wokół nadgarstka niczym bransoleta.
Magnolia nie zapytała go o imię. Zamiast tego skinieniem głowy wskazała drzwi.
– Niedługo tu wrócą, więc jeśli chcesz coś ukraść, lepiej się pośpiesz.
W pokoju obok mężczyźni sprzeczali się szorstkimi głosami. Podobno Magnus St. James, ojciec dziewczynki, nie połknął haczyka i nie przyszedł jej na ratunek.
Łupieżca nie zdołał ukryć zadowolonego uśmiechu. Wszystko szło zgodnie z planem.
– Według mnie powinniśmy wpakować jej kulkę w głowę – warknął jeden z mężczyzn. – Wysłać wiadomość.
– I sprowadzić na siebie wściekłość całego imperium St. Jamesa? – prychnął inny.
– Samo jej porwanie już pewnie do tego doprowadziło – zripostował ten pierwszy. – Pozostałe rodziny też mają dość St. Jamesa. Dzięki temu ruchowi Salazar zyskałby mnóstwo sprzymierzeńców, a będziemy ich potrzebowali, jeśli chcemy wreszcie go załatwić.
Łupieżca spojrzał dziewczynie w oczy. Krew podkreślała ich lazurową barwę – jaśniały niczym serce płomienia. Jak one płonęły! Siekący lodowy ogień zdawał się pochłaniać strach, który wcześniej kazał jej skryć się w kącie.
Może jednak była tak zabójcza, jak na to liczył.
– Zabiją mnie. – Głos Magnolii się nie załamał, jednak dłonie drżały jak skrzydła motyla przygwożdżonego do ściany.
– Nie, jeśli pójdziesz ze mną – odparł cicho Łupieżca.
– Jesteś jednym z Krętaczy – zauważyła. – Wy nie pomagacie ludziom.
– Tym razem może to jednak zrobię. Wielu wierzy, że pobłogosławiły mnie gwiazdy, że moja moc jest darem od bogów.
Wysunęła nieco brodę.
– A ja wierzę, że chcesz czegoś ode mnie.
– Jesteś błyskotliwa.
– Z tego, co mi wiadomo, złodzieje nie mają w zwyczaju zajmować się handlem.
Prawie się zaśmiał.
– To prawda, ale ja chcę czegoś, czego nie da się ukraść. Musisz mi to dać z własnej woli.
– Czego pragniesz?
– Twojego serca.
W kącikach oczu dziewczyny pojawiło się napięcie.
– Mojego serca?
– Oczywiście nie mówię o fizycznym organie, nie jestem potworem. – Przekrzywił głowę i uśmiechnął się rozbawiony własnym żartem.
Jeśli tę dziewczynę wychował najbardziej niesławny magnat przestępczy, jakiego Aethera kiedykolwiek znała, to ta mała już nie raz widziała gorsze potworności.
– Podobno kradniesz ogniki gwiazd z ludzkich dusz – wyszeptała. – Czy właśnie to masz na myśli?
– Tak. Chcę ognika duszy, który znajduje się w twoim sercu. Pragnę zdobyć jego zdolność odczuwania. Kochania. Troszczenia się. – Zniżył głos do szeptu: – Chcę poczuć ból.
No i proszę. Pojawił się prędko niczym błyskawica – przebłysk agonii tak dotkliwej, że wykrzesał iskry w jej oczach. Miał ją.
Magnolia otworzyła usta, ale zanim zdążyła zapytać jak, czemu albo co, ktoś szarpnął za klamkę.
– Umowa stoi? – zapytał Łupieżca, wyciągając do niej rękę.
Zamek w drzwiach zgrzytnął. Dźwięk otwierania drugiej zasuwy rozbrzmiał niczym bolesny cios.
Dziewczyna wpatrywała się w wysunięte palce Łupieżcy.
– Co dostanę w zamian?
– Zostaniesz uratowana – odpowiedział. – I dopóki twoje serce będzie należało do mnie, otoczę cię ochroną.
– Weź je zatem. – Złapała go za dłoń tak mocno, że knykcie mu strzeliły. – Nie potrzebuję go już.
Gdy drzwi otworzyły się z rozmachem, Łupieżca chwycił ten jedyny wisiorek wypełniony voratium, który wciąż nie świecił, i przycisnął go do odsłoniętej skóry dziewczyny, tuż nad kołnierzem. A kiedy przywołał moc, błyskotka zawibrowała.
– Hej! Jak ty się tu dostałeś? – Muskularny mężczyzna z gęstym wąsem wycelował z rewolweru.
Łupieżca uśmiechnął się szeroko.
– To magia.
Lecz zanim napastnik zdążył wystrzelić, Łupieżca i dziewczyna już zniknęli.
Pod postacią cieni grasowali po mieście. Odłamek voratium pulsował między ich palcami, promieniując fiołkowoniebieskim światłem. Łupieżca westchnął, kiedy ten zaczął na jego skórze dudnić miarowe: bum-bum, bum-bum.
Jedno serce, dwie dusze, tak długo, jak będzie żyła dziewczyna.
Chociaż modlił się, żeby jednak nie zajęło to aż tyle czasu.
Lola
Cholera, uwielbiam policyjne pościgi.
– Stać! – grzmi biegnący za nami glina.
Enzo, pędzący obok mnie, prycha:
– Stać? Czy oni zdają sobie sprawę z tego, jak niedorzecznie brzmią?
Śmieję się, wsłuchana w dźwięk naszych stóp uderzających w tym samym tempie w śliskie dachówki budynku znajdującego się w fabrycznym dystrykcie Aethery. Nasze serce łomocze w mojej piersi, a adrenalina rozpala mnie od środka, skrząc się niczym zachmurzone niebo grzmiące nad naszymi głowami.
– Tak, to strasznie banalne – zgadzam się z nim, kiedy przeskakujemy nad boczną uliczką i lądujemy na dachu obok, ani na chwilę nie wypadając z rytmu.
Nie ścigano nas tak co najmniej od roku i uśmiech wykwita mi na twarzy, gdy dystans między nami a posterunkowym zwiększa się coraz bardziej. Enzo ma magiczną zdolność dematerializacji, którą wykorzystuje podczas kradzieży, więc zwykle jesteśmy już daleko, gdy na miejscu zjawia się policja. Co oznacza, że dokonywane przez nas rabunki przebiegają zazwyczaj bez większych wrażeń.
Jednak sześć minut temu, gdy tancerka Louelle Martine wróciła do domu wcześniej, by przygotować się na dzisiejszy występ w kasynie Gniazdo Łgarza, zobaczyła, jak znikamy za ścianą z wartą cztery tysiące platów baletową tutu, którą miała włożyć. Na nasze nieszczęście posterunkowy znajdował się w pobliżu, wezwany z powodu awantury domowej. Więc kiedy baletnica krzyknęła: „To Łupieżca! Łupieżca!”, policjant już po paru sekundach gnał naszym tropem.
Tutu była droga, fakt, ale Łupieżca? Pojmanie go byłoby warte znacznie więcej.
Przed pięcioma laty, kiedy wraz ze swoim bratem Łgarzem dzięki magicznym mocom zyskał złą sławę, Enzo osiągnął miano legendy. Dzięki plotkom, które zaczął rozsiewać po tym, jak mnie poznał, wielu uważa, że jest martwy, ale pewne osoby rozpoznały go podczas dokonywanych przez niego szwindli i zaczęły szeptać o przyozdobionym klejnotami upiorze nawiedzającym ulice i mszczącym się za zrujnowanie mu życia.
Według mnie tkwi w tym trochę prawdy.
Mżawka otula nas wilgocią. Własny oddech zaparowuje mi soczewki okularów, kiedy mijamy kominy i anteny radiowe, luźne gonty i przewody elektryczne. Enzo i ja dokonaliśmy razem już tysiąc rabunków, więc poruszamy się niczym para taneczna na parkiecie. Kiedy on się odwraca, ja również to robię. Kiedy skaczę, on podąża za mną. Choć dzielimy serce, to po czterech latach kradzieży i treningów równie dobrze moglibyśmy mieć wspólne ciało, umysł i duszę.
Kierujemy się bardziej na zachód, tam gdzie stalowy ocean pieni się w oddali. Musimy jeszcze tylko dotrzeć do ostatniego budynku mieszkalnego znajdującego się o cztery dachy stąd, a potem Enzo użyje magii, by przenieść nas na parter. Na ulicy już będzie czekał nasz automobil.
Skok, przewrót, sprint. Złapanie się za ręce, zrobienie piruetu, by ominąć komin, danie susa na następny dach. Moja słaba orientacja przestrzenna, której źródłem jest poważna krótkowzroczność w leniwym oku, z początku była problemem podczas treningów, ale teraz ciało instynktownie podąża za Enzem, dzięki czemu zawsze ląduję bezpiecznie. Z kolei gdy on pracuje ze mną, znika jego naturalna sztywność, ponieważ mięśnie mężczyzny naśladują zabójczą grację, której nauczyłam się w dzieciństwie, ćwicząc balet.
Razem jesteśmy nie do zatrzymania.
– Stać! – dyszy policjant. Został tak bardzo w tyle, że prawie zagłusza go narastający huk oceanu.
Wreszcie docieramy do ostatniego dachu. Fale uderzają o klif położony zaledwie kilka jardów od podstawy tego szesnastopiętrowego budynku, który drży poruszany porywistym wiatrem. Enzo wciska dłoń w kieszeń i wyjmuje z niej bryłkę surowego voratium – tak ciemnego, że sprawia wrażenie, jakby wysysało światło z lamp ulicznych ciągnących się wzdłuż drogi w dole – po czym wsuwa metal między nasze dłonie.
