Wydawca: Powergraph Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 601 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Głos Lema -

Dla pokoleń czytelników był Mistrzem, dla pokoleń autorów wzorem. Zmarły przed pięcioma laty pisarz i filozof, Stanisław Lem, w tym roku obchodziłby 90. rocznicę urodzin. Ten zbiór powstał po to, żeby go uhonorować.

Sztuczne inteligencje, wirtualne światy, androidy zastępujące człowieka. Fabuły, których areną jest cały Wszechświat. Obce planety, na których odkryto ślady życia. I kosmos, niezbadany i niebezpieczny, wciąż na wyciagnięcie ręki.

„Żadna dobra książka nie przejdzie nieukarana, a każdy gest artystyczny jest zarazem przedmiotem gry rynkowej. I jak w przypadku wielu podobnych przedsięwzięć, także inicjatorom antologii opowiadań inspirowanych twórczością Stanisława Lema łatwo przypisać niskie intencje: że oto wykorzystują znane nazwisko dla darmowej reklamy, by przebić się z tytułem marketingowo.

W istocie zaś mamy tu do czynienia z próbą niemalże heroiczną.

Bo, po pierwsze, czy „Głos Lema” rzeczywiście wykorzystuje znaną markę – czy też raczej stara się ją dopiero stworzyć, odtworzyć?”.

Jacek Dukaj, ze Wstępu

Opinie o ebooku Głos Lema -

Cytaty z ebooka Głos Lema -

Nieznane są mi przyczyny, dla jakich gatunek ludzki chce ciągle domykać wszystko w kompletne całości, podczas gdy otwartą granicą wszelkiej wiedzy jest po prostu stwierdzenie „nie wiem”. Dla mnie wypowiadanie tej frazy nie tyle jest dyskomfortem, ile koniecznym warunkiem wszelkiego myślenia, działania, poszukiwania i rozwoju. Zaprawdę, powiadam ci: stwierdzić można jedynie tyle, że istnieją atomy, pola sił i próżnia, a cała reszta jest wielkim NIE WIEM. I siłą wszelkie umysły napędzającą jest właśnie ta niewiedza, bo ten, co wie wszystko, nic czynić nie musi. Tak więc zasadą wszelkiego bytu i wszelkiego informacyjnego przekazu jest niekompletność, ograniczoność, fragmentaryczność i amorficzność, zasadą zaś mojego myślenia mówienie „nie wiem”, gdy wiedzieć nie mogę. Odrzucam więc życzeniowe wizje i z łatwością mi to przychodzi, bo nie potrzebuję pocieszających koncepcji domykających,

Fragment ebooka Głos Lema -

CO­PY­RI­GHT© 2011-2013 by Ja­nusz Cy­ran, Fi­lip Ha­ka, Aleks Güt­sche, Ra­fał Ko­sik, An­drzej Misz­czak, Ja­kub No­wak, Ra­fał W. Or­kan, Woj­ciech Or­liń­ski, Pa­weł Pa­liń­ski, Krzysz­tof Pi­skor­ski, Waw­rzy­niec Pod­rzuc­ki, Jo­an­na Skal­skaCO­PY­RI­GHT© 2011-2013 by Po­wer­graph CO­PY­RI­GHT© 2011-2013 for the co­ver by Ra­fał Ko­sik

WY­DA­NIE I

ISBN 978-83-61187-84-4

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne All ri­ghts re­se­rved

RE­DAK­CJA Mi­chał Cet­na­row­ski, Ka­sia Sien­kie­wicz-Ko­sikKO­REK­TA Ma­ria Alek­san­drowILU­STRA­CJA NA I OKŁAD­CE Ra­fał Ko­sik PRO­JEKT GRA­FICZ­NY SE­RII I OPRA­CO­WA­NIE Ra­fał Ko­sik SKŁAD Po­wer­graph

WY­ŁĄCZ­NY DYS­TRY­BU­TOR

Fir­ma Księ­gar­ska Ole­sie­juk sp. z o.o. s.k.a. 05-850 Oża­rów Ma­zo­wiec­ki, ul. Po­znań­ska 91 tel./faks: 22 721 30 00www.ole­sie­juk.pl, e-ma­il: fk@ole­sie­juk.pl

WY­DAW­CA Po­wer­graph sp. z o.o. Ce­głow­ska 16/2, 01-803 War­sza­wa tel./faks: 22 834 18 25www.po­wer­graph.pl, sklep.po­wer­graph.pl, e-ma­il: po­wer­graph@po­wer­graph.pl

Spis tre­ści
Okład­ka
Stro­na ty­tu­ło­wa
Stro­na re­dak­cyj­na
Ja­cek Du­kaj - wstęp
Krzysz­tof Pi­skor­ski - Trzy­na­ście in­ter­wa­łów Ior­ri
Ra­fał W. Or­kan - Księ­cia Kor­dia­na księ­ży­co­wych przy­pad­ków część pierw­sza i naj­praw­do­po­dob­niej ostat­nia
Waw­rzy­niec Pod­rzuc­ki - Za­kres wi­dzial­ny
An­drzej Misz­czak - Po­ryw
Alex Güt­sche - Lal­ka
Jo­an­na Skal­ska - Pło­mie­niem je­stem ja
Ja­nusz Cy­ran - Słoń­ce król
Woj­ciech Or­liń­ski- Stan­le­mian
Ra­fał Ko­sik - Te­le­fon
Pa­weł Pa­liń­ski - Blask
Fi­lip Ha­ka - Opo­wie­ści ko­smo­bo­tycz­ne Do­mi­ni­ka Vid­ma­ra
Ja­kub No­wak - Ry­chu

Żad­na do­bra książ­ka nie przej­dzie nie­uka­ra­na, a każ­dy gest ar­ty­stycz­ny jest za­ra­zem przed­mio­tem gry ryn­ko­wej. I jak w przy­pad­ku wie­lu po­dob­nych przed­się­wzięć, tak­że ini­cja­to­rom an­to­lo­gii opo­wia­dań in­spi­ro­wa­nych twór­czo­ścią Sta­ni­sła­wa Le­ma ła­two przy­pi­sać ni­skie in­ten­cje: że oto wy­ko­rzy­stu­ją zna­ne na­zwi­sko dla dar­mo­wej re­kla­my, by prze­bić się z ty­tu­łem mar­ke­tin­go­wo.

W isto­cie zaś ma­my tu do czy­nie­nia z pró­bą nie­mal­że he­ro­icz­ną.

Bo, po pierw­sze, czy Głos Le­ma rze­czy­wi­ście wy­ko­rzy­stu­je zna­ną mar­kę – czy też ra­czej sta­ra się ją do­pie­ro stwo­rzyć, od­two­rzyć?

A po dru­gie, czy w ogó­le jest moż­li­wym „pi­sa­nie jak Lem”?

* * *

Pierw­sze py­ta­nie zda­wać się mo­że zgo­ła ab­sur­dal­nym (je­śli nie ob­ra­zo­bur­czym). Jak­że to, prze­cież każ­dy sły­szał o Le­mie! Ja­sne, każ­dy sły­szał też o Nor­wi­dzie czy Orzesz­ko­wej – jed­nak nie wie­rzę w tłu­my czy­tel­ni­ków pę­dzą­cych po „an­to­lo­gię opo­wia­dań ála Orzesz­ko­wa”.

Dla­cze­go po­zwa­lam so­bie na ze­sta­wie­nie tych aku­rat pi­sa­rzy? Nie­ste­ty, prze­ko­na­łem się już wie­lo­kroć, że dla współ­cze­sne­go czy­tel­ni­ka, gu­stu­ją­ce­go w ro­man­sach wam­pi­rycz­nych, sa­gach fan­ta­sy, książ­kach Pi­li­piu­ka i Pie­ka­ry czy Kin­ga al­bo Ca­na­van – Lem pla­su­je się do­kład­nie na tej sa­mej pół­ce, co wła­śnie Że­rom­ski czy in­ni prze­kli­na­ni przez brać szkol­ną au­to­rzy zu­peł­nie dla niej nie­straw­nych lek­tur obo­wiąz­ko­wych.

W roz­mo­wach z ty­mi czy­tel­ni­ka­mi po­wra­ca mo­tyw wcze­sne­go zra­że­nia do Le­ma (i, przez uogól­nie­nie, do ca­łej li­te­ra­tu­ry scien­ce fic­tion) na sku­tek lek­tur Ba­jek ro­bo­tów lub opo­wia­dań o Pi­rxie, ja­kie wmu­sza­no w nich w pod­sta­wów­ce. Co dla ko­lej­nych rocz­ni­ków oka­zy­wa­ło się prze­ży­ciem iście trau­ma­tycz­nym.

Cóż, po pro­stu za wcze­śnie do Le­ma pod­cho­dzi­li, błąd pro­gra­mu edu­ka­cji. Są pi­sa­rze, do któ­rych trze­ba do­ro­snąć; i to nie raz – trze­ba do­ra­stać wie­lo­krot­nie. Ale oto ci nie­szczę­śni­cy koń­czą stu­dia, sa­mi ma­ją dzie­ci – a awer­sja po­zo­sta­je. Już ca­łe po­ko­le­nia ro­sną w bło­giej nie­świa­do­mo­ści skar­bów wy­obraź­ni Sta­ni­sła­wa Le­ma. I nie są to anal­fa­be­ci prze­cież; to lu­dzie wy­kształ­ce­ni. Masz, spró­buj, prze­ko­naj się sam, czy to wciąż li­te­ra­tu­ra nie dla cie­bie. „Pró­bo­wa­łem, ale za dia­bła nie ro­zu­miem je­go ję­zy­ka!”.

Oto i ko­lej­na nie­spo­dzie­wa­na prze­szko­da: ję­zyk Le­ma, ta spe­cy­ficz­na roz­bu­cha­na pol­sz­czy­zna przed­wo­jen­na, spla­ta­ją­ca tech­ni­ka­lia i cu­dow­nie gu­mo­we neo­lo­gi­zmy, hu­mo­ry­stycz­ne ekwi­li­bry­sty­ki i prza­śne ar­cha­izmy, w skład­ni tor­to­wej, wę­żo­wej – sta­ła się dla dwu­dzie­sto­pierw­szo­wiecz­nych czy­tel­ni­ków rów­nie ob­ca co pol­sz­czy­zna Mic­kie­wi­cza. Pro­blem z lek­tu­rą Pa­na Ta­de­usza nie po­le­ga wszak na sta­wia­nych przez li­tew­ską epo­pe­ję kar­ko­łom­nych kwe­stiach in­te­lek­tu­al­nych, lecz na nie­zro­zu­mie­niu tek­stu na naj­bar­dziej pod­sta­wo­wym po­zio­mie, tzn. słów, zdań. Ję­zyk Le­ma pod tym wzglę­dem sta­wał się z cza­sem co­raz bar­dziej her­me­tycz­ny, je­go póź­na ese­isty­ka usta­na­wia próg wła­ści­wie nie do po­ko­na­nia dla kon­su­men­ta kul­tu­ry em­pi­ko­wej.

Te mo­je smut­ne kon­sta­ta­cje sto­ją na­tu­ral­nie w ra­żą­cej sprzecz­no­ści z opi­nią roz­gło­śnio­ną w pol­skiej me­dios­fe­rze. A im me­dium bar­dziej sza­cow­ne i wy­so­kie, tym moc­niej­sza w nim oczy­wi­stość, że „wszy­scy Le­ma zna­ją, czy­ta­ją i ko­cha­ją”. Skąd roz­bież­ność?

Mo­im zda­niem „my­śle­nie i mó­wie­nie Le­mem” sta­ło się już ana­lo­gicz­nym wy­róż­ni­kiem po­ko­le­nio­wym, jak wcze­śniej „mó­wie­nie Sien­kie­wi­czem”. Czas, w któ­rym wcho­dzi­my w kul­tu­rę, dzie­ła, ja­kie nas wów­czas kształ­tu­ją, ja­kie wpły­wa­ją na na­szą wy­obraź­nię i gu­sta – iden­ty­fi­ku­ją nas ni­czym DNA i li­nie pa­pi­lar­ne. Nie moż­na mieć dru­gie­go dzie­ciń­stwa i nie moż­na po raz dru­gi czy­tać jak dziec­ko.

Oczy­wi­ście zda­rza­ją się wy­jąt­ki – wy­jąt­ki za­wsze się zda­rza­ją, nie­któ­rzy au­to­rzy opo­wia­dań z tej ko­lek­cji sta­no­wią ich przy­kła­dy – ale w za­sa­dzie li­nia de­mar­ka­cyj­na za­pa­dła na ro­ku 1989: kto zdą­żył przed nim wejść w świat SF, ten z du­żym praw­do­po­do­bień­stwem „za­ra­ził się Le­mem”. Lem istot­nie był wów­czas ta­kim Słoń­cem li­te­ra­tu­ry fan­ta­stycz­nej; tym bar­dziej w la­tach 70. Po ro­ku 1989 jed­nak­że wszyst­ko się zmie­ni­ło: stał się on jed­ną z ty­się­cy gwiazd na fir­ma­men­cie. Moż­na się te­raz od ma­łe­go za­czy­ty­wać fan­ta­sty­ką, uwa­żać za fan­ta­sty­ki ko­ne­se­ra, fa­na i znaw­cę – a Le­ma nie czy­tać w ogó­le, al­bo prze­czy­taw­szy jed­ną czy dru­gą je­go książ­kę, od­rzu­cić pro­gra­mo­wo ja­ko li­te­ra­tu­rę nie­cie­ka­wą, nie­istot­ną; i nie czuć się by­naj­mniej z te­go po­wo­du upo­śle­dzo­nym w obie­gu kul­tu­ro­wym, w roz­mo­wach z in­ny­mi czy­tel­ni­ka­mi, w ro­zu­mie­niu współ­cze­snej twór­czo­ści.

Co by­ło­by nie­moż­li­we w przy­pad­ku ana­lo­gicz­ne­go igno­ranc­twa w twór­czo­ści np. Tol­kie­na. Na­wet je­śli ktoś ser­decz­nie nie zno­si Tol­kie­na, mu­si się orien­to­wać w je­go dzie­łach, że­by w ogó­le z sen­sem uczest­ni­czyć w roz­mo­wach o współ­cze­snej kul­tu­rze, i to na­wet nie za­wę­ża­jąc jej do fan­ta­sty­ki. W tym sen­sie twór­czość Le­ma ja­wić się mo­że ra­czej li­te­rac­kim śle­pym za­uł­kiem. Ile po­wsta­je ta­kich ksią­żek, fil­mów, gier, dla któ­rych peł­ne­go od­bio­ru ko­niecz­ne jest oczy­ta­nie w Le­mie? To po­je­dyn­cze, dość ni­szo­we utwo­ry.

Le­mo­fi­le two­rzą dziś coś w ro­dza­ju pół­se­kret­ne­go brac­twa, ma­so­ne­rii oświe­ce­nio­wej SF, roz­po­zna­ją­cej się po kryp­tycz­nych cy­ta­tach, słod­ko ar­cha­icz­nej ter­mi­no­lo­gii („fan­to­ma­ty­ka”, „in­te­lek­tro­ni­ka”) i cha­rak­te­ry­stycz­nym od­ru­chu tro­pie­nia ge­ne­alo­gii idei: „o tym Lem na­pi­sał już tu i tu!”. Resz­ta zaś le­min­go­wo ki­wa gło­wa­mi: tak, tak, Lem to prze­wi­dział, a Sło­wac­ki wiel­kim po­etą był.

Jak za­trzy­mać ten trend? Jak sku­tecz­nie na­wra­cać czy­tel­ni­ków na Le­ma?

Otóż jed­nym ze spo­so­bów mo­że być wła­śnie ta­ki li­te­rac­ki „al­bum co­ve­rów”. W mu­zy­ce wie­lo­krot­nie zda­rza­ło się, że no­we po­ko­le­nia od­kry­wa­ły kla­sy­ków, usły­szaw­szy ich utwo­ry w wy­ko­na­niu ar­ty­stów ze swo­ich rocz­ni­ków. I wte­dy do­pie­ro się­ga­ły z wła­snej wo­li po ory­gi­na­ły.

Opo­wia­da­nia ze­bra­ne w tym zbio­rze wy­szły spod piór au­to­rów uro­dzo­nych w la­tach 1969–1982; je­dy­nie dwaj pi­sa­rze-na­ukow­cy, Cy­ran i Pod­rzuc­ki, po­cho­dzą ze star­szej ge­ne­ra­cji.

To już nie dzie­ci; to li­te­rac­kie wnu­ki i pra­wnu­ki Le­ma.

* * *

Czy moż­na dzi­siaj „pi­sać Le­mem”?

Py­ta­nie nie jest tak ba­nal­ne, ja­kim się zda­je na pierw­szy rzut oka. Wia­do­mo, że aby pi­sać do­kład­nie jak Lem – lecz nie po pro­stu po­wta­rza­jąc, co on już przed la­ty na­pi­sał, lecz two­rząc dziś, jak two­rzył­by Lem – trze­ba by wła­śnie być Le­mem. Co nie dość, że jest lo­gicz­ną nie­moż­li­wo­ścią, to i nie sta­no­wi­ło­by prze­cież ty­tu­łu do chwa­ły dla żad­nej in­dy­wi­du­al­no­ści twór­czej, wy­rą­bu­ją­cej so­bie w po­cie czo­ła te­ry­to­rium ory­gi­nal­no­ści.

Nie o to cho­dzi. O co za­tem?

Wy­da­je mi się, że mu­si­my cof­nąć się o krok przed py­ta­nie i wy­świe­tlić wpierw źró­dła atrak­cyj­no­ści pro­zy Le­ma, tzn. te ce­chy, dla któ­rych w ogó­le by­ło­by war­to „pi­sać jak Lem”.

Więc: czy na­śla­do­wa­na win­na być tu ra­czej treść, czy for­ma? I czy da się jed­ną od­dzie­lić od dru­giej?