Czekam na to znajome uczucie rozpadania się ciała w nicość, na nieważkość wypełniającą płuca niczym balon, na łaskoczące pykanie w kończynach przemieniających się w niebyt.
Lecz tylko Enzo znika. Ja jedynie migam.
Przyjaciel pojawia się na nowo z pomrukiem i rzuca zużyte voratium na ulicę pod nami.
– Cholera, oby reszta voratium nie była bublem. – Ponownie sięga do kieszeni i wyjmuje z niej całą garść czarnego jak smoła metalu, po czym znów chwyta mnie za dłoń.
Gdy jego ciało rozpływa się w powietrzu, moje wciąż pozostaje materialne.
– Magnusie St. Jamesie, ty bydlaku! – Mój przyjaciel pojawia się znowu, ciska wszystkie bryłki metalu jak najdalej i rzuca wiązanką przekleństw.
Jego wściekłość rozdziera mi pierś. Imię mojego ojca spływa niczym bluzg z ust chłopaka i sprawia, że pod skórą czuję wzbierający żal. Ostatnimi czasy coraz trudniej jest nam dostać dobre voratium, ponieważ St. James zmonopolizował całą branżę. Kradniemy, co możemy, a ta partia pochodziła bezpośrednio od jednego z najwyżej postawionych sługusów mojego ojca, więc założyliśmy, że będzie czysta.
Wygląda jednak na to, że on nie wyświadcza przysług nawet własnym pracownikom.
Pogrążam się we wspomnienia, jak uczył mnie wszystkiego o voratium. O tym, jak się je wydobywa, poleruje, winduje jego ceny. Widzę przed sobą podręczniki, które kazał mi uważnie czytać, strony zapełnione wykresami przedstawiającymi dokładność kątów wyznaczanych przez luminatów do kierowania światła gwiazd na metal. Widzę przebiegły uśmiech ojca, wsłuchuję się w zachrypnięty głos, gdy mówi, że pewnego dnia odziedziczę jego nielegalną sieć interesów i rodzin lojalnych wobec naszego nazwiska dzięki potędze, jaką zapewniają nam wytwarzanie voratium i korupcja.
Przez całe życie byłam jego małym sekretem. Bronią, którą ukrył, by chronić ją do czasu, aż ta przejmie po nim obowiązki najbardziej niesławnego szefa mafii w historii miasta.
Ta wersja przyszłości zginęła jednak cztery lata temu. By uniknąć kolejnych ataków ze strony wrogów ojca, po tym jak Enzo mnie przed nimi uratował, dołożyliśmy wszelkich starań, żeby sfingować moją śmierć. Zwłoki z twarzą przerobioną tak, by przypominała moją, porzuciliśmy na ulicy przed magazynem, w którym mnie zamknięto. Nawet własny ojciec nie poznał się na tej mistyfikacji.
Za każdym razem, kiedy o nim myślę, czuję w piersi bolesny ucisk. Jakby płuca wypełniały mi się drobinkami szkła. Uraza jest niczym lód w moich żyłach, a kąciki oczu pieką, jakby skrywała się pod nimi trucizna.
A to wszystko dlatego, że gdy Magnolia St. James została porwana, ojciec się po nią nie zjawił. A kiedy sądził, że zmarła, nie płakał po niej. Nawet się nie przejął.
Wtedy zrozumiałam różnicę między kłamstwami, jakie się opowiada, by chronić ukochanych, a tymi, które się mówi, by tylko myślano, że to robisz. Kłamstwami trwającymi całe dzieciństwo, kłamstwami zapewniającymi cię, że jesteś kochana i się liczysz, i masz swoje miejsce na ziemi, kłamstwami, które po wypłynięciu przecinają kości, mięśnie i ścięgna, a ciebie zostawiają z wszechogarniającym bólem.
Pozwoliłam więc, by Magnolia St. James umarła, i teraz jestem zaledwie jej duchem przepływającym wśród nocy wraz z Enzem. Przez te cztery lata od porwania nie zaprzyjaźniłam się z nikim poza nim, nie pokazywałam się nigdzie za dnia ani nawet nie poznałam bandy złodziei, której chłopak przewodzi i którą z miłością nazywa swoimi Mackami. Wszystko dlatego, że jestem zbyt cenna, pochodzę z niebezpiecznej rodziny, a sama moja obecność jest jak przewód pod napięciem stale stwarzający ryzyko pożaru.
Dzisiaj jednak, jeśli tylko przeżyjemy ten skok oraz następny, w Gnieździe Łgarza, wreszcie udowodnię Enzowi, że nie muszę się już ukrywać. Jestem wystarczająco dobrą oszustką, by poradzić sobie z ciężarem własnej historii oraz pochodzenia. A kiedy zakończymy ten napad i złamiemy klątwę, przez którą zostaliśmy zmuszeni dzielić serce, moja wolność nie będzie już zagrożeniem.
Enzo podchodzi do krawędzi dachu i panika przecina nasze wspólne serce niczym nóż.
– Jak my, do cholery, stąd zejdziemy?!
Krzyki policjanta stają się coraz głośniejsze. Jest już dwa dachy za nami. Musimy działać szybko.
Rozglądam się po okolicy. Wszystkie dachy – poza tym, z którego tu przyszliśmy – znajdują się za daleko, by na nie przeskoczyć. Wychylam się, żeby przyjrzeć się ścianie budynku. Potrafię się świetnie wspinać, jednak ściana została zabezpieczona lśniącą emalią, co jest popularnym wykończeniem w tej części miasta, więc nie dałoby się po niej zejść bez liny, a tej przy sobie nie mam.
Okręcając się na pięcie, patrzę dookoła i przeklinam smugi na okularach przysłaniające widoczność. Moje spojrzenie zatrzymuje się na pustym sznurze do bielizny poruszającym się na wietrze. Linka łączy ten budynek z tym, na który właśnie wskoczył policjant. Wyciągam zza pasa dwa sztylety, pędzę w kierunku sznura i jedno z ostrzy ciskam w stronę drugiego końca linki. To z łatwością ją przecina, odbija się od przeciwległego budynku i leci na ulicę, a sznur opada. Teraz trzyma się jedynie na końcu wychodzącym z okna bezpośrednio pod moimi stopami. Padam na brzuch, wyciągam ręce za krawędź, by rozwiązać supeł, a potem biegnę z powrotem do Enza, ciągnąc sznur za sobą. Wręczam chłopakowi linkę i wskazuję ogromny komin na najwyższym punkcie dachu.
– Ten sznur jest za krótki, żeby choćby raz owinąć nim komin. Nie dosięgnie ulicy – protestuje przyjaciel.
– Na szczęście owijanie nie jest konieczne. – Unoszę brew.
W oczach Enza pojawia się blask, kiedy zwija linę.
– Wiedziałem, że nie bez powodu trzymam cię pod ręką. – Znika razem ze sznurem, a gdy pojawia się po drugiej stronie komina, jeden koniec tkwi w murze.
Zaciskam palce na lince.
– Spotkamy się przy samochodzie! – wołam i już zeskakuję z dachu.
Głośny łomot podpowiada mi, że policjant właśnie rąbnął ciężarem całego ciała na dach naszego budynku. Nie odrywam wzroku od brukowanej ulicy. Pod skórzanymi rękawiczkami czuję palenie, kiedy zsuwam się po linie, a stopami odpycham się od śliskiej ściany.
– Hej! – krzyczy posterunkowy, a ja zeskakuję z wysokości dwunastu stóp na ziemię i przewrotem przez bark łagodzę zetknięcie z nią.
W tej samej chwili zza rogu wyjeżdża z piskiem opon nasz automobil.
Z zadziornym uśmiechem salutuję policjantowi, a potem otwieram z rozmachem drzwi od strony pasażera i wskakuję do pojazdu, nie czekając, aż ten się zatrzyma. Na główną drogę wjeżdżamy, rechocząc głośno.
O niebiosa, jak ja to uwielbiam.
Lola
Syreny wyją nad nami – prawdopodobnie zwiastują wsparcie wezwane przez posterunkowego – a Enzo szarpie za kierownicę i skręca gwałtownie w boczną uliczkę. Migające światła odbijają się w lusterku wstecznym, kiedy wyjeżdża w kolejną przecznicę. Jedną z tych, którym Aethera zawdzięcza swój znany na całym świecie przydomek: Miasto Rozpusty.
– Chcesz kawałek? – Enzo sięga pod fotel i wyjmuje papierową torbę, a następnie mi ją wręcza.
Po otwarciu jej piszczę głośno. Jest wypełniona malinowymi tartaletkami z ulubionej cukierni Enza położonej w śródmieściu.
– Ty genialny czorcie, ukryłeś zapasy w samochodzie! – wykrzykuję i podaję mu wypiek. A potem napycham sobie usta kolejnym.
On uśmiecha się szeroko i jedną dłonią trzyma kierownicę, bo już bierze gryza słodkości. Wtedy podciąga mu się lewy rękaw i odsłania Septavię, ośmiorniczkę o siedmiu mackach, która zazwyczaj jest owinięta wokół nadgarstka Enza. Poruszając się na boki, schodzi z jego ręki na kierownicę, a blask sygnalizacji świetlnej odbija się od jej lśniącej czarnej skóry. Wygląda, jakby była pokryta tysiącem mieniących się diamencików.
Moje spojrzenie wędruje ku przegubowi dłoni chłopaka, na ślady w miejscach, w których ośmiorniczka przyssała się do jego skóry. Są tak ciemne, że wyglądają, jakby zostały wytatuowane. Dzięki magicznej klątwie Enzo szybko się leczy, ale zanim znaki zdążą zniknąć, Septavia zdąży wrócić na jego rękę. Powiedział mi kiedyś, że jego Macki mają identyczne tatuaże na dłoniach i przedramionach. W ten sposób Enzo znaczy swoją drużynę. Staram się nie zerkać na własny nadgarstek, ponieważ skóra na nim wciąż jest nieoznakowana.