Kon­ty­nu­acja na po­zio­mie for­my nie­uchron­nie wy­sta­wi nas na za­rzut pu­ste­go ar­cha­izo­wa­nia, za­baw es­te­ty­ką re­tro dla sa­mej tej es­te­ty­ki. Tym­cza­sem bo­ha­te­ro­wie Le­ma la­ta­li pan­cer­ny­mi ko­smo­lo­ta­mi i wy­ko­ny­wa­li ob­li­cze­nia na mó­zgach z lam­pa­mi próż­nio­wy­mi, po­nie­waż w ta­kiej aku­rat epo­ce hi­sto­rycz­nej (w ta­kiej epo­ce li­te­rac­kiej) zda­rzy­ło się Le­mo­wi pi­sać. Czy pi­sząc dzi­siaj, pi­sał­by w tym du­chu? Ale sam prze­cież nie ar­cha­izo­wał na Wel­l­sa czy Żu­ław­skie­go! Tak po pro­stu wi­dział wów­czas przy­szłość; ta­ką by­ła przy­szłość.

Pod­czas gdy za­byt­ko­wa fu­tu­ry­sty­ka ko­smicz­na z Ede­nu, Nie­zwy­cię­żo­ne­go, So­la­ris, z opo­wia­dań o Pi­rxie, je­śli przy­cią­ga dziś czy­tel­ni­ków, to z przy­czyn zu­peł­nie przez Le­ma nie­za­mie­rzo­nych: z ra­cji wła­śnie te­go no­stal­gicz­ne­go po­sma­ku swoj­sko­ści re­tro. Za­cho­dzi tu pew­na sy­me­tria z po­pu­lar­no­ścią PRL-owskich se­ria­li w ro­dza­ju 07 zgłoś się. Po­rucz­nik Bo­re­wicz ści­ga swo­ich po­czci­wych prze­stęp­ców po­lo­ne­zem, a ko­man­dor Pirx peł­nym cią­giem sto­su ato­mo­we­go idzie kur­so­wą z ła­dow­nia­mi aste­ro­ido­wej ru­dy.

W szer­szym sen­sie o nie­za­mie­rzo­nej atrak­cyj­no­ści kla­sycz­nej fan­ta­sty­ki le­mow­skiej mo­że sta­no­wić sa­mo umiesz­cze­nie jej ak­cji w ko­smo­sie. W ostat­nich de­ka­dach na­stą­pił wy­raź­ny od­wrót od przy­szło­ści wy­praw ko­smicz­nych. Czy też, mó­wiąc pre­cy­zyj­niej, po­dział w ra­mach kon­wen­cji: w ko­smo­sie roz­gry­wa­ją się pra­wie wy­łącz­nie spa­ce ope­ry i po­dob­ne roz­bu­cha­ne fa­bu­ły przy­go­do­we, nie­trak­tu­ją­ce po­waż­nie nie tyl­ko na­uki, ale i sa­mej sce­no­gra­fii scien­ce fic­tion; scien­ce fic­tion se­rio trzy­ma się zaś Zie­mi i czło­wie­ka tu­dzież kom­pu­te­ra. W tra­dy­cji li­te­ra­tu­ry Le­mo­wej da się na­to­miast po­łą­czyć te roz­bież­ne ten­den­cje, co mo­że prze­ma­wiać do okre­ślo­nej gru­py czy­tel­ni­ków – tych wy­cho­wa­nych na sta­ro­mod­nej fan­ta­sty­ce na­uko­wej, ale też, miej­my na­dzie­ję, tych, któ­rzy do­pie­ro te­raz z za­sko­cze­niem od­kry­wa­ją, że da się pi­sać rów­nież w ten spo­sób.

* * *

Pro­blem po­le­ga rów­nież na tym, że nie ma „jed­ne­go Le­ma”, z któ­re­go da­ło­by się zdjąć ta­ki obiek­tyw­ny wzo­rzec. Lem się zmie­niał, w koń­cu wręcz wy­pie­ra­jąc się SF, ja­ką two­rzył na po­cząt­ku – a to wła­śnie ta je­go „mło­dzień­cza” fan­ta­sty­ka oka­zu­je się, dzię­ki ma­low­ni­cze­mu szta­fa­żo­wi i moc­nej fa­bu­la­ry­za­cji, naj­bar­dziej prze­ma­wia­ją­cą do współ­cze­snych czy­tel­ni­ków (i czy­tel­ni­ków-pi­sa­rzy). Po prze­ciw­nej stro­nie spek­trum znaj­du­ją się zaś teo­re­tycz­no-fi­lo­zo­ficz­ne pra­ce póź­ne­go Le­ma, ese­istycz­ne i pa­ra­ese­istycz­ne kon­den­sa­ty my­śli o gę­sto­ści gwiaz­dy neu­tro­no­wej, za­zwy­czaj po­zba­wio­ne szkie­le­tu in­try­gi i wy­płu­ka­ne z od­dzia­łu­ją­cych na wy­obraź­nię kon­kre­tów sce­no­gra­fii i ga­dże­ciar­stwa.

Gdzie już wła­ści­wie nie ma moż­li­wo­ści na­śla­dow­nic­twa for­my; tu „pi­sa­nie jak Lem” z ko­niecz­no­ści ozna­cza­ło­by pi­sa­nie na po­dob­nie wy­so­ko­sięż­ne te­ma­ty, w po­dob­nym ry­go­rze ro­zu­mu i in­ten­syw­no­ści wy­obraź­ni. Co nie dość, że sta­wia przed au­to­ra­mi ja­ko wy­móg mi­ni­mum po­sia­da­nie tej iskry ge­niu­szu, ale na do­da­tek wła­ści­wie zu­peł­nie wy­py­cha ich po­za gra­ni­ce li­te­ra­tu­ry pięk­nej, na zie­mie fi­lo­zo­fii i kra­je z nią sprzy­mie­rzo­ne.

Ist­nie­ją wszak­że czy­tel­ni­cy wier­ni ta­kie­mu wła­śnie Le­mo­wi, głów­nie ci już ze star­szych po­ko­leń, od­że­gnu­ją­cy się – w zgo­dzie z póź­ny­mi de­kla­ra­cja­mi sa­me­go Le­ma – od scien­ce fic­tion ja­ko ga­tun­ku. „Nie czy­tam fan­ta­sty­ki, czy­tam Le­ma”. Dla nich od­po­wied­ni­kiem ni­niej­szej an­to­lo­gii był­by do­pie­ro zbiór ory­gi­nal­nych prac ja­kichś no­wych Ho­fstad­te­rów, Pen­ro­se’ów i Ti­ple­rów.

Cóż po­cząć? Nie wy­de­du­ku­je­my „Le­ma ide­al­ne­go”. Kie­ru­jąc się zdro­wo­roz­sąd­ko­wą za­sa­dą zło­te­go środ­ka, mo­że­my na­to­miast spró­bo­wać wy­de­sty­lo­wać swo­iste opti­mum le­mo­wa­to­ści, tzn. ta­ki mo­ment w twór­czo­ści Sta­ni­sła­wa Le­ma, któ­ry obej­mu­je moż­li­wie naj­bo­gat­szy ze­staw cech sta­no­wią­cych o wy­jąt­ko­wo­ści je­go pro­zy, wi­dzia­nej dziś z dy­stan­su kil­ku­dzie­się­ciu lat w po­sta­ci skoń­czo­ne­go do­rob­ku.

Wy­bór na­tu­ral­nie mu­si tu być w pew­nym stop­niu ar­bi­tral­ny. Wy­da­je mi się, że naj­bliż­szy te­mu opti­mum był „Lem śred­ni”, z lat 60. Już wy­ro­sły z SF ko­mu­ni­zmu i ma­ry­ni­stycz­ne­go bo­ha­ter­stwa, a jesz­cze nie­za­ka­mie­nia­ły w afa­bu­lar­nym teo­re­ty­zo­wa­niu. Na ja­kiej for­mie, na ja­kich tre­ściach na­le­ża­ło­by się wów­czas oprzeć?

Się­gnij­my do źró­dła. Tak pi­sał Sta­ni­sław Lem w Fan­ta­sty­ce i fu­tu­ro­lo­gii (wy­da­nej w 1970 r.):

Nie ma żad­nej wię­zi ko­niecz­nej po­mię­dzy li­te­rac­kim te­ma­tem oraz przed­mio­ta­mi i wy­pad­ka­mi, ja­kie on w utwór wpro­wa­dza, a zna­cze­nia­mi te­go utwo­ru: rzecz dzie­ją­ca się mię­dzy sa­my­mi świę­ty­mi w nie­bie mo­że rów­nie do­brze na­le­żeć do ha­gio­gra­ficz­nej, jak do an­ty­me­ta­fi­zycz­nej li­te­ra­tu­ry; ero­tycz­ny­mi sto­sun­ka­mi moż­na wy­kła­dać świat lub za­świat, kom­pu­te­ry mo­gą słu­żyć wi­zji fu­tu­ro­lo­gicz­nej al­bo drwi­nie z ak­tu­al­nych cech spo­łe­czeń­stwa, któ­ra nic nie ma wspól­ne­go ani z in­te­lek­tro­ni­ką, ani z przy­szło­ścią ja­ką­kol­wiek; dia­bła­mi da się jak naj­bar­dziej rze­czo­wo una­ocz­niać ja­kość ludz­kie­go lo­su al­bo wła­śnie utwier­dzać ma­ni­chej­ską kon­cep­cję by­tu itp. A przy tym mo­że być jesz­cze tak, że obiek­ty i po­ję­cia na­uko­we nie słu­żą w dzie­le ani fi­zy­ce, ani me­ta­fi­zy­ce, że jest ich za­sto­so­wa­nie czy­stą żon­gler­ką, za­ba­wą, w to­na­cji we­so­łej lub upior­nej pro­wa­dzo­ną.

Dla­cze­go za­tem scien­ce fic­tion? I to wła­śnie scien­ce fic­tion nie ja­ko „czy­sta żon­gler­ka po­ję­cia­mi na­uko­wy­mi”, ale ja­ko sa­mo zna­cze­nie, ja­ko sens utwo­ru li­te­rac­kie­go?

Otóż po­nie­waż:

Scien­ce fic­tion zdol­na czy­nić to wszyst­ko (ty­le że po swo­je­mu), co czy­ni li­te­ra­tu­ra zgod­nie ze swy­mi tra­dy­cja­mi, ze swym po­wo­ła­niem, po­tra­fi w tym jed­nym sek­to­rze – hi­po­te­zo­twór­czym – wy­kra­czać po­za brzeg za­dań do­tych­cza­so­wych pi­sar­stwa.

I da­lej de­kla­ru­je Lem AD 1970:

Ob­szar dzia­łań na­uki i tech­ni­ki, ob­szar dzia­łań so­cjal­nych czło­wie­ka, ob­szar je­go po­czy­nań kul­tu­ro­wych – sta­no­wią po­sprzę­ga­ne ze so­bą agre­ga­ty, two­rzą­ce ca­łość ta­ką, że ona prze­ja­wia raz skłon­no­ści do za­my­ka­nia się w so­bie, sta­tecz­ne­go nie­ru­cho­mie­nia, a raz do otwie­ra­nia eks­pan­syw­ne­go. Na­uka ba­da świat, któ­re­go wszyst­kich ja­ko­ści nie roz­po­zna­ła do­tąd. Ja­ko nie­zna­ne jej – tym sa­mym nie mo­gą być i prze­po­wie­dzia­ne pew­nie. Lecz moż­na za­ło­żyć ta­kie nie­zna­ne ja­ko­ści świa­ta i za­sta­no­wić się nad tym, ja­kie skut­ki mia­ło­by ich wy­kry­cie.

Jest to więc pro­gram li­te­rac­kie­go opra­co­wy­wa­nia hi­po­tez na­uko­wych, przy czym hi­po­tez nie­raz tak da­le­ko idą­cych, i opra­co­wa­nia tak roz­pę­dzo­ne­go wszerz i w głąb, że zmu­szo­ne­go re­ali­zo­wać uprze­dza­ją­co tak­że ro­bo­ty wy­ko­ny­wa­ne w zwy­kłym to­ku od­kryć i prze­my­śleń przez ca­łe rze­sze fi­lo­zo­fów i ści­słow­ców-teo­re­ty­ków. Trud­no się oprzeć wra­że­niu, że mię­dzy kry­te­ria opi­so­we wkra­da się tu kry­te­rium war­to­ściu­ją­ce: kto mia­no­wi­cie mógł­by po­do­łać te­mu wy­zwa­niu – na pew­no nie każ­dy prze­cież, kto ma kom­pe­ten­cje i umie­jęt­no­ści, by pi­sać „po pro­stu SF”.

A że na­uka po­stę­pu­je na­przód nie­za­leż­nie od li­te­ra­tu­ry, hi­po­te­zy be­le­try­zo­wa­ne przez Le­ma dzi­siaj nie by­ły­by hi­po­te­za­mi zbe­le­try­zo­wa­ny­mi przez Le­ma pół wie­ku te­mu.

Na pew­no jed­nak da się wska­zać okre­ślo­ne skrzy­wie­nia, pre­dy­lek­cje i uprze­dze­nia w do­bo­rze i spo­so­bie na­świe­tla­nia tych hi­po­tez.

Ta­ka scien­ce fic­tion ála Lem po­win­na więc przy­wią­zy­wać du­żą wa­gę do bio­lo­gicz­nych, ewo­lu­cyj­nych in­ter­pre­ta­cji teo­rii, na­wet w dzie­dzi­nach od bio­lo­gii z po­zo­ru naj­dal­szych; do gry przy­pad­ków i po­my­łek, ka­ta­strof. Uzna­jąc ro­zum za je­dy­ny kie­run­kow­skaz, nie ma za­ra­zem peł­ne­go za­ufa­nia do ro­zu­mu czło­wie­ka; a już czar­nym pe­sy­mi­zmem zio­nie w niej z li­te­rac­kich przed­sta­wień etycz­nych i epi­ste­micz­nych ogra­ni­czeń (wręcz ka­lectw) Ho­mo sa­piens. Skła­do­wa emo­cjo­nal­na tej pro­zy jest tak wą­tła, że chwi­la­mi cał­ko­wi­cie prze­sła­nia­na przez skła­do­wą in­te­lek­tu­al­ną. W szcze­gól­no­ści nie ist­nie­je tu sfe­ra emo­cji zwią­za­nych z sek­su­al­no­ścią czło­wie­ka. Z upodo­ba­niem ucie­ka się au­tor do ana­liz roz­ma­itych sy­tu­acji – od re­la­cji mię­dzy­ludz­kich, do po­li­ty­ki pań­stwo­wej i ko­smicz­nej – za po­mo­cą teo­rii gier, zim­nych mo­de­li ma­te­ma­tycz­nych.

Nie­trud­no spo­strzec, że spo­ro z tych cech wy­stę­pu­je we współ­cze­snych od­mia­nach za­chod­niej hard SF pi­sa­nej przez na­ukow­ców. (Je­no dla pla­stycz­no­ści, wy­na­laz­czo­ści i wszech­stron­no­ści ję­zy­ko­wej Le­ma próż­no szu­kać tu od­po­wied­ni­ka). A jest ta SF sa­ma w so­bie już na ty­le ni­szo­wą, że naj­czę­ściej w ogó­le w Pol­sce się jej nie wy­da­je, po­zo­sta­je więc nie­obec­na w świa­do­mo­ści ma­so­wej.

Nie­mniej za bar­dzo po­zy­tyw­ny sy­gnał mam po­nad­pro­por­cjo­nal­ną (w sto­sun­ku do wiel­ko­ści tej ni­szy) po­pu­lar­ność u nas Pe­te­ra Wat­t­sa. I o ile nad­uży­ciem by­ło­by stwier­dze­nie, że „Lem dzi­siaj mło­dy pi­sał­by jak Watts i Egan”, o ty­le z pew­no­ścią bli­żej był­by im niż fan­ta­sty­ce re­tro. W tym sen­sie naj­bar­dziej na­tu­ral­ną kon­ty­nu­acją twór­czo­ści „śred­nie­go Le­ma” jest naj­da­lej wy­su­nię­ta w przód, ry­go­ry­stycz­na,stric­tega­tun­ko­wa SF XXI wie­ku.

A z dru­giej stro­ny pa­trząc: Lem ni­g­dy nie był i nie jest obec­nie na Za­cho­dzie (na świe­cie) gwiaz­dą fan­ta­sty­ki-pop, na ska­lę Isa­aca Asi­mo­va czy Fran­ka Her­ber­ta – lecz nie zo­stał też za­po­mnia­ny. Po fa­lach prze­kła­dów w la­tach 70. i 80. (a po­szcze­gól­ne ję­zy­ki od­kry­wa­ły Le­ma osob­no, nie za­ist­nia­ła ni­g­dy ogól­no­świa­to­wa mo­da na Le­ma) je­go po­pu­lar­ność utrzy­mu­je się na po­zio­mie sto­sun­ko­wo ni­skim, bo cha­rak­te­ry­stycz­nym wła­śnie dla współ­cze­snych au­to­rów hard­ko­ro­wej scien­ce fic­tion. Co ja­kiś czas tra­fiam na ostat­nich stro­nach pe­rio­dy­ków na­uko­wych (i na ser­wi­sach, blo­gach ba­da­czy i aka­de­mi­ków) na po­le­can­ki dok­to­rów ści­słow­ców z no­wych po­ko­leń, któ­rzy wła­śnie, za­chwy­ce­ni, od­kry­liCy­be­ria­dęczyGłos Pa­na. Hol­ly­wo­od nie krę­ci też na pod­sta­wie Le­ma se­ryj­nych block­bu­ste­rów wie­lu­set­mi­lio­no­wych, nie­mniej co de­ka­dę–dwie po­ja­wia się am­bit­na ekra­ni­za­cja, jak te­razKon­gre­su fu­tu­ro­lo­gicz­ne­gow re­ży­se­rii Arie­go Fol­ma­na.

I w su­mie nie jest to naj­gor­sze miej­sce, ja­kie mo­gła za­jąć w świa­to­wej kul­tu­rze twór­czość Sta­ni­sła­wa Le­ma.

Oby jesz­cze w je­go oj­czyź­nie po­zo­sta­wa­ła ona ży­wa przy­naj­mniej w ta­kim sa­mym stop­niu.