Wkrótce, zapewniam samą siebie. Jeśli robota w Gnieździe Łgarza pójdzie gładko, Enzo będzie musiał przyznać, że jestem na tyle dobra, by przybrać fałszywą tożsamość i dołączyć do jego bandy.
Jeśli odniesiemy dzisiaj sukces, to nie będzie już potrzebował mojego serca. Będzie miał własne.
Strzepuję okruchy z kolan, podczas gdy Enzo włącza radio. Rozbrzmiewa Love Me Like a Lie, kochaj mnie jak kłamstwo, najgorętsza piosenka tego lata.
Uśmiech znika z twarzy chłopaka, kiedy docieramy do Nadbrzeża, dystryktu, w którym muzyka dudni, atakując z każdej strony, a znaki migają niczym cukierkowe błyskawice. Kina, kasyna i ogromne hotele ciągną się wzdłuż obu stron ulicy, a po chodnikach przechadzają się tłumy ludzi przystrojonych w diamenty i perły. Nawet powietrze w naszym automobilu gęstnieje od woni drogich perfum.
Enzo stuka palcami w kierownicę. Septavia kładzie jedną mackę na jego kciuku, jakby chciała go uspokoić, ale tej nocy jej dotyk nie pomaga. Serce łomocze w naszych piersiach coraz szybciej i wiem, co usłyszę od swojego towarzysza, jeszcze zanim on otwiera usta.
– Ten pomysł przestał mi się podobać.
– Nigdy ci się nie podobał – stwierdzam, starając się powstrzymać irytację, nim przysporzy mi problemów. Nie chcę, żeby oprócz strachu poczuł, że musi się przede mną bronić. – Ale to jedyny trop, jaki nam pozostał.
Pięć lat temu Enzo ze swoim bratem Łgarzem ukradli księżycowy okruch, nadzwyczaj potężną bryłę zaczarowanego voratium, którą ukrywano w zenickiej świątyni. Tej samej nocy brat zwrócił się przeciwko niemu i używając właśnie księżycowego okruchu, przeklął Enza. Od tego czasu mój przyjaciel próbował odnaleźć tę bryłę, podążając najróżniejszymi tropami i szukając tajnej lokalizacji, w której ukrył ją jego brat.
A nasz jedyny trop właśnie zameldował się w kasynie Łgarza.
– Może ja mógłbym tam wejść?
– Przerabialiśmy to już co najmniej czterdzieści dwa razy. – Wzdycham. – Nie możesz tam wejść ani nie możesz wysłać tam żadnej Macki. Sam mówiłeś, że zaczarował posesję tak, byś nie miał do niej dostępu.
Zgrzyta zębami, wbijając mordercze spojrzenie w ulicę przed nami. W jego zielonych oczach odbija się czerwono-żółty blask sygnalizacji świetlnej.
Klątwa Enza, która według reszty świata jest tak wyzwalająca i potężna, jak rozległa magia Łgarza, miała wysoką cenę. Chociaż dzięki niej może przeniknąć przez każdą ścianę i wejść do każdego sejfu, to przez nią też został pozbawiony możliwości odczuwania emocji, możliwości swobodnego wypowiadania się, a nawet po prostu bycia. Jeśli chce coś powiedzieć, musi najpierw ukraść te słowa z czyichś ust. Jeśli chce coś poczuć, musi najpierw zrabować emocje z czyjegoś serca. Jeśli chce być materialny, musi skraść komuś postać fizyczną.
Od tamtej nocy kiedy Łgarz go przeklął, plądrował domy i ciała ludzi, by wyciągać z nich ognik duszy i chować go w bryłkach voratium. Niestety, ta moc szybko się kończy. Aby zachować przynajmniej pozory życia, Enzo musi więc każdą chwilę wykorzystywać na szukanie, wykradanie, przetwarzanie.
Na szczęście dzięki temu, że widzi ogniki duszy, jest w stanie poznać intymne szczegóły żyć okradanych ludzi. Szczegóły mówiące nam, czy ci są powiązani z księżycowym okruchem. Szczegóły, za którymi podążaliśmy, by odnaleźć i zniszczyć bryłkę, ponieważ tylko w ten sposób uwolnimy chłopaka od klątwy.
Jeszcze nigdy nie byliśmy tak blisko, ale nasz cel znajduje się obecnie w kasynie należącym do brata Enza, czyli jedynym miejscu, do którego ten nie może wejść.
Ale ponieważ nikt nie wie o moim istnieniu, ja mogę.
„Kręć i kręć, opowiadaj bajki mi, że to o mnie w nocy śnisz. Nie przestawaj tańczyć walca, ja chcę słyszeć tylko kłamstwaaa…”
Piosenka powoli cichnie i przez chwilę rozbrzmiewa szum, lecz zaraz prezenter radiowy wykrzykuje:
– To była Shirley LaCour, najjaśniejsza gwiazda Celestii, która wystąpi tego wieczoru w kasynie Gniazdo Łgarza w Aetherze z okazji uroczystego rozpoczęcia Turnieju Obłudy!
Na te słowa adrenalina rozgrzewa moje wnętrzności.
– Specjalnie dla was radio LERA będzie relacjonowało to wydarzenie na żywo – kontynuuje spiker. – Nie przegapcie tego! Turniej rozpoczyna się o północy. Pięćdziesięciu zawodników da w zastaw swoje najniebezpieczniejsze sekrety i podejmie się kilku wyzwań w zamian za możliwość wygrania kości, dzięki której będą mogli zasiać jedno niewykrywalne kłamstwo…
Wyłączam szybko radio. Nerwy wykręcają mi żołądek i próbuję przekonać samą siebie, że to Enzo się martwi i tylko przez to mam wrażenie, jakby świat się kurczył.
Wiem jednak, że to kłamstwo, i wie to także moje serce.
Cztery lata temu mój ojciec wziął udział w Turnieju Obłudy, a na szali postawił sekret, że ukrywa własną córkę. Kiedy przegrał, porwał mnie jego największy rywal Moratin Salazar. Zamierzał mnie wykorzystać do złamania monopolu St. Jamesa na voratium.
Monopolu, który – jak się okazało – znaczył dla Magnusa St. Jamesa więcej niż ja.
Ten turniej wymyślony przez Łgarza zmiażdżył moje dzieciństwo. Pokazał mi, że ojciec nie kocha mnie tak mocno, jak mi się zdawało. Złamał mnie i zostawił z poczuciem odrzucenia.
Ja również mam powody ku temu, by nienawidzić brata Enza.
Cóż za czysta, dająca satysfakcję ironia, że to właśnie turniej pomoże nam zdobyć księżycowy okruch. Po złamaniu klątwy przyjaciela zamierzam wykorzystać bryłkę do unicestwienia Łgarza oraz tak drogiego mu kasyna. Zniszczyć je tak samo, jak ono zniszczyło mnie.
Mięsień w zaciśniętej szczęce Enza drga. Kładę dłoń na jego ręce, bo jego niepokój kotłuje się również w mojej piersi.
Martwi się nie tylko o moje bezpieczeństwo, chociaż ono także jest dla niego ważne. Dzięki temu, że może DZIELIĆ ze mną serce, zamiast kraść kawałki ognika duszy tak jak w przypadku pozostałych osób, w ostatnich latach zaznał trochę więcej wolności. Od kiedy ma mnie, musi pobierać od innych jedynie słowa i materialną powłokę. Dzięki tej odrobinie wytchnienia zyskał czas na szukanie księżycowego okruchu. Jeśli coś mi się stanie albo zginę, Enzo będzie musiał wrócić do ciągłego chwytania ogników duszy.
Nagle, w pełnym blasku, wyłania się cel naszej podróży: Gniazdo Łgarza. Chłopak zatrzymuje się tuż przed blokadą, przy której kręci się kilku policjantów. Ogromny tłum ciśnie się w kierunku wejścia.
– Co za paskudztwo – mamrocze Enzo i chociaż wpatruję się w kasyno, to potrafię sobie wyobrazić jego wyraz twarzy. Pewnie wygląda teraz, jakby chciał podpalić brata i przy okazji spopielić także należące do niego kasyno. Zapewne marszczy nos i brwi.
– No nie wiem, według mnie jest dość imponujące – stwierdzam z udawaną powagą.
Gromi mnie wzrokiem.
– Nie masz gustu.
Gniazdo Łgarza góruje nad oceanem niczym błyskotliwy smok. Masywną posesję zajmują kwatery najwyższej klasy, luksusowe spa oraz cały szereg teatrów wystawiających zarówno kabarety, jak i pokazy akrobatyczne. Główny budynek, w którym mieści się kasyno, sięga chmur, a wszystkie dwadzieścia sześć poziomów zdobią kolorowe światełka tańczące niczym maleńkie wróżki. Marmurowe łuki przeplatają się i wystrzeliwują w kierunku nieba, tworząc ozdobne pętle, które zdają się zaprzeczać grawitacji – i zważywszy na to, co mówi się o magii Łgarza, pewnie tak właśnie jest. Pośrodku tego wszystkiego znajduje się ogromny lew wyeksponowany poprzez tęczowe neony, otwierający szeroko szczęki w niemym ryku. Z jego żeber wystają postrzępione płetwy, a rybia dolna część ciała lśni od łusek.
Symbol prawdy w Kościele Zenickim, Lwica Ivara, którą posiadł Ivian, niegodziwy bóg kłamstw żyjący pod wodą. Gdybym nie była tak zniesmaczona tym, co Łgarz zrobił z moim ojcem, życiem i najlepszym przyjacielem, to może zaimponowałaby mi jego odwaga w tym, że postawił coś tak otwarcie świętokradczego w mieście, w którym zenicka wiara jest tak głęboko zakorzeniona.
– Pamiętaj – szepcze nagląco Enzo – musisz zdobyć dowód do wpół do dwunastej. Świetlik będzie otwarty tylko przez dziesięć minut. Dłużej nie dam rady.
– Pamiętam.
– Nie ściągaj na siebie uwagi.
– Wiem, Enz.
– I…
– To zabawne, ale wyobraź sobie, że mam doświadczenie w rabunkach. – Podsuwam okulary wyżej na nos i spoglądam na niego spod zmarszczonych brwi.
– Ale nie w takich.
– W tej robocie nie ma nic skomplikowanego. Nawet nie muszę z nikim rozmawiać, a więc szansa na to, że zostanę rozpoznana, szczególnie po tym, jak przefarbowałeś mi włosy, jest praktycznie zerowa. Zamierzam tam wejść, ukraść zegarek Legrand i uciec przez świetlik, tak jak zaplanowaliśmy. Nikt mnie nie zobaczy i nie zostanę złapana. Odetchnij.
Z tego, co się dowiedzieliśmy, ów zegarek kieszonkowy to nadzwyczajny skarb. Zazwyczaj kiedy Enzo chce zyskać dostęp do ognika duszy danej osoby, musi przyłożyć do jej skóry surowe voratium. Jednakże w rzadkich przypadkach, jeśli ktoś nosi przy sobie surowe voratium przez wystarczająco długi czas – zwykle pod postacią ozdóbki, której właściciel nigdy nie zdejmuje – metal powoli zaczyna sam przejmować część ognika duszy tej osoby. Zegarek kieszonkowy należy właśnie do takich rzeczy, a więc jeśli zdołamy go skraść, nie będziemy musieli nawet wchodzić w interakcje z Legrand.
Enzo zahacza kciuk o wisiorek, w którym znajduje się nasze serce.
– Nie pozwól, żeby cię znalazł.
Nie muszę go pytać, kogo ma na myśli. Odraza, jaką czuję w sercu, to szczególny rodzaj nienawiści zarezerwowanej wyłącznie dla jego brata.
– Z tobą radzę sobie świetnie. Czy Łgarz naprawdę jest znacznie gorszy? – próbuję się z nim droczyć.
– Jest zdecydowanie gorszy. – Robi powolny wydech przez zaciśnięte zęby.
– Zawsze mówiłeś, że jego moc to zaledwie magiczne sztuczki i odwracanie uwagi.
– Nieco to upraszczałem.
Unoszę brew.
– A zechciałbyś to może odprościć, skoro mam tam zaraz wejść?
– Mój brat wyczuwa kłamstwa, co oznacza, że nie da się go oszukać. A tworzone przez niego iluzje są tak potężne, że jeśli zapragnie, może sprawić, żebyś straciła kontakt z rzeczywistością. – Enzo się krzywi. – Kiedy tam będziesz, nie możesz wierzyć w nic, co zobaczysz, usłyszysz, czego posmakujesz… a w szczególności w nic, co poczujesz.
– Co masz na myśli?
– Chodzi mi o to – tłumaczy – że jeśli odkryje, iż ze mną pracujesz, to uczyni wszystko, żeby wyciągnąć z ciebie to, co uzna za przydatne. Łgarz jest podstępniejszy od każdego z bogów, zarówno tych na dole, jak i na górze. Nasze życia zależą od tego, czy uda ci się o tym nie zapomnieć.
– Nie zapomnę.
– Jeśli zostaniesz złapana i z gwiezdnej łaski to przeżyjesz – dodaje z nutą rozbawienia pobrzmiewającą obok niepokoju i wskazuje mnie palcem – to sam cię wypatroszę. Zbyt długo pracowałem nad tym, żeby utrzymać cię w sekrecie.
– Zgoda. – Wyciągam do niego rękę. – A KIEDY mi się uda i to wszystko dobiegnie końca, ty będziesz mi winien torebkę tych musujących cukierków sprzedawanych przy molo. Jak one się nazywają?
– Skwierczki. – Uśmiech przemyka przez jego usta, gdy Enzo wymienia ze mną uścisk dłoni. – Przynieś mi ten zegarek i umowa stoi.
– Można by pomyśleć, że przez te wszystkie lata nauczę się, że nie warto robić z tobą interesów.
– Można by pomyśleć, że przez te wszystkie lata wreszcie dotrze do mnie, że nie jesteś warta tego całego zachodu.
– Życie bywa ciężkie, chłopaczku. – Puszczam do niego oko i zdzieram z siebie skórzane ubranie, przez co zostaję w trykocie i rajstopach.
Wkładam tutu ukradzioną Louelle Martine i kiedy tiul drapie mnie w nogi, wracam myślami do tamtych złotych popołudni, gdy skakałam po prywatnym studiu tańca w odosobnionym domu, w którym dorastałam. Z pomrukiem odpycham te wspomnienia. To było życie naiwnej tancerki. Teraz jestem złodziejem i muszę się skoncentrować.
– Trzymaj – mówi cicho Enzo, wręczając mi wyjęty spod fotela zwój liny, a ja owijam się nią kilka razy w talii, po czym wsuwam ją pod tiul, a następnie dodaję do niej zestaw wytrychów, sztylet, parę rękawiczek, ampułkę kitu oraz śrubokręt. – Jeszcze to. – Podaje mi bransoletkę z voratium, która świeci się delikatnie na zielono. – Specjalnie dla ciebie wypełniłem ją siłą, Loczku.
Unoszę brew.
– Loczku?
– To taki przydomek. Jest przeuroczy.
– Według kogo?
Enzo krzywi się z niezadowolenia.
– Powinienem był nazwać cię Lokatą. Albo Lochą. To bardziej by ci się podobało?
– Niech będzie Loczek, Endoskopie.
– Endoskopie? – pyta, udając urażonego. – Serio?
Posyłam mu swój najbardziej niewinny uśmiech.
– To tylko przydomek. A do tego bardzo uroczy.
– Po prostu weź tę cholerną bransoletkę. – Prawie ciska mi nią w twarz.
Uśmiechając się pod nosem, łapię ją w locie i przesuwam palcami po świecących kawałkach metalu. Ostatnio mój ojciec podniósł ceny voratium w mieście – szczególnie tego wzbogaconego ognikami gwiazd – więc ta ozdóbka musi być warta co najmniej kilka tysięcy platów. Chowając ją w dekolcie, gdzie nikt jej nie dojrzy, rzucam:
– Widzimy się za godzinę.
A potem wyskakuję z automobilu i biegnę na drugą stronę ulicy. Uciekam, zanim Enzo zdąży zmienić zdanie.
Lola
Mam jedynie pięćdziesiąt dwie minuty na dokonanie tego rabunku, a gęsty tłum WCALE nie pomaga.
Kobiety w kolorowych sukniach wieczorowych i mężczyźni w eleganckich smokingach napierają ze wszystkich stron, a większość z nich dyskutuje z ożywieniem o turnieju. Inni wyglądają na fanów gwiazd zaproszonych przez Łgarza: ubrani są w imitacje kultowej szkarłatnej sukienki, w której Shirley LaCour pozuje na okładce swojej najnowszej płyty. Dla kontrastu cała rzesza wiernych Kościoła Zenickiego macha transparentami z hasłami potępiającymi Łgarza, nazywającymi go szarlatanem, twierdzącymi, że omamił ludzi i dał im złudne przekonanie, że posiadł boskie moce. Skandują tytuł, który on i Enzo przyjęli, kiedy stali się najbardziej niesławną parą złodziei w całym kraju, wypowiadają go przez zaciśnięte zęby jak przekleństwo.
– Precz z Kanciarzami, którzy kpią sobie z bogów! – krzyczą.
Jeden z wierzących macha oprawioną w skórę kopią Odelionu, zenickiej świętej księgi, prosto przed moją twarzą, kiedy przedzieram się przez tłum w kierunku trupy Louelle. Tancerka znajdująca się najbliżej unosi brew, gdy staję w kolejce do bocznych drzwi.
– Kim jesteś?
– Przyszłam na zastępstwo – odpowiadam. – Louelle skręciła kostkę.
Dziewczyna wydyma wargi, mierząc mnie wzrokiem.
– O co im chodzi? – Kciukiem wskazuję to, co dzieje się za mną, by przekierować tam jej uwagę.
– Chyba są z siebie bardzo zadowoleni – stwierdza, spoglądając zmrużonymi oczami we wskazanym kierunku. – Nie oglądałaś wiadomości? Łupieżca jest martwy, udowodnili to w zeszłym tygodniu. Ludzie pobłogosławieni przez gwiazdy nie umierają, więc pewnie on i jego brat od początku byli szarlatanami, tak jak twierdzili zenici.
– Udowodnili śmierć Łupieżcy? – pytam, idąc za nią w kierunku drzwi. Zastanawiam się, których lekarzy medycyny sądowej opłacił tym razem i ile go to kosztowało.
– Podobno ocean wyrzucił jego ciało na brzeg trzy i pół roku temu, ale to zostało zatuszowane. Jakiś demaskator ujawnił dokumentację z zakładu pogrzebowego – tłumaczy. – W artykule, który czytałam, zamieszczono zdjęcia zwłok. To było obrzydliwe.
Ledwie powstrzymuję prychnięcie.
– Jakim cudem ukrywano to przez trzy i pół roku?