Ja­cek Du­kaj

Krzysz­tof Pi­skor­skiTrzy­na­ście in­ter­wa­łów Ior­ri

In­ter­wał 3f30fb/01

Dwa bez­za­ło­go­we my­śliw­ce, któ­re Imu­ri­sha­ma wy­plu­ła przed wej­ściem w ob­łok Oor­ta, wzno­szą się łu­kiem nad Księ­ży­cem, ry­su­jąc na czar­nym nie­bie dwie ja­sne smu­gi. Przed ni­mi otwie­ra się wi­dok na Zie­mię – ku­lę spa­lo­nej ska­ły.

Dro­ny od­bez­pie­cza­ją broń. Jed­ną sal­wą mo­gły­by zmie­nić pla­ne­tę w zu­pę kwar­ków i lep­to­nów, któ­rą wy­chłep­ta­ły­by ko­lek­to­ry Imu­ri­sha­my, aby od­zy­skać część ener­gii stra­co­nej na ich pro­duk­cję. Nie po­ja­wia się jed­nak żad­ne z za­gro­żeń sy­mu­lo­wa­nych przez rdzeń stra­te­gicz­ny Kon­glo­me­ra­tu. Nie wi­dać wro­gie­go ży­cia, ani jed­na cy­wi­li­za­cja nie pró­bu­je wy­cią­gnąć stąd resz­tek cięż­kich pier­wiast­ków. Jest tyl­ko sa­mot­ny, mar­twy ka­mień za­wie­szo­ny w pu­st­ce.

War­de­na ogar­nia po­nu­ra sa­tys­fak­cja. Gło­so­wał, aby nie mar­no­wać ener­gii na dro­ny. Wie­dział, że nic tu nie znaj­dą, ostat­nie cy­wi­li­za­cje z gó­ry krzy­wej Kar­da­sze­wa daw­no opu­ści­ły to ra­mię Dro­gi Mlecz­nej. Te z do­łu, mar­ne ty­py 1 i 2, zgi­nę­ły w eks­plo­zjach su­per­no­wych al­bo za­gło­dzi­ły się na śmierć, bo ich tech­no­lo­gia nie zdo­ła­ła po­kryć nie­do­bo­rów ener­gii.

Ener­gia. Na­wet Kon­glo­me­ra­to­wi ostat­nio jej bra­ku­je. Środ­ki bez­pie­czeń­stwa, jak te dwa my­śliw­ce, to luk­sus, na któ­ry nie mo­gą już so­bie po­zwo­lić. Tyl­ko rdzeń stra­te­gicz­ny te­go nie ro­zu­mie. Ten pa­ra­no­ik kuł try­lio­ny swo­ich sztucz­nych sy­naps w ogniu Wo­jen En­tro­picz­nych. Na­dal nie po­jął, że w cza­sach Wiel­kiej Zi­my każ­de star­cie, każ­da wal­ka tyl­ko przy­spie­sza śmierć ter­micz­ną obu stron. Na­wet my­śle­nie o kon­flik­cie, snu­cie wo­jen­nych pla­nów jest stra­tą – in­te­li­gen­cje, któ­re zdo­ła­ły prze­trwać, do­brze to wie­dzą. Ener­gii bra­ku­je prze­cież wszyst­kim po rów­no, ko­lek­to­ry Kon­glo­me­ra­tu – na­sta­wio­ne na kil­ka bla­dych punk­tów roz­sia­nych po bez­kre­snej czer­ni – z tru­dem po­zwa­la­ją utrzy­mać kry­tycz­ne sys­te­my. A ży­cio­daj­ne pul­sy Ior­ri są co­raz rzad­sze, słab­sze.

War­den się mar­twi. My­śli, że po­wi­nien moc­niej opo­no­wać prze­ciw pro­duk­cji my­śliw­ców. Oczy­wi­ście Imu­ri­sha­ma w koń­cu wchło­nie dro­ny, roz­ło­ży je na po­je­dyn­cze ato­my, ale co z te­go, bi­lans i tak bę­dzie ujem­ny. Nie­ste­ty, je­go zda­nie ni­ko­go nie ob­cho­dzi. Kon­glo­me­rat mu nie ufa. Nikt te­go nie po­wie, ale bo­ją się, że ma emo­cjo­nal­ny sto­su­nek, że nie jest bez­stron­ny. War­den jest prze­cież w jed­nej ty­sięcz­nej czło­wie­kiem.

Tym­cza­sem dro­ny ota­cza­ją dwu­krot­nie Zie­mię, ro­biąc płyt­ki skan. Rdzeń stra­te­gicz­ny da­je zie­lo­ne świa­tło. Na ten znak chma­ra ko­smicz­nych much prze­kra­cza or­bi­tę Plu­to­na i ru­sza po­wo­li w stro­nę spę­ka­ne­go tru­pa pla­ne­ty.

Jest zim­no i ciem­no. To ostat­nie chwi­le sku­te­go ter­micz­ną śmier­cią wszech­świa­ta.

In­ter­wał 3f30fb/02

War­den prze­cho­dzi stru­mie­niem neu­trin z Imu­ri­sha­my na rdze­nie wła­snej flo­ty. Trans­kryp­cja z kry­sta­licz­no-mul­ti­spi­no­wych ob­wo­dów fre­ga­ty na fo­to­no­wo-krze­mo­we ukła­dy Deu­ro­na nie idzie gład­ko, gu­bią się ja­kieś pa­kie­ty. War­den mu­si cze­kać w Czyść­cu, aż Imu­ri­sha­ma wzno­wi trans­mi­sję; aż po­ła­ta­ją z Deu­ro­nem dziu­ry w je­go świa­do­mo­ści.

Nie­na­wi­dzi Czyść­ca. To nie­ist­nie­nie, ale jak­by świa­do­me; pół­sen ro­zu­mu. Boi się, że tak wy­glą­da śmierć.

Tym ra­zem cze­ka dłu­żej niż zwy­kle, wi­dać bra­ki są więk­sze al­bo ma­szy­ny nie mo­gą się do­ga­dać. Awa­ria in­ter­pre­ta­to­rów? Ni­ski stan za­si­la­nia sta­cji de­kryp­cyj­nych Deu­ro­na? Imu­ri­sha­ma jest dla nich trud­na, to twór nie­ist­nie­ją­cej tech­no­lo­gii, jak wie­le wo­jen­nych okrę­tów. Na­ro­dzi­ła się z pro­ste­go py­ta­nia: jak za­sko­czyć prze­ciw­ni­ka w erze głę­bo­kich ska­nów, han­dlu in­for­ma­cją na pe­ta­qu­bi­ty, kie­dy wszy­scy wszyst­ko o wszyst­kich wie­dzą? To nie­ła­twe, ale jest spo­sób. Sta­wiasz kla­ster kwan­to­wych rdze­ni z ak­ce­le­ra­cją cza­so­wą, ta­ki nie­du­ży, wiel­ko­ści pla­ne­ty, a po­tem pusz­czasz w nim sy­mu­la­cję świa­ta, wiel­ką grę w ży­cie, któ­ra prze­cho­dzi kil­ka­na­ście ra­zy od po­cząt­ko­wej oso­bli­wo­ści do zim­ne­go koń­ca – i mno­ży, roz­wi­ja cy­wi­li­za­cje praw­do­po­dob­ne, ale nie za­ist­nia­łe. By­ty nie­ko­niecz­ne. A każ­da cy­wi­li­za­cja to mi­lio­ny nie­za­leż­nych AI, któ­re ży­ją, pra­cu­ją, umie­ra­ją. Two­rzą dzie­ła sztu­ki oraz na­uko­we prze­ło­my.

Ro­bisz bu­rzę w szklan­ce wo­dy, ga­lak­tycz­ne woj­ny w akwa­rium. Po­tem wy­cią­gasz z te­go, co się da – mo­de­le eko­no­mii, ide­olo­gie, ale i tech­ni­kę mi­li­tar­ną, szcze­gól­nie je­śli jest eg­zo­tycz­na, trud­no zro­zu­mia­ła.

Ty­le że – mie­sza­jąc tech­no­lo­gie zro­dzo­ne z sy­mu­la­cji z tech­no­lo­gia­mi kil­ku­dzie­się­ciu re­al­nych in­te­li­gen­cji – otrzy­mu­jesz in­for­ma­tycz­ny kosz­mar. Kon­glo­me­rat: sieć po­zszy­wa­ną ze spo­łe­czeństw o tak róż­nej fi­lo­zo­fii oraz na­uce, że kil­ka mo­nu­men­tal­nych my­ślow­ców, któ­re sta­no­wią głów­ny bank je­go mo­cy ob­li­cze­nio­wej, prze­zna­czo­nych jest tyl­ko na ko­or­dy­no­wa­nie ze so­bą róż­nych sys­te­mów. A na­wet im nie za­wsze się uda­je. Po­za sieć mu­sie­li wy­łą­czyć eg­zo­ty­ki, ta­kie jak oso­bli­wość Ma­lo­riań­ska, któ­rej pro­ce­sy, bie­gną­ce w ak­ce­le­ro­wa­nych cza­so­wo pod­wy­mia­rach, by­ły nie do uchwy­ce­nia na­wet dla Kon­glo­me­ra­tu. Al­bo Drak­kah­nie – ich sieć oka­za­ła się ży­wą re­li­gią, mi­stycz­nym ra­jem, któ­ry po­tra­fi­li zro­zu­mieć tyl­ko in­ni przed­sta­wi­cie­le ich ra­sy.

Koń­ca Czyść­ca nie wi­dać, a tym­cza­sem my­śli War­de­na na­gle spo­wal­nia­ją. To ni­skie za­si­la­nie.

Nad­cho­dzi...

In­ter­wał 3f30fb/03

Czy­ściec w koń­cu go wy­plu­wa, wy­czer­pa­ne­go i wy­mię­te­go. Od­kąd zbli­ży­li się do ukła­du, Kon­glo­me­rat trzy­mał War­de­na w po­go­to­wiu na wy­pa­dek kon­tak­tu. Na­ra­dy, sy­mu­la­cje, ćwi­cze­nia. War­den chęt­nie by od­po­czął, osu­nął się w qu­bi­to­wy puch wir­tu­alu, ale nie wol­no mu. Jest przy­ku­ty do rze­czy­wi­sto­ści se­rią moc­nych uwa­run­ko­wań, praw­dzi­wy nie­wol­nik ma­te­rii. Po­cho­dzi z ka­sty re­alian, jak kil­ka­set in­nych świa­do­mo­ści Deu­ro­na. To za­szczyt, bo służ­bę pro­po­nu­je się tyl­ko naj­lep­szym – jest je­dy­ną pra­cą, w sta­rym sen­sie te­go sło­wa, ja­ka zo­sta­ła. Ale cza­sem War­den ma dość, na­wet je­śli umysł na­pcha mo­ty­wu­ją­cy­mi uwa­run­ko­wa­nia­mi, na­wet je­śli szpry­cu­je się jak sza­lo­ny pry­mi­tyw­nym pro­to-pa­trio­ty­zmem, sa­do­ma­so­chi­stycz­ną przy­jem­no­ścią z po­świę­ce­nia.

War­den jest zmę­czo­ny. Na po­zio­mie rze­czy­wi­sto­ści –3, w przy­jem­nej low-te­cho­wej sy­mu­la­cji Deu­roń­skiej pla­ne­ty, ma praw­dzi­wą ro­dzi­nę. Kie­dy ich od­wie­dza, po­pusz­cza tro­chę uwa­run­ko­wa­nia. Lu­bi czuć, jak wo­la ba­lan­su­je na kra­wę­dzi: z jed­nej stro­ny tę­sk­no­ta ta­ka, że chce się pła­kać, z dru­giej – obo­wią­zek, po­świę­ce­nie, bo prze­trwa­nie ro­dzi­ny za­le­ży od te­go, co bę­dzie ro­bił na po­zio­mie 0. Kil­ka ra­zy był o krok od de­cy­zji, aby rzu­cić wszyst­ko i żyć w spo­ko­ju trzy war­stwy rze­czy­wi­sto­ści po­ni­żej zim­ne­go świa­ta. Za każ­dym ra­zem zwal­czył po­ku­sę. War­den wie, że pu­łap­ka wsob­ne­go cho­wu za­gnież­dżo­nych uni­wer­sów to dru­gi po roz­sz­cze­pie­niu ato­mu test mło­dych cy­wi­li­za­cji. I że rów­nie nie­wie­le go zda­je, za­my­ka­jąc się w nie­rze­czy­wi­sto­ściach.

Nie da­dzą mu od­po­cząć.

Le­d­wo zrzu­cił z sie­bie chłód Czyść­ca, a już ścią­ga­ją go na we­wnętrz­ną ra­dę Deu­ro­na. To głu­po­ta, re­likt daw­nych cza­sów, ale War­den sta­ra się być wy­ro­zu­mia­ły. Więk­szość za­ło­gi to mło­de in­te­li­gen­cje z Orio­na, w któ­rych do­pie­ro za­tar­ły się po­dzia­ły ras, nie­któ­re jesz­cze przed tech­no­lo­gicz­ną oso­bli­wo­ścią, tym ko­smicz­nym żłob­kiem. Są po­dejrz­li­wi. Nie ro­zu­mie­ją do koń­ca, po co tu przy­by­li ani co się sta­nie po­tem. Nie ufa­ją Kon­glo­me­ra­to­wi.

Dys­ku­sja to­czy się na za­mknię­tych ka­na­łach, za za­po­rą, po­chła­nia­ją­cą trans­mi­sje we wszyst­kich pa­smach. War­den sta­je po stro­nie Kon­glo­me­ra­tu, ale nie dla­te­go, że czu­je się z nim zwią­za­ny bar­dziej niż z wła­sną flo­tą. Po pro­stu zna go do­brze. W daw­nych cza­sach moż­na by na­zwać War­de­na am­ba­sa­do­rem.

Za­sy­pu­ją go py­ta­nia­mi, na któ­re le­d­wo na­dą­ża od­po­wia­dać.

Nie, Ko­dra nie prok­su­je al­go­ryt­mów na­sze­go –2. To sklo­no­wa­ny stru­mień de­bu­gu­ją­cy, pró­bu­je­my na­pra­wić część sys­te­mów, Ko­dra­nie po­ma­ga­ją w ana­li­zie.

Osiem eg­za­flo­pów. Od­da­my w ra­tach, kie­dy sys­te­my bę­dą spraw­ne.

Nie­praw­da. „T” do za­mro­że­nia wy­no­si sie­dem­set osiem­dzie­siąt stan­dar­do­wych lat, mam ak­tu­ali­za­cje z głów­ne­go rdze­nia Kon­glo­me­ra­tu. Na­sze al­go­ryt­my są nie­peł­ne. Kto za­rzą­dził te ba­da­nia?

Tak, in­ter­wa­ły wy­dłu­ża­ją się, ale dla­te­go że uzysk z ko­lek­to­rów spa­da pro­por­cjo­nal­nie do od­le­gło­ści od Io­rii.

Nie ma nie­bez­pie­czeń­stwa. AI roz­dziel­ni Kon­glo­me­ra­tu ma kwan­to­we su­my kon­tro­l­ne, nikt nie mo­że prze­pro­gra­mo­wać jej bez na­szej wie­dzy.

Nie wia­do­mo, co tu znaj­dzie­my. Dla­te­go wła­śnie przy­by­li­śmy.

Deu­ron bę­dzie w dru­giej li­nii, pra­ce na pla­ne­cie za­cznie ziar­no Par-ti oraz ni­sko­praw­do­po­dob­ne po­ten­cjal­no­ści Sznu­row­ców.

Też mam ta­ką na­dzie­ję.

Nie, w lo­gu pu­blicz­nym.

Tak.

Nie.

Po na­ra­dzie War­den lo­ku­je się na most­ku. Na stru­mie­niu z ze­wnętrz­nych sen­so­rów wi­dzi rój Kon­glo­me­ra­tu na tle Jo­wi­sza – nie­du­żej pla­ne­ty, któ­rej po­wło­ki ga­zo­we daw­no wy­ssał czer­wo­ny ka­rzeł. Pla­ne­tę ota­cza ha­lo ko­smicz­ne­go gru­zu. War­den wie, że kie­dyś by­ły to pięk­ne pier­ście­nie, nim ro­ze­rwa­ła je gra­wi­ta­cja gi­ną­ce­go Słoń­ca. Pod­krę­ca pod­czer­wo­ne pa­sma, a chmu­ry ga­zu i lo­du roz­bły­sku­ją, na ich tle skrzą się mi­lio­ny ka­dłu­bów.

Cza­sem do­brze być pro­stą in­te­li­gen­cją. Dla więk­szo­ści czę­ści skła­do­wych Kon­glo­me­ra­tu to je­dy­nie ruch obiek­tów w prze­strze­ni, ale War­den wie, że ba­let ty­ta­nów wśród pla­ne­tar­ne­go gru­zu jest pięk­ny. Prze­su­wa się przed nim bo­gac­two kil­ku ga­lak­tyk, pod­świe­tlo­ne krót­kim pul­sem IR. Stat­ki, sta­cje bo­jo­we, ru­cho­me świa­ty – me­cha­nicz­ne, bio­lo­gicz­ne i ta­kie, któ­rych nie po­tra­fi opi­sać. A da­le­ko w ty­le, oto­czo­ne przez okrę­ty cy­wi­li­za­cji pro­ba­bi­li­stycz­nych, su­ną bi­ją­ce ser­ca Kon­glo­me­ra­tu, ko­lek­to­ry. Naj­więk­szy, umo­co­wa­ny dwo­ma ho­la­mi do pa­ry stat­ko­świa­tów Ta­rian, zwró­cił cza­szę w stro­nę cen­trum od­le­głej ga­lak­ty­ki, gdzie w prze­strze­ni rwa­nej nie­wia­ry­god­ny­mi si­ła­mi wi­szą gę­ste gro­na czar­nych dziur. Tam zo­sta­wi­li Io­rii, naj­więk­szy sztucz­ny obiekt w hi­sto­rii zna­ne­go świa­ta, ła­macz oso­bli­wo­ści wiel­ki na kil­ka ukła­dów. Ior­ri wy­wi­ja na dru­gą stro­nę stud­nie cza­so­prze­strzen­ne, two­rząc roz­bły­ski gam­ma i eks­plo­zje, przy któ­rych su­per­no­we to ko­smicz­ne bły­skot­ki. Kie­dy zbie­rze do­sta­tecz­nie wie­le ener­gii, śle ją stru­mie­nia­mi ta­chio­nów wprost do ko­lek­to­rów Kon­glo­me­ra­tu.