Ludzie codziennie wymyślają różne teorie na temat Enza oraz tego, co on robi. Już dawno temu nauczyłam się nie słuchać, co się o nim mówi. „Jeśli chcesz poznać prawdę na temat Łupieżcy, nie idź do zenity ani piekarza, ani dziennikarza. Porozmawiaj z samym Łupieżcą”, od zawsze mi tak powtarza. „Wszyscy inni mają ukryte zamiary. A poza tym”, dodaje zazwyczaj z krzywym uśmieszkiem na ustach, „to imbecyle. Możesz mnie zacytować”.
Dziewczyna wzrusza ramionami.
– To jasne, że ktoś zapłacił, żeby zachować to w tajemnicy.
– Kto mógłby to zrobić?
Tancerka spogląda wymownie na kasyno i unosi brew.
– Skoro Łupieżcę można było zabić, to Łgarz prawdopodobnie też jest śmiertelny. A mnóstwo osób pragnie jego śmierci.
– Ach, oczywiście, Łgarz. To ma sens – przyznaję, ukrywając uśmiech. – Więc… myślisz, że jego magia to farsa?
W oczach dziewczyny pojawia się błysk.
– Na pewno nie powie tak nikt, kto był w Gnieździe Łgarza.
Jak na zawołanie zostajemy wprowadzone tylnym wejściem i naglę stoję we wnętrzu kasyna. Wszystkie myśli ulatują mi z głowy, a oddech zamiera w piersiach. Z żyrandoli sączy się płynne światło i opada lśniącymi kaskadami, których płomienne iskry przemieniają się w astralną mgiełkę tuż nad naszymi głowami. Ściany w ciemnoniebieskim i fioletowym kolorze błyszczą po obu stronach, a przeplatają je kręte żyły ciekłego mahoniu. W nosie czuję woń cynamonu i imbiru. Gdzieś z głębi korytarza dobiega przytłumiona muzyka.
– Pierwszy raz? – Tancerka szturcha mnie w bok.
Zamykam szeroko otwarte usta i chichoczę nerwowo.
– To jest aż tak oczywiste?
Wybucha krótkim śmiechem.
– Nie martw się, wszyscy wątpią w magię, dopóki sami jej nie doświadczą.
– Wiesz, jak to działa? – pytam, starając się nie patrzeć w jej stronę, aby nie zauważyła, że mam leniwe oko. Z jakiegoś powodu nikt nigdy nie potrafi zapomnieć o oczach, które nie są skierowane w tę samą stronę, a tej nocy z całą pewnością nie chcę zostać zapamiętana. – Czy to iluzja?
– Większość tego, co widzimy, jest zbliżone do mirażu – odpowiada tancerka, kiedy grupa skręca w kolejny korytarz, gdzie wykładzina się kończy, a zaczynają białe podłogi przypominające lód, wypolerowane na wysoki połysk.
Pozłacane sklepione przejścia przeplatają się nad naszymi głowami, emanując różowawym jutrzenkowym światłem, a kelnerzy ubrani w eleganckie czarno-fiołkowe stroje przemykają obok, niosąc złote tace z jedzeniem. Boy hotelowy przecina nam drogę, popychając wózek pełen bagaży.
– Wszystko, co tu zobaczysz, usłyszysz albo czego dotkniesz, naprawdę tu jest – tłumaczy dziewczyna – ale magia Łgarza przeobraża to miejsce tak, żeby było jak najbardziej atrakcyjne dla ciebie. Każdy widzi je więc trochę inaczej.
Spoglądam w dół, na swój kostium, i biorę głośny wdech. Zamiast tiulu dostrzegam pasma fiołkowo-czarnego dymu krążące wokół mnie niczym kawałki nocnego nieba. Zamiast cekinów zauważam gwiazdy mieniące się wszystkimi kolorami tęczy.
W pobliżu rozbrzmiewa nagle wrzawa. Zaglądam przez otwarte drzwi do jednej z głównych sal gier. Białe światła opadają z góry niczym pędy wierzby i oświetlają tłum, który wpatruje się w scenę. Ja również tam spoglądam i dostrzegam młodego mężczyznę. Powietrze w jednej chwili opuszcza moje płuca.
Nikt nie musi mi mówić, kim on jest. Stoi ze swobodą i gracją godnymi bóstwa, a jego szerokie ramiona podkreśla smoking w głębokim kolorze hebanu. Wyszywane srebrną nicią rondo fioletowej fedory spoczywa nisko, tuż nad jego brwiami, rzucając cień na kwadratową szczękę, orli nos, grube czarne brwi i długie rzęsy.
Jednak jego blizna…
Wszystkie historie, jakie słyszałam na temat Łgarza, zdają się kręcić wokół tej blizny, którą podobno ma od tamtej nocy, kiedy to sięgnął po moc księżycowego okrucha. Opalizujące fioletowo-białe znamiona wirują niczym ogony galaktyki, wydostają się spod kołnierza jego koszuli i suną po kości policzkowej, a potem przez brew. W miejscu gdzie łączą się z linią włosów, wyrasta jaskrawy biało-niebieski kosmyk opadający mu na czoło.
Oczy mężczyzny lśnią fioletem, luksusowym i grzesznym, a prawe, przez które przebiega blizna, odbija światło niczym fasetki wypolerowanego ametystu.
– Witam – zaczyna głosem gładkim niczym gorzka czekolada otulona dymem – na tegorocznej ceremonii otwarcia Turnieju Obłudy!
Ze wszystkich stron rozbrzmiewają wiwaty, a mnie włosy jeżą się na karku, kiedy patrzę, jak tłum śledzi z zadziwieniem każdy krok Łgarza i zachwyca się każdym wypowiedzianym przez niego słowem. Policzki zebranych się rumienią, oczy otwierają szerzej, a dłonie wyciągają.
On jest drapieżnikiem wabiącym ich swoimi ślicznymi ślepiami i kłamstwami.
To odrażające. A jednak nie potrafię oderwać od niego wzroku.
– Północ – ciągnie Łgarz – wybije za niecałą godzinę. Kto z was znajdzie w sobie wystarczająco odwagi, by skorzystać z szansy na wygranie Nierozerwalnego Kłamstwa?
Przez tłum przechodzi kolejny szmer, pełen podziwu i głodu, zaciekawienia i strachu, a ja staram się nie zastanawiać po raz tysięczny, jakie kłamstwo mój ojciec chciał zasiać tak desperacko, że był gotów postawić na szali życie córki.
Kiedy o tym myślę, mistyczne oczy Łgarza napotykają moje. Patrzymy na siebie przez moment, aż ten diabeł wykrzywia usta w uśmiechu.
Każdy nerw w moim ciele się napina, lecz nie odrywam od niego wzroku. Nie próbuję naśladować uwielbienia, z jakim patrzy na niego tłum. Nie rumienię się, nie zachwycam. Chociaż wydaje się piękny, to wiem, czym jest w głębi duszy, i nie chcę, by myślał, że oszuka także mnie.
Kiedy wreszcie odwraca wzrok, wycofuję się w kierunku hallu i idę za ostatnimi tancerkami do wind. W kompletnej ciszy wjeżdżamy na wyższe, jeszcze bardziej ekskluzywne piętro, gdzie trupa ma występować. Staram się skupić wyłącznie na zadaniu, na zegarku, na Enzu.
Niezależnie jednak od tego, jak bardzo próbuję zapomnieć o zaciekawionym spojrzeniu Łgarza, serce nie przestaje mi łomotać.
Lola
Dziesięć minut później zatrzymujemy się przy zielonych drzwiach z napisem „Szatnia”. Wchodzę przez nie za dziewczynami, a kiedy wszystkie są zajęte układaniem włosów i robieniem makijażu, ja zaczynam poszukiwania. Według tego, co widziałam na planach kasyna, które zwinęliśmy z Architektonicznego Archiwum Miasta, powinien być tu gdzieś otwór prowadzący do systemu wentylacji. Odnajduję go w pomieszczeniu, gdzie grupka dziewczyn pomaga sobie nawzajem w wiązaniu gorsetów. Otwór umiejscowiono nad lustrem.
Adrenalina wypełnia moje żyły niczym kwas, kiedy chowam się w szafie pełnej boa z piór oraz kabaretek i czekam tam do czasu, aż tancerki zostają wyprowadzone na scenę. Gdy pokój pustoszeje, przysuwam krzesło do lustra, by dosięgnąć otworu, i śrubokrętem odkręcam po kolei śruby. Po odsunięciu kratki zaglądam do szybu. Rura biegnie prosto w dół. Rozwijam linę i przywiązuję jeden koniec do listwy przy kratce, a potem się podciągam i wchodzę do środka szybu. Gdy osuwam się w nieprzeniknioną ciemność, mój ciężar sprawia, że krata wraca z powrotem na swoje miejsce.
Czołgałam się w tysiącach podobnych temu miejsc – w kominach, rurach, kanałach ściekowych – szukając łupów dla Enza. Chociaż instruktorka tańca zawsze krytykowała moje masywniejsze uda i ręce, to od kiedy zostałam złodziejką, okazały się one zdecydowanymi atutami. Moje ciało jest silne i sprawne, i już niejeden raz przyjaciel kazał mi dostać się do miejsc, do których jego Macki dotrzeć nie potrafiły.
Wkrótce wyczuwam koniec liny, ale szyb prowadzący horyzontalnie przez całe piętnaste piętro znajduje się wciąż poza moim zasięgiem. Odpychając się stopami od ściany, rozhuśtuję się więc w kierunku otworu i w ostatniej chwili puszczam linę. Przez kilka zapierających dech w piersi milisekund po prostu lecę, aż wreszcie, z powodu słabej orientacji przestrzennej, wpadam na kant i uderzam twarzą w wystający metal tak mocno, że tłuką mi się okulary.