Ży­ją w rytm Ior­ri. To ona da­je im cen­ne chwi­le wy­so­kie­go za­si­la­nia, mo­men­ty szyb­kich my­śli oraz dzia­łań. Kie­dy stru­mień się koń­czy, nad­cho­dzi czas zim­na, po­wol­no­ści. Za­czy­na się in­ter­wał.

Ior­ri to jed­no­cze­śnie ostat­nia kar­ta w ich rę­ka­wie. Gdy do­trą po­za sy­mu­lo­wa­ny ho­ry­zont zda­rzeń, to ona wznie­ci iskrę re­ory­gi­na­cji, spo­pie­la­jąc sie­bie i ochot­ni­ków, któ­rzy ją chro­nią. Je­śli wszyst­ko pój­dzie zgod­nie z pla­nem, Ior­ri od­wró­ci wek­tor en­tro­pii, roz­pocz­nie no­wą epo­kę, no­wy świat.

Ale to do­pie­ro za mi­lio­ny in­ter­wa­łów, War­den na­wet nie wie, czy bę­dzie ist­niał tak dłu­go.

Te­raz spo­glą­da da­lej, po­za or­bi­tę Nep­tu­na, gdzie na gra­ni­cy sen­so­rów krót­kie­go za­się­gu znaj­du­ją się stat­ki Kon­glo­me­ra­tu, któ­re nie we­szły w pas Ku­ipe­ra, bo za­kłó­ci­ły­by kru­chą rów­no­wa­gę or­bit, wpra­wi­ły w ruch po­la aste­ro­id. To kil­ka ru­cho­mych świa­tów, je­den me­ga­my­ślo­wiec, jed­na mon­stru­al­na sta­cja bo­jo­wa, za­mknię­ta jak sfe­ra Dy­so­na wo­kół czar­nej dziu­ry, uro­dzo­na z ja­kiejś dziw­nej pro­ba­bi­li­sty­ki (do dzi­siaj nie wie­dzą, jak jej użyć). A za ni­mi, jesz­cze da­lej, da­le­ko od głów­nej gru­py, le­ci czar­ne an­ty­słoń­ce, ku­la mro­ku gęst­sze­go niż ciem­ność próż­ni.

War­den czu­je na jej wi­dok nie­po­kój, pro­ce­sy lo­gicz­ne, któ­re od daw­na pro­ro­ko­wa­ły mu ka­ta­stro­fę, znów krzy­czą je­den przez dru­gie­go.

Ku­la to dom jed­nej z naj­młod­szych cy­wi­li­za­cji Kon­glo­me­ra­tu. Ori­gia­nie są ostat­nim owo­cem uschnię­te­go drze­wa. Uro­dzi­li się jak­by z przy­pad­ku tam, gdzie nie­gdyś by­ła mgła­wi­ca Orio­na. Gdy wszyst­kie gwiaz­dy mgła­wi­cy zga­sły, kil­ka su­per­no­wych ostat­nim po­dmu­chem wpra­wi­ło w ruch po­la ko­smicz­ne­go ga­zu, tak rzad­kie­go, że na metr sze­ścien­ny przy­pa­da­ło je­dy­nie kil­ka­set ty­się­cy ato­mów. Po­wsta­ło słoń­ce, po­gro­bo­wiec ko­smicz­nej ma­ci­cy, któ­ra nie­gdyś ro­dzi­ła mi­lio­ny świa­tów. Wo­kół słoń­ca, z resz­tek, po­wsta­ły pla­ne­ty. Jed­na z nich przy­pad­kiem le­ża­ła w zło­tym ko­ry­ta­rzu – ani za da­le­ko, ani za bli­sko gwiaz­dy. Na tej pla­ne­cie przy­pad­kiem po­wsta­ło ży­cie, Ori­ga­nie. Mie­li od ko­go się uczyć, w tym cza­sie Orion był już wiel­kim cmen­ta­rzy­skiem, ty­sią­ce wy­mar­łych ras nie pro­te­sto­wa­ło, gdy kra­dli se­kre­ty ich tech­no­lo­gii.

War­den za­wsze my­ślał o nich jak o ro­ba­kach, któ­re po­ja­wi­ły się na ścier­wie.

W jed­nym by­li przy­dat­ni: od sa­me­go po­cząt­ku zma­ga­li się z kry­zy­sem ener­gii, ich słoń­ce by­ło ma­łe, chłod­ne. Wie­dzie­li, że in­ne słoń­ca umar­ły. Sa­mo­wy­star­czal­ność sta­ła się dla nich re­li­gią, za­czę­li od in­te­li­gent­nej na­noch­mu­ry, któ­rą co­raz bar­dziej od­se­pa­ro­wy­wa­li za po­mo­cą al­ter­na­tyw­nych fi­zyk. Ich da­le­kie pa­tro­le ścią­ga­ły ar­te­fak­ty wszyst­kich moż­li­wych ras. Ori­gia­nie zaś, za­miast po­świę­cać czas na two­rze­nie wła­snej tech­no­lo­gii, roz­wi­ja­li na­ukę o na­ukach, ro­bi­li wek­to­ry roz­wo­jów, ana­li­zo­wa­li po­ten­cjal­ne ścież­ki tech­no­lo­gicz­ne swo­je­go ga­tun­ku. Dzię­ki te­mu w kil­ka­set ty­się­cy lat prze­sko­czy­li przed­wiecz­ne in­te­li­gen­cje z po­cząt­ków ga­lak­tyk. I zna­leź­li w koń­cu re­cep­tę na prze­trwa­nie – ich skom­pli­ko­wa­ne na­uki cza­so­prze­strzen­ne, na dro­dze nie­zro­zu­mia­łe­go pro­ce­su za­wi­ja­nia wy­mia­rów w ujem­ne płasz­czy­zny, po­zwa­la­ły od­zy­ski­wać ener­gię uwię­zio­ną w struk­tu­rze wszech­świa­ta. W ten spo­sób Ori­gia­nie z cy­wi­li­za­cji jed­no­ukła­do­wej prze­sko­czy­li su­sem Kar­da­sze­wa 3, 4 i 5. Ulo­ko­wa­li się na ostat­niej po­zy­cji ska­li, za­re­zer­wo­wa­nej dla istot pół­bo­skich. Za­miast grać we­dług za­sad na­rzu­co­nych przez wszech­świat, ma­ni­pu­lo­wa­li je­go tkan­ką.

Był je­den pro­blem, ener­gię za­gięć mo­gli zbie­rać tyl­ko po ich we­wnętrz­nej stro­nie, dla­te­go cy­wi­li­za­cja mu­sia­ła prze­no­sić się w ko­lej­ne, za­gnież­dżo­ne w so­bie pod­wy­mia­ry. Kom­plet­nie sa­mo­wy­star­czal­ni, od­cię­li się od wek­to­ra en­tro­pii, od­mie­rza­ją­ce­go se­kun­dy do śmier­ci wszech­świa­ta, ale jed­no­cze­śnie bez­pow­rot­nie od­cię­li się od ca­łej resz­ty.

Nikt nie wie, cze­mu przy­łą­czy­li się do Kon­glo­me­ra­tu. Nie spo­sób ich spy­tać – za gra­ni­cą ku­li za­czy­na się cza­so­prze­strzen­na oso­bli­wość tak po­skrę­ca­na, że jej mo­de­lo­wa­nie jest po­nad si­ły Kon­glo­me­ra­tu, nie mó­wiąc o za­pro­jek­to­wa­niu son­dy, któ­ra mo­gła­by prze­bić się na sa­mo dno, do sa­mych Ori­gian. Na­wet wte­dy nie mie­li­by jak od­po­wie­dzieć. Z ku­li nie wy­do­by­wa się na­wet po­je­dyn­cze neu­tri­no.

De­cy­zję o przy­sta­niu do Kon­glo­me­ra­tu pod­jął za nich Rząd­ca, in­te­li­gen­cja uzbro­jo­na w dwa­dzie­ścia an­ty­ma­te­ryj­nych nisz­czy­cie­li, któ­rą Ori­gia­nie po­zo­sta­wi­li na stra­ży ku­li wie­le lat te­mu, nim na do­bre ze­rwa­li kon­takt ze świa­tem. Rząd­ca ni­g­dy nie wy­tłu­ma­czył swo­jej de­cy­zji, kon­sen­sus Kon­glo­me­ra­tu był ta­ki, że AI chce za­pew­nić so­bie prze­trwa­nie. Ale War­den za­wsze po­dej­rze­wał, że mo­gło cho­dzić o wię­cej. Je­go pro­ce­sy ana­li­tycz­ne po­da­wa­ły dwie praw­do­po­dob­ne opcje. Pierw­sza: Ori­gia­nie do­tar­li do gra­ni­cy swo­ich moż­li­wo­ści, do ja­kie­goś nie­prze­wi­dzia­ne­go w ich al­ter­na­tyw­nej fi­zy­ce ogra­nicz­ni­ka, wię­cej nie mo­gą zwi­jać al­bo w oba­wie przed ka­ta­stro­fą, al­bo z po­wo­du nie­wy­obra­żal­nych kosz­tów ener­ge­tycz­nych. Dru­ga: Ori­gia­nie zgi­nę­li na sku­tek ta­jem­ni­czej ka­ta­stro­fy, a Rząd­ca ro­zu­mie, że jest zda­ny tyl­ko na sie­bie.

Każ­da z tych opcji jest zła i ozna­cza, że Kon­glo­me­rat cią­gnie za so­bą ty­ka­ją­cą bom­bę.

War­den od­wra­ca wzrok od ku­li. Wo­li sku­pić uwa­gę na środ­ku ukła­du, gdzie awan­gar­da flo­ty za­czy­na ota­czać Zie­mię cia­snym pier­ście­niem. Resz­ta pla­net z za­zdro­ścią pa­trzy na śred­nią sio­strę, któ­rej grób od­wie­dzi­li go­ście.

W tych re­jo­nach ga­lak­ty­ki ży­cie nie po­ja­wi­ło się od ty­się­cy lat, nie­me ka­mie­nie już tyl­ko z przy­zwy­cza­je­nia ko­łu­ją ja­ło­wo wo­kół mar­twych słońc.

Jest zim­no i ciem­no.

In­ter­wał 3f30fb/04

Pierw­szy skan nic nie wy­ka­zu­je. Ot, ru­iny, mo­rze ru­in, war­stwa na war­stwie. Ma­ją pod so­bą śla­dy przy­naj­mniej kil­ku ga­tun­ków, któ­re przy­cho­dzi­ły i od­cho­dzi­ły w cy­klicz­nych fa­lach, kul­mi­nu­jąc al­bo znisz­cze­niem sie­bie, al­bo ta­kim wy­nisz­cze­niem pla­ne­ty, że mu­sia­ły ją opu­ścić.

Cie­ka­wost­ka: je­den ga­tu­nek po­ja­wił się po apo­ka­lip­sie, któ­rą zgo­to­wa­ła Zie­mi umie­ra­ją­ca gwiaz­da. To ni­sko­ener­ge­tycz­na for­ma ży­cia opar­ta na biał­ku, siar­ce i amo­nia­ku. Po­rost ze zbio­ro­wą in­te­li­gen­cją. Nie­ste­ty, nie miał szans wyjść po­za at­mos­fe­rę, wy­ja­ło­wił wierzch­nie war­stwy upra­żo­nej pla­ne­ty, a po­tem wy­marł. War­den za­pi­su­je so­bie da­ne o nim w pry­wat­nej pa­mię­ci – in­spi­ru­ją­cy przy­kład do­sto­so­wa­nia do skraj­nych wa­run­ków.

Dru­gi skan się­ga głę­biej, we­wnątrz glo­bu, po­za sieć sztucz­nych ja­skiń oraz pu­stych, pod­ziem­nych miast, do płasz­cza i ją­dra, któ­re daw­no stę­ża­ły w ab­so­lut­nym ze­rze. Wi­dać tro­chę złóż me­ta­li, for­ma­cje kry­sta­licz­ne...

Do­pie­ro w szcze­gó­ło­wym po­więk­sze­niu War­den od­kry­wa coś fra­pu­ją­ce­go, kil­ka li­nii, któ­re pro­wa­dzą do środ­ka Zie­mi. To tu­ne­le. Klu­czą, za­krę­ca­ją po nie­re­gu­lar­nych łu­kach, cza­sem zwi­ja­ją się w spi­ra­le. Jed­na ze skła­do­wych AI War­de­na pod­no­si czer­wo­ną fla­gę. Wszyst­kie na­tu­ral­ne two­ry wszech­świa­ta po­wsta­ją i dzie­lą się po li­niach na­prę­żeń: we­wnętrz­nych ci­śnień oraz ze­wnętrz­nych sił. Spę­dziw­szy dłu­gi czas na po­szu­ki­wa­niu resz­tek in­te­li­gent­nych cy­wi­li­za­cji, War­den ma do­bre oko, na­tych­miast od­róż­nia kształ­ty na­tu­ral­ne od nie­na­tu­ral­nych.

I jest pe­wien: tu­ne­le zo­sta­ły wy­ko­pa­ne.

Ra­por­tu­je to na­tych­miast Kon­glo­me­ra­to­wi, ale oni już wie­dzą, ma­ją ana­li­ty­ków z więk­szą mo­cą ob­li­cze­nio­wą, zdą­ży­li na­wet uru­cho­mić sy­mu­la­cję, któ­ra pró­bu­je oce­nić po­ten­cjal­ne zy­ski z od­kry­cia, dzie­lo­ne przez koszt ba­dań.

Mo­de­le, mo­de­le, mo­de­le. Idzie na nie więk­szość wy­dat­ków ener­ge­tycz­nych Kon­glo­me­ra­tu. I trud­no się dzi­wić, do­bra sy­mu­la­cja to son­da wy­sła­na w przy­szłość, je­dy­ny spo­sób, w ja­ki moż­na zgad­nąć da­le­ko­sięż­ne skut­ki wła­snych de­cy­zji. Wie­le cy­wi­li­za­cji gra­ni­cę mię­dzy in­te­li­gen­cją a zwie­rzę­ciem al­bo au­to­ma­tem ko­mór­ko­wym wi­dzi w prze­wi­dy­wa­niu przy­szło­ści. Do­pie­ro kie­dy za­czy­na­my my­śleć, bu­do­wać w gło­wie cią­gi nie­do­ko­na­nych, ale po­ten­cjal­nych zda­rzeń, mo­że po­wstać or­ga­ni­za­cja spo­łecz­na, ję­zyk, po­ję­cia abs­trak­cyj­ne. A u za­awan­so­wa­nych cy­wi­li­za­cji to szcze­gó­ło­wość mo­de­li de­cy­du­je, kto wy­gra woj­nę, a kto nie. Kto zgi­nie w tech­no­lo­gicz­nej ka­ta­stro­fie, a ko­mu uda się jej unik­nąć.

My­ślow­ce Kon­glo­me­ra­tu sta­no­wią du­żo sku­tecz­niej­szą broń niż chma­ra je­go nisz­czy­cie­li.

Po chwi­li są już wy­ni­ki. Z po­rów­na­nia zy­sków i strat wy­cho­dzi bar­dzo du­ży ilo­raz. Praw­dzi­wie nie­wy­tłu­ma­czal­ne oso­bli­wo­ści są rzad­kie, ma­ją wiel­ki po­ten­cjał po­znaw­czy. Kon­glo­me­rat za­rzą­dza szcze­gó­ło­wą eks­per­ty­zę.

Trze­ci skan za­czy­na się wkrót­ce po­tem, a je­go wy­nik wpra­wia ana­li­ty­ków w kon­ster­na­cję. Wszyst­kie rdze­nie mó­wią jed­nym gło­sem: błąd po­mia­ru, nie­moż­li­wość.

Po­wta­rza­ją skan, znów ten sam wy­nik.

Nie­do­wie­rza­nie. Strach.

Na­raz wszyst­kie stat­ki za­czy­na­ją nada­wać do sie­bie. Próż­nia śpie­wa każ­dym pa­smem, od neu­trin do ul­tra­fio­le­tu. War­den wi­dzi, jak wo­kół Kon­glo­me­ra­tu puch­nie wie­lo­barw­na łu­na prze­ra­że­nia.

In­ter­wał 3f30fb/05

Za­pro­sze­nie przy­cho­dzi nie­dłu­go po­tem.

War­den nie­spo­dzie­wa­nie tra­fia do ze­spo­łu, któ­ry ma ana­li­zo­wać zna­le­zi­sko. Da­ją mu kil­ka se­kund, aby przy­swo­ił so­bie szcze­gó­ło­we da­ne z sen­so­rów róż­nych jed­no­stek. Wszyst­kie wska­zu­ją to sa­mo. Wy­pa­lo­ny gro­bo­wiec nie jest mar­twy, jak się spo­dzie­wa­li. Na Zie­mi ist­nie­je ży­cie, a do­kład­niej – jed­na for­ma ży­cia, i to nie na po­wierzch­ni, lecz głę­bo­ko pod nią, w sa­mym ją­drze pla­ne­ty, w po­ro­wa­tej, zim­nej ku­li że­la­za.

For­ma jest ma­ła, a sześć ty­się­cy ki­lo­me­trów ska­ły oraz me­ta­li nie uła­twia ba­da­nia, na ra­zie wi­dać tyl­ko ter­micz­ną krop­kę. Tem­pe­ra­tu­ra obiek­tu – mię­dzy 10 a 50 stop­ni Cel­sju­sza, w oko­li­cach me­dia­ny form ży­cia opar­tych na cie­kłej wo­dzie. Tem­pe­ra­tu­ra oto­cze­nia – kil­ka dzie­sią­tych punk­tu do ze­ra ab­so­lut­ne­go.

Że­by wie­dzieć wię­cej, mu­szą po­słać do ko­ry­ta­rzy son­dy. Imu­ri­sha­ma po­słusz­nie je pro­du­ku­je. Tną ka­mień jak ma­sło. W mię­dzy­cza­sie my­ślow­ce two­rzą wir­tu­al­ne mo­de­le, pró­bu­jąc od­po­wie­dzieć na pod­sta­wo­we py­ta­nie: co mo­że prze­trwać w ta­kich wa­run­kach?

Coś im tam wy­cho­dzi, są po­my­sły eg­zo­tycz­nych, bar­dzo oszczęd­nych mi­ne­ra­ło­fa­gów al­bo bio­lo­gicz­nych istot wy­ko­rzy­stu­ją­cych zja­wi­ska po­dob­ne do ku­li Ori­gian. Ale za­wsze w pew­nym mo­men­cie sy­mu­la­cje się roz­jeż­dża­ją, nie da się wy­ja­śnić sta­nu za­sta­ne­go. Wir­tu­al­ne mi­ne­ra­ło­fa­gi gi­ną z po­wo­du de­fi­cy­tów al­bo prze­ciw­nie – przy od­po­wied­nich sta­łych zże­ra­ją od środ­ka ca­łą pla­ne­tę. Bio­lo­gie wie­lo­wy­mia­ro­we za­pa­da­ją się do cza­so­prze­strzen­nych stud­ni al­bo wy­cho­dzą z ukła­du ja­ko mło­da cy­wi­li­za­cja mię­dzy­gwiezd­na.

Na do­da­tek for­ma ży­cia jest tyl­ko jed­na. I te­go my­ślow­ce w ża­den spo­sób nie po­tra­fią zro­zu­mieć.

Ich wstęp­na opi­nia: ta­kie trwa­nie jest nie­moż­li­we.

A jed­nak – wy­ni­ki ska­nów mó­wią co in­ne­go.

Son­dy tym­cza­sem pra­wie do­tar­ły do ją­dra. Po dro­dze ba­da­ją ścia­ny ko­ry­ta­rzy – wy­żło­bio­ne drob­ny­mi na­rzę­dzia­mi ro­sły bar­dzo po­wo­li, nie wię­cej niż kil­ka me­trów na so­lar­ny rok. Na ścia­nach wie­le resz­tek ma­te­rii or­ga­nicz­nej (w mia­rę przy­pły­wu da­nych ko­lej­ne mo­de­le pa­da­ją; mi­ne­ra­ło­fa­gi, ko­piąc tak po­wo­li, umie­ra­ją z gło­du, biał­kow­ce po­ka­zu­ją gi­gan­tycz­ny de­fi­cyt ener­gii – ta prze­zna­czo­na na ko­pa­nie kil­ka­set ty­się­cy ra­zy prze­wyż­sza tę, któ­rą mo­gły­by otrzy­mać ze wszyst­kich do­stęp­nych tu źró­deł).

Są co­raz bli­żej obiek­tu, już moż­na osza­co­wać je­go roz­mia­ry, wy­jąt­ko­wo nie­wiel­kie (ko­lej­ne sy­mu­la­cje się roz­pa­da­ją, tak ma­łe źró­dło cie­pła wy­tra­ci­ło­by ca­łą ener­gię w kil­ka se­kund, zo­sta­ją już tyl­ko sza­lo­ne, eg­zo­tycz­ne by­ty). Pierw­sza son­da jest kil­ka za­krę­tów od ce­lu. Stu­dzi fo­to­no­we wier­tło, aby nie uszko­dzić obiek­tu po­dmu­chem roz­pa­lo­ne­go po­wie­trza. Ak­ty­wu­je tar­cze ki­ne­tycz­ne i ma­ły ka­ra­bin an­ty­ma­te­ryj­ny. Wi­dząc go, War­den de­ner­wu­je się. Kto roz­ka­zał? Stra­teg? Ja­kim pra­wem in­ge­ru­je w pro­jek­ty Imu­ri­sha­my?

Człon­ko­wie taj­ne­go ko­mi­te­tu w na­pię­ciu śle­dzą ru­chy son­dy. Za­raz na­stą­pi kon­takt i choć mie­li już ta­kich ty­sią­ce, każ­dy był in­ny. Sen­so­ry prze­sy­ła­ją na gó­rę pierw­sze ob­ra­zy – smu­kły kształt, dłu­gie koń­czy­ny (my­ślow­ce są bez­sil­ne, to się nie kom­pi­lu­je, to nie jest ter­mo­osz­częd­na bu­do­wa cia­ła, ze­ro do­sto­so­wa­nia do śro­do­wi­ska, je­den krzy­czy: błąd po­mia­ru, błąd po­mia­ru; dru­gi pro­ro­ku­je za­ła­ma­nie rze­czy­wi­sto­ści; resz­ta mil­czy, cze­ka). War­den czu­je ude­rze­nie dziw­nych, pra­wie za­po­mnia­nych emo­cji, kie­dy for­ma ży­cia za­czy­na się ru­szać, re­agu­jąc na świa­tło son­dy.

Pa­ra zie­lo­nych oczu spo­glą­da pro­sto w sen­so­ry.

In­ter­wał 3f30fb/06

Snu­ją pla­ny.

Eks­trak­cja to naj­mniej­szy pro­blem, obiekt wy­ka­zu­je śla­dy in­te­li­gen­cji, pój­dzie za son­dą, je­śli da­dzą mu znak. Tyl­ko co po­tem? Rdzeń stra­te­gicz­ny su­ge­ru­je, że­by ucie­kać. Ana­li­za isto­ty, któ­ra prze­trwa­ła czer­wo­ne­go kar­ła oraz mi­lio­ny lat ab­so­lut­ne­go ze­ra, ro­dzi bar­dzo stro­my wek­tor po­ten­cjal­nych za­gro­żeń. Teo­ria mó­wi: nie graj w grę, któ­rej za­sad nie znasz. A w tej chwi­li nikt nie po­tra­fi wy­ja­śnić me­ta­bo­li­zmu obiek­tu.

War­den wy­śmie­wa Stra­te­ga. Co praw­da je­go głos w Kon­glo­me­ra­cie nie ma du­żej wa­gi, ale na szczę­ście wie­lu my­śli po­dob­nie. Stra­teg jed­nak da­lej wal­czy, po­da­je swo­je roz­wią­za­nie: spraw­dzać ko­lej­ny­mi ite­ra­cja­mi co­raz sku­tecz­niej­szych bro­ni, czy isto­tę da się uszko­dzić. Za­cząć od pał­ki, skoń­czyć na ani­hi­la­to­rach an­ty­ma­te­ryj­nych. Je­śli wy­ka­że ból lub naj­mniej­szy ślad uszko­dzeń – prze­rwać pró­by, roz­po­cząć ba­da­nia ze świa­do­mo­ścią, że nie zdo­ła nam za­gro­zić. Je­śli nic nie za­dzia­ła, po­rzu­cić ją na tej ska­le, bo wy­raź­nie nie ma moż­li­wo­ści ru­chu mię­dzy­gwiezd­ne­go, sko­ro sie­dzi tu od daw­na. W opi­nii Stra­te­ga Kon­glo­me­rat nie po­wi­nien ry­zy­ko­wać kon­tak­tu z obiek­tem, na któ­re­go po­ten­cjal­ną agre­sję nie bę­dzie mógł sku­tecz­nie od­po­wie­dzieć.

Tak mó­wi teo­ria gier, tak mó­wi lo­gi­ka.

War­den nie zga­dza się, twier­dzi, że agre­syw­ne za­cho­wa­nia mo­gą znie­chę­cić obiekt do kon­tak­tu al­bo spro­wo­ko­wać od­wet. Wie­lu mu przy­ta­ku­je. Przez chwi­lę ście­ra­ją się wir­tu­al­ne mo­de­le, trwa roz­mo­wa na kil­ka­set ty­się­cy gło­sów. War­den po­rów­nu­je sta­ty­sty­ki ostat­nich de­bat, mo­że prze­grać, ze spa­da­ją­cy­mi za­so­ba­mi ener­ge­tycz­ny­mi sko­re­lo­wa­na jest co­raz więk­sza za­cho­waw­czość człon­ków ra­dy. Na wy­kre­sach nie­chęć do nie­bez­piecz­nych de­cy­zji wspi­na się zło­wiesz­czą krzy­wą.

War­den czu­je, że je­go stron­nic­two prze­gra.

Wte­dy od­zy­wa­ją się Pierw­si. Nie ma­ją szcze­gól­nych praw, ale ich zda­nie jest sza­no­wa­ne, są w Kon­glo­me­ra­cie od po­cząt­ku. Przy­po­mi­na­ją wszyst­kim, dla­cze­go Kon­glo­me­rat przy­był do ra­mie­nia tej sta­rej ga­lak­ty­ki.

Mó­wią o wa­dze po­zna­nia. O je­go wpły­wie na szcze­gó­ło­wość przy­szłych mo­de­li. O kar­mie dla głod­nych rdze­ni na­uk teo­re­tycz­nych. Wresz­cie o ra­tun­ku in­for­ma­cji – naj­de­li­kat­niej­szej struk­tu­ry wszech­świa­ta – przed en­tro­pią. I przed re­ory­gi­na­cją, któ­ra skom­pre­su­je ca­łą ma­te­rię tej gro­ma­dy ga­lak­tyk do nie­skoń­cze­nie ma­łej, ujem­nej prze­strze­ni.

Stra­teg nie zo­sta­je na gło­so­wa­nie, wra­ca do swo­ich nisz­czy­cie­li. Wie, że te­raz to for­mal­ność. Człon­ko­wie ra­dy wy­ro­ku­ją: ad­ap­ta­cja. Trze­ba spraw­dzić, czy isto­ta mo­że stać się czę­ścią Kon­glo­me­ra­tu, czy bę­dzie chcia­ła opu­ścić swój mar­twy świat.

Tyl­ko jak na­pi­sać pro­gram ad­ap­ta­cji dla cze­goś zu­peł­nie ob­ce­go? W kil­ka cen­nych se­kund po­wsta­je ze­spół, do­sta­ją moc ob­li­cze­nio­wą, mia­nu­ją War­de­na kon­sul­tan­tem.

Naj­pierw jest zdzi­wio­ny.

Po­tem, już w wir­tu­al­nej prze­strze­ni taj­ne­go la­bo­ra­to­rium, do któ­re­go na­tych­miast się prze­no­si, po­ka­zu­ją mu taj­ne da­ne, ul­tra­wy­so­kiej roz­dziel­czo­ści ska­ny isto­ty. Ma dwie rę­ce, dwie no­gi, gło­wę z dłu­gi­mi ja­sny­mi wło­sa­mi. Wi­dać na­wet ce­chy płcio­we – to ko­bie­ta, bio­lo­gicz­ny czło­wiek z epo­ki pre­cy­ber­ne­tycz­nej.

War­den py­ta: to dla­te­go wy­bra­li je­go?

Tak, dla­te­go. Wie­dzą, że War­den jest w jed­nej ty­sięcz­nej czło­wie­kiem. Nic dziw­ne­go, sam nie­raz chwa­lił się, ile róż­nych ras i kul­tur ma wśród przod­ków. Cy­wi­li­za­cje Orio­na od ty­siąc­le­ci nie roz­mna­ża­ły się już płcio­wo, a w wir­tu­alu moż­na by­ło krzy­żo­wać na­wet naj­bar­dziej nie­kom­pa­ty­bil­ne sys­te­my ge­no­we, two­rzyć hy­bry­dy, któ­re ni­g­dy nie mo­gły po­wstać w na­tu­rze, ale dzie­dzi­czy­ły ce­chy psy­chicz­ne oraz kul­tu­ro­we po oboj­gu ro­dzi­cach. Dzie­więć po­ko­leń te­mu wmie­szał się w ten ty­giel wła­śnie je­den czło­wiek – ko­bie­ta – gwiezd­ny no­ma­da, jed­na z nie­licz­nych po­tom­kiń ludz­ko­ści.

Mo­że wła­śnie dla­te­go War­den pra­co­wał kie­dyś na­uko­wo nad ludź­mi, w pry­wat­nej pa­mię­ci ma wię­cej da­nych niż Kon­glo­me­rat w pu­blicz­nej bi­blio­te­ce, zna ich bo­daj naj­le­piej ze wszyst­kich do­stęp­nych in­te­li­gen­cji.

War­den ana­li­zu­je zdję­cia. Po­tem pro­po­nu­je ad­apt zbli­żo­ny do śro­do­wi­ska z czte­ro­ipół­mi­liar­do­we­go ro­ku pla­ne­ty. Isto­ta pre­cy­ber­ne­tycz­na nie zro­zu­mie abs­trak­cyj­nych płasz­czyzn sie­ci, ode­rwa­nie od cia­ła mo­że uznać za agre­sję. Dla­te­go trze­ba z na­no stwo­rzyć fi­zycz­ną prze­strzeń do ba­dań. War­den ko­piu­je Kon­glo­me­ra­to­wi ca­łą iko­no­gra­fię, ja­ką zdo­łał ze­brać: tro­chę ho­lo­gra­mów zro­bio­nych na Zie­mi w XXX wie­ku ludz­kiej hi­sto­rii, pa­rę nie­kom­plet­nych fil­mów. Obie­cu­je, że te­mu, kto bę­dzie roz­ma­wiał, udo­stęp­ni też swo­je lek­sy­kal­ne ba­zy da­nych oraz...

Nie, to nie tak – prze­ry­wa­ją. On bę­dzie roz­ma­wiał. Nikt in­ny nie zdo­ła.

War­den za­czy­na ro­zu­mieć. My­ślow­ce Kon­glo­me­ra­tu wy­sy­pu­ją się na obiek­cie jak na zmyśl­nym wi­ru­sie, bom­bie lo­gicz­nej. Je­go ist­nie­nie jest zu­peł­nie nie­ra­cjo­nal­ne, dla­te­go ma­szy­ny nie mo­gą go po­jąć.

Ale pro­sty War­den mo­że go zba­dać, zro­zu­mieć, a po­tem wy­tłu­ma­czyć resz­cie.

Mu­si tyl­ko zo­stać czło­wie­kiem.

In­ter­wał 3f30fb/07

Pro­to­kół ko­mu­ni­ka­cji: drga­nia ośrod­ka, sta­ro­świec­ka aku­sty­ka – ale ko­mu­ni­ka­cja aku­stycz­na to prze­cież ty­sią­ce mar­twych ję­zy­ków, na­wet wię­cej, bo te ję­zy­ki zmie­nia­ły się w cza­sie. War­den pró­bu­je wszyst­kie­go, isto­ta nie od­po­wia­da.

Ko­lej­na pró­ba. Isto­ta go nie słu­cha, mam­ro­cze do sie­bie. War­den ana­li­zu­je dźwię­ki, w ba­zie jed­nak brak ana­lo­gicz­ne­go wzor­ca.

Wie, że to mo­wa, tyl­ko dzię­ki roz­kła­do­wi Zip­fa. Czę­sto­tli­wość wy­stę­po­wa­nia słów oraz gło­sek da­je krzy­wą o na­chy­le­niu –1, a ta­ką ta­jem­ni­czą wła­ści­wość wy­ka­zy­wał każ­dy ję­zyk Zie­mi oraz więk­szość ko­mu­ni­ka­tów in­te­li­gent­nych istot, zresz­tą już daw­niej dzię­ki niej kryp­to­gra­fo­wie od­róż­nia­li za­szy­fro­wa­ny tekst od lo­so­we­go cią­gu. Do­dat­ko­wo mo­del en­tro­pii Shan­no­na, mie­rzą­cy zło­żo­ność in­for­ma­cji, oscy­lu­je w oko­li­cy szó­ste­go stop­nia. To do­kład­nie tam, gdzie po­win­na znaj­do­wać się mo­wa czło­wie­ka pre­cy­ber­ne­tycz­ne­go. Od­gło­sy małp są na trze­cim stop­niu, del­fi­nów na czwar­tym. My­śli War­de­na – na osiem­na­stym.

Isto­ta jest po­nad wszel­ką wąt­pli­wość in­te­li­gen­ta. Tyl­ko dla­cze­go nie re­agu­je na sło­wa? Czy zbyt po­chła­nia ją oto­cze­nie?

War­den dłu­go za­sta­na­wiał się nad neu­tral­ną sce­no­gra­fią – w XXX wie­ku ludz­kość by­ła bar­dzo zróż­ni­co­wa­na. Rów­no­le­gle ist­nia­ły bez­pł­cio­we in­te­li­gen­cje zbio­ro­we, apo­sto­ło­wie oso­bli­wo­ści, ale wciąż moż­na by­ło też spo­tkać spo­łe­czeń­stwa pier­wot­ne. Wie­dzieć, że isto­ta po­cho­dzi z tych cza­sów, to nie wie­dzieć nic.

W koń­cu wy­szedł z za­ło­że­nia, że cy­wi­li­zo­wa­ne wnę­trze prze­stra­szy dzi­kie­go, ale cy­wi­li­zo­wa­ny czło­wiek nie prze­stra­szy się na­tu­ry. Na­no uło­ży­ło się w tra­wy oraz drze­wa, któ­re War­den wy­pa­trzył na ho­lo­gra­mach. Nie po­tra­fił tyl­ko od­dać kil­ku szcze­gó­łów, któ­rych ma­te­riał źró­dło­wy nie pre­cy­zo­wał – za­pa­chów, ma­sy, cech struk­tu­ral­nych.

Wy­da­wa­ło mu się, że po­ra­dził so­bie do­brze, ale ła­twość, z ja­ką isto­ta przej­rza­ła na wy­lot tę ma­ska­ra­dę, by­ła za­wsty­dza­ją­ca. Gdy tyl­ko prze­nie­śli ją tu z jed­no­oso­bo­wej kap­su­ły, skru­szy­ła w pal­cach kil­ka li­ści, po­stu­ka­ła w drze­wa, a po­tem ru­szy­ła przed sie­bie, do­cie­ra­jąc do gra­ni­cy stwo­rzo­nej przez na­no­ma­kie­ty. Te­raz jej dłoń to­nie w ho­lo­gra­mie, któ­ry miał two­rzyć wra­że­nie otwar­tej prze­strze­ni, zu­peł­nie jak­by pró­bo­wa­ła prze­do­stać się na dru­gą stro­nę, jak­by czu­ła, że za war­stwa­mi na­no, za pla­sti­sta­lo­wym bą­blem po­włok okrę­tu, jest tyl­ko zim­no i ciem­ność.