Zaskoczona nagłym bólem w prawej kości policzkowej, wciągam głośno powietrze i podciągam się na krawędzi. Do obolałego oka napływają łzy, ale na szczęście szkło mnie nie pocięło, kiedy pękło. Zgrzytając zębami, ściągam okulary z nosa i ciskam w dół szybu. Enzo zazwyczaj nosi ze sobą zapasową parę, więc po prostu będę musiała jakoś sobie poradzić, dopóki do niego nie wrócę.
Zaciskając boleśnie pulsującą powiekę i przerzucając się na słabsze lewe oko, przesuwam się do przodu na czworakach. Mrużę to biedne oko, jakby to mogło jakimś cudem poprawić krótkowzroczność, słabsze widzenie peryferyjne oraz ograniczone funkcjonowanie mięśni.
Odrobina światła wpada przez otwory wentylacyjne luksusowych apartamentów znajdujących się pode mną. Liczę te przebłyski, kiedy je mijam, starając się nie przeszkadzać przebywającym w dole gościom. Po dotarciu do dwudziestego siódmego zatrzymuję się i zaglądam przez kratkę.
Apartament jest imponujący: na ogromnym łóżku poukładano miękkie kołdry, po całym pomieszczeniu rozmieszczono złote marmurowe kolumny, a misterne szklane żyrandole lśnią delikatnie poruszane bryzą wpadającą do wnętrza przez otwarte drzwi balkonowe. Czekam przez kilka chwil, nasłuchując uważnie, ale nie widzę ani nie słyszę nikogo, więc demontuję kratkę. Spada z głuchym stukiem na miękką satynową kanapę, a ja opuszczam się zaraz za nią. Ląduję na dywanie zwinnie jak kot.
Przypominając sobie opis, jaki Enzo wyciągnął od osoby z towarzystwa, która spędziła dwa tygodnie w tym właśnie apartamencie, podchodzę ostrożnie do wspaniałego obrazu olejnego oprawionego w pozłacaną ramę i otwieram go jak drzwi, dzięki czemu odsłaniam bliżej nieokreślony panel. Potem wyjmuję z trykotu niewielką ampułkę.
Jednym z ulubionych sekretów zawodowych Enza jest wykorzystywanie kitu do podrzucania śladów palców w miejscach zbrodni, żeby policja nie wpadła na nasz trop, więc kiedy dowiedzieliśmy się o zaklęciu wykrywającym odciski dłoni, od razu wiedziałam, co należy zrobić.
Odwracam się i rozglądam po pokoju w poszukiwaniu miejsc, których Legrand mogła dotknąć całą ręką. Bryza od strony balkonu wzbija w powietrze kosmyki moich włosów, więc zerkam na drzwi. Trudno mi stwierdzić z całą pewnością, ponieważ nie mam okularów, ale kilka smug na oknach wygląda obiecująco. Mrużąc oczy, podchodzę do nich tak blisko, że mój nos prawie dotyka szkła, i przyglądam się śladom.
– Aha – szepczę, kiedy w pobliżu klamki dostrzegam pełny odcisk dłoni.
Wyjmuję rękawiczki i rozsmarowuję na śladzie kit, tak by wpasował się w kontury palców Legrand. Potem zdzieram ostrożnie masę, żeby jej nie uszkodzić, i wracam do odsłoniętego panelu.
Z drżącym sercem przyciskam kit do ściany i czekam kilka przejmujących sekund.
Panel zdaje się delikatnie falować.
– Tak, to jest to – mamroczę, kiedy pojawiają się drzwi sejfu z zamkiem szyfrowym. Model marki Cavendish & Coppell, w których się specjalizuję. – To tylko ja, doktor Legrand, przyszłam po swój zegarek kieszonkowy.
Ściana twardnieje. Powietrze przecina przeszywający alarm.
Przeklinam, rzucam kit w bok i przesuwam dłońmi po panelu, by wyczuć pokrętło, które dostrzegłam pod powłoką mirażu. Na korytarzu rozbrzmiewa stukot kroków, ale przyciskam ucho do ściany i zaczynam kręcić pokrętłem, wsłuchana w dźwięki mechanizmu zamka. Staram się zignorować wycie syren oraz głośne łomotanie serca i skupić tylko na zadaniu.
Włamałam się do tysiąca sejfów, ale nigdy nie robiłam tego po omacku, więc zajmuje mi to znacznie więcej czasu, niżbym sobie życzyła. Tykanie zasuwy w środku odlicza sekundy, podczas gdy ciężkie stąpanie dochodzi z coraz bliższej odległości.
Kilka cennych chwil później odsuwam się od ściany, biorę głęboki wdech i pociągam za drzwiczki. Miraż na panelu się rozpada, kiedy te otwierają się powoli i odsłaniają lśniący platynowy zegarek kieszonkowy przyozdobiony czarnym voratium wypolerowanym tak, by przypominać diamenty wielkości moich knykci. Podnoszę go szybko i wciskam za trykot obok sztyletu, a następnie wchodzę na szafę, żeby dosięgnąć kratki wentylacyjnej. W tej samej chwili drzwi apartamentu otwierają się z rozmachem.
– Stać! – grzmi mężczyzna, gdy się podciągam i znikam w szybie.
Rozbrzmiewają wystrzały z broni, a ja wracam drogą, którą tu przyszłam, i robię to najszybciej, jak mogę.
Krzyki odbijają się echem od ścian, wstrząsają metalem pod moimi dłońmi i kolanami. Zatrzymuję się w miejscu, gdzie sznur styka się z wertykalną częścią szybu, i szukam w ciemności jego końca wiszącego gdzieś parę metrów nade mną. Słyszę wystrzał za sobą. Kulę się, kiedy pocisk przelatuje rykoszetem obok mnie.
Z krzykiem rzucam się w kierunku liny. Wpadam na ścianę, na szczęście udaje mi się chwycić koniec sznura. Zgrzytając zębami, podciągam się dłoń za dłonią, ale gdy zbliżam się do kraty w szatni, ktoś ciężki zawisa pode mną, przez co zaczynam się okręcać wokół własnej osi.
Z piskiem wsuwam dłoń za gumkę tutu i wyjmuję sztylet. Wisząc na jednej ręce, staram się przeciąć sznur. Znowu rozlegają się wystrzały, aż echo rozsadza mi głowę.
Raptem z góry dobiega okropne trzeszczenie. Spoglądam w tamtym kierunku.
Czuję bolesny ucisk w piersi.
Listwy przy kratce zaczynają się uginać pod ciężarem liny.
– Pioruński… – Mój bluzg zostaje zagłuszony rozdzierającym zgrzytem metalu, kiedy u góry pęka lina.
Powietrze świszczy mi w uszach, gdy wbijam szybko sztylet w ścianę. Ostrze z łatwością przecina metal, więc spadam jeszcze kilka metrów, a kawałki aluminium wbijają się w moje przedramię. Mężczyzna pode mną wyje, a potem rozbrzmiewa okropny chrzęst. Później zapada cisza.
Wciągam głośno powietrze, ściskając w drżących dłoniach rękojeść. Z krzykiem przyciągam kolana do piersi i robię wykop, by przycisnąć stopy do przeciwległej ściany. Napierając plecami na tę znajdującą się za mną, chwytam sztylet w zęby i przesuwam się w górę. Ciało aż wibruje mi z wysiłku, kiedy wreszcie docieram do wyrwanej kratki. Popycham ją i wpadam do szatni.
Wokół mnie rozbrzmiewają krzyki tancerek, które właśnie przebierają się w nowe stroje, ale ja wsuwam sztylet z powrotem za gumkę, ściągam z wieszaka mieniącą się kurtkę, by zakryć rany na rękach, i zerkam na zegar na ścianie. Za pięć minut powinnam być na dachu, a mam do pokonania co najmniej dziesięć pięter zawiłych korytarzy albo niekończących się schodów z ochroną ustawioną na każdym kroku. Nie ma mowy, żebym zdążyła.
Kiedy przebiegam obok łazienki, prawie dławię się dymem papierosowym. Zatrzymuję się i odwracam z powrotem do drzwi.
Ludzie nie palą w zamkniętych pomieszczeniach. Co oznacza, że musi tam być jakieś okno.
Wyjmuję śrubokręt i przez chwilę majstruję nim przy zamku, aż drzwi się wreszcie otwierają. Znajdująca się za nimi kobieta krzyczy, ale ja tylko wsuwam śrubokręt do rękawa, mijam ją i wyskakuję przez otwarte okno, za którym chwytam się parapetu.
Zaczynam się wspinać.
Wiatr szarpie moimi włosami i ubraniami, a ciało, już i tak obolałe, drży ze zmęczenia. Postanawiam więc zaczerpnąć magii z bransoletki podarowanej mi przez Enza. Znajome lodowate mrowienie wypełnia moje żyły i daje mi wystarczająco dużo energii, bym mogła wciąż się podciągać, piętro za piętrem. Ból rozsadza moją czaszkę. Oko spuchło tak bardzo, że nie mogę go otworzyć, a tym drugim widzę jeszcze gorzej niż zwykle. Jestem wyczerpana. Lecz mimo to zmuszam się do tego, by wlec się dalej, aż wreszcie, gdy już nie czuję ramion, a magia bransoletki się wyczerpuje, podciągam się po raz ostatni i wchodzę na dach.
Przekręcam się na plecy, zachłystując się powietrzem, i uśmiecham się szeroko pomimo tego, że łapią mnie skurcze nóg i rąk.
Udało mi się.
Enzo i ja będziemy wolni.