Po chwi­li re­zy­gnu­je i zno­wu mam­ro­cze, tro­chę wy­raź­niej.

War­den w de­spe­ra­cji pod­cze­pia się pod jesz­cze je­den my­ślo­wiec, chmu­ry ana­liz pęcz­nie­ją, ze­strze­li­wu­jąc z ta­bli­cy po­ten­cjal­nych ję­zy­ków ko­lej­ne po­zy­cje.

Są już tyl­ko czte­ry moż­li­wo­ści, trzy, jed­na. Jest! Rzad­ki, mie­sza­ny dia­lekt z koń­co­we­go okre­su ludz­kiej hi­sto­rii, ję­zyk ul­tra­kon­ser­wa­tyw­ne­go odła­mu, któ­ry po­rzu­cił więk­szość za­awan­so­wa­nej tech­no­lo­gii i ni­g­dy nie opu­ścił Zie­mi.

— ... pu­ste. Drze­wa One­go, tra­wa One­go. Nie moż­na zjeść, nic zro­bić, nic. Jest, a nie jest.

— Sły­szysz mnie? — od­zy­wa się War­den, uważ­nie mo­du­lu­jąc głos. Pa­mię­ta, że wszyst­ko po­wy­żej osiem­dzie­się­ciu de­cy­be­li ozna­cza dla lu­dzi wro­gą in­ten­cję, a wszyst­ko po­wy­żej trzech ty­się­cy her­ców – alarm.

Nie ma re­ak­cji.

— Ode­zwij się, pro­szę, nie ro­zu­miem tych szep­tów — mó­wi.

Isto­ta ru­sza wzdłuż po­miesz­cze­nia, wo­dząc dło­nią po ścia­nie.

Sły­sza­ła? Nie sły­sza­ła? War­den jesz­cze raz szu­ka mą­dro­ści my­ślow­ców. Twier­dzą, że sły­sza­ła, ska­ny po­ka­za­ły mi­ni­mal­ne drgnię­cie mię­śni twa­rzy w mo­men­cie, w któ­rym wy­po­wie­dział sło­wa.

Czy to zna­czy, że zna­lazł wła­ści­wy ję­zyk? Na­wet je­śli, to isto­ta mo­że być w szo­ku. Al­bo jest obłą­ka­na. Co ro­bić da­lej? AI wpusz­czo­ne w te­mat ludz­kiej psy­cho­lo­gii wra­ca po chwi­li z od­po­wie­dzią: wejść w jej świat, ba­wić się w jej gry.

— Kim jest Ony? — py­ta więc War­den.

Tym ra­zem isto­ta spo­glą­da wprost na nie­go. Sa­mo­za­cho­waw­cze pro­gra­my pod­no­szą alarm. War­den tłu­mi in­stynkt, któ­ry ka­że cof­nąć się przed świ­dru­ją­cym, zie­lo­nym spoj­rze­niem.

— Ony jest w pu­stych nie­bio­sach, nie­na­sy­co­ny. Jeść, jeść, jeść. Po­żre wszyst­ko przed two­imi oczy­ma, a po­tem po­żre ob­raz spod po­wiek, i na­wet wspo­mnie­nie ob­ra­zu. A gdy scho­wasz się głę­bo­ko, głę­bo­ko, my­ślisz, że Ony zo­stał na gó­rze, aż do cza­su, kie­dy po­czu­jesz go. O, tu. W so­bie.

War­den ana­li­zu­je: isto­ta ma skom­pli­ko­wa­ne ży­cie du­cho­we, wła­sną me­ta­fi­zy­kę, któ­rej cen­tral­ne miej­sce zaj­mu­je ja­kieś złe bó­stwo.

— Kie­dy przy­by­li­śmy do two­je­go świa­ta, nie spo­tka­li­śmy ni­ko­go po­za to­bą. Gdzie jest Ony? Kim jest?

— Wiel­ki po­że­racz. Ro­bi pust­kę, na zie­mi, pod zie­mią. Pu­ste czasz­ki, pu­ste dziu­ry po mo­rzach i je­zio­rach. Ony nisz­czy. Na­wet cie­pło nisz­czy, ucie­kasz przed nim, ucie­kasz, ale cię wy­prze­dza, i je­steś w miej­scu, gdzie już by­łeś, gdzie nic nie ma, bo na­wet two­ją uciecz­kę po­żarł.

— Je­steś bez­piecz­na. Tu Ony nie do­trze.

Isto­ta kru­szy w rę­ku ko­lej­ny ze sztucz­nych li­ści.

— Nie, Ony jest tu od daw­na, jest w was. Ule­pił ku­kły z zim­na i pust­ki, z że­la­za, skał. Drze­wa One­go. Tra­wa One­go. Ist­nie­ją, a jed­nak nie...

War­den pró­bu­je cią­gnąć dys­ku­sję, ale isto­ta tra­ci za­in­te­re­so­wa­nie i tyl­ko krą­ży po adap­cie.

My­ślow­ce są za­nie­po­ko­jo­ne, zwra­ca­ją uwa­gę War­de­na na fakt, że isto­ta ani ra­zu nie spy­ta­ła, gdzie się znaj­du­je ani kim jest War­den. Czy­li al­bo to wie (co nie­po­koi, bo mu­sia­ła­by mieć po­za­zmy­sło­we źró­dła in­for­ma­cji), al­bo jej psy­cho­lo­gia nie zo­sta­ła zo­gni­sko­wa­na na wła­snym prze­trwa­niu (co jest jesz­cze groź­niej­sze – je­śli nie ma in­stynk­tu stra­chu, a mi­mo to prze­trwa­ła, mu­si być po­tęż­na).

War­den roz­ło­żył się na psy­cho­lo­gii oraz ko­mu­ni­ka­cji, ale bio­lo­gia isto­ty upo­ka­rza go jesz­cze bar­dziej. Wszyst­ko w ja­skra­wy spo­sób prze­czy zna­nej na­uce. Cie­pła – nie tra­ci. Ener­gii – nie tra­ci. Me­ta­bo­lizm jest, ale jak­by go nie by­ło, we krwi ten sam po­ziom cu­kru, tle­nu. Wy­da­la­nie – za­trzy­ma­ne. To nie bio­lo­gia ży­wej isto­ty, tyl­ko ho­lo­gra­mu. Gdy­by nie to, że do­tknął ją ra­mio­na­mi wła­snych na­no­sond, ni­g­dy by nie uwie­rzył w jej ist­nie­nie. Wszę­dzie, gdzie za­czy­na do­głęb­nie ko­pać, do­cie­ra w koń­cu do te­go sa­me­go pro­ce­su, któ­re­go po pro­stu nie mo­że za­ak­cep­to­wać. Coś po­wsta­je z ni­cze­go.

Czy na­uka Kon­glo­me­ra­tu, stwo­rzeń pra­wie tak sta­rych jak wszech­świat, mo­że się my­lić? Je­śli do tej po­ry opi­sy­wa­ła wszyst­ko, je­śli da­ła po­czą­tek two­rom ta­kim jak Ior­ri al­bo ku­la Ori­gian, dla­cze­go na­gle za­wo­dzi przy tej isto­cie?

War­den wkrót­ce ła­pie się na tym, że za­czął my­śleć jak Stra­teg. Cho­dzi mu po gło­wie teo­ria za­tru­tej wie­dzy. Czy ktoś chce znisz­czyć Kon­glo­me­rat, pod­kła­da­jąc mu in­te­lek­tu­al­ne ku­kuł­cze ja­jo, ja­kąś su­per­i­sto­tę, któ­ra na­praw­dę zo­sta­ła uro­dzo­na w pro­ba­bi­li­stycz­nych kuź­niach du­żo po­tęż­niej­szej ra­sy? Czy ktoś chce wy­wo­łać cha­os, zwąt­pie­nie, kłót­nie?

Naj­trud­niej War­de­no­wi przy­jąć naj­prost­sze wy­tłu­ma­cze­nie: że isto­ta po pro­stu jest.

— Mia­łam dzie­ci, ale za­mar­z­ły. — Tym­cza­sem znów re­je­stro­wał jej mam­ro­ta­nie. — Mię­so ode­szło od ko­ści. I nie mo­głam mieć wię­cej, bo każ­de wy­cią­ga­łam z wła­sne­go cia­ła, a jak za­mar­z­ły, nie da­ło się ich wsa­dzić z po­wro­tem. Te­raz mam dziu­rę w środ­ku. Chcia­ła­bym dziec­ko, ale nie chcę wię­cej pu­stych dziur. Kie­dy jest pust­ka, Ony wy­gry­wa...

In­ter­wał 3f30fb/08

Isto­ta nie jest cy­klicz­na.

Tę oczy­wi­stą praw­dę od­kry­wa­ją pod­czas ni­skie­go za­si­la­nia. Na­gle ona przy­spie­sza, mó­wi szyb­ciej, niż War­den mo­że za­na­li­zo­wać. Jak ro­ze­dr­ga­ny ho­lo­gram bie­ga po adap­cie, ma­ca­jąc ścia­ny fre­ne­tycz­nym trze­po­tem pal­ców.

Kie­dy in­ter­wał się koń­czy, War­den ma ogrom­ną ba­zę su­ro­wych da­nych. Rzu­ca na to okiem: du­żo mam­ro­ta­nia, du­żo o pu­st­ce, gło­dzie. Ony, Ony, wszę­dzie Ony.

Chce za­brać się do cie­kaw­szych frag­men­tów, ale wła­śnie Kon­glo­me­rat wzy­wa go do zło­że­nia ra­por­tu. Nie ro­zu­mie­ją, jak nie­wie­le cza­su mi­nę­ło dla isto­ty bio­lo­gicz­nej, le­d­wo zdą­ży­li po­roz­ma­wiać. Chcą, aby przed­sta­wił wy­ni­ki.

War­den jest za­wsty­dzo­ny.

Do­brze wie, ile ener­gii oraz na­no kosz­tu­je ten pro­jekt, a jed­nak ma tyl­ko jed­ną teo­rię, któ­rą sam by wy­śmiał, gdy­by nie in­ter­wał spę­dzo­ny w adap­cie isto­ty. Pro­si o wię­cej pa­sma, że­by ją wy­ło­żyć. Kon­glo­me­rat bez wa­ha­nia przy­dzie­la mu peł­ny za­kres my­ślow­ca – wi­docz­nie są zde­spe­ro­wa­ni.

Nie­wy­obra­żal­ne mo­rze upraw­nień ob­li­cze­nio­wych za­le­wa War­de­na. Co za si­ła! Przy­szłość nie ma przed nim ta­jem­nic, swo­imi sy­mu­la­cja­mi mo­że przej­rzeć wszyst­ko, się­gnąć wszę­dzie, w kil­ka chwil prze­my­śleć oraz wy­mo­de­lo­wać ty­le, ile pry­wat­ną mo­cą nie zdo­łał­by przez set­ki in­ter­wa­łów.

Po chwi­lo­wym szo­ku War­den opa­mię­tu­je się. Za­przę­ga my­ślo­wiec do we­ry­fi­ko­wa­nia swo­jej teo­rii. Po­tem – tłu­ma­czy ją na kil­ka­set ję­zy­ków oraz sys­te­mów ko­gni­tyw­nych.

Przed­sta­wia ra­port.

Za­czy­na od in­fo­gra­fi­ki – ko­re­la­cji stop­nia in­te­li­gen­cji oraz mi­to­lo­gi­za­cji kul­tu­ry. Prost­sze in­te­li­gen­cje są bar­dziej skłon­ne wie­rzyć w bó­stwa, de­mo­ny, świat po­za­nau­ko­wy nie­wy­tłu­ma­czal­ny ro­zu­mem. Przy­czy­ny: szok po­zna­nia, strach, po­szu­ki­wa­nie fun­da­men­tów eg­zy­sten­cji, umy­sło­we le­ni­stwo. War­den rzu­ca na wy­kres da­ne hi­sto­rycz­ne, wie­le róż­nych cy­wi­li­za­cji na róż­nych eta­pach roz­wo­ju, wi­dać pną­ce się w gó­rę krzy­we epok. Pra­wie wszyst­kie idą w jed­nym kie­run­ku, tyl­ko w dol­nym kwa­dran­cie mie­ści się 0,35% in­te­li­gen­cji ab­nor­mal­nych, gdzie wy­kres jest nie­mal pła­ski. Są tam lu­dzie. Jesz­cze bę­dąc po­sto­so­bli­wo­ścio­wą, kil­ku­ukła­do­wą in­te­li­gen­cją, ba­wi­li się w mi­sty­cyzm, wie­rzy­li w isto­ty nad­przy­ro­dzo­ne.

Te­raz War­den py­ta: przy­pa­dek? A mo­że mie­li z ni­mi do czy­nie­nia, czu­li wpływ owych bóstw, pod­czas gdy w więk­szo­ści cy­wi­li­za­cji ta­kie by­ty oka­za­ły się je­dy­nie teo­re­tycz­ną moż­li­wo­ścią.

Kon­glo­me­rat wrze. Ze­ro do­wo­dów. Idio­tycz­ne spe­ku­la­cje.

War­den bro­ni się: czas prze­fil­tro­wał bo­ga­tą mi­to­lo­gię Zie­mian obiek­tyw­nym kry­te­rium prze­trwa­nia. Zwe­ry­fi­ko­wał hi­sto­rie o nie­śmier­tel­nych bó­stwach, du­chach, wam­pi­rach – tyl­ko jed­ną po­zy­tyw­nie. I oto le­ża­ła w le­tar­gu, kie­dy tu przy­by­li, za­prze­cze­nie wszyst­kie­go, co wie­dzie­li o fi­zjo­no­mii biał­kow­ców, bia­ła dziew­czy­na w sar­ko­fa­gu z mi­liar­dów ton że­la­za...

Nie, nie ma ra­cjo­nal­ne­go wy­tłu­ma­cze­nia. Te­go chcie­li – że­by stał się czło­wie­kiem, aby ją zro­zu­mieć. A on, czło­wie­kiem zo­staw­szy, za­czął ak­cep­to­wać nie­zro­zu­mia­łe. To pa­ra­doks: isto­ta mo­że stać się ele­men­tem je­go obec­ne­go świa­ta, ale wte­dy on stra­ci moż­li­wość dia­lo­gu z Kon­glo­me­ra­tem, za­cznie mó­wić ję­zy­kiem, któ­re­go my­ślow­ce nie poj­mą.

Wię­cej da­nych, wię­cej da­nych – żą­da Kon­glo­me­rat.

War­den re­zy­gnu­je z prób prze­ko­ny­wa­nia. Do­star­czy wię­cej da­nych.

In­ter­wał 3f30fb/09

Biał­ko go swę­dzi.

Nie ro­zu­mie, w ja­ki spo­sób pro­to­in­te­li­gen­cje wy­trzy­my­wa­ły fi­zjo­lo­gię che­micz­nych re­ak­cji oraz mno­żą­cych się ko­mó­rek. War­de­no­wi wy­da­je się, że czu­je każ­dą z nich: ty­sią­ce ma­łych, ego­istycz­nych dro­bi­nek, z któ­rych żad­na nie ma in­te­re­su być War­de­nem. Tyl­ko mno­żą się, mno­żą i żrą, a on jest ubocz­nym skut­kiem, su­mą ich wek­to­rów. Gdy­by nie groź­ny po­li­cjant kwa­su dez­ok­sy­ry­bo­nu­kle­ino­we­go, sa­mo­lub­ne ko­mór­ki zmie­ni­ły­by go w bez­kształt­ną ku­pę bio­ma­sy.

Wszyst­ko go draż­ni, naj­chęt­niej zdra­pał­by z sie­bie ca­łą tę po­wło­kę, ale wie, że pod spodem nie ma nic wię­cej, tyl­ko pły­ny ustro­jo­we, ko­ści, mię­śnie.

My­śle­nie jest po­wol­ne. Ow­szem, zo­sta­wił so­bie in­ter­fejs po­zwa­la­ją­cy na kon­takt z sie­cią, na ty­le ma­ły, aby nie bu­dzić po­dej­rzeń isto­ty. Ale nie mo­że już się­gać do za­so­bów Kon­glo­me­ra­tu in­stynk­tow­nie, jak­by by­ły one prze­dłu­że­niem jaź­ni. Każ­de py­ta­nie trze­ba uważ­nie for­mu­ło­wać, na od­po­wiedź – cze­kać. Gdy­by po­zwo­li­li mu czer­pać z sie­ci tak szyb­ko, jak przy­wykł, spa­lił­by swo­je neu­ro­ny w mgnie­niu oka. Dla­te­go my­śli po­wo­li, bar­dzo po­wo­li. Po­grą­żo­ny w sta­nie po­dob­nym do in­ter­wa­łu, jest śle­py jak kret, nie po­tra­fi mo­de­lo­wać przy­szło­ści na­wet na kil­ka mi­nut wprzód, ma tyl­ko ja­kieś zbu­do­wa­ne na in­stynk­tach aprok­sy­ma­cje, z pew­no­ścią nie­cel­ne.

Pierw­szy raz czu­je się tak de­li­kat­ny. Gdy­by nie fakt, że więk­szość świa­do­mo­ści zbac­ku­po­wał w gro­bow­cu Deu­ro­na, pew­nie osza­lał­by ze stra­chu. Na­fa­sze­ro­wał się po uszy uwa­run­ko­wa­nia­mi, któ­re ma­ją go chro­nić przed szo­kiem uoso­bie­nia.

Pró­bu­je te­raz, z po­zio­mu czło­wie­ka, wy­obra­zić so­bie, co mu­si czuć isto­ta o by­cie punk­to­wym. Jak to jest znaj­do­wać się za­wsze o tak ma­ły krok od znisz­cze­nia, ba­lan­so­wać na kra­wę­dzi próż­ni? Ja­ki wpływ na psy­chi­kę pro­ste­go by­tu mo­gą wy­wrzeć eony sa­mot­no­ści? Za­da­je na­wet py­ta­nie my­ślow­com i po chwi­li otrzy­mu­je od­po­wiedź: wy­pie­ra­nie. Je­dy­ny umysł punk­to­wy, któ­ry po­tra­fi żyć mi­liar­dy lat, to ta­ki, któ­ry bar­dzo do­brze po­tra­fi wy­pie­rać, od­świe­żać sa­me­go sie­bie, od­rzu­ca­jąc w ko­lej­nych pę­tlach na­skó­rek wspo­mnień.