Nic
O głębiny, jak ja nie znoszę ludzi.
Nie CHCĘ ich nienawidzić, ale ich sekrety i chciwość oraz zdrada kręcą mnie w nosie smrodem tak trującym, że za każdym razem prawie się nim dławię.
Lecz ich uwielbienie? Ono jest wprost przepyszne. Tutaj, na scenie, wystrojony w kostium, otoczony magią i oddalony od nich na tyle, by oddychać swobodnie, mogę obżerać się tą pełną zachwytu adoracją i choć przez chwilę udawać, że na nią zasługuję.
– Witam – mówię, przywołując na twarz najbardziej czarujący uśmiech – na tegorocznej ceremonii otwarcia Turnieju Obłudy!
Tłum wiwatuje, a ja pociągam za lodowatą magię płynącą w moich żyłach, żeby tchnąć charyzmę w spojrzenie i złagodzić rysy twarzy w sposób, który ujmie każdego klienta. Przypomina to sztukę, taniec, i wszyscy to uwielbiają.
W każdym innym miejscu na świecie kłamstwo jest grzechem. Lecz w kasynie? Tutaj pozostaje ono częścią przedstawienia. Występu. Gry. Ci ludzie pokonali całe oceany i zapłacili astronomiczne kwoty za przywilej bycia zwodzonym przeze mnie.
Więc daję im to, czego chcą.
– Północ – przypominam – wybije za niecałą godzinę. Kto z was znajdzie w sobie wystarczająco odwagi, by skorzystać z szansy na wygranie Nierozerwalnego Kłamstwa?
Strumień lodu w mojej piersi się przechyla i ciągnie mnie nagle w stronę tyłu pomieszczenia, jakby grawitacja znikła z ziemi. Opieram się temu, stoję pewnie na scenie, ale patrzę w kierunku, w którym porywa mnie to uczucie – ku skąpanym w mroku drzwiom.
Z tej ciemności obserwuje mnie dziewczyna z wysoko uniesioną głową i zaciśniętymi szczękami. Grube brązowe loki spływają aż do gumki spódnicy tiulowej, którą ma na sobie. Okulary w oprawkach typu motyl podkreślają pełne wyrazu niebieskie oczy osadzone nad piegowatymi policzkami oraz odrobinę krzywym nosem. Jest umięśniona, a kontury jej rąk wydają się ostre nawet w łagodnym świetle. Sylwetkę ma trochę masywniejszą w porównaniu z innymi tancerkami.
Jednakże mojej uwagi nie zwracają muskulatura ani nawet uroda nieznajomej, tylko spojrzenie.
Gromi mnie wzrokiem, jakby nienawiść nie była jej obca. Każdy, kto pracuje w tej branży wystarczająco długo, w końcu narobi sobie kilku wrogów. Ale zazwyczaj ludzie starają się ukryć odrazę.
Lecz nie ona. Oczy ma tak chłodne jak Otchłań, w której zgnije moja dusza, jeśli kiedykolwiek uda mi się umrzeć.
Przeszywa mnie dreszcz, iskra, która przypomina mi dawne czasy, kiedy mój brat pakował się w kłopoty, a ja musiałem go ratować. Zawsze lubiłem wyzwania.
Wysyłam w jej kierunku falę magii mówiącą: Kochaj mnie. Jestem tym, czym chciałabyś, żebym był.
Jej źrenice się nie zwężają. Szczęki się nie rozluźniają. Odraza tej dziewczyny sięga głęboko.
Ciekawe.
Moja magia tęskni do niej, napiera mi na skórę niczym fala. Chcę ją uwolnić, zobaczyć, co zrobi, ale stojący między nami tłum krzyczy z entuzjazmem.
Muszę się przygotować do turnieju. Nie mam czasu na ładne tancerki, niezależnie od tego, jak gniewnym spojrzeniem ta patrzy na mnie.
Odrywam od niej wzrok.
To bez znaczenia, kim jest ani czemu mnie nienawidzi. Bądź co bądź jestem kłamcą.
Zatrzymuję spojrzenie na doktor Olivii Legrand, która siedzi przy barze po prawej stronie pomieszczenia i trzyma w dłoni szklankę z ginem, przyglądając się temu całemu widowisku. Unosi dłoń i przykłada ją do piersi, a następnie wsuwa w wewnętrzną kieszeń marynarki srebrnego smokingu, gdzie zazwyczaj trzyma zegarek kieszonkowy. Ale wtedy najwidoczniej przypomina sobie, że zgodnie z moją sugestią zostawiła go w sejfie w swoim apartamencie, ponieważ wygląda na rozczarowaną.
Nagle oprócz magii wypełnia mnie również poczucie winy. Jak zareaguje, kiedy Macki mojego brata ukradną zegarek?
Dopilnuję, żeby go odzyskała. Może nie od razu, lecz wkrótce.
Światła błyskają, muzyka zaczyna grać i niedługo później moja rola w widowisku dobiega końca. Uśmiechając się szeroko, wskazuję stojącą w pobliżu piosenkarkę i autorkę tekstów Shirley LaCour, po czym macham dłonią na pożegnanie. Zebrani zaczynają krzyczeć i tupać tak mocno, że aż ściany wibrują.
– Kocham cię! – wrzeszczy młoda kobieta stojąca w pierwszym rzędzie. Makijaż spływa jej po twarzy razem ze łzami.
– Ja ciebie też – odpowiadam i puszczam do niej oko, a przyjaciółki otaczają ją z piskiem.
Kiedy Shirley zaczyna mruczeć do mikrofonu, znikam za kulisami i zatrzymuję się tam na chwilę, by jeszcze raz spojrzeć na drzwi, przy których dostrzegłem wcześniej tancerkę.
Ale oczywiście dziewczyny już tam nie ma. Nic dziwnego. Jeśli się nie mylę, jej trupa ma wkrótce wystąpić na górze. Pozwalam, żeby iluzje nałożone na twarz się rozmyły, i kręcąc głową, wychodzę na zaplecze.
Krótkofalówka przyczepiona do mojego paska trzeszczy i wydobywa się z niej głos Paola Chena, szefa ochrony oraz zarazem najbliższego mi człowieka. Odpinam urządzenie, gdy wchodzę do windy, żeby wrócić do swojego apartamentu.
– Mów, Chen.
– Wydaje mi się, że jest tu Macka, sir. Z jednego z szybów wydobył się głośny łoskot.
– Z szybu. – Uśmiecham się szeroko. – Urocze, jest coraz bardziej pomysłowy. Wiesz może, którą Mackę nam przysłał?
– Nie, sir. Nie widziałem jej jeszcze.
– Zdradź mi tożsamość tej osoby, jak tylko się tego dowiesz.
– Tak, sir.
– Potwierdziłeś, że chce się przedostać na dach?
– Ktoś, kto układał nowy grafik naszego zespołu bezpieczeństwa, uwzględnił tam przerwę w warcie od jedenastej trzydzieści do jedenastej czterdzieści. Mogę się założyć, że to Łupieżca stworzył temu facetowi możliwość ucieczki. Zostało to zaplanowane po mistrzowsku i nawet bym tego nie zauważył, gdybyś nie kazał mi zwrócić na to uwagi.
Z pomrukiem przeciągam dłonią po twarzy. To OCZYWISTE, że Enzo wybrał dach. Magia z voratium umieszczonego w konstrukcji kasyna nie przenika wystarczająco dobrze ścian, więc poza budynkiem mam odcięty dostęp do magii. Będę musiał pamiętać, żeby po drodze zabrać żetony z voratium. Nienawidzę tego robić, ponieważ wtedy moja magia może zostać mi dosłownie odebrana.
– Dziękuję, Paol. Pamiętaj, że chcę tego bydlaka żywcem.
– Oczywiście, sir.
Przyczepiam krótkofalówkę z powrotem do paska, po czym wychodzę z windy i ruszam korytarzem w kierunku gabinetu.
Mój brat stanowi PROBLEM. Cztery lata temu, tuż po tym, jak został przeklęty, bycie o krok przed nim przychodziło mi z łatwością. Był tak zajęty zapewnianiem sobie możliwości codziennego normalnego funkcjonowania, że podrzucanie mu fałszywych poszlak, kiedy chciałem zmylić go co do lokalizacji księżycowego okruchu, nie wymagało ode mnie szczególnego wysiłku. Lecz w ostatnich latach stał się szybszy, sprytniejszy. Teraz odnoszę wrażenie, jakby ledwo mi się to udawało.
Zaczynam mieć tego dość, jestem tym wszystkim już ZMĘCZONY. Poczuciem winy wywołanym przez to, kim stał się Enzo z powodu moich czynów, wstydem dręczącym mnie po tym, co księżycowy okruch zrobił z dziewczyną, którą kochałem, przerażeniem, ponieważ obróciłem się w kogoś, kim nigdy nie chciałem być.
Muszę po prostu poznać sekret Enza, dowiedzieć się, w jaki sposób stał się tak wydajny. Wtedy zdołam pozbawić go gruntu pod nogami. Wepchnę brata z powrotem w ciemność, żebym sam mógł znów oddychać.
Nagle ciszę przecina głośny alarm. Kasyno wypełnia przenikliwe dzwonienie, ale ja uśmiecham się szeroko.
Wygląda na to, że mamy tu złodzieja, którego należy złapać.
Ubrany w iluzję niewidzialności patrzę, jak Macka podciąga się na krawędzi dachu, po czym wdrapuje na niego i kładzie na plecach. Brązowe loki rozsypują się wokół jej głowy, a ona dyszy ciężko, patrząc w niebo z triumfalnym błyskiem w oku.