War­den wcho­dzi do ad­ap­tu, a ślu­za za­my­ka się za nim, od­ci­na­jąc dro­gę uciecz­ki. Czu­je klau­stro­fo­bicz­ny strach. Wie, że stąd nie ma wyj­ścia – Kon­glo­me­rat nie otwo­rzy ślu­zy, na­wet w sy­tu­acji za­gro­że­nia. Po­wie­trze i wo­da krą­żą w obie­gach za­mknię­tych. Je­dy­ne, co wy­do­sta­je się na ze­wnątrz, to cie­niut­ka struż­ka da­nych, pły­ną­ca przez wsz­czep w mó­zgu War­de­na.

Isto­ta wy­cho­dzi nie­spo­dzie­wa­nie zza drze­wa, tęt­no War­de­na przy­spie­sza. Przez chwi­lę za­sta­na­wia się, czy trój­wy­mia­ro­we dru­kar­ki ato­mo­we do­brze zin­ter­pre­to­wa­ły sche­ma­ty cia­ła Ho­mo sa­piens sa­piens. Czy je­go ser­ce jest tak wy­trzy­ma­łe, jak po­win­no? Czy za­raz nie pęk­nie al­bo się nie za­trzy­ma?

To dziw­ne, ale na biał­ko­we­go awa­ta­ra isto­ta re­agu­je zu­peł­nie ina­czej niż na syn­te­tycz­ny wy­strój ad­ap­tu. Uśmie­cha się, pod­cho­dzi z bły­skiem w oczach.

Do­ty­ka je­go ra­mie­nia dło­nią. War­den ro­bi krok wstecz, prze­ra­żo­ny uczu­ciem cie­le­sne­go kon­tak­tu. Głu­pi in­stynkt! Te­raz ża­łu­je, że nie miał cza­su za­im­ple­men­to­wać sil­niej­szych ba­rier be­ha­wio­ral­nych.

Pró­bu­je prze­zwy­cię­żyć bia­ły szum fi­zycz­nych do­znań, któ­re nie da­ją mu się sku­pić: za­pa­chy, do­tyk pod­ło­gi pod sto­pa­mi, na­pię­cie skó­ry, szum wen­ty­la­to­rów, pot. To dziw­ne – ja­ko po­za­cie­le­sna in­te­li­gen­cja War­den ra­dził so­bie z du­żo więk­szym na­tło­kiem bodź­ców. Te­raz sa­ma świa­do­mość po­sia­da­nia cia­ła cał­kiem go roz­pra­sza.

Sta­ra się o tym nie my­śleć. Tłu­ma­czy isto­cie, że mo­gą ją za­brać z pla­ne­ty, ale tyl­ko je­śli po­zwo­li im do­wie­dzieć się o so­bie wię­cej, je­śli opo­wie swo­ją hi­sto­rię. Ona zno­wu ro­bi ko­lej­ny krok, sta­je z nim twa­rzą w twarz. War­den czu­je jej za­pach, mu­si wal­czyć z in­stynk­tem, któ­ry ka­że cof­nąć się, od­dać po­le.

Py­ta jesz­cze raz, czy isto­ta ze­chce opu­ścić Zie­mię z Kon­glo­me­ra­tem.

— Przy­kro mi — sły­szy w od­po­wie­dzi.

Wte­dy nad­cho­dzi in­ter­wał.

A ona rzu­ca się do przo­du jak wy­głod­nia­ły dra­pież­nik, sia­da na War­de­nie okra­kiem, wbi­ja mu pal­ce w oczy i za­czy­na go po­że­rać.

In­ter­wał 3f30fb/10

Re­kon­stru­ują go dłu­go. Bu­dzi się śle­py i bez­rad­ny, odłą­czo­ny od Kon­glo­me­ra­tu, czu­je tyl­ko kil­ka lo­kal­nych rdze­ni. I nie są to rdze­nie Deu­ro­na, gdzie znaj­do­wał się je­go gro­bo­wiec. Pierw­sze py­ta­nie po prze­bu­dze­niu jest wła­śnie ta­kie: dla­cze­go nie Deu­ron?

Deu­ron jest znisz­czo­ny, prze­two­rzo­ny.

War­den nie ro­zu­mie. Chce się­gnąć do sie­ci, ale za­po­ry ognio­we trzy­ma­ją moc­no. In­te­li­gen­cja po re­kon­struk­cji mu­si mieć chwi­lę na kon­so­li­da­cję, mo­ment na­my­słu bez żad­nych ze­wnętrz­nych da­nych. Tak mó­wi teo­ria cy­fro­sta­zy.

War­den ma gdzieś teo­rię. Zdej­mij­cie to cho­ler­stwo!

Zdej­mu­ją. I wte­dy ude­rza go nie­wia­ry­god­ny in­for­ma­cyj­ny ja­zgot. W sie­ci Kon­glo­me­ra­tu wrze pa­ni­ka, śmierć. Co chwi­la gi­ną ko­lej­ne rdze­nie. Stra­ty są apo­ka­lip­tycz­ne, ca­łe woj­ny za­da­ły Kon­glo­me­ra­to­wi mniej uszko­dzeń niż to, co się wła­śnie sta­ło.

Jesz­cze sen­so­rium, zdej­mij­cie ogra­nicz­ni­ki, krzy­czy pół­przy­tom­nie. Zdej­mij­cie!

Ata­ku­ją go ob­ra­zy i dźwię­ki.

Pie­kło, tak po­wie­dzie­li­by daw­ni lu­dzie. Pół flo­ty znisz­czo­ne, po­szar­pa­ne wra­ki opa­da­ją w stud­nię gra­wi­ta­cyj­ną pla­ne­ty, cią­gnąc za so­bą deszcz szcząt­ków. Każ­dy ka­nał ko­mu­ni­ka­cji na­pęcz­niał od krzy­ku gi­ną­cych in­te­li­gen­cji, któ­re ślą ostat­nie pa­kie­ty, ziar­na, prze­trwal­ni­ki, każ­da chce, że­by coś z niej zo­sta­ło. Ale po­zo­sta­łe stat­ki te­go wszyst­kie­go nie przy­swo­ją, za­pi­su­ją – ow­szem – ale tyl­ko co któ­ryś pa­kiet, in­for­ma­cyj­ny beł­kot, z ja­kim nie da się po­tem nic zro­bić.

Naj­wyż­szy po­ziom ener­ge­tycz­ny.

Za­pa­sy nik­ną w oczach. T –200 lat, T –190 lat, T –180 lat, prze­kal­ku­lo­wa­nie tren­du, T –8 go­dzin, T –6.

Ko­lek­to­ry roz­sy­pa­ło jak za­baw­ki, ich cza­sze ce­lu­ją w pust­kę, ce­lu­ją w sie­bie na­wza­jem, ale nie w ja­sne punk­ty ostat­nich gwiazd.

Mię­dzy tym wszyst­kim, po­środ­ku Kon­glo­me­ra­tu, roz­kwitł no­wy świat, strasz­ny i cu­dow­ny – wie­lo­wy­mia­ro­wy kwiat eg­zo­tycz­nej ko­smo­bio­lo­gii ma­ją­cy wiel­kość Księ­ży­ca. Wo­kół nie­go or­ga­nicz­ne ło­dy­gi rwą i gnio­tą ka­dłu­by schwy­ta­nych stat­ków, z bio­nicz­nych po­włok oraz płat­ków Kwia­tu wy­le­wa­ją się dziw­ne kształ­ty. To okrę­ty wo­jen­ne, ca­łe ich chmu­ry to­czą bój z eska­drą nisz­czy­cie­li Kon­glo­me­ra­tu. Ata­ku­ją po­la­mi ma­gne­tycz­ny­mi nie­wia­ry­god­nej mo­cy, stru­mie­nia­mi mo­le­ku­lar­ne­go kwa­su, chmu­ra­mi or­ga­nicz­nych na­no­wi­ru­sów, zdol­nych do za­ra­ża­nia sztucz­nych sy­naps. Na­prze­ciw nich rzy­ga­ją an­ty­ma­te­rią okrę­ty Stra­te­ga. Ani­hi­la­cyj­ne roz­bły­ski tej bi­twy pod­świe­tla­ją ci­chą tra­ge­dię cy­wil­nych jed­no­stek, oplą­ta­nych przez or­ga­nicz­ne na­ro­śla, roz­sa­dza­nych od środ­ka zdzi­cza­łą bio­ma­są. War­de­no­wi wy­da­je się, że sły­szy pę­ka­nie tych ka­dłu­bów – a mo­że to tyl­ko echo z głę­bi sie­ci?

Nie po­tra­fi uwie­rzyć, że isto­ta by­ła zdol­na do cze­goś ta­kie­go. Nie ro­zu­mie, skąd mia­ła ma­te­ria­ły, skąd wzię­ła się ta ma­sa, któ­ra wi­si mię­dzy Zie­mią a Księ­ży­cem i zwy­cię­ża Kon­glo­me­rat. Pró­bu­je kil­ku szyb­kich sy­mu­la­cji, li­czy ki­lo­gra­my bio­lo­gicz­nej ma­te­rii na Deu­ro­nie, gdzie znaj­do­wał się ad­apt.

Ale nie koń­czy mo­de­lo­wać te­go pro­ce­su. Do­cie­ra do nie­go na­gle, że są du­żo waż­niej­sze za­da­nia. Wszyst­ko wo­kół się wa­li, flo­ta się roz­pa­da, jed­nost­ki po­zba­wio­ne ste­row­no­ści przez po­tęż­ne pul­sy ECM dry­fu­ją bez­rad­nie. Ja­kaś nie­wi­dzial­na fa­la, wy­strze­lo­na przez któ­rąś stro­nę, tra­fi­ła Lii­wę, je­den z dwóch okrę­tów cią­gną­cych ko­lek­tor Ior­ri, któ­ry ze­rwał się z gra­wi­ta­cyj­ne­go ho­lu i wła­śnie ucho­dzi w prze­strzeń, cią­gnąc za so­bą po spi­ra­li Uuwe, sta­tek, któ­ry wciąż trzy­ma dru­gi hol. Nie pusz­cza­ją, choć ma­ją tam z ty­siąc G. Czy za wszel­ką ce­nę nie chcą stra­cić kon­tro­li nad ko­lek­to­rem, czy mo­że wszy­scy zgi­nę­li i nie ma kto zwol­nić za­cze­pów?

War­den za­sta­na­wia się dłu­gie ułam­ki se­kund, nim za­czy­na dzia­łać. Hol to pierw­szy prio­ry­tet, trze­ba umo­co­wać ko­lek­tor, za­nim od­pły­nie w czar­ną prze­strzeń al­bo ro­ze­rwie Uuwe na strzę­py. Po­tem – stat­ki, któ­re nie osią­gnę­ły jesz­cze pręd­ko­ści ter­mi­nal­nej i któ­re wo­bec te­go da się wy­rwać z gra­wi­ta­cyj­nych pu­ła­pek (du­żo, du­żo ener­gii, ale ży­cie, in­te­li­gen­cja, da­ne, są od niej cen­niej­sze). War­den za­czy­na ko­pio­wać się wszę­dzie, gdzie mo­że być po­trzeb­na je­go po­moc.

Na­gle ślep­nie. Roz­błysk na wszyst­kich pa­smach po­ra­ża je­go sen­so­rium. To nisz­czy­cie­le Kon­glo­me­ra­tu ru­sza­ją do kontr­ata­ku, bo Stra­teg wy­pa­trzył lu­kę w obro­nie wro­ga i prze­chwy­cił ini­cja­ty­wę. Stra­ty ro­sną. Nie­któ­re okrę­ty nie ma­ją już ener­gii oraz an­ty­ma­te­rii, więc Stra­teg wy­ko­rzy­stu­je je ja­ko ży­we po­ci­ski – pra­sta­re cy­wi­li­za­cje spro­wa­dzo­ne do ro­li me­ta­lo­wych kul, któ­re w au­re­oli świa­tła wbi­ja­ją się w ze­wnętrz­ne po­wło­ki kse­no­kwia­tu.

Roz­dziel­nia nie dzia­ła, ko­lek­to­ry roz­sy­pa­ne. Kon­glo­me­rat nie otrzy­mu­je już żad­nej ener­gii, tyl­ko spa­la, spa­la, spa­la.

T –5 go­dzin do sta­nu ze­ro. Tra­cą ko­lej­ny ze świa­to­stat­ków. T –4.

Nie­spo­dzie­wa­nie, War­den sły­szy Stra­te­ga.

Stra­teg nie ma cza­su, nic nie tłu­ma­czy, tyl­ko tło­czy w War­de­na je­den ogrom­ny puls da­nych, aż skwier­czą in­ter­pre­ta­to­ry. Po­tem zni­ka, nie cze­ka­jąc na po­twier­dze­nie, ma w koń­cu woj­nę do wy­gra­nia.

War­den chwi­lę żu­je pa­kie­ty Stra­te­ga, prze­ra­żo­ny tym, cze­go od nie­go żą­da­ją. Chce skon­tak­to­wać się z nim, po­dy­sku­to­wać, ale zda­je so­bie spra­wę, że każ­da se­kun­da, któ­rą mu za­bie­rze, bę­dzie kosz­to­wać czy­jeś ży­cie.

Wie, że mu­si się zgo­dzić. Lo­gi­ka Stra­te­ga jest trud­na do pod­wa­że­nia. Wy­sy­ła­jąc War­de­na na per­trak­ta­cje z isto­tą, Kon­glo­me­rat nic nie tra­ci. Tro­chę ob­li­cze­nio­we­go na­no, tro­chę ener­gii – nic w po­rów­na­niu do za­so­bów, któ­re zu­ży­wa w każ­dej se­kun­dzie na­głej woj­ny.

Isto­ta zna War­de­na, jest jed­na szan­sa na ty­siąc, że ze­chce z nim po­roz­ma­wiać. Wte­dy – ko­lej­na szan­sa na ty­siąc, że uda się za­wie­sić wal­kę. A na­wet gdy­by miał tyl­ko od­wró­cić na pa­rę chwil jej uwa­gę, i tak w osta­tecz­nym roz­ra­chun­ku Kon­glo­me­rat wyj­dzie na plus.

Jest im to wi­nien. Gło­so­wał za oca­le­niem isto­ty.

Zga­dza się.

Po chwi­li, ob­le­czo­ny w cy­ber­ne­tycz­ne cia­ło, le­ci ma­lut­kim sta­tecz­kiem, uzbro­jo­nym tyl­ko w je­den mio­tacz, zresz­tą nie­spraw­ny, bo ge­ne­ra­tor prze­pię­to do pól ochron­nych, aby dać War­de­no­wi więk­szą szan­sę na prze­ży­cie. W tym mi­kro­sko­pij­nym zia­ren­ku z syn­te­tycz­nych włó­kien ru­sza w sam śro­dek bi­twy, mię­dzy roz­bły­ski gam­ma, nu­kle­ar­ne eks­plo­zje, w gra­wi­ta­cyj­ne pły­wy zdol­ne roz­ry­wać pla­ne­ty.

Pro­wa­dzi go nit­ka nie­wi­dzial­nych da­nych: ca­ły my­ślo­wiec gło­wi się je­dy­nie nad tym, że­by do­pro­wa­dzić War­de­na do ce­lu.

Kap­su­ła nie ma du­żo ener­gii. War­den wcho­dzi w in­ter­wał, od­ci­na więk­szość swo­ich funk­cji, zo­sta­wia tyl­ko sen­so­ry, któ­ry­mi w za­du­mie spo­glą­da na pan­de­mo­nium roz­gry­wa­ją­ce się na tle spa­lo­nej, skur­czo­nej Zie­mi.

Sta­tek na­da­je na wszyst­kich pa­smach w stro­nę Kwia­tu.

In­ter­wał 3f30fb/11

War­den prze­cho­dzi przez bi­twę jak duch. Stra­teg oraz isto­ta igno­ru­ją go zgod­nie – tam, gdzie się po­ja­wia, strza­ły ga­sną, wszyst­ko za­mie­ra. Okrę­ty obu stron usu­wa­ją się z dro­gi.

Kwiat ro­śnie przed nim, zaj­mu­je już więk­szość po­la wi­dze­nia. Z ty­łu zo­sta­ją wie­lo­pa­smo­we okrzy­ki gi­ną­ce­go Kon­glo­me­ra­tu oraz rzy­ga­ją­ce ener­gią ko­lo­sy. Cią­gnąc za so­bą nić Ariad­ny, neu­tri­no­wy uplink, War­den opa­da w mrok, mię­dzy bio­me­cha­nicz­ne kłą­cza. Kwiat roz­wi­ja przed nim swo­je war­stwy, ko­lej­ne li­nie obro­ny. War­den wi­dzi, jak w nie­któ­rych miej­scach z zie­lon­ka­wej ma­sy wy­sta­ją po­szy­cia stat­ków, frag­men­ty ja­kichś ma­szyn. Za­sta­na­wia się, czy mógł­by tu wy­pa­trzeć czę­ści Deu­ro­na, swo­je­go do­mu.

Wciąż nie mo­że uwie­rzyć, że ota­cza­ją­ca go bio­lo­gicz­na ma­te­ria by­ła jesz­cze nie­daw­no czę­ścią Kon­glo­me­ra­tu, że to wszyst­ko prze­two­rzo­ne or­ga­ni­zmy. Nie­któ­rych pew­nie znał, z nie­któ­ry­mi roz­ma­wiał. Mo­że w tej skom­pli­ko­wa­nej bio­ni­ce jest na­wet tro­chę je­go sa­me­go? Pierw­sze, co prze­two­rzy­ła isto­ta, to je­go bio­lo­gicz­ny awa­tar – War­den zdą­żył już spraw­dzić za­pis z prze­słu­cha­nia. Wi­dział, jak za­bi­ła go, wci­ska­jąc pal­ce w mózg, jak rę­ko­ma uba­bra­ny­mi po łok­cie we krwi ule­pi­ła z nie­go bio­me­cha­nicz­ny eg­zosz­kie­let, za po­mo­cą któ­re­go po­ko­na­ła pierw­szą li­nię obro­ny wo­kół ad­ap­tu.

Roz­my­śla­nia prze­ry­wa War­de­no­wi wstrząs.

Je­go kap­su­ła pod­ry­wa się, ude­rzo­na po­tęż­ną si­łą. Kil­ka­dzie­siąt G jest nie­mal śmier­tel­ne dla cy­ber­ne­tycz­nej for­my War­de­na, wbi­ja go w fo­tel, ogłu­sza. Wszyst­ko ciem­nie­je, gnie się wę­gla­no­wa sko­ru­pa, trzesz­czy po­szy­cie. Coś wdzie­ra się do środ­ka i War­den zda­je so­bie spra­wę, że to wła­śnie kłą­cza Kwia­tu roz­ry­wa­ją je­go sta­tek na strzę­py.

Ge­ne­ra­to­ry znisz­czo­ne. Tra­ci za­si­la­nie.

Po raz ko­lej­ny na prze­strze­ni kil­ku mi­nut świa­do­mość War­de­na zni­ka.

In­ter­wał 3f30fb/12

Prze­bu­dze­nie za­czy­na się od ni­sko­po­zio­mo­wych pro­ce­sów. Roz­peł­za­ją się po cie­le, pod­no­szą wir­tu­al­ne mar­ke­ry, czer­wo­ne i zie­lo­ne. Zie­lo­nych jest du­żo wię­cej, więc bę­dzie żył. Jest też ener­gia. Ni­sko­po­zio­mo­we AI nie po­tra­fią zro­zu­mieć skąd, bo ge­ne­ra­tor cy­bor­ga nie dzia­ła, uszko­dził go wstrząs. Mi­mo to de­cy­du­ją, że War­den mo­że wró­cić. Bu­dzą je­go świa­do­mość. Po kwan­to­wym uplin­ku idzie do Kon­glo­me­ra­tu krót­ka in­for­ma­cja: mi­sja trwa.

Pierw­sze, co War­den wi­dzi, to pa­ję­czy­na neu­ro­wo­dów sple­cio­na nad je­go gło­wą w ogrom­ną ko­pu­łę. Po­tem za­czy­na czuć pod­ło­że, nie­sta­bil­ne i mięk­kie. Da­le­ko w pół­mro­ku ma­ja­czą ścia­ny. War­den uno­si się, roz­glą­da. Już wie, że jest w sa­li tro­no­wej, w ser­cu Kwia­tu.

Isto­ta uśmie­cha się do nie­go. Wi­si w po­wie­trzu, a gru­be ka­ble neu­ro­wo­dów opla­ta­ją jej cia­ło, wcho­dzą pod skó­rę na kar­ku, na skro­niach, na brzu­chu i na udach; wy­glą­da jak bia­ła głów­ka pa­ją­ka, któ­re­go resz­ta gi­nie w pół­mro­ku sa­li. Któ­re­go resz­ta jest sa­lą.

War­den zbli­ża się. Nie spo­strze­ga za­bez­pie­czeń, a od isto­ty dzie­li go tyl­ko kil­ka­na­ście kro­ków. Je­go cy­ber­ne­tycz­ne ra­mio­na po­tra­fią rwać sta­lo­we gro­dzie, ale do­my­śla się, że to nie wy­star­czy. Isto­ta prze­trwa­ła już du­żo wię­cej.

Chwi­lę zaj­mu­je mu sfor­mu­ło­wa­nie pierw­sze­go py­ta­nia. Cy­borg nie po­ro­zu­mie­wa się do­brze w pa­śmie aku­stycz­nym, Imu­ri­sha­ma mu­sia­ła do­stać złą spe­cy­fi­ka­cję, bo stwo­rze­nie drgań o am­pli­tu­dzie sły­szal­nej dla lu­dzi oka­zu­je się trud­ne.

— Dla­cze­go mnie za­ata­ko­wa­łaś? — py­ta z tru­dem War­den. I zda­je so­bie spra­wę, że nie tak po­win­no brzmieć to py­ta­nie. Po­pra­wia się. — Dla­cze­go jesz­cze ży­ję?

Isto­ta uśmie­cha się, tłu­ma­czy. Za­ata­ko­wa­ła nie je­go, tyl­ko sta­tek. Wy­glą­da na to, że Stra­teg po­sta­no­wił się za­bez­pie­czyć. W po­li­wę­gla­no­wej kap­su­le, któ­rą stwo­rzył dla War­de­na, by­ły przy­naj­mniej dwie śmier­tel­ne pu­łap­ki. W po­wie­trzu ukry­wał się na­no­wi­rus, cu­do tech­ni­ki, któ­re mia­ło po­żreć Kwiat od środ­ka. Isto­ta mu­sia­ła od­rzu­cić w prze­strzeń kłą­cza, któ­re znisz­czy­ły kap­su­łę – tak szyb­ko prze­miesz­cza­ła się in­fek­cja. Gdy­by wi­rus za­czął od środ­ka, Kwiat mógł­by nie prze­trwać.

Ale to nie wszyst­ko, Stra­teg miał jesz­cze plan B. An­ty­ma­te­ryj­ne sil­ni­ki kap­su­ły du­blo­wa­ły ja­ko bom­ba. Nie­du­ża, tak­tycz­na, ale gdy­by wy­bu­chła we­wnątrz ochron­nych po­włok, bli­sko tro­nu...

War­den jest zszo­ko­wa­ny. Nie tym, co Stra­teg zro­bił – cze­goś ta­kie­go się po nim spo­dzie­wał, wo­jen nie wy­gry­wa się skru­pu­ła­mi, a on wy­grał ich wie­le. Bar­dziej za­sko­czy­ło go to, że isto­ta na­ra­zi­ła się na nie­bez­pie­czeń­stwo i osta­tecz­nie wpu­ści­ła je­go kap­su­łę. Dla­cze­go?

W od­po­wie­dzi sły­szy coś, cze­go się nie spo­dzie­wał.

— Je­ste­śmy krew­nia­ka­mi, War­de­nie z Deu­ro­na.

Pro­ce­sy ana­li­tycz­ne War­de­na mó­wią, że to trop, któ­ry mu­si pod­chwy­cić. Isto­ty ludz­kie za­wsze ce­ni­ły so­bie pry­mi­tyw­ne, kla­no­we wię­zi. Ale więk­szość lu­dzi opu­ści­ła Układ Sło­necz­ny mi­lio­ny lat te­mu. Kto by się­gał swo­imi ko­rze­nia­mi tak da­le­ko – i czy to w ogó­le moż­li­we? Sta­re in­te­li­gen­cje lu­bi­ły się raz na ja­kiś czas oczysz­czać, cy­fro­wa pa­mięć ni­g­dy nie gi­nie, na­war­stwia się in­kre­men­tal­nie przez mi­lio­ny lat, aż w koń­cu po­stęp w dzie­dzi­nie skła­do­wa­nia da­nych nie na­dą­ża, trze­ba się cze­goś po­zbyć. Czy ta isto­ta na­praw­dę mo­że być aż tak in­na? Jak ra­dzi so­bie z tak dłu­gą pa­mię­cią?

War­den się­ga do naj­dal­szych po­kła­dów i wy­grze­bu­je swo­ją ge­ne­alo­gię, li­stę przod­ków, ludz­kich i nie. Prze­ka­zu­je ją isto­cie, py­ta­jąc, jak to moż­li­we.

Ona śmie­je się. Mó­wi, że to nie tak, że jest spo­krew­nio­na ze wszyst­ki­mi ludź­mi. Mó­wi, że na­zy­wa się Ga­ja.

War­den jest od­cię­ty od swych baz da­nych, ale przed wy­lo­tem sko­pio­wał co waż­niej­sze in­for­ma­cje. Dzię­ki nim ro­zu­mie: bo­gi­ni mat­ka, naj­trwal­szy, naj­bar­dziej pier­wot­ny mit ludz­ko­ści. Obec­na w róż­nych for­mach we wszyst­kich wcze­snych kul­tu­rach, wspól­ny mia­now­nik ko­smo­go­nii tak od­mien­nych, jak ju­da­istycz­na, egip­ska, grec­ka, hin­du­ska.

My­śli War­de­na za­czy­na­ją się plą­tać. We­wnętrz­na ak­sjo­ma­ty­ka je­go świa­do­mo­ści nie do­pusz­cza ist­nie­nia nad­na­tu­ral­nych istot. Ale po tym wszyst­kim, co wi­dział, po bez­sil­no­ści, z ja­ką my­ślow­ce ana­li­zo­wa­ły zna­le­zi­sko...

Spo­glą­da w dół – na swo­je ra­mio­na z wę­gla­no­wych po­li­krysz­ta­łów, na czte­ry no­gi na­puch­nię­te gru­by­mi wę­zła­mi syn­te­tycz­nych mię­śni. Nie ma w nim ani jed­nej bio­lo­gicz­nej ko­mór­ki. Je­go umysł to skom­pli­ko­wa­na fu­zja ty­sią­ca in­nych świa­do­mo­ści, ko­eg­zy­stu­ją­cych w roz­pro­szo­nej, ob­li­cze­nio­wej chmu­rze. Nie ma już nic wspól­ne­go z ludź­mi.

Ga­ja uśmie­cha się. To nie ma zna­cze­nia, czu­je się je­go mat­ką, na­wet je­śli za­błą­dził, za­tra­cił sie­bie w trwa­ją­cej eony wę­drów­ce.

War­den py­ta, czy dla­te­go go wpu­ści­ła? Dla­te­go z nim roz­ma­wia? Prze­cież w Kon­glo­me­ra­cie mu­szą żyć jesz­cze in­ne ludz­kie hy­bry­dy.

Ga­ja od­po­wia­da, że cho­dzi o pro­stą rzecz. O wdzięcz­ność. Wie, że gdy­by nie War­den, pró­bo­wa­li­by ją znisz­czyć przy pierw­szym kon­tak­cie al­bo od ra­zu zo­sta­wi­li na tej wy­pa­lo­nej, ciem­nej ska­le. War­den dał jej szan­sę, na­kar­mił wła­snym cia­łem, więc ona chce dać szan­sę War­de­no­wi.

Ma na­dzie­ję, że War­den po­rzu­ci Kon­glo­me­rat na rzecz jej no­we­go by­tu. Kie­dy już za­sy­mi­lu­je do­sta­tecz­nie du­żo bio­ma­sy i prze­gna Stra­te­ga, Ga­ja pla­nu­je zre­ge­ne­ro­wać Układ. Od­two­rzyć Słoń­ce. Spra­wić, że ży­cie wró­ci na Zie­mię. War­de­no­wi ofia­ru­je miej­sce w swo­im no­wym świe­cie.

War­den od­ma­wia. Tłu­ma­czy, że to wca­le nie ta­kie pro­ste. Spo­dzie­wa­li się je­go śmier­ci, dla­te­go do stat­ku zwia­dow­cze­go we­szła tyl­ko je­go ma­ła część. Resz­ta je­go ob­li­cze­nio­wej chmu­ry cze­ka na okrę­tach Kon­glo­me­ra­tu. Jest z nią po­łą­czo­ny cien­kim uplin­kiem, opar­tym na kwan­to­wych krop­kach, a gdy zgi­nie, gdy trans­mi­sja się ze­rwie, oni go od­bu­du­ją z ostat­nie­go bac­ku­pu, a po­tem przy­po­mną mu wszyst­ko aż do chwi­li ze­rwa­nia ko­mu­ni­ka­cji. To, co przy­szło do Kwia­tu, nie jest do koń­ca War­de­nem. Je­go śmierć al­bo ak­ces do isto­ty nic nie zmie­nią. Praw­dzi­wy War­den po­zo­sta­nie w Kon­glo­me­ra­cie.

Ga­ja wy­glą­da na roz­cza­ro­wa­ną. War­den za­sta­na­wia się, ja­kie są jej gra­ni­ce? Ma­ni­pu­lu­je prze­strze­nią le­piej niż Pierw­si, ale jed­no­cze­śnie my­śli po ludz­ku – nie ro­zu­mie tak ele­men­tar­nych po­jęć, jak oso­bo­wo­ści wir­tu­al­ne ho­sto­wa­ne na po­dziel­nej chmu­rze. War­den pa­trzy ze smut­kiem na jej ma­łe, bia­łe cia­ło za­mknię­te w neu­ro­prze­wo­do­wej uprzę­ży.

Ga­lak­tycz­ne dziec­ko o mo­cy bo­gów.

Na ze­wnątrz, po­za ochron­ny­mi łu­ska­mi Kwia­tu, bi­twa zmie­nia prze­bieg. War­den wi­dzi przez łą­cze, że kil­ka nisz­czy­cie­li Stra­te­ga uru­cho­mi­ło ja­kieś dziw­ne po­le kwan­to­we, za­czę­ły jed­no­cze­śnie ist­nieć – i nie. Po­le jest nie­trwa­łe, wa­rian­cja by­tu okrę­tów ma­le­je, ich ro­ze­dr­ga­ne ist­nie­nie prze­sta­nie być wkrót­ce kwan­to­wą funk­cją, a sta­nie się ze­ro­je­dyn­ko­wym, bi­nar­nym fak­tem. Ale tym­cza­so­wo są od­por­ne na wszyst­kie bro­nie Gai, prze­bi­ły się przez ze­wnętrz­ne płat­ki i su­ną kli­nem w stro­nę cen­tral­ne­go zwo­ju, gdzie znaj­du­je się tron isto­ty.

To głę­bo­ka ra­na. War­den wi­dzi, że Ga­ja marsz­czy się z bó­lu, zwi­ja w sie­ci neu­ro­no­wych ka­bli.

W gło­wie War­de­na ry­czy Stra­teg, nie wia­do­mo, jak prze­chwy­cił je­go uplink. Te­raz. Ata­kuj. Za­bij. Od­wróć uwa­gę. War­den za­ci­ska pię­ści, czu­je świerz­bie­nie koń­czyn. Ale wy­łą­cza ka­nał. Głos zni­ka. Tym­cza­sem Ga­ja rzu­ca do wal­ki re­zer­wy. No­wa fa­la okrę­tów wy­la­tu­je spod ochron­nych warstw Kwia­tu, wy­dzie­ra­ją ini­cja­ty­wę Stra­te­go­wi.

War­den uzna­je, że nie ma już na co cze­kać. Skła­da jej ofer­tę Kon­glo­me­ra­tu: na­tych­mia­sto­we prze­rwa­nie wal­ki, zwrot za­gra­bio­nej ma­te­rii oraz ener­gii. W za­mian zo­sta­wią ją w spo­ko­ju.

Ga­ja od­ma­wia, co go spe­cjal­nie nie dzi­wi. Bę­dzie wal­czyć o za­cho­wa­nie te­go, co zdo­by­ła. Ma plan, w ja­ki spo­sób wy­ko­rzy­stać te su­row­ce. War­den nie pod­da­je się. Pró­bu­je jej wy­tłu­ma­czyć, jak waż­ny jest Kon­glo­me­rat, że ra­to­wa­nie in­for­ma­cji gi­ną­ce­go wszech­świa­ta to naj­bar­dziej szczyt­na mi­sja, ja­ką moż­na so­bie wy­obra­zić. Nie po­win­na w niej prze­szka­dzać, po­win­na po­móc.

Ona za­le­wa go kontr­ar­gu­men­ta­cją tak skom­pli­ko­wa­ną, że nie mo­że prze­bić się na­wet przez kil­ka pierw­szych zdań. Jest zszo­ko­wa­ny, nie wie­dział na­wet, że isto­ta po­tra­fi tak my­śleć. Prze­kli­na te­raz swój ma­ły, po­wol­ny mózg i cie­niut­kie łą­cze z my­ślow­ca­mi. Pro­si, że­by wy­ja­śni­ła.

Ga­ja po­pra­wia się. Sub­sty­tu­uje skom­pli­ko­wa­ne po­ję­cia sło­wa­mi pro­sty­mi, po­rów­na­nia­mi, któ­re War­den mo­że zro­zu­mieć. Au­to­mat ko­mór­ko­wy. En­tro­pia. In­te­li­gen­cja ma­te­rii. To mak­sy­mal­ny po­ziom abs­trak­cji dla War­de­na ka­stra­ta, War­de­na ode­rwa­ne­go od mo­cy my­ślow­ców.

Tłu­ma­czy mu jesz­cze raz. Na po­cząt­ku ist­nie­nia en­tro­pia by­ła mi­ni­mal­na, a jej wzrost to ze­gar, któ­ry od­mie­rza czas we wszech­świe­cie. Ale en­tro­pia nie jest li­nio­wa, po­wsta­ją pla­my niż­szych sta­nów, wszyst­kie wy­wo­ła­ne przez przy­ło­że­nie en­tro­pii ne­ga­tyw­nej. Każ­dy ży­wy or­ga­nizm świa­ta no­si w so­bie ła­du­nek tej ne­gen­tro­pii, mo­cy or­ga­ni­za­cyj­nej, zdol­no­ści do po­rząd­ko­wa­nia ma­te­rii wo­kół sie­bie. Ne­gen­tro­pia to nie­mal wy­łącz­na ce­cha ży­cia, in­te­li­gen­cji. Każ­da isto­ta ma pe­wien po­ten­cjał, któ­ry zu­ży­wa w trak­cie swo­je­go trwa­nia, a gdy umie­ra, gdy jej ne­gen­tro­pia zni­ka, en­tro­pia ro­śnie na no­wo.

Przy pew­nym stę­że­niu ne­gen­tro­pii isto­ta ży­wa sta­je się nie­mal bo­giem, ma nie­ogra­ni­czo­ną moc kie­ro­wa­nia ma­te­rią. Obiek­ty nie­oży­wio­ne też mo­gą mieć pe­wien ła­du­nek, ale jest to ła­du­nek odzie­dzi­czo­ny po stwór­cach, spa­dek, któ­ry szyb­ko top­nie­je. Kon­glo­me­rat jest sta­ry, w więk­szo­ści skła­da się ze sztucz­nych ciał i sztucz­nych in­te­li­gen­cji. Wie­le z nich jest cał­kiem pa­syw­nych, zmę­czo­nych. Kon­glo­me­rat ma ni­ski stan ne­gen­tro­picz­ny. Ona z dru­giej stro­ny...