Od razu ją rozpoznaję. Nie po twarzy, ponieważ ta po części skąpana jest w mroku, lecz dlatego, że moja magia wije się w jej kierunku. Czuję, jak coś znów pociąga za lodowaty strumień w piersi, i to uczucie okropnie działa mi na nerwy.
Tancerka z dołu.
Marszcząc brwi, przekręcam w kieszeni żeton z voratium. Wiem wszystko o ekipie Enza. Znam ich słabości, przydomki, pochodzenie, historię chorób. Wiem nawet, jakiej pasty do zębów używa każdy z nich.
Więc kim, do głębin, jest ona? I czemu moja magia tak uparcie próbuje znaleźć się bliżej niej?
Podchodzę do otwartego świetlika, przez który zapewne planowała wyjść, lecz po uruchomieniu alarmu musiała zmienić plany. Zamykam go kopniakiem, przez co rozlega się głuchy grzmot.
Dziewczyna podrywa się natychmiast i unosi dłonie, jakby przygotowywała się do obrony.
– Halo?
Czerpię odrobinę więcej magii, by wyciszyć kroki, gdy idę w kierunku komina, ale potem specjalnie się o niego ocieram.
Tancerka obraca się na pięcie.
– Kim jesteś?
Sądząc po precyzyjnym ułożeniu stóp oraz uniesionych z gracją pięści, została dobrze przeszkolona. Poza tym najwidoczniej ma również niezłą intuicję, ponieważ kiedy idę cicho za nią, ona natychmiast odwraca się przodem do kierunku, z którego dobiega mój oddech.
Po pięciu latach spędzonych wśród najgorszego elementu społeczeństwa ja również mam dobrą intuicję, lecz gdy ona się odwraca, by wepchnąć mnie na marmurową kolumnę, a potem przyciska mi sztylet do gardła, pozwalam jej na to. Tylko po to, żeby zobaczyć, co zrobi.
Może powoduje mną chorobliwa ciekawość? To bez znaczenia. Dziewczyna i tak nie mogłaby mnie zabić.
– Nie boję się zrobić ci krzywdy – warczy i w tym samym momencie nad morzem rozlega się grzmot.
Przechylam głowę, ponieważ w powietrzu unosi się łagodna i słodka woń sekretu kryjącego się za jej kłamstwem, tak przepysznie różniąca się od zapachu większości tajemnic codziennie atakujących moje nozdrza. Śmieję się i przeobrażam ten dźwięk tak, by był jedwabisty i dźwięczny, z niewielkim dodatkiem lodu płynącego mi w żyłach. Zapewniam zdrową dawkę strachu tej tajemniczej tancerce, która jakimś cudem niepostrzeżenie znalazła się w szponach mojego brata.
– Cóż za przepyszne kłamstwo – szepczę, a potem wyrywam jej sztylet i ciskam go w bok.
Okręcam ją i przeciągam jej ręce za plecy. Wystarczy jeden płynny ruch i dziewczyna stoi na krawędzi dachu, z palcami stóp wystawionymi poza nią. Pod nami znajduje się dwadzieścia sześć pięter.
– Uważaj, złodziejaszku – mruczę, kiedy deszcz zaczyna spadać z nieba niczym gwiazdy. – Jeden zły krok może się okazać twoim ostatnim.
Słony wiatr niesie do mnie delikatną woń kwiatów pomarańczy. Zerkam na jej nadgarstki, po których ścieka krew ze świeżych nacięć wyzierających spod rękawów, ale poza tym na skórze nieznajomej nie ma żadnych śladów.
Enzo nigdy nie włącza nikogo do swojego wąskiego grona zaufanych bez odprawienia wcześniej rytuału z tatuowaniem. Ból zradza lojalność, chociaż on za nic by nie przyznał, że to dlatego to robi.
Nie wiem, kim ona jest, lecz z pewnością nie jest Macką.
Ciekawe.
– Powiedz mi, jak mam robić interesy z najpotężniejszymi ludźmi na świecie – szepczę, patrząc, jak włoski na jej karku się unoszą – jeśli ci pod moją opieką są okradani?
Tancerka próbuje się wyrwać, ale ja chwytam ją mocniej.
– Każesz mnie aresztować? – pyta.
– To jedna z możliwości. Konstablom zwykle jednak brakuje… pomysłowości w kwestii prowadzenia przesłuchań.
Nie zamierzam jej torturować. Nie muszę tego robić. Czasami ludzie potrzebują tylko niewielkiego bodźca i sami zaczynają tworzyć przerażające iluzje we własnych głowach.
Gdy odwracam ją twarzą do siebie, dziewczynie udaje się utrzymać równowagę z gracją tancerki, którą udawała. Oświetlana jedynie łuną neonu zawieszonego niżej, przygląda mi się uważnie. Krople deszczu zatrzymują się na jej rzęsach, przyozdabiając je niczym maleńkie diamenciki. Nieznajoma mruży lewe oko, jakby nie widziała nim zbyt dobrze, a prawe ma spuchnięte do tego stopnia, że nie może go otworzyć. Lecz mimo to w jej spojrzeniu widzę tę samą srogość co wcześniej, na dole.
– Kim jesteś? – pytam.
– Nikim.
Nie mogę się powstrzymać. Wybucham śmiechem. Większość osób przynajmniej próbuje mnie oczarować, ale ona emanuje niechęcią tak ostrą jak sztylet, który wcześniej przyłożyła mi do gardła.
– Dobra. – Uśmiecham się zarozumiale, by zirytować dziewczynę. Rozważam możliwe opcje. Może ona wcale nie pracuje dla mojego brata? Jeśli jednak to on ją tu przysłał, nie chcę, by się dowiedziała, że wpadli w moje sidła. Dlatego jedynie unoszę brew i pytam niewinnie: – Kto cię przysłał?
Nagradza mój uśmiech morderczym spojrzeniem, na które liczyłem.
– Nikt.
Chociaż z radością kłamie, to mam wrażenie, że chciałaby, abym miał świadomość, co TAK NAPRAWDĘ czuje. Co o mnie myśli.
Może to dlatego jej sekrety smakują inaczej?
– Podaj mi imię, złodziejaszku – mówię cicho. – Swoje albo swojego zleceniodawcy.
– Nazywam się Astra Tremaine. – Z ust dziewczyny pada kolejne kłamstwo, a po nim pojawia się prawda w jej groźnym spojrzeniu.
Przechylam głowę.
– Lecz to niezupełnie zgadza się z rzeczywistością, czyż nie?
Zamiera i napina lekko szczękę, gdy zdaje sobie sprawę z tego, że potrafię wyczuwać kłamstwa.
– Jestem poniekąd freelancerką. Tak właściwie to każdy mógłby mnie zatrudnić.
Ta wypowiedź jest na tyle oględna, że moja magia nie wykrywa tajemnic.
Jest przebiegła. I nieposłuszna.
– Niejasna i niejednoznaczna odpowiedź, bardzo sprytnie. – Gram w jej grę, ponownie unosząc niewinnie brew. – W takim razie pozwól, że doprecyzuję pytanie. Kto cię zatrudnił do tego, żeby ukraść ten zegarek?
– Co by był ze mnie za złodziej, gdybym zdradzała dane swoich klientów? – wykręca się znowu.
– Taki, któremu życie miłe. – Nie jestem mordercą ani sadystą czerpiącym radość z przemocy, ale strach może zmotywować ją do podzielenia się wreszcie sekretami i dlatego też tak chętnie posługuję się groźbami.
Dziewczyna nie wzdryga się ani nie drży. Ona się UŚMIECHA.
– Ach – mówi. – Groźby. Spodziewałam się, że do tego dojdzie, chociaż miałam nadzieję, że obierzesz kreatywniejszą drogę. – Posyła mi słodki uśmiech. – Niestety ta konkretna pogróżka na mnie nie zadziała, bo jeśli zdradzę imię zleceniodawcy, on również może mnie zabić, żeby coś udowodnić.
– Jeżeli to prawda, będziesz musiała dokonać wyboru. – Spoglądam znacząco. – Opcja pierwsza: utrzymasz tożsamość klienta w sekrecie i zginiesz z moich rąk albo… – Milknę na chwilę dla dramatyzmu. – Opcja druga: powiesz mi to, co chcę wiedzieć, i potencjalnie on cię zabije. Opcja druga daje ci przynajmniej możliwość ucieczki.
– Albo… istnieje również trzecie wyjście – stwierdza.
Wyszarpuje rękę i coś ostrego przebija mi dłoń na wylot.
Śrubokręt.
Chociaż szok nie trwa długo, to jej udaje się wydostać z mojego uścisku i popchnąć mnie na mokry dach. Szybko odzyskuje porzucony wcześniej sztylet i znowu przyciska mi go do gardła. Gdy patrzymy na siebie nawzajem spode łba, dysząc ciężko, deszcz spada z jej nosa na mój.
Wtedy to wyczuwam. Sekret kryjący się w niej, przemykający za oczami niczym szept, gromadzący się niczym kataklizm. Coś dużego, coś druzgocącego, coś przepysznego. Podszywany zapachem kwiatu pomarańczy, odrobiną przypraw korzennych, niebezpieczeństwa i… tak. Malutką nutą woni znanej mi tak dobrze jak moja własna.
Enzo.
Nie wiem, co dokładnie dziewczyna ukrywa, ale brat z pewnością jest w to zamieszany. Czy mogłaby być kluczem do zrozumienia, jakim cudem stał się tak potężny, i do zdobycia przewagi, dzięki której będę mógł na zawsze oddzielić go od księżycowego okruchu?
Zwilżam usta, przywołuję na nie uśmiech osty jak żyletka.
Ten sekret jest już praktycznie mój.
